18+50

Urodzinowe czytanie / Geburtstags Lesung

Zaczęło się od znalezionego na Facebooku wiersza Łukasza Szopy:

El Greco i głowy

Na wystawie Greka
zbliżyłem się tylko do ikony
i tryptyku.
Potem malałem i gubiłem się przed płótnami
jak u portali katedr i wieżowców.

Rozmowę
zacząłem dopiero z młodziutkim Janem Chrzcicielem
pytając bardziej o futro
niż o Marię i jej syna obok.

Z ciemnych płócien ostatniej sali
wybiegłem jak na spacer po mszy
do Włoskiego Renesansu.

I tu – mimo jasności,
w chaosie targowiska, – Jan Chrzciciel, Holofernes –
żadnej uwagi dla uwodzącego aktu Veronesa,
czy notującej naprzeciw blond Włoszki;
łapałem spojrzenia tylko uciętych głów
i tylko nadgarstki Salome i Judyty.


Pomyślałam, że piszą dla mnie, a też fotografują, rysują, filmują i śpiewają i mężczyźni, i kobiety, a ja, gdy wspólnie z Christine Ziegler organizuję blogowe czytania, to zapraszam niemal zawsze tylko kobiety. A tymczasem… Wtedy powstał taki właśnie pomysł:

Plakat Christine Ziegler/ Foto Maciej Soja


Lesung zum Geburtstag / Spotkanie autorskie z okazji urodzin. Były to dla mnie bardzo specjalne urodziny – 18+50, pół wieku od momentu uzyskania dorosłości:

50 + 18
18 + 50
50+
Die Mathematik des Lebens
Es wird sich nie und nie wiederholen,
so ein Tag im Leben
In meinem Leben
50 + 18
18 + 50
50+
Ich schaue in den Spiegel
und sehe meine Mutter
Sie war alt
Ich bin alt
Alt
50 + 18
18 + 50
50+
Vor 50 Jahren wurde ich erwachsen
Es war Sommer
Damals war es Sommer
Der Tag der heute Herbst ist
Sommer Sonne Meer Strand
50 + 18
18 + 50
50+
Abitur, Zulassungsprüfung
Kleiner Aufstand
Ziellos, Sinnlos Zeitlos
Nur so
Sand auf den nackten Füssen
50 + 18
18 + 50
50+
Erwachsen
Erwachsen aber nicht so schlimm
Immer noch nicht so schlimm
Immer noch Teenager
Immer noch tanzend
auf dem Strand
rauchend
Die Sternen fallen
Ist doch Sommer
50 + 18
18 + 50
50+
Jetzt ist es
Jetzt ist es genau
Jetzt ist es genau ein halbes Jahrhundert später
Jetzt bin ich sicher erwachsen
Jetzt ist es
Ein halbes Jahrhundert im Spiegel
50 + 18
18 + 50
50+
Nie im Leben hatte ich so einen Tag gehabt
Nie im Leben werde ich so einen Tag haben
Halbesjahrhundert erwachsen zu sein
Halbesjahrhundert
Halbesjahrhundert
50 + 18
18 + 50
50+


Kwiaty urodzinowe / Geburtstagsblumen

Kräuter und Pflanzen mit Mais (darunter duftende Salbei!)  / Zioła i kwiaty z kukurydzą (i pachnąca szałwia!)  – Ela Kargol (sie kochte auch polnische Kaltsuppe – chłodnik!!!)
Langstielige Feldrose in derselben Gebinde heisst Ave Maria (fast so wie Ava Maria also wie ich) / wetknięta w ten bukiet wysmukła róża polna nazywa się Ave Maria, a to już jak Ewa Maria – Zbigniew Milewicz
Astry jesienne / Herbstaster – Lidia Głuchowska
Blumenstrauss mit Orchidee / Bukiet z orchideą – Rada Osiedla Turzyn / Siedlungsrat Turzyn.

Und es war so / Było tak:

Sie kamen zum Mittag mit dem Bus aus Stettin auf dem Weg zu einer Schifffahrt. Ich wurde nach unten geholt. 44 Personen stiegen aus dem Bus, stellten sich auf der Strasse um mich herum und sangen Sto lat! Fantastische street-art/ Przyjechali koło południa autobusem  ze Szczecina, poprosili, żebym zeszła na dół, a wtedy 44 osoby wysiadły z autobusu, odśpiewały Sto lat! i wręczyły mi kwiaty. A potem wszyscy się dobry kwadrans całowaliśmy! Piękne widowisko uliczne!


Geburtstags Geschenke / Prezenty urodzinowe

 

Ania bereitete für den Blog besondere Geburtstag- und Herbstheaders (so heissen die Dinge, die man oben bei jedem Beitrag sieht) – specjalne urodzinowo-jesienne headery (tak się nazywają banerki we wpisach) przygotowała Ania. 

Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny przynieśli coś pysznego do jedzenia – było między innymi ptasie mleczko z Litwy i pianka jabłkowa w czekoladzie z Białorusi, kabanosy, torcik wedlowski, chłodnik, tarta cytrynowa, ciastka bezglutenowe, karczochy, oliwki, humus, truskawki…

Ach, ale ja wcale nie to chciałam tu napisać. Spróbuję jeszcze raz: Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny robią coś dla blogu, doliczyłam się trzech osób, które jak dotąd nic z blogiem nie miały wspólnego, no ale myślę, że jak nad tym popracować…


Dariusz Kacprzak przysłał tekst

Sándor Márai Księga ziół 1

„Gdy podróżujesz, nie staraj się wyczarować domu z hotelowego pokoju. Są tacy ludzie, którzy beznadziejnie zabierają w podróż tęsknoty i rekwizyty z własnego domu i najchętniej zabraliby z sobą kanarka, fotel na biegunach i album rodzinny, aby w hotelowym pokoju nie brakowało im liturgicznych symboli domowego ogniska. Ci ludzie są rozpieszczeni i dziecinni, wiecznie tęsknią za nianią i kołyską. Człowiek doświadczony oczekuje od podróży krótkotrwałych, świeżych, urlopowych wrażeń, czegoś dziko nieobliczalnego, zaskakującego rzeczywistość i nie zamierza szukać w hotelowym pokoju domowego ciepełka. Człowiek, który zna swoje serce, świat i naturę ludzkich spraw, we własnym domu żyje tak samo jak w hotelowym pokoju i nie napycha zbytecznymi, sentymentalnymi bądź marnymi rupieciami pomieszczenia, gdzie upływa jego doczesny żywot. Taki człowiek we własnym domu żyje tak samo jak w hotelu: bo czegóż trzeba do życia? Łóżka, stołu i krzesła. A ty jesteś podróżnikiem, przelotnym wędrowcem, nawet w swoim podnajmowanym mieszkaniu. Myśl o tym zawsze, ilekroć wyciągasz się w łóżku, w domu czy na obczyźnie: nadal musisz wstawać rano. Właściciel może Ci wymówić. A do tego nie trzeba – nigdy, nigdzie – ni kanarka, ni fotela na biegunach”

Księga ziół (Kräuterbuch) von Sándor Márai:

[nie znalazłem niemieckiego wydania Księgi ziół, zatem tłumaczenie nie jest cytatem z niemieckiej, to jest tylko więc tłumaczenie służące zrozumieniu niemieckich gości 18 urodzin Ewy M. S. – DK

Der Schenkende fand keine deutsche Übersetzung des Texts, machte sie also selbst als Geschenk zum 18. Geburtstag der Administratorin und ihrer Gäste; Brigitte von Ungern-Sternberg hat es höflicherweise sehr leicht hie und da korrigiert und auch während des Geburtstagsfests vorgetragen. Eine Apostrophierung an das Geburstagskind kommt von ihr]

von Sándor Márai aus einem Buch über Kräuter.

