Über Indien am Sonntag 3

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

.. aus Indien

Diesmal sind Unterschrifte ganz knapp: Frauen, im südindischem Dorf, Ausflug zu Heiliger Insel Rameshwarm. Daher greife ich zur Wikipedia zu:

Rameswaram (Tamil: இராமேஸ்வரம் Irāmēsvaram [(ɨ)ˈɾaːmeːsʋəɾʌm], auch Rameshwaram, Ramesvaram) ist eine Stadt im südindischen Bundesstaat Tamil Nadu. Sie liegt im Distrikt Ramanathapuram auf der dem Festland vorgelagerten Insel Pamban in der Meerenge zwischen Indien und Sri Lanka. Als Ort, an dem Rama nach seiner Rückkehr aus Lanka den Gott Shiva verehrt haben soll, gilt Rameswaram als einer der heiligsten Orte des Hinduismus und ist daher einer der wichtigsten Wallfahrtsorte Indiens.

O czym tu pisać?

Ewa Maria Slaska

Nagromadziło mi się ostatnio trochę luźnych przemyśleń, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo do niczego nie pasują, a co gorsza niezbyt są ważne, ale jednak mają pewną wartość i trochę ich szkoda na całkowity przepadek. Zaczynam więc ten wpis, nie wiedząc, dokąd mnie, a zatem – nas, te przypadkowe rozmyślania zaprowadzą? Przyznaję, że sama jestem ciekawa.

Matka Polka

Zdecydowanie zmieniło się znaczenie tego pojęcia. W szkole pojawiło się ono podczas omawiania literatury XIX-wiecznej i oznaczało zapamiętałą patriotkę, która nie bacząc na przegrane i klęski kolejnych zrywów przeciw zaborcom, rodzi i wychowuje synów na zagorzałych patriotów, gotowych walczyć i polec dla odzyskania wolności Ojczyzny. To do niej i o niej pisał Mickiewicz, to jej bronił Konstanty Gaszyński.

Taką ma też wymowę wzniesiony w roku 1973 Pomnik Matki Polki w Raciborzu, przypominający bohaterstwo śląskich matkek, wychowujących dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Autor wpisu w Wikipedii używa do opisu bohaterskiej matki słów wzniosłych i pełnych godności. Pomnik przedstawia śmiało patrzącą i kroczącą przed siebie, wyprostowaną kobietę z dzieckiem na ręku.

Pomnik Matki Polki nieopodal placu Mostowego w Raciborzu,
zaprojektowany przez Jana Borowczaka

Chlubny to i wspaniały patriotyzm, niestety dziś już nader anachroniczny, a przecież nadal może nie tyle praktykowany, bo i na szczęście – nie ma go gdzie praktykować, ale z wielkim krzykiem głoszony. I w tym krzyku wciąż się pojawia zdanie o tym, że tak “nas” wychowano. Trudno jednak powiedzieć, kto “nas” (tych młodych “nas”) tak wychował, bo pojęcie Matka Polka zniknęło z wokabularza patriotycznego.

Gdy rozmawiam o tym z przyjaciółką, zgadzamy się oczywiście, co do tego, że wzór XIX-wieczny byłby aktualnie nie do zniesienia i nie do przyjęcia, a zarazem bez sensu. Ba, wydawałoby się, że od-militaryzowanie i od-mitologizowanie Matki Polki Bohaterki jest ze wszech miar wskazane. Zastanawiające jest jednak, że ta jej wersja zniknęła właściwie bez śladu. I tak jak zwykły człowiek w Polsce bez problemu używa określenia hetera zamiast megiera i ubiera buty zamiast je wkładać, i już nic tego niestety nie zmieni, tak i Matka Polka Bohaterka całkowicie zniknęła z pamięci publicznej i tego też już nikt nie zmieni. Piszę to z żalem, nie dlatego, bym chciała, by nadal takie były nasze zadania, ale dlatego że zmiana konotacji tego pojęcia odsunęła w niepamięć pokolenia kobiet, które rodziły synów, wiedząc, że ledwo dorosną, przyjdzie im wysłać ich na śmierć w walce.

Gdy jednak przyglądam się bliżej współczesnej Matce Polce, to widzę oczywiście, że zwolnienie jej z obowiązków patriotycznych, wcale w aktualnym rozumieniu nie zmieniło jej w istotę wolną, lecz zamiast bohaterstwa pod pojęcie to podłożone zostało posłuszeństwo i bodaj czy nie oznacza ono dziś jeszcze cięższego brzemienia niż był nim ongiś bezwzględny patriotyzm. Usunięta z leksykonu patriotycznego i pozbawiona tym samym godności i prawa do uznania, Matka Polka przeniosła się w sferę społeczną. Dziś jest to nie tyle matka, co przede wszystkim żona, posłuszna kościołowi, mężowi, prymasowi, prezydentowi i prezesowi, istota, która dała życie dzieciom narodzonym i da je tym jeszcze nie narodzonych, nosicielka świętej zygoty. Ubrana w sukienkę do kolan, cieliste rajstopy i niebotyczne szpilki o spiczastym nosku, tak sama jak pięć milionów innych, nieszczęsna istota, wzgardzona po równi przez partię rządzącą i opozycję. To ona! To o niej i dla niej kobiety emancypowane sformułowały projekt “ratujmy kobiety”. Po dwóch latach ośmielam się wreszcie powiedzieć to na głos – ta nazwa jest arogancka i traktuje nas jak jakieś bezwolne i bezmózgie istotki, nad którymi pochylił się ktoś Wielki i Dobry, kto w dobroci swej wielkiej postanowił nas uratować.

Tym niemniej szkoda, że mu się nie udało. Bo teraz nic nas już nie uratuje, choć byśmy nie wiem ile razy wychodziły na ulicę i protestowały…


W PS przypomnę jeszcze owe dwa wiersze, które zbudowały ongiś retoryczną figurę Matki Polki

Adam Mickiewicz
Do matki Polki
O matko Polko! gdy u syna twego
W źrenicach błyszczy genijuszu świetność,
Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetność;
Jeśli rzuciwszy rówienników grono
Do starca bieży, co mu dumy pieje,
Jeżeli słucha z głową pochyloną,
Kiedy mu przodków powiadają dzieje:
O matko Polko! źle się twój syn bawi!
Klęknij przed Matki Boleśnej obrazem
I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!
Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały,
Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania,
Syn twój wyzwany do boju bez chwały
I do męczeństwa… bez zmartwychpowstania.
Każże mu wcześnie w jaskinią samotną
Iść na dumanie… zalegać rohoże,
Oddychać parą zgniłą i wilgotną
I z jadowitym gadem dzielić łoże.
Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem
I być jak otchłań w myśli niedościgły;
Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,
Postać mieć skromną jako wąż wystygły.
Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,
Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił.
O matko Polko! ja bym twoje dziecię
Przyszłymi jego zabawkami bawił.
Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza,
By przed katowskim nie zbladnął obuchem
Ani się spłonił na widok powroza;
Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,
Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie,
Albo jak świata nowego żołnierze
Na wolność orać… krwią polewać ziemię.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy,
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny.
Zwyciężonemu za pomnik grobowy
Zostaną suche drewna szubienicy,
Za całą sławę krótki płacz kobiecy
I długie nocne rodaków rozmowy.
1830
tajny druk, Ossolineum we Lwowie 1833
XX
Konstanty Gaszyński
Do matki Polki
O! matko Polko! jeśli syn twój z młodu
W płochych rozrywkach marnie trawi lata,
I zapomniawszy krzywd swojego rodu
Schlebia tyranom, z wrogami się brata;
Jeśli zwyczaje i strój narodowy
Obraca w pośmiech lub znosi ze wśtrętem;
Jeśli się wstydzi pięknej ojców mowy
I rad szczebiocze paryzkim akcentem —
O! matko Polko! źle syn twój się chowa;
Opowiedz-że mu wszystkie Polki męki,
Wskaż mu na Pragę – na pola Grochowa —
Na niepomszczone błonia Ostrołęki!
Niechaj się dowie, ile krwi wyciekło
Z serca narodu — i jaka łez rzeka,
Płynąc od strony, gdzie Sybiru piekło
Przez wszystkie ziemie wygnania przecieka!
W Korsyki górach — gdy morderców kule
Zabiją starca — obowiązkiem syna
Jest nosić ojca skrwawioną koszulę,
Która mu wiecznie zemstę przypomina;
I póty nie zdjąć tej smutnej puścizny,
Aż krew krwią spłaci — — O! Polko! twe dziecię
Nosić powinno kir z grobu ojczyzny —
I w każdej chwili myśleć o odwecie!
Niech więc do dzieła sposobi się z cicha,
Skrytemi łzami żal serca podsyca,
Żart ma na ustach a śmiercią oddycha,
Jak Hamlet, kiedy mścił się za rodzica!
Tej jednej myśli niech wszystko poświęci
Jak Alf, co zrzekł się szczęścia i Aldony,
By pomścić Litwę — i niech ma w pamięci,
Że i on rośnie dla kraju obrony!
Każże mu wcześnie wprawiać się do konia,
Do strzału, szabli, do harców i znoju —
Umieć wypatrzeć obronne ustronia
Do czat, zasadzek, lub wstępnego boju;
Pod domem swoim skryte kopać lochy
I tam śród nocy, gdy śpią wrogi nasze,
Odlewać kule, nagromadzać prochy,
Strzelby, kulbaki, lance i pałasze!
Po tylu próbach, chwilę jeszcze jedną
Czekać i czuwać — bo czas niedaleki,
W którym ojczyznę, matkę naszą biedną
Z grobu wyniesiem — by żyła na wieki!
Wtenczas i syn twój, biegnąc w hufiec bratni,
By z dziecka, może stać się bohaterem,
Wyjdzie wraz z nami na ten bój ostatni,
Co wiecznym ludów zakończy się mirem!
Aix, 1843

