Szopa w salonie 6

Łukasz Szopa

Ludwik czyli chęć życia

Tydzień temu, w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pomyślałem, jak często tego dnia, o Ludwiku. I przypomniałem sobie jego niekoniecznie przez wszystkich lubiane słowa: „Dobrze, że wtedy byłem w Oświęcimiu – gdyż inaczej niechybnie zginąłbym w powstaniu!“

Ale zacznijmy od początku.

Ludwik był wieloletnim, bardzo bliskim przyjacielem – najpierw mojego taty, potem całej naszej rodziny. Niesłychanie ciepły człowiek, zabawny, pełen anegdot, opowieści, ale i wdzięku, którym oczawrowywał nie tylko kobiety – ale dosłownie każdego. O bardzo dobrej twarzy, miękkich oczach, pełen życia i humoru.

Z tatą poznał ich – jak to w Polsce – oczywiście przypadek, zawodowy. Firma, którą Ludwik reprezentował, szukała pod koniec lat 70 kogoś, kto znał się na tworzywach sztucznych, a równocześnie byłby skłonny dużo jeździć po Polsce – i nie tylko. Jakimś cudem Ludwik dowiedział się o facecie, który „właśnie wrócił z Indii, dokąd wyruszył małym fiatem, a który częściowo przebudował dzięki własnym patentom z tworzyw sztucznych“ (jak słynny bagażnik dachowy).

I tak właśnie pewnego letniego wieczoru Ludwik dotarł do Tychów w okolice naszego domu, parkując samochód nieopodal Browaru Książęcego. Niecałe pięćdziesiąt metrów od wielkiej bramy browaru, z której wychodziły tory pociągów regularnie rozwożących „Tyskie“ w Polskę, i ustawionej kilka metrów obok wielkiej tablicy drogowej „Oświęcim – Muzeum Auschwitz, 20 km“.

Podczas kolacji Ludwik zdjął marynarkę, a że lubił nosić koszule z krótkim rękawem, w chwilę potem pewien siedmioletni chłopak zapytał go, widząc tatuaż na ramieniu: „A co to za numerki?“

Rodzice nie zdążyli rzucić na mnie zgorszonego spojrzenia, gdyż Ludwik już zaczął historię swojego życia – czyli że był więźniem Oświęcimia (wiem, powinno się mówić „więźniem obozu Auschwitz“, lecz sam Ludwik tak się wyrażał). I jak do tego doszło.

Dla mnie, dziecka wychowanego nie tylko na telewizyjnych filmach dokumentalnych o II wojnie światowej, temat nie był szokujący. Szokujący był styl, w jakim Ludwik o tym opowiadał. Ani cienia etosu, ani krzty złości na Niemców, żadnej chęci odwetu, żadnej bohaterskiej retoryki. Opowiadał o tym jak o anegdocie, przypadku wakacyjnym, lekko. Właśnie tym podkreślając – że to daleka przeszłość. I owszem – ważna część jego życia, lecz na pewno nie jedyna, na pewno nie ta dominująca. Gdyż – jak było widać – obóz i wojnę przeżył, i siedział tu teraz z nami, opowiadał, zajadał i popijał.

Jak opowiadał Ludwik – miał szczęście, że dostał się do Oświęcimia. A wszystkiemu winna… kobieta, miłość.

Gdyż jako siedemnastolatek, żyjąc w Warszawie, wpadł w 1943 w „kocioł“ zastawiony przez Gestapo. Gdzie tu miłośc, kobieta? Ano, tłumaczył, wszystko jego własna w końcu wina. Gdyż „kocioł“ przygotowany był na spotkanie konspiracyjne grupy AK, w ramach której miał mieć jakieś tajne szkolenie. Ale wypadło tak, że w wieczór szkolenia akurat umówił się z jakąś wspaniałą dziewczyną – no i postanowił zamienić się z kolegą dniem (gdyż te same szkolenia odbywały się w dwa różne dni tygodnia). No i zamienił się – by tego feralnego drugiego maja 1943 zamiast spotkać się z laską – mieć randkę z Gestapo.

W tej chwili opowieści wtrącił się równocześnie nie tylko mój tata (często to robi w rozmowach), ale i polski przypadek. Tata przerwał Ludwikowi, mówiąc, że to niesamowite, gdyż oznacza to, że aresztowanie miało miejsce w dniu jego, taty, urodzin. Nie tyle w dniu, a właśnie w dzień, w którym mój tata przyszedł na świat. To zaskoczyło również samego Ludwika – gdyż dnia urodzin mojego ojca nie znał, jedynym „CV“ które posiadał o nim była wyżej wspomniana „rekomendacja o facecie z maluchem do Indii“. Cóż, był to początek wspaniałej przyjaźni – i Ludwik oczywiście nocował u nas na gościnnej kanapie.

Z Ludwikiem spotykałem się od tamtego czasu sam już nie wiem jak często, jako dorosły już chłopak odwiedzając go, gdy była okazja w Warszawie. Zawsze zafascynowany jego ciepłem, prostotą słów, lekkością z którą opowiadał i wypowiadał najważniejsze rzeczy.

Nigdy nie nienawidził Niemców – a wręcz uwielbiał jeździć do Niemiec, nie miał problemu z faktem, że jego córka poślubiła Niemca.

I zarówno zaszokowamym Niemcom jak i zaszokowanym Polakom tłumaczył, dlaczego dla niego obóz w Oświęcimiu był szczęściem. Bo był większą szansą na przeżycie (oczywiście chodziło o obóz Auschwitz I, gdzie dostał się jako „polityczny Polak“, nie o Birkenau). Gdyż po owym aresztowaniu w 1943 dostał się najpierw na Pawiak. A tu było dla każdego warszawiaka jasne, że szanse przeżycia – niższe niż w Oświęcimiu. Tym bardziej po pierwszych dniach, gdy co dnia stawiano go z grupą więźniów pod ścianę, po czym przypadkowo, wyrywkowo, wyprowadzano co trzeciego na rozstrzelanie. (Ponoć jego rodzice wręcz dali łapówkę, by ich syna po kilku tygodniach przeniesiono do obozu).

A o tym numerze na ramieniu też lubił opowiadać – nie tylko w Niemczech, gdzie oczywiście też jak gdyby nigdy nic lubił chodzić w koszulach z krótkim rękawem. Właśnie opowiadając o tym tatuażu, podkreślał, że nigdy nie chciał go usunąć. Ale też przypominał chwilę, gdy w pierwszym dniu mu ten numerowy tatuaż robiono. Poprosił wtedy oddelegowanego do tej roboty więźnia, by… robił to ładnie, uważnie, by cyferki nie były nakłute byle jak, ale – by to w miarę dobrze wyglądało, kaligraficznie. Tamten zdziwił się. Ludwik wytłumaczył mu: No, bo jeśli stąd wyjdę, a to niewykluczone – to chcę by to moje ramię jakoś przyzwoicie wyglądało!

To właśnie taka Ludwikowa nie tyle sentencja, co esencja: w jednym zdaniu humor, ale i powaga. Gdyż już wtedy powiedział sobie, że chce żyć, że wierzy w to, że kiedyś wyjdzie, że się to skończy, że Hitler przegra. Nigdy nie zwątpił. I ta irracjonalna, błaha wiara, ta optymistyczna wizja – stała się jedną z psychologicznych podstaw do tego, że rzeczywiście te niemal dwa obozowe lata przeżył.

Niecałe dwa lata – gdyż w miarę zbliżającego się frontu wschodniego Ludwika razem z częścią więźniów przenoszono coraz to dalej na zachód – to pociągami, to pieszo. I tu też ani słowa skargi z Ludwikowych ust. A nawet kolejna anegdota: O tym, jak mimo walącej się Trzeciej Rzeszy, nalotów, paniki wśród wojska i ludności – „z niemiecką dokładnością“ działała… niemiecka poczta. Gdyż paczki, wysyłane do niego przez rodzinę do Auschwitz, też szły dalej „za adresatem“ – aż do Dachau, gdzie w końcu przyszło wyzwolenie.

Po którym wcale od razu do Polski nie pojechał. Oczywiście, jako członek AK i będąc w strefie amerykańskiej – ponad półtora roku zastanawiał się, czy do kraju wrócić, czy jest sens, czy warto ryzykować. No i oczywiście również ten epizod swojego życia potrafił opisać na swój sposób: Jak już nauczyłem się niemieckiego, byłem dorosły, do tego korzystając z mojego niemieckiego nazwiska – postanowiłem zakosztować trochę życia, i włóczyłem się trochę po zachodnich zonach Niemiec, poznając masę wspaniałych Niemców.

