Mężczyzna z cmentarza w Łobzie

Ewa Maria Slaska

W Łobzie

W Łobzie byłam już prawie miesiąc temu i od tego czasu wiem, że muszę koniecznie napisać o tym grobie, którego już nie ma i o tym kamieniu, który stoi od kilku lat, ale wcale nie tam, gdzie był grób, o człowieku, którego tam pochowano i o człowieku, który pokazał mi ten nie istniejący grób i istniejący kamień, a który, co więcej, postanowił ten kamień ustawić i dopiął swego…

Ale może zacznijmy od samego Łobza, miasteczka, z którego pochodzi jedna z autorek tego bloga, poetka, pisarka i pedagożka, Agnieszka Wesołowska.

Łobez leży na trasie kolejowej między Szczecinem a Koszalinem. Mijam to miasto, gdy jadę do Gdańska, i przypominam sobie, że w okolicy mieszkała Sidonia von Borcke (Sydonia von Borck), pomorska czarownica, którą 28 września 1620 roku, jak to wówczas robiono z czarownicami, spalono w Szczecinie na stosie, uprzednio jednak, w drodze łaski (?), ścięto mieczem. W każdym razie zdołała przeżyć 72 lata,  w chwili śmierci była już starą kobietą, ale w młodości miała być nadzwyczajnie piękna…

Oczywiście ci, którzy uważnie czytali Terry Pratchetta, wiedzą, że jeżeli Sidonię stracono jako czarownicę, to znaczy, że czarownicą nie była. Bo czarownicy nikt nie podda torturom i nie zabije, a śmierć, jeśli przyjdzie, to za jej zgodą. Kobiety pomówione  o czarownictwo ginęły za inne sprawy, za urodę lub jej brak, za mądrość lub głupotę, za kłótliwość lub posłuszeństwo, albo wreszcie za posiadanie majątku, na który ktoś inny miał chrapkę…

Ale ten wpis wcale nie miał być o czarownicy, lecz o żyjącym dwa stulecia później archeologu. Otto Puchstein (1856–1911), był niemieckim archeologiem klasycznym i bodaj czy nie najważniejszym “synem miasta” jak to określa niemiecka Wikipedia. Polska jest niestety bardziej prozaiczna i zamiast opkreślenia “synowie i córki” pisze po prostu o “urodzonych w danym mieście”. Umarł bardzo młodo, zwłaszcza jak na archeologa, bo podobno jesteśmy profesją (w końcu ja też jestem archeolożką), która jest nader długowieczna. Miał 55 lat. Przyczyną śmierci był wylew.

Puchstein był niewątpliwie synem Łobza. Zmarł w Berlinie, ale na jego życzenie pochowano go rodzinnym mieście. Na jego pogrzeb przyjechali uczeni z całych Niemiec, mowę pożegnalną wygłosił rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Był to naprawdę pogrzeb wysokiej rangi, ale też Puchstein był rzeczywiście naukowcem najwyższego kalibru. Prowadził badania w południowych Włoszech a potem w Azji Mniejszej, w  Baalbek, Palmyrze, w Nemrut Dagi i – przede wszystkiej – w tajemniczej, owianej legendami stolicy Hetytów – Hattusa. A jeszcze na dodatek był współzałożycielem Muzeum Pergamońskiego w Berlinie.

Głowy ogromnych posągów Antiocha i bogów na Górze Nemroda (Nemrut Dag, Anatolia, Turcja, kultura hellenistyczna, I w.p.n.e.)

Hattusa, Brama Lwów, 2000 p.n.e.

***
Cmentarz w Łobzie, jak wiele cmentarzy niemieckich, został zniszczony po wojnie. Dopiero po roku 1989 było możliwe podjęcie w miastach poniemieckich inicjatyw zmierzających do odtworzenia dawnej substancji historycznej. Obywało się to zazwyczaj z inicjatywy lokalnych miłośników historii. Tak było też w Łobzie, gdzie od roku 1990 zaczęto zbierać poniewierające się po cmentarzu i mieście nagrobki niemieckie, które ustawiono w lapidarium, urządzonym na miejscu dawnego muru cmentarnego. Niemieckim zwyczajem w mur otaczający nekropolię wbudowano pradne grobowce zamożnych rodzin łobeskich, między innymi  wielki grobowiec rodziny Puchsteinów, z napisem informującym, że ta zacna familia mieszczańska (ojciec Puchsteina był radcą miejskim i mistrzem piekarskim) żyła i pracowała w Labes czyli Łobzie od XII wieku.

Po grobowcu nie został nawet ślad. Kamień pamiątkowy ustawiony został w alei wiodącej do cmentarza.

Inicjatorem utworzenia lapidarium i uczczenia pamięci Puchsteina jest Czesław Szawiel, nauczyciel gimnazjalny, historyk, animator łobeskiego życia kulturalnego. Pan Czesław malowniczo opowiada o tym, jak ściągał z pól, pastwisk i ogrodów porzucone nagrobki, jak wybierał i sprowadzał kamień pamiątkowy Puchsteina i jak organizował uroczystość odsłonięcia tego kamienia w obecności miejscowych notabli, którzy właściwie wcale się nie kwapili do czczenia jakiegoś urodzonego tu Niemca… Ale on się uparł, a jak pan Czesław się uprze…

Warszawa, 16 lipca 2017 roku

Andrzej Rejman

Manifestacja społeczeństwa w obronie wolnych sądów przed Sejmem

Mówi Wanda Traczyk-Stawska, ps “Pączek”, “Atma” *

Pozwólcie nam spokojnie odchodzić. Jesteśmy przerażeni. Mam 90 lat.

Resztką tchu stoimy przy drzwiach. Prosimy Was, bądźcie mądrzy, bądzcie bogaci w dobroć. Nie ma nienawiści. Nie ma zemsty. Jest mądre działanie, które pozwoli całemu narodowi czuć swoją godność. Bo my walczyliśmy o wolność i o godność. Nie należę do żadnej partii, bo jestem żołnierzem. Składałam przysięgę, że będę służyć Ojczyźnie.

I żądam na późną starość, na ostatnie dni, bądźcie mądrzy, walczcie, ale bez broni.

Szczęść Wam Boże, ale pamiętajcie, że dzieci ranne razem z matkami powinny tu być, bo my od wieków byliśmy uchodźcami – to robił Anders przeprowadzając chore dzieci przez Syrię. Pamiętajcie, że na dobroć trzeba odpowiadać dobrocią.

__________________

*Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”, „Atma” (ur. 7 kwietnia 1927 w Warszawie) – polska działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego, działaczka Społecznego Komitetu ds. Cmentarza Powstańców Warszawy.

Zamiast komentarza:

Wanda Stawska, żołnierz Powstania Warszawskiego staje wśród protestujących przed Sejmem. Wbrew podziałom, które nie są obce także środowiskom powtańczym. Ale “Atma” przypomina, że gdy jest się Żołnierzem i walczy się o godność, podziały znikają. Tak było w Powstaniu Warszawskim. W swym pięknym, krótkim wystąpieniu wzywa do koniecznej solidarności i odpowiedzialności wobec przyjęcia uchodźców.

A wieczorem tego samego dnia na Placu Krasińskich obok Sądu Najwyższego i pomnika Powstania Warszawskiego – zbierają się tłumy młodzieży. Tworzą “Łańcuch Światła” zapalając znicze wokół budynku sądu i pomnika . Rozbrzmiewa muzyka Chopina i Mazurek Dąbrowskiego.

Zdjęcia autora

Barataria 26 Varga

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej. Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła “yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu i przekrzywiać głowy.

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Chwalmy Pana

Ewa Maria Slaska

Hashem Meleh

Y Studs a capella

Prosta żydowska piosenka religijna, jest od kilku lat przebojem, również na youtube. W mojej ulubionej wersji wykonuje ją zespół Y czyli studenci z Uniwersytetu Jeshiwa (Yeshiva University), ale śpiewali ją już Gad i Beni Elbaz (pięć i pół miliona odtworzeń na you tubie), którzy z kolei przerobili oryginalny utwór Khaleda, C’est la vie.

