Przedruk: 60 lat temu na lotnisku Orly

Marek Hłasko, rys. Zbigniew Kresowaty

Urodził się 14 stycznia 1934 roku. W niedzielę miałby urodziny. Ale czy to ważne. Ten temat się tu pojawi. Był rok 1966. Napisał powieść, kultową, której przez 22 lata w Polsce nie wydawano, a mimo to wszyscy piękni dwudziestoletni mówili cytatami z tej książki. Chyba, że to Hłasko pisał tak, jak oni mówili. Ten temat też się tu pojawi. W tekście, na samym dole, znajdziecie najlepszą poradę dla pisarzy, jaką w życiu słyszałam.

Tekst za I wydaniem polskim, wyd. Alfa, Warszawa 1988.

Marek Hłasko

Piękni dwudziestoletni. Sznurowadełka, paseczki, krawacik

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów; miałem dwadzieścia cztery lata; byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy.
I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę. Jak powiedziałem, miałem dwadzieścia cztery lata – ci, którzy pogrzebali mnie szybko z wprawą zawodowych grabarzy, byli ludźmi starszymi ode mnie o lat trzydzieści lub więcej. Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie. Ten sam Adolf Rudnicki, kiedy wydrukowałem swoje pierwsze opowiadanie, zapytał mnie: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył? – „Dlaczego?” zapytałem. „Bo ja,” powiedział Rudnicki, „kiedy napisałem Szczury, moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?”
Wysiadając z samolotu na lotnisku w Orly myślałem, że najpóźniej za rok będę z
powrotem w Warszawie. Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak
wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest
Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami i z przerażeniem
zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski! Wiem, że
to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej.
Nie mówiłem nigdy nikomu o motywach, które skłoniły mnie do pozostania na
Zachodzie. Kiedy pytali mnie dziennikarze – odpowiadałem im najgłupiej jak tylko umiałem; wreszcie odczepili się ode mnie. Nie umiałem odpowiedzieć, dlaczego opuściłem mój kraj, ponieważ nie opuściłem go nigdy. Spróbuję jednak napisać o tym, dlaczego mieszkam w innym kraju, a właściwie w innych krajach: mieszkałem już w Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, w Szwajcarii, Francji, Austrii, Danii, Izraelu i jeszcze paru innych.
Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki
do czytania – tak, że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo
na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez
nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą i matematyką i chemią
zachodzi jakakolwiek różnica i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąś cyfrę; jęli się to w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepychałem się tylko dlatego, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego. Kiedy w czasie wojny chodziłem do szkół sióstr zakonnych w Warszawie na Tamce, panował tam zwyczaj, że najgorszemu uczniowi przyczepiano olbrzymie ośle uszy z papieru; nosiłem je przez cały czas. Po wojnie, „jak wybuchła nowa Polska”, sytuacja moja polepszyła się nieco; nie potrzebowałem nosić oślich uszu – po prostu stałem sobie w kącie, odwrócony twarzą do ściany. W tych warunkach ciężko nauczyć się czegokolwiek; ale do ósmej klasy dawałem sobie jakoś radę, „jadąc” na wypracowaniach z polskiego.
Potem zaczęła się katorga. Ze szkoły ogólnokształcącej wyrzucono mnie za głupotę:
była to szkoła numer dwa imienia La Gauradii, potem – Marii Konopnickiej. Na wniosek
kuratora posłano mnie do poradni – nie jestem pewien, czy dobrze zacytuję nazwę –
psychotechnicznej czy coś takiego.
Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu – czy też do Spółdzielni Handlowej, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu;
być może chodziło tu o dobro kupujących. Nie wiem. Kariera moja skończyła się po paru lekcjach matematyki. W tym czasie utworzono w Warszawie Szkołę Techniczno-Teatralną; pojechaliśmy tam z moim bratem Józefem – przez trzy miesiące mój brat odrabiał za mnie zadania z matematyki, chemii i algebry, jednak na skutek tak zwanej waśni rodowej zaprzestał; wyrzucono mnie znowu. Była to dobra szkoła; mieściła się w gmachu YMCA w Warszawie i mieliśmy basen. Dyrektorem szkoły był – o ile pamiętam – Żmigrodzki, imponujący brodacz, który mógłby grać kapitana statku z opowiadania Conrada „U kresu sił”. Tam też poznałem Basię Świdzińską, ślicznego, rubensowskiego aniołka, i zapałałem ku niej uczuciem. Bez wzajemności.
Wróciłem do Wrocławia, gdzie zacząłem pracować i chodzić jednocześnie do wieczorowej szkoły rzemieślniczej; już nie pamiętam, dlaczego mnie wyrzucono. Wtedy zacząłem grać w klubie sportowym jako środkowy napastnik. Nie byłem utalentowanym graczem, ale na boisku odznaczałem się zwierzęcym okrucieństwem. Jak w tym opowiadaniu Capka, przed każdym meczem sekretarz klubu wzywał mnie, mówiąc: „Hłasko – jeśli nie skosisz przynajmniej dwóch, zostaniecie usunięci z
klubu dyscyplinarnie”. W tymże klubie sportowym nauczyłem się również grać w pokera; tamże poznałem Tadka Mazura, który był „bratankiem” jednego z pisarzy nie ulegającego w sposób przesadny wdziękom kobiecym. Tadek sam próbował pisać; przychodziłem do niego i w ten sposób poznałem jego „wuja” – był to pierwszy człowiek piszący, którego poznałem osobiście. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. Kape – to strzał prawą lub lewą stroną buta; oczywiście zewnętrzną. Kape potrafił tak kopnąć przeciwnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi. „Gentelman ringu”; potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne K.O.
Tadek, Kape i ja chodziliśmy co niedziela do Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie odbywały się mecze bokserskie. Nie dysponując jednak funduszami chodziliśmy przez dach, co nie wykluczało utraty życia. Gospodarzem hali był wtedy sędzia Mikuła – atletyczny grubas, który wyrzucał nas kopniakiem; potem jednak polubił nas wszystkich za fanatyzm i wpuszczał nas bez biletów. Naszym ideałem był wówczas Ryszard Waluga – chyba z IKS
Wrocław.
Był to dobry figber o silnym ciosie i świetnej technice; potem jednak kochaliśmy wszyscy Kaspereczka „Laleczkę”, naszego pierwszego powojennego Mistrza Europy. Chodząc na mecze poznałem – z daleka – dwóch innych pisarzy. Jednym był Staś Dygat, siedzący zawsze w pierwszym rzędzie z miną pełną dezaprobaty; a w czasie mistrzostw Polski w roku 1949 ujrzałem „Strasznego Józia” Prutkowskiego. Widziałem wtedy najpiękniejszą walkę mojego życia: Antkiewicz – Bazarnik w piórkowej. Ale ideałem naszym był „Tolek”. Żeby zobaczyć walkę Tolka z Czechosłowakiem Tormą jechaliśmy, weszliśmy na salę i bez biletów wróciliśmy do Wrocławia.
My wszyscy: Tadek, Tolek i ja żyliśmy z pokera, grając – jak to się mówiło – na RGO. Pomału interesy zaczęły się psuć: za hazard usunięto nas z klubu; Tadek poszedł do
więzienia, a ja z Kapem wzięliśmy się za bandytyzm. Pierwszą poważną pracę przeprowadziliśmy w szkole handlowej; o możliwościach tej imprezy poinformował nas inny kolega klubowy, „Kaczor”.
Kaczor wybił, niby to niechcący, okno w szatni szkolnej wychodzące na sąsiednią ulicę. Następnego dnia Kape czekał już tam, a ja wziąwszy teczkę wszedłem z innymi uczniami do szatni i ukryłem się za paltami. Byłem wtedy chłopcem małym, o szczerym