I tak też należy rozumieć jego „żart – nie żart“, że „dzięki“ obozowi czy w ogóle aresztowaniu, dzięki kobiecie i zakochaniu i własnej naturze lekkoducha – przeżył wojnę. Gdyż dla młodego chłopca z AK w Powstaniu Warszawskim, w którym na pewno brałby udział – szanse na przeżycie były gorsze niż w Auschwitz czy na Pawiaku.

Na koniec dodam tylko, że Ludwik dożył prawie 90 lat. Sami zgadnijcie, czym tłumaczył swoją dobrą kondycję, nie tylko fizyczną. Ale co ważniejsze, i do samego końca, gdy była mowa o czasach II wojny światowej, wolał poruszać temat jako „pełną anegdot gawędę o młodości“, a i tak dużo bardziej wolał rozmawiać o teraźniejszości odnawianej i rozkwitającej w latach 90 i potem rodzinnej Warszawy, o otwierającej i łączącej się Europie, o wreszcie wolnej Polsce, w której po prostu pięknie i spokojnie się żyje.

Tekst po niemiecku / Text auf Deutsch Freitag 29.01.2015
https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ludwik

Barataria 28 Gotlandia (reblog)

Hanza, ukształtowany w XII wieku kartel skupionych wokół Bałtyku miast handlowych, powstała, gdy Arabowie zablokowali wszystkie drogi handlowe wiodące znad Morza Śródziemnego do dalekich krajów, oferujących skarby – porcelanę, jedwab, drogie kamienie, szlachetną stal i wonne przyprawy. Jednym z ważnych centrów Hanzy była Gotlandia. Ciekawe, że byłam przecież sama na tej wyspie i nawet o niej pisałam, ale gdy chcę o niej umieścić wpis w wyspiarskiej serii o Baratarii i innych wyspach, prawdziwych i zmyślonych, łatwiej mi sięgnąć po (w miarę) konkretną relację Piotra niż do moich własnych zapisów, w których ewidentnie nie odróżniam snu od jawy.

Dziękuję, Piotrze.

Piotr Beszczyński

Hanza i wyspy na północy

  • największymi problemami Hanzy w zapewnieniu swobody handlu i żeglugi na Bałtyku i Morzu Północnym były w pierwszych kilkunastu dekadach jej funkcjonowania: kontrola cieśnin łączących oba morza przez Danię, oraz rozpanoszone na wielką skalę piractwo.
  • Głównym centrum operacyjnym piratów była Gotlandia, na której zaistniał mocny związek tych złoczyńców, zwany Bractwem Witalijskim. Witalijczycy pod koniec XIV wieku niemal całkowicie sparaliżowali ruch handlowy Hanzy na Bałtyku, co na tyle zdenerwowało Wielkiego Mistrza Krzyżaków Konrada von Jungingena (brata niefortunnego dowódcy spod Grunwaldu, Ulryka), że w 1397 roku podjął inwazję na Gotlandię i radykalnie rozwiązał (na jakiś czas przynajmniej) problem.
  • (…) Włócząc się po wyspie znaleźliśmy tablicę dziękczynną ku czci Wielkiego Mistrza Konrada; przegnanie piratów i dziesięcioletnia zwierzchność lenna Krzyżaków dobrze widocznie zapisała się w pamięci Gotlandczyków.
    X
    • Niedobitki Bractwa Witalijskiego pod wodzą sławnego Klausa Stortebekera zdołały natomiast przedostać się na Morze Północne, gdzie chłopcy janosikowali przez kilka lat, aż ich złapano i poddano publicznej dekapitacji. Dobra zrabowane z kupieckich statków rozdawali ponoć ludziom ubogim, zyskując ich wdzięczność.Janosikowanie współczesne bywa bardziej wyrafinowane: tu i ówdzie ludzi obdarowuje się ich własnymi, ale też następnych pokoleń (bo z państwowego , zadłużającego się w tym celu budżetu) pieniędzmi, licząc na ich wdzięczność przy urnie wyborczej. I nikt tych obecnych Janosików nie obwiesi za pośrednie ziobro…Wzmiankę o krzyżackim śladzie na Gotlandii zakończę informacją, że w 1409 roku Ulrich von Jungingen, brat i następca Konrada na posadzie Wielkiego Mistrza Zakonu, odsprzedał zwierzchność nad wyspą regentce państw Unii Kalmarskiej (Danii, Szwecji i Norwegii) Małgorzacie (de facto królowej, lecz nie koronowanej), potwierdzając tym gestem pokojowe zamiary wobec Unii.
    • Wyspa znana jest dobrze żeglarzom, natomiast szczury lądowe zaglądają tam rzadziej, bo nie ma bezpośredniego połączenia z Polską (trzeba dostać się do Nyneshamn, a stamtąd promem do Visby). Owo utrudnienie komunikacyjne rekompensowane jest jednak podróżnikom z nawiązką na miejscu, zwłaszcza gdy trafią na dobrą pogodę i sezon kwitnienia bzów.
      X
    • Visby – główne i właściwie jedyne miasto na Gotlandii (reszta to – przynajmniej według polskiej skali – większe lub mniejsze wsie) prezentuje się wyjątkowo malowniczo, zaś swoją średniowieczno – knajpianą atmosferą przewyższa wyraźnie typowy skandynawski standard. Gotlandczycy posiedli umiejętność warzenia dobrego piwa, jednak żądają za ów smakołyk (czy raczej: łyk smaku) cen w prosty sposób nawiązujących do łupieskich tradycji ich przodków.
      X
    • Blisko czterokilometrowej długości mury opasujące stare miasto zachowały się niemal w całości.
      X

      Katedra (protestancka, ma się rozumieć) obsługiwana jest wyłącznie przez personel żeński. Można sobie wyobrazić wzrost zainteresowania aktywnością religijną w krajach katolickich, gdyby posługę przy ołtarzach zaczęły pełnić osoby o walorach urody, intelektu i charyzmy takich, jak prezentowała pani pastor z Visby
      X
    • (…) Katedra jest jedynym czynnym kościołem w Visby. Kilka pozostałych od paruset lat wygląda tak:
      X
    • Samo miasteczko to rynek i kręte zaułki (szkic akwarelowy wykonany przez Anię, żonę autora)
      X
    • Gotlandia zajmuje na Bałtyku równie strategiczne miejsce pod względem handlowym i militarnym, jak Malta na Morzu Śródziemnym. Dysponuje też sporymi obszarami dobrych ziem uprawnych oraz licznymi zatokami dogodnymi dla lokowania portów i przystani. Te walory sprawiły, że była pożądanym miejscem osiedlania się począwszy od epoki kamiennej, gdy tylko ustępowanie lodowca skandynawskiego zaczęło na to pozwalać. Stała się z czasem jedną z kolebek cywilizacji skandynawskiej; tu właśnie (choć niektórzy badacze wskazują na Szwecję kontynentalną) lokalizuje się ojczyznę Gotów, którzy tak wielką rolę odegrali w czasach wędrówek ludów, upadku cesarstwa zachodniorzymskiego i kształtowania postrzymskiej Europy. Tradycyjnie rządy na wyspie sprawowały, podobnie jak w reszcie Skandynawii, „tingi”, czyli  sejmiki lokalne, które pod koniec I tysiąclecia zdecydowały o zawiązaniu bliższych, lecz równoprawnych, związków z kształtującym się królestwem szwedzkim. Gotlandczycy zajmowali się rolnictwem, lecz równolegle także „wikingiem”, czyli pozyskiwaniem dóbr o wartości handlowej poprzez zamorską grabież, jak też – dzięki położeniu na szlakach – pośrednictwem handlowym. Właśnie położenie wyspy zaczęło przyciągać i skłaniać do osiedlania się kupców niemieckich, którzy koncentrowali się w okolicy Visby, lokując z czasem miasto. W XI i XII wieku tamtejsza gildia handlowa, znana jako Związek Gotlandzki (Zjednoczeni Gotlandzcy Kupcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego), odgrywała główną rolę w wymianie bałtyckiej, zwłaszcza krain zachodnich z niedawno ukształtowaną (przez szwedzkich wikingów zresztą, o czym później) Rusią, zwłaszcza księstwem Nowogrodu. Później Visby stało się członkiem utworzonej przez Lubekę Hanzy, na rzecz której Związek Gotlandzki utracił w XIII wieku rolę wiodącego stowarzyszenia handlowego. Niemiecka ludność miasta odgrodziła się od reszty wyspy murami, co wzmocniło niechęć jaką żywili wobec niej rdzenni mieszkańcy Gotlandii.
      X
      To ślady działalności średniowiecznych mieszkańców wyspy. A to – klimatu:
      X