Z Białorusi po białorusku 2

Natalia Miziarska / Наталля Мізярска

Гісторыя храмаў Ушаччыны ў савецкія часы (1917 – 1991 гг.)

Артыкул прысвечаны гісторыі хрысціянскіх храмаў на тэрыторыі Ўшацкага раёна ў савецкі перыяд. Упершыню разглядаюцца абрадавыя функцыі храма ў жыцці беларусаў Вушаччыны.

The article concerns the history of Christian temples at the Uschachi Territory in the Soviet Union’s period and is the first publication about the temple’s religious customs of the people’s life in Ushachi.

З прыходам да ўлады ў кастрычніку 1917 г. бальшавікоў і ўстанаўленнем савецкай улады на Беларусі, становішча ўсіх канфесій змянілася: пачалася доўгая, палітая крывёю многіх пакаленняў канфрантацыя дзяржавы і царквы. Такая палітыка была выклікана тым, што марксізм-ленінізм разглядаў барацьбу з рэлігіяй як адзін з напрамкаў класавай барацьбы пралетарыята з капіталам. Як пісаў К. Маркс: “Рэлігія ёсць опіум для народа”. Распрацоўваючы пытанні адносін бальшавікоў да рэлігіі ў рабоце “Сацыялізм і рэлігія”, Ленін падкрэсліваў неабходнасць жорсткіх адносін да рэлігійных вераванняў [13, с. 155-156].

Былы дамініканскій касцёл (пазней царква) ва Ушачах пасля
Другой Сусветнай
вайны

Па меркаванню М.І. Калініна рэлігію і яе сакрамэнтамі: хрышчэнне, вянчанне, адпяванне, павінны былі замяніць новыя абрады і традыцыі – савецкія святы, тэатры і тэатралізаваныя прадстаўленні [14, с. 6 ].

У сярэдзіне лістапада 1917 г. ва Ушачах Сход валрэўкома пастанавіў: безагаворачна прызнаць савецкую ўладу, актыўна падтрымаць усе мерапрыемствы ўрада. Было вырашана канфіскаваць маёмасць мясцовых памешчыкаў і царкоўныя землі на Ушаччыне. Адабранай зямлёй павінны былі надзяліць батракоў і малаземельных сялян Ушацкай воласці [15]. Супраць рэлігійных традыцый з’явіўся дэкрэт Савета Народных Камісараў ад 20 студзеня 1918 года “Аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы”. У студзені 1920 года дазвалялася для нованараджонага даваць любое імя, нават калі такога не было ў царкоўным календары. Па меркаванню камуністаў царква часта навязвала непрыстойныя імёны, якія нібы зневажалі чалавека: Авель, Зілота, Глікія [14, с.31].

Касцёл Святой Веранікі ў вёсцы Селішчы пасля вайны

Архіўныя дадзеныя сведчаць аб тым, што на Ушаччыне ў школах праводзілася выхаваўчая праца з антырэлігійнай накіраванасцю: “Антырэлігійныя вераванні праводзіліся з праграмным матэрыялам. Вучні ўдзельнічалі ў правадзімых мерапраемствах аб шкоднасці каляд і вялікадня. Заняткі ў школе праводзіліся ў царкоўныя дні” [ 2, ф.150, оп.1, д.25].

У 1919 – 1922 гг. у каталіцкай парафіі на Ушаччыне працаваў ксёндз Язэп Барадзюля, які быў абвінавінавачаны савецкімі ўладамі ў шпіянажы і высланы ў Сібір на 25 год. Пасля смерці Сталіна, ксёндз Я. Барадзюля ў 1954 г. быў вызвалены і атрымаў парафію ў Літве.

Царква Святой Параскевы Пятніцы ў Арэхаўна. Фундатар Мікалай Юзаф Грабніцкі.
Выгляд у сучасны час

Пік антырэлігійнасці на Ушаччыне прыпаў на 1929 – 1939 гг. Савецкая ўлада не толькі садзейнічыла распаўсюджванню атэізму сярод дарослых і моладзі, але і вынішчэнню сакральных аб’ектаў. Пасля 1930 г. была часткова разабрана праваслаўная царква (былы дамініканскі касцёл) ва Ушачах, які знаходзіўся на вуліцы Кастрычніцкай. Першы паверх царквы, аднак, ацалеў, на якім пазней пабудавалі Дом культуры, дзе збіраліся партыйныя актывісты [16, с. 470-471].

Пра лёс Кубліцкай царквы, якая некалі была ўніяцкай, успамінаў Васіль Быкаў: “ У 30-я гады з царквы садралі крыжы з царкоўных купалоў, але бурыць царкву пачалі самі. Усё царкоўнае майно сканфіскавалі або проста расьцягалі ваяўнічыя атэісты, якімі абавязаны былі быць усе піянеры, камсамольцы, бальшавікі, настаўнікі і актывісты. І мы піянеры-актывісты, цягалі з царквы і дралі старажытныя фаліянты, клеілі з царкоўных рукапісных пергамэнтаў папяровых зьмеяў, якія запускалі ў ветраныя дні. З царкоўных жа рызаў раённы быткамбінат пашыў цюбіцейкі, у якіх шмат год хадзілі нашы хлопцы” [ 1, с.19-20].

Выгляд касцёла ва Ушачах у сучасны час

У 1942-1948 гг. пад час бамбардзіроўкі немцамі Кубліч храм быў разбураны і ў такім стане заставаўся да канца вайны. У 1948 г. жыхары вёскі разабралі рэшткі касцёла на цэглу. Сёння можна ўбачыць толькі фрагменты фундамента [16, с. 490].

У гады Вялікай Айчыннай вайны нямецкія акупанты на беларускіх землях распрацавалі сваю палітыку ў адносінах да канфесій, якая прадугледжвала адраджэнне царквы ў жыцці насельніцтва. З гэтай мэтай забаранялася працаваць у нядзелю. Парушальнікі дадзенага загаду падвяргаліся штрафам і нават расстрэльваліся. Насельніцтва акупіраваных трыторый павінна было адзначаць рэлігійныя святы па старым стылі, у кожным доме мець іконы, насіць крыжы на шыі, хрысціцца перад і пасля ежы. Усе ранейшыя грамадзянскія акты (рэгістрацыя дзяцей, вянчанні, пахаванні) лічыліся несапраўднымі. З архіву Вермахта, вядома што ва Ушачах у гады Вялікай Айчыннай вайны немецкія захопнікі хавалі сваіх салдат ля сцен касцёла, які працаваў у той час [11].