Śpiewa się ją wszędzie. Tu flash mob w Chicago – Elliot Dvorak i Key Tov Orchester

Hashem Melech to religijne wezwanie, Chwalmy Pana. Chwalmy Pana. Zawsze mnie zaskakuje, jak wesoło chwalą Pana wyznawcy religii mojżeszowej. Jak można się bawić jak dzieci, podskakując jak król Dawid, jak można było być starymi brodatymi Żydami i wstawać od stołu i ksiąg, by w szubach i lisich czapach tańczyć ad maiorem Dei Gloria (pamiętacie taką wspaniałą scenę z Austerii Kawalerowicza?)

I wtedy przypomina mi się, że w początkach chrześcijaństwa też się tańczyło w kościele chwaląc Pana, aż przyszło surowe Średniowiecze, pańskie psy – Dominikanie, fanatyczna Inkwizycja, i wygnano z kościołów tańczące korowody wiernych.  

ה’ מלך

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

Gad i Beni Elbaz

The lord is king

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one.

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one

Khaled

Gad Elbez i Nissim

W angielskiej wersji językowej brak zachęty do tańca, a z komentarzy w internecie wynika, że w oryginale jest wezwanie, by tańczyć na chwałę Pana. Zresztą wystarczy obejrzeć filmiki na youtubie. Ach jak oni tańczą, chwaląc Pana. Zaprawdę, gdy Boży duch ogarnie mnie, jak Dawid tańczyć chcę, jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid tańczyć chcę… To piosenka, jak stworzona dla raperów i do break dance.

Hashem meleh jest w sieci w różnych językach, nawet po wietnamsku. Szukałam po polsku, nie znalazłam, ale może ktoś coś wie, zna, słyszał…

No i chwalmy Pana. Wszak niedziela, Dzień Pański, a teraz to i tak już tylko On może nam pomóc, bo nawet gdyby Pan PAD NIE podpisał ustawy (a przecież wiemy, że podpisze), to i tak… ech, przegwizdaliśmy…

620 lat i miesiąc

Maria Szewczyk

Paolo Uccello i smok nad Wisłą

Konia z rzędem temu, kto w czwartek, 15 czerwca 2017 świętował 620 urodziny Paolo di Dono, zwanego Uccello (15.06.1397 – 15.12. 1475). Ten jeden z najwybitniejszych artystów florenckiego Quattrocenta, twórca obrazów i fresków religijnych, kompozycji batalistycznych, portretów i mozaik był uważany za prekursora malarstwa perspektywicznego. Uczczę Uccello tym tekstem w miesięcznicę jego 620 urodzin (Uccello – Uczczę, taki jest sens jego przydomku), bo jak dotąd nie doczekał się nawet wpisu w polskiej wersji Wikipedii.

Z pięknym albumem o Uccello – Paolo d’Ancona: Paolo Uccello, Verlag Anton Schroll, Wien/München 1960, zetknęłam się w późnych latach 60. To, że wymieniam tu wydanie niemieckie, a nie rok wcześniejsze wydanie włoskie, Wien/Milano, ma swoje uzasadnienie. Tu ten obraz Uccello, o który właśnie chodzi. Resztę opiszę poniżej.

W latach 60 i 70 uczyłam języka polskiego na kursach dla slawistów, studentów przyjeżdżających na Uniwersytet Warszawski. Czasami zgłaszali się do mnie także pracownicy ambasad lub ich żony chcące się nauczyć mówić po polsku. Jedną z nich była Laura Feira, która skracała sobie czas pobytu w Polsce lekcjami, kupowaniem antyków, wyjazdami do Wiednia po najnowsze modele sukienek, kosmetyki itp. Nie pmiętam, czy to z jednej z takich wypraw czy z Międzynarodowych Targów Książki w PKiN przyniosła ten album o Paolo Uccello. Album był okazały, zachwycał wspaniałymi reprodukcjami tego mistrza wczesnego renesansu włoskiego. Laura miała z nim tylko jeden problem. Wielostronicowy wstęp i komentarze do obrazów były w języku niemieckim, którego nie znała. Jako żona brazylijskiego dyplomaty spędziła już cztery lata w USA i taki sam okres we Francji, i oprócz portugalskiego w jego wydaniu brazylijskim mówiła biegle po angielsku i francusku, i chciała się koniecznie dowiedzieć czegoś bliższego o Paolo Uccello. A tu cały wstęp po niemiecku, którego ja też wtedy jeszcze nie znałam. Prosiła mnie, bym znalazła kogoś, kto przetłumaczyłby ten tekst z niemieckiego na francuski. W siermiężnej atmosferze PRL lat 60 znalezienie kogoś takiego graniczyło prawie z cudem. A jednak udało mi się taką osobę „upolować”.

Paolo Uccello, Polowanie w lesie, ok. 1470, Ashmolean Museum, Oxford

I kimś takim była Maria, hrabina de Lavaux. Ta leciwa dama, bibliotekarka w bibliotece Związku Łowieckiego, która w latach 20 zdobywała nagrody w wyścigach samochodowych, a w latach 30 była redaktorką czasopism motoryzacyjnych, w latach 60 uczyła prywatnie języków różnych, od angielskiego, przez francuski, do niemieckiego. Ona też podjęła się przetłumaczyć ten tekst w stosunkowo krótkim czasie, bo nie sprawiało jej problemu tłumaczenie wprost z niemieckiego na francuski, i to bez korzystania ze słowników. Za ten przekład miała dostać niebagatelną wówczas sumę 3 tysięcy złotych (przeciętna miesięczna pensja wynosiła wtedy 1200 złotych, co w niedopuszczonym przez cenzurę zakończeniu piosenki Osieckiej o „Okularnikach” brzmiało: „Potem żyją w małym mieście za te polskie tysiąc dwieście itp., itd., itp.” I tylko dlatego znamy złagodzoną wersję z podwyżką: „Potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące itp.itd.,itp.”), ale z kolei te trzy tysiące za tłumaczenie nie były żadnym problemem dla żony dyplomaty z Brazylii.

Tak więc przekład byłby skończony w terminie ku zadowoleniu obu stron. Byłby… gdyby nie wypadek! Hrabina, która dobrze się czuła za potężnym biurkiem w Bibliotece Łowieckiej, poruszała się po Warszawie już mniej pewnym krokiem. Przechodząc pospiesznie przez tory tramwajowe przy Placu Narutowicza, dostała się nagle pod ruszający tramwaj, który na szczęście w porę wyhamował.

Paolo Uccello, Bitwa pod San Romano, ok. 1435-55, Galleria degli Uffizi, Florencja

– Leżę ja tu pod tym tramwajem – opowiada Hrabina, gdy odwiedzam ją w szpitalu – a tu jakaś dama „z Waszecia”, pyta mnie: A ile to pani ma lat? Byłam połamana i wściekła – dziewięścset – odpowiadam jej. – A kto to puszcza taką staruszeczkę samą z domu? – Potem gazety pisały, że dostała się pod tramwaj 90-letnia staruszka!

Hrabina ma nogę na wyciągu, a rękę aż po ramię w gipsie. – Na szczęście lewa! – mówi. Obok niej leży wielki i ciężki album oraz plik notatek. – Na szczęście mam godne towarzystwo. Paolo Uccello leży tu razem ze mną – dodaje. – Tłumaczy pani dalej? Bez słownika? – Inaczej umarłabym z nudów! Raz tylko nie mogłam sobie za nic przypomnieć… on maluje smoki, a ja się męczę, bo na śmierć zapomniałam, jak się nazywa smok po francusku??? Nagle, drzwi się otwierają z hukiem i do sali wkroczyła pielęgniara, nie weszła, tylko wkroczyła, jak dragon!…O, mon Dieu, le dragon!!! Le dragon, toć to smok po francusku!

Tak to francuski smok, le dragon, niemiecki der Drache, z obrazu Paolo Uccello, włoskiego mistrza wczesnego Quattrocento, zawitał (na krótko) w latach 60 nad Wisłę. No cóż, nawet Lem podejrzewał, że jeśli się dostatecznie zagęści prawdopodobieństwo, to zaczynają się pojawiać smoki!

Berlin, 15.06.2017

PS.