      Wapienne ostańce, zwane raukami, a są pozostałością koralowej genezy Gotlandii (…)
    • Mapka Gotlandii przygotowana przez Anię Beszczyńską

***
Całość tego wpisu i inne znakomite teksty Piotra o podróżach i świecie współczesnym TU

Reblog: godzina 8:15

Jest 6 sierpnia. Godzina 8:15. Jeśli się pamięta, co to za dzień i co to za godzina, to czasem myślę, że może lepiej nie pamiętać. Co gorsza od wielu lat, jeśli myślę o tym, co się zdarzyło tego dnia o tej godzinie, przypominam sobie nieodmiennie zdanie z książki Angielski pacjent Michaela Ondaatje. Wygłasza je Kirpal Singh, Hindus.  Zrobili to nam, kolorowym. Nigdy nie odważyliby się zrobić tego białym. (They would never have dropped such a bomb on a white nation). Zrozpaczony zdradą białego człowieka Kip opuszcza willę, w której dzieje się akcja powieści i Hanę, kobietę, którą kocha. Powiem jednak, że na szczęście następnym moim skojarzeniem jest miłorząb japoński. Cztery egzemplarze tego niezwykłego drzewa przetrwały ten dzień, natychmiast zaczęły się odradzać, rosną do dziś we wspaniałym stanie.

Lech Milewski

8 minut 37 sekund

To tytuł utworu muzycznego skomponowanego przez Krzysztofa Pendereckiego w 1960 roku.

Tytuł utworu nie jest nowatorski. Osiem lat wcześniej John Cage “skomponował” utwór pod tytułem 4’33” (4 minuty 33 sekundy). Słowo skomponował napisałem w cudzysłowie gdyż utwór ten to absolutna cisza.
Była to więc muzyczna wersja bajki Nowe szaty króla. Jednak jak dotąd nikt nie zawołał w trakcie wykonywania utworu (a wykonują go dość często) – król jest nagi!
Być może działa maksyma Jerzego Waldorfa – muzyka łagodzi obyczaje.

John Cage nie jest jednak hochsztaplerem, jego rozważania na temat muzyki są ciekawe i poważne, patrz TUTAJ, ale miało być o Pendereckim.

Krzysztof Penderecki darzył Johna Cage dużym uznaniem i chyba zgadzał się z jego wypowiedzią: muzyka jest bezcelową zabawą, afirmacją życia. Nie jest usiłowaniem wprowadzenia porządku w chaosie czy naprawy dzieła stworzenia. Jest po prostu sposobem przebudzenia się na życie, którym żyjemy.

W praktyce oznaczało to eksperymenty muzyczne, między innymi sonoryzm – wymyślony przez polskich kompozytorów kierunek muzyczny, w którym istotą jest dżwięk. Nie ma rytmu, melodii, tylko dżwięk, jak kolorowe plamy na abstrakcyjnym obrazie. Więcej na ten temat tutaj – KLIK.

Właśnie takim eksperymentem miał być utwór 8’37”. Krzysztof Penderecki komponował go w laboratorium, na sprzęcie elektronicznym. Na szczęście w tamtych czasach działalność twórcza nie była zbyt ograniczana limitami finansowymi, w związku z czym Penderecki miał możliwość wysłuchania swojego utworu w wykonaniu orkiestry symfonicznej – 52 instrumenty smyczkowe.
Wysłuchał i był wstrząśnięty. Zmienił tytuł utworu na Tren pamięci ofiar Hiroszimy.

Doświadczenie Pendereckiego wydało mi się bardzo znamienne. Pomyślałem, że może właśnie tak samo dzieje się we wszechświecie. Bóg robi eksperymenty w swoim niebiańskim laboratorium a na Ziemi orkiestra licząca ponad 7 miliardów artystów wykonuje ten utwór.
Efekt jest rzeczywiście wstrząsający.

Wróćmy jednak do Krzysztofa Pendereckiego. Tren pamięci ofiar Hiroszimy został po raz pierwszy wykonany w 1960 roku i zapoczątkował błyskotliwą karierę kompozytora.
Ja wysłuchałem tego utworu w roku 1962. Było to moje pierwsze spotkanie z muzyka awangardową i z jednej strony było szokiem – czy to jest muzyka? Z drugiej jednak dotykało znanych mi strun – alarm przeciwbombowy, tupot stóp ludzi zdążających do schronu, daleki odgłos zbliżającego się samolotu. Pamiętałem jak przez mgłę noce spędzone w schronie, pamiętałem wyraźnie opowieści mojej matki o bombardowaniach.

Następnym utworem Krzysztofa Pendereckiego, jaki usłyszałem, była Polymorphia – KLIK – wikipedia nie zawiera polskiej wersji tej strony.
To był festiwal Warszawska Jesień 1963. Frontalne spotkanie z muzyką awangardową. Zaskoczenie i zawód – muzyka nie wzbudzała żadnych emocji, nudziła mnie. Również Polymorphia – końcowy czysty akord C-dur był miłym zaskoczeniem, ale równocześnie przypieczętowniem mojego rozczarowania.

Jednak nie na darmo Australia nazywana jest krajem drugiej szansy. Kilka miesięcy temu dostał taką szansę i Penderecki i Polymorphia.
Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że już tydzień wcześniej wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Ja nie przegapiłem takiej okazji. Tren pamięci ofiar Hiroszimy brzmiał jak 55 lat temu, za to Polymorphia dużo lepiej. Wyraźnie słyszałem w niej nawiązania do poprzedniego utworu.

Już po koncercie, w programie, znalazłem szokującą informację. Polymorphia jest wynikiem współpracy kompozytora z dyrektorem szpitala psychiatrycznego. Grupa pacjentów zgodziła się poddać eksperymentowi – słuchali Trenu a na encelografie rejestrowano reakcję ich mózgów. Penderecki wykorzystał zapisy encelografu przy kompozycji utworu.

To bardzo przypomina mój obecny stan – w głowie szumią odgłosy z dawnych lat, a to co robię i myślę, to już tylko fale przeszłosci.

P.S. Ciekawostka techniczna. Wspomniałem, że w muzyce sonorycznej nie ma rytmu, melodii. Zapis muzyczny przypomina techniczne wykresy.
Bardzo polecam obejrzenie animacji Trenu – KLIK. Mnie skojarzyła się ona nie z bombą atomową, ale z atakiem wirusów.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (4)

Jak co miesiąc w pierwszą sobotę

Dariusz Kacprzak

Wielki kiermasz według Davida Vinckboonsa

Według Davida Vinckboonsa za pośrednictwem Nicolaesa Bruyna, Wielki kiermasz, 1610, technika mieszana (tłusta tempera, olej), deska dębowa, 120 x 168 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. G. Solecki, A. Piętak

Stojąc przed jednym z bardziej intrygujących sie­demnastowiecznych obrazów w zbiorach szcze­cińskiego Muzeum Narodowego – Wielkim kier­maszem – widz uczestniczy w wesołym miejskim jarmarku. Dzieło namalowane zostało tłustą tem­perą i wykończone w technice olej­nej na desce dębowej, jest ono sygnowane w partii środkowej u dołu obra­zu: DvB. Data 1610 widnieje zaś na niewielkim proporcu chorągwi unoszącej się na wietrze ponad jednym z kramów w centrum kompozycji (datowanie do­datkowo potwierdzono badaniem dendrochrono­logicznym deski). Przestrzeń radosnego miejskiego festynu wypełnia korowód świętujących postaci, zarówno mieszczan odwiedzających kiermasz w uroczystych strojach, jak i chłopów, sprawiając, że kompozycja niejako zyskuje symboliczny wymiar syntezy życia miejskiego i wiejskiego. W rzeczywistości na takie zabawy na wolnym powietrzu tradycyjnie przybywali jako wi­dzowie zarówno biedni i bogaci mieszczanie, chłopi z oklolicznych wsi, a także burmistrzowie czy książęta.