„Wenn du auf Reisen bist, versuche nicht aus einem Hotelzimmer ein Zuhause zu zaubern. Es gibt Menschen, die sinnlos hoffen, die Sehnsüchte und Requisiten aus ihrem Haus auf die Reise mitnehmen zu können, sie würden am liebsten ihren Kanarienvogel, den Schaukelstuhl oder das Familienalbum einpacken, damit es ihnen im Hotelzimmer nicht an weihevollen Requisiten ihres Zuhauses fehlt. Solche Menschen sind verwöhnt und kindisch, ständig vermissen sie ein Kindermädchen und ihre Wiege.

Ein Mensch von Welt erwartet von einer Ferienreise kurzweilige, frische Eindrücke, etwas wild Unberechenbares, die Realität Übersteigendes und er denkt nicht daran, im Hotelzimmer nach häuslicher Wärme zu suchen.  Ein solcher Mensch, der sein Herz, die Welt und die Natur menschlicher Verhältnisse kennt, lebt sogar in seinem eigenen Zuhause wie in einem Hotelzimmer und füllt nicht mit unnützem, sentimentalem oder billigem Gerümpel jene Räume, in denen er gerade sein vergängliches Dasein zubringt. Er lebt in seinen eigenen vier Wänden nicht anders wie in einem Hotel: Was braucht man schon zum Leben? Ein Bett, einen Tisch und einen Sessel.

Und auch du, Ewa, bist ein Reisender, ein vorüberziehender Wanderer, sogar in deiner gemieteten Wohnung. Denk immer daran, jedes Mal wenn du dich im Bett streckst zu Hause oder in der Fremde: du musst dich stets am Morgen vom Bett erheben. Der Vermieter kann dir kündigen. Dazu braucht es – niemals, nirgends – weder einen Kanarienvogel, noch einen Schaukelstuhl.”

1 S. Marai, Księga ziół (FÜVES KÖNYV), tłum. F. Netz, Warszawa 2008, s. 118–119


Ich bekam zwei Gedichte besonders zu diesem Tag geschrieben / dostałam dwa wiersze napisane specjalnie dla mnie na te urodziny:

Tomasz Fetzki

Grał wspaniale na czarnej gitarze i równie wspaniale śpiewał ubrany na czarno

Wiersz urodzinowy, z samych aluzyj
(miejmy nadzieję, że czytelnych)
utkany

Lakońska Królowo
Niech zwięzłe me słowo
Geburtstag dzisiejszy uświetni
Ci, co dziś wystąpią
Niech godnie zastąpią
Dźwięk cytry i lutni i fletni

Niech duch Twój hultajski
Tatarsko – hebrajski
Rozkwita, pulsuje i gore
Niech w Gdańsku przeraża
Niech w Visby rozważa
Niech Kreuzberg naznacza oporem

Dzień każdy świetlisty
Niech śmiech Ci perlisty
Przynosi; przenigdy zaś lament
Dzień każdy jak klejnot
Ametyst lub agat
A nawet – gwiaździsty dyjament!


Roman Brodowski


Z Australii od Lecha Milewskiego przyszedł film o Paderewskim. Oglądaliśmy go podczas imprezy urodzinowej, ale dobrego nigdy za dużo – obejrzyjmy go jeszcze raz:


Było dużo śpiewania – śpiewali / Es sangen: Tomasz Fetzki, Zbigniew Milewicz, Krzysztof Pukański, a fragment Wesela przy akompaniamencie czarnej gitary Tomka zaśpiewała tak zwana “cała sala”! (Po niemiecku czytała Dorota Cygan). Połączyliśmy się tym samym z “całą Polską”, która tego dnia czytała Wesele. Słuchaliśmy też muzyki, którą skomponował Michał Talma-Sutt.


Okazało się, że nie da się utrzymać pomysłu, by wystąpili sami panowie. Męskie teksty czytały Brigitte von Ungern-Sternberg i Dorota Cygan, a na zakończenie Jadwiga Bleichert przeczytała dwa piękne wiersze…

Pokochaliśmy tę ziemię…

Pokochaliśmy tę ziemię
i tak bardzo chcieliśmy uczynić naszą
tę słoneczną krainę,
pagóry czarnoziemne
jak fale niknące daleko
w kierunku Morza Czarnego.
Te rzeki w zielonych wąwozach,
Dniestru wysokie brzegi
i na południu Gorganów grzbiet.

Pokochaliśmy i chcieliśmy uczynić naszym
tęskne śpiewanie, koszule wyszywane,

krzyże rzeźbione i kafle żółto-brązowo-zielone,
wioski w sadkach wiśniowych
i cebule cerkiewek i barszcz.

Na próżno wszystko!
Ona, ta ziemia, wolała być swoja.
Niech więc będzie szczęśliwa
pod sztandarem, jak niebo nad łanem!
Niech szczęśliwe będą wioski
zanurzone w ogrodach,
niech rozkwitają słonecznikowe pola
i niech brzmi cerkiewny i kościelny dzwon
w tej krainie naszej tragicznej miłości
– niech będzie nam wybaczone,
że ciągle żywej.

Wspomnienie o uratowanych przez generała Andersa

Niepojęte, nieogarnione
Przestrzenie nieprzyjazne i puste.
Jak dotarła do nich ta wiadomość?
Rozsypanych w wielkiej pustaci,
Do chat, ziemianek, baraków…
Doili krowy, karmili cielęta, piłowali drzewa,
A tu jakby trąba anielska!
O Boże, Matko przenajświętsza,
Wysłuchane modły nasze!
Ktoś o nas pamięta i szykuje ratunek.
Wrócimy do domu, do swoich, do Polski!
(nic to, że Polska to aktualnie Generalna Gubernia,
Przecież teraz to już dobro na pewno zwycięży)
Ile łez musiało popłynąć,
Ile kolan zgiąć się od słabości nagłego wzruszenia,
Ile pocałowanych medalików, krzyżyków, obrazków
Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Łahiszyńskiej, Królowej Polesia.

Dla wielu było za późno,
Zbyt chorzy, słabi lub wcale ich już nie było.
Może niektórzy w ogóle się nie dowiedzieli?
Za daleko w lesie – statki zbawienia odpłynęły bez nich.
Lecz kto na nogach ustać może – do armii!
Niech zasypie wiatr cztery kąty nędzy – nie żal!
I tylko z grobów garstkę ziemi wziąć…

Jak oni dali radę, nie mieli nic
Dokąd mamy jechać? – to gdzieś na południu,
Kiedy odjedzie pociąg? – nie wiemy,
Kto da nam chleb na drogę i pić?
W łachmanach, chorzy, zagłodzeni- do armii!
Kobiety, dzieci – do armii!
Boże, gdzie żeś Ty widział taką armię?
Rąk do załamywania, włosów do rwania z głowy
– tego nie brakuje.
A tu trzeba wojsko sformować.