Refleksja o relacji smoka i kobiety: wg legendy smok więził księżniczkę, a na obrazku wygląda to trochę, jakby go ona wyprowadziła na spacer na smyczy. Niewykluczone, że rycerz projektuje swoją dzikość na kobietę i wiąże z nią jej wyobrażenie w postaci smoka, którego zwalcza. Ona jest łagodna, on waleczny, a między nimi smok “ofiarny”. I ideał spełniony!

Paolo Uccello, Św. Jerzy i smok, ok. 1470, National Gallery, London

Liu Xiaobo and Liu Xia

Wczoraj przygotowałam ten wpis, i wczoraj Liu Xiaobo umarł
I prepared that post yesterday. Yesterday Liu Xiaobo died.
Ich habe diesen Beitrag gestern vorbereitet. Gestern ist Liu Xiaobo gestorben.

R.I.P.

Aufruf an die Chinesische Regierung bezüglich Liu Xiaobo und seiner Frau Liu Xia

Appeal to the Chinese government concerning Liu Xiaobo and his wife Liu Xia

Nobel Peace Prize Laureat Liu Xiaobo has been diagnosed with liver cancer. His wife, Liu Xia, who has been under house arrest for several years, is also gravely ill. They have the wish to travel to Germany so they can receive medical care. Their wish to leave China is so strong that Liu Xiaobo has stated that – if he is to die – he does not want to do so on Chinese soil. Liu Xia also no longer wishes to live there. Time is running. We urge the Chinese government to grant Liu Xiaobo and Liu Xia the freedom to leave the country!

Der Friedensnobelpreisträger Liu Xiaobo ist an Leberkrebs erkrankt. Er und seine Frau Liu Xia haben hat den Wunsch geäussert, nach Deutschland auszureisen, um medizinische Hilfe für beide zu bekommen – denn auch Liu Xia, die seit Jahren unter Hausarrest steht, ist schwer erkrankt. Der Wunsch der beiden geht soweit, dass Liu Xiaobo sagt, er möchte – selbst wenn er sterben muss – nicht in China sterben. Und Liu Xia sagt, dass sie nicht länger in China leben möchte. Die Zeit ist knapp. Wir appellieren dringend an die chinesische Regierung: geben sie diesen beiden Menschen die Freiheit, das Land zu verlassen!

The poem “You Wait for Me with Dust” by Liu Xiaobo in Chines, English, German and Polish. Other languages (Afrikaans, Arabic, Bosnian, Dutch, Finnish, French, Hebrew, Kurdish, Komi,  Portuguese, Romanian, Russian, Slovenian, Spanish, Swedish, Welsh) you find here.

和灰尘一起等我–给终日等待的妻

你一无所有,只能
和家里的灰尘一起等我
它们一层层
积满了所有角落
你不愿拉开窗帘
让阳光惊扰它们的安宁

 

 

书架上的字迹被灰尘掩埋
地毯的图案吸满了灰尘
你喜欢在给我写信时
笔尖吸住几粒灰尘
让我的眼睛有些刺痛

 

你终日端坐
不想随意走动
生怕自己的脚踩痛了灰尘
你尽量平稳地呼吸
用沉默编写一个故事
在这令人窒息的岁月
灰尘们献出仅有的忠诚

 

灰尘浸满了
你的目光、呼吸、时间
在你的灵魂深处
日复一日的修筑坟墓
从脚底一寸寸堆积
直到胸口直到喉咙

 

你知道,坟墓
是你最好的归宿
在那里等我
不会有任何惊扰
你就是对灰尘情有独衷
在黑暗中在安静中在窒息中
等我等我

 

和灰尘一起等我
拒绝阳光和空气的流动
让灰尘彻底埋葬自己
让自己在灰尘中睡去
直到我回来
你才苏醒
揩净皮肤和灵魂的灰尘
如同死而复活的奇迹

晓波1999.4.9

You Wait for Me with Dust

nothing remains in your name, nothing
but to wait for me, together with the dust of our home
those layers
amassed, overflowing, in every corner
you’re unwilling to pull apart the curtains
and let the light disturb their stillness

over the bookshelf, the handwritten label is covered in dust
on the carpet the pattern inhales the dust
when you are writing a letter to me
and love that the nib’s tipped with dust
my eyes are stabbed with pain

you sit there all day long
not daring to move
for fear that your footsteps will trample the dust
you try to control your breathing
using silence to write a story.
At times like this
the suffocating dust
offers the only loyalty

your vision, breath and time
permeate the dust
in the depth of your soul
the tomb inch by inch is
piled up from the feet
reaching the chest
reaching the throat

you know that the tomb
is your best resting place
waiting for me there
with no source of fear or alarm
this is why you prefer dust
in the dark, in calm suffocation
waiting, waiting for me
you wait for me with dust

refusing the sunlight and movement of air
just let the dust bury you altogether
just let yourself fall asleep in the dust
until I return
and you come awake
wiping the dust from your skin and your soul.
What a miracle – back from the dead.


April 9th 1999

translated by Zheng Danyi, Shirley Lee and Martin Alexander

Warte auf mich mit dem Staub

Es bleibt dir nichts übrig,
als mit dem Staub auf mich zu warten.
Schicht um Schicht füllt er die Ecken.
Du lässt die Vorhänge zu,
Die Sonne soll den Staub nicht stören.

Auf den Bücherregalen verschwinden die Zeichen im Staub,
die Muster im Teppich, vom Staub vollgesogen.
Wenn du mir schreibst, tauchst du den Stift gern in den Staub,
die Staubkörner stechen dann in meinen Augen.

Du sitzt den ganzen Tag da und willst nicht umhergehen,
damit deine Füße den Staub nicht verletzen.
Du atmest ganz ruhig, schreibst mit deinem Schweigen
eine Geschichte in dieser erstickenden Zeit.
Nur der Staub bleibt dir noch treu.

Der Staub erfüllt dir den Blick,
den Atem, die Zeit.
In deiner Seele baut er Tag um Tag ein Grab,
Zoll um Zoll, angefangen bei den Füßen
bis zur Brust und bis zur Kehle

Du weißt, das Grab ist deine beste Zuflucht.
Niemand stört dich, wenn du dort auf ich wartest.
Du hast eben eine besondere Beziehung zum Staub
der Dunkelheit in der erstickenden Stille, warte,
bitte wart auf mich.

Warte auf mich mit dem Staub
verweigre die Sonne, die Strömung der Luft,
bis der Staub dich ganz begräbt.
Lass dich einschlafen im Staub bis du erwachst,
wenn ich zurück bin,
wischt du den Staub von der Haut,
von der Seele und stehst auf
wie durch ein Wunder.

ÜbersetzungxMartinxWinter

Czekaj mnie w kurzu

cała jesteś tylko czekaniem na mnie
czekaniem w kurzu naszego domu
gdy jego warstwy gromadzą się
narastam w każdym kącie
czekasz niezdolna odsunąć zasłony
i pozwolić światłu by wygnało kurz

na półkach z książkami
porastają kurzem notatki wzory dywanu
wchłaniają kurz gdy piszesz do mnie list
dobrze, że stalówka jest nieoczyszczona
bo moje oczy dźga ból

cały dzień siedzisz
nie mogąc się ruszyć ze strachu
by twoje kroki nie wznieciły kurzu
starasz się płytko oddychać
gdy korzystając z ciszy piszesz
w takich chwilach duszący pył
jest zadziwiająco wierny

X

twoje spojrzenie, oddech i czas pozwalają
bym prochem wrastał po trochu coraz głębiej
w głąb duszy dusząc rósł od stóp do gardła

X
ty wiesz, że w tym grobie
można najlepiej wypocząć
czekając na mnie bez lęku
i nie niepokojona
dlatego pył jest dobry
w ciemności cicho dusi czekając,
czekając na mnie

X

czekasz przykryta kurzem
bez słońca i bez powietrza
pozwalasz by pochował cię pył
zasypiasz przyprószona zanim powrócę
i przebudzisz się
otrząśniesz proch ze skóry i duszy
cóż za cud – powstać ze zmarłych

9.04.1999

przełożyła Anna Nasiłowska

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Szopa w salonie 4

Łukasz Szopa

Integracyjne miejsce zbrodni, albo „Der Tatort ist ein Meister aus Deutschland“

Nie za często, tak co kilka lat, robię sobie prywatny test integracji. Czyli jako e-migrant, mieszkający przez ostatnie piętnaście a może i więcej lat głównie w Niemczech, a nie będąc tu urodzony – sprawdzam sobie, na ile to się zniemczyłem.