spojrzeniu Słowianina, który kłamie. Lekcja się zaczęła; woźny zamknął szatnię na klucz, a wtedy ja wybierałem co cenniejsze sztuki z garderoby i podawałem je Kapemu; potem wyszedłem przez okno z garderoby i już po godzinie sprzedaliśmy wszystko na Placu Biskupa Nankiera, gdzie mieścił się czarny rynek. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że w drugim ogólnokształcącym gimnazjum, przy ulicy Stalina, odbędzie się zabawa szkolna i że
będzie tam porucznik UB, który kochał się w jednej z uczennic. Wierzyliśmy głęboko, że
porucznik zostawi pistolet w szatni, a ja już tam byłem. Broń przydała nam się parę razy,
potem jednak Kape upił się i zgubił pistolet i rozwiązaliśmy spółkę.
Skończyłem wtedy szesnaście lat i ustawowo, jako nie uczący się, musiałem zacząć pracować. Pracowałem jako pomocnik szofera w PPB; potem w firmie „Paged”, w bazie
Bystrzyca Kłodzka. Napisałem o tym książkę; wiele lat później Krzysztof Toeplitz, w swym
artykule „Święci Młodziankowie”, napisał, że jest to opowieść o ludziach, jak to sobie wyobraża mały Mareczek. Pytano mnie wielokrotnie, czy rzeczywiście było tam tak, jak o
tym napisałem. Nie, nie było tak. Było o wiele gorzej: wstawaliśmy rano o czwartej, a o
dziesiątej wieczór kończyliśmy rozładunek na stacji; potem jechało się jeszcze czterdzieści
kilometrów do domu, co przy samochodzie typu GMC z przyczepą, po górskich drogach,
zabierało około dwóch godzin.
Potem jeszcze gotowaliśmy sobie jeść, a potem dopiero kładliśmy się spać.
Niedziel i świąt nie było; pod koniec miesiąca kierownik bazy w Bystrzycy Kłodzkiej
oświadczał nam, że wyrobiliśmy około czterdziestu, czasami około czterdziestu pięciu
procent normy. Pracowałem tam stosunkowo niedługo; odszedłem, gdyż groziło mi więzienie za sabotaż i jeden wypadek złamania kręgosłupa; zresztą ten też zdaje się umarł już w szpitalu, gdyż nie byliśmy w stanie odtransportować go natychmiast; nasze samochody przystosowane były do wozu kłonic, więc nie można go było położyć.
Zarabiałem wtedy około siedmiuset złotych miesięcznie.
Tadeusz Konwicki powiedział mi: to nie jest książka, to jest western. Miał rację. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury polskiej. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba na Boga? Żyjąc w Izraelu, mieszkałem z najgorszymi szumowinami, nigdy jednak nie spotkałem ludzi tak zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych jak w Polsce. Genezą westernu jest obsesja sprawiedliwości: samotny człowiek, który musi niszczyć zło i przemoc. To nieważne, że robi się tysiące szmir, ale Jesse James, Earp i inni szybkoręcy są postaciami prawdziwymi. Taką
postacią mógłby być komunista; człowiek który wprowadza ład i spokój w spalonym kraju i wśród ludzi zdeprawowanych nieszczęściami – gdyby o to chodziło commies. Wśród tysięcy śmieci, które przeczytałem o commies, nie spotkałem takiego człowieka. Tylko jeden Jerzy Andrzejewski pokazał komunistę: to Podgórski z Popiołu i Diamentu.
Podgórski sądzi człowieka, który był kapo w więzieniu, ale ten pierwszy pojedynek
przegrywa. Jest jeszcze człowiekiem; w parę lat później stałby się prawdopodobnie majorem z arcydzieła Andrzeja Mandaliana. Lub sędzią Gletkinem z Koestera. Ale
najprawdopodobniej Rubaszowem którego sądzi Gletkin.
Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw commies. Tak długo jak oni popełniają
świństwa, a ja mogę o tym pisać – wszystko jest dla mnie O.K.
Jestem tylko świadkiem w procesie oskarżenia; sprawa jest dla mnie obojętna, byleby
proces był ciekawy. To wszystko. Życie które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją
opowiem, to już moja sprawa. Jedynie o to mi chodzi.
Pisząc to, zapytałem jednego ze swych przyjaciół, czy mam rację mówiąc, że my,
Polacy, mamy wszystko co trzeba, żeby dobrze mówić. Powiedział, że nie; powiedział, że
Polacy są zbyt zmęczeni i ogłupieni; i zbyt zrezygnowani. Nie rozumiem; czy chirurg ma
prawo do zmęczenia, jeśli przywiozą mu kogoś, kogo trzeba operować. Nie wiem. Pamiętam, że stojąc kiedyś z Pawłem Hertzem w barze, skarżyłem się kiedyś na kłopoty, na brak pieniędzy, na trudności z redaktorami. Hertz spojrzał na mnie z niesmakiem.
Powiedział: „O ile dobrze pana zrozumiałem, pan chce się zająć pisaniem. To nie jest
zajęcie przyjemne ani dla pana, ani dla ludzi, którzy będą pana czytać. Czegóż pan oczekuje?”
Odwrócił się wzruszywszy uprzednio ramionami; nasza rozmowa była zakończona.
Więc odszedłem wtedy z lasu i wróciłem do Warszawy; zacząłem pracować w firmie
„Metrobudowa”. Pracowałem jako ładowacz; po jakimś czasie zacząłem pracować w dziale
zaopatrzenia. Była to świetna praca; po prostu chodziłem po mieście z zamówieniami na
części samochodowe do rozmaitych firm i tam przybijano mi pieczątkę: CZĘŚCI BRAK.
Potem szło się do tak zwanego sektora uspołecznionego – czyli do małych wytwórni
rzemieślniczych. Jedyna różnica między sektorem państwowym a uspołecznionym polegała na tym, że w państwowym przybijali pieczątkę: CZĘŚCI BRAK, a w uspołecznionym – CZĘŚCI NIE MA. To wszystko. Wtedy robiło się tak zwany „protokół konieczności zakupu”, który podpisywali kierownik zaopatrzenia, kierownik rady zakładowej i sekretarz partii oraz kierowca unieruchomionego samochodu, jak również kierownik warsztatu. Potem ja brałem
butelkę wódki i jechałem do znajomego magazyniera z innej firmy, który mi dawał brakującą część.
Następnie szedłem do sklepu komisowego na Chmielnej, gdzie część tę zastawiałem, mój wspólnik przychodził za godzinę i wykupywał; potem urządzaliśmy przyjęcie towarzyskie. Był to mój własny system: wtedy nauczyłem się myśleć dramatycznie.
Któregoś dnia przyszła jakaś starsza baba i wezwał mnie kierownik bazy.
– Do partii należysz?
– Nie.
– Do TPPR?
– Nie.
– Do Związków Zawodowych?
– Nie.
– To będziesz korespondentem robotniczym.
Ta straszna baba była z Trybuny Ludu. Trybuna Ludu miała swoich tak zwanych „korespondentów terenowych”, którzy pisali o tym, że brakuje części zamiennych, że
samochody mają zbyt długie przestoje, ponieważ jest zbyt mało pomp benzynowych, które w dodatku nie są automatyczne, i o tego rodzaju sprawach. Pewnego dnia wezwano mnie do Trybuny Ludu. Dostałem nagrodę; była to powieść Anatola Rybakowa pt. Kierowcy. Tej nie zapomnę. Była to pierwsza socrealistyczna książka, jaką przeczytałem; muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem.
Z „Metrobudowy” wyrzucono mnie. Nie mogłem znaleźć pracy; za dużo było kierowców, za mało wozów. Trybuna Ludu wsadziła mnie do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców; kiedy zorientowałem się, że jestem konfidentem policji, było już za późno.
Praca w WSS była bardzo ciężka; baza mieściła się przy ulicy Sokołowskiej – ja mieszkałem tuż przy Marymoncie. O czwartej rano musiałem już być „na bazie”, jak to się mówiło; wstawałem często o drugiej i maszerowałem przez Powązki. Szedłem śpiąc: można nawet i tak. Potem zaczynał się koszmar; silnik nie chciał zaskoczyć; trzeba się było kłaść pod karterem z zapaloną lampą benzynową, gdyż gorąca woda grzana dla nas przez nocnych
kierowców pomagała tyleż, co wyskakującemu bez spadochronu odmawianie pacierza.
Wreszcie jechało się na „Zieleniak” – tam już czekali chłopi-badylarze, którzy jechali
przez noc; Warszawa musiała mieć o siódmej rano warzywa. Jechaliśmy zawsze w czterech: ja, mój pomocnik, konwojent i ładowacz. Konwojent płacił chłopu gotówką, warzywa dzielono na trzy kategorie.