Ze wspomnień wieje stepowy bura̓n,
Ścina krew w żyłach i przejmuje mrozem.
Jaki ogrom cierpienia może wytrzymać człowiek,
Wie tylko ten, kto ogrom cierpienia wytrzymał.
Niech zaoszczędzone będzie to potomnym
Wyprowadzonych z domu niewoli
Przez Morze Kaspijskie nierozstąpione.

Uratowanych sto dwadzieścia tysięcy
I żal Generała, że nie zdołał więcej.

***
A gdy autorka czytała te dwa słowa “do armii”, to czytała tak, że dreszcze przechodziły!

Stuart 31

All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

Dookoła widzę znane twarze
Zużyte miejsca, zużyte twarze
Ludzie wcześnie wstają, do swych codziennych wyścigów
Iść do nikąd, iść do nikąd
Ich łzy wypełniają szklanki po brzegi
Bez wyrazu, bez wyrazu
Chowam głowę, a chciałbym utopić smutek
Nie będzie jutra, nie będzie jutra.

Gary Jules, Mad World

Joanna Trümner

Pytania

Mijały ostatnie godziny starego roku, rozgrzane słońcem ulice Sydney zapełniły się młodymi, roześmianymi ludźmi podążającymi na sylwestrowe zabawy. Z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze Meg wyglądała na ulicę i nie potrafiła zrozumieć nastroju radości, który zapanował na ulicach. „Z czego oni wszyscy tak się cieszą?”, zastanawiała się. „Przecież nic w życiu się nie zmienia tylko przez to, że zegar wybije dwunastą i zacznie się nowy rok”. Przypomniał jej się ubiegłoroczny Sylwester w mieszkaniu Chrisa – noc przepełniona śmiechem i muzyką w dużym gronie przyjaciół. Po wyjściu gości Meg i Chris zdecydowali się zostawić posprzątanie bałaganu na później i poszli na długi spacer po mieście. W najbliższym parku znaleźli wolną ławkę, na której mocno przytuleni do siebie czekali na wschód słońca. „Nie będzie ci ze mną łatwo, ale powinnaś wiedzieć, że od dawna nikt dla mnie tak dużo nie znaczył”, powiedział Chris. Prawdziwy sens tego romantycznego wyznania z nocy sylwestrowej zaczął docierać do niej w miarę upływu kolejnych tygodni. Chris coraz rzadziej miał czas na spotkania, tłumaczył się pracą i wyjazdami na szkolenia. Meg nauczyła się cieszyć z nielicznych wspólnie spędzanych godzin i nie stawiała żadnych wymagań. „To się na pewno niedługo zmieni”, powtarzała sobie w duchu, starając się zapanować nad coraz mocniejszym uczuciem rozczarowania. Gdyby nie doszło do jej feralnego wyjazdu z rodzicami do Melbourne, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się o aferach Chrisa.

Z okien tramwaju, którym razem z rodzicami zwiedzała miasto, zobaczyła Chrisa obejmującego mlodą, nieznaną kobietę. „Na pewno mi się przywidziało. To musiał być ktoś bardzo do niego podobny”, uspokajała wątpliwości czekając na kolejne spotkanie. A kiedy w końcu miała okazję zapytać go wprost o pobyt w Melbourne z inną kobietą, Chris przeprosił ją za tę głupotę, incydent, który dla niego nic nie znaczył. „Przecież wiesz, że liczysz się tylko ty”, powiedział wręczając jej następnego dnia wielki bukiet róż. „To już się nigdy więcej nie powtórzy, obiecuję”, dodał drżącym głosem. Po jego wyjściu Meg długo patrzyła na róże w wazonie i myślała o początku ich znajomości oraz pierwszym pocałunku na szpitalnym łóżku. „Mamy wyniki badań, będziesz mogła niedługo wstać, za kilka miesięcy wrócisz do normalnego życia. Ale niestety coś się przez ten wypadek zmieniło – nie będziesz mogła mieć dzieci. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym od kogoś innego” , powiedział patrząc jej w oczy. Zobaczył w nich tyle smutku, że instynktownie przytulił Meg do siebie, nie myśląc o tym, że za chwilę w pokoju może zjawić się pielęgniarka lub pacjentka z sąsiedniego łóżka. Wiedział jak bardzo właśnie teraz Meg potrzebowała kogoś bliskiego. Pocałował ją, sam zaskoczony tym, że przekroczył pewne niepisane zasady pracy lekarza. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w budynku szpitala są tylko oni w dwójkę.

Podczas wielu tygodni pobytu w szpitalu Chris stał się ważną częścią jej życia, nic jednak nie zapowiadało wtedy dalszego przebiegu tej znajomości. Z czasem zaczęła rozumieć, że Chris był wielką pomyłką. Podczas ich prawie rocznego związku kilkakrotnie słyszała od niego przeprosiny. Kilkakrotnie wyrzucała do kosza wyschnięte bukiety róż, zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie potrafię od niego odejść? Jak mogę pozwolić na to, żeby ktoś mnie tak traktował?” Z każdym dniem docierało do niej coraz mocniej, że odejście od Stuarta było największym błędem, jaki zrobiła do tej pory w życiu.

„Dlaczego właśnie ja wpadłam po raz drugi w życiu na mężczyznę, który jest kaleką uczuciowym? Na kogoś, dla kogo jestem tylko jedną z wielu zdobyczy, potrzebnych do dowartościowania swojego ego? Jak mogłam się tak pomylić? I to właśnie ja, w końcu moja praca polega na tłumaczeniu pacjentom, jak powinni żyć, żeby nie zgubić poczucia własnej wartości?”, zastanawiała się nieraz, zbierając siłę na odejście. Dopiero po wielu miesiącach walki ze sobą udało jej się zakończyć tę znajomość.

Kiedy zegar w mieszkaniu wybił północ i rozpoczął się rok 1984 Meg dopijała do końca butelkę czerwonego wina. „Happy New Year”, pomyślała z goryczą i głośno powiedziała: „Nie chcę żyć w tym smutku! Przecież ja nawet nie mam przyjaciółki, nikogo, z kim mogłabym teraz porozmawiać. Nigdy nie miałam przyjaciółki, zawsze byłam samotnym dziwolągiem”, pomyślała. Przypomniała sobie jak będąc dzieckiem z zazdrością przyglądała się koleżankom z klasy, które przysyłały sobie podczas lekcji małe, zapisane drobnym pismem karteczki. Tajemnice, których Meg nigdy nie poznała. W czwartej klasie niespodziewanie i ona w końcu znalazła przyjaciółkę – Dianę, niezbyt ładną, grubą dziewczynkę z sąsiedniej klasy. Meg i Diana stały się wkrótce nierozłączne, spędzały ze sobą każdą przerwę pomiędzy lekcjami i każdą wolną chwilę, godzinami rozmawiały o tym, co wydarzyło się w szkole, o plotkach, sympatiach i antypatiach, chłopcach. Ta przyjaźń pomogła im w ciągu kilku miesięcy przemienić się ze smutnych, nie rozstających się z książką dziewcząt w rozchichotane nastolatki. Diana zaakceptowała nawet fakt, że Meg nigdy nie zaprosiła jej do siebie do domu. „Moja mama jest chora, u mnie nie można spokojnie porozmawiać”, tłumaczyła swój strach przed pijaną matką. W ostatniej klasie szkoły rodzina Diany wyprowadziła się do Londynu i Meg znów została sama. Przez kilka miesięcy po przeprowadzce Diany przyjaciółki pisały do siebie listy, z czasem stały się one coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.