Taki test jest krótki, prosty, a i szczery. Nie, nie jest alternatywą dla testu „integracji“ będącego w Niemczech podstawą do otrzymania obywatelstwa. Ten urzędowy, nie chwaląc się za bardzo, pewnie bym – w odróżnieniu od większości obywateli niemieckich! – też zdał. No, ale jaka w tym frajda. Nie po to tłumaczę się od lat, dlaczego nie zamierzam ubiegać się o niemieckie obywatelstwo, by teraz robić testy i je jeszcze zdać. Ale ten „mój“ teścik – to co innego.

Polega on w sumie na dwóch punktach (naprawdę nietrudne!). Po pierwsze: odczekaj do niedzieli, godzina 20:15. Po drugie: Zaczniesz oglądać telewizyjny kryminał, głównie serial „Tatort“, czy nie? Jeśli tak – jesteś w duszy Niemcem. Jeśli nie – może też, ale mniej.

Oczywiście, jako że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, są też szersze i łatwiejsze do zdania wersje tego testu. W sumie – wystarczy borykać się z kwestią, czy w niedzielny wieczór jednak usiąść na kanapie (z małżonką, partnerem, winkiem – do wyboru, niepotrzebne skreślić) przed odbiornikiem TV – czy jednak nie. Tak, już samo zastanawianie się („Sonntagskrimi – Ja oder nein??“) jest dowodem zintergrowania się w niemieckość. Nie mówiąc o wersjach kompletnie współczesnych, czyli komentowaniu na żywo odcinka „Tatort“ na Twitterze albo oglądania – z braku partnerki ale i tak przy piwie czy winie – w pobliskiej knajpie, gdzie odbywa się celebrowanie tradycji w formie kolektywnego oglądania kryminału przez rzeszę lokalnych singlów i singielek.

Ze statystyk winika, że Niemcy to rzeczywiście kraj niebezpieczny, pełen przestępczości, konfliktów, mordobicia, gwałtów, gangów, wojenek etnicznych i międzymafijnych, i rojący się od psychopatów (co dotyczy ostatnio nie tyle przestepców, co policjantów śledczych). Mówię o statystykach telewizyjnych. O ile w porównaniu z latami 80 i 90 spadła wyraźnie oglądalność (i powiązana z tym pokazywalność) telenoweli, quizów, tenisa czy filmów erotycznych – tak wzrosła ilość emisji filmów kryminalnych. Szacunkowo: około 50 na tydzień, a liczymy tu tylko jakieś 10-15 większych kanałów telewizyjnych (w tym regionalne i niszowe), a nie jak we włoskiej kablówce 150 do 200.

Ponadto, jak już przestępstwa, to hard core. Musi być morderstwo. A przeważnie i morderca. Kryminał o łapaniu przestępców podatkowych? Pościg samochodowy za złodziejem z MediaMarktu? Łamanie (sobie) głowy nad tym, które grupy kiboli zaatakowały jaką budkę z hamburgerami – i czy za piwo puszkowe zapłacili, czy nie? Nie do pomyślenia! Nawet „mocniejsze“ przestępstwa – jak powiedzmy dziabanie nożem, gwałty, uprowadzenia, dramaty rodzinne czy przekręty mafijne – nie mają szans w scenariuszu telewizyjnego kryminału. No, chyba że w kombinacji z morderstwem. Ale to żadna sztuka – gdyż w sumie wystarczy tylko morderstwo, reszta mało ważna. Co tam motyw. Co tam praca policjantów śledczych, dociekanie, logika, sztuka dedukcji. Holmes, Poirot czy nawet Colombo nie mieliby tu miejsca – za dużo główkowania, za dużo gadania, za dużo faktów i logiki. Co nie znaczy, że musi być akcja, strzelanina, pościgi i walka na pięści. Dużo ważniejsze są osobiste, głównie mentalne, problemy policjantów, czasem i ofiar. No i dodatek ostatni – choć w tytule i wstępie nieraz pierszoplanowy – jakiś element „społeczno-polityczny“. Czyli na przykład – problem jakiejś tajemniczej mniejszości (Alewici, transseksualiści, bawarscy chłopi), problem polityczny (terror nie terror? islam nie islam? faszyści czy antyglobaliści? kasa czy ideologia? ideały czy rewanż?), gospodarczy (niedobre banki, start-upy internetowe czy instytuty spa & wellness) czy socjalny (biedne matki, biedne dzieci, biedni ojcowie, biedni krewni, biedni uchodźcy, biedni emeryci, biedne dzielnice itp). Aha, a problemy policjantów, to proste, wzięte z życia czy podsłyszane z przystanku autobusowego: stres, alkohol, walące się związki, zdrady z sąsiadką czy kolegą, samotność, fobie, problemy z przeszłości, konflikty rodzinne (jako syn/córka czy ojciec/matka, albo i to i to).

A więc, jeszcze raz, how to make a deutsche krimi: jakiś temat z nagłówków + morderstwo + ciągnące się od odcinków problemy policjantów śledczych. Fertig. I pamiętajmy! Inne przestępstwa mile widziane, ale bez trupa nie da rady! I ten trup serwowany na początku, minimum jeden, ale kilka to już przyzwoitość (z kolei 34 to troszkę za dużo, choć zdarza się).

Co śmieszne, gdyby spojrzeć na to lingwistycznie, to tytuły najważniejszych niemieckich serii kryminalnych (ale i tych importowanych z Wielkiej Brytanii czy Szwecji) wcale nie sugerują morderstwa. „Tatort“ to w sumie tylko „miejsce przestępstwa“, co można też interpretować jako „miejsce zbordni“ – jak kto chce. Czy całkiem neutralny „Polizeiruf 110“ (czyli „Telefon Policyjny“) – przecież na to 110 dzwoni każdy, komu ukradziono rower czy niejedna rencistka, której wydawało się, że widziała „kogoś obcego“ na podwórzu.

Wspomniałem Szwecję i Wielką Brytanię. Tak, oni produkują niezłe ponoć kryminały – ale gdyby internetowo porównać ich program telewizyjny, to nie są takimi znów konsumentami takowych. Przynajmniej nie jak Niemcy. Podobnie gdy zerkniemy na program TV Polaków, Francuzów, Rosjan czy Włochów (tu to trochę trwa – mają, nie tylko Włosi, po 200 stacji!) Co do Szwedów to i tak podejrzewam, że większość tych „typowo szwedzkich kryminałów“ to tylko na eksport, a może i tylko z nazwy „szwedzkie“ – podobnie jak w latach 70 „szwedzkie“ filmy erotyczne, „typowo szwedzka“ ABBA czy choćby IKEA.

Pozostając przy Szwedach: Kilka lat temu stwierdziłem (patrz link), że jednak jestem już dosyć zniemczony, zintegrowany i „ukryminalniony“ – gdyż jednak zdarza mi się w niejeden niedzielny wieczór, że jednak – choć wcześniej się z tego naśmiewałem – usiądę sobie na kanapie, z gin-tonikiem lub winkiem, ale z partnerką, i oglądamy. Co dla niej jest tradycją, a dla mnie – wspólnym spędzaniem czasu (no czasem nie tylko trzeba, ale i miło). Tym bardziej, że jednak trudno co drugi dzień oglądać jakiś filmowy dramat psychologiczno-małżeński Bergmanna, gdzie Liv Ullmann i Max von Sydow nie dają rady nawet wspólnie nie tyle usiąść na kanapie, ale i pić.

Z kolei gdy wziąłem się za pisanie tego tekstu dzisiaj, mój test wypadł po latach już inaczej – stwierdziłem, że jednak od jakiegoś czasu (tygodnie, miesiące, lata?) kryminałów telewizyjnych oglądam zdecydowanie mniej, właściwie już wcale. Więc w sumie mój poziom niemieckiej integracji – spadł! Dlaczego? Czy winna jakość filmów? Czy kanapa? Partnerka? O powodach, czyli dlaczego i jakie preferencje zmieniłem (oglądam coś innego, może więcej czytam czy siedzę w sieci? z partnerką inaczej spędzam czas – a może i inną partnerką? a może po prostu zepsuł się rzutnik?) – przemilczę dla zagadki. Gdyż to nieistotne.