Kategoria pierwsza była płatna najwyżej: konwojent wypisywał chłopu kwit na pierwszą i płacił za trzecią. Chłop nie miał wyboru; nasi konwojenci mieli z WSS umowę z
konwojentami MHD. Jeśli chłop nie chciał sprzedać – nie kupił nikt i musiał wracać do domu i wyrzucić warzywa. Zmowy tej nikt nie złamał: ani nasi z WSS, ani tamci z MHD; za to groziła, jak to nazywają gazety, „rozprawa nożowa”. Bardzo słuszna nazwa.
W ten sposób dorabiało się nieco na bloku; kiedy wracaliśmy około godziny siódmej
na bazę – czekała tam zawsze policja i sprawdzała, czy nie jesteśmy pijani; to już punkt
zahaczenia. Zajęcie ich o tyle pozbawione było sensu, że kierowca WSS – jak powiadają
chłopi – „nie mieli prawa” być trzeźwi. W tym celu zakupowano wódkę, którą wręczało się
policjantom czekającym „na bramie”. Tak robiliśmy my, kierowcy z Zieleniaka. Kierowcy z
Ząbkowskiej, czyli monopolowi, dawali sobie radę na swój sposób. Wódkę ciężko jest ukraść, w wypadku stłuczenia butelki należy pokazać szyjkę z zalakowaną główką i załączyć
protokół zniszczenia; ale na to szkoda było czasu. Nabywało się więc strzykawkę lekarską z igłą do zastrzyków domięśniowych; wyciągało z każdej butelki setkę wódki i uzupełniało wodą.
Potem przeniesiono mnie z Zieleniaka na „rzeźnię”. Tam najciężej było kraść; ale
kradło się i tam. Po wjeździe na wagę kierownik wpisywał wagę wozu, potem jechało się na
halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: „Zdzisiek, spuszczaj wachę”.
Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o
dwadzieścia kilo – tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni, nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni się skapowali’ wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie „odpalało” się mięso – dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.
Przekleństwem naszym, kierowców z WSS, była tak zwana „akcja ziemniaczana”.
Jechało się wtedy po kartofle na wieś; ale kartofli sprzedać nie było komu. My, warszawscy
kierowcy, i tu znaleźli kolorowego ptaka. Jechało się „na akcję” w kilkanaście wozów; lepsze wozy ciągnęły słabsze; licznik wybijał kilometry, a potem benzynę sprzedawało się taksówkarzom prywatnym. Miałem wtedy osiemnaście lat; pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. Pracując po czternaście godzin dziennie, włącznie z niedzielami i świętami, zarabiałem około siedmiuset złotych miesięcznie. Nie miałem mieszkania, mieszkałem na korytarzu. Pierwsze ubranie sprawiłem sobie mając dwadzieścia dwa lata. Dzisiaj niepotrzebne mi nawet i ubranie, i tak nie mam dokąd iść.
Siła commies polega na tandecie ich ideologii; robotnik niemiecki oblicza sobie, że z chwilą kiedy majątek Thyssenów czy Kruppów zostanie upaństwowiony – jego dochody
wzrosną o tysiąc procent. Siała commies polega na fantastyczności zjawiska. Gdybym powiedział robotnikowi niemieckiemu, że pracując czterysta dwadzieścia godzin w miesiącu mogłem sobie kupić za to kiepską parę butów – wzruszyłby ramionami i odszedł. I teraz, gdybym powiedział swojemu pomocnikowi: „Zdzisiek – niemiecki kierowca może w ciągu roku kupić sobie samochód; za swoją miesięczną pracę cztery ubrania; może pojechać do Włoch na urlop” – dostałbym w zęby tak, jak nigdy jeszcze nie dostałem. Dziennikarze niemieccy zawsze mówili do mnie: „Niech pan nie zapomina o tym, że to oni pierwsi weszli na niebo”. Nie jestem inżynierem; ale wydaje mi się, że o sukcesie technicznym można mówić tylko wtedy, jeśli zna się koszty inwestycji. Jeśli kosztem tysięcy drzew wyprodukuje się tysiąc wykałaczek, to wtedy jest tylko zabawa. Kennedy czy Johnson musi się wykłócać z Kongresem o każdy grosz, który idzie na space-action; naród amerykański zna te cyfry z
prasy i telewizji; przez lata śmieli się siedząc przy telewizorach i obserwując pociski
spadające po trzech sekundach lotu.
Nie wiem, ilu ludzi zamęczono i zlikwidowano, zanim Gagarin ukazał światu swoją twarz; i nie wiem, ile było nieudanych prób. Dopóki nie dowiem się tego, nie będę umiał się cieszyć sukcesem moich kapryśnych braci.
A wtedy, w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, nie myślałem jeszcze o tym. Myślałem o zupełnie innych rzeczach tego dnia, kiedy stałem w Pałacu Mostowskich, a dyżurny milicjant powiedział do mnie:
– Paseczek. Sznurowadełka. I krawat.
– Nie noszę krawatu – powiedziałem i podpisałem kwit.
Mistrzem mojej młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Jak powiedziałem, pracowałem w Warszawskiej Spółdzielni Spożywców jako kierowca skierowany tam przez kierownika wydziału korespondentów terenowych Trybuny Ludu. Był to rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi. W owych czasach, w każdym dużym przedsiębiorstwie, był tak zwany „Samodzielny Wydział Wojskowy”; kiedy indziej nazywało się to: „Samodzielny Wywiad Ochrony”; i jeszcze inaczej. Była to komórka Urzędu Bezpieczeństwa; referent – taki
był tytuł tego bezpieczniaka – miał swoich kapusi wśród pracowników odnośnego urzędu,
którzy dostarczali mu informacji o ludziach; a on już wiedział, co z tym robić dalej.
Pewnego dnia około godziny siódmej po południu kiedy – jak to się mówiło – „zjechałem” na bazę, dyspozytor powiedział do mnie:
– Masz iść do „samodzielnego”.