Царква Стрэчання Гасподняга ў Мосары ў сучасны час (таксама два малюнка ніжэй)

Нямецкія акупанты не перашкаджалі адкрыццю храмаў, асабліва праваслаўных, якія былі зачынены ў перадваенныя гады. Абавязковай умовай рэлігійнага жыцця з’яўлялася беларуская мова. Часам фашысцкія захопнікі не толькі дазвалялі адкрываць храмы, але і спальвалі іх, як толькі даведваліся аб сувязях вернікаў прыхода з партызанамі [13, с. 216-219].

Касцёл Найсвяцейшай Марыі ў Селішчах вядомы з апісанняў Я. Фібека з 1913г.: “Касцёл узносіўся над возерам, пры ім быў збудаваны двухпавярховы кляштар. Касцёл меў 5 метраў у вышыню. Над галоўным алтаром вісеў абраз Божай Маці, які быў перавезены з Кубліч. Ён быў пакрыты срэбрам. Захрыстыя ў касцёле была вельмі багатай, бо тут было сабрана шмат рэчаў з суседніх храмаў: арнаты, упрыгожаныя срэбрам і золатам, пашытыя са слуцкіх паясоў” [17, с. 411-412]. Касцёл у Селішчах быў зруйнаваны ў перыяд з 1944 па 1989 гг. [16, с. 494].

Пасляваенныыя гады заставаліся складанымі ў жыцці канфесій. Вайна нанесла храмам вялікія матэрыяльныя страты: некаторыя храмы былі цалкам разбураны, многія моцна пашкоджаны. Зноў пачалося згортванне рэлігійнага жыцця, якое адрадзілася ва ўсіх рэгіёнах у ваенны час. Большай лаяльнасцю вызначаліся адносіны партыйна – дзяржаўных структур да праваслаўнай царквы, чаму садзейнічыла пашырэнне кантактаў І. Сталіна і яго акружэння с Патрыярхам Маскоўскім і ўсея Русі Алексіем І [13, с. 234-235].

На Ушаччыне ў паслеваенныя гады атэізм адраджаўся хуткімі тэмпамі. Асабліва вострай была барацьба супраць каталіцкага касцёла і яго ўплыву на насельніцтва. Праваслаўная царква некаторы час працавала, але таксама была знішчана: ушачане разабралі яе для сваіх патрэб у гаспадарцы [16, с. 495].

Сярэдзіна 50-х і пачатак 60-х гг. азнаменаваліся паступовым разгортваннем чарговага рэлігійнага ўціску. Калі раней, у 20-30-я гг. царква разглядалася як “Класавы вораг” і барацьба з ёй з’яўлялася чаткай барацьбы за сацыялізм, то ў 50-я гг. на змену прыйшло бачанне рэлігіі як рэакцыйнай, “ідэалагічна чужой” сацыялізму з’яве. Рэлігія разглядалася ў якасці галоўнага ворага навуковага светапогляду, а вернікі залічваліся ў разрад свядомых ці несвядомых носьбітаў чужых поглядаў і нораваў. У дзяржаве была абвешчана ідэя камуністычнага будаўніцтва, дзе не было месца для рэлігіі [13, с. 264].

Успамінае інфармант з вёскі Мосар Ушацкага раёна: “ Мой бацька летаў у адным самалёце з Берагавым, быў яго механікам, а як вернуўся с вайны, стаў прадседацелем калхоза. На то время я помню баба наша Аляксандрына перасялілась к нам з Чарсвяд, перевезла і старынныя іконы свае. Ну бацька мой как камуніст і значыт председацель, тапаром іх пабіў, пакрышыў. А что было делать, нада было прімер падаваць астальным гражданам” [8].

Тых людзей, якія ў савецкія часы руйнавалі храмы, напаткаў несшчаслівы лёс. Успамінае жыхарка з вёскі Пліна Ушацкага раёна Леановіч А.А.: “Гаварылі, з тых, хто разбураў святыні, вырывалі крыжы, палілі абразы, ніхто не памёр сваёй смерцю. Здараліся розныя страшныя выпадкі, напрыклад, старшыню калгаса, які прымаў удзел у ліквідацыі храмаў, задавіла машына. Стаяў у двары, а машына сама пакацілася, прыціснула яго да сцяны і ён памёр” [6].

Па словах інфарманткі, некаторых людзей, якія руйнавалі Ушацкі касцёл, таксама напаткала бяда: “С рассказаў старэйшых ізвестна, что адзін чалавек зрываў у нас бляшаную крышу з касцёла, бо яна была з жэсці і рабіў вёдры дома патом. З ім здарылася бяда, і ён памёр” [4].

У 1967 г. у дакладзе “50 гадоў вялікіх перамог сацыялізму” было заяўлена, што ў СССР пабудавана “развітое сацыялістычнае грамадства”, якому ўласцівы непарушная ідэйна-палітычная згуртаванасць працоўных, іх самаахвярная адднасць ідэалам партыі, вернасць прынцыпам марксізма-ленінізма, высокая ступень сталасці ўсіх грамадскіх адносін. У такім грамадстве для рэлігіі не было месца. Існаваў неабгрунтаваны тэзіс “аб крызісе рэлігіі”. Таму працягвалася палітыка закрыцця цэркваў, зняцця з рэгістрацыі праваслаўных абшчын. На ахове дзяржавы стаяла і заканадаўства, якое ўсё больш абмяжоўвала магчымасці вернікаў весці актыўнае рэлігійнае жыццё. Быў прыняты ўказ Прэзідыума Вярхоўнага Савета БССР “Аб адміністрацыйнай адказнасці за парушэнне заканадаўства аб рэлігійных культах”, прыняты 1 красавіка 1966 г. Гэты ўказ прадугледжваў за правядзенне рлігійных сходаў і іншых цырымоній штраф у памеры 50 рублёў. Для ўтаймавання найбольш актыўных вернікаў штрафныя санкцыі лічыліся недастатковымі, таму адначасова быў прыняты ўказ Прэзідыўма Вярхоўнага Савета БССР “Аб унясенні дапаўненняў у артыкул № 139 Крымінальнага кодэкса”, які прадугледжваў пакаранне пазбаўленнем волі тэрмінам да трох гадоў асоб, “якія раней судзіліся за парушэнне законаў аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы, а таксама арганізацыўную дзейнасць, накіраваную на ўчыненне гэтых дзеянняў” [13, с. 293-294].

Важным кірункам аховы насельніцтва, у першую чаргу моладзі ад рэлігійных уплываў з’яўлялася ўкараненне новай сацыялістычнай абраднасці. Была прынята пастанова “Аб рабоце савецкіх органаў па ўкараненні грамадскіх абрадаў”, згодна з якой пры гарадскіх, раённых, сельскіх і пасялковых Саветах пачалі дзейнічаць грамадскія камісіі па абрадах. Асноўную ўвагу яны ўдзялялі правядзенню ўрачыстай рэгістрацыі шлюбаў і нараджэнняў. З’явіліся камсамольскія вяселлі і хрышчэнні. У такіх мерапрыемствах прынімалі ўдзел мясцовыя савецкія органы, партыйныя, камсамольскія арганізацыі [ 13, с. 295].

Успамінае жыхарка Ушаччыны Каплеўская Марыя Сяргееўна: “ Я приехала работать сюда в 1958г., в Дольцах, Ушачах, Глыбочанах, где я работала церковь не работала. Работала в Лепеле і Полоцке церковь. Тогда за учителями назначались деревни, и они были ответственные, агитаторы. И если у тебя что случилось: перекрестил кто и ты не знаешь, могли тогда тебя с работы снять, так как ты за это всё отвечаешь. Некаторые верующие тайно крестили детей. Вот, родился у меня сын Серёжа, ну значит по традиции как тогда делали: собрали всех родственников, была крёстная мать, хотя никого не крестили. Надо было садить кого-нибудь за крёстную матку и батьку. Приходили представители партийные из сельсовета посвящали новорожденного красным налстуком пионерским. Дарили такой наборчик: портретик Ленина, галстук и звёздочка октябрятская” [12].