Podczas studiów Meg poświęcała prawie cały czas na naukę i czekanie na Stana. „Straciłam dla niego tyle lat!”, myślała otwierając drugą butelkę wina na powitanie roku 1984. „Może po prostu jestem jedną z tych kobiet, które zawsze podświadomie wybierają sobie nieodpowiedniego partnera. Jedynego mężczyznę, który był dla mnie dobry i uczciwy zawiodałam tak, że nie chce mnie więcej znać. I ma rację. Trzymałam szczęście w ręku i lekkomyślnie wypuściłam. Zamieniłam szczęście na upokorzenie. Jestem beznadziejna, a wszystkie te mądre rady, które od lat daję obcym ludzim, w moim życiu zupełnie się nie sprawdziły. Od miesięcy nie potrafię zapanować nad depresją”. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i przysłuchiwała się odgłosom ulicy, temu, jak śmiali się ludzi powracający z zabaw do domu. „Ciekawe jak on zaczyna nowy rok?”, pomyślała siadając na parapecie okna.

Stuart śpiewał ostatni utwór na zakończenie sylwestrowego koncertu, kiedy w klubie nagle zapanowała kompletna ciemność. Opanował go dziwny niepokój, który nie ustąpił nawet wtedy, kiedy zapaliło się światło. Już raz w życiu, w chwili śmierci ojca, miał podobne uczucie strachu, poczucie, że stało się coś złego. Dlatego też zaraz po powrocie do domu zadzwonił do matki w Anglii. Usłyszał od niej, że w rodzinnym domu wszystko jest w porządku. Całe Walton przygotowuje się na powitanie nowego roku, jego siostra Eve odpoczywa po pierwszej chemioterapii, a matka przejęła na kilka dni opiekę nad małym Georgem. Po tej rozmowie Stuart zasnął jak kamień, nie pamiętając o ódziwnym, niewytłumaczalnym niepokoju po zgaśnięciu światła w klubie.

Dopiero w kilka dni później dotarła do niego wiadomość o samobójstwie Meg.

Wybrał się do Toma, bo nie chciał być w domu sam z natarczywą myślą: „Może to przeze mnie?” Przyjaciel próbował go uspokoić: „To nie jest twoja wina, to jej wybór, z którym nie masz nic wspólnego”. Stuart nie do końca był o tym przekonany. Wiedział jednak, że nikt nie odpowie mu już na pytania: „Może udałoby mi się ją uspokoić? Może powiedziałem poczas naszej ostatniej rozmowy coś, co ją zraniło? Może dzwoniła do mnie o północy i chciała się pożegnać?”

Po pogrzebie podszedł do rodziców Meg. „Nigdy nie będę w stanie zrozumieć”, zwrócił się do nich bezradnym tonem. „Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie widziałam, że jest tak źle”, odpowiedziała matka Meg, trzymając go kurczowo za rękę. Następnie Stuart podszedł do Lucasa, księdza w kościele, do którego regularnie chodziła Meg. „Nie potrafię zrozumieć, że nie pomogła jej wiara”, powiedział po cichu Lucas. „Dla ludzi wierzących nie ma chyba większego grzechu niż odebranie sobie życia”, dodał. Stuart rozejrzał się wśród uczestników pogrzebu, z trudem rozpoznał młodego lekarza, dla którego Meg zostawiła go przed ponad rokiem. „Śmierć, szczególnie taka śmierć, zostawia po sobie taki smutek i dziesiątki pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi”, pomyślał opuszczając cmentarz.

Cdn.

Szopa w salonie 8

Beitrag auf Deutsch – siehe unten

Łukasz Szopa

Nasza piaskownica

Kim Jong-un i Donald Trump kłócąc się, krzyżują bohaterskie hasła i wymachują tak mocno swoim jądrowym arsenałem, że aż ziemia drży. A i Ziemia, jako cała planeta. Czyli znów taki momencik, gdzie ludzkość – dzięki obu ww. panom – przypomniała sobie, że istnieje coś takiego jak broń atomowa, i to w posiadaniu przynajmniej sześciu (a może siedmiu, ośmiu, dziewięciu?…) państw, całkiem nieźle nadających się na tak fajerwerkową imprezę, że nawet słynny w latach osiemdziesiątych apokaliptyczny film „The Day After“ może się schować – gdyż jest w sumie aż za optymistyczny.

Już dwa i pół roku temu, pisząc na ten temat po niemiecku do pisma „Der Freitag“, zainspirowany straszeniem państw NATO przez rosyjskiego generała Buszyńskiego ichniejszym arsenałem atomowym, dziwiłem się, że ludzkość taka niepamiętliwa. Że zachowują się ludzie jakby nie tylko był rok 1987, Reykjawik i Genewa, Gorbaczow i Reagan, uściski dłoni i podpisy o zakończeniu „wyścigu zbrojeń“ – ale jakby to było i wtedy, i teraz… prawdą.

Bo żadnego zakończenia nigdy nie było, ani ze strony USA, ani – nawet za Jelcyna! – ze strony Rosji, nie wspominając o „cichych“ i sprytnych Chinach, no i o „niewidocznej“ reszcie państw majsterkujących przy swoich bombkach. Co najwyżej mieliśmy recycling i zwiększenie efektywności (w pewnym sensie… energetycznej…): niszczono masę bomb starych, produkując ciut mniej nowych – ale technologicznie dużo lepszych.

Tymczasem mnie temat wojny atomowej i jej apokaliptycznej wizji przypomina… sielskie, socjalistyczne dzieciństwo. Gdy w szkolnych rozmowach słowa takie jak „Pershing“ czy „Cruise“ oznaczały nie amerykańskiego generała i nie aktora, a typy atomowych pocisków. I gdy pokazywaliśmy sobie ich foty z niemalże większą fascynacją niż zdjęcia najnowszych modeli BMW czy Ferrari. Ale już wcześniej na wojnę atomową byliśmy przygotowani – bawiąc się w nią na podwórku. Wcześniej, bo nie tylko „przed szkołą“, ale i – przed wyświetleniem w Polsce wspomnianego „The Day After“. (Dlatego sam film wydał nam się raczej nudnawy). Były to zarówno zabawy w skali mikro – czyli niszczenie piaskownicowych cywilizacji przez piaskowe eksplozje piachu (który do wieczora zostawał nam we włosach), ale i makro. Czyli „niby ale na serio“ – z nami w rolach głównych, jako wskazujących atomowego grzybka na horyzoncie (gdzie co najwyżej widać było traktor czy dymy z tyskich browarów), jako uciekających do schronu (czyli zatęchłej, wilgotnej piwnicy), jako tych co przeczekali i wychodzą po miesiącach (niemal godzinie) na powierzchnię, i tak dalej. No i oczywiście regularnie lataliśmy po podwórku, śpiewając wesoło „Zaaa dwaaa laaata – będzie koniec świataaa!“

Ale najlepsze było to, jak naprawdę przygotowaliśmy się do wojny atomowej. To znaczy, w sumie – będąc zawsze optymistami – do czasu po. A mianowicie postanowiliśmy wykopać w naszej piaskownicy olbrzymi dół (jak na nas, czyli jakieś pół na pół metra, głęboki może na 70 cm), i zrobić z niego magazyn żywności na „czas po“. Dziurę wyłożyliśmy pięknie ukradzionymi z budowy folią i cegłówkami, ukradliśmy mamom z lodówek, na co kryzys pozwolił (a nie było to mało!), całość przykryliśmy konstrukcją patyków, znów folia, piasek, gotowe! Wojna atomowa może przyjść, jak przeżyjemy – to z głodu nie umrzemy, gdyż mamy nasz tajny sejf z prowiantem!