– Pracujesz dziś na noc? – zapytałem go.
– Tak. Do szóstej.
– Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce.
– Gdybyś miał nie wrócić, zgarnęliby cię z domu – powiedział.
Gdybym w owych czasach czytał Hemingawaya, odpowiedziałbym mu: To jedna z tych rzeczy, których się nigdy nie wie. Powiedziałem jednak tylko: „Bóg to jedyny wie”.
Poszedłem. Siedział tam mały facet w okularach; drzwi były obite skórą; chodziło pewnie o to, aby w przesłuchaniu wywołać nastrój grozy. Wszystko jak w kiepskich filmach.
Kiedyś widziałem taki film, czy może czytałem książkę:
– Czy wiesz, co to jest – zapytał Sean, biorąc ze stołu leżącą tam łyżeczkę do herbaty.
– Srebro – powiedział Jack. – Kupiłeś to od Hary-Konia. To z tej roboty na 77 Street. Można tym mieszać herbatę. Dajesz bardzo kiepską herbatę, Sean. Czy taką pijają u was w
Dublinie?
– Nie tylko taką – rzekł Sean uśmiechnąwszy się krzywo. – Dostaniesz dobrą w takiej jednej, która nazywa się „Dirty Dick”. A co do łyżeczki, to można nią także wyłupać oko.
Tego krzyku Treppengelander już nie zapomni.
Albo inaczej:
Strzał z czterdziestki piątki szczeknął krótko, a ja strzeliłem jej prosto w brzuch, myśląc: Micky, tam przecież siedzi twoje dziecko. Ale nie mogłem inaczej; Chryste Panie – naprawdę nie mogłem inaczej. Pomyślałem o tym, jak Nick szedł na fotel, i o jego wystrzyżonej głowie, którą mu ostrzygli, aby lepiej przylegała elektroda. Gdyby nie Nick,
może mógłbym inaczej. Ale nie mogłem; przechyliłem się na nią i widziałem konające
światło w jej oczach.
– Jak mogłeś – szepnęła.
Milczałem przez chwilę, potem rzekłem:
– To nie było wcale takie trudne.
Może zresztą nie cytuję dokładnie. Nie o to jednak chodzi. Ze mną nie było aż tak zabawnie. „Samodzielny” kazał mi usiąść.
– Jak się nazywacie?
– Marek Hłasko.
– Urodzony?
– Czternasty, pierwszy, trzydziesty czwarty.
– Gdzie?