Некаторыя ушачане, па словах інфарматкі Каваленка А.Б., якія займалі пасады і працавалі настаўнікамі, аднак імкнуліся патаемна ахрысціць сваіх дзяцей: « Я крестила своих детей в начале 1980-х тайно. Поздней ночью я и ещё несколько моих коллег-учителей собрались и повезли в Прозороки в церковь детей крестить. Батюшку попросили в церковную книгу не записывать, а детям строго-настрого запретили рассказывать в школе о том, что с ними было. Очень рисковали и боялись, так как могли нас выгнать с работы» [ 9].

Па словах інфарманткі Клімавай І.С. вядома, што: “Моя мама рассказывала, что был такой момент, что вывешивали списки в сельсоветах и потом начинали людей гнобить. И потом если у тебя у власти знакомых нету, то могли и уволить с работы. Мама наша боялась крестить, сами покрестились, когда уже можно было” [5].

Непажадана было насельніцтву Ушаччыны таксама мець абразы ў сваёй хаце, што вядома са слоў інфарманткі Відзевіч В.П.: “Калі брат уступіў у партыю камуністычную, то ён загадаў маці зняць са сцяны лепшага пакою абраз старажытны. Мама вельмі растроілася, але ж прыхадзілі да нас братавыя калегі-настаўнікі, партыйцы. Святы царкоўныя мы святкавалі патаемна ў сваёй хаце без брата, але можа, першай прычынай аднак была не вера ў Бога, а таму што на стол ставіліся дэлекатэсы розныя. Бо кожны дзень есці дэлікатэсы ў 1970-я гады ніхто не мог сабе дазволіць з прычыны дэфіцыту” [3].

Камуністычная ідэалогія налажыла свой моцны адбітак на падрастаючае пакаленне савецкіх школьнікаў. Успамінае Каваленка Н.А. свае школьныя гады: “Когда я училась в шестом классе несколько отличников и хорошистов из нашего класса первыми посвятили в пионеры. После торжества, которое проходило в нашем музее, я пришла домой сняла пионерский галстук и значок и положила в секцию за стекло на самое почётное место. Когда бабушка это увидела, то гневу её не было предела, она Ленина идолом назвала и убийцей, рассадником зла. Я не понимала тогда её гнева, так как нам в школе по-другому говорили всё. А моя одноклассница даже повязывала галстук на ночную сорочку ” [10].

У заходняй частцы Віцебшчыны веруючыя людзі аднак насуперак партыйным уладам наведвалі храмы, аб чым вядома з успамінаў жыхаркі з вёскі Опса Браслаўскага раёна: “Касцёлы грамілі яшчэ раней, чым я нарадзілася. Мая мама казала, што калі руйнавалі Браслаўскі касцёл, то камуністы спачатку маліліся: сталі на калені, перажагналіся, прачыталі літанне і ружанец, а ўжо потым руйнавалі. На мой час касцёлы ператварылі ў склады, дзе сядзелі галубкі, паўсюдна загадзіўшыя храм. Уціск вернікаў прыйшоўся на 1980-е гады. Мае матка і бацька заўсёды выклікаліся ў школу на бацькоўскія сходы, бо я старалася наведваць касцёл. Наш класны кіраўнік пастаянна казала, што ў яе ёсць чорны сшытак, і папярэджавала нас, хто пойдзе да касцёла на Вельканац, будзе запісаны ў гэты сшытак. Але ўлічваючы, што такіх як я было з класа чалавек дванаццаць, а гэта была ўжо большасць, то напужаць нас было цяжка. Кожны раз, пасля наведвання касцёла, маіх бацькоў выклікалі у школу, ругалі і папярэджвалі. А потым у 1989 г., калі я заканчвала школу, ужо была трошкі такая адліга, але аднак усе мяне пужалі, што я не закончу школу. На сёняшні розум, я не магу зразумець, як гэта не закончыць школу? Напэўна былі іншыя ўстановы, якія патрабавалі каб вучань выпускаўся з адзнакай са школы, а рэлігійная самасвядомасць у дакуменце ж не была ўказана ў базавай, ці сярэдняй адукацыі? Мы баяліся, хваляваліся, што так будзе, але ж так былі выхаваны, што сядалі ў нядзелю ў аўтобус і ехалі ў Браслаў да касцёла” [7].

З прыходам да ўлады ў СССР М.С. Гарбачова ў 1985 г. паступова змяніліся адносіны дзяржавы да рэлігіі. Аб гэтым сведчыць вынікі работы Усесаюзнай партыйнай ХІХ канферэнцыі ў 1988 г. і святкаванне 1000-годдзя Хрышчэння Русі. У БССР, як і ў цэлым па краіне, упершыню за гады савецкай улады юбілей прайшоў без ідэалагічнага ўціску. Актывізацыяй рэлігійнага жыцця спрыялі і абвяшчэнне палітычнай і эканамічнай незалежнасці новай дзяржавы – Рэспублікі Беларусь [13, с. 315-317].

Рэлігійнае жыццё ва Ушацкім раёне пачынае адраджацца з 1989-х гадоў: будуецца праваслаўная царква святых пакутніц Мінадоры, Мітрадоры і Німфадоры; праваслаўная царква ў Арэхаўна Параскевы Пятніцы; аднаўляецца рымска-каталіцкі касцёл Святога Лаўрэна. Кожнаму грамадзяніну нашай краіны прадстаўлена права спавядаць любую рэлігію і наведваць храм.

Спіс літаратуры:

  1. Быкаў, В. Доўгая дарога дадому. Кніга ўспамінаў. – Прадмова аўтара; Мастак А. Бохан. – Мн.: ГА БТ “Кніга”, 2004. – 544 с.

  2. Занальны дзяржаўны архіў у г. Полацку. Фонд. 150. «Матэрыялы аб рабоце Мосарскай школы». Вопісь 1, справа 25.

  3. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Відзевіч Валянціны Пятроўны, 1952 г.н. у г.п. Ушачы

  4. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Ісаковіч Валянціны Эдуардаўны, 1947 г.н. у в. Усвея Ушацкага раёна.

  5. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Клімавай Інэсы Сяргеяўны, 1969 г.н. у в. Шніткі Сарочанскі с/с

  6. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Леановіч Алены Антонаўны, 1953 г.н. у в. Пліна Ушацкага р-на.

  7. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Любачка Марыі Казіміраўны, 1972 г.н. у г.п. Бешанковічы.

  8. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Каваленка Аляксандра Фѐдаравіча, 1949 г.н. у г.п. Белае Ушацкага р-на

  9. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Алены Баляславаўны, 1950 г.н. у г.п. Ушачы

  10. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Наталлі Аляксандраўны, 1976 г.н. у г.п. Ушачы

  11. Кавалеўская, К. “Рэха вайны пад сценамі касцёла” / К. Кавалеўская // Ушацкая раѐнная газета Патрыѐт – 2018 г. – № 9 (9726) – С.3

  12. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каплеўскай Марыі Сяргеяўны, 1934 г.н. у г.п. Ушачы

  13. Канфесіі на Беларусі (к. XVIII – XX ст.) / В.В. Грыгор’ева, У.М. Завальнюк, У.І. Навіцкі, А.М. Філатава; Навук. Рэд. У.І. Навіцкі. – Мн.: ВП “Экаперспектыва”, 1998 г. – 340 с.

  14. Мелешко А.А. Современные гражданские обряды и традиции. – Мн.: Полымя, 1985. – 143 с.

  15. Міхайлаў, А. Наш родны кут. Да 50-годдзя савецкай улады / М. Міхайлаў // Ушацкая раѐнная газета ―Патрыѐт‖. – 1967г. – № 16 – С.

  16. Fibek, J. Dzieje parafii i klasztorów katolickich na Białorusi. Tom 1 Wschodnia część Diecezji Witebskiej. Łomża : Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Warszawska, 2016 r– 692 s.