(O tym, po ilu latach „sejf“ został odkryty, i w jakim stanie była żywność w środku, nie wspomnę…)

Wtedy kłócili się nie Donald i Kim, a Breżniew i Reagan. Byliśmy oczywiście za Reaganem, wiedząc, że jego bombki trafią jako pierwsze w nas i strategicznie ważny Śląsk. No i na pewno byliśmy realistami większymi niż niejeden obecny Ziemianin.

Ale, że zakończę jednak optymistycznie – był na osiedlu jeden pan, jeszcze bardziej optymistyczny i beztroski niż my. Regularnie, gdy słyszał z naszych ust nasze „Za dwa lata będzie koniec świata“, dopowiadał, poprawiając: „Nie nie za dwa, za cztery!…“

Do tekstu załączam zdjęcie słynnej atomowej piaskownicy, na nim moja siostra z chłopakiem, rok chyba 1982…

Nasza atomowa piaskownica – moja siostra z chłopakiem

Link do ww. artykułu w „Der Freitag“: https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/buschinskijs-bombe-und-unsere-sandkiste

Barataria (32) Leśmian (12) Sindbad (4)

Ewa Maria Slaska

Zapowiedź śmierci

Tym razem Sindbad dostał się na wyspę, bo akurat w pobliżu kolejnej wyspy zgraja Pił napadła okręt, którym płynął w nieznane, i

… sprawnie przepiłowała dno. Załoga przesłaniała dziury, jak i czym można było, ale walka była zbyt trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą. Zresztą doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

Na szczęście skacząc udało się załodze, a było na okręcie trzystu chłopa, dostać na ową wyspę, a tam, okazało się, mieszkał karłowaty lud wyglądem przypominający ni to czarne psy ni diabły.

W okamgnieniu roje karłów zakrzątnęły się wokół i natychmiast jedne z nich ustawiły przed nami stół, drugie — zydle, a reszta pobiegła do pobliskiej lepianki, z której wypadła gwarnie, niosąc dziwaczne kielichy i pokrętne butle. Zasiedliśmy do stołu w oczekiwaniu jadła i napoju. Karły podały nam kielichy i ze wstrętnym uśmiechem na twarzy napełniły zielonkawym trunkiem z pokrętnych butli. Trunek ten wydzielał woń tak gęstą, ponętną, upajającą i oszałamiającą, że kapitan i wszyscy marynarze z zachwytem wychylili do dna swe kielichy, zanim zdążyłem ich ostrzec. Byłem pewien, że trunek ten zawierał jakieś zioła senne, które odbierały przytomność i obezwładniały najzupełniej tych, co się nie oparli jego wonnym urokom. Toteż nie opróżniłem swego kielicha. I dobrze uczyniłem. Domysły moje sprawdziły się niebawem. Kapitan pierwszy, a po nim kolejno wszyscy marynarze nabrali dziwnych, obłędnych, nieprzytomnych wyrazów twarzy. A był to obłęd dziwny i nieprzytomność osobliwa, zaczęli bowiem mówić rzeczy tak niespodziane, że włosy dęba stanęły mi na głowie! Oto ni mniej, ni więcej, ale z wielkim znawstwem i amatorstwem jęli doradzać rozmaite przyprawy i sposoby smażenia, najbardziej odpowiadające gatunkowi ich ciał. Zauważyłem z przerażeniem, iż karły nasłuchują uważnie tego, co mówią owi nieprzytomni. Widocznie świadome były naszego języka, chociaż udawały, że nic nie rozumieją.
Kapitan, macając swe pulchne policzki i pomlaskując przy tym językiem, mówił na wpół do nas, na wpół do siebie:— Z takich policzków warto dwa befsztyki na świeżym masełku usmażyć. Z lekka po wierzchu obrzuciłbym je struganym chrzanem i otoczyłbym wieńcem z rumianych, tymże masłem przepojonych kartofelków. Na to jeden ze starych marynarzy, uderzając się po żylastych udach, zawołał:— Z takich udźców szynkę bym uwędził nie na zwykłym dymie, lecz na jałowcowym, gdyż ten ostatni dodaje osobliwego smaku, odsmaku i posmaku. Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia: — Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Sindbad uniknął pożarcia przez karły-łakomczuchy i oczywiście spotkał na owej karlej wyspie kolejną przepiękną księżniczkę. Piękna była lecz czarna, co jest oczywistym odwróceniem przez pana Leśmiana słynnego wersu Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami. Nigra sum sed formosa. Królewna, podobnie jak nasz bohater, nie wypiła trunku, uniknęła więc śmierci, ale jej ojciec zginął marnie. Przeżył życie jako król, opowiedziała dziewczyna, a umarł jako potrawka z kaparami w sosie śmietanowym. Wcale zresztą nie była naprawdę czarna, przeciwnie biała była jak alabaster, ale jeden z karłów przymusił ją do małżeństwa i pomalował na czarno, żeby go nie oślepiała.

— Jestem dość kochliwy — mówiłem dalej — i bardzo być może, iż pokocham ciebie, gdy poznam bliżej. Trudno mi teraz zapewnić tobie moją miłość, ponieważ czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić.
— Nie da się — szepnęła smutnie Armina,
— Czemu? — spytałem.
— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen.

Czyli, podobnie jak wszystkie inne królewny z bajek, tak i ta nosiła w sobie swe własne zniknięcie. Wszystkie one, nie tylko te, które spotykał Sindbad, nie istniały naprawdę, były ułudą, tak typową dla mieszkanek Baratarii.

Motyw pastuszka, który żeni się z królewną pojawia się w baśniach, mitach i legendach  założycielskich na całym świecie i jest oczywistą pozostałością matriarchatu. Nie pamiętam już, gdzie przeczytałam tezę, że gdy księżniczka ożeni się z pastuszkiem, podciągnie go na swój poziom i uczyni z niego króla, gdy jednak to król poszuka sobie prostej dziewczyny, zabawi się tylko i zostawi tam, gdzie była, najczęściej z dzieckiem… Zresztą co tam król, w końcu Faust też zabawia się, można by rzec, po królewsku, z Małgorzatą, po czym zostawia ją na pastwę Losu i nieubłaganego Prawa. Ciekawe, że paskudna historia uwiedzenia pobożnej dziewczyny i porzucenia jej z dzieckiem zyskała sobie miano Dzieła!

