Bracia Mann 3 (i zapiski Podręcznej)

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Rok 1937.

Henryk pracuje nad połączeniem wszystkich ruchów antyfaszytowskich. Ma w planie stworzenie DFP – Deutsche Freiheits Partei – Niemieckiej Parii Wolności. W tym samym okresie Niemiecka Partia Komunistyczna (KPD) wybiera Waltera Ulbrichta – KLIK – na stanowisko pierwszego sekretarza.
Walter Ulbricht dokonał sporej czystki w szeregach KPD wysyłając niewygodne mu osoby do ZSRR gdzie właśnie trwała Wielka Czystka. Żaden w nich nie przeżył.
Henryk wycofuje się ze swoich planów, nie widzi szans porozumienia.

Louis Aragon zaprasza Henryka do Paryża na II Międzynarodowy Kongres Obrońców Kultury. Kongres jest zdominowany przez sympatyków stalinizmu. Wypowiedzi antyradzieckie są przerywane hałaśliwymi protestami.

Po powrocie do Nicei Henryk kończy II tom Henryka IV.

Rok 1938.

W lecie Henryk jedzie do Paryża na III Międzynarodowy Kongres Pisarzy.

Dostaje wiadomość od Mimi, że przebywa ona wraz z córką na wczasach w Zwiąku Radzieckim. Wyraża obawy, że powrót do Czechosłowacji może nie być bezpieczny.
Nelly pozostaje w Nicei i przepisuje Henryka IV.

W listopadzie Henryk otrzymuje wiadomość od Goschi, że zaręczyła się z przebywającym w Pradze Amerykaninem.
Zupełne zaskoczenie. Henryk pisze do brata: “…tylko tyle wiem, mogę tylko zapytać co to za Amerykanin, który w obecnej sytuacji zaręcza się w Pradze, i dlaczego z moją córką?“.
W grudniu spotyka się na krótko z córką w Genewie i dowiaduje się, że już wyszła za mąż za dr Aschermanna, który nie traci czasu i zwraca się do teścia z prośbą o pomoc finansową w przeniesienu jego firmy do USA.

Opowieść podręcznej.

Sytuacja materialna nie jest dobra. Koszta studiów córki Henryka pogarszają sytuację.
Nelly zabiera się za wyrób kapeluszy. Prócz tego przepisuje Henryka IV.

Henryk spędza długie tygodnie z bratem.

Nelly bierze regularnie środek uspokajający – weronal.
Rachunek z dość ekskluzywnej winiarni A la Cave Saint-Paul sięga blisko tysiąca franków.
Alkohol plus weronal – w grudniu Nelly ląduje w szpitalu.
Spędza tam święta. Jej, pisane dość często listy do Henryka, tak jak jej charakter pisma są bardzo nierówne. Czasem dowcipne, czasem pełne żalu, czasem pełne narzekań.
Wybucha gniewem gdy Henryk przekazuje wiadomości do niej nie osobiście lecz przez doktora. Jedna z wiadomości to, że Henryk nie życzy sobie, żeby w obecnym stanie zdrowia wracała do domu.
Nelly pisze do Henryka list z pretencjami, że traktuje ją źle, wylicza jej pieniądze a jednocześnie płaci spore sumy za kurację odchudzającą córki. Wszak dla niego porzuciła wszystko, pojechała za nim do obcego kraju i nawet nie ma tu paszportu.

Rok 1939.

Goschi sugeruje ojcu wpłacić $10,000 na jej rachunek. Im więcej będzie na rachunku tym łatwiej otrzyma amerykańską wizę. Henryk odpowiada ze smutkiem, że może wpłacić tylko ułamek tej kwoty.

Tomasz i wszyscy jego najbliźsi przebywają w USA. Tomasz jest traktowany jak celebryta – zaproszenia na wykłady, prelekcje, spotkania.
W pamiętniku pisze: “Zainteresowanie jest duże: na przykład w Chicago bilety zostały już dawno wysprzedane (4 miesiące przed terminem). Przy tym bezwstydny manager bierze za wieczór $1,000 (obecne $17,500), z czego ja dostaję tylko połowę“.
Uniwersytet Princeton proponuje objęcie profesury. Tomasz otrzymuje wizę na pobyt stały.
Jego admiratorką jest Eleanor Roosevelt, żona prezydenta. Dzięki tej znajomości Tomasz pomógł setkom osób załatwić wizę wjazdową do USA.

W liście do Henryka wyraża się z najwyższym uznaniem o Henryku IV.
Donosi, że miał przyjemność gościć męża Goschi, pana Achermanna, który tytułuje go wujkiem. Jego opowieści o przeniesieniu firmy do USA i wymagania finansowe związane z wizą dla Goschi mówiąc delikatnie są mętne.
Kilka dni później Tomasz dostał ostrzeżenie, że pan Aschermann obiecał wielu Żydom w Europie, że załatwi im bezpieczny przewóz kosztowności do USA. Napływają sygnały, że wiele osób nie może tych kosztowności odzyskać.
Goschi też traci kontakt z mężem, który uprzednio pobrał wszystkie pieniądze z jej konta.

Henryk pisze bardzo przygnębiający list do brata – wstyd mu za Niemców, że nie obalili nazistów, wstyd mu za siebie, że przez tyle lat nie zalegalizował swojego związki z Nelly, jest pełen obaw o los córki przebywającej wciąż w Pradze, ma wątpliwości na temat wartości wszelkich swoich działań.

Usiłuje załatwić dla Goschi ucieczkę z Czechosłowacji do Związku Radzieckiego gdzie mogłaby liczyć na jakieś wsparcie finansowe.

Mija 10 lat od chwili pierwszego spotkania Henryka i Nelly – ich korespondencja nabiera bardzo romantycznego charakteru. W lipcu jadą razem do kurortu w okolicach Grenoble.
Wiele lat później Henryk napisał, że te wakacje to był najprzyjemniejszy okres w jego życiu.

23 sierpnia – Niemcy podpisują pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim. Dla ruchów lewicowych w Europie jest to zupełna klęska. Henryk zamyka się w swoim pokoju na 2 dni.

1 września – Niemcy napadają na Polskę.

Obywatele krajów zajętych przez Niemcy nie są już bezpieczni we Francji. Wielu zostało wydanych Niemcom.

9 września 1939 roku – wpis w rejstrze małżeństw – Henryk Mann, lat 68, obywatelstwo czechosłowackie, przedtem obywatel niemiecki, pobrał się z Nelly Kröger, lat 41, bezpaństwowa.
Kilka tygodni po ślubie Nelly uzyskała obywatelstwo czeskie.

Henryk kontaktuje się ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem, aby ewakuować Goschi z Pragi. Starania te nie przyniosły żadnego rezultatu.

Rok 1940.

16 czerwca – Niemcy zajmują Paryż.

Henryk sprzedał całe wyposażenie mieszkania, uregulował wszystkie należności.

Przebywający we Francji Golo Mann (syn Tomasza) organizuje ucieczkę Henryka.
12 września Henryk i Nelly spotykają się z Golo w na dworcu w Marsylii. Spotykają tam również Franza Werfla i jego żonę Almę Mahler-Werfel. Ich przeprawa przez Pireneje została zorganizowana przez Variana Fry, pracownika amerykańskiego konsulatu.
Więcej o tej ucieczce TUTAJ.

20 września Tomasz otrzymuje telegram od Golo z wiadomością, że cała piątka dotarła do Lizbony gdzie czekają na statek do USA. Tomasz jest niezadowolony, że jest z nimi “ta pani”. W swoich pamiętnikach i korespondencji Tomasz nigdy nie wymienił imienia Nelly.

13 października Klaus Mann, najstarszy syn Tomasza, wita przybyszy w Nowym Jorku.
Za tydzień przyjeżdża do Nowego Jorku Tomasz z żoną i towarzyszą Henrykowi w oficjalnych spotkaniach w organizacjach emigrantów i środowiskach artystycznych.
W tym czasie Nelly jedzie do Pensylwanii gdzie mieszka na stałe jej siostra z rodziną.

W listopadzie Henryk i Nelly przyjeżdżają do Kalifornii i wynajmują mieszkanie w Beverly Hills. Tomasz załatwia bratu pracę w wytwórni filmowej Warner Brothers. Płaca $500 miesięcznie odpowiednik obecnych $8,600.
Henryk zabiera się za przeróbkę na scenariusz swej (a może Nelly) powieści Das ernstes Leben. Mówi się, że rolę główną zagra Bette Davis.
Angielski Henryka jest bardzo słaby więc pisze scenariusz po niemiecku.

W lutym 1941 roku Henryk pisze do brata z prośbą o affidavit , który jest potrzebny do finalizacji jego i Nelly procedur imigracyjnych. Tomasz odpowiada, że wystawił już tak wiele takich dokumentów, że lepiej jeśli Nelly załatwi to przez swoją rodzinę.

FBI bierze Henryka pod baczną obserwację. Szczególne podejrzenie wzbudzają jego kontakty z ruchem Wolne Niemcy, którego centrala znajduje się w Meksyku.
Działa tam kolejny bohater moich blogowych wpisów – szalony reporter Egon Erwin Kisch. Więcej TUTAJ.

W marcu Henryk obchodzi 70 urodziny.
Tomasz przebywa w tym dniu w San Francisco gdzie odbiera kolejny doktorat honoris causa. Klaus Mann pyta listownie ojca o plany obchodów urodzin Henryka, który według niego: “…żyje w izolacji przywalony tą panią Kröger jak chorobą zakaźną“.

Henryk zaczyna pisać swoje refleksje “Z czasów Winstona Chuchilla”. Na publikację bedą czekały ponad 60 lat.

Na Wielkanoc Henryk i Nelly spotykają się z Tomaszem i Katią. Tomasz nazywa bratową w pamiętniku: “diese schreckliche Trulle“. Polskie synonimy to flądra, dziwka, wywłoka.

Tomasz organizuje obchody urodzin brata. Uczestniczy w nich ponad 50 osób: Werflowie (ale dopiero po interwencji gdyż Nelly i Alma Mahler-Werfel nie znosiły się wzajemne i Nelly skreśliła Werflów z listy zaproszonych), Feuchwangerowie, Doblinowie.

21 czerwca Niemcy atakują ZSRR. Na wiadomośc o tej wojnie Henryk reaguje radośnie, Tomasz pozostaje sceptyczny.

Tomasz otrzymuje wiadomość z wytwórni Warner Brothers, że nie zamierzają przedłużyć kontraktu z Henrykiem. Kontaktuje się z ambasadą ZSRR informując ją o trudnej sytuacji finansowej brata.
Tomasz i Katia dyskutują “problem Henryka”. Uzgadniają, że dadzą mu natychmiast $800 (obecne $13,500) na spłatę długów i będą wypłacać regularną pensję $100 (obecne $1,725) miesięcznie.

W marcu angielskie lotnictwo przeprowadza pierwszy udany atak bombowy na niemieckie miasto. Jest nim Lubeka, 3,400 budynków zburzonych, wśród nich dom rodziny Mannów.

Pierwsza żona Henryka – Mimi Mannova – zostaje przetransportowana z Pragi do Terezina.

Opowieść podręcznej.

Nelly utrzymuje kontakty i wymienia korespondencję z żonami wielu niemieckich emigrantów. Najbliższa jej jest chyba Salomea Rottenberg. W listach do niej Nelly wspomina, że szuka pracy aby Henryk mógł poświęcić się pisaniu. Zamierzali przenieść się do Nowego Jorku, ale zrezygnowali gdyż ostrzejszy klimat może być niebezpieczny dla Henryka.
Poza tym… nie mają pieniędzy na przeprowadzkę.

Nie mają również pieniędzy na transport książek Henryka które właśnie dotarły do Nowego Jorku. Nie wie z czego zapłacą za wynajem mieszkania, przeprasza, że nie jest jeszcze w stanie zwrócić pożyczonych pieniędzy.

Na razie przeprowadzaja się do tańszego mieszkania co Nelly przypłaca krwotokiem.

Biorą pożyczkę na zakup samochodu. Kierowcą będzie Nelly.
W kwietniu 1942 roku Tomasz powiadamia Henryka, że otrzyma z ambasady ZSRR $750 za sprzedaż jego książek w ZSRR.