17. Zyskar, J. Nasze koscoly/ T.1 Archidjecezja Mohylowska – Warszawa. Petersburg 1913 r. – 443 s.

Wiśniewski

Radosław Wiśniewski

Myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście…

Ładnych dziesięć lat temu, ktoś zadzwonił do biura SPP we Wrocławiu z pytaniem, czy jest jeszcze dostępny debiutancki zbiór wierszy Juliusza Gabryela “Hemoglobina” (najlepszy debiut roku 2002 w konkursie SPP). Pani Hałasowa była wówczas sekretarzem na 1/4 etatu i odpowiedziała, że tak, że zostało, nawet sporo. I ten ktoś powiedział, że on chce kupić wszystko, bo Juliusz Gabryel umarł i teraz te książki będą na wagę złota. To była era sprzed fb, więc ładnych kilka dni zajęło uspokojenie nastrojów, potwierdzenie, że Julek żyje i na razie nie wybiera się na tamten świat. Nigdy nie zostało ustalone, kto sobie wówczas takie żarty stroił. Niewykluczone, że sam Julek. To było do niego podobne.

Jakiś czas potem, w dzień po zaduszkach w 2010 roku dostałem sms-a od Julka, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć swoją trzecią książkę i może byśmy mu ją wydali w Brzegu przez Stowarzyszenie. Zapytałem co się stało, skąd pisze, napisał mi, że jest na nefrologii w Olesnie, że odpompowano z jego organizmu wiadro wody i jest źle. Pojechałem do niego następnego dnia po pracy, ucieszył się jak zawsze, żywiołowo, bo inaczej cieszyć się nie umiał, że ktoś go odwiedził. Zostawiłem mu swoją mp3, żeby nie zdechł z nudów w szpitalu, uzgodniliśmy szczegóły, powiedziałem coś, żeby się nie wygłupiał i nie umierał za szybko, bo wydanie w Polsce książki poetyckiej nie zajmuje miesięcy ale lata.

Całe lata potem pisaliśmy kolejne wnioski, a Julek wędrował ze swoją książką od nas do Dawida Junga i potem jeszcze gdzieś, aż wracał do nas, do Brzegu. W tym czasie finansowania odmówiło między innymi jego rodzime miasto Kluczbork w tym samym roku wspierając pokaźną sumą działalność lokalnej orkiestry dętej. Ostatecznie się udało dzięki pomocy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego, Darka Pado i Dawida Junga i jesienią 2016 roku wydaliśmy “Płyn lugola”, moim zdaniem bardzo dobrą książkę. Przeszła trochę bez echa, jak wiele innych.
Na druk czeka czwarta książka, o szczegółach wie Rafał Gawin, pewnie kilka jest na zahasłowanym laptopie Julka.

Bo od wczoraj wiem na pewno, że Julek naprawdę nie żyje. I to już całkiem na pewno, nie na żarty. W nocy z wtorku na środę. Nieznany szerzej za życia, nie stanie się legendą po śmierci mimo, że pisali którejś nocy palcami na szronie porastającym samochody we Wrocławiu z Łukaszem Łukasz Bax Bagiński “Poeci pogranicza”. I coś o tym, że zmartwychwstanie poematu zostanie ogłoszone (to z innego poety pogranicza).

Dzisiaj myślę, że wiele razy było nam dane zaznać szczęścia, ale nikt nam o tym nie mówił, że to jest właśnie szczęście, że trzeba to jakoś szczególnie celebrować. Nic o tym nie wiedzieliśmy leżąc nocą na ciepłym asfalcie na szosie między Rożnowem a Kluczborkiem i patrząc w gwiazdy, albo jadąc pociągiem cholera wie po co do Tarnowa, pijąc piwo w Pieniężnie, po którym wszyscy potem mieli kłopoty – myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście.
Kiedyś żegnając się po jakiejś eskapadzie na dworcu Julek rzucił w drzwiach pociągu cytat z Tadeusza Stirmera: – poeci tak jak psy, idą prosto do nieba.
To było po śmierci Krzyśka Urbańskiego, który prowadził warsztaty dla więźniów w ZK w Kluczborku. To było o nim.
Tak, Julku. Poeci tak jak psy, idą prosto do nieba. Jeżeli ono jest.

Pogrzeb odbył się w Kluczborku wczoraj, w środę 21 marca, o godzinie 12:00 na cmentarzu komunalnym przy ulicy Opolskiej.

P.S. Teraz kiedy szukam zdjęć Julka widzę, że zawsze trafiał gdzieś w tło, na drugi plan, nigdy się nie pchał do pierwszego rzędu. Cały Julek “Archanioł” Gabryel. Mistrz drugiego planu. Jak mówi Małgorzata: “nasz kosmita”. I już taki nasz zostanie.

(4.11.1979-14.03.2018)

 

Stuart 42

Nobody knows how to say goodbye
It seems so easy ’til you try
Then the moments passed you by
Nobody knows how to say goodbye

Nobody knows how to get back home
And we set out so long ago
Search the heavens and the Earth below
Nobody knows how to get back home

Nikt nie wie jak powiedzieć do widzenia
Kiedy nadejdzie ten moment
To, co miało być proste, staje się trudne.
Nikt nie wie jak się mówi do widzenia

Nikt nie wie jak wrócić do domu
Po długiej podróży, w którą ruszyliśmy
Żeby szukać siebie na ziemi i w niebie
Nikt nie wie jak wrócić do domu.

Nobody knows, The Lumineers

Joanna Trümner

Powrót

Wczesnym rankiem posterunek policji na Bondi Beach miał dziwną, nierzeczywistą atmosferę. Brudna podłoga, niewygodne, zużyte plastykowe krzesła i stojąca w kącie poczekalni niedopita butelka po piwie opowiadały o burzliwych wydarzeniach, których były świadkami. Sally i Stella, zszokowane, pachnące alkoholem młode kobiety z rozmazanym makijażem i w porwanym ubraniu, nie zaskoczyły wyglądem starszego policjanta, który zaprowadził je do pokoju przesłuchań.

W pół godziny później policjant nie próbował nawet ukryć zniecierpliwienia przebiegiem przesłuchania. „Mam wrażenie, że nie chcecie, żebyśmy ich znaleźli”, skomentował chaotyczne opowiadanie kobiet o wydarzeniach ubiegłej nocy i niezbyt dokładny opis sprawców. Zarówno Stella jak i Sally wiedziały, że nigdy nie zapomną twarzy mężczyzn, którzy je zgwałcili, mimo to z trudnością i niepewie odpowiadały na szczegółowe pytania o ubranie i wygląd mężczyzn i nie potrafiły zrekonstruować dokładnego przebiegu minionej nocy. „Może łatwiej byłoby o tym opowiedzieć kobiecie?”, zastanawiała się Sally, zdając sobie sprawę z tego, że nie pamiętała nawet marki samochodu, którym jechała z nieznajomymi mężczyznami z centrum miasta na plażę. Na twarzy prowadzącego dochodzenie policjanta malowało się coraz większe rozdrażnienie. „Większośc ludzi o tej porze jeszcze śpi, a ja muszę się męczyć z kolejną beznadziejną sprawą, dowodem bezgranicznej głupoty dwóch wcale już nie tak młodych kobiet”, pomyślał kończąc spisywanie protokołu.

Obie podpisały protokół, wyszły z posterunku i zatrzymały taksówkę. Sally podała adres i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki. „Jakie szczęście, że nie zabrali nam pieniędzy”, pomyślała. W chwilę później zapadła w głęboki sen, z którego wyrwał ją głos taksówkarza. „Jesteśmy na miejscu”, powiedział z zażenowaniem w głosie. Domyśłał się, że pasażerki były w szoku i przeżyły niedawno coś złego, lecz nie wiedział, jak się zachować podczas długiej drogi z Bondi Beach do centrum miasta. Przyglądając się śpiącej Sally i patrzącej przed siebie niewidzącym wzrokiem Stelli, wybrał milczenie. W mieszkaniu Sally kobiety nie zamieniły ze sobą ani słowa, położyły się w ubraniu do łóżka w sypialni i natychmiast zasnęły. W kilka godzin później Sally przyglądała się swojej twarzy w lustrze w łazience, „Może to wszystko było tylko złym snem?”, zastanawiała się zmywając z twarzy resztki rozmazanego makijażu.