Jarmark zorganizowany został przez lokalne „to­warzystwo literackie”, tak zwaną izbę retoryczną – camer van retorica. Jej członkowie, „retorycy patrzący w kufle” – rederijkers-kannekijkers, posłu­gujący się kunsztownym i bogatym językiem, właś­nie raczą się w oberży alkoholem z okazji swych suk­cesów poetyckich. Na zewnątrz wisi sztandar ich izby z przedstawieniem patrona, świętego Sebastiana – zgodnie z umieszczoną na obrazie inskrypcją DIT IS SINTE BASTIAEN (To jest święty Sebastian) oraz zawieszoną tablicą z heraldyczną lilią i inskrypcją IN DE GVLDE LELI (Pod złotą lilią). Nieopodal, w skromniejszej gospodzie INT SWANEN (Pod ła­będziem), której widoczny fragment zamyka kom­pozycję obrazu z lewej strony, trwa także wesoła biesiada gości uczestniczących w świątecznym jar­marku na cześć świętego Sebastiana. Z pewnością również aktorzy występujący na scenie w głębi obra­zu, prezentujący bądź talenty krasomówcze, bądź też odgrywający swe role w wystawianym właśnie spek­taklu, rekrutują się spośród lokalnej izby retoryków. Kolejną ulubioną rozrywką bractwa miłośników poezji, poza biesiadą, były zawody łucznicze – na wzgórzu znajdującym się w oddali z lewej strony kompozycji dostrzec można trwające zmagania łuczników. Dodatkowym elementem, symbolicz­nie identyfikującym scenę szczecińskiego Wielkiego kiermaszu jako święta rederijkers-kannekijkers, jest kufel wypełniony strzałami, trzymany przez mężczyznę wyglądającego przez okno z gospody. Zadaniem Camers van retorica, które stanowiły swoiste centrum życia towarzyskiego, było dostarcza­niu rozrywki członkom stowarzyszenia i niezrze­szonym widzom. Służyły temu przede wszystkim zawody teatralne, zabawy i konkursy literackie – zazwyczaj przygotowywano utwory na wybrany temat, tworzono poezję – refrein, charakteryzującą się wyrafinowaną strukturą, skomplikowanym układem rymów i bogatym repertuarem oryginal­nych rozwiązań formalnych. Izby retoryków nie tyl­ko uświetniały uroczystości świeckie i religijne, ale także przez swą aktywność popularyzowały sztukę, poezję i dramat w szerokich grupach odbiorców.

Pośród licznych scen – kiermaszu przed ratuszem, zawodów teatralnych, turnieju łuczniczego w od­dali, radosnej zabawy na placu przed kościołem, biesiad w dwu tworzących kulisy kompozycyjne gospodach oraz scen bijatyk – ukryte zostały za pomocą alegorii i symboli różnorodne treści mo­ralne służące rozrywce i pouczeniu – tot lering en vermaak, których odczytanie, jak się wydaje, ówczesnym odbiorcom sprawiało mniej trudności niźli dziś. Z jednej strony kompozycja piętnowa­ła złe zachowania, z drugiej zaś mogła być także postrzegana jako wyraz wolności. Należy w tym miejscu wspomnieć o cieszącej się dużą popu­larnością tradycji niderlandzkich i niemieckich przedstawień chłopskich scen rodzajowych oraz przywołać dwa dzieła Pietera Bruegla Starszego, powstałe w końcu lat pięćdziesiątych XVI wieku – Kiermasz w Hoboken, znajdujący się w londyń­skim Instytucie Courtaulda oraz dziś nie zachowa­ny w oryginale Kiermasz świętego Jerzego – bę­dące niewątpliwie istotnym źródłem inspiracji. Obie kompozycje funkcjonowały przede wszystkim w wersjach graficznych, a także w różnych wa­riantach malarskich, wykonanych przez kontynuatorów, naśladowców i kopistów Pietera Bruegla Starszego. Oba przed­stawienia ukazują odświętne ożywienie z okazji kiermaszu, radośnie bawiących się ludzi. Pośród scen zabawy i biesiadowania w oberżach dochodzi do konfrontacji karczmy i pojawiającego się w tle kościoła, zestawienia sfe­ry sacrum i profanum.

Obraz przekazany do zbiorów Muzeum Narodo­wego w Szczecinie w 1951 roku z likwidowanego Muzeum Regionalnego w Białogardzie powstał na podstawie opatrzo­nego datą 1602 roku rysunku Davida Vinckboonsa, który dziś znajduje się w Statens Museum for Kunst w Kopenhadze. David Vinckboons urodził się w 1576 roku w Mechelen (Malines), a zmarł w Amsterdamie w 1632 roku. Mieszkał krótko w Antwerpii, później w Middelburgu i wreszcie od 1591 roku osiadł w Amsterdamie. Z wielką swobodą i talentem tworzył umieszczone zazwyczaj w pejzażu sceny rodzajowe – kontynuował w późniejszym okresie artystycznej aktywności styl Pietera Bruegla Starszego i Han­sa Bola, zapowiadając dzieła twórców kolejnej ge­neracji złotego wieku malarstwa holenderskiego: Adriaena Brouwera i związanych z Haarlemem braci Adriaena i Isaaca van Ostade. Wśród ucz­niów Vinckboonsa – poza pięcioma synami – znaleźli się Esaias van de Velde oraz Gillis Claesz. de Hondecoeter.

Jeszcze za życia artysty Karel van Mander pisał o nim w swoich żywotach malarzy niderlandzkich i nie­mieckich: „Za jego piękne i pomysłowe prace – jeśli zważyć ich wartość oraz to, ile kunsztu, pilności i pracy w nie włożył – płacono mu nieste­ty stanowczo zbyt skąpo”. David Vinckboons w swej amsterdamskiej pracowni, w swym domu przy Anthonisbreestraat, malował głównie starannie zakomponowa­ne pejzaże, zazwyczaj z figuralnym, anegdotycz­nym sztafażem, i małoformatowe obrazy biblijne, a przede wszystkim niewielkie sce­ny rodzajowe. Dużym zaintere­sowaniem wśród ówczesnych odbiorców sztuki cieszyły się jego sceny myśliwskie, a także ukła­dające się w cykle tak zwane smutki chłopskie – przedstawienia hiszpańskich żołnierzy zajmują­cych niderlandzkie wsie. Do popularności dzieł malarza bez wątpienia przyczyniały się liczne ryciny powielane według jego kompozycji. Zajmował się również grafiką, wykonywał ryciny, dekoracje marginesów map, tworzył ilu­stracje książkowe, prejektował witraże oraz naścienne tkaniny obiciowe.

Wspomniany rysunek Vinckboonsa z Kopenhagi został wkrótce po powstaniu powielony przez Nicolaesa de Bruyna w formie miedziorytu, później także przez Boëtiusa Adamsza Bolswerta. Produkcja rycin stanowiła za­równo potwierdzenie zainteresowania kompozycją Vinckboonsa i zapotrzebowania rynku. Bez wątpienia graficzne reprodukcje rysunku przyczyni­ły się również do popularności motywu kiermaszu w redakcji Vinckboonsa w malarstwie holenderskim XVII wieku i zaowocowały powstaniem licznej, zróżnicowanej jakościowo serii przedstawień malar­skich.

W zbiorach muzeów europejskich oraz w kolek­cjach prywatnych (część z nich znana jest jedynie z rozmaitych wzmianek w literaturze) znajduje się kilkanaście różnych wersji kompozycji – różnią się one między sobą rozmaitymi detalami, stopniem wierności wobec rysunku i ryciny, wymiarami, podłożem kolorystyką, opracowaniem postaci, sposobem malowania oraz jakością artystyczną. Jednak żaden z obrazów przedstawiających ów kiermasz nie jest jednoznacznie uznany za własno­ręczne dzieło Vinckboonsa, choć opinie atrybucyj­ne badaczy nie zawsze bywają zgodne. Kilka z nich powstało w pierwszych dwu dekadach XVII wieku, są wśród nich zarówno kompozycje wielkoforma­towe, jak i takie, które swym formatem zbliżają się do ryciny i oryginalnego rysunku. Powstały najprawdopodobniej na podstawie grafiki Nicolaesa de Bruyna, wykonane zostały zapewne przez artystów z kręgu rytownika bądź oficyny wydawniczej, bądź też po prostu kręgu oddziaływania sztuki Vinckboonsa, być może w jakiś sposób związanych z jego warsztatem, o którym współczesna wiedza jest nader skromna. Niektóre wersje operują nieco zredukowanym repertuarem. Istnieje również szereg kopii powstałych w epoce, ale prawdopodobnie później, w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Wśród niewątpliwie wczesnych prac wyróżniają­cych się jakością malarską są przedstawienia dziś znajdujące się w Muzeum Księcia Antona Ulricha w Brunszwiku, Groeningemuseum – Muzeum Miejskim w Brugii, Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych w Antwer­pii oraz notowane w kolekcji prywatnej w Szwajcarii. Do tej właśnie grupy przynależy także szczeciński obraz. Mimo pewnych róż­nic w przedstawieniu detali, odmienności kolorystyki, szczecińskie dzieło najbliższe jest powstałej w 1608 roku kompozycji z Brunszwiku. Obraz z Muzeum Narodowego w Szczecinie wydaje się jednak nieco bardziej malarski, operujący swobod­niejszymi plamami, wersja z Brunszwiku natomiast bardziej akcentuje wartości rysunkowe, formy opi­sane są tam wyrazistszym konturem. Badania nad obrazem trwają nadal, kolejne etapy tego procesu być może pozwolą rozwikłać fenomen Davida Vinckboonsa.