Wróćmy jednak do naszych baranów. Sindbad i Armina uciekają z wioski ludożerców i  docierają na brzeg wyspy, gdzie akurat przepływa okręt, który zabierze ich na pokład. Tam staje się, co się stać musiało, kapitan okrętu ma akurat przy sobie maść odbielającą (akurat to takie poręczne baśniowe słowo) no i…

Nie byłaż to jednak jedyna wyspa w tej opowieści. Okręt zawiózł bowiem Sindbada do wyspy króla Pawica, gdzie w życiu Sindbada pojawiła się kolejna kobieta nosząca w sobie zapowiedź śmierci. Miała na imię Kaskada i tym razem nie była to księżniczka, lecz zwykła mieszczka, tyle że bardzo ponętna, co jednak nie było zbyt dziwne, bo wszystkie kobiety na wyspie króla Pawica były nadzwyczaj ponętne. Kaskada miała przedziwny obyczaj, że lubiła wbiegać na skały i rzucać się z nich w dół, siłą rzeczy musiała więc nie tylko żyć w zgodzie z imieniem, ale też tak właśnie umrzeć. Niestety w królestwie króla Pawica mąż kobiety, która umarła, musiał zostać wraz z nią pogrzebany w skalnej jaskini. Biedny Sindbad nie wiedział o tym, gdy decydował się na ślub z Kaskadą.

Sindbad nie podaje się tak łatwo, korzystając z faktu, że jest przecież cudzoziemcem, pertraktuje z królem: Czy nie mógłby uzyskać — na przykład — przywilejów zwłoki, przewłoki lub odwłoki? Nie uzyskuje jednak żadnych specjalnych względów. Gdy Kaskada zabije się lecąc ze skały, Sindbad na własnym grzbiecie poniesie w góry szklaną trumnę ze zwłokami żony, a za nim wozy powiozą cały jego ruchomy dobytek. Spuszczą go na dno sztolni grobowej wraz z trumną, po czym zwalą mu na głowę wszystko, co posiadał, na zakończenie zaś obrzędu dadzą mu na drogę w zaświaty siedem bochnów chleba i siedem dzbanów wody.

Tak się grzebało kiedyś władców, a przedtem jeszcze  – władczynie, ze sługami i dobytkiem, a w królestwie króla Pawica królewski pogrzeb przysługuje każdej zmarłej kobiecie. Mąż jest ofiarowanym zmarłej sługą. W bajce nie ma mowy o tym, by w sytuacji odwrotnej postępowano podobnie i jak w Indiach wraz ze zmarłym mężem grzebano jego małżonkę. Nasuwa się tu jednak nieuchronnie myśl, że im mniej posiadasz, tym większą masz szansę, że uniesiesz cało głowę z samego obrządku pogrzebowego.

A jeśli czytelnik pomyśli sobie, że szkoda wrzucać do grobu wszystko, co zmarła posiadała, i że lepiej by było zostawić coś dla dzieci, powiem, że i to znane jest w kulturach świata, na przykład jako indiański potlach (potlacz) czyli przymusowa wymiana lub przymusowe rozdawanie dóbr. Potlacz był przymusową redystrybucją, wzmagał wydajność pracy, ale skłaniał też do zachowania umiaru w posiadaniu. Badacze podkreślają społeczne funkcje potlaczu jako środka wymuszającego wyrównanie szans. Na wyspach melanezyjskich podobny obrzęd nazywał się kula.

Dom do sprawiania obrzędów potlaczu, tzw. Wielki Dom Wawadit’la w Thunderbird Park, w British Columbia, wybudowany przez szefa potlaczów, rzeźbiarza i śpiewaka, Mungo Martina, zwanego Nakapenkem, w roku 1953.

Po kilku dniach błąkania się w podziemnym mieście pełnym szklanych trumien i wszelkiego ludzkiego dobytku, Sindbad trafia na szklaną trumnę stojącą w pustej niszy. Ciało pięknej zmarłej jest nienaruszone. Młoda kobieta trzyma w ręku lutnię. Na wieku trumny wyryty został napis: Rozbij szklaną trumnę uderzeniem pięści, a co ma się szczęścić, to ci się poszczęści.

To już trzecia kobieta w tej opowieści, i najbardziej ułudna z nich wszystkich. Nie zapowiada śmierci, bo wprawdzie jest, ale jej nie ma, nie umrze więc…

Uniosłem pięść do góry i z całych sił uderzyłem w szklaną trumnę. Rozpadła się z jękiem i dzwonieniem na drobne kawałki. W tej samej chwili postać kobiety jakby ocknęła się ze snu. Jedną dłonią przetarła oczy, a drugą zmacała lutnię, jakby chcąc się przekonać, czy jej nie zgubiła. Wreszcie, przyciskając lutnię do piersi, powstała i z wolna zeszła z głazu na ziemię. Wówczas wzrok jej padł na mnie.
— Tyś rozbił trumnę? — spytała głosem tak śpiewnym, że nie śmiałem na razie odpowiedzieć, wydało mi się bowiem, iż winienem w odpowiedzi zanucić jakąś pieśń cudowną. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, odrzekłem:
— Tak — rozbiłem twą trumnę, odczytawszy napis na głazie.
— Należę przecież do ciebie, bo przyrzekłam, iż poślubię człowieka, który rozbiję moją trumnę i przywróci życie memu ciału.
— Dawno temu umarłaś? — spytałem.
— Nie umierałam nigdy — odrzekła.
— Czy nigdy nie żyłaś na ziemi?
— Nie żyłam nigdy.
— Powiedz, kim jesteś?
— Nie jestem. Nie ma mnie wcale. Nie istnieję. Nie umiem istnieć. Umiem się tylko śnić tym, którzy są snu spragnieni. I oto teraz śnię się tobie. Śniłam się dawniej królowi Pawicowi, gdy był jeszcze młodzieńcem, lecz go tak męczył ów sen, że kazał mnie jakiemuś czarownikowi przyłapać na gorącym uczynku zjawiania się we śnie i — przyłapaną — zamknął w szklanej trumnie, którą spuszczono w podziemia i utwierdzono w niszy na tym oto głazie. Wówczas wyśniłam napis, któryś na głazie odczytał, a dość mi wyśnić cokolwiek, aby się to spełniło. Napis się spełnił. Obiecałam sobie w duchu poślubić tego, kto ów napis odczyta i trumnę rozbije, aby mnie znowu powołać do czynności sennych. Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się. Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna — dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia. (…)
— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.

Pozdrowienia z Baratarii…

Wspomnienia o mojej Mamie (1)

Janina Kowalska

Halszka czyli Topola

Polska Organizacja Wojskowa, znana bardziej pod skrótem POW, była organizacją tajną, która powstała na terenie zaboru rosyjskiego w 1914 roku i stopniowo obejmowała wszystkie zabory. Miała na celu odzyskanie przez Polskę niepodleglości. Szkoliła kadry wojskowe i gromadziła broń.

Był rok 1918, kiedy Halszka zetknęła się z tą organizacją podczas pracy jako nauczycielka w majątku Gosławice pod Koninem. Mama wstąpiła do POW i brała czynny udział w szkoleniach oraz gromadzeniu broni. Obrała sobie pseudonim Topola. Była wysoką, smukłą 20-letnią dziewczyną i taki pseudonim do niej pasował.