Z drugiej strony, kończąc teraz ten tekst – muszę mimo to stwierdzić, że w tym szerszym pojęciu mój test na integrację niemiecką i tak niechcący zdałem!… Gdyż – kto pisze prawie dwie strony o sensie i bezsensie niemieckich serii kryminalnych, jednak nie może powiedzieć, że go ten temat nie integr… eee, inryguje!

Link do tekstu z „Der Freitag“, 08.11.2012:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/solidaritaet-mit-dem-boesen-taeter

PS od adminki – nie zdałam! nie oglądam! nie rozumiem, dlaczego polscy przyjaciele mówią, że obejrzą “Tatort” i pójdą spać, gdy tymczasem ja bym chciała do kina, na kolację, na lody, posiedzieć na balkonie, póki jest lato i akurat nie pada… Ale dzięki autorowi przynajmniej zrozumiałam, że jest to zjawisko społeczne… 

Barataria 25 Piękna Helena i jej mąż rogacz

Po tygodniowej przerwie ciąg dalszy Traktatu o wyspach Leona Gomolickiego

Historia pięknej Heleny

Po zdobyciu i spaleniu Troi wodzowie greccy złożyli dziękczynne ofiary bogom i odpłynęli do domów na swoich okrętach. Tak skończyła się dziesięcioletnia wojna, o której ludzkość zachowa pamięć dłużej niż o innych batalistycznych rzeziach, nawet stuletnich i ogólnoświatowych. Okrutny był los zwyciężonych, ale i zwycięzcy w ukoronowaniu swych trudów nie zaznali pomyślności. Droga ich dłużyła się, najeżona niebezpieczeństwami, a i u mety czekała zdrada żon i gwałtowna śmierć z ręki bratobójczej. O przewrotności losu herosów spod Troi powstały nieśmiertelne tragedie i eposy. Tylko jeden Menelaos zasłużył na nie mniej nieśmiertelną farsę, tymczasem historię jego cechuje zastanawiająca zagadkowość, nie zbadana do końca.

Traf chciał, by przydzielono mu rolę męża rogacza. A rola ta ma swoje tradycyjne miejsce w komedii masek. Nie dochował też ślubu i nie zabił niewiernej żony, wdarłszy się zbrojnie do domu czwartego jej (po Tezeuszu, po nim i po Parysie) małżonka, Deifobosa. Lekkomyślnie wybaczył jej krzywdę i hańbę, którą go okryła, i w obliczu zgorszonej opinii wieków połączył się z nią na resztę swoich dni. I to wtedy, gdy zdrada jej dawno przerosła znaczenie utarczek rodzinnych i stała się przyczyną wydarzeń dziejowych – wciągnęła narody w krwawe tryby wojny. Gdzież były okrutnie poszkodowane miasta? gdzie napastujące skrzydła erynii?

Jest jednak inna wersja, utrzymująca, że Menelaos nie pozbawił Heleny życia, by postawić ją przed trybunałem Achajów. Kiedy flotylla grecka odbiła od spustoszonego brzegu, spowitego w warstwy mgły i dymu, Skamander wciąż jeszcze wyrzucał na fale morskie martwe ciała Trojan. Długo w noc odprowadzały okręty, a stada podnieconych mew krążyły nad zwłokami. Menelaos stał pod napiętym żaglem i patrzył na bałwany połyskujące światłem księżyca. Aż noc uległa przesileniu i zaczęły blednąć gwiazdy cieszące oczy sternika. Wtedy kazał się zaprowadzić do komórki, w której przechowywane zwoje lin i inny sprzęt okrętowy, a w której teraz została zamknięta Helena. Przy świetle kaganka łojowego, a jeśli wtedy nie było jeszcze kaganków łojowych, przy świetle małej smolnej pochodni zobaczył ją, jak spała na zestawionych skrzyniach, okryta starym żaglowym płótnem. Menelaos kazał, aby towarzyszący mu wyszli, i w mylącym świetle przyglądał się znajomym rysom. Zresztą, znajomym! Dziesięć lat temu łaska młodości łagodziła boską ich prawidłowość, jak ranna poświata łagodzi zarys gór. Teraz twarz zaostrzyła się, upodobniona do marmuru posągów. Menelaos ostrożnie odwinął, jak całun, brzeg osłaniającej tkaniny. Helena była w tym samym chitonie, poszarpanym, obryzganym krwią, przepalonym iskrami pożogi. To ona wbiła sztylet w plecy broniącego jej Deifobosa, zdradzając po raz trzeci, tym razem dla zdradzonego prawowitego męża. Menelaos nie mógł zetrzeć z pamięci tej sceny, kiedy stała tak ze sztyletem w ręce, podobna do bogini odwetu, w kłębach dymu unoszącego się z kadzideł boju. Była groźna i piękna, wzbudzała pożądanie i strach. Czy należała do śmiertelników? Czy podlegała sądom ludzkim? Czy nie była narzędziem bogów?

Nagle kamień przejrzał. Obudzona światłem pochodni (zbliżonego do twarzy kaganka) Helena otworzyła oczy westchnęła i ujrzawszy pochylonego nad nią Menelaosa, zarzuciła mu na szyję ręce. A wtedy Menelaos stracił panowanie nad sobą. Sam nie wiedząc, jak to się stało, lata samotności i trudy wojny powetował w objęciach wiarołomnej żony. Dopiero gdy uniesienie opadło, uświadomił sobie nikczemność swego postępku. Szybko wstał, porwał pochodnię i opuścił pływającą celę Heleny. Musiał uporządkować myśli. Mimo późnej pory zastukał do kabiny Nestora, który dzielił z nim powrotną wędrówkę spod Troi. Uwieńczony mądrością siwizny starzec nie spał, utrwalając na piśmie wspomnienia ostatnich wydarzeń. Wejdź, powiedział, szlachetny Atrydo, czemu zawdzięczam tak późne odwiedziny? Nigdy bym nie ośmielił cię niepokoić u schyłku nocy, odrzekł Menelaos, gdyby nie wielka rozterka w mym sercu. Nestor odłożył pracę i zwrócił spojrzenie na wzburzonego gościa, a Menelaos, pokonując skrępowanie i wstyd, w słowach nieskładnych i nie wyważonych opowiedział to, co się stało. Czy oznajmiłeś jej przynajmniej, o co oskarża ją ludzkość, zapytał Nestor, czy coś powiedziała na swoje usprawiedliwienie? Nie, zaczął Menelaos, i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że wszystko odbyło się między nimi w niewytłumaczalnym milczeniu. Zaczekaj tu, powiedział Nestor, ja pójdę do niej, aby wyrwać z jej ust skruchę. Wziął pochodnię z rąk Menelaosa i oddalił się, a nieobecność jego trwała, jak się wydało czekającemu, niewymiernie długo. Wreszcie starzec wrócił zmieniony, usiadł ciężko i złagodzonym głosem przemówił w ten sposób: Synu, widziałem ją, spała porzucona przez ciebie w swej niewinnej nagości i żadna mara nie mąciła jej snu. A gdy tak siedziałem przy niej zapatrzony, jakiś głos nieziemski natchnął mnie myślami, czy nie jesteśmy w błędzie, rzucając na nią surowe oskarżenie. Jest tylko kobietą posłuszną instynktowi płodności, któremu podporządkowane zostało wszystko, poczynając od potężnych bogów Olimpu, a kończąc na najnędzniejszej roślince.

Mówimy, że to ona wtrąciła narody w okrutną wojnę. Ale czy to nie ty, synu Atreusa, sam z trudem rozpętałeś nienawiść między Grekami a Troją? Zaślepiony zazdrością, sprawę, która powinna była pozostać w ukryciu małżeńskiej alkowy, wyniosłeś na zewnątrz domu. Wciągnąłeś w to mnie i razem szykowaliśmy wielką wyprawę. Ile sił i dni zajęło nam przemierzanie ziem greckich, werbowanie sprzymierzeńców. Wbrew woli bogów i ludzi, podstępem i namową zbieraliśmy siły wielu miast przeciwko jednemu miastu, tylko dlatego że ukrywało w swych murach słabą kobietę. I w czasie niebezpiecznej drogi, i dłużących się walk trwałeś w swoim zacięciu. Powiedz teraz, gdy liczymy zmarnowane ludzkie istnienia, któż naprawdę powinien ponieść karę za te zbrodnie? To pytanie postawię przed trybunałem, a teraz zostaw mnie, jestem bardzo zmęczony.