Uwaga: jutrzejszy wpis nie ukaże się jak zwykle o północy tylko o godzinie 08:15

Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor

Z notatnika integralnego pesymisty

Tomasz Fetzki

Jestem pesymistą. Integralnym pesymistą.

Co jakiś czas, mimo moich starań i pielęgnacji, dopada mnie przykra dolegliwość. Mianowicie pęka mi skóra na piętach. Wybitnie nieprzyjemna przypadłość: nie dość że boli i utrudnia chodzenie, to jeszcze uniemożliwia ulubione wizyty na basenie. Wiele bym dał, by się pozbyć cholerstwa. Ale bez przesady – moja desperacja nie jest na tyle głęboka, abym powodu popękanej skórki na piętach pozwolił sobie amputować stopy. Zwłaszcza jeśli wiem, że lekarz, proponujący tę terapię, nie dobro tych nóg ma na uwadze, ale chęć unieruchomienia mnie, abym nie przeszkadzał, gdy pójdzie bezprawnie przywłaszczyć sobie moje mieszkanie.

Jestem integralnym pesymistą.

Gdy zacząłem jeździć na protesty pod budynek zielonogórskiego sądu, nie wierzyłem, że to coś da. Naprawdę – nie wierzyłem! Ale po kilku nocach (bo nie dniach przecież, nie dniach…) oglądania z bezsilną i narastającą rozpaczą, jak w parlamencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej grupa wybrańców narodu pospiesznie, metodycznie, cynicznie i bezczelnie dokonuje dzieła zatłukiwania młotkiem demokracji, uznałem, że inaczej nie mogę. Byłem pewien, że żadne weto nie zostanie postawione. W duchu projektowałem już sobie, na czym będzie polegała moja wewnętrzna emigracja. Uznałem wszelako, że jeśli chcę patrzeć bez wstydu na własne oblicze w lustrze, to muszę tam być. Nie było w tej decyzji patosu, ani poetycznej mgiełki. Była posępna i zgryźliwa determinacja, żeby potem móc z Poetą stwierdzić: Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw. I tyle. No i jeździłem: do Zielonej Góry, bo było najbliżej.

Wydarzenia potoczyły się inaczej. W szalonym tempie. Musiało upłynąć kilka dni, zanim trochę zebrałem się w sobie i przemyślałem to, czego byłem świadkiem. Na tyle by, ku pamięci, skreślić tych kilka słów. Gdybym pisał na gorąco, wyszłaby niechlujna jakaś publicystyka. Tymczasem szacunek dla czytelnika zobowiązuje. Musiałem przeto znaleźć odpowiednią formę. Bowiem, gdy rozpacz otacza z każdej strony, tylko zachowanie formy pozwala, że tak to ujmę, zachować formę…

Ochłonąwszy, wysnuwam oto garść refleksji. Może i banalnych, ale za to własnych.

Primo: dlaczego było nas tak mało? Nie tylko w Zielonej Górze, gdzie faktycznie zgromadzenia liczyły 200, może 300 osób. Ale i w większych miastach, w których zebrały się tłumy. Pozornie. Sprawa jest tego kalibru, że manifestacje powinny być kilku-, kilkunastokrotnie nawet liczniejsze. Czyżby tak niewielu z nas ceniło sobie wolność? Intencje he he legislatorów były jasne, treść ustaw przejrzysta, tryb uchwalania aż nadto bezczelny i gardzący prawem oraz dobrym obyczajem. Urodziłem się i młodość spędziłem w kraju rządzonym po dyktatorsku, odciętym kordonami od wolnego świata. Pamiętam poczucie euforii i szczęścia, gdy mury runęły. A teraz mam spędzić starość i śmierci doczekać znów w izolowanej dyktaturze? Kurde, naprawdę przestaliśmy sobie cenić ten skarb? Spowszedniało? Przejadło się? A może po prostu taki jest cykl życia społeczeństw, że co kilka dekad nieuchronnie, bez uwzględniania przestróg historii, pojawia się etap brunatny? I on właśnie nadszedł? Jeden z parlamentarzystów obozu władzy, zapytany czy skala protestów nie świadczy o konieczności rewizji założeń „reformy”, odparł (cytuję z pamięci): demonstracje dwustutysięczne tak, zmusiłyby do zmian; ale kilkutysięczne? To happening, nie demonstracja. Pomijając butę wyzierającą z owego stwierdzenia trzeba przyznać, że ten pan miał rację. Gdyby nie determinacja happenerów… Tyle primo, czas na secundo.

Secundo: jak przystoi pesymiście, ja właściwie nie lubię ludzi (czemu sami sobie są winni), a tłumów to już zwłaszcza. Emocje, uniesienia, adrenalina, jaka ponoć towarzyszy zgromadzeniom – są mi całkiem obce. Źle się tam czuję. I ten cholerny nawyk obserwacji. Analizy. Nie pozwala, by nastrój porywał, by dostosować krok do marszu gromady. Jeśli się tam pojawiłem to, jakem wspomniał, przymuszony imperatywem, nie dla przyjemności. Nie znałem ludzi, którzy mnie otaczali. Ich motywacji. Intencji. Z pewnością nie ze wszystkimi byłoby mi po drodze. Zapewne nie każdy z mówców miał kryształowe zamiary. Zdarzali się wśród nich także frustraci, którzy zawsze i wszędzie muszą toczyć żółć – obojętne przeciw komu. Ale właśnie dystans pozwala mi stwierdzić: zdecydowana większość stojących pod budynkiem sądu była poważna i zatroskana. Żadnych zadymiarzy. A w wystąpieniach dominowały, i to zdecydowanie, motywy sprzeciwu – owszem – ale odpowiedzialnego, refleksyjnego. Co zaś mi najbardziej pasowało, bo sam mam już od dawna takie przemyślenia, to częste wezwania do zrozumienia oponentów. Nie polityków partii rządzącej, boże broń! Ale ich wyborców. Przecież zdecydowana większość z nich oddała swe głosy w najlepszej wierze. Tu się różnimy: nie byłem, nie jestem i nie będę w stanie wykrzesać w sobie choćby odrobiny zaufania w dobre intencje twórców „dobrej zmiany”. Jednak ze zwolennikami PiS-u łączy mnie przekonanie, że wiele złego się w Ojczyźnie wydarzyło i dużo trzeba zmienić. Wyniki ostatnich wyborów nie wzięły się znikąd. Słowem – rozumiem ich gorycz, ich pragnienie sprawiedliwości. Tylko że niezmiennie twierdzę, iż oddali sprawy w ręce szarlatana, skądinąd inteligentnego i nastroje świetnie czującego, lecz nie dobro popękanych pięt mającego na uwadze. Szarlatana, nie lekarza. Pod budynkiem sądu stali patrioci, którym przyszłość kraju nie jest obojętna – to się rzucało w oczy i było oczywiste nawet dla takiego zdystansowanego mizantropa jak ja. Byłem, widziałem, wiem, co mówię. Zresztą, każdy to mógł zobaczyć. Każdy, kto chciał. Bo nie każdy chciał – i o tym będzie tertio.