Siedziały teraz obie przy kuchennym stole, piły kawę i zastanawiały się, co robić. Stella zdecydowała się zadzwonić do matki. Ożywionym, nieswoim głosem powiedziała, że wczoraj w nocy wróciły z party tak późno, że zdecydowała się zanocować u Sally. „Jestem strasznie zmęczona, chyba zostanę tutaj dziś. Nie chciałam was budzić w środku nocy. Przepraszam”. Odłożyła słuchawkę, zastanawiając się, kiedy ostatni raz powiedziała matce „przepraszam”. „Mam nadzieję, że niczego się nie domyśli”, pomyślała i zdała sobie sprawę z tego, że jedyną osobą, którą chce w tej chwili widzieć, jest Sally.

W kilka dni później Stella wróciła z matką do Londynu. Jane widziała, że córka jest ostatnio przygaszona, szuka jej towarzystwa i sprawia wrażenie małego, zagubionego dziecka. Wielokrotnie bezskutecznie próbowała dpwoiedzieć się od córki, co się stało.
W kilka tygodni po powrocie siostry z córką do Anglii Brian wyjął ze skrzynki pocztowej adresowany do Stelli list z policji. „W związku z niemożliwością zidentyfikowania sprawców dochodzenie w sprawie gwałtu zostało zakończone”. Stella przeczytała to parę dni później w Londynie. Poczuła się bezsilna i wydana na pastwę świata. Przepłakała cały dzień, a wieczorem po raz pierwszy od dawna przytuliła się do matki i opowiedziała jej o nocy na Bondi Beach. Z każdym słowem wzrastało w niej uczucie żalu i bezsilności. „Nigdy nie myślałam, że mnie może coś takiego spotkać”, powiedziała przez łzy, a Jane patrząc ze współczuciem na córkę zastanawiała się nad tym, skąd bierze się przekonanie, że rzeczy złe dzieją się w innym świecie, świecie, który nas nie dotyczy, że przydarzają się one zawsze tylko innym ludziom. Wiedziała, że tak koszmarne przeżycia są piętnem, które pozostaje na zawsze. Zastanawiała się, jak pomóc córce i złapała się na myśli, że podświadomie cieszy się, że ta trauma może być jej szansą na poprawę kontaktu ze Stellą.

Sally również dostała list o zakończeniu dochodzenia. „To niemożliwe, żeby coś takiego można było zrobić bez żadnych konsekwencji”, pomyślała i po raz pierwszy poczuła potrzebę opowiedzenia komuś o tamtej nocy. Umówiła się na spotkanie ze Stuartem, który od dawna próbował zrozumieć, dlaczego Sally unikała spotkań i nie dopuszczała miądzy nimi do żadnych intymności, nie pozwalała nawet na pocałunki, a kiedy próbował ją wziąć w ramiona czuł, że nie odwzajemnia jego dotyku. Widywali się coraz rzadziej, podczas ostatniego spotkania Stuart zapytał ją wprost: „Czy ty mnie jeszcze w ogóle kochasz?” Unikając odpowiedzi na pytanie, Sally powiedziała: „Jest coś, o czym muszę ci opowiedzieć, daj mi proszę jeszcze trochę czasu.” List, który upokorzył ją prawie tak mocno, jak przeżycia podczas nocy na plaży w Bondi Beach, spowodował, że zdecydowała się opowiedzieć o tym Stuartowi.

„Jak można być tak naiwnym, przecież nawet małe dzieci wiedzą, że nie wolno wsiadać do samochodu nieznajomego”, myślał w duchu Stuart. Przyglądał się swojej dziewczynie, tak jakby widział przed sobą nieznaną osobę. Przytulił ją do siebie milcząc, bał się, że każde wypowiedziane przez niego teraz słowo, może ją zranić i upokorzyć. „Nie kopie się leżących”, pomyślał. Wiedział, że ma przed sobą inną osobę, niż pogodną, pełną energii i planów, dowcipną Sally, w której się zakochał.

Nie mógł opanować uczucia niesprawiedliwości na myśl o tym, że po wypadku Meg jest to drugie przestępstwo, za które nikt nigdy nie poniesie konsekwencji. Po długim milczeniu zwrócił się do Sally: „Musisz zrobić wszystko, żeby o tym zapomnieć. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, musimy sobie z nimi poradzić”. W tym samym momencie zdał sobie sprawę z tego, że jego słowa zabrzmiały twardo i bezwzględnie. „Zrobię wszystko, żeby ci pomóc”, dodał.

W kilka dni później Sally siedziała w poczekalni u psychologa. Długo wzbraniała się przed pójściem na poradę, rozmowa z psychologiem oznaczała kapitulację, przyznanie się do tego, że nie jest w stanie sama kontrolować swojego życia. Równocześnie wiedziała, że dzieje się z nią coś złego. Nie potrafiła być sama, zamieszkała u Stuarta i miała nadzieję, że pomoże jej to opanować ataki paniki, które zdarzały się w najmniej oczekiwanych momentach i uniemożliwiały normalne funkcjonowanie. Opuszczała zajęcia na uczelni, bo jakaś niewidzialna siła mówiła jej, że naprawdę bezpieczna jest tylko w domu Stuarta. Kilkakrotnie wyszła z zajęć zlana potem ze strachu. Spała w pokoju gościnnym, często budząc się w środku nocy w panice. „Nie mogę dopuścić, żeby ten człowiek przez jedną noc zniszczył wszystko, co udało mi się w życiu osiągnąć”, powtarzała sobie wielokrotnie w duchu. Po kolejnej nieprzespanej, przerywanej koszmarnymi snami nocy zdecydowała się zadzwonić do psychologa.

„Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?”, pytała szczęśliwa, uśmiechnięta młoda kobieta na wielkim plakacie w poczekalni. To pytanie wydawało się Sally w jej obecnej sytuacji absurdem. W chwilę później otworzyły się drzwi gabinetu i Sally zobaczyła atrakcyjną, starszą kobietę. „Czy ona pomoże mi być znowu sobą? Kobietą, którą byłam przed tą potworną nocą? Wrócić do domu i pożegnać się raz na zawsze z paniką i lękami?”, zastanawiała się Sally wchodząc do gabinetu.

Cdn

Szopa w salonie 22

Łukasz Szopa

Bieda – nie tylko relatywna

Niedawno nowy niemiecki minister zdrowia, Jens Spahn, stwierdził, że w Niemczech żyjący na zasiłku ludzie nie tylko mogą z tym całkiem normalnie żyć, ale i zdrowo się odżywiać. Reakcje były niemal bez wyjątku krytyczne i negatywne (z wyjątkiem neoliberalnej FDP), ale warto zastanowić się nad tym, co powiedział, i skąd mu się to wzięło (opócz oczywistej próby wyprofilowania się jako konserwatysta i prawicowiec).

Na pierwszy rzut oka – szczególnie dla tych, którzy w Niemczech nie muszą żyć z zasiłku, t.zw. „Hartz 4“, albo dla osób z innych krajów – mogłoby się wydawać, że ma rację. Gdyż na przykład zasiłek na osobę – wliczając średnie koszty wynajmu mieszkania, które urząd opłaca – to prawie 800 Euro.

Niemała kasa – nie tylko dla uchodźców gospodarczych i niegospodarczych z Polski czy Gambii – gdy porównać to do „średniej krajowej“ zarobków w tych krajach, ale i do medianu zarobków (bo „średnia“ często jest statystycznie zawyżona tym malutkim, ale bardzo bardzo dobrze zarabiającym odsetkiem najbogatszych). Nie mówiąc o podobnych zasiłkach – o ile istnieją, i o ile ma się do nich prawo.