Opowiadała mi, że kiedyś otrzymała polecenie dostarczenia karabinów do miejscowości oddalonej o kilkdziesiąt kilometrów. Dano jej do dyspozycji podwodę, czyli furmankę z woźnicą i koniem. Załadowano na furmankę karabiny, przykryto słomą, na słomie usiadła Topola i ruszyli w drogę. Była to dla Mamy nie pierwsza taka akcja, nigdy do tej pory nie miała klopotów w czasie takiej jazdy. Tym razem furman, osoba wtajemniczona, był niezadowolony z funkcji, jaka mu przypadła. Siedział na koźle zgarbiony i mamrotał coś pod nosem. Załadunek odbył się późno, tuż przed wieczorem, jechali wolno polną drogą, zapadała noc, ale dla Halszki nie było to nic nowego. Przed nimi widoczny był w oddali las. W pewnym momencie woźnica odwrócił się do Halszki i krzyknął: “dojadę do lasu i skinę“ (w gwarze wiejskiej słowo skinę, kinę oznaczało – wyrzucę.) Mężczyzna sądził, że przestraszy dziewczynę, ale Halszka siegnęła po karabin i odkrzyknęła: “jak mnie zrzucisz, to cię zastrzelę” i szturchnęła chłopa karabinem w plecy. Chłop się chyba przestraszył, bo zaciął konia i żwawo ruszyli w drogę. Halszka na wszelki wypadek karabin trzymała w rękach i od czasu do czasu poszturchiwała nim chłopa w plecy. Ten mamrotał coś pod nosem, ale już nie groził. Nie wiedział, że do tych karabinów nie było amunicji, a więc i ten karabin, który czuł na plecach, też był nie nabity.

Nad ranem dojechali na miejsce, chłop potulnie zdjął karabiny z furmanki i zaniósł, gdzie mu wskazano, a Halszka kazala mu samemu jechać z powrotem. Wolała już nie wracać z nim nieuzbrojona.

Jak dojechała do Gosławic, nie mówiła.

Halszka (po lewej) w POW

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (5)

Dariusz Kacprzak

Feluka na Nilu Emila Orlika

Urodzony w Pradze w 1870 roku Emil Orlik swą edukację artystyczną rozpoczął w 1889 roku w prywatnej szkole malarstwa Heinricha Knirra w Monachium, a w 1892 roku zdobył srebrny medal Bawarsko-Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 1894 roku powrócił do rodzinnej Pragi, którą opuścił w 1904 roku, przenosząc pracownię do Wiednia. Rok później, otrzymawszy w Berlinie posadę profesora w państwowej pracowni dydaktycznej przy Muzeum Rzemiosła Artystycznego, przeniósł się do stolicy Prus, z którą związał się do końca życia. Zmarł w 1932 roku. Jego prywatne atelier mieściło się przy Lützowplatz. W 1895 roku został członkiem Związku Niemieckich Artystów w Czechach, w 1899 roku Wiedeńskiej Secesji (z której wraz z tzw. grupą Klimta wystąpił w 1905 roku) Od czasu studiów, przez całe życie wiele podróżował po Europie, wielokrotnie bywając w Paryżu i we Włoszech. Równie, jeśli nie bardziej, znaczące dla twórczości artysty były jego dwie podróże wschodnioazjatyckie (Japonia, Egipt, Nubia, Ceylon, China, Korea) oraz wyjazd do Nowego Jorku i Clevland. Spuścizna artystyczna Emila Orlika jest wszechstronna, poza malarstwem, grafiką i rysunkiem, zajmował się także fotografią, chętnie projektował scenografie i kostiumy teatralne. Jako grafik z dużą biegłością posługiwał się rozmaitymi technikami. Jego pierwsze graficzne prace mają charakter malarski – są to przede wszystkim pejzaże, operujące plamą, przesycone światłem i powietrzem. Później jego prace stały się bardziej graficzne, syntetyzująca formy linia zyskiwała stopniowo na wyrazistości. Zafascynowanie drzeworytem japońskim doprowadziło Orlika do podjęcia nauki bezpośrednio u japońskich artystów. Swoim drzeworytom, powstającym zgodnie z zasadami sztuki japońskiej, nadawał jednak specyficzny europejski charakter.

Emil Orlik wpisuje się w symboliczną figurę homo viatora przełomu XIX i XX stulecia, pielgrzymującego w czasie przez życie, od narodzin aż po kres, jak i wędrującego przez szeroki świat w celu poznania go, uczynienia sobie poddanym, czy też spełniającego odwieczne marzenie o odnalezieniu mitycznych Wysp Szczęśliwych. Od czasu przełomu impresjonistycznego artyści interesowali się kulturami egzotycznymi, bliskim i dalekim Wschodem, w szczególności Chinami i Japonią, z czasem inspiracje czerpano także z kultur prymitywnych Czarnego Lądu. Warto wspomnieć, że Egipt jak i Bliski Wschód należały już w drugiej połowie XIX wieku do popularnych kierunków podróży i były celem zainteresowań fotografii podróżniczej. Wśród dagerotypistów i kolotypistów działających wówczas w Egipcie, którzy obok typowych zdjęć architektury i turystycznych widoków, pobudzając wyobraźnię Europejczyków, uwieczniali współczesne sceny rodzajowe egipskich ulic, oaz i portów, warto wymienić Emile’a Becharda, Wilhelma Hammerschmidta czy Pascala Sebaha.

Motyw feluki – tradycyjnej, jedno- bądź dwużaglowej łodzi, używanej na osłoniętych wodach Morza Czerwonego, wokół wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, a w szczególności na Nilu w Egipcie, pojawia się wielekroć w twórczości Emila Orlika. Łodzie te zapewniały cichą i spokojną podróż po rzece, zwykle zabierały na pokład kilkanaście osób, załoga składała się z dwojga, trojga ludzi. Rysunek takiej dwużaglowej feluki odnaleźć można w liście Orlika do Maksa Lehrsa, pisanym 5 lutego 1912 roku właśnie podczas podróży po Nilu, a także w jednym z jego szkicowników egipskich.

Widok z góry na przycumowaną do brzegu felukę stanowi także temat prezentowanej tutaj grafiki, zwracającej uwagę oryginalnym, fragmentarycznie wyciętym, kadrem oraz asymetryczną kompozycją. Kreślone precyzyjnie ciętymi liniami, dopełnione „malarską” kreskami szczegóły feluki na pierwszym planie zostały przeciwstawione bardzo oszczędnie opisanemu graficznie pejzażowi. Sugestywność przedstawienia artysta osiągnął poprzez subtelne efekty graficzne – dzięki bardzo drobnym ziarnistym plamom szarości i czerni, które dopełnił barwną akwarelą.

Zarówno interesujące ujęcie tematu, jak i widoczna w szczecińskiej pracy wirtuozeria warsztatowa stanowią dobitne potwierdzenie talentu Emila Orlika. Grafika powstała w 1915 roku. Artysta wykonał wówczas niewielką serię egzemplarzy opisanych jako druk próbny, kolejne odbitki datowane są na rok 1916. W zbiorach berlińskiego Gabinetu Rycin znajdują się dwa inne egzemplarze tej ryciny, jeden analogicznie do odbitki szczecińskiej pochodzi z nakładu próbnego, drugi zaś z 1916 roku.

Warto wspomnieć także o tym, że kompozycja znalazła się na plakacie wystawy zorganizowanej artyście przez Arnolda Weylandta w 1916 w jego Galerii Arnold, przy Tauenzienplatz w Berlinie.

Bogaty liczebnie i artystycznie ciekawy zespół rysunków i grafik Emila Orlika znajduje się dziś w zbiorach Kunstforum Ostdeutsche Galerie Regensburg (ponad 2000 dzieł), a także w zasobach Gabinetu Rycin Staatliche Museen zu Berlin Preussischer Kulturbesitz. Spośród polskich zbiorów graficznych należy wymienić zaś Gabinet Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, w zbiorach którego przechowywana jest jedna z cenniejszych polskich kolekcji grafiki europejskiej drugiej połowy XIX wieku i początku XX stulecia – kolekcji niegdyś zgromadzonej przez Henryka Grohmana, fabrykanta i kolekcjonera z Łodzi, miasta określanego w końcu XIX wieku jako Ziemia obiecana.