Tomasz organizuje kolejną naradę rodzinną. Zgadzają się, że najlepiej będzie zaprosić Henryka do siebie na kilkutygodniowy pobyt zdrowotno-rekreacyjny. Oznacza to odłączenie od Nelly. Henryk jest bardzo zadowolony ze swoich wakacji, ale po dwóch tygodniach wraca do Nelly.

Nelly pracuje jako krawcowa w fabryce mundurów oraz dorywczo jako asystentka pielęgniarki. Nadal są w długach. Na dodatek musi przerwac pracę aby przepisywać kolejną książkę Henryka – Lidice.
Przypomnę – Lidice to niewielka miejscowość w Czechosłowacji, w której Niemcy dokonali masakry ludności w odwecie na zamach na Reinharda Heyndricha.
Książka została wydana w Meksyku.

Nelly podejmuje pracę jako kierowca w mleczarni. Wkrótce zostaje aresztowana za ryzykowną jazdę i spowodowanie wypadku.

Toną w długach. Pożyczka na samochód $414, koszty naprawy samochodu $500, odszkodowanie za rozbity samochód $750.

Nelly zrywa kontakty ze znajomymi paniami gdyż podejrzewa, że plotkują na jej temat.

W czerwcu Nelly udaje się do Ananda Ashrama u stóp Sierra Madre na wypoczynek duchowy. Czuje się tam bardzo dobrze, nawiązuje kontakt z personelem ośrodka, chętnym udziela lekcji niemieckiego. Po 2 tygodniach wraca do domu, ale wkrótce przyjeżdża do ośrodka razem z Henrykiem,

17 grudnia 1944 – Tomasz notuje: “…telefon mego brata Henryka doniósł nam o śmierci jego wieloletniej towarzyszki życia. Parokrotnie ponawiana przez tę nieszczęsną kobietę próba odebrania sobie życia tym razem odniosła skutek“.

Powodem śmierci jest przedozowanie środków uspokajających.
Marta Feuchtwanger w liście do przyjaciółki wspomniała, że Henryk znalazł Nelly nieprzytomną w sypialni, zabrał taksówką do szpitala, ale szpital (i to nie jeden) odmówił przyjęcia gdyż Henryk nie miał przy sobie wystarczającej ilości gotówki. Wreszcie jakiś szpital ją przyjął, zaaplikował płukanie żołądka, ale było już za późno.
Pogrzeb na cmentarzu w Santa Monica odbył się 20 grudnia.

Po wojnie.

W styczniu 1945 roku Klaus Mann odwiedził Pragę. Spotkał tam Mimi i Goschi.
Goschi przez wszystkie lata wojny nie mogła dostac stałej pracy. Żyła ze sprzedaży wszyskiego co było w domu. Mimi po wyjściu z Terezina jest w bardzo złym stanie. Potrzebują pieniędzy. Wskazówka – nie pisać listów po niemiecku.
Dwa lata później Mimi zmarła, Goschi wyszła za mąż za Ludvika Askenazego.
Wikipedia pisze o niej TUTAJ.

75 urodziny Henryka – rok 1946 – były celebrowane bardzo uroczyście w kręgach literackiej emigracji.
Zaczął pisać książkę Der Atem – Oddech. Okazała się byc jego ostatnim dziełem.

Stan jego zdrowia się pogarszał, jego stosunek do Niemiec był bardzo negatywny.
W rozterkę wprawiały go zaproszenia do Niemiec Wschodnich. Ostatnie z nich było na ceremonie otwarcia Akademii Sztuki w Berlinie (Wschodnim). Zaproszeniu towarzyszyły pieniądze na opłacenie podróży. Henryk zamówił kabinę na statku Batory.

Nie wykorzystał – 11 marca 1950 roku Henryk zmarł w wyniku wylewu do mózgu.

W jego domu rodzina odkryła szufladę pełną rysunków nagich, krągłych kobiet. Tomasz prosił Erykę żeby je zniszczyła. Nie zrobiła tego. Można je zobaczyć TUTAJ.

Pozostawił nieskończoną książkę – Smutna historia Fryderyka Wielkiego – miało to być jego rozliczenie się z Niemcami (podobnie jak dla Tomasza Doktor Faustus).

W roku 1961 prochy Henryka zostały przeniesione do Berlina (Wschodniego).
Wrócił tam gdzie zawsze należał – powiedział wspomniany na początku tego wpisu Walter Ulbricht – I sekretarz partii i przewodniczący Rady Państwa.

Grob

Pod pomnikiem umieszczono tabliczkę: Nelly Mann, geb. Kröger* – dzielna towarzyszka życia.

Tomasz Mann przeżył swojego brata o 5 lat. Podobnie jak lata poprzednie były one wypełnione podróżami, spotkaniami, pracą.
Europę odwiedził w 1947 roku. Dwa lata później odwiedził Niemcy, również Wschodnie – Weimar gdzie był uroczyście powitany przez ministra kultury NRD – Johannesa Bechera.
Johannes Becher – ten sam, który zlecił Hansowi Falladzie napisanie książki Każdy umiera w samotności – KLIK.
Wizyta w NRD spowodowała falę krytyki w Niemczech Zachodnich i w USA. W USA była to nie tylko krytyka, ale również ordynarne napaści w mediach.
Zaskoczyło go to i skłoniło do przeniesienia się do Szwajcarii gdzie zmarł 12 sierpnia 1955 roku.
Pochowany został na cmentarzu w Kilchberg niedaleko Zurichu.

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Dr Faustus.
4. Wpis wikipedii Nelly Mann – KLIK.

* “geb. Kröger” – czyli – urodzona jako Kröger. Uważni czytelnicy zapewne zauważyli, że to jest błąd. Panieńskie nazwisko Nelly Mann to Kröger, ale urodziła się pod innym nazwiskiem.

Frauenblick 16 – Kaschmir und Indien

Monika Wrzosek-Müller

Arundhati Roy, Das Ministerium des Äußersten Glücks

Berlin begrüßte mich mit Regen und Kälte, nach dem langen warmen Monat in Italien eine Zumutung, also griff ich nach meinem Lieblingsschal, den aus Kaschmir – wortwörtlich aus Kaschmir: er ist aus Kaschmirwolle und stammt auch aus der Region Kaschmir in Indien. Ich hab ihn in der Altstadt von Cochin in einem sehr netten kleinen Laden gekauft, den zwei junge Juden aus Kaschmir führen. Sie erzählten mir, dass sie nach den Auseinandersetzungen in Kaschmir die Region verlassen mussten. Doch sie träumten jeden Tag davon, dahin zurückzukehren, sahen vor ihren inneren Augen die wunderschönen verschneiten Bergspitzen und grünen Wiesen, Felder und die Obst- und Blumengärten; sie vermissten die klare Luft, ohne Feuchtigkeit und Nebel, die kühlen Abende mit den scharfen Farben der Sonnenuntergänge; es war ganz offensichtlich sie sehnten sich sehr nach ihrer Heimat. Doch die vielen Toten jeden Tag auf den Straßen und in den Dörfern und der Terror, der überall lauerte, hielten sie davon zurück, nach Hause zurückzukehren.

Nach dem Buch von Arundhati Roy Das Ministerium des Äußersten Glücks musste ich immer wieder an die beiden denken.

Das Buch ist wie ein Puzzle, die Geschichten fügen sich ineinander, verdichten sich irgendwann zu einem Ganzen, aber sie könnten auch weiter fortgesetzt werden, oder jede für sich könnte allein stehen. Es gibt eine Hauptheldin, Anjum, oder von hinten aus gelesen Mujna. Sie ist eine hijra, halb männlich, halb weiblich, ein Hermaphrodit, aber eigentlich sind die hijras Transvestiten. Schon mit jungen Jahren flieht sie aus ihrem Elternhaus, wo sie als Junge erzogen wird, in ein Frauenhaus, doch da hält sie es nach einem schlimmen Gewalterlebnis nicht mehr aus. Sie lebt den größten Teil ihres Lebens auf einem Friedhof in Dehli, in der Altstadt, nicht weit vom Roten Fort, wo sie eine Art Kommune aufbaut und mit anderen zusammenlebt. Dann gibt es die Geschichte von den drei Freunden, die in einem College an einer Inszenierung des Stücks Norman, bist du das? mitwirken, das aber nie zur Aufführung kommt: Naga, Journalist, Tilo, Architektin und Designerin, und ein späterer Geheimdienst-Offizier in Kaschmir und Hausbesitzer, der ich Erzähler weiter Teile des Buches; sie alle verbindet die Liebe der beiden Männer zu Tilo. Später kommt ein auf der Straße gefundenes Baby dazu, um das sich Anjum und Tilo streiten, bis sie dann im äußersten Glück auf dem Friedhof zusammenwohnen. Wichtig ist auch Tilos Mann Musa, ein Unabhängigkeitskämpfer für Kaschmir und Jammu. Den Hintergrund bilden die achtziger und neunziger Jahre, mit dem Konflikt um Kaschmir, und das Leben in der Stadt Delhi.

So wie das Leben in Indien selbst ist die Erzählweise oft wirr und chaotisch, sie stockt manchmal und wird wieder fortgesetzt, eine neue Geschichte nimmt an Wichtigkeit den Platz der vorangegangenen ein. Man spürt das Brodeln, Ausufern, die Unbeherrschbarkeit der Konflikte der Charaktere, der Helden, ihre Schicksale. Die Wirklichkeit des Lebens auf den Straßen entzieht sich manchmal der literarischen Erzählung, man spürt, dass sie noch grausamer und unerbittlicher ist. Alle Helden leben ihr gefährliches aber freies Leben, so wie sie es sich vorstellen, so wie es ihnen gelingt, so wie sie es letztendlich wollen. Interessant, dass der Hauptteil des Buchs auf dem Friedhof spielt, dort, wo eigentlich Tote begraben liegen; nur dort gibt es Freiheit, Freizügigkeit und ein ziemlich sorgenfreies Leben. Draußen herrscht Terror, Menschen werden umgebracht, gefoltert. Die Muslime gegen die Hindus und umgekehrt, niemand ist besser; alle verfolgen ihre vielfältigen und komplizierten Interessen, und durch misslungene Aktionen des Geheimdienstes sterben mehr Menschen, als gerettet werden sollten. Kaschmir soll, wie das mit den Kurden im Moment passiert, auf keinen Fall unabhängig werden. Aufgeteilt zwischen Pakistan, Indien, China und Afghanistan kämpfen die Kaschmiris oft gegeneinander, sterben unnötig, immer zu heldenhaften Taten bereit und dazu auch verurteilt.

Seit den achtziger Jahren sind in dem Konflikt zwischen Pakistan und Indien mindestens 70 000 Menschen gestorben, getötet worden; 8 000 sind verschwunden, unzählige haben völlig traumatisiert überlebt und finden keine Ruhe, bis heute. Das ist der Hintergrund des Romans; doch wie die Schriftstellerin damit umgeht und die Verhältnisse beschreibt, lässt uns an den Ereignissen und Emotionen wirklich teilhaben. Die leeren Zahlen füllt sie mit Leben, Farben, Tempo. Sie hat als Journalistin und Menschenrechtlerin, Kritikerin der Globalisierung und des Kapitalismus, viel damit zu tun gehabt, kennt den Konflikt und die Situation aus eigener Anschauung, vielleicht auch als Betroffene. Die Zweitheldin des Romans Tilo, Tilottama, trägt autobiografische Züge der Autorin; in Kerala geboren, ist sie mit 16 nach Dheli gegangen, dort das Studium der Architektur, später gehen die Wege der beiden auseinander. Doch der Kampf, den die beiden Frauen führen ist bestimmt durch Arundhatis Roy Erlebnisse. Wir erfahren viel von den Ereignissen, aber wichtiger sind die Emotionen, die dabei hervorgerufen werden; die zerstörten Leben, Pläne, Familien.

Ich würde gern eine dieser kultivierten Geschichten schreiben, in denen zwar nichts passiert, aber es trotzdem viel gibt, worüber man schreiben kann. So etwas ist in Kaschmir nicht möglich. Es ist nicht kultiviert, was hier passiert. Es gibt zu viel Blut für gute Literatur.

F.1. Warum ist es nicht kultiviert?

F.2. Wie groß ist die hinnehmbare Menge Blut für gute Literatur?