Dlatego, oczywiście, że niemieccy biedni – to bardzo bogaci biedni. W absolutnym porównaniu osób z podobnym statusem właśnie w Gambii czy Polsce. Za taką „niemiecką“ kasę miesięcznie można się nieźle urządzić – może nie w Warszawie czy Bandżulu, no ale już trochę na prowincji, czy to pod Częstochową czy nad Atlantykiem w Gunjur – jak najbardziej. Mały szkopuł jednak nie tylko w tym, że cóż nam z takich porównań „absolutnych zasiłków“, gdy niemiecki „zasiłkowiec“ raczej nie jest w stanie (a i mu nie wolno) wyjechać sobie w te piękne rejony i bytować – bo musi jednak pozostać tam, gdzie mu wypłacają tę niemałą sumę. No i tu właśnie pojawia się ten „domowy“ problemik, że… co prawda dobrze mieć te niecałe 800 eurosów, ale – na zakupy trzeba jednak iść za róg, a i koszta za czynsz, energię i inne raczej do życia niezbędne sprawy – trzeba płacić. W cenach – niemieckich, nie gambijskich czy częstochowskich. I tym samym ta okazała suma zasiłku jednak robi się mniej okazała.

A więc, nie tylko pan Spahn powinien pamiętać: patrz nie tylko na dochody i zasiłki, a również na wydatki czyli koszta, zanim powiesz, że można „zdrowo i godnie żyć“.

Ale jest i trzecia strona medalu (tak!, nie wiedzieliście, że medal ma zawsze trzy strony? To zobaczcie sobie dokładnie, w ręku, ten kawałek metalu. Kto nie ma, można użyć monety).

No i ta mało zauważalna strona medalu mówi, że jednak niemieccy zasiłkowcy nie powinni zapominać, że ogólnie, „relatywnie“, w porównaniu do bliźnich losem w Gambii czy Polsce – żyją jednak lepiej. I że wielu chętnie zamieniłoby się miejscami z takim niemieckim zasiłkowcem. Gdyż jedno wysokość zasiłku, drugie koszta życia, a trzecie – to jednak standard życia, który oferują kraje rozwinięte jak Niemcy, z czego korzyść ma każdy – od miliardera po biednego. Jest to poziom bezpieczeństwa, infrastruktura, szanse edukacji, poziom środowiska, albo tak „teoretyczne“ kwestie jak praworządność czy po prostu – pokój.

Fajne te Niemcy, ale – i tak narzekają. Na biedę. Szczyt narzekania to coroczne publikacje t.zw. „Raportu biedy“ („Armutsbericht“), który opiera się na statystykach biedy i ubóstwa właśnie… relatywnego. To znaczy, liczony jest odsetek osób, których miesięczny dochód to mniej niż 40% medianu dochodów netto. Wiem, trochę trudna definicja, proszę pogooglować, ale jakbyśmy tego dochodu nie tłumaczyli (czyli podstawy naszych 40%) – to problem jest w tym, że… problem ten będzie zawsze! To znaczy, istniał będzie tak długo, jak długo istnieć będą różnice w dochodach. Dam dwa przykłady. Pierwszy: wyobraźmy sobie, że wszyscy obywatele oprócz jednego mają z roku na rok ten sam dochód (obojętnie czy zarobek czy zasiłek czy emerytura itp.). Ale ten jeden dostał od wujka z Ameryki mega-spadek (tak, wujkiem jest Warren Buffet), czyli kilkadziesiąt miliardów dolarów. Efekt dla tej relatywnie mierzonej biedy? Taki, że nagle wszyscy statystycznie biedniejemy! No, oprócz tego jednego siostrzeńca pana Warrena…

Przykład numer dwa ze świata realnego. Pamiętacie kryzys finansowy w 2007 roku? Padały banki, akcje leciały w dół, produkcja, inwestycje, wzrost gospodarczy, bezrobocie – wszystko leciało w dół (no, to ostatnie oczywiście w górę…) A co powiedział nam „Armutsbericht“ opublikowany na początku 2008 roku? Że poziom relatywnej biedy w Niemczech… zmalał!!! Cud? Czyżby biedni potajemnie spekulowali i zainwestowali w opcje spadku cen na giełdach? Nie, po prostu… wtedy, w okresie niecałego półrocza, w dość krótkim czasie dość dużo (bardzo dużo!) kasy stracili ci najbogatsi – czyli ci, którzy są właścicielami i akcjonariuszami przemysłu, banków, obligacji państowych na szeroką skalę.

Podobne statystyki robi zresztą na większą skalę OECD – i wychodzą takie ciekawostki, że… relatywna bieda w Niemczech (9,5%) niższa niż w Kanadzie (12,6%), ale wyższa niż na Słowacji (8,7%), a nasza Polska „wyprzedza“ Niemcy w biedzie minimalnie (10,4%).

Dziwne wrażenie, dziwne odczucia?

Nic dziwnego. Gdyż tu dochodzę do punktu, o którym wspomniany Jens Spahn kompletnie zapomniał: poczucie biedy. Pisząc o tym, oczywiście pozostawiamy całą sferę statystyk i liczb relatywnych i absolutnych, a – pozostajemy przy ludziach, przy człowieku. Może się nam ten homo sapiens w swoim może mało racjonalnym zachowaniu i odczuwaniu nie podobać, ale faktem jest – że właśnie bieda czy ubóstwo odczuwalne ma dużo większe znaczenie niż liczby, wskaźniki i porównania.

Gdyż ubóstwo to często wykluczenie. Nie każdy poradzi sobie jak Robinson (który, nota bene, był na swojej wyspie równocześnie najbogatszym i najbiedniejszym, póki nie pojawiła się Piętaszek), i nie jest to tylko pusta zawiść, a po prostu wstyd i przykrość, gdy widzą, że nie mogą jak większość społeczeństwa wielu rzeczy: jechać na urlop, czy w ogóle czymkolwiek jechać oprócz metra i autobusu, iść do knajpy i zaprosić rodzinę czy przyjaciół na „rundkę“ czy kolację, pójść do kina czy do dyskoteki, w końcu – kupić coś nowego do ubrania. Nikt z braku tego wszystkiego co prawda nie umiera (no, chyba że powoli, ze smutku, goryczy, depresji – to też statystycznie udowodnione, a propos!) – ale żyje się źle. Biedę się czuje.

No i można by powiedzieć, „a niech tam! Co mnie te smutasy obchodzą, mnie dobrze, radzę sobie!“. Tak? A jak się żyje w kolejnym kraju, gdzie prawica staje się tak radykalna, że pełną garścią sięga po postulaty i wyborców opuszczonych przez lewicę, „troszcząc się“ o nich i „rozumiejąc ich“? Może warto przypomnieć sobie niby altruistyczne, ale w praktyce jak najbardziej utylitarystyczne doświadczenie ludzkości, że SOLIDARNOŚĆ SIĘ OPŁACA?…

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Über Indien am Sonntag (2)

Tanja Krüger und Johanna Rubinroth

sind in Indien. Sie schicken mir per Whats App jede Menge Fotos mit lustigen Unterschriften. Ich dachte, ich könnte diese Fülle einordnen, bin aber gescheitert. Ich weiss nicht, wo sie sind. Indien halt. Viel Spaß!

Ach… Sie sind in Ayodhya, die Stadt mit 50.000 Einwohner und 10.000 Tempeln.

2 westlichen Touristinnen in heiliger Bemalung

Eigentlich wollte ich heute etwas über indische Frauen berichten (ist doch immer eine Art Oktave vom Frauentag). Zu diesem Foto gab es folgene Beschreibung: und ladies – manche so gebleacht, dass sie heller sind als wir.

Dann kommen die Russinnen. Zuerst ein bisschen Lektüre …

Dann diese zwei Fotos:

Und extatischer hare-gesang von erleuchteten russinnen, die nach dem plündern einiger india-shops aussehen wie kolchose-feld-arbeiterinnen

 Aber auch Indien wie wir sie kennen und lieben…

Dame mit Neon-Orange-farbenen Haarscheitel

Lord Ganesha, in Licht duschend bei einer Hochzeitparade…

Hier ist das Foto sparsam, die Unterschrift dazu desto köstlicher…

Da reingehen, eine Runde drehen, dabei in auf dem Boden gemalten 150 Lotosblüten treten, und in jeder Lotosnlüte stehen bleiben und sehr sehr schnell Murmeln: Hare Krishna Hare Krishna Krishna Krishna hare Hare. RAM Hare RAM. RAM RAM Hare Hare. Hinterher nicht wundern wenn statt: Ich gehe mir mal die Hände waschen – rauskommt: Ich gehe mir mal Haare waschen. 