Gdy Menelaos z jeszcze większym zamętem w sercu opuścił kabinę Nestora, dopadł go kapitan okrętu, który czekał na niego pod drzwiami. Wielki panie, powiedział, kobieta, którą trzymasz w zamknięciu, jest czarownicą, rzuciła urok na całą załogę. Każ zaszyć ją w worek i rzucić do morza, inaczej sprowadzi nieszczęście na nas wszystkich. Sam tracisz rozum, odrzekł Menelaos, ta białogłowa nie jest niczyją branką, jej życie podlega trybunałowi Achajów. Kapitan odstąpił nie przekonany, a trzeciego dnia drogi przeczucia jego spełniły się: powiał tęgi wiatr, rozkołysany żywioł wodny zlał się z powietrznym żywiołem. Bałwany sięgające nieba rzucały okrętem jak trzcinką, odmęty morskie rozwierały paszczę wieloryba, gotowego pożreć zwycięską flotyllę jak stado drobnych płotek. Zwinięto żagle i ścięto maszty, woda zalewała pianą pokład i dostawała się do wnętrz statku jak do przechylonego kubka. Ludzie, bezsilni, by stanąć do nierównej walki, odmawiali modlitwy, aż po trzech dobach wiatr zelżał, rozkołysana powierzchnia uspokoiła się, chmury przebił słoneczny promień i pokazały się stada krążących w powietrzu mew, zwiastujących bliskość nieznanego brzegu. Ujrzano go wkrótce – mglisty zarys niebieskiego wzniesienia, na którego szczycie coś lśniło, jakby był obsypany diamentami. Wszyscy wyszli na pokład, obserwując to zjawisko, i nie od razu spostrzegli, że są sami. Gdzie podziała się reszta flotylli? Została zatopiona? Zniesiona przez wiatr w innym kierunku? Osamotniony okręt Menelaosa, ogołocony, obezwładniony przez burzę, pozostawiony własnemu losowi, kołysał się na martwej powierzchni zatoki nie znanej wyspy.

Brzeg był pusty i załoga spartańska zaczęła szykować się do opuszczenia statku. Wydobyli spod pokładu ocalałe łodzie ratownicze i pierwszy Menelaos dotknął nogą kamienistej ziemi. Nikt nie wyszedł im na powitanie. Na głazach odpoczywały ptaki i wylegiwały się w drzemce jaszczurki. Z trudem, ślizgając się, potykając się na kamieniach, ruszyli onieśmieloną gromadą w kierunku lasu, który okrywał strome zbocza wzniesienia. Oczy wszystkich były zwrócone ku górze, gdzie teraz z bliska wyraźnie rysowały się dziwne połyskujące kształty.

To świątynia, powiedział Nestor, widzę dobrze wysoki portyk i dach iskrzący się srebrem.

Skądże, zaprzeczył Menelaos, to pałac pełen wieżyczek i przerzuconych w powietrzu łuków. To one, wyłożone czymś, iskrzą się w słońcu.

Wielkie nieba, zawołał kapitan statku, nie idźmy tam, to nie żadna świątynia i nie żadna budowa. Na głazach czai się smok i to łuski jego cielska tak błyszczą.

To woda, woda, krzyczeli majtkowie, słodka woda spada ze skały! Byli wielce spragnieni i nie zważając na ostrzeżenia i rozkazy pobiegli naprzód i zniknęli w lesie. Na brzegu w rozterce zostali Menelaos, Nestor i kapitan, który prowadził na lince Helenę z rękami skrępowanymi z tyłu.

W końcu, nie mając odwrotu, musieli i oni ruszyć przed siebie, zostawiając za sobą pusty brzeg morza. Gdy znaleźli się w lesie, ogarnął ich półmrok gęstwiny. W gałęziach karłowatych drzew roiło się od ptactwa i drobnych małp. Pod nogami zdradziecko wiły się korzenie podobne do węży i węże podobne do korzeni. Mylące wołania, zwielokrotnione odgłosami, dobiegały z różnych kierunków. Z początku myśleli, że słyszą głosy majtków, lecz wkrótce zaczęli napotykać ich ciała, rozdęte działaniem trucizny jadowitych gadów, uduszone przez lepkie pnącza, z wydziobanymi oczami, wchłaniane powoli przez bagnisty muł, na którym pleniła się złowroga roślinność wyspy.

Nie pójdę dalej, powiedział kapitan, zginę tu, razem z tą czarownicą. Niech i ona też zginie, przyczyna naszej śmierci. Nie! niech zginie już, złożymy ją w ofierze bogom piekieł, które nas niedługo pochłoną.

Menelaos i Nestor patrzyli na jego szaleńcze poczynania sparaliżowani. On zaś popchnął skrępowaną niewiastę, zmuszając, aby uklękła, zamierzył się ostrzem sztyletu i – chybił. Zamierzył się znowu i po drugim chybionym ciosie spojrzał na swoją dłoń, w której zaciskał zamiast broni gałąź wawrzynu. Wtedy w przerażeniu pobiegł, czując się jak we śnie, potykając się o wężopodobne korzenie.

Tu las niespodziewanie rozstąpił się, odsłaniając marmurowe stopnie prowadzące stromo w górę, przerywane w różnych odstępach tarasami. Na tarasach stały posągi i rzeźbione urny i można było odpocząć na szerokich kamiennych ławkach. Im wspinali się wyżej, tym wspanialszy widok na morze i wyspę otwierał się ich oczom. Tonęła w kwitnących ogrodach, w których ukryte były białe kolumnady i miniaturowe portyki świątyń. Szczyt wzniesienia wieńczył koroną pałac cyklopicznych rozmiarów o dziwnej budowie. Był pokryty kolorowymi kaflami i to one tak mieniły się z odległości. Przy wejściu powitał ich człowiek o ciemnym kolorze skóry, którego języka nie rozumieli. Pokazując im drogę na migi, zaprowadził do sali podobnej do placu wielkiego miasta, otoczonej rzędami kolumn naśladujących rozrośnięte łodygi papirusu. Pośrodku, oświetlony tajemniczym górnym światłem, na skromnym krześle siedział szczupły karzeł z ogoloną głową.

Jestem władcą tej wyspy, powiedział, nazywam się Proteusz. Nie wiem, czy to imię wam coś mówi, ale ja czekałem na Wasze przybycie od dawna. Od czasu gdy burza rzuciła na mieliznę przy moim brzegu okręt Parysa, który płynął ze Sparty do Troi. Wiózł on piękną Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa, którą uwiódł i porwał podstępnie mężowi. Wiem wszystko o tobie, boski Menelaosie, i znam dobrze twoje rozterki. I dobrze się złożyło, że krąg wydarzeń wreszcie zamknął się i wszystko zostanie wyjaśnione. Ale wpierw musicie odpocząć po ciężkiej drodze i srogich przejściach, zaspokoić głód i pragnienie. Zaraz ludzie moi odprowadza niewiastę do kobiecej części domostwa, a dla was przygotują kąpiel aromatyczną, namaszczą oliwą, przebiorą w czyste szaty, abyśmy mogli znów spotkać się przy wspólnej uczcie. Tak też się stało, jak mówił. Zaklaskał w dłonie i weszli czarnoskórzy słudzy, którzy zaprowadzili Helenę do części kobiecej, a mężczyzn do marmurowej łaźni, gdzie ciepła woda przelewała się w czystych basenach. Tam goście wzięli krzepiącą kąpiel, zostali namaszczeni wonnościami i ubrani w śnieżnobiałe chitony i purpurowe peplosy, spinane złotymi szpilkami. Na głowy włożono im wieńce z kwiatów i zaprowadzono do wewnętrznego ogrodu, gdzie wśród bujnej roślinności i posągów przygotowano ucztę.