– W Warszawie.
– Ojciec.
– Maciej.
– Zawód.
– Adwokat.
„Samodzielny” zdziwił się.
– Adwokat?
– Adwokat.
– Żyje?
– Nie.
– Matka?
I tak dalej i tak dalej. Wreszcie powiedział:
– Wy zostaliście tutaj skierowani przez Trybunę Ludu?
– Tak.
– Jako korespondent terenowy?
– Tak.
– Dlaczego przestaliście pisać?
– Pracuję po czternaście godzin na dobę. Nie mam kiedy.
– Nie potrzebujecie więcej pisać – powiedział „Samodzielny”. – O wszystkim będziecie
mówić mnie.
– O czym?
Teraz zaczyna się Mike Hammer. Może zresztą Lord Lister, czyli tajemniczy
nieznajomy. We wszystkich tych książeczkach zawsze było: „czyli”. Lord Lister – czyli
tajemniczy nieznajomy. Ken Manyard – czyli mściciel prerii. Jerzy Rolkicz – czyli szesnastoletni chłopiec wśród Tbugów. Ale najlepszy był Lister.
Moja matka, która kazała mi czytać, wepchnęła mi kiedyś Żeromskiego: miałem wtedy
dziesięć lat. Przeczytałem zdanie: „Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic na jej
duszę.” Poczułem się zwolniony na zawsze od obowiązku czytania Żeromskiego; wziąłem
pełne wydanie Mortkowicza i zaniosłem na ulicę Ciepłą, gdzie był warsztat naprawy lalek i
jednocześnie antykwariat; zamieniłem komplet Żeromskiego na Lorda Listera i o tym drugim który zawsze mówił: „Już nie pamiętam jak się nazywał ten szybkoręki”. Dostałem od matki pasem, który został jeszcze po moim dziadku, dziadek był komendantem Straży Pożarnej Miasta Stołecznego Warszawy, a wszyscy wiemy, że pasy strażackie są najszersze i mają najwięcej miedzianych sprzączek.