Tertio: teraz maznę coś o maziach. Mniej więcej do października 2015 roku funkcjonowała gromada dziennikarzy, którzy sami siebie (a przecież nikt nie może sędzią we własnej…) nazwali niepokornymi. Funkcjonują dalej. Na trochę innych, bardziej eksponowanych posterunkach. I jakoś tak wyszło, że przestali sobie przypisywać to określenie. Słusznie, bo okazało się (zresztą: nie „się okazało”, bo było jasne już wcześniej), że są jak najbardziej pokorni, tylko wobec innego pana. Aż dziw, że się dotąd nie potopili w wazelinie, którą codziennie produkują! Tak to już jakoś jest na tym świecie, że maź przyciąga maź. Dla pryncypała mają wazelinę. Dla nas – ślinę. Jeśli nie da się pokonać merytorycznie, to trzeba opluć. Ostro oceniam, ale jak inaczej nazwać ich komentarze? Sprowadzające się z grubsza, by posłużyć się klasykiem, do takiego oto opisu wydarzeń: Zniknięcie tych parówek spowodowało niemały zamęt. To fakt! Był to jednak zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy, lep jakiej propagandy kryje się za tymi nićmi! Dlatego też, te zniknięte parówki zewrą jeszcze bardziej nasze szeregi. To wszystko każe nam powiedzieć mocno i stanowczo: parówkowym skrytożercom mówimy NIE! Tym schematem – choć znacznie bardziej wulgarnie – opisywano w mediach (czego nie mam prawa pamiętać, bo mnie jeszcze na świecie nie było) studentów w marcu 68. Tak oczerniano (czego nie pamiętam osobiście, choć właściwie już mógłbym) robotników z Radomia. Tak też próbowano (co już pamiętam świetnie) zniesławić opozycjonistów Solidarności. Nie mam w żadnym razie zamiaru ośmieszać się, porównując swoje skromne działania do ich dokonań. Nie ta liga, nie ta groza, nie to ryzyko, nie taka potrzeba odwagi (przynajmniej jak dotąd)! Ale schemat propagandowy dokładnie ten sam: w najlepszym razie byliśmy ogłupieni, naiwni i wykorzystani przez cwanych macherów (to się teraz, szanowni państwo, nazywa astroturfing!), a niewykluczone, że powodowała nami zdrada i sprzedajność. Przecież te identyczne świeczki od Sorosa! Faktycznie, były identyczne: każda w kształcie walca i każda miała knotek. Szkoda, że wujcio Soros nie sfinansował nam porządnego nagłośnienia. Gdy w sobotę 22 lipca nad Zieloną Górą przeszła nawałnica, prywatny (i skądinąd niezbyt imponujący) sprzęt organizatorów zalało. I nie było nagłośnienia. Ach ten Soros! Niedobry! Skąpy!

Gadaj tu z takimi niepokornymi. Dla pełnego obrazu: tak, spotkałem się i z uczciwymi, merytorycznymi, choć nieprzychylnymi komentarzami. Czemu nie? Dyskutujmy. Ja na pękające pięty stosuję moczenie stóp i pumeks. Ale jeśli ktoś mi zaproponuje peeling, chętnie posłucham. A ci tylko, panie dziejaszku, cięgiem o tej amputacji! Propagandzista tak musi, toteż specjalnie nie robi to na mnie wrażenia. Takoż spłynęły po mnie wszelkie wytworne komplementy polityków: ci wszyscy spacerowicze, ubeckie wdowy, kanalie etc. Z pesymistycznym realizmem stwierdzam, że jaczejka była, jest i będzie. Nihil novi sub sole. Jednak, gdy Premier mojego kraju obdarza ludzi autentycznie zatroskanych, korzystających w godny sposób z legalnych form wyrażenia swego niepokoju pogardliwym epitetem ulica – to jednak boli. Ale i tak to wszystko betka, michałki i bzdurki, niegodne mojego pesymizmu. Naprawdę liczy się quatro.

Quatro: weta są, ale niebezpieczeństwo bynajmniej nie minęło. To nie koniec. Czeka nas długi marsz. Być może nawet nie wyobrażamy sobie, jak długi. Bo to, że „dobra zmiana” nie odpuści, rzecz pewna! Tylko, że nawet jeśli kolejne wybory (miejmy nadzieję, że jednak wolne) zmienią ekipę, to nikt nie zagwarantuje, iż nowi włodarze oprą się pokusie, by odwołać demolkę, która przecież im też może służyć, dając więcej władzy. Władza to władza, pokusa to pokusa, demoralizacja to demoralizacja. Raz przekroczono granicę i nic już nie będzie jak dawniej. My, pesymiści, wiemy to świetnie. Co więcej, nikt nie zagwarantuje, że dziennikarze z nowego rozdania też nie będą niepokorni inaczej. Kto nas, prostych ludzi, uratuje przed tymi, którzy chcą nam zabrać wolność?! Jan Paweł II pięknie i mądrze stwierdził, iż wolność jest nam dana i zadana. Dana nie na zawsze: właśnie na naszych oczach okazała swą kruchość. Bez patosu i bez przesady, choć z integralnym pesymizmem, muszę stwierdzić: to była przemoc. Naruszono moje poczucie bezpieczeństwa i tak łatwo go nie odzyskam. Nie wiem, jak to się skończy, ale wiem, że o wolność trzeba walczyć, przecież jest zadana… O ten wątły płomyczek należy dbać. Nie, nie boję się. Jestem tylko smutny. Ale wolę być smutny, niż żałosny.

Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Wtorek 1 sierpnia godzina 17

Andrzej Rejman

prezentuje dziś głosy dwóch poetek napisane w przededniu godziny W

Julia Doktorowicz-Hrebnicka

Wołania lipcowe 1944      

Wróg słabość swą kryje pod łuską pancerną,
Z dnia na dzień ucieka zeń życie.
Komendancie – już czeka drużyna Twa wierna
Daj hasło – wyjdziemy z ukrycia.

Zatrutym zębem kąsaliśmy cicho,
Rdza sabotażu wroga pracę żarła…
Czy słyszysz? Bestia już ledwo oddycha…
Daj hasło – skoczymy do gardła!

Świętość celu uzbraja nam ręce,
Krzywda – serca zakuła w żelazo,
Kto mówi żeśmy słabi? My w męce
Niewoli
Twardsi jesteśmy od głazu.

Nitem przysięgi skułeś nas w szeregi
Cudu szukamy w każdym Twym słowie
Czekają na nas uwięzieni bracia
Komendancie!
Meldujemy posłusznie: Jesteśmy gotowi.

(lipiec 1944)

_____________________________________________________________

Pierwszy Sierpnia jest dla mnie jednym z najważniejszych dni w roku.

To okres przełamania lata, gdy słońce robi się bardziej żółte, a niebo bardziej niebieskie. Te dni nastrajają mnie (mimo wszystko) optymistycznie.

Optymistką do końca była też moja matka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, rocznik 1915.

Na biurku kładę Jej odznaczenia – Krzyż Armii Krajowej tzw “Londyński”, Warszawski Krzyż Powstańczy oraz Order Virtuti Militari. Brakuje tylko Krzyża Walecznych, który został włożony do trumny, zgodnie z wolą zmarłej.

Pamiętam jak w latach 60, każdego roku w sierpniu, mama z zainteresowaniem czytała nieliczne jeszcze wtedy rocznicowe artykuły o Powstaniu Warszawskim, ukazujące się w niektórych pismach i dziennikach (“Stolica”, “Tygodnik Powszechny”, “Życie Warszawy”).

Opowiadała o pięknym współdziałaniu żołnierzy różnych formacji, o ofiarności ludności cywilnej, o czynach bohaterów tamtych dni.

Nie mówiła jednak zbyt wiele. Wspomnienia były nazbyt swieże.

Potem doczytałem, że ludzie Powstania walcząc o wolność i godność człowieka, wznosili się ponad swe poglądy polityczne, łącząc różne wizje ustroju Polski w jeden idealistyczny obraz Ojczyzny wolnej, demokratycznej i sprawiedliwej.

Dziś, gdy każdy może powiedzieć rzecz dowolną, mówiąc całemu światu w globalnej sieci – że “oto właśnie walczę o prawdę” – niezmienną wartością pozostaje rozumna mądrość nakazująca współdziałanie i solidarność w obliczu wyznaczonych zadań i możliwych do spełnienia marzeń.

Gdy w ostatnim czasie tempo zmian społecznych i politycznych w Polsce przyspieszyło – warto znów odwołać się do wartości Powstania Warszawskiego, które, jakkolwiek nie osiągnęło swych celów, jednak wzmocniło wiarę i nadzieję, że nie wszystko stracone.

Znów trzeba połączyć siły, okiełznać emocje i wspólnie zająć się pracą u podstaw. Wtedy wiele naszych marzeń spełni się.

I przede wszystkim rozmawiać, dochodząc do wspólnej prawdy, wspólnych wniosków, łącząc niejako odrębne światy, które każdy z nas nosi w sobie.

Połączyć TY i JA – tak jak połączone są sylaby w słowie KONSTYTUCJA – i wzywać do wspólnego zastanowienia się, co można zrobić razem, dla siebie i dla Polski.

Warszawa, koniec lipca 2017 roku

***

Zapowiadając dalsze wpis, wspomnienie o młodej poetce okupacyjnej i powstańczej – Teresie Bogusławskiej (1929-1945) przypominam dwa jej wiersze napisane jeszcze przed Powstaniem Warszawskim.