Kucharze wnieśli i postawili na stole ciężką tace, na której spoczywała skrzydlata ryba, umieszczona na pięciu żółwiach. Wysmukli chłopcy rozlewali z kamiennych kraterów wino. Ruchy ich śledził gospodarz, a gdy skończyli i usunęli się w cień filarów, wzniósł swój puchar ze słowami: Wychylmy puchary tłoczonego w moich winnicach nektaru, by uczcić nasze spotkanie. Zamyka ono łańcuch ludzkich błędów i cierpień, których ukrytymi inspiratorami byli bogowie. Do tej chwili wiązała mnie tajemnica, dziś wolno mi dozwoloną część prawdy wam odsłonić. Po potopie ludzki gatunek wkrótce znów się rozplenił, a na ziemi zapanowały głód i niezgoda. Naradę na szczycie (Olimpu) zamknęła uchwała: przerzedzić ród śmiertelników. Zainspirowano porwanie Heleny jako powód do wojny, ale między bogami nie było całkowitej zgody. Boginie rywalizowały ze sobą i gdy Afrodyta sprzyjała połączeniu występnych kochanków, Hera postanowiła pokrzyżować jej plany. Nasłała burzę, która zniosła okręt Parysa na południe i rzuciła na mieliznę przy brzegu mojej Wyspy. Byłem wciągnięty w te sprawki nieśmiertelnych i w czasie gdy gościłem rozbitków w tym pałacu, w którym i was teraz goszczę, Hera ukryła Helenę, a na jej miejsce podstawiła ulepioną z mary Helenę fałszywą.

Z nią też oszukany Parys odpłynął do Troi. Zjawa ta, powolna każdemu mężczyźnie, zdradziła Parysa z jego bratem, a obu im zgotowała zagładę. Spełniła wolę bogów, siejąc waśń i czyniąc spustoszenie, a dziś wróciła z wami na miejsce swego powstania z nicości, sama nicość rządząca losami świata. A więc stało się tak, jak stać się miało, wyrocznia sprawdziła się i mogę wreszcie zwrócić mężowi jego prawdziwą żonę, która spędziła wszystkie te lata w bezpiecznym zaciszu mego pałacu. Jest niewinna wobec ludzi i nieba, a ponieważ na wyspie tej czas nie ma władzy, pozostała tak samo młoda i piękna jak w chwili, gdy stanęła na moim brzegu. Jutro zobaczysz ją, boski Menelaosie, a teraz wychylmy kielichy, aby uczcić złączenie wiernych małżonków. Tu biesiadnicy strącili z kielichów pierwsze krople wina na cześć sprzyjających im bogów i pili, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci.

Helena Trojańska, obraz pędzla Evelyn De Morgan, 1898

Nazajutrz Menelaos obudził się na szerokim łożu. We śnie leżał pośrodku leśnej polany i słyszał nasilające się glosy ptaków i szum morskiego przypływu. W rzeczywistości były to dźwięki powietrznej harfy, a łoże jego stało pośrodku pustej sali otoczonej podwójnym rzędem kolumn. Menelaos wstał i zszedł do ogrodu. Po wczorajszym pozostało uczucie lekkiego zawrotu głowy i mdłości. Nie mógł myśleć o jedzeniu i piciu i pragnął jedynie rzeźwiącego powietrza. Pogoda sprzyjała – dzień był słoneczny i wietrzny. Drzewa zginały swoje korony, spłoszone ptaki chowały się w wysokiej trawie, w twarz uderzały zerwane z gałęzi liście i kłuł unoszony do góry piasek. Lecz Menelaosowi nie sprawiało to przykrości, oddychał z ulgą. Wciąż jeszcze nie mógł uprzytomnić sobie do końca wczorajszych słów Proteusza. Czekało go dziś wyjaśnienie niezwykłych okoliczności, w które wplątały go nieziemskie moce.

(…) Tu drogę Menelaosowi zaszedł w grzecznych ukłonach piękny młodzieniec, mówiąc, że Proteusz czeka na niego w atrium. Menelaos podejrzliwie oglądał posłańca, lecz nie mając nic do wyboru, posłusznie skierował się za nim. Pałac był tak wielki i miał tyle zawiłych krużganków, przejść í wewnętrznych ogrodów, że gość gubił się w nim jak w gąszczu leśnym.

Proteusz istotnie czekał na niego. (…) A teraz, boski Menelaosie, pokażę ci, na razie z odległości, Helenę, patrz uważnie. Doszedł do zarośli pleniących się zaraz za kolumnami i ostrożnie rozsunął gałęzie, odsłaniając oczom gościa zieloną łąkę przeciętą strumieniem, w którym kąpała się Helena. Nie była sama: z wody na brzeg wyszła razem z nią kobieta, podobna do niej, jak może być tylko podobne odbicie w zwierciadle. Proteusz z satysfakcją śledził zdumienie Menelaosa. Jakże oceniasz naszą robotę, zapytał. Ręczę, że nie znajdziesz żadnej fałdki na ciele, żadnego włoska, żadnego znamienia na skórze, które by nie odpowiadało oryginałowi. Wszystko tu jest identyczne, jak spod pędzla artysty naśladującego naturę. Hera wtedy w pośpiechu dorobiła pępek, zapomniawszy, że Helena nie jest zwykłym noworodkiem, że wykluła się z jajka Ledy. Musiałem natychmiast sprostować ten szczegół. (…)

Menelaos podziwiał podobieństwo, choć bynajmniej nie z zachwytem: takiego spoufalenia jego małżonki, przywróconej mu w swej niepokalanej czystości, ze złowrogą marą wcale nie uważał za wskazane. Jest to godne podziwu, powiedział, wolałbym jednak, aby ta kopia nie zbliżała się do nieskazitelnego oryginału. Masz rację, boski Menelaosie, zgodził się Proteusz, podział ten zostanie dokonany, rzecz jednak w tym, że w tej chwili i ty sam nie potrafiłbyś tu zaradzić. Są tak do siebie podobne, że jedynie ich własne świadectwo mogłoby coś wyjaśnić. Cóż, skoro jedna jest nieświadoma istoty sprawy, druga natomiast podstępna i świadomie kłamie. Musimy uzbroić się w cierpliwość i znaleźć sposób, aby dotrzeć do sedna. Według mnie istnieje tylko jedna możliwość: jeśli zawodzą cechy zewnętrzne, trzeba poddać próbie charaktery. Błąd polega na tym, że pozwolono im się zmieszać, jak dwom ziarenkom grochu. Musimy teraz poczekać na pędy, które ziarenka wypuszczą. Bądźmy dobrej myśli, przyjacielu, a wszystko da się wyjaśnić.

Praktyczne znaczenie tych słów nie było jasne dla Menelaosa. Rozumiał tyle, że musi czekać, ale czekanie dłużyło się w nieskończoność. (…) Menelaos postanowił rozmówić się stanowczo z Proteuszem. Sam teraz szukał z nim spotkania, lecz nigdzie go nie było. Bojąc się zagubić w labiryntach pałacu, stanął wreszcie przed głównym wejściem i głośno wołał, aż usłyszał głos:

Czego żądasz, boski Menelaosie?

Chcę rozmówić się z tobą, przewrotny przemieńcze, rzucasz urok na ludzi, łudzisz obietnicami, ale teraz domyślam się, że to tyś porwał mi żonę, oszukawszy również Parysa. Zwróć mi ją natychmiast albo ujawnij się, abym mógł nauczyć cię uczciwości.

Źle sobie poczynasz, odpowiedział głos Proteusza, tak odwdzięczasz się za moją gościnę – nieufnością i obelgami. Nie wiesz, że robię wszystko, abyś mógł wrócić do twej ojczystej Sparty wraz z prawowitą małżonką. Wysłałem do Pytii posłów i czekam na odpowiedź, jak rozwikłać zagadkę, która z dwóch Helen jest Heleną prawdziwą. Miejże cierpliwość, przyjacielu, i uwierz w moją życzliwą szczerość.

Wszystko to wykręty, nędzny karzełku, wiedziałbym, jak z tobą postąpić, gdybyś przezornie nie zgładził załogi mego statku, ale i sam dam radę, pokaż mi się tylko, pokrętny tchórzu.