Mike wyjął pistolet.
– Wiecie, co to jest?
– Wiem.
– Co?
– Radziecki pistolet TT.
– A skąd to wiecie?
– Widziałem to na filmie z Pawłem Kadożnikowem. Paweł Kadożnikow był radzieckim wywiadowcą i musiał zabić niemieckiego szpiega. Wyciągnął pistolet i powiedział: „Mocą i prawem danym mi przez ojczyznę…”
„Samodzielny” przerwał mi:
– Macie narzeczoną?
– Mam.
– Jak się nazywa?
Powiedziałem. I tak bredziliśmy przez dwie godziny; a on wychodził i zostawiał pistolet na stole; wracał i znów wychodził: to było śledztwo psychologiczne. W końcu podpisałem protokół, że mam narzeczoną Wandę, i że pistolet typu TT jest mi znany tylko z
filmu; że byłem napastnikiem w klubie; i tak dalej, i tak dalej. Kiedy dzisiaj to piszę, samemu nie wydaje mi się to zbyt prawdopodobne. Ale wtedy, przy podpisywaniu protokołu, pomyślałem sobie: Poczekaj synu. Niech ja się przynajmniej dowiem, jak cię ochrzcili.
Protokół musi być podpisany przez przesłuchiwanego i przez prowadzącego śledztwo.
Nazywał się Tadeusz Barwiński.
Aresztowano mnie w parę dni później za odmowę współpracy. Argumentacja oficera
policji – tym razem odbywało się to w Pałacu Mostowskich – była prosta: ponieważ pracuję w firmie powszechnie znanej ze złodziejstwa, muszę wiedzieć, co się tam dzieje; ponieważ
odmawiając współpracy zapobiegam tym samym wykryciu faktów sabotażu gospodarczego, podlegam karze z artykułu i tak dalej i tak dalej. Wtedy właśnie zdjąłem paseczek, krawacik i sznurowadełka; Polacy lubią eufemizmy. Nic nie mogę na to poradzić; nie pytano mnie o radę przy urządzaniu Państwa Polskiego.
W więzieniu zawsze jest wesoło, jeśli się do tego podejdzie w sposób właściwy. Wszyscy są zawsze niewinni; wszystko to jest omyłką, która się niedługo wyjaśni. W więzieniu w Palermo spotkałem człowieka, który zabił narzeczoną i jej matkę; spodziewał się
zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Monachium siedziałem z facetem, który dokonał
siedemnastu rabunków; spodziewał się zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Jaffie