Emil Orlik (1870 Praga – 1832 Berlin), Feluka na Nilu / Nad Nilem, 1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby gładki papier w odcieniu kremowym, 297 x 199 (rycina), 399 x 293 (arkusz), Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Pierwszy września, pierwszy piątek miesiąca

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski Muzyka Andrzej Klukowski Zdjecia Marek Krupecki. „ Ojczyzna“ – to pieśń napisana dla tych, komu Polska jest wartością największą, jest świętością, której nikt nie ma prawa beszcześcić. Słowa skierowane są do jej obrońców , są apelem i prośbą o konsolidację sił w walce z machiawelistyczno- faszystowską ideoogią PiS. Jest to wyraz dezaprobaty i sprzeciwu przeciwko niszczącej nasz kraj polityce tej parti, stworzonej dla dyktatu jednej osoby, skupiającej wokół siebie skrajnie nieodpowiedzialne, szowinistyczno, fobiczne jednostki.

Posłuchajcie proszę tej pieśni i zastanówcie nad istotą zawartego w niej przesłania.

Nasz rok leśmianowski 11

Maria Szewczyk

Ewo, czyżbyśmy w to deszczowe lato zapomniały o tym, jakie niosły maliny smaki i pieszczoty? 

A tu dla nastroju Jan Stanisławski: Malwy, Polska Jesień

Bolesław Leśmian

W malinowym chruśniaku

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szapcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie – oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Jan Stanisławski, czołowy reprezentant symbolizmu w polskim malarstwie pejzażowym. Urodzony w 1860 w Olszanie na Ukrainie, zmarł w 1907 w Krakowie. 

Ule, 1895


Malwy, 1905

Czytać kryminały

Ewa Maria Slaska

Mariusz Koperski. Zakopane.

Zacznijmy od realiów. Komisarz Tomasz Karpiel, góral, przystojny (orli nos!), młody, sprawny, bystry, odważny… Ewidentnie po jasnej stronie mocy. Wystarczy? Gdzie tam! Bo jeszcze gra na skrzypcach. Dawniej grał na tych skrzypcach w kapeli góralskiej, z dziadkiem grał, starym i krzepkim, prawdziwym Sabałą. Na skrzypcach grał, nie na gęślach, wy cepry zatracone, gęśle to słowo, którego może użyć tylko góral, nam wara, nam, tym z nizin, muszą starczyć skrzypce albo inne viole.

Gorzej, bo oprócz Karpiela jest jeszcze jego szef, niejaki Hermann, który jest dziki, niedostosowany, szybki, ma w… no, w nosie, przełożonych i układy, jest oczytany jak profesor literatury i to taki prawdziwy profesor, a nie dzisiejsze byle co (czyta nawet Prousta!), a na dodatek jest jeszcze maniakiem dobrego kina. Ten Hermann jest dla nas wszystkich sprawdzianem i to nie tylko tam, gdzie wprost zadaje pytanie, czy znamy ten czy ów cytat, wątek, bohatera? Bo, jak nie przymierzając Tarantino, zadaje też pytania w stylu postmodernistycznym, czyli wcale nie wiesz, że zadał ci pytanie, nie rozpoznajesz cytatu i wychodzisz na głupka.

Umówmy się: jeśli tu, na tym blogu, piszę o kryminałach, to są to kryminały znakomite. Moi czytelnicy wiedzą, że czytuję opowieści Roberta van Gülika o Sędzim Di, pewnie rzadziej, ale też znajdą we wpisach wzmianki o Alistairze Macleanie lub Raymondzie Chandlerze, raz czy drugi pojawił się wspaniały Mankell, no i oczywiście Agata Christie, którą miłuję uczuciem wielkim, bo żona archeologa, która sama jeździła na wykopaliska (a ja w końcu archeolożką jestem), bo kobieta i bo to na jej książkach uczyłam się angielskiego. Zapomniałam o kimś? Ach oczywiście, nasza berlińska pisarka Magdalena Parys i jej osadzone w Berlinie powieści sensacyjne Tunel i Magik, oraz Katarzyna Krenz i Julita Bielak – dwie Polki z Gdańska (jedna z nich jest moją siostrą), które napisały polski kryminał w duchu iście skandynawskim umiejscowiony w Niemczech: Księżyc myśliwych. Jak się więc bliżej przyjrzę, to jednak całkiem sporo nazbierałam tych autorów, których czytam, których warto czytać… Teraz do tej grupy doszedł Mariusz Koperski.

Bo oto, oznajmiam, nastał nam w Polsce nasz własny Chandler! I problem z nim jest jeno taki, że wydał dotychczas tylko dwie powieści, czyli nie wiadomo, co my biedactwa będziemy teraz czytać? Z Sędzią Di (czternaście tomów) radzę sobie w ten sposób, że czytam, a potem niecierpliwie czekam, aż zapomnę. Nie całkiem, ale na tyle, żebym nie pamiętała już wszystkich sposobów, jakimi Sędzia rozwiązuje kolejną zagadkę. Wiem, że podobnie postępują inni wyznawcy kultu Wielkiego Chińczyka.

Rzecz w tym, że dwie książki to stanowczo za mało na kult. Gra o tron ma już siedem sezonów czyli prawie 70 odcinków, Terry Pratchett stworzył ponad 40 tomów o świecie dysku, samych powieści o trzech wiedźmach z Lancre napisał sześć… OMB, co czytelnik spragniony pożywki kultowej może zrobić z dwoma powieściami i to takimi, które się połknie za jednym zamachem?

Recenzent Maciej Pinkwart napisał nawet fajne zdanie na ten temat:

Do czytania książki Mariusza Koperskiego Po własnych śladach warto zabrać się wczesnym popołudniem. Gdy przystąpimy do tego wieczorem – czeka nas zarwana noc.

Tak kończy się ta recenzja. Niestety zaczyna się zdaniem (parafrazą z Roberta Schumanna): Panowie, czapki z głów! Oto geniusz! Słowo “niestety”, którego tu używam, nie odnosi się ani do Mariusza Koperskiego ani do Macieja Pinkwarta, tylko, niestety, do mnie samej. Bo niestety Pinkwart mnie ubiegł, jego recenzja już się ukazała, a tu ja biegnę truchtem i popiskuję cichutko, że to ja, to ja byłam pierwsza. To ja porównałam Koperskiego do Chandlera i obwieściłam, że to geniusz!

A tu figa z makiem.

Chyba ze smutku podam przepis, zwłaszcza, że akurat nadchodzi czas pysznych świeżych fig:

  • 4 duże świeże figi
  • 100 g maku
  • 150 ml mleka
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • garść rodzynek
  • łyżka masła

Dokładnie wypłukany mak zagotować w mleku. Gotować aż do wyparowania płynu. Ostudzić, zmielić trzykrotnie. Do masy makowej dodać żółtka, mąkę i roztopione masło. Białka ubić z cukrem na sztywną pianę i delikatnie połączyć z makiem. Dopiero teraz dodać rodzynki. Kokilki wysmarować tłuszczem i napełnić do połowy ciastem. W każdą włóżyć nacięte na krzyż figi, piec 40 minut w nagrzanym piekarniku (170 stopni).

Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.