Ale Proteusz był wciąż niewidoczny. Głos jego posmutniał, gdy tak mówił dalej: Wszyscy jesteście jednacy, wiarołomni niewdzięcznicy. Czym różnisz się od swego rywala Parysa, który wykorzystując gościnę uprowadzał żony i rabując mordował gospodarzy, jak to uczynił z królem Sydonu. Zamiast żywić do mnie uczucie wdzięczności, że uratowawszy przechowywałem w moim pałacu twoją boską małżonkę, wyrzucasz mi przewrotność i kłamstwo i grozisz gwałtem. Cóż możesz mi zrobić? Proszę, stoję przed tobą.

Tu Proteusz ujawnił się oczom Menelaosa. Zobaczywszy go i myśląc, że z łatwością da sobie radę z mizernym karłem, Atryda rzucił się na niego, lecz karzełek w tejże chwili zamienił się w węża, który owinął się dokoła ciała napastnika, tamując mu oddech. Ze srogim wysiłkiem Menelaosowi udało się rozluźnić potężne pierścienie gada i postawić nogę na jego głowie, aby zmiażdżyć ją. A wtedy wąż zamienił się w żółwia opancerzonego mocną skorupą. Gdy Menelaos poderwał go z ziemi i cisnął co siły o głaz, żółw zamienił się w ptaka, pofrunął, usiadł na skale, gdzie powrócił do kształtu ludzkiego. I tak spoglądając z góry na zadyszanego wysiłkiem Menelaosa, Proteusz mówił: Dziwię się tobie, czy nie słyszałeś nigdy, że mało komu udało się mnie obezwładnić? Jestem nieuchwytny, wielokształtny i nieśmiertelny. To ja z Eurynome stworzyłem ten świat, ja zapłodniłem Matkę Geę i jestem ojcem wszystkiego, co ma kształt i treść, sam natomiast nie mam stałego kształtu, będąc treścią wszelkich możliwych treści. Co możesz wiedzieć o tym, marny wojaku i mężu zdradzany przez żony, nasiąknięty jak gąbka nienawiścią i zżerany zazdrością? Sam sobie tylko potrafisz zgotować zasłużone niesławę. Chętnie pozbędę się ciebie, i to już. Masz, niewdzięczniku, swoją Helenę.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął, a razem z nim zniknęło wszystko, co go otaczało, i Menelaos znalazł się w gąszczu dziewiczego lasu. Zamiast wspaniałego pałacu – zwisające nad poplątanymi gałęziami drzew surowe skały, błyszczące warstwami miki. Zdjęty przerażeniem, Menelaos zaczął wołać na cały głos, jak woła człowiek dławiony przez senną marę. A wołając usłyszał znajome wołania, zwielokrotnione w tysiącach odgłosów. Wkrótce zeszli się wszyscy troje z Heleną, wyłaniali się z wysokich zarośli zawstydzeni swoją nagością, bo byli pozbawieni odzieży, zmarznięci, głodni, w krwawiących zadraśnięciach od kolczastych chwastów, z trudem, po długich błąkaniach wydostali się na kamienisty brzeg morza, okrywając nagość swoją ułamanymi gałązkami krzewów. Tu zaspokoili głód mięsem małżów wyrzuconych na brzeg przypływem. A szczęśliwy (podejrzanie) przypadek zrządził, ze jakiś handlowy statek, przepływający obok zaczarowanej wyspy, zauważył ich i wziął na swój pokład. Po nowych długich przygodach, a droga ich trwała jeszcze lat kilka, znaleźli się wreszcie w upragnionej ojczyźnie. Tak skończyła się niezwykła historia Menelaosa, z tym, że już nigdy nie zaznał spokoju, nie mając pewności, czy dzieląca z nim radości i troski małżeńskie kobieta jest Heleną prawdziwą, czy jej złowrogim sobowtórem.

Apokryf o Helenie Nieskalanej, który posłużył jako jedno z głównych źródeł tej historyjki, zmyślił, jak wiadomo, starożytny poeta grecki, Sycylijczyk Stesichoros z Himery. Napisał on, wśród innych epickich utworów, poemat o zburzeniu Troi i poemat o Helenie, potępiający jej czyny, po czym wzrok stracił. Przyczyną utraty wzroku przez nieostrożnego poetę był gniew Heleny, a dowiedział się o tym dziwnym zbiegiem okoliczności Krotończyk Leonimos, który pierwszy ze śmiertelników trafił na wyspę szczęścia Leuke, gdzie wtedy Helena przebywała. (…) Leonimos widział na Leuke sławnych mężów, bohaterów eposu Homera, i rozmawiał z Heleną, która wcale nie wyglądała na tak szczęśliwą. Była podrażniona oszczerstwem Stesichorosa i nakazała Leonimosowi, aby popłynął do Himery í oznajmił poecie, że stracił wzrok z powodu jej gniewu. Wszystko to jest niewątpliwą prawdą, ponieważ opowiadanie uleczonego Krotończyka zapisał Pauzaniasz, umieściwszy je przy samym końcu dziewiętnastego rozdziału trzeciej księgi Wędrówki po Helladzie. Temu szantażowi z pogranicza zaśwíatów zawdzięczamy odwołanie, które napisał Stesichoros. Palinodia jego zaczynała się od słów: „Ta powieść jest jedynie prawdziwa, nigdy nie wstąpiłaś, o boska Heleno, na wielki okręt i nie przypłynęłaś pod mury Troi.” Podobno po ogłoszeniu tego sprostowania, a właściwie nowej wersji historii Heleny, poeta wzrok odzyskał.

Apokryf był atrakcyjny i kuszący. Wielu kronikarzy i poetów podchwyciło go, nawet Platon streścił w Fajdrosie. A i w późniejszych czasach nie brak było naśladownictw i reminiscencji. Tym bardziej że sama postać głównej bohaterki jest niezwykła – fascynowała i wciąż fascynuje ludzkość, mimo że od czasu wojny trojańskiej upłynęły już przeszło trzy tysiąclecia. Stoi za nią opiekuńczy cień Afrodyty. Tak widzimy ją oczami Homera. Ale jeśli spojrzeć w głąb czasów przedhomerowych, postacie te oddalając się zlewają w postać jedną, boską, z księżycem w koronie. Jest bóstwem księżyca, a Helena, Selena, Afrodyta – to jej imiona uświęcone przez kulty lokalne. Roztacza tajemnicze wpływy na przyrodę i ludzi, sprzyja spełnieniu miłości pod osłoną nocy, nasyła marzenia senne. I staje się jasny symbol porwania, kiedy księżyc znika z nieba, a ziemię otacza mrok, sprzyjający gwałtom wojny i upiorom zagłady. Ale księżyc niezmiennie wraca w pełni swej niepokalanej świetności – Helena wraca do swego prawowitego męża. Z jej boskiej przeszłości pozostaje pochodzenie od Olimpijczyka, wyklucie się z jaja ptaka, jak niegdyś wykluł się świat. Jest nieśmiertelna, a jej zmysłowe piękno nieprzemijające. Czy to nie kojarzy się z czymś, co stoi u początków istnienia? Z mitem o tańczącej Eurynome, Substancji Wszechrzeczy. Taniec Eurynome, który tworzy wiry materii, z których powstaje wąż Ofion, który zapładnia Eurynome, która znosi wężowe jajo, z którego wykluwa się Świat, który jest Światłem. Kosmogonia pelasgijska, stworzona przez lud, który osiedlił się w Grecji, a musiał przyjść z kraju leżącego na styku kultur Egiptu i Babilonu.

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do tańca Eurynome, przed którym była próżnia kosmiczna, ujemna materia, nicość. Do pierwszej litery alfabetu, rozpoczynającej Księgę Rodzaju. Przed tą granicą istnienia myśl cofa się i przeskakuje na tory dostępne dla niej, realne, misteryjny taniec Eurynome, powtarzany przez jej kapłanki…

***

A ja jako autorka tych wędrówek po kulturze dodam jeszcze ostatni akapit:

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do Baratarii.
Na pierwszą kolację u Proteusza podano skrzydlatą rybę, umieszczoną na pięciu żółwiach – oczywisty symbol świata starożytnych. Do picia podano wino z najprzedniejszych winnic Proteusza, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci. Toż jest to ten sam, znany nam, opis uczt jakie urządza się na Baratarii! Wszystko złuda i nieprawda, i nie ma nic do jedzenia.