Teresa Bogusławska

Noc idzie        

Już słońce za ciemny schowało się bór
I niebo w zachodu purpurze,
Już ptaków po gniazdach wieczorny zmilkł chór,
W ogrodzie posnęły już róże …

Noc idzie i ciszę rozsiewa wśród pól
I gwiazdy zapala na niebie …
Noc idzie i może ukoi łzy, ból
I ześle sny jasne dla ciebie …

(1942)

moja wersja muzyczna tego wiersza –

Warszawie

Rozciągnęła nad Tobą noc skrzydła,
Rozciągnęły się mgły ponad Tobą,
W burz wichrów spętanaś wędzidła
I płomienie Ci ognia ozdobą

Rozpętały nad Tobą się burze,
Zaświeciły Ci łuną łez krwawą…
Lecz Tyś wyższa, Tyś wzrosła ku górze,
O męczeńska! O, święta Warszawo!

Gdy Ci grały szatańsko szrapnele,
Gdy Ci bomby pękały wśród ognia,
W Tobie wzrosło wielkości tak wiele,
Że nie zmogła jej siła i zbrodnia.

Zhartowałaś się we krwi i ogniu
I moc swoją zachowasz na wieki,
Moc, co w każdym już żyje przechodniu,
Tętni w murach, gra w nurtach tej rzeki…

Takaś dumna, wyniosła i żywa,
Takaś cała promienna i krwawa…
Dzwon się głuchy z oddali odzywa…
… Klękam w prochu przed Tobą, Warszawo…

(1943)

________

Teresa Maria Bogusławska, ps. „Tereska” (ur. 13 lipca 1929 w Warszawie, zm. 1 lutego 1945 w Zakopanem). Córka Antoniego Bogusławskiego oficera WP i poety oraz lekarki Marii Wolszczan. Mieszkała przy ul. Mazowieckiej w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej uczyła się na tajnych kompletach w warszawskim Gimnazjum im. Cecylii Plater-Zybek. Jesienią 1941 wstąpiła do konspiracji – należała do 6. Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej Szarych Szeregów. Została aresztowana przez Gestapo w lutym 1944 podczas akcji naklejania na niemiecki afisz z listą rozstrzelanych kartek papieru z hasłami patriotycznymi. Osadzona w więzieniu na Pawiaku, torturowana na przesłuchaniach, nabawiła się gruźlicy. Zwolniona, chora na gruźlicę, do lipca leczyła się w otwockim sanatorium.

Podczas powstania warszawskiego szyła mundury i opaski powstańcze. Tworzyła także ryngrafy z wizerunkiem Matki Boskiej. Po kapitulacji znalazła się w Zakopanem. Zmarła na gruźlicze zapalenie opon mózgowych w lutym 1945 roku.

W 1946 ukazał się tomik jej poezji pt. Mogiłom i cieniom. W 1979 Józef Szczypka opracował antologię Wołanie z nocy. Wiersze najmłodszej poetki warszawskiej czasu wojny.

Barataria 27 Lindisfarne (Blog / Reblog)

Wyspa mnichów / Insel der Mönche

Today in one post you get two texts about North England, Celts and Monk Island Lindisfarne, one in Polish and underneath another one – in German. There are not translations, it simply happened that two “my authors” wrote about the same topic in the same time. But even if you shall not read both parts of this post, look at the pictures… 

Wpis po polsku. Piotr Beszczyński.

Z blogu Czas i przestrzeń

      • Szekspir, Beatlesi, imperium nad którym słońce nigdy nie zachodzi (nr 2, po hiszpańskim), fundamenty największych demokracji, język stający się światowym – to pierwsze z licznych skojarzeń łączących się z Wielką Brytanią. Status mocarstwa osiągnęła ona na przestrzeni ostatnich kilku stuleci i owa mocarstwowość w wymiarze oddziaływania cywilizacyjnego ciągle trwa.
      • Jak „ulepiło się” społeczeństwo, którego wpływ na losy świata był i jest tak znaczny? Uznaje się, że solidnym do tego podłożem stało się opanowanie Wysp Brytyjskich przez Celtów w VI-V wieku p.n.e. (…) ich wędrówka na zachód to jeden ze śladów łączących prehistorię naszych ziem z Wyspami. Potwierdza to zawartą w najnowszej podstawie programowej dla szkół prawdę, że praźródłem wszelkiej europejskiej cywilizacji jest Polska, od której inni czerpali sztukę jedzenia widelcem!
      • Celtowie okrzepli na Wyspach solidnie, ale w międzyczasie urosło w siłę Imperium Rzymskie, którego władcom zachciało się zapanować nad nieco mglistą, lecz przyjazną z uwagi na łagodny klimat i żyzne ziemie, oraz bogatą w cenne minerały krainą, obecnie określaną jako Anglia. Rzymianie rozpoczęli podbój wyspy w połowie I w. po Chrystusie od południa, powoli kolonizując ziemie w kierunku północnym, przy ciągłym oporze siedzących tam Piktów i Szkotów. Ażeby uchronić z trudem opanowane tereny od ciągłych ataków tych zasiedziałych już tubylców z północy, odgrodzili się na początku II w. n.e. imponującym łańcuchem fortyfikacji, Wałem (lub Murem) Hadriana (…). Miasteczko Corbridge leży na linii Wału Hadriana