Ich habe mir dann auch den Film Stern von Indien angesehen, hauptsächlich um die Orte des Geschehens zu sehen, die alte Stadt Delhi mit dem Roten Fort; im Film geht es um die Zeit gleich nach dem Krieg, da hat der Konflikt um Kaschmir angefangen, mit dem Abzug der Engländer, mit dem Vize-König von Indien Earl Mountbatten und dem Plan der Gründung von Pakistan. Gab es andere Lösung, wäre die Bildung eines Vereinten Indien besser gewesen?

Die Schriftstellerin macht in dem Roman klar, dass zwar das Erbe des Kolonialismus über Indien hängt, aber eben auch über der Literatur, die kultiviert zu sein versucht – doch die Umstände, die Grausamkeiten erlauben ihr das nicht. Doch für Arundhati Roy sind auch die Leute selbst an ihren Schicksalen schuld, sie können sich nicht hinter der großen Tragödie der Geschichte verstecken, sie erleben ihr Leben, und das kann selbst in schlimmen Zeiten gelungen sein. Das Ministerium des äußersten Glücks findet sich auf dem Friedhof, zwischen Menschen aller möglicher Orientierungen, sowohl religiös als auch geschlechtlich und sozial; sie versuchen das Beste aus ihrem Leben zu machen, ohne dabei trivial und naiv zu wirken. Es ist die große Stärke des Textes, alle diese Charaktere und Geschehnisse in einem Buch, in einer Geschichte zusammen zu bringen und sie dem Leser zu präsentieren, auch vielleicht mit Fragezeichen, das ist doch auch möglich, oder? Das Schöne dabei ist, man spürt in dem Roman viel Freiheit, Raum und Toleranz, die die Leute sich selbst geben, nehmen, oder die die Schriftstellerin ihnen einräumt. Sie sind nicht in ihre Rollen gezwängt, sie bewegen sich am Rande, aber da ist für sie in dem verrückten Indien viel Platz!

Und die Beschreibungen, die Sprache der Schriftstellerin, poetisch, leicht sarkastisch und pointiert, lässt von Anfang an vermuten, dass wir in das Buch reingezogen werden, und das aber bedeutet nicht, dass es ein Roman ist, den man verschlingt. Es wird verlangt dass man langsam und konzentriert liest, nachschaut, die historischen Hintergründe hinterfragt.

In der magischen Stunde, wenn die Sonne fort, das Licht noch da ist, lösen sich die Heere fliegender Hunde von den Banyanbäumen auf dem alten Friedhof und lassen sich über der Stadt treiben wie Rauch. Wenn die Fledermäuse wegfliegen, kommen die Kühe nach Hause. Der große Lärm ihrer Rückkehr kann die Stille nicht füllen, die die verschwundenen Spatzen hinterlassen haben und die alten Weißrückengeier, Wächter der Toten seit über hundert Millionen Jahren, die ausgemerzt wurden. Die Geier starben an Diclofenac-Vergiftung. Diclofenac, Rinder-Aspirin, das den Kühen verabreicht wird, um die Muskeln zu entspannen, Schmerzen zu lindern und die Milchproduktion zu erhöhen, wirkt – wirkte – wie Nervengas auf die Weißrückengeier. Jede chemisch entspannte, milchproduzierende Kuh oder Büffelkuh, die starb, war vergiftete Geierbeute. Während die Kühe zu besseren Milchmaschinen wurden, während die Stadt mehr Eis, Karamell, Cornettos und Nogger Chocs aß und mehr Mango-Milchshakes trank, begannen die Geier, die Hälse hängen zu lassen, als wären sie müde und konnten einfach nicht wach bleiben. Silberfarbene Speichelbärte tropften aus ihren Schnäbeln, und einer nach dem anderen stürzte von dem Ast, auf dem der saß, tot.

Nur wenigen fiel das Aussterben der freundlichen alten Vögel auf. Es gab viel anderes, worauf man sich freuen konnte.

Dass sie eine gute Schriftstellerin ist, hat Arundhati Roy schon in ihrem ersten Roman Der Gott der kleinen Dinge bewiesen, doch in ihrem zweiten zeigt sie umso mehr, dass sie genial schreibt, beobachtet, die Sachen auf den Punkt bringt. So viel Klarheit, bei so einem verwirrten und komplizierten Thema ist selten jemandem gelungen.

Po Halloweenie w Berlinie znikają dynie

Mam na myśli sklepy – oferta komercyjna jeszcze kilka lat temu była taka, że wracał człowiek z wakacji, upał, piasek w walizce, muszelki, a tu tymczasem w sklepie pierniki w czekoladzie i typowe niemieckie spekulacjusy. Wszyscy się o to wściekali, były jakieś protesty, które nic nie przynosiły, bo te mikołaje z czekolady układała na półkach wolna ręka rynku… No ale kiedyś, całkiem niedawno, komercja odkryła, że między latem a zimą jest jeszcze jesień. Pojawiły się jabłka, śliwki, orzechy, kasztany jadalne i oczywiście – dynie, dynie, dynie… I tak aż do Zaduszek. Gdy się jednak już na dobre zacznie listopad, dynie przenoszą się na stoiska jarzynowe, a świat opanowują kalendarze adwentowe, nie budzący wytpliwości znak, że nadchodzi czyli adveni zima… Taki zatem wpis na zmianę sezonu…

EMS

W okresie Halloween – w Polsce znów rozgorzała dyskusja.
Jest, jak zwykle wiele opinii krytycznych.
A przecież ta niewyszukana forma rozrywki, czyli straszenie – obecne jest w wielu filmach, nie mówiąc o grach komputerowych itp.
Może warto więc zachować proporcje i zająć się oceną wzbudzanego przez polityków strachu wobec obcych i inaczej myślących?
Nie mówiąc już o atmosferze straszenia konfliktami zbrojnymi.

Wróćmy jednak do obyczajów regionalnych.
Mój kuzyn, Adam Rejman przesłał swoje wspomnienia ze zwyczaju kultywowanego w jego rodzinnej wsi – w Czarnej, koło Łańcuta, na Podkarpaciu.
W zwyczaju tym też jest trochę straszenia… ale jakie to niewinne wobec Halloween:-) nie mówiąc już o straszeniu wojną….

Andrzej Rejman


Adam Rejman

Czarnieńskie zwyczaje i obyczaje okołobożenarodzeniowe

W Czarnej nie mieszkam już od 1971 roku, ale swoich informatorów / młodszy brat / tu mam…
Od niego dowiaduję się, że zwyczaj kolędowania / droby i nie tylko / całkowicie tu zaniknął… Pomyślałem , że może warto więc o tych malowniczych zwyczajach napisać parę słów, w nadziei że może ktoś zechce o tym przeczytać, może jakoś utrwalić a może nawet reaktywować ?… A czarnieńskie kolędowanie to były w pierwszej kolejności droby… I od razu zaznaczam…Czarnieńskie droby chodziły tylko w Nowy Rok a ja byłem jednym z nich… Droby były różne i zmieniały się wraz z upływem czasu…Pamiętam że, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpierw, skoro świt, budziły gospodarzy droby biedne… Takie które z workiem na plecach zbierały pszenicę dla kur ale jabłkiem lub kawałkiem ciasta też nie gardziły…Ich strój nie był wyszukany… Zwykle był to odwrócony na drugą stronę kożuch przepasany powrósłem a na twarzy maska zrobiona ze skórki króliczej z otworami na oczy i nos…Bywało że taki bardziej pomysłowy kolędnik przyczepiał do maski czerwony nos i język w takim samym kolorze… Kiedy robiło się już bardziej widno i ciepło, zaczynały chodzić grupy poprzebieranych dzieci i trochę starszej młodzieży… Dzieci odwiedzały zwykle sąsiadów którym składały życzenia a jako datki zbierały drobne pieniążki, czasami słodkie ciasto… Dzieci były bardzo kolorowo poprzebierane… A to za anioła, a to za diabła i bywało że /zwykle diabeł/ straszyły tych malców, którzy na kolędników byli jeszcze za młodzi i przebywali w domach… Tym ostatnim zwykle nie było do śmiechu i takie diabelskie poszturchiwanie drewnianymi widłami zwykle kończyło się płaczem… Starsza już trochę młodzież zaczynała chodzić w godzinach popołudniowych, również kolorowo poprzebierana i zwykle skupiała się na odwiedzaniu tych domów w których był kawaler albo panna, którzy nie brali udziału w chodzeniu po drobsku… Młodzież ta nie gardziła kolędą w postaci drobnych grosików ale też nie odmawiała poczęstunku, którym zwykle było porzeczkowe wino… Wszystkie droby obowiązkowo wchodząc do czyjegoś domu wypowiadały formułkę “Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok… Żeby się wam urodziła pszeniczka i groch… Zimnioki jak pnioki, kapusta jak przetaki, owies jak las… Żeby się wam dobrze konik pasł”…I ewentualnie jeszcze coś więcej, jak ktoś umiał… Do pewnego czasu obowiązkiem droba było się tak przebrać, żeby nikt z domowników nie poznał kto jest kto… Odwiedzani domownicy z kolei czynili duże wysiłki żeby kolędnika rozpoznać, co skutkowało czasem zrywaniem z drobów masek… Było przy tym dużo śmiechu, kiedy okazywało się że… Adaś to ty?… A ja myślałem, że to kto inny… Początkowo maski robiło się samemu ze wspomnianej już wcześniej króliczej skórki, bądź szyto z jakiegoś płótna… Oczywiście diabeł, anioł i śmierć były najbardziej cenione… Później gotowe już maski tłoczone z papieru kupowało się w jednym ze sklepów, w Łańcucie… W czasie kiedy już byłem poważnym kawalerem moda na maski zniknęła i nikt już nie ukrywał swojej twarzy… Za to malował ją szminką i innymi farbami oraz przyozdabiał a to kowbojskim kapeluszem a to indiańskim pióropuszem… Zdarzało się, że niektóre dziewczęta potrafiły sobie tak wymalować wąsy i brody, że były brane za facetów… Nie wszyscy mieszkańcy wtargnięcie drobów do izby witali z radością, dlatego niektóre domy były, często w ostatniej chwili, zamknięte… Ale były też domy w których gospodarz czekał na drobów z otwartymi rękami i otwartym gąsiorkiem wina domowej roboty… Ostatni rodzaj drobów to były droby wieczorowe i nocne… To była już przeważnie podstarzała kawalerka a przypuszczam, że i żonaci mężczyżni też brali w tym udział… Raz byłem świadkiem takiego wtargnięcia tych wieczorowych drobów do mojego domu… Byli dość mocno podchmieleni, wyposażeni w harmonię i gdy tylko weszli, zaraz zaczęły się tańce… Pamiętam jak moja matka wywijała z takim jednym, niestety po zakończonym tańcu trudno ją było rozpoznać bo tak została wysmarowana w trakcie tańca sadzą… Droby te też chętnie całowały wszystkich dorosłych domowników, a z takiego pocałunku wychodziło się zwykle mocno usmarowanym szminką i sadzą… Oczywiście domagali się wódki i wina, i bez względu na to, czy dostali czy nie, rozrzucali po mieszkaniu sieczkę… Pamiętam, że jeden z tych drobów chyba przedawkował, bo podważali mu szczęki drewnianą łyżką i coś /kwaśne mleko ?/ wlewali do ust… Droby w zasadzie ograniczały swoją aktywność do swojej wsi, choć zdarzało się że do Czarnej docierały czasem droby z Krzemienicy… Ja i moi koledzy takich spotkań z krzemienickimi drobami unikaliśmy, bo szła fama, że oni zaraz będą chcieli się bić… Jako ciekawostkę podać mogę, że nasza próba poszerzenia drobskiego terytorium o Łukawiec skończyła się fiaskiem, bo już w pierwszym obejściu na Łukawcu zostaliśmy przepędzeni przez jakąś bardzo energiczną staruszkę z miotłą… Jak póżniej ustaliliśmy, na Łukawcu zwyczaj chodzenia po drobsku nie był w ogóle znany… A po Nowym Roku, zwykle o wieczorowej porze zaczynali chodzić inni kolędnicy… Jak to mogło wyglądać można wyobrazić sobie choćby oglądając w telewizji chodzenie z turoniem, z tym że w Czarnej było to chodzenie z kozą… Koza bodła domowników i grożnie kłapała pyskiem… W ekipie która jej towarzyszyła obowiązkowo musiał być anioł, diabeł, śmierć z kosą, czasem Żyd… Śmierć oczywiście tą kosą wywijała, diabeł szturchał widłami, Żyd coś tam mamrotał… Kilka razy przez wieś przeszła też ekipa ze słoniem… Słoń był tak skonstruowany że wywijał zrobioną ze sprężyny trąbą a pozostali uczestnicy przedstawienia /diabeł, śmierć/ robili swoje… Do zwyczajów związanych z Bożym Narodzeniem należało też przejście przez wieś Trzech Króli… Za mojej pamięci zdarzyło się to raz i dobrze pamiętam tych trzech rosłych mężczyzn, ubranych iście po królewsku, w powłóczystych sukniach i ze złotymi koronami na głowie… Godne odnotowania jest też przejście przez Czarnę ekipy, która w specjalnie skonstruowanej szopce pokazywała teatrzyk kukiełkowy, który ówcześni Czarnianie nazywali “puszczaniem bożków”… Na dzieciach ogromne wrazenie robiły pokazywane kukiełki… A to diabeł… A to anioł… Śmierć… Postać Żyda …I robiąca masło czarownica… W teatrzyku tym cały czas coś się działo… Śmierć ścinała komuś głowę… Diabeł przepędzał Żyda i przeszkadzał czarownicy w pracy… Nie mam pewności, skąd na Zawodzie dotarł ten teatrzyk… Zapamiętałem dwie wersje… Że albo z Krzemienicy, albo gdzieś z okolic Borka Starego… Wreszczie chodzenie z gwiazdą, w którym uczestniczyłem… Taką bardzo solidną gwiazdę, do wnętrza której wkładało się zapaloną świeczkę, zrobił nam ojciec… Gwiazda była przeszklona, a jej szybki pomalowane na różne kolory… Kiedy stawało się wieczorową porą pod czyimś oknem, a domyślni mieszkańcy gasili w izbie światło, mogli oglądać za oknem kolorowe widowisko… Oczywiście że dziś taki spektakl przegrał by z pierwszym lepszym kolorowym telewizorem, ale wtedy nie było przecież nie tylko telewizji ale nawet prądu w niektórych chałupach… Stojąc pod oknem wykonywaliśmy którąś z popularnych kolęd, a później czekaliśmy na zapłatę, czyli kolędę… Gdy kolędę otrzymywaliśmy, odchodząc śpiewaliśmy: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za kolędę dziękujemy… Ażebyście długo żyli… A po śmierci w niebie byli… Z aniołami!”… A gdy gospodarz nie kwapił się z datkiem, mógł na odchodne usłyszeć: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za nic wam nie dziękujemy… A żebyście krótko żyli… A po śmierci w piekle byli… Z diabełkami!”…
Zwyczaje wielkanocne były znacznie uboższe… Ja zapamiętałem tylko przejście przez wieś szczodroków… To byli normalni, choć z pewnością biedni, nie przebrani ludzie… Deklamowali jakąś formułkę /… a jo mały żoczek, wylozem na krzoczek itd /… I oczekiwali szczodroków… A szczodroki to były takie twarde jak kamień, razowe bułki, w które zęby wbijało się z największym trudem… Prawdziwy przysmak przedwojennych i wojennych dzieci, na przednówku…

*Czarna k. Łańcuta – wieś i gmina wiejska w województwie podkarpackim, w powiecie łańcuckim (11,6 tys mieszk.)


Póżniejsza nasza dyskusja o tekście i nie tylko –
Napisałem Adamowi, że wspominam ten zwyczaj jeszcze z lat 60, ale pamiętam, że
mówiło się “Draby”, i “Chodzić po drabsku” – na co odpowiedział:
Wikipedia podaje to tak: Draby noworoczne /droby/… Ale już dziennikpolski24.pl pisze: noworoczne droby, szczodroki, nowoletniki… Ja, Czarnianin /właściwie Czarniok, tak jak Miedyniok**, Krzemieńszczok**, tudzież Łańcuciok czy Rzeszowiok oraz Krakowiok a nawet Warszawiok/ byłem zawsze drobem i chodziołem po drobsku…Draby brzmią dla mnie trochę jak kanie /zamiast konie/ albo słanie /zamiast słonie/… Problem to ciekawy, zwłaszcza dla kogoś jak ja, który dobrze pamiętam, że w domu i wśród kolegów mówiliśmy “po naszymu”, a w szkole, w kościele czy w mieście, “po pańsku”, albo “po miastowymu”… Nie wiem, czy wiesz, że kiedy rozmawiam z bratem Kazimierzem, to ja natychmiast przechodzę na czarnieńską gwarę i… godom tak jak on… Pozdrowiom… pardon… Pozdrawiam!… Ja Adam… A po naszymu było by… Jo Adam…

P.S. Było z tym godaniem czasem nawet wesoło, bo można było w ten sposób odróżnić Czarnioka od Miedynioka, np. w sklepie… Bo Miedyniok zawsze powiedział “poprose ćtyry deka drozdzy”, gdy każdy Czarniok wiedział, że nie mówi się ćtyry, tylko…cztyry…

** od Medyni Głogowskiej i Krzemienicy – miejscowości w powiecie łańcuckim…


… i potem …
…Tak jeszcze wczoraj myślałem /a nie mogłem długo zasnąć/ że powinienem chyba jeszcze coś wyjaśnić… A chodzi o tą samogłoskę o… Bo ja jestem pewny, że w czarnieńskiej gwarze to o to nie brzmi jak prawdziowe polskie o… Ono brzmi ciut inaczej i jestem pewny że Ty, jako człowiek o absolutnym sluchu, tę różnicę byś usłyszał… I różnie z tym kombinowałem jakby Ci to przekazać… Że to o pod koniec skręca jakby /tak na 10 procent/ w stronę a, albo że pobrzmiewa troszkę jak ło… Ale to nie jest tak dokładnie jak np. łociec, bo tu to ł jest wyraźnie zaznaczone… Wydaje mi się, że w czarnieńskiej gwarze jest to tak jakby tylko trącenie… Włączyłem sobie nawet piosenkę zespołu De Press pt. Bo jo cię kochom, ale wydaje mi się, że i oni nie do końca oddają brzmienie tego o na tyle, żebym mógł uznać je za czarnieńskie… Dla mnie to o w tej piosence jest jakby trochę podrabiane… Pozdrawiam…
A…
(Adam Rejman)

Zapytałem jeszcze potem, czy mówi się “czarniejskie”, czy “czarnieńskie” odnosząc się do czegoś co pochodzi z Czarnej…
Adam odpowiedział:
Na pytanie czarniejskie czy czarnieńskie odpowiem tak… Czarniejskie to dla mnie brzmi jakby po miedyńsku /od wsi Medynia/…A słowa czarnieńskie też w gwarze wsi Czarna nie ma, za to jest słowo… czarniyńskiy… Ale myślę, że lepszym ode mnie autotytetem byłby mój brat Kazio, bo on godo po czarniyńsku jak za dawnych lat…I ciekawostka… Ja już co prawda praktycznie do Rzeszowa nie jeżdżę, ale pamiętam że kiedy jeździłem i wysiadałem np. z pociągu w Rzeszowie i usłyszłem jak ony godajom, to wiedziałem że jestem wśród swoich… A dziś, gdy oglądam w telewizji jakiś reportaż stamtąd, to bezbłędnie odróżniam jak rzeszowski redaktor mówi po pańsku albo po miastowymu, a tubylec choć stara się, to zajeżdża po rzeszowsku. (…) Współczesna gwara czarnieńska to pikuś wobec języka jakiego używali moi dziadkowie, choć pamiętam bardzo niewiele… Kiedyś nie zrozumiałem czego chce mój dziadek, gdy mówi do mnie przynieś mi wungla, a chodziło o węgiel… I kiedy babcia nakrzyczała na mnie, gdy jako dzieciak zacząłem kopać motyką w piasku, co, zwłaszcza w niedzielę, było zabronione… Zawołała: Adaś, podź haw i niechej tego, co oznaczało chodź tutaj i nie rusz tego / zostaw to …

(Adam Rejman)

Konie na pastwisku w Czarnej koło Łańcuta


I jeszcze na zakończenie tego dialogu kolejna uwaga od przemądrzałej adminki:
Bo jak autor pisze w swoim wywodzie o Czarniokach, których można odróżnić od Miedynioków, to oczywiście powinnam mu to wszystko poprawić, bo mieszkańców miast pisze się małą literą, i już wpadłam do ogródka, już palec nad klawiaturą witał się z gąską, gdy pomyślałam, doprawdy w ostatniej sekundzie, a co ci, babo miastowa, do tego!? No i zostawiłam.

Wasza

EMS

Reblog: 1917

Krzysztof Ruchniewicz

Przewrót

Pod takim tytułem otwarto 18 października b.r. w Berlinie w Deutsches Historisches Museum wystawę, która upamiętnia 100 rocznicę rosyjskich rewolucji: obalenia caratu i przewrotu bolszewickiego w Rosji. Wydarzenia te zostały ukazane w tzw. długim trwaniu, które obejmuje nie tylko ich przyczyny, przebieg, ale i ich bezpośrednie oraz długofalowe skutki. Wystawę zrobiono z dużym rozmachem, zgromadzono setki ciekawych eksponatów, zadbano o różne grupy zwiedzających (także młodzież i dzieci). Poruszono również polskie wątki.

Wystawę “Rewolucja 1917. Rosja i Europa“ prezentuje berlińskie Deutsches Historisches Museum. Będzie dostępna dla zwiedzających do 15 kwietnia 2018 r. Wprowadzeniem do niej są odtwarzane na ekranach wypowiedzi 10 osobistości z Niemiec i Rosji na temat dzisiejszego znaczenia tamtych wydarzeń. Następnie w w kolejnych salach tematycznych widz zapoznaje się z podstawowymi faktami, ale i niejednokrotnie z zapomnianymi czy pomijanymi powiązaniami między sytuacja w Rosji a wypadkami w Europie.

Wystawa, która w założeniu ma pokazywać wiele perspektyw i interpretacji, świadomie zrezygnuje z ujęcia linearnego. Na plan pierwszy wysuwają się problemowe duety: zależności między zamiarem a realizację, utopią a rzeczywistością, aż w końcu między akcją i reakcją wewnątrz Rosji, ale także na zewnątrz poprzez pokazanie recepcji komunistycznych idei i przeciwdziałanie im. Autorzy, Julia Franke, Christiane Janke i Arnulf Scriba, podkreślają, że od samego początku nurtom społecznie emancypacyjnym i modernistycznym w sztuce, towarzyszył polityczny dogmatyzm i przemoc w najróżniejszych postaciach, która rozlewała się po obu stronach nowych frontów. Dla nich są to nierozerwalne części narracji o 1917 r. i jego następstwach.

Na początku poznajemy rozwarstwione społeczeństwo rosyjskie przełomu XIX i XX wieku, zróżnicowane ze względu na usytuowanie w społecznej hierarchii , ale i narodowość i wyznanie.

Niewątpliwą atrakcją są ekrany z filmowymi fragmentami sprzed stu lat: sceny z życia codziennego carskiej rodziny, mieszczaństwa i chłopstwa. Różnice i kontrasty w społecznych relacjach pogłębiła dramatycznie I wojna światowa. Początek XX wieku (rewolucja 1905 r.) przyczynił się do politycznego pobudzenia mieszkańców imperium, ale także uwypuklenia zmian w kulturze. Wystawa pokazuje najbardziej znane przykłady rozwoju nowoczesnej sztuki w Rosji tego okresu.

Dużo uwagi poświecono politycznym, społecznym i wojskowym aspektom położenia Rosji, które w konsekwencji doprowadziły do upadku caratu i zmiany systemu. W centrum widzimy wydarzenia rewolucyjne od rewolucji lutowej 1917 roku, przez przewrót październikowy do wieloletniej wojny domowej. W wyniku rewolucji i wojny domowej powstał ZSRR, państwo „nowego człowieka“, będące wielkim społecznym laboratorium. Podstawowym instrumentem polityki wewnętrznej była wszechobecna propaganda oraz terror, tak „demokratyczny”, że obejmujący i cara, i chłopa uznanego za wroga. Zilustrowano to licznymi plakatami i zdjęciami. Podkreślono zmianę roli kobiety, przybliżono nowe rozwiązania w architekturze, oddające rewolucyjny impet tych zmian.

Kolejną część wystawy stanowi opowieść o odbiorze i reakcji na wydarzenia w Rosji. Prezentowana jest cała paleta postaw od akceptacji rewolucyjnych haseł do ich odrzucenia i antyrewolucyjnego terroru. Plany światowej rewolucji znajdowały niemało zwolenników na całym kontynencie, a bolszewicy aktywnie ich wspierali. Strach przed rewolucją stanowił zaś paliwo dla prawicowej radykalizacji. Na przykładzie sześciu państw postanowiono zilustrować różne reakcje na przewrót w Rosji. Wybrano Niemcy, Węgry, Polskę, Włochy, Wielką Brytanię i Francję. Autorzy wystawy słusznie wyszli z założenia, że I wojna światowa i jej skutki nie były uniwersalne dla całej Europy. W wyborze państw kierowano się kryteriami politycznymi (przegrani i zwycięzcy w I wojnie), jak i gospodarczymi (państwa rolnicze i przemysłowe).

Z pewnością umieszczenie przypadku polskiego nie powinno dziwić. Polska skorzystała na rewolucji (nie tylko w Rosji, ale i pozostałych państwach zaborczych), nie zamierzała jednak stać się państwem rewolucyjnym na wzór rosyjski. Polskie dążenia do odzyskania niepodległości przedstawiono poprzez rzeźbę Edwarda Wittiga. Przedstawia ona boginię Nike, która kroczy wsparta przez skrzydlatych geniuszy usosabiających miłość do ojczyzny i męstwo. Odrodzona Polska rodziła się pośród wojny, a jednym z najpotężniejszych zagrożeń, jak przedstawia to wystawa, było dążenie bolszewickiej Rosji do przeniesienia rewolucji na zachód (ilustruje to słynny cytat z M. Tuchaczewskiego). Jednak przyczyny oraz przebieg konfliktu polsko-bolszewickiego można było ukazać w sposób bardziej szczegółowy (bitwa warszawska została wspomniana na marginesie).

Widzowi zaprezentowano przede wszystkim odbicie konfliktu w polskiej propagandzie, podkreślając utożsamianie w niej bolszewizmu z żydowskim zagrożeniem. Zwrócono uwagę na wzrost antysemityzmu, czego przykładem było internowanie żołnierzy pochodzenia żydowskiego (m.in. obóz w Jabłonnej). Przybliżono postać Józefa Piłsudskiego, ale bez podania informacji o jego wcześniejszych związkach z socjalizmem. Zdjęcie członków Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski wykorzystano do poinformowania zwiedzających, że także w Polsce powstała probolszewicka partia. Szkoda że bardziej nie wyeksponowano życiorysów Piłsudskiego i Dzierżyńskiego, by pokazać jak różnymi drogami potoczyły się losy niegdysiejszych polskich socjalistycznych rewolucjonistów, pochodzących ze szlacheckich rodzin.

Silny antybolszewizm był – jak pokazują autorzy wystawy – wiodącą postawą polityczną Europy. Wiązano z nim, nie tylko w Europie Wschodniej, także antysemityzm. To połączenie w późniejszych latach posłużyć miało do legitymizacji przemocy wobec Żydów. Na wystawie zgromadzono liczne plakaty, które wykorzystywały ten motyw.

Wystawę zamyka opowieść o emigrantach z Rosji, ale i do Rosji. Pokazano losy „białych”, w trudnych warunkach budujących nowe życie w różnych państwach europejskich, ale i przypomniano o emigrantach zmierzających w latach 20. do ZSRR, by tam współtworzyć „nowy świat”. Epilogiem wystawy, dość ekscentrycznym, jest rzeźba Alexandra S. Kosolapowa Hero, Leader, God z 2007 r. Pokazuje ona, że po stu latach wydarzenia, które spowodowały tak dramatyczne i przede wszystkim katastrofalne zmiany, są częścią kultury masowej, w której już mało ważne jest, czy dany artefakt wyprodukowany został przez „kapitalistyczny” czy „socjalistyczny” świat. Zwiedzający z Polski, od razu przypomina sobie wykpiwane na sto sposobów hasło „Lenin wiecznie żywy”.

Na osobną uwagę zasługują rozwiązania techniczne, które wykorzystano na wystawie. Jest kierowana do różnych grup odbiorców. Wysokość witryn dostosowano do wymogów osób niepełnosprawnych, pomyślano o udostępnieniu tekstów dla niesłyszących i niewidomych. Tych ostatnich prowadzi specjalna wypukła linia po całej wystawie, teksty są dostępna w brajlu. Wystawę mogą także zwiedzać dzieci. Z myślą o nich przygotowano specjalną, uproszczoną wersję tekstów (wyróżniono je osobną czcionką) oraz puzzle mające za podstawę wybrane obiekty. Wystawa jest dostępna po niemiecku i angielsku. Towarzyszą jej pięknie wydane katalogi, jeden z eksponatami i związanymi z nimi tekstami, drugi z esejami naukowymi.

Zob.

1917 Revolution. Russland und Europa, hrsg. von Julia Franke, Christiane Janke und Arnulf Scriba, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 320;

1917 Revolution. Russland und die Folgen. Essays, hrsg. vom Deutschen Historischen Museum und dem Schweizerischen Nationalmuseum, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 199.

Nasz rok leśmianowski 16

Dziś rocznica śmierci. Maria Szewczyk podaje na bloga wiersz Leśmiana i obraz Malczewskiego, obiecuje też wpis o dramatycznych okolicznościach śmierci poety.

Bolesław Leśmian

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku…

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga – orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest – noclegiem – i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
“Śpi snem wiecznym” – szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej – w pozgonnym rozpędzie.
“Śpi snem wiecznym…” Snu nie ma i nigdy nie będzie!
“Szczęśliwy! Już nie cierpi!” – tak mówiono wkoło –
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie –
I zaczęło się nowe – niezależne cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słychać ich wcale.
Szli ludzie – dotąd żywi… Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu.
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Jacek Malczewski, Śmierć, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (7)

Dariusz Kacprzak

Joachim Utech, Grenadier pomorski II

Wywodzący się z rodziny notowanych od XVIII wieku mistrzów budowlanych i rzeźbiarzy, Joachim Utech jako osiemnastolatek rozpoczął naukę artystycznego fachu w berlińskiej pracowni rzeźbiarza i grafika Georga Wrby. Wkrótce terminował jako wolontariusz w zakładzie sztukatorskim w Kołobrzegu. Jesienią 1907 roku rozpoczął studia w Charlottenburgu. Po odbyciu służby wojskowej w Gdańsku powrócił do Berlina, by kontynuować studia, które ukończył w 1913 roku. Swe umiejętności doskonalił potem w Akademii Sztuk Pięknych w Lipsku, gdzie rozpoczął karierę artystyczną. W latach 1921–1925 mieszkał w Insterburgu (obecnie Czerniachowsk nad Pregołą) w Prusach Wschodnich, pracując jako nauczyciel rysunku w tamtejszym liceum. W tym czasie wystawiał wraz z Emilem Noldem, Ludwigiem Kirchnerem, Karlem Schmidtem-Rottluffem i Loyonelem Feiningerem. W 1925 roku powrócił do rodzinnego Białogardu. W sąsiadującym z domem atelier poświęcał się pracy twórczej. W 1930 roku przystąpił do działającego w Szczecinie stowarzyszenia artystycznego „das neue pommern”, w którego wystawach uczestniczył co roku. W 1936 roku, podczas 20 Biennale w Wenecji, dzieła Utecha spotkały się z dużym zainteresowaniem, którego wyrazem stał się zakup do zbiorów prywatnych Benita Mussoliniego. Włoski sukces zaowocował zaproszeniem do udziału w Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w Życiu Nowoczesnym, organizowanej w Paryżu w kolejnym roku. Jednocześnie z berlińskim krytykiem sztuki Hansem Zeeckiem zorganizował Wschodnioniemiecką Wystawę Sztuki w Koszalinie, w której uczestniczyli m.in. Karl Schmidt-Rottluff i Max Pechstein. Artysta zaczął otrzymywać zamówienia na rzeźby przeznaczone do przestrzeni publicznej – poza rodzinnym Białogardem, także w Sławnie, Słupsku, Kołobrzegu oraz Lęborku. Jego prace nabyły m.in. Galeria Narodowa w Berlinie, Folkwang-Museum w Essen i Galeria Państwowa w Dessau. Wraz z zaostrzaniem się polityki kulturalnej nazistów z ekspozycji w szczecińskim Muzeum Miejskim wycofano dwa uprzednio zakupione do zbiorów dzieła; Utechowi odmówiono udziału we wspomnianej wystawie paryskiej. 1 marca 1945 roku Utech wraz z rodziną opuścił Białogard i przeniósł się do Eyendorfu pod Lüneburgiem, a następnie osiadł w samym Lüneburgu. Tam otrzymał mieszkanie wraz z posadą nauczyciela w jednej ze szkół, gdzie w piwnicy stworzył warsztat rzeźbiarski. W okresie powojennym regularnie prezentował swoje dzieła w galeriach Hamburga, Kolonii, Hanoweru, głównie jednak uczestniczył w wystawach organizowanych przez stowarzyszenia artystyczne oraz instytucje państwowe zajmujące się sztuką wschodnioniemiecką. W ostatnim okresie życia schorowany rzeźbiarz wraz z żoną zamieszkał w domu dla wypędzonych z ojczyzny artystów i naukowców w Marburgu. W 1957 roku Muzeum Pomorza Zachodniego w Szczecinie, na polecenie dyrektora gabinetu Ministerstwa Kultury i Sztuki, zwróciło artyście 86 jego rzeźb pozostawionych w 1945 roku w Białogardzie, a po wojnie przechowywanych w szczecińskim muzeum. Na rok przed śmiercią artysty, w ramach 6 Wschodnioniemieckich Dni Kultury w Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze otwarto wystawę monograficzną, na której pokazano 48 rzeźb Utecha z lat 1931–1959.

Bogaty ikonograficznie i różnorodny stylistycznie dorobek Utecha obejmuje około 900 rzeźb. Wpisujące się w nurt niemieckiego ekspresjonizmu, inspirowane zarówno dziełami kultur pozaeuropejskich, jak i tradycją antyczną i średniowieczną, dzieła należą do interesujących zjawisk w plastyce pomorskiej pierwszej połowy XX w. Podejmują częstokroć uniwersalne tematy związane z ludzką egzystencją – miłość, radość, ból, smutek, cierpienie. Artysta pracował w drewnie, glinie, terrakocie, gipsie, metalu; preferował jednak kamień. Ciosał marmur, diabaz, piaskowiec, wapień, a przede wszystkim dostępny powszechnie, przyniesiony na Pomorze ze Skandynawii przez lodowiec granit. „Mój ojciec – pisał Utech – przyniósł ze starej rodzinnej szafy narzędzia do ręcznej pracy w granicie, należące do dziadka, i milcząc przekazał mi je: oskard dwudziobowy, młotek kamieniarski, ciężki pobijak, dłuto do granitu (…). Teraz rzeczywiście trzymałem »broń« w rękach. Aby nie przegrać nadchodzącej ciężkiej walki, musiałem podchodzić do dzieł metodycznie. Poznawałem struktury i warstwy skalne. Uczyłem się, że trzeba być o wiele ostrożniejszym, niż w przypadku piaskowca czy marmuru. Moje tworzenie w granicie stało się moim największym szczęściem”. W zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie znajduje się zespół kilku rzeźb – są to surowe, uproszczone w formie alegoryczne wizerunki, ukazujące uniwersalne typy ludzkie… Jeden z nich – Grenadier pomorski II, zakupiony do szczecińskich zbiorów w 1943 roku, stał się – obok artysty – bohaterem tej opowieści.

Joachim Utech (1889 Belgard / Białogard – 1960 Marburg), Grenadier pomorski II, 1940, szary granit, 44 x 44 x 37, Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Przygrobny monolog

Roman Brodowski

Wiersz ten napisałem w ubiegłym roku. Inspiracją były słowa, które zwykł mawiać mój brat podczas rozmów, jakie ze sobą prowadziliśmy, zwłaszcza tych o sytuacji panującej w Polsce.
Zawsze kiedy pytałem Go o jego osobiste refleksje dotyczące czasu, gdy udzielał się w walce o obronę praw więźniów politycznych, a było to w okresie powstania „Solidarności”, zwykł był odpowiadać jednym i tym samym zdaniem: „Wygraliśmy z komuną, żeby przegrać samych siebie”. Wówczas, kiedy jeszcze żył, a zmarł w grudniu 1998 roku, nie do końca rozumiałem, co miał na myśli.
Dopiero po wielu latach, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy to PiS rządzi naszym narodem, gdy sytuacja polityczna w kraju stała się się nie do zniesienia, w pełni zrozumiałem, co kryło się pod jego „złotą” myślą. I chyba powoli przekonuje mnie jego logika myślenia, że „wygrywając rok 1980/81, a następnie 1989, przegraliśmy samych siebie”.

Co prawda, na początku utwór ten zamierzałem pozostawić w szufladzie, dla siebie. Jednakże dzisiaj przekonany jestem, że moje ubiegłoroczne myśli dojrzały do tego, by ujrzeć światło dzienne, by je upublicznić.

„ Przegrać samych siebie”

„Wygraliśmy z komuną
Żeby przegrać samych siebie”
Powtarzałeś przy każdej okazji
Tę twoją – złotą – myśl.

Jesteś od dawna mój Bracie
Poza przestrzenią zmysłowej
Interpretacji „Tajemnicy wiary”
Więc obce Ci jest uczucie lęku.

Wiem co byś powiedział gdybyś żył
Ale ja tak nie potrafię ja muszę
Ja nie przegrałem jeszcze siebie
Ja wciąż o siebie …gram.

Może to i dobrze, że nie widzisz
Jak spełnia się twoje „proroctwo”
Jak bardzo szata solidarnej jedności
Rwana po kawałku zaczyna gnić.

Chmury Bracie, brunatne chmury
Opadają powoli na twoją nadzieję
Solidarność jak w rozbitym lustrze
Ukazuje wielotwarz obłudy i fałszu

Prawda twojego czasu popada w ruinę.
Praworządność wrzucono do szamba
A naród za kilka srebrników sprzedał
Swoją niby narodową polską dumę.

Ty nie zabronisz mi krzyczeć
Bo krzyczę nie moją ale twoją prawdą.
To nie ja ale ty uczyłeś mnie patrzeć
Oczyma patriotycznej poprawności.

Dzisiaj bohaterom twojego czasu
Odebrano prawo ich wielkości
Napisano historię dla nowosystemu
Faszystowsko narodowej dyktatury

Kolejny karzeł bez przeszłości
Rozpoczął taniec na grobach tych
Którzy nie mogą już się bronić
By stać się światłem dla ślepowierców

Armia pochlebców wokół niego
Niby stado psów przy pańskim domu
Oczekuje spadających ochłapów
Z coraz biedniejszego ojczyźnianego stołu

Tak tak Bracie – ciężkie czasy nastały
Nasza Ojczyzna jak kula Syzyfa stacza się
Rządni władzy despoci wiodą naród
No właśnie! … dokąd oni nas wiodą?

Obiecują, równość i sprawiedliwość
A niszczą Konstytucję i sądów niezawisłość
Obiecują dobrobyt świetlaną przyszłość,
A trwonią wszystko dla minuty chwały.

Jak mam żyć Bracie w naszym „gnieździe”
Kiedy ono powoli wypełnia się
Marazmem głupoty fanatyzmu i niezgody
Gdy naród nasz popada w desspotyczną niewolę

Dlaczego dzisiaj drogi przyjacielu
My którym droga do wolności
Okupiona jest krwią naszych przodków
Nie potrafimy być wielkim „Jedno”

Dlaczego przyniesiona na sztandarach
I twojego Bracie zrywu „Demokracja”
Zamienia się w pusty niby dzban slogan
A ludzie… Oni niczego nie rozumieją.

Jak dobrze że śpsz spokojnie – Bracie.

Berlin, 24 października 2016

Bracia Mann 2

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Skutki Wielkiej Wojny

Po pierwsze materialne. Dochody z tytułu sprzedaży książek spadły prawie do zera. Tomasz dodatkowo martwił się, że jego willa traci na wartości.
Po drugie – ocena sytuacji. Henryk oceniał ją w sposób w jaki oceniła ją później historia, bardzo krytycznie. Tomasz przeciwnie – dla niego była to: “…wielka, na wskroś uczciwa, ba, uroczysta wojna.”
Tomasz nie ograniczył się do uczestnictwa w “podniosłych nastrojach inteligencji niemieckiej“, ale starał się zrobić coś praktycznego. Zgłosił się na ochotnika do landszturmu – wojsk obrony terytorialnej. Poczucie wstydu, że nie jest na froncie skompensował artykułem Refleksje wojenne. O wojnie pisał jako o “świętej wojnie narodowej”, sławił czyny niemieckiego oręża i decyzje władz.
Artukuł ten został oceniony bardzo krytycznie przez świat literacki, szczególnie przez Romain Rollanda.
Henryk był oburzony i Niemcami, i Tomaszem.

W tej atmosferze euforii i konfliktu w bratem, szarpany wewnętrznymi wątpliwościami i gnębiony licznymi chorobami dzieci, Tomasz pogrążył się w pracy nad Czarodziejską Górą.

Henryk napisał książkę Der Untertan – Poddany – ostrą krytykę Cesarstwa Niemieckiego. Cenzura zakazała jej rozpowszechniania.
Życie rodzinne jednak kwitło. W 1916 roku Mimi urodziła córkę Carlę Marię Henriette Leonie, którą rodzice nazywali Goschi.

Konflikt między braćmi miał odbicie w ich publicystyce.
Tomasz zaczął pisać Rozważania człowieka apolitycznego, Henryk opublikował esej o Emilu Zoli, w którym włożył w usta słynnego pisarza swoje argumenty przeciwko niemieckiemu militaryzmowi. Tomasz otrzymał esej brata okrężną drogą i ogromnie go on zdenerwował. W rezultacie praca nad Rozważaniami przeciągała się, gdyż wplatał tam polemikę z poglądami brata. Ostatecznie zostały opublikowane dopiero w 1918 roku. Wkrótce potem nastąpiła kapitulacja Niemiec i abdykacja cesarza Wilhelma. Rozważania straciły jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1918 roku cenzura zezwoliła na rozpowszechnianie książki Henryka – Poddany, a książka okazała się przebojem. W pierwszym tygodniu sprzedano 80.000 egzemplarzy. Z dnia na dzień Henryk nie tylko potwierdził swoją pozycję jako pisarz, ale został również uznany za bardzo znaczącego aktywistę społecznego.

Do roku 1922 bracia unikali się.

Następnych kilka lat lat Henryk Mann poświęcił rodzinie. W tym samym czasie Tomasz dzielił czas między rodzinę i pracę nad Czarodziejską Górą.
Opublikowana w listopadzie 1924 roku, do Bożego Narodzenia sprzedano 25,000 egzeplarzy. Był to ogromny sukces – dwutomowa powieść o trudnej tematyce, do tego dość droga. Tomasz stał się zamożnym człowiekiem, kupił samochód i zatrudnił szofera.

Warszawa

W marcu 1926 roku Tomasz Mann przyjechał do Warszawy na zaproszenie polskiego PEN-Clubu. Z tej okazji opublikowano w Wiadomościach Literackich jego szkic o Józefie Conradzie, pomyślany jako wstęp do niemieckiego tłumaczenia Tajnego agenta. Wizyta miała bardzo oficjalny charakter – spotkanie w Zamku Warszawskim, bankiet rządowy w Wilanowie.
W oficjalnym przemówieniu Tomasz Mann położył główne akcenty na rolę Polski …w zachodnio-wschodniej syntezie, rzuceniu pomostu nad istniejącymi w świecie gwałtownymi i napiętymi przeciwnościami.
Z mniej formalnych ceremonii warto wspomnieć biesiadę literacką w winiarni Fukiera, podczas której Wiliam Horzyca wygłosił po niemiecku prelekcję o pobycie E.T.A. Hoffmanna w Warszawie pod koniec XVIII wieku.

Zaskoczył mnie ten esej, wstęp do tłumaczenia Tajnego Agenta, gdyż po publikacji książki (rok 1907) Tomasz Mann zarzucał Conradowi “patologiczną rusofobię”.
W roku 1946 Tomasz Mann relacjonuje powrót to książek Conrada, …którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem. Zacząłem od Lorda Jima (…) i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie to, że jest u nas rzadka, lecz której po prostu nie ma.

Opowieść podręcznej.

Na początku 1929 roku Henryk rozwiódł się z Mimi Panovą. Ugoda rozwodowa przewidywała jednorazową wypłatę 500 marek a następnie 300 marek alimentów miesięcznie plus pokrycie kosztów edukacji córki.

W czerwcu 1929 roku, w lokalu rozrywkowym Kakadu (być może była to sąsiadująca z Kakadu Bajadera), Henryk poznał Nelly Kröger.

Kakadu

Nelly Kröger – urodzona 15 lutego 1898 jako Emmy Johanna Westphal. Nazwisko ojca nieznane. Moje główne źródło informacji, Evelyn Juers, nie ma wątpliwości, że był nim Noah Troplowitz z Gliwic, z zamożnej żydowskiej rodziny. Jego przodek zbudował gliwicką synagogę. Dokumenty rodzinne potwierdzają, że matka Emmy, Berta, pracowała w domu Troplowitzów jako służąca.

Po urodzeniu dziecka Berta wróciła do rodzinnego Niendorf, niewielkiej wioski rybackiej. Tam wyszła za mąż za rybaka – Nicolausa Wilhelma Heinricha Krögera. Ojczym zgodził się, aby Emma przyjęła jego nazwisko.
W 1919 roku Emma opuściła dom i przeniosła sie do Berlina. Miała nieco odłożonych pieniędzy. Podjęła pracę jako krawcowa. Jej partnerem został Werner Schmidt – urzędnik. Urodziło im się dziecko. Ojciec wycofał się ze związku, pojawiły się kłopoty finansowe. Dziecko ciężko rozchorowało się i zmarło podczas snu w objęciach również śpiącej matki.

Henryk i Nelly

Emma zmieniła imię na Nelly. W porównaniu z ciężkim “m” podwójne “l” wydawało się lżejsze (leichter) i jaśniejsze – heller.

Podjęła pracę w Kakadu Bar jako Animierdame – dama, która miała za zadanie ożywić (animować) klientów. Jednym z klientów był Henryk Mann.

To zdjęcie z okładki książki, która jest moim głównym źródłem informacji na temat poplątanych losów braci Mann.

Na wyżynach

W listopadzie 1929 nazwisko Mann znowu trafiło na pierwsze strony gazet – Tomasz Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Kilka miesięcy później Henryk zaczął gonić słynnego brata – w kwietniu ukazał się na ekranach i zyskał wielką popularność film Błękitny Anioł – KLIK – oparty na jego książce Profesor Unrat.

Na początku 1931 roku Henryk został mianowany prezydentem sekcji literackiej Pruskiej Akademii.
Popularny działacz pacyfistyczny Kurt Hiller publikuje artykuł Prezydent, w którym sugeruje, że Henryk Mann to jedyna w Niemczech osoba zdolna zjednoczyć prawicę i lewicę, jedyna osoba zdolna zastąpić Hindenburga na stanowisku prezydenta i zapewnić stabilizację Niemiec.

W 1932 roku na półkach księgarskich ukazuje się nowa książka Henryka – Ein ernstes Leben – Poważne życie. A może Życie na serio.

Pożar

30 stycznia 1933 roku – Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec.

Kilka dni później na słupach pojawiły się plakaty podpisane przez Alberta Einsteina, Henryka Manna i Kathe Kollwitz, wzywające Socialistów i Komunistów do stworzenia jednolitego frontu.

15 lutego – Henryk zostaje usunięty z Akademii Pruskiej. Tydzień później wyjeżdża do Francji. Nelly pozostaje w Berlinie, by pilnować mieszkania.

27 lutego – pożar Reichstagu.

Tomasz z rodziną wyjeżdżają do Szwajcarii. W tym samym czasie Mimi i Goschi wyjeżdżają do Pragi, gdzie zamieszkają u rodziców Mimi.

Władze publikują listę zakazanych autorów. Henryk Mann zajmuje trzecią pozycję, za Karolem Marksem i Karlem Kautskim.

10 maja, na placu przed operą w Berlinie, studenci palą 25,000 książek zakazanych autorów. Równocześnie powstaje lista zakazanych książek. W ciągu roku lista osiągnęła 4,100 pozycji, nie było wśród nich książek Tomasza Manna.

Henryk zostaje pozbawiony niemieckiego obywatelstwa.

Opowieść podręcznej

Henryk wyjechał w samą porę. Następnego dnia jego mieszkanie odwiedziła policja z nakazem aresztowania. Nie zastawszy właściciela zrobili gruntowną rewizję i straszliwy bałagan.

Nelly brakuje pieniędzy. Zostaje aresztowana, gdy próbuje podjąć pieniądze z konta bankowego Henryka.
Konto jest zablokowane, ale wypłacane są regularne należności, na przykład alimenty dla Mimi. Nelly pisze do Henryka, żeby ją oficjalnie zatrudnił jako osobę opiekującą się mieszkaniem i wyznaczył pensję, ma nadzieję, że pensja będzie wypłacana z konta Henryka.
Henryk traktuje tę propozycję podejrzliwie i odwleka decyzję.
Nelly ponownie podejmuje pracę jako krawcowa. Jest pod obserwacją policji, sąsiedzi traktuja ją podejrzliwie, zostaje ponownie aresztowana. W marcu traci przytomność i spędza kilka dni w szpitalu – wyczerpanie nerwowe. Prosi Henryka żeby załatwił jej wyjazd do Francji. Dotarła tam w lipcu. Zamieszkali w Nicei.

Kilka lat później w tym samym domu w Nicei wynajęli mieszkania dwaj emigranci z Czechosłowacji – Joseph Roth – KLIK – i Hermann Kesten – KLIK. Wieczory spędzali na długich rozmowach z Henrykiem i Nelly.
Nelly była urodzonym gawędziarzem.
Poniższą opowieść usłyszał jednak tylko Hermann Kesten.
Henryk był oczarowany barwnymi opowieściami Nelly. Wiele razy namawiał ją, żeby je zapisywała.
Pod koniec roku 1931, gdy Henryk był w Paryżu, zabrała się do tego poważnie. Gdy wrócił pokazała mu. Przeczytał w ciągu jednego dnia. Był zaskoczony – to prawie powieść – powiedział.
– Powieść? To jest moje życie – odpowiedziała. Żartem zapytała czy znalazłby się wydawca dla tej “powieści”.
Następnego dnia Henryk zabrał się do pisania. Nelly ze zdumieniem zauważyła, że kartki z jej opowieściami lądują w palenisku kominka. Henryk wytłumaczył, że książka typu Życie Nelly Kröger nie zainteresuje wydawców. To jest opis poważnego życia i taki będzie tytuł książki – Ein ernstes Leben. Zasady nie pozwalają mu opublikować jej wspomnień pod swoim nazwiskiem, dlatego pisze wszystko od nowa.

Wspomnienie H. Kestena TUTAJ.

Życie na emigracji

Jak już wspomniałem Henryk i Nelly osiedlili się w Nicei, Tomasz z żoną zamieszkali w Küsnach (okolice Zurichu).

Tomasz nie czuł się bezpiecznie w Szwajcarii. Miał wciąż poczucie, że jest śledzony przez hitlerowskich agentów, że może zostać porwany lub zamordowany.
Z drugiej strony nie mógł się pogodzić z utratą majątku pozostawionego w Niemczech – willa, meble, samochód.
W rezultacie nie udzielał się publicznie i nie deklarował oficjalnie swojego stosunku do nazistowskich Niemiec.
Powodowało to niemałą konsternację w świecie literatury. Starsze dzieci, Klaus i Eryka, nalegały na ojca, żeby się oficjanie zdeklarował. Tomasz Mann odpowiadał, że ma większy wpływ na życie umysłowe Niemców, jeśli jego książki są publikowane w kraju.
Publikuje w tym czasie, w Niemczech, kolejne tomy tetralogii Józef i jego bracia. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.
Zaskoczeniem było, że władze zezwoliły na wywiezienie z jego willi wielu sprzętów i mebli. Najbardziej ucieszyła go kołdra. Gdy do niego dotarła, spał już spokojniej.

Henryk działał bardzo aktywnie. Został członkiem brytyjskiego PEN-clubu, honorowym prezydentem Związku niemieckich pisarzy na uchodźtwie.
Stwierdził, że włada językiem francuskim równie dobrze jak niemieckim i opublikował książkę La Haine – Nienawiść. Książka nie zyskała popularności wśród czytelników francuskich, niemieckich czytelników było na emigracji niewielu, Anglia nie była zainteresowana tłumaczeniem.
Nelly wróciła do zawodu krawcowej.
Henryk zaczął pisać książkę Henryk IV.

Połowa roku 1934 – pierwsze spotkanie Hitlera z Mussolinim, we Włoszech. Hitler jest pełen podziwu dla spadkobiercy antycznych cezarów i filozofów. Opinia Mussoliniego o Hitlerze: szalony mały klown.
Miesiąc później zamach stanu w Austrii, zabójstwo kanclerza Dollfussa. Mussolini oskarża Niemcy o zamach i zapowiada wojnę, jeśli Niemcy wkroczą do Austrii.

Pod koniec 1934 roku Henryk odwiedził swoją byłą żonę Mimi i córkę Goschi w Pradze. Córka wykazywała wielkie zainteresowanie tańcem.
Nelly przepisuje na maszynie zakończony manuskrypt Henryka IV.

Rok 1935 – Tomasz Mann odwiedza Stany Zjednoczone.
Henryk publikuje Henryka IV. Książka zyskuje bardzo wysoką ocenę krytyki – świetne analogie polityczne, literatura najwyższego lotu. Tomasz wypowiada się z wielkim szacunkiem o książce brata, ale czuje, że to już ostatnie słowo Henryka. Wielki brat nie zagrozi pozycji Tomasza w literaturze niemieckiej.

W lutym 1936 roku Tomasz Mann złożył oficjalną deklarację potępiającą władze w Niemczech.
W listopadzie 1936 przyjął obywatelstwo czeskie (Henryk przyjął je kilka miesiecy wcześniej), zaraz potem pozbawiono go wraz żoną i dziećmi obywatelstwa niemieckiego. Jego książki trafiły na listę utworów zakazanych. Uniwersytet w Bonn odebrał mu honorowy doktorat.

Henryk przemawia w Paryżu na na międzynarodowym kongresie pisarzy, w Brukseli – na światowym kongresie pokojowym. Wygłasza przemówienie w Lidze Narodów.

W tym czasie Tomasz z żoną odwiedzają Czechosłowację i Węgry. W Pradze tamtejsi pisarze dyskutują z nim szanse Henryka na literacką Nagrodę Nobla. Tomasz nie widzi żadnych szans.

Chmury przed burzą

Włochy wkroczyły do Etiopii. W Hiszpanii wybucha wojna domowa.

Ideowy marksista Wiktor Serge – KLIK – pisze do Leona Trockiego: Drogi Leonie Dawidowiczu. Martwię się o Was. Czy otrzymaliście mój poprzedni list? Widzę, że tu szykuje się akcja fizycznej likwidacji Zinowiewa i jego grupy. Bierność naszych towarzyszy w obliczu nadchodzących represji to zbrodnia…
W Moskwie odbywa się proces 16 czołowych działaczy komunistycznych, zostają skazani na śmierć. Po procesie odbywa się “wielka czystka”, ginie około miliona działaczy komunistycznych.

Wiktor Serge do Andre Gide’a: … pamiętam strony pańskiego Dziennika, w którym w roku 1933 zadeklarował pan przynależność do komunizmu, gdyż zapewnia on swobodny rozwój osobowości… czytam to w chwili, gdy nikt dookoła mnie nie odważyłby się prowadzić dziennika.

Dokończenie za tydzień

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Stuart 34

Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down
Oh I’ll never know what makes this man
With all the love that his heart can stand
Dream of ways to throw it all away

Siła przyciągania jest przeciwko mnie
Siła przyciągania chce mnie ściągnąć w dół
Nigdy nie dowiem się, co sprawia, że człowiek
Którego serce może pomieścić tyle miłości,
Myśli o tym, żeby to wszystko porzucić.

Gravity, John Mayer

Joanna Trümner

Siła przyciągania

Pobyt Stuarta w Nowej Zelandii przedłużył się, z planowanych kilku miesięcy zrobił się rok. Rok, podczas którego Stuart nie musiał martwić się o występy, gdyż jego trasa koncertowa nabrała własnej dynamiki. Bardzo często w hotelach, w których nocował, czekał na niego telefon lub kartka z propozycją kolejnego wieczoru.

Również Wellington, gdzie spędził kilka pierwszych miesięcy pobytu w Nowej Zelandii, było miastem bardzo mu przychylnym. Louis wprowadził go do grona swoich przyjaciół, muzyka Stuarta podobała się publiczności. Po kilku tygodniach pobytu Stuart doszedł do wniosku, że wcale mu nie brakuje ani Sydney, ani tempa życia w wielkim mieście. Zaczął się zastanawiać, czy nie zamieszkać na stałe w spokojnym, przyjaznym Wellington. Podczas jednej z imprez w mieszkaniu Louisa pojawiła się Catherine. Patrząc na nią Stuart nie mógł opanować uczucia dumy, że tak piękna kobieta przez kilka miesięcy była częścią jego życia.

Obydwoje byli jednak wyraźnie zażenowani tym niespodziewanym spotkaniem. Podczas krótkiej i pełnej dystansu rozmowy Stuart uświadomił sobie, że czas zmienił ich w dwójkę obcych ludzi. Był rozczarowany. W czasie, kiedy on i Catherine byli parą, nawet przez chwilę nie przeszłoby mu przez głowę, że jego dziewczyna da się kupić za pieniądze bogatego, starego mężczyzny. Mężczyzny, który od dłuższego czasu siedzi na wózku inwalidzkim i którego życie prawdopodobnie nie będzie trwało zbyt długo. „Przecież ona na pewno nie jest szczęśliwa. A może już wtedy, kiedy byliśmy razem, tylko tego chciała od życia – pieniędzy i pozycji?”, zastanawiał się.

Przez cały wieczór unikał jej obecności, a kiedy w kilka minut przed północą Louis zaproponował mu, żeby wspólnie z nim zaśpiewał „You‘ve got a friend” Carole King, był wdzięczny przyjacielowi za rozproszenie pełnych goryczy myśli. Ich głosy uzupełniały się tak doskonale, że goście poprosili o kilka dalszych piosenek. „Jesteśmy po prostu perfekcyjni”, pomyślał Stuart. „Może powinniśmy nagrać płytę w duecie?”, zapytał Louis, podając Stuartowi kieliszek czerwonego wina. W miarę upływu wieczoru i alkoholu ich wspólne plany muzyczne nabierały konturów, o czwartej nad ranem na stole leżała mapa Stanów z zaznaczonymi miejscami przyszłych wspólnych koncertów.

W kilka dni po tym wieczorze Stuart ruszył w drogę po miastach i miasteczkach Nowej Zelandii. Podczas koncertu w Queenstown po raz pierwszy poczuł, że ogarnia go dziwny niepokój. „Przecież to tylko kolejna mała sala w kolejnym małym miasteczku, gdzie ludzie czekają na moją muzykę. Oni przez chwilę zabijają nudę, a przy okazji ja przez chwilę czuję ich podziw”, pomyślał, przywołując się do spokoju. Od tego koncertu jednak zaczęła w nim natrętnie powracać myśl, że jest zmęczony i że coś się wypaliło. „Nie ma żadnego powodu, żebym tak myślał. Przeciwnie, nareszcie wszystko zaczęło się układać. Nikt nie umarł, nikt nie zwariował, robię to, co zawsze chciałem robić i zarabiam niezłe pieniądze”, powtarzał sobie kilkakrotnie w ciągu dnia, próbując odnaleźć zgubiony optymizm. Im bardziej starał się zapanować nad uczuciem smutku, tym mocniej jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, nie pozwalała mu cieszyć się na kolejne spotkania z publicznością, wywoływała uczucie, że stanął w miejscu i że nie ma siły na dalszy krok.

Stojąc przed publicznością nieraz myślał o tym, że koncert, który daje dzisiaj, niczym nie różni się od koncertu, który dawał wczoraj. Począwszy od tradycyjnego papierosa tuż przed wejściem na scenę, a skończywszy na bisie, zawsze tym samym – piosenki Beatlesów „Let it be”. Zmieniały się tylko sale i twarze. Z niesmakiem myślał o tym, że podczas miesięcy koncertowania zmienił się w oszusta, osobę, która śpiewa o emocjach, jakich już nie doznaje. Bał się, że publiczność go zdemaskuje „Może po prostu powinienem zrobić przerwę, zatankować trochę siły. Zanim ludzie sami przestaną mnie słuchać”, zastanawiał się, patrząc na kolejną pełną salę.

Przypomniała mu się rozłożona na stole Louisa mapa Stanów. Już wiedział, dokąd poprowadzi go dalsza podróż. Pod koniec marca pożegnał Nową Zelandię i wsiadł w Auckland do samolotu do Phoenix. Chciał zacząć miesięczną podróż po Stanach od Wielkiego Kanionu, o którym Louis powiedział mu kiedyś, że jest ósmym cudem świata. Zamierzał też odwiedzić Las Vegas i Dolinę Smierci, polecieć do Nashville i zakończyć podróż w Nowym Orleanie. Za radą Louisa niczego nie rezerwował, nie chciał pozbawiać się możliwości spontanicznej zmiany planów. W samolocie rozłożył przed sobą mapę Stanów i wodził po niej palcem, próbując prześledzić przebieg podróży po Ameryce.

Koło niego siedział młody mężczyzna, któremu stewardesa pomogła się przesiąść z wózka inwalidzkiego. Stuart miał wrażenie, że jego sąsiad bardzo cierpi. „Jak on wytrzyma ten lot?”, zastanawiał się. Siedzieli w rzędzie przy wyjściu awaryjnym, mieli więc miejsce na wyciągnięcie nóg i Stuart z ulgą pomyślał, że nie będzie musiał budzić sąsiada, żeby pójść do toalety. Siedzieli tak obok siebie i milczeli. Po kilku godzinach lotu stewardessa podała im tace z posiłkami. Stuart przyglądał się zmaganiom sądiada, widział, że krojenie posiłku nożem i widelcem sprawiało mu trudność. Po kilku minutach odważył się zaproponować: „Chętnie ci pomogę”. Nieznajomy popatrzył na niego z wdzięcznością w oczach i podziękował.

Po posiłku Stuart położył tacę nieznajomego na swoją i czekał w milczeniu na przyjście stewardessy. „Jeszcze przed rokiem byłem zupełnie inną osobą”, odezwał się nieznajomy. „Miałem niezłą pracę w biurze turystycznym, zobaczyłem kawał świata, w czasie wolnym grałem w rugby, albo spotykałem się z moją dziewczyną. Od kilku miesięcy mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie straciłem czucie w nogach i przewróciłem się na ulicy. Natychmiast podeszła do mnie jakaś młoda kobieta, pomogła mi wstać i zapytała, czy ma wezwać lekarza. Była bardzo ładna, może dlatego nieźle się zmieszałem, podziękowałem i powiedziałem, że się zamyśliłem i potknąłem. Upadki zaczęły się powtarzać, zacząłem tracić czucie w rękach, po kilku tygodniach nie mogłem już nikomu, a przede wszystkim sobie, wmawiać, że wszystko jest w najlepszym porządku. W końcu wybrałem się do lekarza, do jednego, drugiego, trzeciego, w końcu czwarty lekarz zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Mam jakąś nietypową odmianę, która bardzo szybko postępuje. Lekarstwa njiezbyt pomagały. W sumie jestem chyba wdzięczny za tą chorobę, od czasu, kiedy jestem chory, dostrzegam rzeczy, które mnie do tej pory nie interesowały – wschód słońca, dobrą muzykę, to, że wstałem i potrafię jeszcze sam przejść kilka kroków. Nauczyłem się nie złościć na głupotę innych, czy też rzeczy, które sprzysięgają się przeciwko mnie, jak zablokowane przez liście kółko wózka inwalidzkiego. Trzeba je po prostu usunąć i jechać dalej. Rodzina pozbierała pieniądze na pobyt w klinice w Bostonie, gdzie testują nowe lekarstwa. Rzekomo jest to najlepsze, co w tej chwili medycyna ma do zaoferowania w walce z MS”.

Stuart przyglądał mu się z mieszaniną współczucia i podziwu, po głowie chodziło mu pytanie o narzeczoną młodego mężczyzny. On uprzedził pytanie. „Zerwałem narzeczeństwo, nie chcę żeby ktoś był przy mnie z litości, nie chcę, żeby za kilka lat moja partnerka żałowała, że musi się opiekować kaleką”. Stuart patrzył na nieznajomego z sąsiedniego miejsca w samolocie z coraz większym zainteresowaniem, wiedział już, że właśnie prowadzi jedną z tych rozmów, które pamięta się przez całe życie. Młody człowiek był spokojny i rzeczowy, opowiadał bez rozgoryczenia, bez żalu, bez smutku. Potrafił pogodzić się z wyrokiem losu i zachować poczucie humoru i optymizm. „Jakie mam szczęście”, pomyślał Stuart i zdał sobie sprawę, że jego zmęczenie życiem i wypalenie są niczym w porównaniu z losem nieznajomego.

Na lotnisku w Phoenix na nieznajomego z samolotu czekała starsza kobieta z kartką w ręku. „Gage Barrows”, przeczytał Stuart i obiecał sobie, że nigdy nie zapomni tego nazwiska. Ale też od dawna nie spotkał nikogo, kto by go tak zafascynował. Po raz pierwszy spotkał człowieka o imieniu Gage. „Niezwykli ludzie noszą niezwykła imiona”, pomyślał w drodze z lotniska po samochód, którym miał rozpocząć podróż po Stanach.

Cdn.

Szopa w salonie 12

Łukasz Szopa

S.T.S.

Dziś będzie trochę krócej. Nie żebym już z góry wiedział, ile mi się zechce i przyjdzie napisać – ale krótcej będzie, gdyż będzie o skracaniu. A właściwie – o spiskowej teorii skracania. Czyli S.T.S. Czytelnik zna mnie dotąd z dwóch przynajmniej anty-zalet: autowania się czymś tam, i brakiem skromności. No więc wyautuję się tym razem stwierdzeniem, że jednak wierzę w teorie spiskowe. A przynajmniej jedną. Nie, nie tą o żydowsko-masońsko-kapitalistyczno-komunistyczno-wegańskim spisku progenderowskich fake-newsów rozsiewanych za pomocą szczepionek spadających na nas przez cam-trailsy – gdyż to przecież oczywistość, nie teoria spiskowa, i na tyle znane, że nie ma co o tym pisać. Aha, miałem się też chwalić, nie tylko autować. No więc pochwalę się, że wierzę tylko w jedną teorię spiskową – tą, którą sam odkryłem. Czyli M.S.T.S. – moją spiskową teorię skracania.

Rzecz dzieje się głównie w Niemczech, choć może powinienem prowadzić badania więcej i szerzej, i okazałoby się, że nie lepiej ma się sprawa w Serbii, Polsce, USA czy Rosji. Ale skoncentrujmy się na języku niemieckim. Czy też, ściśle mówiąc – medialnym przekazie języka niemieckiego w przypadku skrótów.

Nie wiem, czy winna wszystkiemu „prasa“, a na pewno nie użyję terminu „Lügenpresse“ (ojej, użyłem!…). Ale stąd czerpię główny zasób dowodów. Czytając. I zauważając, że z biegiem lat (a czytam prasę niemieckojęzyczną od gdzieś 1987 roku), coś znika. (A to dopiero syndorom pierwszy!) A mianowicie – kropki. Punkty. Między literkami. Chodzi o skróty, które jeszcze w latach 60 i 70 zaznaczane były nie tylko dużymi literami, ale i kropkami pomiędzy. I tak Niemcy były wtedy w „E.W.G.“, w „U.N.O.“, w „N.A.T.O“ i tak dalej. W latach 80 i 90 to się zmieniło – okazało się, że znalazły się w całkowicie nowych organizacjach: „EG“ (i wkrótce potem „EU“), w „UNO“ oraz w „NATO“. O ile pierwsza zmiana była rzeczywistą zmianą nazwy, o tyle inne zmiany to po prostu zaoszczędzenie sobie kropek podkreślających skróty – pewnie podrożała nie tylko nafta (nie mylić z NAFTA!), ale i tusz drukarski i papier. Z „R.A.F.“ zniknęły wpierw kropeczki, potem cała RAF (chodzi o grupę terorystów, nie o brytyjskie siły lotnicze). USA z kolei nie tylko nie zniknęło, ale przeżyło i następną „reformę skrótowania“. Ostatnim Mohikaninem była wspaniała „F.D.P.“, która do 1998 trzymała się kropek (cóż, mała partia, czuła, że może wkrótce całkiem zniknąć).

I to następny punkt (których nie ma!), nawet dużo bardziej podejrzany i godny krytyki, niemieckojęzycznego, potocznego skrótowania – zanikanie dużych liter. To prawda, „USA“ nadal tak się pisze, dobrze trzyma się również „EU“, „OSCE“, „BVG“ czy „NRW“. Różnie bywa to w przypadku „OPEC“/„Opec“ czy „ADAC“/„Adac“. A całkiem „zesłowiono“ już skróty jak „Fiat“,„Uno“, „Nato“ czy „Naftę“.

A problem według mnie podwójny. Po pierwsze, łatwo o konfuzję – nie tylko gdy „Uno“ pojawia się bez „Fiata“, ale i gdy pojawiają się wspólnie. Dużo większym problemem jest jednak fakt, że obydwa zabiegi – niby graficzne, niby typograficzne – to znaczy po pierwsze usunięcie kropek, po drugie robienie ze skrótów wielkoliterowych „słów“, mają jeden niszczycielski efekt: czytelnik/odbiorca z czasem zapomni o tym, że dane słowo to właściwie skrót, a następnie – przestanie się pytać, „a co ten skrót właściwie znaczy“? Dlatego uważam te zabiegi za spisek – a odpowiedź redakcji na moje interpelacje (jedynie „Süddeutsche Zeitung“ raczyło raz odpowiedzieć), że „nie ma tu reguł, że tak się z czasem i przyzwyczajeniem przyjęło, że niektóre skróty się przerabia w słowa“ – tylko moją teorię potwierdzają. Bo niby prawda, „Uno“ wypowiedziane po włosku brzmi piękniej niż „United Nations Organization“, i po co zastanawiać się, co ma „Nato“ wspólnego z akwenem atlantyckim (którego członkiem są nie-atlantyckie kraje jak Turcja, Australia czy Słowacja).

A ja uważam, że powinniśmy wiedzieć, „kto zacz“, że po pierwsze coś skrótem jest, a po drugie – co znaczy. Nie tylko, by nie mylić „R.A.F.“ z „RAF“ czy „FKK“ z „F.C.K.“ Ale dla edukacji i codziennej świadomości w odbiorze newsów. Tym bardziej w czasach, gdy wg. badań opinii publicznej, tylko 55% pracowników branży IT wie, co oznacza „IT“.

Ja wiem, i jako pracujący informatyk właśnie tu pozwolę innym na wyjątek, i nie tylko ominięcie kropeczek, ale i „zesłowienie“ tego skrótu. Ale tylko, jeśli zechcecie mnie od dziś nazwywać „It-boy“!

P.S. Zapomniałem o trzecim punkcie M.S.T.S., czyli konfuzjowaniu. Bo Niemcy czasem robią skróty, które skrótami nie są. By nie dłużyć, dam dwa przykłady, tym razem bez interpretacji „dlaczego“ i „kto za tym stoi“: „OP“ i „KZ“.

A że i Niemcy na moją teorię nie potrafią odpowiedzieć, widać tu:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-abkuerzungsverschleierungs-info-avi