zaprzyjaźniłem się z człowiekiem trudniącym się przemytnictwem narkotyków od czasu
powstania państwa Izrael; spodziewał się zwolnienia za parę dni.
W ogóle nie jest tak źle, jeśli tylko zaufa się szaleństwu. Mieszkając w Warszawie,
byłem stałym gościem komisariatu przy ulicy Bednarskiej za opilstwo i bójki towarzyskie. Po jakimś czasie miałem już tam przyjaciół wśród milicjantów i sypiałem nie „na deskach”, lecz w dyżurce, a rano odwozili mnie do domu. Był to najprzyjemniejszy komisariat w
Warszawie, tam lądowali wszyscy wychodzący z „Kameralnej” i z „Krokodyla”.
W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym odbywał się Festiwal Młodzieży; przyjechał wtedy teatr Bim-Bom ze Zbyszkiem Cybulskim. Spotkałem Romka Polańskiego
przed wejściem do teatru; Romek miał bilet, ale nie chciano go wpuścić, ponieważ
naładowało się mnóstwo publiki bez biletów i sala była przepełniona. Polański tak długo
upierał się, żeby wejść i pokazywał przy tym swój bilecik, aż wreszcie zabrali go dwaj
policjanci z „jedynki”. Byli to jednak policjanci nowi i nie znali mnie. Polańskiego prowadzili między sobą, a ja szedłem za nimi. Romka zamknięto, a ja poszedłem do mojego sierżanta, który mnie zwykle pozbawiał paseczka.
– Puść go – powiedziałem.
– To twój kumpel?
– Tak.
Polańskiego wypuścili; nabyliśmy litr wódki i razem z Romkiem, jego dziewczyną i
tymi samymi policjantami, którzy go przed dziesięcioma minutami aresztowali, udaliśmy się w pobliskie gruzy celem konsumpcji.
Potem nabyliśmy jeszcze dwie butelki; nie wiem dlaczego przyszła mi ochota, aby deklamować Apokalipsę. Milicjanci patrzyli na mnie, mówiąc od czasu do czasu:
– Panie Mareczku – ostrożnie, ostrożnie…
Miotały nimi sprzeczne uczucia: z jednej strony chcieli bawić się dalej, z drugiej – nie
wiedzieli, czy Apokalipsa jest tekstem wrogim czy też nie. Ta sytuacja, że człowieka zupełnie niewinnego wypuszczają za poręczeniem alkoholika – wydaje mi się świeża, dlatego o tym piszę.
Jak powiedziałem: szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać. We Włoszech
zaaresztowano mnie za strzelaninę; chciałem w przystępie szaleństwa zabić jednego pana,
który mi powiedział, że nie zabija się sześciu milionów ludzi bez powodu – rozmawialiśmy o Żydach. Na drugi dzień sędzia śledczy zapytał mnie:
– Pan go chciał zabić?

– Tak – powiedziałem. – I chciałem zobaczyć włoskiego sędziego, który skaże mnie za
to, że chciałem obronić pamięć sześciu milionów zamęczonych ludzi.
Popatrzył na mnie przeciągle; oddał mi moje rzeczy; znów popatrzył na mnie i oddał
mi broń. Lektura faktów z życia Napoleona może się przydać nawet w sprawach bagatelnych.
Nie wiem, czy mój włoski sędzia nie był odpowiednikiem naszego Rzeckiego; wiem tylko, że zniszczył akta sprawy.
W Pałacu Mostowskim nie siedziałem długo. Pomyślałem sobie: potrzymają cię do
śledztwa, a potem dostaniesz swojego piątaka. To nieważne, że nikt nie będzie wiedział
dlaczego: wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien a kto nie; chodzi o
to, aby mieć winnego.
Nie czytałem wtedy jeszcze Koestlera, gdzie sędzia śledczy prowadzi długie, serdeczne rozmowy z gościem, którego chce zlikwidować. Nie czytałem jeszcze wtedy Orwella, gdzie Wielki Brat ma zeza widlastego; nie czytałem nawet Krywickiego. Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie. Commies przekroczyli tą granicę: kiedy Jeżow likwidował Jagodę, powiedział zebranym członkom GPU, że znany jest mu fakt, iż Jagoda pracował dla Ochrany. Nikt nie zaprotestował; w czasie kiedy istniała Ochrana, Jagoda miał dwanaście lat. Pomiędzy tymi, tam z GPU byli na pewno ludzie, którzy walczyli przeciw Kołczakowi, Denikinowi i Piłsudskiemu. Kiedyś byli odważni; ale nikt nie wstał i nie
powiedział, że dzieci mając do wyboru jazdę na hulajnodze albo rozmowy z urzędnikami –
wolą jednak hulajnogę. Commies przekroczyli tę granicę: stworzyli świat fantastyczny, w
który nie można uwierzyć. To ich siła.
Ja wtedy, w Pałacu Mostowskich, powiedziałem sobie: Balzak ci nie pomoże. Żeromski też nie; ale pomoże ci Lord Lister. W ten sposób zostałem konfidentem policji pracującym pod kryptonimem „Wanda”. Wanda to imię mojej dziewczyny; uważałem, że tak będzie zabawniej.
Poszedłem do mojego dyspozytora na bazę.
– Przenieś mnie z Zieleniaka – powiedziałem.
– Dlaczego?
– Nie chcę nic wiedzieć.
– Chcesz iść na rzeźnię?
– Nie. Znam rzeźnię.
– Na monopol?