      • Wał Hadriana zaczyna się od twierdzy Segedunum pod Newcastle i „ściska kibić” wyspy, dążąc do jej zachodniego wybrzeża w pobliżu Carlisle.
      • Przez pewien czas Rzymianie utrzymywali też położony bardziej na północ Wał Antonina, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo tubylcy byli zbyt agresywni. Pozostali na linii Wału Hadriana przez blisko 300 lat, kiedy to kryzys w kontynentalnej części Cesarstwa zmusił ich w 410 r. n.e. do całkowitego wycofania się z Brytanii. Pozostawili po sobie znaczną ilość miast (w większości do dziś prosperujących, jak choćby Londinum), latyfundiów organizujących rolnictwo, ośrodków górnictwa i niezłej wytwórczości, a także – dobrą sieć dróg. I jeszcze jedno – ukorzeniające się chrześcijaństwo, które w międzyczasie stało się państwową religią Cesarstwa Rzymskiego. (…)
      • Historia ludzkości podlega prawom natury, a natura nie znosi próżni. Wobec tego w chwilę po opuszczeniu wyspy przez legiony rzymskie zjawili się tam kolejni chętni do zawojowania atrakcyjnych ziem: spowinowacone między sobą, pochodzące z rejonu pogranicza obecnych północnych Niemiec i Danii, germańskie plemiona Anglów, Sasów i Jutów (nazwanych później łącznie Anglosasami). Niektórzy historycy są zdania, że początkowo zostali oni zaproszeni przez nieźle prosperujących w czasach rzymskich Celtów, aby pomóc w obronie przed najazdami Piktów i Szkotów z północy (też zresztą mających celtyckie korzenie), ale szybko sami stali się najeźdźcami. Mówiąc w skrócie (i dużym uproszczeniu, oczywiście), Anglosasi zdominowali wyspę od połowy V wieku, dokładając swoją dawkę genów do tych przedceltyckich, celtyckich i rzymskich.
      • Wracamy do chrześcijaństwa, które w decydujący sposób zaczęło podówczas wpływać na losy Europy. W schyłkowym okresie rzymskiej Brytanii (przełom IV/V wieku) stało się tam religią przeważającą, aczkolwiek tradycyjne celtyckie wierzenia, podtrzymywane przez druidów, ciągle miały się nieźle. Napór pogańskich Anglosasów skutecznie powstrzymał, a nawet cofnął proces umacniania się Kościoła. Odwrót od chrześcijaństwa trwał blisko dwa wieki, w trakcie których po długiej, często bratobójczej kotłowaninie, wykształciło się siedem anglosaskich królestw, wśród nich Nortumbria, fragmentu której dotyczy ta relacja. (źródło:Wikipedia)
      • Anglosaskie królestewka trwały w większości w pogaństwie do czasu, kiedy za sprawę wzięli się misjonarze irlandzcy. Irlandia, mniejsza z dwóch głównych Wysp Brytyjskich, nie została opanowana przez Cesarstwo Rzymskie, tak jak przeważający obszar Wielkiej Brytanii (nazwa ta używana jest równolegle dla głównej wyspy, jak też dla Zjednoczonego Królestwa, obejmującego także Północną Irlandię). Ewangelizację rozpoczął tam św. Patryk na początku V wieku, przy czym oparła się ona głównie o licznie powstające klasztory, będące „wylęgarnią” niezwykle aktywnych w przyszłych stuleciach na terenie całej Europy (i dalej też) mnichów – misjonarzy.
      • Wracamy do VII wieku, kiedy to zaproszeni przez  rezydującego w zamku Bamburgh króla Oswalda (z czasem ogłoszonego świętym) Irlandczycy założyli na pływowej (czyli takiej, do której można dotrzeć suchą stopa tylko podczas odpływu morza) wysepce Lindisfarne pierwszy klasztor. Dokonał tego św. Aidan wraz z kolegami w 635 roku.
      • Kolejne ważne postaci misjonarskiego dzieła w Nortumbrii to (święci z reguły) m.in.: Beda Czcigodny (znamienity uczony i kronikarz, klasztor Jarrow),Kutbert ( Cuthbert) z Hexham i z Lindisfarne; jego ciało z czasem przeniesiono do Durham w trwającej 7 lat procesji.
      • (…) Podsumowując ten ważny historycznie wątek zaznaczę tylko, że wkład genetyczny mnichów w kształtowanie populacji brytyjskiej prawdopodobnie
        można pominąć w dotyczących tego tematu rozważaniach.
      • Kolejne natomiast fale nowych genów napłynęły w miarę mających miejsce najazdów: Wikingowie zaczęli od zniszczenia klasztoru Lindisfarne w 793 roku, po czym nękali Wyspy Brytyjskie przez z górą dwa wieki, opanowując znaczną ich część. Naukowe potwierdzenie ich wkładu w fundamenty społeczeństwa brytyjskiego (jak też innych europejskich nacji) znajdziemy w reprodukowanym obok “sztychu” Andrzeja Mleczki.thCL672SQ7
      • Kulminacją kariery Wikingów, którzy w międzyczasie ustanowili królestwa Norwegii i Danii, było sięgnięcie po koronę angielską. Udało się to duńskiemu królowi Swenowi Widłobrodemu, synowi Haralda Sinozębego (malownicze ksywy skądinąd!) w roku 1013. Królewska kariera Swena w Anglii potrwała ledwie kilka tygodni, ale z punktu widzenia polskiego wkładu w tę historię ważne jest to, że jego następcą został syn z małżeństwa z córką Mieszka I, siostrą Bolesława Chrobrego, Świetosławą, Kanut Wielki. Ponoć wojowie Bolesława (wkrótce króla polskiego) zjawili się także w Brytanii, aby wspomóc jego siostrzeńca, więc nie może być wątpliwości co do ich tamtejszej spuścizny, czy jak to tam nazwać.
      • Ostatnią ważną falą najeźdźców na Wielką Brytanię byli Normanowie (potomkowie Wikingów – zdobywców francuskiej Normandii), którzy ustanowili swoje rządy począwszy od roku 1066. To oni przywieźli sztukę budowy wielkich katedr, które od XI wieku stawiano w miejscach wcześniejszych świątyń.
      • Łatwo zauważyć, że począwszy od zapanowania nad Wielką Brytanią Anglosasów w V wieku, wszystkie kolejne na nią najazdy (w cyklach 300 – 400 letnich, odpowiadających z grubsza przepisowemu czasowi pielęgnacji porządnego angielskiego trawnika) miały miejsce w wykonaniu ludów spowinowaconych, kuzynów prawie, z Danii, Norwegii, północnych Niemiec i Normandii. Sumarycznie i skrótowo można nazwać ich wszystkich Normanami, zaś brytyjski pień genetyczny, oraz etnos, stanowią efekt wypracowanej w niezliczonych bojach mieszaniny celtycko – rzymsko – normańskiej, osadzonej w wyjątkowo sprzyjających warunkach geograficzno – klimatycznych.

    Beitrag auf Deutsch. Brigitte von Ungern-Sternberg.

    Großbritannien, in der Antike als Britannien bekannt, welches die Gebiete des heutigen Englands bis zum Hadrianswall, Cornwall und Wales umfasste, stand von 43 bis ca. 440 n. Chr. unter römischer Herrschaft. (Wikipedia)

    Das als Vorspann zur frühen Christianisierung Schottland und Irlands.

    England wurde in den vier Jahrhunderten römischer Herrschaft durchorganisiert, mit Straßen, Militärlagern, Städtegründungen, Bädern und Villen – aus römischer Sicht ‘zivilisiert’. Es gelang den Römern jedoch nicht, sich die ganze Insel einzuverleiben, bei Irland haben sie es gar nicht erst versucht. Daher bauten die römischen Besatzer gegen die von ihnen wegen ihrer Tätowierungen so bezeichneten ‘Pikten’ (die ‘Bemalten’) von Küste zu Küste eine Mauer (Hadrian’s Wall) – Trump hätte seine Freude dran. Die ‘Bemalten’ aus der schottischen Wildnis sollten ferngehalten, ihre Einfälle auf römisches Territorium unterbunden werden.

  • Die Insel Lindisfarne liegt nördlich dieser Mauer, außerhalb des ehemaligen römischen Territoriums.

  • Milecastle on Hadrians Wall

  • Was mit militärischer Gewalt nicht gelang, das vollbrachte das Christentum. Es war – außer Mauern, Städten, Straßen… – eine Hinterlassenschaft der römischen Ära. Das Christentum war grenzüberschreitend! Die entstehende irisch-schottische Kirche – sehr fern von Rom und dem Papst – war ausgesprochen eigenwillig, allerdings sehr bedeutend für die Entwicklung der kontinentalen Kulturgeschichte.

    Dazu ein Wikipedia Artikel:

    https://de.wikipedia.org/wiki/Iroschottische_Kirche

    Sonderentwicklungen lokaler Kirchen wurden in Rom nicht geschätzt!

    Zitat aus den Wiki-Artikel:

    …Auf der Synode von Whitby (im Jahr 664) übernahm die englische Kirche das Osterdatum von Nizäa und den römischen Ritus. In der Bretagne wurde die Regel des hl. Columban erst im 9. Jahrhundert durch die Benediktusregel ersetzt. Die iroschottische Prägung wurde zu Beginn des 12. Jahrhunderts (Synode von Rathbreasail) sukzessiv angepasst und nach der Eroberung Irlands durch Heinrich II. 1172 vollendet…

    Und an dieser Schnittstelle befindet sich St. Cuthbert.

  • Vidoland auf dem Hadrians Wall

  • Hier seine Entwicklungslinie aus einem WIKIPEDIA Artikel:Prior in Ripon 658–661Als König Ealhfrith von Deira ein Kloster in Ripon gründete, folgte Cuthbert seinem Abt Eata und wurde dort praepositus hospitum (Prior). Nachdem Ealhfrith Anhänger des römischen Ritus wurde, mussten Eata und Cuthbert im Jahr 661 mit den anderen Anhängern des iro-schottischen Ritus nach Melrose zurückkehren.
  • Beda venerabilis

  • Mönch in Melrose 661–664Im Jahr 664 suchte eine Seuche Britannien heim. Cuthbert erkrankte schwer, doch genas er bald wieder, während sein Lehrer Boisil starb. Cuthbert übernahm darauf das Amt des Priors und missionierte auf teilweise mehrwöchigen Reisen im weiteren Umfeld des Klosters, da etliche Einwohner vom Glauben abgefallen waren.Prior in Lindisfarne 664–676Eata wurde 664 von den Mönchen zum Abt von Lindisfarne ernannt, nachdem Colman das Kloster verlassen hatte. Bald darauf wurde er auch Bischof von Lindisfarne und holte Cuthbert aus dem Kloster Melrose als Propst und Lehrer ins Kloster Lindisfarne. Cuthbert beugte sich den Beschlüssen der Synode von Whitby und führte mit Geduld und Nachsicht den römischen Ritus im bis dahin iro-schottischen Kloster ein. In späteren Jahren zog er sich in einen abgelegenen Teil des Klosters in die Einsamkeit zurück.
    17 Aug 1997, Northumberland, England, UK — Priory in foreground; castle in background. — Image by © Skyscan/Corbis

    Eremit auf Inner Farne 676–684

    676 zog er sich aus dem Kloster auf eine der unbewohnten Farne-Inseln, südöstlich von Lindisfarne, zurück. Dort errichtete er ein Grubenhaus als Einsiedelei und ein weiteres Gebäude als Gästehaus. In den folgenden Jahren lebte er dort allein, von seinen Klosterbrüdern mit Nahrung versorgt. Später baute er Gerste an, um sich selbst zu versorgen.

  • Im 7./8. Jahrhundert entstand das Evangeliar von Lindisfarne, reich geschmückt mit kunstvoller Buchmalerei – keltisches Design deutlich darin zu sehen

Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski