Stuart 40

When my body won’t hold me anymore
And it finally lets me free
Will I be ready?
When my feet won’t walk another mile?
And my lips give their last kiss goodbye?
Will my hands be steady when I lay down my fears, my hopes, and my doubts?
The rings on my fingers, and the keys to my house
With no hard feelings?

Kiedy ciało przestanie mnie już trzymać
I w końcu będą wolny.
Czy będę przygotowany?

Na to, że nogi nie pokonają już ani mili?
A usta po raz ostatni pocałują kogoś na do widzenia?
Czy ręce nie będą drżały, kiedy odłożę już obawy, nadzieje i wątpliwości?
Zdejmę pierścionki z palców i odłożę klucze od domu
Czy zrobię to bez żadnych złych uczuć?

The Avett Brothers, No hard feelings

Joanna Trümner

Siostry

Siostra Briana – Jane z córką i Kate z partnerem i dwójką dzieci leciały z Abu Dhabi do Sydney tym samym samolotem. „Ta podróż to piekło”, przeklinała w duchu Kate, idąc z synem po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny lotu do toalety. Postanowiła, że następnym razem przyleci do brata sama – bez dzieci i bez Waltera. Jego rozdrażnienie wielogodzinną podróżą rosło z godziny na godzinę. „Jeszcze chwila, a wybuchnie i będę musiała go uspakajać”, westchnęła Kate, siadając.

Kilka rzędów za nią siedziała siostra Briana – Jane. I ona myślała, że następnym razem wybierze się do Australii sama, bez naburmuszonej córki i jej złego humoru, który zaczął się już w Londynie. Wspólna podróż do Sydney była prezentem Jane na dwudzieste pierwsze urodziny Stelli. „Kiedyś człowiek w jej wieku stawał się pełnoletni i odpowiedzialny za swoje życie”, pomyślała. Wspominając minione burzliwe lata, Jane miała nadzieję, że dzięki wspólnej podróży uda jej się znowu nawiązać kontakt z córką. Stella, jeszcze niedawno grzeczna, otwarta do ludzi i roześmiana dziewczynka z długim końskim ogonem, zmieniła się ostatnio w zbuntowaną, znudzoną, wyzywająco umalowaną młodą kobietę. Kobietę, która weszła na ścieżkę wojenną z całym światem, przede wszystkim z matką. Jane bała się zostawić ją w Londynie, bała się, że pozbawiona kontroli córka znowu się upije i zaśnie na ławce w parku lub nie będzie jej kto miał odebrać z posterunku. Ostatnie lata obu kobiet były pełne napięć, Stella z trudem skończyła szkołę i od trzech lat zarabiała na utrzymanie dorywczymi pracami w knajpach. Często wracała do domu wczesnym rankiem i spotykała w drzwiach wychodzącą do pracy matkę. „Dobranoc”, pozdrawiała matkę prowokacyjnie. „Twoje życie jest puste, nie masz żadnych zainteresowań, żadnych planów, żyjesz z dnia na dzień, zmień coś, zanim będzie za późno”, powtarzała córce. Ona w wieku Stelli miała za sobą rok studiów na prawie, starała się o roczne stypendium w Stanach i wiedziała, kim chce zostać. „Wiem, że jesteś idealna i święta, a moim ojcem jest duch święty”, odgryzała się Stella, nawiązując do wielkiej tajemnicy, którą otoczony był jej ojciec. „Nawet nie wiesz, jakie to bliskie prawdy” – myślała Jane. „Dlaczego, do diabła, rany zadawane przez własne dziecko bolą tak mocno? Może dlatego, że to pozostaje bez konsekwencji, bo cokolwiek by powiedziała lub zrobiła, to i tak jej wybaczę?”

Tym ważniejsze było dla niej spotkanie z bratem, pierwsze po ponad trzydziestu latach od dnia, kiedy Brian stał się persona non grata w rodzinnym domu, dnia, kiedy Brian powiedział ojcu, że jest homoseksualistą. Ojciec zamknął mu na zawsze drzwi rodzinnego domu, mówiąc: „W naszej rodzinie zwyrodnialców nie ma. Od dzisiaj do nas nie należysz”. W ciągu najbliższych kilku tygodni z domu zniknęły wszystkie przedmioty, mające jakikolwiek związek z Brianem. „Jakby go w naszym życiu nigdy nie było”, myślała Jane, przyglądając się tym zmianom i obiecywała sobie, że nigdy nie straci kontaktu z bratem.

Teraz, w drodze do Australii, przypomniała sobie tę daną przed laty obietnicę – obietnicę, której nie dotrzymała. Czuła się podle, bała się, że Brian może ją zapytać, dlaczego milczała, dlaczego nigdy nie spróbowała nawiązać z nim kontaktu – żyli przecież w jednym mieście, a mogłoby się wydawać, że dzieliły ich tysiące kilometrów lub kontynent. „Najważniejsze jest chyba to, że po tych wszystkich latach go znalazłam i że się zobaczymy, wyrzuty sumienia niczego już nie zmienią” – pomyślała i zapadła w głęboki sen, z którego obudziła się dopiero podczas lądowania w Sydney.

Na lotnisku Stuart z zaskoczeniem rozpoznał Briana w tłumie czekających na samolot z Abu Dhabi. Od powrotu Briana z wycieczki po Australii Stuart widział go tylko dwa razy.
W kilka dni po powrocie Brian wpadł do niego z kopertą pełną zdjęć, żeby opowiedzieć o podróży. „To była jedna z moich najpiękniejszych przygód w życiu”, zakończył. Z Briana promieniowały spokój i pogoda. Stuart zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę. „Może mi kiedyś sam opowie”, pomyślał, ciesząc się, że ma przed sobą człowieka, który pozbył się złych emocji i znalazł wewnętrzny spokój.

Brian postanowił, że zamieszka w Australii i wynajął dom na przedmieściu Sydney. Podczas kolejnej wizyty opowiedział Stuartowi, że poznał podczas podróży przyjaciela z Adelajdy i planują wspólną wyprawę do Azji. Po wyjściu przyjaciela Stuart długo rozmawiał z Sally o tych nowinach.

Podczas wspólnego czekania na przylot samolotu Brian opowiedział mu, że czeka na wizytę siostry, na pierwsze spotkanie po trzydziestu kilku latach i że bardzo chciałby na ostatnim etapie swojego życia odnaleźć rodzinę. „Trochę się obawiam”, zwierzał się Stuartowi. „Przecież ja nawet nie wiem, czy ją rozpoznam. Tak jak nie wiem, jakim jest człowiekiem i czy będziemy się rozumieli. Najważniejsze jest chyba, że mamy drugą szansę.”„Mówi o tym tak, jakby spotkanie siostry po ponad trzydziestu latach było najbardziej normalną i oczywistą rzeczą pod słońcem”, pomyślał Stuart.

Ich rozmowę przerwało wołanie Kate: „Tu jesteśmy!” Po chwili Stuart trzymał w ramionach siostrę, wkrótce potem dołączyły dzieci. Walter stał w odległości kilku kroków i przyglądał się rodzeństwu. Miał zagubioną minę, jakby zastanawiał się: „Po co ja tu jestem potrzebny?” Stuart podszedł do niego i podał mu rękę. W międzyczasie Kate rozpoznała w tłumie Briana. „W życiu się nie spodziewałam, że tu się spotkamy!”, powiedziała z radością i przedstawiła mu Waltera i dzieci – Laurę i Petera. Zajęty rozmową z Kate Brian nie od razu dostrzegł dwie kobiety, które weszły do hali w grupie ostatnich pasażerów. Szybko pożegnał się z rodziną Stuarta i ruszył w ich kierunku – nie miał wątpliwości, że jest to jego siostra z córką.

W godzinę później goście z Berlina siedzieli w domu i jedli przygotowaną przez Sally kolację. Sally i Kate od razu przypadły sobie do gustu. Po kolacji kobiety zaczęły wspólnie z dziećmi robić plany na pięć dni pobytu w Sydney. Mężczyźni przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu, wreszcie Walter powiedział: „Fajny dom jak na kogoś, kto nie pracuje, ja się w Berlinie nigdy takiego nie dorobię”. „Od miesiąca pracuję, mam zastępstwo w szkole”, odpowiedział Stuart. „Dlaczego mu się tłumaczę, to przecież nie jego sprawa”, pomyślał ze złością. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie polubić tego sztywnego i pozbawionego humoru człowieka, z którym Kate budowała wspólne życie.

W dwa dni później Stuart z Sally i Kate z rodziną odwiedzili Briana w nowym domu. Brian przedstawił im siostrę i jej córkę. Ta niebrzydka, młoda dziewczyna wyglądała na bardzo znudzoną pobytem w Sydney. Widać było, że wizyta młodych ludzi jest dla niej zaskoczeniem. Siostra Briana – Jane wyglądała znacznie młodziej niż Stuart ją zapamiętał z lotniska. „Tak wygląda ktoś, komu spadł z serca wielki kamień”, pomyślał Stuart. W chwilę później zobaczył, że Sally rozmawia ze Stellą.

Po odejściu gości Brian odetchnął z ulgą – usłyszał, że Sally umówiła się na jutro ze Stellą. „Dobrze byłoby, gdyby spędziła chociaż kilka dni z ludźmi w jej wieku”, pomyślał, wiedząc, że i on sam chętnie odpocznie przez kilka godzin od obecności wiecznie naburmuszonej siostrzenicy.

Pięć dni wizyty Kate z rodziną minęło bardzo szybko, w ostatni wieczór ich pobytu w Sydney Stuart siedział z Walterem nad mapą ich podróży po Australii, zaplanowali wyprawę od Sydney przez Melbourne legendarną Great Ocean Road do Adelajdy. Po raz pierwszy od przylotu rodziny Kate Stuart nie odczuwał niechęci do Waltera. Z rozmowy widać było, jak bardzo Walter myśli o wygodzie dzieci i Kate. „Nie muszę go lubić”, pomyślał Stuart, „ważne, że kocha moją siostrę, i że ona jest z nim szczęśliwa”.

Jane opowiedziała Brianowi o przejściach z córką. Przyznała, że zrobiła wiele błędów wychowawczych. W ciążę zaszła na ostatnim roku studiów, tuż przed egzaminem końcowym. Rodzice byli przeciwni urodzeniu dziecka, tym bardziej, że Jane nigdy nie zdradziła, kto był jego ojcem. „To był koszmar, do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się skończyć studia, urodzić Stellę i opiekować się nią przez kilka pierwszych miesięcy bez żadnej pomocy. Przez pierwszych kilka miesięcy mieszkałam u koleżanki, ta przyjaźń nie wytrzymała jednak nocnego płaczu dziecka. Musiałam szukać czegoś innego i wylądowałam w jednym z pierwszych domów dla samotnych matek w Londynie. Po roku zjawiła się matka. Zakochała się w Stelli od pierwszego wejrzenia i zaczęła namawiać mnie do powrotu do domu. Po wielu rozmowach z nią, a później z ojcem, zdecydowałam się wrócić do domu na kilka miesięcy, do czasu, aż znajdę pracę i mieszkanie. Z ‘kilku miesięcy’ zrobiło się pięć lat, w tym czasie zostałam zatrudniona w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się głównie prawem socjalnym. Dostałam tam działkę ‘samotnych matek’ i ich roszczeń w stosunku do mężów. Nasłuchałam się przez te lata strasznych historii – o przemocy, o uzależnieniach, o nieszczęśliwych, źle wykształconych i kompletnie zależnych od innych kobietach. Codziennie wracałam do pracy w przekonaniu, że w porównaniu z tymi życiorysami spotkało mnie wielkie szczęście – miałam bogatych rodziców, którzy mi pomagali, zdrowe dziecko, którym ktoś się zajmował, kiedy byłam w pracy, dom i niezłe wykształcenie. To dziwne, że to, czego my nie mamy, zawsze odbieramy jako wielkie nieszczęście i wymierzoną przeciwko nam niesprawiedliwość losu, ale kiedy naprawdę rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że innym ludziom brakuje jeszcze więcej i że walczą jeszcze bardziej dla siebie i swoich dzieci”.

„To duch święty ci nie pomógł?”, zapytał Brian z uśmiechem.

Cdn.

Szopa w salonie 19

Łukasz Szopa

Wzrostki gospodarcze

Miesiąc temu, pisząc o mniejszych lub większych absurdach statystycznych interpretacji kwestii ekonomicznych, wspomniałem tylko wstępnie o temacie najbardziej absurdalnym – tak zwanym „wzroście gospodarczym“ i jego niemalże dogmatyczno-religijnemu znaczeniu w dyskusjach i ocenach ekonomicznych.

„Wzrost gospodarczy“ rozumiany jest jako procentowa zmiana z roku na rok t.zw. produktu krajowego brutto (PKB). Z kolei sam PKB – lekko upraszczając – można liczyć na dwa sposoby: albo jako sumę dochodów wszystkich obywateli danego kraju, albo sumę ich wydatków (co w sumie, w tej uproszczonej wersji, powinno wyjść na jedno). Czyli jeśli weźmiemy sobie jakiś kraj, na przykład Albanię z roku 2016 – to było to 11,93 mrd. dolarów. Z kolei rok 2017 to już 13,00 mrd. – czyli wzrost w ciągu roku o prawie 9%. Świetnie, nie?

No niby tak, na pierwszy, pobieżny rzut oka. Gdyż należy wziąć pod uwagę kilka innych rzeczy. Pomijając kwestie nie-ekonomiczne jak zdrowie, bezpieczeństwo, wolność czy szczęście – gdyż całe to liczenie PKB opiera się na czysto materialistycznym założeniu, że „im więcej tym lepiej“. I, pamiętajmy, nie jest to dogmat typowo kapitalistyczny czy „neoliberalny“ – gdyż komuniści, od 1918 roku „goniąc zgniły Zachód“, też chwalili się „wzrostowymi“ danymi gospodarczymi – nawet jeśli by wierzyć w te ich statystyki. Ale dobrze, pozostańmy w dyskursie czysto materialistycznym.

Pierwsze „ale“ dotyczy poziomu, z którego startujemy, licząc roczny wzrost PKB, czy nawet licząc to w dekadach. Stąd wcale nie jest powodem do zmartwień, że wzrostu jaki zaliczyła Albania – nie zaliczyły ani najsilniejsze w Europie ekonomicznie Niemcy, ani bogata w oszczędności swoje i cudze Szwajcaria, ani niskopodatkowa Irlandia, ani żyjąca z zasobów naturalnych Rosja. I tak dalej. Kto startuje z gorszego pułapu gospodarczego (w co warto wliczyć istniejącą infrastrukurę, poziom edukacji, system opieki społecznej czy zdrowotnej), łatwiej „rośnie“, niż ktoś już „na topie“. Tym bardziej, że nie żyjemy w czasach kolonializmu, gdzie kilku „już wcześniej silnych“ (Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Holandia) rosło szybciej – bo wykorzystywali „mniejszych“. Teraz wykorzystywanie też istnieje, lecz wbrew propagandzie niektórych lewicowców – kraje mniejsze wcale na tym nie tracą.

A bierze się to z dwóch następnych „ale“. Fajny taki „wzrost gospodarczy“, lecz dotyczy on… całego kraju, jako sumy dochodów wszystkich obywateli. Nie mówi jednak nic o podziale tych dochodów. Czyli w kraju, gdzie 95% procent dalej żyje w biedzie, i zarabia po kilkanaście dolarów miesięcznie, a pozostałe 5% nie tylko zarabia miliony na miesiąc – ale i wzrost dotyczy głównie ich dochodów – statystyka wykaże kilkuprocentowy wzrost, jednak… wcale nie oznacza to, że się w kraju tym dobrze dzieje. Stąd przykład odwrotny: w roku 2007 i 2008, czyli zaraz po „kryzysie finansowym“, okazało się w USA jak i w Niemczech, że różnice ekonomiczne w tych krajach spadły – czyli że niby lepiej. No tak, gdyż w krótkim okresie najbogatsi stracili dużo więcej niż ci biedniejsi i klasa średnia – bo spadła wartość ich pakietów akcyjnych czy padły banki z ich oszczędnościami. A żebrak, który nic z tego nie miał, statystycznie nie stracił nic. (A że sobie odrobili to w następnych latach, tego już w tej pierwszej statystyce widać nie było…).

Następne „ale“, połączone z poprzednim, to inflacja: Bo jeśli w jakimś kraju wzrost liczy się nominalnie, czyli nie odliczając inflacji, a więc straty wartości pieniądza, to wzrost realny może okazać się dużo mniejszy. Cóż z tego, że kraj ma wzrost gospodarczy, powiedzmy, 5%, gdy inflacja wynosi 10% rocznie? Wtedy wzrost nominalny oznacza realny spadek. Tak było w Polsce czy Rosji w latach 90, a jest obecnie w Wenezueli: jeśli nie liczymy wzrostu po odliczeniu stopy inflacji, to jest to absurdem.

Dlatego też pewnie Albania chętnie wykazuje swój wzrost PKB w dolarach. To całkiem niegłupie – ale i tu pytam, czy odliczyli inflację dolara w danym roku?

No i pojawia się kwestia inna – dewaluacja rodzimej waluty. Bo jeśli nawet Albania wzrosła dolarowo o 9%, to jednak ich własna waluta w tym czasie straciła do tego dolara powiedzmy 7% – i wtedy pozostaje nam malutki wzrost, dla przeciętnego Albańczyka, zarabiającego, wydającego i oszczędzającego nie w dolarach, a w rodzimej walucie wrącz niezauważalny. A jednak czasem i on musi zakupić towar z importu, i wtedy – boli.

Z Albanii przenieśmy się do Indii. Tu też co roku niezły wzrost gospodarczy. Pomińmy tym razem inflację i dewaluację, zajmijmy się tylko podziałem dochodów. Ale nie między „bogatych“ i „biednych“, a – na głowę. Bo Indie należą do krajów o największym na świecie wzroście… ludności. Czyli, jeśli w danym roku wzrost gospodarczy wyniósł powiedzmy 6%, a wzrost ludności 3%, to… na głowę jednak jest to wzrost o połowę mniejszy!

A teraz kwestie już mniej statystyczne, choć – niestety – nadal pozostajemy w sferze czysto materialnej. I dla przykładu odejdę od modelu całego kraju, gdyż PKB można tak samo liczyć i interpretować, gdy za przykład bierze się małą jednostkę ekonomiczną, wioskę, rodzinę, czy nawet żyjącego samotnie osobnika.

Który to osobnik, przyjmijmy, w roku 2017 uzyskał dochody o 10% większe niż w w roku 2016! (Przy zerowej inflacji i stałej walucie, a że jest w tym modelu jeden jedyny, nie było ani wzrostu populacji, ani różnic w dochodach – no bo jest tylko on jeden). Czy cieszyć się z tych 10%. Może tak. Ale nie, jeśli w tym samym czasie wydał całe swoje oszczędności – obojętnie czy w złą inwestycję gospodarczą jak kupno 50 hektarów ziemi i zasianie tam herbaty indyjskiej (a mieszka na Podhalu), czy wydając wszystko w kasynie z Zakopanem. No i ma teraz olbrzymie długi.

Z kolei jego sąsiad może w tym roku zarobił o 0% więcej niż w poprzednim (czyli dokładnie to samo), ale dobrze mu z tym: długów nie ma, a nawet dostał od wujka w spadku wart ileśtam tysięcy grunt pod parking. No i kto z tych dwóch miał ekonomicznie lepszy rok?

A tu właśnie problem, że „wzrost gospodarczy“ nie bierze w ogóle pod uwagę stanu kapitałowego (obojętnie czy to konto w Szwajcarii czy stodoła w Poroninie) ani długów.

Dlatego też mamy czasem tak absurdalne – choć ludzko tragiczne – sytuacje, że „wzrosty gospodarcze“ po katastrofach naturalnych (huragany, powodzie), podobnie zresztą jak po wojnach, są w pierwszych latach wyjątkowo pozytywne. To w sumie oczywiste: pułap znów niski, kosztów tego co stracone PKB nie zawiera – a wręcz przeciwnie: zadłużamy się (jako państwo czy jako rodzina), by odbudować co zniszczone, wydajemy pieniądze szybciej i więcej niż „normalnie“ – i PKB sobie rośnie!…

Na koniec powróćmy do kwestii najważniejszej, bo podstawowej: czy wzrost PKB – czy to na całą planetę, cały kraj, region, wioskę, rodzinę, czy samotną osobę – naprawdę daje korzyści większe i inne niż materialne?

Weźmy jako trzeci przykład panią Ewelinę, sąsiadkę podhalańską obu wyżej wymienionych panów. Przyjmijmy, że pani Ewelina ma z roku na rok nie tylko coraz większe dochody, ale i wydatki (ale się nie zadłuża, wychodzi więc pod koniec roku przynajmniej na zero). Pierwsza kwestia – pani Ewelina zarabia na życie jako „konsultantka“ w handlu bronią, dostając jakiś tam procent od zamówienia. Nie tylko dochody ze sprzedaży broni, ale i wszelkie prowizje, a i sama produkcja wpływają pozytywnie na PKB. Ale już samo użycie tej broni – czy to „tylko“ w niszczeniu infrastuktury (choćby i innej broni, którą ktoś inny z kolei wyprodukował, sprzedał, sprzedał dalej, dostał prowizję itp.), ale i mostów, domów, wodociągów – naprawdę pozytywnie na cokolwiek wpływa? Obojętnie w jakim kraju? Nie mówiąc o niszczeniu zdrowia i życia ludzkiego? No i weźmy i wydatki pani Eweliny: wydaje co roku coraz więcej na wyposażenie swojej willi w Bukowinie Tatrzańskiej, coraz to piękniejsze drzewka, tryskające fontanny, marmury, alarmy, bramy elektroniczne, podobnie w samym domu: sprzęt HiFi, mahoniowe meble, luksusowe samochody, wycieczki na Seszele, kosztowne imprezy dla 150 osób, gdzie sam catering pochłania tysiące złotych. Czy jest przy tym szczęśliwa? Może tak. Ale czy jest bardziej szczęśliwa poprzez to, że wydaje więcej? Czy zamiast zaprosić 150 osób – nie byłoby lepiej zaprosić „tylko“ 15 przyjaciół? I zamiast orkiestry – jednego kumpla z gitarą? Zamiast krabów i kawioru – kiełbachy na ognisku? I zamiast kilku wynajętych toyboyów na nockę poimprezową – nie milej spędzić kilku godzin na sianie w stodole z panem Kazikiem zza miedzy – albo z jednym z sąsiadów? I – czy sama czy z Kazikiem – dozna więcej przyjemności zwiedzając Tatry Porsche Cayenne, czy jednak piechotą czy rowerem?

Ale i tu, obawiam się, w podejściu niby nie-materialnym, nie tylko pani Ewelina może wpaść w inną – i wielu homo sapiensom nie obcą – pułapkę takiego „chcę więcej“ czy „co więcej – to lepiej“. Bo i całkiem zapominając o dochodach i wydatkach może będzie co roku, po imprezie, porównywać: czy tym razem imprezowaliśmy dłużej niż rok temu (wzrost!?), czy całowałam się za szopą tylko z dwoma, a rok temu z trzema amantami (wzrost?!), czy piosenek było naprawdę więcej niż rok temu, i czy kac dłużej dawał o sobie znać dnia następnego? Czy zaliczyliśmy więcej szlaków turystycznych i wzniesień – obojętnie jakiego rodzaju?…

Barataria 51 Halfway House Orchestra

Jazz Barataria

Recorded in New Orleans on 22 January 1925 by the Okeh Company’s mobile recording unit, Barataria is a fine example of the Halfway House Orchestra’s wonderfully relaxed playing style.

Okeh made a number of “field trips” to New Orleans and recorded many tunes by several bands but Barataria remains one of the best and most important examples of early New Orleans jazzmusic.

On YouTube where I found that wonderfull piece of wonderfull jazz of twenties wrote sombody with the nick Nick Ade: My grandfather, Leo Adde, co-wrote Barataria. That’s him on drums in the photo. Thanks for posting this. Isn’t it wonderfull?


Abbie Brunies’ Halfway House Orchestra with l-r: Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Roppolo, Abbie, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde. A different version of this photo was first published in 1939, where Roppolo’s socks hade made black, which better suited his tuxedo.

The piece on you tube is beautifully cleaned up, wrote one another listener to Barataria. (Un-cleaned version you will find HERE).
Another lisstener – jrogers71 – asked: I wonder what was going on in Barataria in 1925?

The Halfway House Orchestra was an USA jazzband, one of the first ones of New Orleans Jazz. It existed from 1919 till 1928, so it is a very propper time to wrote about it  hundred years later. In that time it was still rare to take the records and The Halfway House Orchestra was one of the first doing it, with one of the first labels – Okeh Records. And Barataria was a first record of the band.

The band was grounded by a cornetto player Albert “Abbie” Brunies (1900–1978), member of a very famous jazz family of  New Orlean. Also Georg Brunies, Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Rappolo, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde played in the group.


Four New Orleans Jazz Babies at Halfway House, ca. 1920. L-R: Emmett “ Buck” Rogers, Abbie Brunies, Mickey Marcour and Stalebread Lacoume. The photo was taken at the Halfway House and it may have been the first group that Abbie had there. Abbie would stay for many years at the Halfway House and the combination was to become famous among collectors of early jazz.


Above: Abbie leaning against the Halfway House, which was a music place and dance hall on a half way between the City of New Orleans and Lake Pontchartrain (Please notice the Budweiser-Ad on the roof). It opened around 1915 and was run by the brothers Chris, Gus and Oscar Rabinsteiner. Beneath: The house stays empty now and is badly in need of repair but, despite the ravages of time and fire, the Halfway House still stands. Its official address is 102 City Park Avenue.

Barataria on record

In March 1924 the OKeh company made its first field trip down to New Orleans. It recorded the bands of Johnny Bayersdorffer, Johnny DeDroit and Fate Marable, as well as some singers. The next year, in January 1925 OKeh came back and again recorded a mix of black and white artists. Among the white groups was the Halfway House Orchestra. On Thursday, January 22, 1925, Abbie’s band recorded Pussy Cat Rag and Barataria. Pussy Cat Rag was a composition of Abbie Brunies together with two of his band members, reed player Charlie Cordella and pianist Mickie Marcour. It features Leon Roppolo in a fine solo on alto saxophone. On Barataria, by the band’s banjoist Bill Eastwood and drummer Leo Adde, Roppolo solos on clarinet. Okeh’s publicity blurb said:

There’s no need to talk about the Halfway House Orchestra. Their music speaks for itself, for it’s a shoulder shaking rhythm that only Half-Way House Orchestra can play. Watch your feet misbehave when the carefree strains of “Pussy Cat Rag” and “Barataria” are in the air. You can get both of them on one Okeh record right now.

So, their music speaks for itself: HERE!

Reblog: Tunix

Wenn etwas, was du machst, plötzlich die Welt verändert…

Jacek Slaski: Interview mit Diethard Küster

Zitty Berlin

Am Anfang war Tunix

Eine linke Szene gab es in Deutschland schon vorher. Aber beim Treffen in Tunix, einem Kongress von Gruppen, Künstlern und Organisationen aus dem gesamten linken Spektrum, der zwischen dem 27. und 29. Januar 1978 an der Technischen Universität in West-Berlin stattfand, wurde die Alternativbewegung geboren. Wir sprachen mit dem Aktivisten und Filmemacher Diethard Küster, der damals zu den Organisatoren gehörte, über die politische Situation vor Tunix, Formen der Vernetzung, Hochschulpolitik, die Depression nach dem Deutschen Herbst und einen Urlaub in Schweden.

Herr Küster, Sie haben im Winter 1977 mit einigen Mitstreitern die Idee zum Tunix- Kongress gehabt, der dann vom 27. bis 29. Januar 1978 in der Technischen Universität stattfand. Tunix gilt heute als Geburtsstunde der deutschen Alternativbewegung. Sehen Sie das auch so?

Diethard Küster: Tunix war tatsächlich so eine Art Erweckungserlebnis, nicht nur für Spontis, sondern letztendlich auch für die gesamte Linke, und zwar bundesweit. Berlin war zu der Zeit eine ummauerte Insel, ein Mikrokosmos. Ein Ort, in dem Kommunikation gut funktionierte. Aber in den kleineren Städten und in der Provinz war das zu der Zeit noch anders. Die Leute, also die nicht-organisierten, undogmatischen Linken, lebten vereinzelt in Landkommunen oder in Städten mit an einer Hand abzählbaren Wohngemeinschaften. Nur Frankfurt war da ein bisschen weiter. An dem Wochenende von Tunix trafen diese Leute plötzlich auf unerwartet viele Gleichgesinnte und waren völlig fasziniert, dass es so viele davon gab. Bei dem Kongress, der eigentlich gar nicht unbedingt als Kongress geplant war, sondern als große Abschiedsparty von gescheiterten Träumen, wurde über alle Themen gesprochen, die zu der Zeit von Bedeutung waren oder es zu sein schienen: Psychiatrie, Presse, Knasthilfe, alternative Landwirtschaft, Stammheim, Frauenbewegung, bewaffneter Kampf, Alternativkultur, politische Organisation. Vorgaben gab es keine. Alles war möglich. Alles war erlaubt. Hier wurde die Gründung der „taz“ eingeleitet. Hier wurde der Grundstein für die Alternative Liste, heute Die Grünen, gelegt. Tunix war damit die Keimzelle für die erste linke Tageszeitung und die für erste linke Partei im Nachkriegs-Deutschland. Heute kann man sagen, dass Tunix gerade auch für die Weiterentwicklung und Organisierung der gesamten Ökologie-Szene ein Meilenstein war. Davor gab es Rhizome, einzelne Zellen, die kaum untereinander in Kontakt standen. Nach Tunix entwickelten sich Strukturen und Netzwerke, die zum ersten Mal auch auf nationaler Ebene miteinander verbunden waren. Ein neues Selbstbewusstsein entstand.

Sie selbst kamen 1972 nach West-Berlin. Wie sind Sie in diese Szene geraten?
Ich bin auf dem Gymnasium zwei Mal sitzengeblieben und habe erst 1972 Abitur gemacht. Einen Tag nach dem Abi bin ich nach West-Berlin gezogen. Ein paar Kumpels wohnten schon da und noch als Schüler trampte ich an den Wochenenden öfter von Dortmund per Anhalter nach Berlin, um sie zu besuchen. Ich kannte hier also nicht nur ein paar Leute, sondern auch die einschlägigen Kneipen. Das waren alles Szenekneipen. Und „die Szene“ war links zu der Zeit.

Freaks, Spontis, Stadtindianer: Tunix-Teilnehmer (aus zitty 12/78)
Foto: zitty-Archiv

In diesen linken Kneipen haben Sie sich dann politisiert?
Vorher schon. Ich lebte während meiner Kindheit und Jugend in Dortmund, einer Stadt, die Großstadt spielte, aber die Strukturen und eine Atmosphäre ­hatte wie ein kleines Dorf. In meinem Freundeskreis waren wir daher fasziniert von allem, was nach Rebellion, Rock’n’Roll und Veränderung roch. Und es war die Zeit des Vietnamkrieges. Ich habe damals im Fernsehen Rudi Dutschke gesehen, wie er in einem selbst gestrickten Pullover auf einem VW-Bus saß und die Revolution erklärte. Es war völlig klar, da wollte ich dabei sein. In Berlin ging’s ab, das war die große weite Welt. Scheißegal, ob Berlin eine eingemauerte Stadt war. Da tobte das Leben. In Dortmund gab’s nur die Borussia. Immerhin. Aber das reichte mir nicht.

»Als das Treffen in Tunix stattfand, war ich sieben Jahre alt und hatte gerade erst einen Deutschen Herbst nicht verstehen können, den alle Erwachsenen diskutierten. Heute kann ich vieles am Tunix-Treffen nicht oder nicht mehr verstehen – den öden Antiamerikanismus etwa oder die romantischen Bewegungsfantasien. Dennoch ist es zu einfach, sich über die damaligen Ideen lustig zu machen. Die guten Aspekte überwiegen – viele der dort vorgestellten oder geplanten Initiativen machen noch heute gute Arbeit, etwa das Netzwerk Selbsthilfe, die taz oder die Schule für Erwachsenenbildung, und auch für die queere Bewegung gingen entscheidende Impulse aus. Davon profitiere ich heute genauso wie all diejenigen, die eine liberale Gesellschaft schätzen, sich aber zugleich cool über die Geschichte stellen wollen. Die sollten langsam mal verstehen.«
Jörg Sundermeier, Verleger (Verbrecher Verlag)

Weshalb konnte sich die linke Szene in West-Berlin so stark entwickeln?
Das gesellschaftliche Phänomen war ja, dass es in Berlin nicht die klassischen soziologischen Strukturen einer Großstadt gab. Ein großer Teil der Bevölkerung mittleren Alters, also Menschen, die noch Pläne für ihr Leben hatten, ebenso wie Teile des wohlhabenderen Bürgertums, hatten nach Kriegsende, erst recht aber nach dem Bau der Mauer, die Stadt verlassen. Alle dachten, dass über kurz oder lang die Russen einmarschieren und den Laden übernehmen würden. Große und für die Stadt wirtschaftlich bedeutende Firmen – nicht nur Siemens – haben damals ihren Muttersitz aus der Stadt abgezogen. Die, die sich einen Umzug aus Berlin nicht leisten konnten, und die Alten sind geblieben. Dann – hauptsächlich, weil es in Berlin keine Wehrpflicht gab – kamen plötzlich die Jungen, die Freaks, die Künstler und Chaoten. Auch gab es in Berlin, anders als in Westdeutschland, keine Polizeistunde, ein nicht zu unterschätzender Grund. Und die Freie Universität war die Uni schlechthin zu der Zeit. Wer linke oder fortschrittliche Wissenschaften studieren wollte, ging an die FU. All das ergab diese verrückte Mischung: Punks und Lebenskünstler jeglicher Couleur hockten in der U-Bahn neben den mit Klunkern behangenen Wilmersdorfer Witwen in ihren Pelzen. Es sah oft wirklich so aus wie in den Comics von Gerhard Seyfried und es herrschte eine Toleranz und Liberalität wie es sie in Westdeutschland so nicht gab. Das betraf nicht die politischen, sondern mehr die sozialen Bereiche des Alltags.

Die zitty 3/78

»Tunix war eine Suff-Idee und keiner hat geahnt, dass es solche Ausmaße annehmen wird. Tunix hat eine Eigendynamik entwickelt. Und obwohl praktisch nichts gelaufen ist, ist ungeheuer viel passiert. Deshalb war nicht Brokdorf oder Grohnde, sondern Tunix der Wendepunkt.«

»Mich störte, dass es so einen Unicharakter hatte. Ich habe manchmal das Gefühl, dass es ähnlich ist wie bei einem Uni-Streik. Ich stell mir das wesentlich besser im Sommer vor.«
Einschätzungen von Tunix-Teilnehmern aus Zitty 4/1978

Welche Orte, Gruppen oder Medien waren wichtig?
Vor „tip“ und „Zitty“ gab es nur den „Hobo“ als ­linke Stadtzeitschrift, daneben die Sponti-Blätter „Agit 883“ und für die eher intellektuelle Fraktion „Der Lange Marsch“. Mitte der Siebziger kam das „BuG-Info“, das „Info Berliner undogmatischer Gruppen“. Das war so ein hektografiertes Heftchen ohne Redaktion, das jede Woche montags herauskam und in den einschlägigen Kneipen verteilt wurde. Ein Leuchtturm dieser Kneipenkultur war zu der Zeit das Spektrum, eine nicht konzessionierte linksradikale Kneipe in Schöneberg, in der Coburger Straße. Man munkelt, bei der Entführung von Peter Lorenz durch die „Bewegung 2. Juni“ wechselten sich die Leute ab: Die einen bewachten ihn und die anderen waren in der Kneipe. Nachdem das Spektrum schließen musste, gründeten die Betreiber den Mehringhof in Kreuzberg. Einschlägige Kneipen gab es viele, mit den unterschiedlichsten Halbwertszeiten. In Charlottenburg spielte damals die Musik, noch nicht in Kreuzberg. Zum Beispiel im Zwiebelfisch oder in der Dicken Wirtin, wo nicht nur Baader, Ensslin und Horst Mahler bei Zigaretten, Bier, Schmalzstullen und den obligatorischen Diskussionen die Köpfe geraucht hatten. Oder das Terzo Mondo, wo Kostas, der Wirt, jeden Abend zu vorgerückter Stunde Gitarre spielte, manchmal sogar zusammen mit Mikis Theodorakis. Das war lange, bevor Kostas zum Folklore-Kasper in der „Lindenstraße“ wurde. Und dann gab’s den Dschungel.

»Ich erinnere mich an Daniel Cohn-Bendit, der da rumtobte, da habe ich ihn zum ersten Mal gesehen. Damals war ich gerade 21 Jahre und sehr kurz undogmatischer Linker. Am Abend war dann die große Party am Lützowplatz. Da war ein richtiges Bierzelt aufgebaut. Riesig. Mir kam das zu professionell vor. Auf der Party wollten dann einige von uns LSD nehmen. Ich war dagegen. Zu kalt, zu viele Leute. Mein bester Freund hat dann seinen Trip aus Versehen wieder ausgespuckt. Mein kleiner Bruder hat seinen aber genommen. Irgendwann war der dann verschwunden und ich habe ihn die halbe Nacht in Kreuzber­ger Kneipen gesucht. Ich hatte ja meinen Eltern versprochen, auf ihn aufzupassen.«
Christian Y. Schmidt, Autor, Journalist, ehemaliger Redakteur der „Titanic“

Der Dschungel war doch eine hedonistische Disco, in der es Kokain gab und wo David Bowie verkehrte.
Im Dschungel gab es nicht nur Drinks und Drogen. Schöne Menschen und weniger schöne, arme und reiche, sehr berühmte und völlig unbekannte, junge und alte. Dorthin kamen Schaubühnen-Schauspieler und Taxifahrer, elegant gekleidete Figuren nach einem Konzert in der Philharmonie, genauso wie abgerissene Punks aus Kreuzberg, Polit-Freaks und Musiker, die auf Tour in Berlin waren. Diese Zeit beschreibt übrigens Volker Hauptvogel in seinem Roman „Fleischers Blues“ sehr humorvoll und authentisch.

Leider darf hier nur soviel reblogged werden. Weiterlesen ist nur durch klicken an die sog paywall möglich. Oder beim Kaufen der E-Paper-Exemplar. Ich hoffe, in 2-3 Wochen die Möglichkeit zu bekommen, hier den ganzen Text zugänglich zu machen. Schau Mal wieder vorbei 🙂

Andere Texte von Jacek Slaski

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (10)

Dariusz Kacprzak

Max Liebermann, Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego

Autora dzieła, które jest tematem obecnego, dziesiątego już odcinka cyklu pośwęconego przyjemności patrzenia na dzieła sztuki, przedstawiać szczególnie nie trzeba – to Max Liebermann – malarz, grafik, rysownik, należący do najwyżej cenionych twórców w kanonie sztuki niemieckiej. W 1897 roku, w pięćdziesiątą rocznicę urodzin artysty, odbyła się pierwsza zorganizowana przez Królewsko-Pruską Akademię Sztuk Pięknych w Berlinie wystawa jego prac, malarz otrzymał wówczas także złoty medal, tytuł profesora i został członkiem akademii. Jako pięćdziesięcioczterolatek doczekał się pierwszego opracowania swej twórczości – w 1911 roku w prestiżowej serii Klassiker der Kunst ukazała się monografia autorstwa Gustava Pauliego. Z okazji siedemdziesiątej i osiemdziesiątej rocznicy urodzin artysty odbyły się kolejne retrospektywne wystawy jego dzieł w Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której w latach 1920–1932 sprawował funkcję przewodniczącego, a następnie funkcję honorowego przewodniczącego. W 1933 roku złożył urząd w akademii w rezultacie narastającego antysemityzmu i postępującej faszyzacji Niemiec.

Zarówno w swoich obrazach, jak i pracach graficznych interesował się zmieniającą się naturą, zręcznie odtwarzał efekty światła przedzierającego się przez listowie, słonecznego światła holenderskich plaż, celował w oddawaniu za pomocą szybkich, nerwowych dotknięć pędzla najbardziej ulotnych przejawów obserwowanego ruchu. Jako grafik uprawiał techniki metalowe i litografię, jego dorobek w tej dziedzinie liczy blisko 500 plansz wyróżnających się kunsztem i biegłością warsztatową.

Graficzny portret przedstawia ukazanego w profilowym popiersiu, dojrzałego mężczyznę o wysokim czole, mocno wysuniętej brodzie, z krótkimi wąsami, noszącego binokle. Ubrany w koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i garnitur model, sportretowany został w chwili skupienia i namysłu, z wnikliwym spojrzeniem skoncentrowanym zapewne na jakimś przedmiocie, który jednak znalazł się „poza ramą” kompozycji. W ten sposób Max Liebermann utrwalił wizerunek swego przyjaciela – Wilhelma von Bodego (1845–1929). To znany historyk sztuki, znawca malarstwa holenderskiego, który w latach 1906–1920 piastował stanowisko dyrektora generalnego muzeów berlińskich. Wkrótce po śmierci badacza ukazały się jego dwutomowe wspomnienia, będące nie tylko autobiograficznym szkicem do portretu, swoistym rejestrem dorobku, ale także interesującym przyczynkiem do badań historii berlińskiego muzealnictwa i kolekcjonerstwa.

Liebermann parokrotnie portretował Wilhelma von Bodego, z którym znał się od młodości, gdy obaj uczęszczali na lekcje rysunku u Karla Steffecka. Bode darzył malarza uznaniem, o czym może świadczyć fakt, że kiedy zapytano go, kto ma wykonać portret do jego dyrektorskiego gabinetu w gmachu Neues Museum, natychmiast wystrzelił, „jak z pistoletu” – Liebermann. W zbiorach berlińskiej Starej Galerii Narodowej znajduje się portret olejny Bodego z 1904 roku autorstwa Liebermanna, pochodzący z dawnych zbiorów Muzeum Cesarza Fryderyka. Nieco inny nabyty został do tychże zbiorów w 1960 roku. Oba przedstawiają historyka sztuki w w półpostaci, w pozycji siedzącej, z trzymaną w ręku książką. Postać Bodego, który siedzi w pracowni i trzyma w ręku statuetkę, przedstawia również powstały w 1890 roku rysunek czarną kredką z refleksami światła naniesionymi kredką białą, znajdujący się dziś w zbiorach prywatnych. Wreszcie przy tej okazji należy wspomnieć o litograficznym portrecie Bodego z 1909 roku. Prace nad płytą artysta rozpoczął w 1914 roku i już wówczas powstały odbitki pierwszych stanów. Odbitki ryciny „stanu ostatecznego”, V, zostały wykonane na zamówienie oficyny E. A. Seemanna – wydano je w 1915 roku w liczbie 30 sygnowanych i numerowanych egzemplarzy. Wkrótce, po drobnych retuszach i korektach płyty, zwłaszcza w partii kości policzkowej i w obrębie oka, kompozycja ukazała się w formie niesygnowanych odbitek stanu VI. Zostały one opublikowane w „Zeitschrift für bildende Kunst” w 1915 roku. Praca, odmiennie niż w dotychczas wspomnianych wizerunkach, ukazuje Wilhelma von Bodego w prawym profilu. W nazwisku pojawia się “von”, gdyż Bode w 1914 roku uzyskał tytuł szlachecki.

Warto przywołać tutaj trzy rysunki z 1914 roku, które można uznać za szkice przygotowawcze do kompozycji graficznej (dwa w niemieckich zbiorach prywatnych, trzeci w zbiorach Hamburger Kunsthalle w Hamburgu).

Przypominając przyjaźnie Liebermanna z berlińskimi historykami sztuki należy przypomnieć także Maksa Jakoba Friedländera, którego portret Liebermann wykonał w 1927 roku. W następnym roku powstał portret Cornelisa Hofstedego de Groot, dyrektora Gabinetu Rycin w amsterdamskim Rijksmuseum. Zapewne znajomości i przyjaźnie w kręgu historyków sztuki nie pozostały bez znaczenia dla zgromadzonej przez Maksa Liebermanna imponującej prywatnej kolekcji dzieł innych malarzy. W salonach Marthy i Maksa Liebermannów, w domach zarówno przy placu Paryskim, jak i w Wannsee, wisiały prace Rembrandta van Rijn, Carla Blechena, Adolpha Menzla i Franza Krügera, a także współczesnych Liebermannowi kolegów z Francji – Paula Cézanne’a, Edgara Degasa, Henri de Toulouse-Lautreca czy Édouarda Maneta.

 

 

 

 

 

 


Max Liebermann (1847 – Berlin – 1935), Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego, 1914–1915, akwaforta, sucha igła, gruby papier czerpany, 24 x 18,8 cm (43 x 32,2 cm), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bezpłód poety

Roman Brodowski

Kiedy

Chciałem napisać pogodny w optymistycznym tonie wiersz o naszej Ojczyźnie. Zadanie to jednak okazało się dla mnie nazbyt trudne do wykonania. Powiedziałbym nawet, że w obecnej sytuacji naszego kraju, niemożliwe. Za każdym razem, kiedy próbowałem coś sensownego, w łagodnym tonie stworzyć, odzywał się, szepczący głosem sumienia pierwiastek naszej dzisiejszej rzeczywistości, powtarzający jak mantrę „pisz prawdę, prawdę, prawdę…“

A więc mam napisać wiersz o prawdzie, o naszej ojczyźnianej prawdzie? Jaki on będzie? Z pewnością ani pogodny, ani optymistyczny, a wprost przeciwnie, żałosny w rytmie pogrzebowego marsza, granego podczas ostatniego aktu, jakim jest w naszym przypadku pożegnanie naszej polskiej, historycznej tożsamości.

Właściwie powinienem napisać kilka nagrobnych epitafiów przypominających urbi et orbi o ofiarach masowej zbrodni, jakiej dokonała i nadal dokonuje w imieniu swojego Führera PiS oraz nieświadoma, a kolaborująca z nim część polskiego społeczeństwa.

Na granitowej płycie zakrywającej czeluść zbiorowej mogiły powinien powstać napis: „Kimkolwiek jesteś przechodniu, zatrzymaj się w tym miejscu i oddaj cześć Tym, którzy z twoją wolą czekają wskrzeszenia“.

Dalej należałoby umieścić imiona zacnych postaci dramatu, czyli to, co pisowska gawiedź zniszczyła: demokrację, wolne sądy, Trybunał Konstytucyjny, prawdę o naszej historii, o naszych narodowych bohaterach, jak też nadzieję na pokojowe i przyjacielskie współistnienie z innymi, otaczającymi nas narodami.

Tak, dzisiaj jeszcze nie jestem gotowy do pisania o przyrodzie, miłości, kobietach…

Moja romantyczna, łagodna wena, przeobraziła się w słowo drapieżne, gotowe do walki przeciwko wszystkiemu i wszyskim, którzy swoimi działaniami zagrażają wolności, demokracji, jedności narodowej w suwerennym prawdziwym państwie prawa, ostre jak miecz.

Ponoć nadzieja umiera ostania, a więc:

Kiedy odnajdę moją wenę
Zagubioną w nieładzie
Brunatnej rzeczywistości
Polskiego doświadczenia

Kiedy dojdą do głosu myśli
Romantycznej treści
Napiszę wiersz o ziemi
Bogatej w Człowieczeństwo.

Napiszę o ludzkiej radości
Kolorami tęczy nowej
Nadwiślańskiej jutrzenki
Ojczyźnianej wspólnoty.

Przypomnę smak prawdy
Zagłuszonej ustami fałszu
W oceanie cuchnących fekali
Polsko pisowskiego bezprawia.

I wypuszczę gołębim lotem
Oczyszczoną z kłamstwa
Naszą narodową tożsamość.
Historię napisaną mową faktów.

Kiedy odnajdę czas przeszły
Pośród ruin polskiego spokoju
Czas nadziei budowany zgodą
Dla lepszej narodu przyszłości

Odnajdę odwagę przebudzenia,
Czas wskrzeszania godności,
Normalności i jedności narodu
Odnajdę ? … Jednostka jest niczym

27.01.2018

Nieodwołalny koniec świąt

Tadeusz Rogala

Święta, święta i po świętach…

Jutro 2 lutego, święto Matki Boskiej Gromnicznej, znane jako święto Ofiarowania Pańskiego, które zamyka cykl świąt Bożego Narodzenia i jest ostatnim dniem, kiedy koniecznie trzeba rozebrać świąteczne choinki.

O ile z domów już w większości poznikały pięknie ustrojone drzewka, to w kościołach katolickich w Polsce wystrój bożonarodzeniowy utrzymuje się do końca okresu świąt Bożego Narodzenia czyli właśnie do święta Ofiarowania Pańskiego. Z kościołów znikają tego dnia żłóbki, zdejmuje się dekorację świąteczną, przestaje się śpiewać kolędy. Kończy się też okres wizyt duszpasterskich w domach.

Jeszcze trzydzieści lat temu, kiedy wielka machina konsumpcyjna jeszcze nie weszła do polskich sklepów, przygotowania do świąt rozpoczynały się krótko przed świętami.

W adwencie obowiązywał post, w kościele odbywały się wcześnie rano lub wieczorem msze święte tzw. roraty. W okresie adwentu nie tańczyło się, ani nie urządzało wystawnych uroczystości. O prezentach pod choinkę trzeba było pomyśleć nieco wcześniej, ale to w ostatnie przedświąteczne dni kupowało się żywego karpia, nie za wcześnie jednak, aby nie blokował niepotrzebnie wanny w łazience. Odwiedzało się bazary i sklepy, zaopatrując się w potrzebne na święta artykuły żywnościowe.

W wigilię świąt Bożego Narodzenia rozpoczynał się okres świąteczny czyli trwający 12 dni okres Godów. Gody to szczególne, niecodzienne słowo. Znaczy więcej niż uczta, biesiada. To stan szczęśliwości. Uroczystość Trzech Króli zamyka okres Godów, następnego dnia rozpoczynają się zapusty, te zaś kończą się we wtorek przed Środą Popielcową. Zaczyna się czas Wielkiego Postu i czekania na Wielkanoc.

Od Trzech Króli bawiono się w Polsce na całego. Urządzano bale choinkowe, wielkie i wystawne dla dorosłych, ale także znacznie jednak skromniejsze zabawy choinkowe w szkołach. Nieodłącznym elementem takiej imprezy była zawsze swiątecznie wystrojona choinka. Przy parafiach urządzano spotkania opłatkowe. Szczególnie na emigracji Polacy pielęgnują tradycję spotkań opłatkowych i urządzanie zabaw karnawałowych.

Rok 1947, obóz przejściowy dla Polaków w Ludwigsburgu. Jasełka w wykonaniu polskich dzieci.

Rok 1947. Obóz przejściowy dla Polaków. Spotkanie choinkowe dla polskich dzieci.

Rok 1947. Obóz przejściowy dla Polaków. Spotkanie choinkowe dla polskich dzieci. Dzieci dostały nawet banany.

Rok 1967. Ludwigsburg-Grünbühl – Polska Misja Katolicka – Parafialne spotkanie opłatkowe.

***
W Niemczech sytuacja wygląda trochę inaczej. W zasadzie okres świąt Bożego Narodzenia rozpoczyna się w pierwszą niedzielę adwentu. W miastach i miasteczkach odbywają się jarmarki bożonarodzeniowe, w sklepach obecnie już w październiku pojawiają się artykuły świąteczne. Na ulicach stoją wystojone udekorowane choinki, a i w domach często też od pierwszego dnia adwentu. Restauracje i sale bankietowe już dawno są zarezewowane dla zakładów pracy i innych organizacji na tzw. Weihnachtsfeier. I wreszcie po czterech tygodniach przychodzą wyczekiwane święta Bożego Narodzenia. Okres ten kończy się w święto Trzech Króli. Jak na komendę rozbiera się choinki i wynosi do punktu zbiorczego, gdzie służby miejskie wywożą je i przerabiają na kompost. W Berlinie choinki wynosi się – lub nawet wyrzuca przez okno lub z balkonu – po prostu na ulicę i to niekiedy już w drugie święto Bożego Narodzenia. W sklepach znikają ostatnie świąteczne słodycze, a na półkach sklepowych pojawiają się pierwsze słodycze wielknocne, dawniej przerabione z nie sprzedanych Mikołajów. Po jakichś protestach konsumentów zaprzestano jednak praktyki prostego przepakowywania Świętego Mikołaja w sreberko Świętego Zająca, teraz figurki się jednak przetapia i przeformowuje.

***

Święto Matki Boskiej Gromnicznej nawiązuje do znanego nam z Ewangelii opisu ofiarowania Jezusa, czyli momentu, kiedy 40 dni po narodzinach dziecka, Maryja i Józef zanieśli dzieciątko do świątyni w Jerozolimie, by zgodnie z prawem mojżeszowym ofiarować je Bogu w hołdzie dziękczynienia za darowanie Izraelitom życia podczas przejścia przez Egipt Anioła Zniszczenia.

Tego dnia Kościół obchodzi również Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, wprowadzony przez papieża Jana Pawła II w 1997 roku.

Tradycyjnie od IX wieku tego dnia w kościołach święci się świece tzw. gromnice – które mają chronić domostwa przez piorunami i innymi nieszczęściami. Odbywa się również procesja z płonącymi świecami, symbolizująca życie w jedności z Chrystusem. Dawniej po uroczystościach przynoszono płonące świece do domów i wypalano nimi znak krzyża w belce na suficie – miał on chronić przed nieszczęściem i żywiołami. Wierni przynosili do kościołów swoje własne świece, te same, przy których ich ochrzczono, i które towarzyszyły im przez całe życie, bo wręczano je również konającym.

Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej wiąże się wiele opowieści.

Stare legendy ukazują nam Panią Niebieskiego Dworu z gromnicą zapaloną w dłoni, strzegącą chat przed wilkami pośród mroźnej zawieruchy. To znów głodny i zły wilk, postrach okolicy, zdąża pokornie świętymi śladami, już obłaskawiony. Pani gromniczna ratuje sierotkę zabłąkaną w boru, rozpędzając stado wilków gotowe pożreć dziewczynkę

pisze Zofia Kossak w „Roku polskim”.

Z tym świętem związanych jest też kilka przysłów, a oto niektóre z nich:

Gdy na Gromnicę roztaje, rzadkie będą urodzaje.
Gdy w Gromnicę pięknie wszędzie, tedy dobra wiosna będzie.
Gdy w Gromniczną jest ładnie, dużo śniegu jeszcze spadnie.
Gdy w Gromnicę z dachów ciecze, zima jeszcze się przewlecze…”

Obecnie w epoce ocieplenia klimatu, te przysłowia mogą się już nie sprawdzać.

Super blue blood moon

The event may sound like a complicated tongue twister, but it’s really just the confluence of three celestial occurrences.

A blue moon is the second full moon of a month — in January, there will be a full moon on New Year’s Day and on Jan. 31 — while a supermoon is when the full moon appears larger and brighter to the naked eye.

These two events will coincide with a total lunar eclipse, or blood moon, on Jan. 31.

Most days the moon is nearly 238,855 miles from Earth, but during the supermoon it will be approximately 223,068 miles away, according to NASA. During a supermoon, the moon can appear up to 14 percent larger and 30 percent brighter than usual.

A total lunar eclipse occurs when a full moon passes into Earth’s shadow, making the moon appear red — hence the nickname blood moon.

Altogether, the three events — a blue moon, a supermoon and a blood moon — will make for a spectacular show the last night of January. (Or day! In Berlin since 16:58)

Weiter so, Deutschland! Vier Monate ohne Regierung… (Reblog)

Vier Monate nach der Wahl sind wir wieder da, wo wir gestartet sind: bei der Großen Koalition. Gewünscht hat sich das kaum einer. Aber wenn es nun so sein muss, dann sind hier sieben Bitten an die GroKo-Verhandler.

Spiegel online

Stefan Kuzmany

GroKo-Verhandlungen: Sieben Bitten eines müden Bürgers

Es war ein schöner Traum: Dass sich etwas ändert. Dass es eine Art Aufbruch geben könnte, je nach politischer Perspektive mehr Gerechtigkeit oder mehr Sicherheit. Oder vollen Einsatz fürs Klima oder vielleicht auch nur schnelleres Internet.

Sie war da, die Sehnsucht nach etwas Neuem. Nach einem mutigen Entwurf für ein neues Europa, das strahlt und lockt und dem unglückseligen Nationalismus ringsum etwas entgegensetzt. Oder auch die Sehnsucht nach einer Regierung, die die Grenzen sichert und die Anschläge verhindert. Es gab den Traum von mehr Debatte im Parlament, vom demokratischen Streit zwischen den Volksparteien, klaren Positionen und scharfen Auseinandersetzungen. Dieser Traum ist aus, jetzt kommt die neue GroKo. Schön ist das nicht, aber da müssen wir wohl durch. Bevor jetzt die offiziellen Verhandlungen beginnen, hier noch ein paar Bitten eines ermatteten Bürgers an die mitwirkenden Politiker:

1. Bitte keine Nachtsitzungen mehr. Sie können alles, was Sie zu klären haben, auch tagsüber entscheiden, vielleicht sogar vor Feierabend. Es ist ja nicht so, dass Sie über die offenen Fragen noch nie geredet hätten, geben Sie es doch zu: Eigentlich wissen Sie schon recht genau, wo Sie sich treffen werden. Das ist hier kein Wettbewerb um die tiefsten Augenringe, wir glauben Ihnen auch so, dass Sie sich sehr anstrengen. Zugegeben: Nachtsitzungen sind ein bewährtes Stilmittel des Politikbetriebs, sie vermitteln den Eindruck von Durchhaltewillen, Druckresistenz und Dramatik. Aber ehrlich gesagt, hat sich diese Inszenierung langsam etwas abgenutzt. Außerdem sitzen einige von Ihnen noch in der geschäftsführenden Regierung, und es wäre doch beruhigend, wenn Sie Ihr Amt einigermaßen wach ausüben könnten. Nicht dass Sie am Ende aus Versehen doch wieder ein paar Waffenlieferungen mehr genehmigen oder ähnlichen Unsinn. Bitte seien Sie vernünftig!

2. Bitte unterlassen Sie jegliche Aufplusterungen abseits der tatsächlichen Verhandlungen. Klar, das ist nicht so einfach: Mancher von Ihnen will noch was werden in der Partei, mancher will noch etwas bleiben, und da fällt es schwer, der Versuchung zu widerstehen, sich mit Klartext-Interviews und Provo-Tweets zu profilieren. Durchaus verständlich, dass Sie Ihren Parteimitgliedern und den Wählern zeigen wollen, dass Sie noch wissen, was Sie im Wahlkampf alles versprochen haben. Aber die Wahl ist jetzt vier Monate her, und bedenken Sie bitte: Sie haben nicht die absolute Mehrheit geholt – deshalb sind diese leidigen Koalitionsverhandlungen ja erst nötig geworden. Es geht jetzt um Kompromisse. Oder wollen Sie gar keine Kompromisse? Dann springen Sie bitte direkt zu Punkt 7.

3. Die CSU könnte ja bitte vielleicht doch nochmal in ihrem Herzen wühlen und dabei entdecken, dass Familie nicht nur bayerischen Wesen wichtig ist, sondern den meisten Menschen jeglicher Herkunft und Hautfarbe, was auch Flüchtlinge mit eingeschränktem Schutzstatus einschließt. Sie könnten in ihrem eigenen Bundestagswahlprogramm nachschauen und feststellen, dass Sie dort einer Zwei- oder Mehrklassenmedizin “eine Absage” erteilen – da geht doch was! Gut, eine Bürgerversicherung lehnen Sie ebenfalls ab, aber die muss ja am Ende nicht so heißen. Die Obergrenze heißt ja jetzt auch nicht mehr so. Und bis zur Landtagswahl können Sie dann noch genug Krach schlagen, wenn die Koalition erst einmal steht. Der Markus macht das schon.

4. Die SPD könnte bitte mal kurz damit aufhören, sich mit sich selbst zu beschäftigen . Sicher, die eigenen Probleme sind immer die größten, aber langsam ist es auch mal gut. Sie haben doch wunderbar demokratisch debattiert auf Ihrem Sonderparteitag. Sie haben zwei Dinge geschafft, die niemand für möglich gehalten hätte: Bonn war für einen Tag wieder Hauptstadt. Und die SPD hat tatsächlich Spannung verbreitet mit ihrer Abstimmung über die Aufnahme von Koalitionsverhandlungen. Sie haben sich dafür entschieden, lassen Sie es damit gut sein. Dass Sie sich seither mehr mit der eigenen Jugendorganisation streiten als mit dem politischen Gegner, macht keinen besonders guten Eindruck.

Lassen Sie die Jungen doch machen! Vielleicht kommt ja sogar so etwas wie die Zukunft der SPD dabei heraus, für die Zeit nach dieser und der nächsten und der übernächsten GroKo, eine Zukunft, in der die SPD möglicherweise wieder etwas mehr Zuspruch bekommt, weil sie linker und entschlossener auftritt. Freuen Sie sich doch über neue Mitglieder, anstatt sie zu fürchten. Sie haben über 400.000, glauben Sie im Ernst, dass ein paar NoGroKo-Neuankömmlinge den Mitgliederentscheid kippen werden? Vielleicht sollten Sie besser gar nicht mehr so viel über diese Abstimmung reden. Sonst könnte noch jemand auf die Idee kommen, sich zu fragen, warum eigentlich ein halbes Prozent der deutschen Bevölkerung über Regierungsbildung oder Neuwahlen entscheiden soll.

5. Und die CDU könnte…… Ach, wissen Sie was, es ist eigentlich vollkommen egal, was die CDU macht, am Ende wird ja doch wieder Angela Merkel Kanzlerin. Aber weil das so ist und Sie im Grunde ja auch keine anderen Forderungen, Erwartungen, Visionen oder Ideen bei diesen Koalitionsverhandlungen haben, könnten Sie die Zeit nützen und sich, während die anderen beiden streiten, mal Gedanken darüber machen, wie es eigentlich nach Angela Merkel bei Ihnen weitergehen könnte. Dann ist es nämlich erstmal vorbei mit der automatischen Kanzlerschaft, daher sollten Sie einen Plan haben, was Sie mit dem sozialdemokratischen Erbe Merkels anstellen wollen. Vielleicht geben Sie es ja den Sozialdemokraten zurück?

6. Und weil wir gerade bei der Zukunft sind: Bitte tun Sie nicht so, als ob jetzt alles in diesem Koalitionsvertrag festgeschrieben werden könnte, was in den nächsten vier Jahren passiert. Wer weiß, mit welchen Krisen und Kriegen wir noch zu tun bekommen, welche revolutionäre Technik uns alle überrollt und was Trump noch so einfällt. Ein Vertrag als Grundlage einer stabilen Regierung ist schön und gut, aber es reicht nicht, so eine Vereinbarung Punkt für Punkt abzuarbeiten. Es darf keine Alternativlosigkeit mehr geben, es muss schon noch Raum für Debatten da sein. Aber eben auch das grundsätzliche Vertrauen, dass Sie auch dann zu guten Ergebnissen kommen, wenn die Realität über Ihren Vertrag hinauswächst.

7. Ach ja, und noch eine letzte Bitte: Wenn Sie das alles nicht hinbekommen, wenn die Gemeinsamkeiten doch fehlen und ganz grundsätzlich der Wille, gemeinsam zu regieren – dann sagen Sie uns das bitte schnell. Dann wählen wir eben neu. Aber glauben Sie bloß nicht, dass es danach einfacher wird.

Skrawki i strzępki (Barataria 50)

Ewa Maria Slaska

Dziś to, co leżało po drodze, znalazło się lub napatoczyło.

Sergiej Rimashewskij.
Czy mi się wydaje, czy to kobieta jest Cervantesem? A nawet nie kobieta, lecz dziewczynka. A jej kapelusz to wyspa Barataria.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią (reblog z siebie samej)

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i książka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też, jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Sięgam do notatek z podróży do Indii. Niedziela, 24 lipca 1994 roku. Port Blair, dodajmy – stolica archipelagu, który znany był już podróżnikom chińskim i arabskim od IX wieku naszej ery. Andamany to archipelag długości 352 km i szerokości do 51 km składający się z 576 wysp, z których 26 jest zamieszkanych. Mieszka tam około 340.000 ludzi, z tego tylko około 5 tysięcy to pierwotni, negroidalni, mieszkańcy wysp, tzw. Negritos. Arabowie, Malajowie i Chińczycy przybywali tu przede wszystkim po niewolników, a dopiero Anglicy w XIX wieku zasiedlili wyspy, tworząc z nich po części kolonię karną.


Negritos ok. r. 1900

Jedziemy na wycieczkę na wyspę Red Shin, która odpowiada wszystkim wyobrażeniom o wyspie tropikalnej. Jest mała, bezludna, skalista, porośnięta dżunglą, otoczona białą plażą i ciepłym morzem, pełnym kolorowych raf koralowych i równie kolorowych ryb.

Piękna jest też godzinna droga ze stolicy do przystani na wyspie Wielki Andaman. Mijamy pola ryżowe, niewielkie egzotyczne lasy, szerokie mętne rzeki, kwitnące ogrody i małe wioski złożone z drewnianych domów, w których mieszkają rzemieślnicy, stolarze, snycerze, wyplatacze. Na płytkich stawach kwitną cyklamenowo-różowe lotosy i ten róż w połączeniu z zielenią drzew to jedyne mocne barwy tych wiosek, bo ludzie są ubrani nie tak kolorowo i raczej ubogo. Wyspy spowija łagodny szaroniebieski, nieco mglisty woal. Idziemy na targ pełen dorodnych jarzyn o nieznanych fakturach i kolorach, a potem na obiad do luksusowego hotelu. Siedzimy na ogromnym drewnianym tarasie bezpośrednio nad zatoką. Jest 7 wieczorem i jest już całkiem czarno. Ocean szumi w ciemności, a potem spada krótki ostry deszcz.

Poniedziałek.
Płyniemy statkiem na Ross Island. Kiedyś stacjonowały tu oddziały angielskiej marynarki wojennej, na wyspie mieszkali angielscy oficerowie i żołnierze Hindusi. Dziś wyspa jest pusta, ale pozostało tu małe miasteczko wojskowe – koszary, mieszkania oficerów, klub, uliczka sklepików, kościół neogotycki, świątynia. Po wojnie, gdy wojsko opuóciło wyspę, za miasteczko zabrała się dżungla. Budynki popadały w ruinę, postradały dachy, szyby, ściany, przerosły je korzenie mangrowców i areki. Teraz Ross Island to ghost town. Małe łódki dowożą i odwożą nielicznych turystów. Po wylądowaniu na wyspie trzeba się wpisać do księgi gości i można sobie iść, dokąd nogi poniosą. Nie ma właściwie informacji dla turystów, co najwyżej tu i ówdzie znaleźć można tabliczki z nader treściwymi napisami: kościół, klub, zbiornik wody.

Niesłychany i rzadki to widok, cywilizacja wydana na pastwę drzew, słońca i deszczu. Łuki okien oplecione powojem lub przesłonięte siatką mocnych białych korzeni. Omszałe schody donikąd. W górę i w dół. Przechodzimy schodami na drugą stronę wyspy, gdzie nie ma już ani ścieżek ani szyldów. Zbliżamy się do ruin kościoła. Łuki gotyckich okien, wieża w oplotach bluszczu. Stada małych cętkowanych jelonków przemykają pomiędzy palmami. W dole błękitne morze. Białe grzywy przyboju rozbijają się o czarne skały. Cisza.