– Znam i monopol.
Byliśmy sami.
– Zrobili cię za psa? – zapytał.
– Tak.
– Poczekaj – powiedział. Przeniosę cię na opla-blitza 167. To taki wóz, że się go codziennie ściąga z miasta. A ja powiem chłopakom, że jesteś lewy.
– Powiedz im.
Mój opel-blitz nie zawiódł mnie nigdy; już za bramą wysiadało mi sprzęgło; drugiego
dnia – karburator. Pojechałem do warsztatu; majster wiedział o wszystkim – oddaliśmy
karburator do naprawy. Trwało miesiąc; potem było delko; potem sprzęgło; potem spalał trzy razy tyle benzyny, ile powinien – odstawialiśmy go do eksepertyzy. Ja chodziłem po „bazie” i nie wiedziałem nic.
Od czasu do czasu zjawiało się u mnie dwóch facetów wyglądających jak łapsy z filmu. Już nigdy chyba nie dowiem się, czy ci w filmach wyglądają tak jak ci w życiu, czy też ci w życiu wyglądają jak ci z filmu.
Kiedy w Londynie chodziłem na body-bulding, widziałem treningi zawodowych średnich. Było tam dwóch managerów, którzy wyglądali tak jak ci z „The Champ” i ci z „The
Golden Boy”. Nosili meloniki i kamizelki; palili cygara, od czasu do czasu jeden do drugiego mówił: Harry is over the bill. Potem pluł; potem to samo mówił drugi.
Ci moi dwaj mówili: „Oj, bo się pogniewamy”. Nigdy nie dodawali niczego więcej, a
potem zaczęła się największa zabawa w moim życiu.
Trzeba było przekroczyć tę granicę wstydu. Mój pomocnik zaprosił mnie kiedyś na imieniny do swojej siostry. Było nudno: w samym centrum zabawy ukradliśmy patefon,
wynieśliśmy go na schody, a potem wróciliśmy i wraz z innymi gośćmi czyniliśmy
bezskuteczne poszukiwania. Milicjanci przenieśli mnie z WSS do MHD i tam rozpocząłem
swoją działalność pisarską uskrzydlony myślą, że jestem jedynym na świecie konfidentem a’rebours. O partyjnych pisałem, że są dwulicowi i że pragną powrotu ustroju kapitalistycznego; o ludziach, którzy mówili źle o Gospodarzu – pisałem, że są szczerymi
demokratami kochającymi Ziutka Słoneczko i tak dalej. Donosy pisałem regularnie;
dzwoniłem w tym celu do komendy głównej i podając swój kryptonim prosiłem, aby połączyć mnie z porucznikiem Jankiem – to jeden z moich łapsów. Narobiłem im strasznego burdelu; nie połapali się nigdy. Nie moja wina: sami tego chcieli.
W tym czasie zacząłem już pisać; kiedyś spotkałem Tadka Mazura, który przypadkowo znajdował się na wolności, i powiedziałem mu, że zacząłem pisać. Tadek
powiedział, abym mu pokazał. Wziął i poszedł do swojej cioty; ta ciota powiedziała mu, abym spróbował napisać coś dłuższego. Nie miałem jednak gdzie; poprosiłem moją matkę, aby posprzątała kuchnię i w trzy noce napisałem dwustronicową powieść. Tę powieść przeczytał Bogdan Czeszko: napisał do mnie list. Napisał, że książka do niczego, ale że jego zdaniem powinienem próbować dalej; zwrócił mi uwagę na wiele rzeczy. Bogdan był mądrym i kochanym człowiekiem – przynajmniej dla mnie. List ten mam do dzisiaj. Bogdan zwracał mi uwagę, że niepotrzebnie nadużywam słów ordynarnych i bardzo mi to odradzał; potem poznałem Bogdana osobiście.
Wyglądał jak niedźwiedź; poruszał się jak silne zwierzę. Kiedy mówił, to z trudem
udawało mu się wtrącić słowo. Pamiętam, jak kiedyś powiedział do kelnerki: „Niech pani da mi tej w d… j.. wody. Jestem sp.. jak k…”. To najkrótsze, co mu się udało powiedzieć, mnie gani. Nikt z nas, jeszcze jako młodych, nie potrafił pisać tak pięknym językiem jak ten miś; jego Tren mogę czytać, kończyć i zaczynać. Jest jedynym pisarzem młodego pokolenia, który od początku znalazł swój własny głos i pozostał sobie samemu wierny.
Tego nie potrafił ani Brycht, ani Nowakowski ani ja.
W tym czasie przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją pod swoim nazwiskiem, nazwałem „Baza Sokołowska” i zaniosłem do Związku Literatów. Po jakimś czasie Newerly – będący wówczas opiekunem Koła Młodych – zawezwał mnie na
rozmowę. Newerly pomógł mi bardzo; pytał mnie o moje warunki, powiedział mi o usterkach „Bazy” i dał mi jedną radę – najmądrzejszą radę, jaką słyszałem od człowieka piszącego: „Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to umiał sobie opowiedzieć.” I tak zacząłem opowiadać; mówiłem o tym ludziom w Polsce, w Izraelu; mówiłem o tym poważnym Niemcom; i Arturowi Sandauerowi, który co chwila mi przerywał, mówiąc: „Do czego pan zmierza?”
Nie wiem: o to właśnie chodzi, że nie wiem. Wiem tylko, że będę biegł przez całą drogę; i że będę mówił przez cały czas.

1 thought on “Przedruk: 60 lat temu na lotnisku Orly”

  1. Lubię Hłasko i czytałam Go.Dzięki Ci Ewo,że udostępniłaś ten materiał, bo nie znałam dokładnie
    az tak dokładnie jego życiorysu, tym bardziej,pisanego przez niego samego, a w ogóle czytam biografie. Ostatnio Joanna Rawik.Przypominam sobie jego słowa z powieści ( nie pamietam tytułu) cyt” wyliże cie kochana moja, moja najdroższa-tak mówił do rozlanej butelki wódki”-tak był alkoholikiem o próbował przestać pić.Zastanawiam sie kiedy pisał., chyba w stanie upojenia alkoholowego.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.