Im Tempel hängt ein Bild von Krischna hinter einem Vorhang. Der wird nur alle ein paar Minutern geöffnet, weil man sonst in Ohnmacht fällt. Wenn der Vorhang geöffnet ist, drängelt man sich mit 1000 Indern nach vorne, reißt die Arme hoch, brüllt Gebete und wirft Blumenketten ungefähr in Richtung Statue – ein unvergessliches Erlebnis.

Der Priester erklärt Tanja, dass dieser Stelle so heilig ist, weil hier der Gott Krishna sich ausgeruht hat, nachdem er seinen Onkel erschlagen hat.

Hare hare hare hare


1900 Jahre alte Ladies aus der Kushama Periode. Mit dem Papagei, mit Wein, mit Schwert. Alltag.

Und danach eine Runde obligatirische Selfies.

Poezja po Kochanowskim

Jackson Jabłoński

Na Jabłoń

Podejdź tu, ja cię proszę!
Od trosk wyjdź i odpocznij sobie,
Aby leżał cień na tobie.
Od tej burzy, która okrążając w szale,
W osłonie mej obiecuję, że ocalę.
Czerwonymi darami obsypuję,
Jeśli pod mymi liśćmi cię zatrzymuję.

Zostań tu ze mną, proszę!
Kiedy wokoło nas życie kwitnie,
A słońce promienieje wybitnie.
Kiedy zamyka się chmurami niebo,
A pobrzask mroźny jest ze słońca niskiego.
Zawsze dbałość moją hojnie ci daję,
O ile twoja obecność zostaje.
Doświadczyć życia pragnę,
Obok ciebie, aż padnę.

Olśnienie

W każdym zdroju swą odpowiedź odszukuję
W czerni wydrążonej prosząco namacam
Jednak skądś abym upadł on odszeptuje
Na kolana cierpliwe.
Do niebios więc pewnością się ufnie zwracam
Przez życzenia żarliwe.

Moje pragnienia bezkresne ja opisuję,
Z serca szczerego pytania me zadaję,
Miłości, pokoju, radości oczekuję.
Od zmartwień, od trosk, ukojenie
Od stwórcy świadomego cicho mi nadaje
Odpowiedzią, wiedzą, promienie.

Ma 19 lat, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Do Polski przyjechał na rok. Poznaliśmy się w Szczecinie, ale teraz przeniósł się do Lublina. W Szczecinie on i jego kolega, Niemiec pracowali m.in. jako wolontariusze przy projekcie Parkrun, organizowanym przez naszą szczecińską koleżankę. Wraz z wierszami, zdjęciem i zgodą na opublikowanie ich na blogu Jackson przysłał mi krótki tekst. Podobnie jak wierszy, tak i tego tekstu nie poprawiam.  Użyty w podpisie “Starszy” to funkcja w hierarchii kościoła mormońskiego.

Jestem Jackson Jabłoński, lecz obecnie nazywam się Starszy Jackson Jabłoński ponieważ obecnie jestem Wolontariuszem Z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, może bardziej znane jako ,,Mormoni”. Pomimo polskiego nazwiska, urodziłem się w Michigan, lecz dorastałem w Arizona. Jestem na dwuletnią misję z mego kościoła i z tego powodu znajduję się w Polsce. Będąc na tej misji uczę się Polskiego i dwa miesiące temu zaczynałem pisać wierszy po Polsku aby pogłębiać moją naukę. Mam je pisać w takich granicach, że tylko uczę się polskiego od 14 miesięcy nie będąc rodowitym speakerem. To spowoduje taką niezwykłą kreatywność z powodu tego procesu, w którym mam krok po kroku pisać poprawiając gramatykę i odszukując odpowiedni słowa aby sobie wyrazić

zainspirowawszy z Jana Kochanowskiego zaczynałem od jednego, które wyraźnie wygląda takie jak jego wiersz, ‘Na lipę’

i tak, to może być tekst tam, wielki dzięki 🙂
-Starszy Jabłoński

 

List do marszałka sejmu RP

Moje drogie Czytelniczki, moi drodzy Czytelnicy, okażcie nietypową dla dzisiejszych czasów cierpliwość i przeczytajcie ten list do końca. Coś, co się początkowo może wydawać listem wsparcia dla Karczewskiego, jest dobrym i rzetelnym podsumowaniem tego co robimy oraz spokojnym, wyważonym protestem przeciw temu, do czego się nas zachęca. 

Już raz, w sprawie stosunku do uciekinierów, publikowałam tu list Bogdana Miłka, przewodniczącego Kongresu Organizacji Polonijnych w Niemczech (nie mylić z Konwentem, Forum i chyba, jeśli dobrze pamiętam, Unią). To znamienne, bo zasadniczo dr Miłek i ja prezentujemy odmienne poglądy polityczne – łączy nas jednak poczucie godności i przyzwoitości.

Dr med. Bogdan Miłek
Przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej,
przewodniczący Komisji Informacji o Polsce
poprzednio – Komisji Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków

Niemcy, marzec 2018

Pan Marszałek Senatu RP
Dr med. Stanisław Karczewski

Szanowny Panie Marszałku,

Proszę przyjąć wyrazy szacunku i serdeczne pozdrowienia.

Mieliśmy okazję poznać się osobiście u Pana Marszałka przed Kongresem Polonii Medycznej w 2016 roku w Warszawie. Dziękuję również, że objął Pan patronat nad jubileuszem Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech.

Z zainteresowaniem różne kręgi Polonii, także te które mam zaszczyt reprezentować, przyjęły apel Pana Marszałka w sprawie działania na rzecz dobrego imienia Polski i Polaków oraz troskę o dobre imię Polski.

Szanowny Panie Marszalku,

Polonia, zapewne od początku emigracji Polaków, zajmowała się i zajmuje troską o dobre imię Polski i Polaków. Tak ja, jak i moi polonijni współpracownicy od przyjazdu do Niemiec angażujemy się w tę sprawę.
Początkowo, 29 lat temu, wraz z grupą emigrantów polskich z Kraju Saary, zareagowaliśmy na artykuł R.W. Leonhardta w „Die Zeit”, kwestionujący europejskość Polski. Dotarliśmy wówczas z naszymi protestami i sprostowaniami m.in do Prezydenta Niemiec Richarda von Weizsäckera, Premiera Kraju Saary Oskara Lafontaine tudzież innych polityków oraz dziennikarzy niemieckich.

W całym późniejszym okresie wszystkie organizacje lokalne i ogólnoniemieckie, w których pracach miałem przyjemność uczestniczyć, miały w swym programie troskę o dobre imię Polski i Polaków.

Ja zaś, wówczas w różnych centralach polonijnych takich jak Polskie Forum w Niemczech, Polska Rada w Niemczech, Kongres Polonii Niemieckiej czy Europejska Unia Wspólnot Polonijnych, byłem odpowiedzialny za koordynowanie tych działań w randze wiceprzewodniczącego centrali (Forum, Rada) lub przewodniczącego stosownej Komisji (Kongres, EUWP).

Interweniowaliśmy w różnych sprawach, także w kwestii „Polskie Obozy śmierci” czy „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Polemizowaliśmy z artykułami (np. Vorwärts – rozmowa z Egonem Bahrem, kwestionująca aspiracje wejścia Polski do NATO) czy akcja pt. Pokażmy Polskę i Polaków inaczej.

Podobnie wraz z Polonią Wielkiej Brytanii, Polonia Niemiecka przeprowadziła akcję promocji akcesu Polski do Unii Europejskiej, łącznie z dotarciem do Królowej Brytyjskiej.

W roku 1998 Polonia przeprowadziła akcję poparcia uchwały Sejmu o nie łączeniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej z cesjami na rzecz tzw. Wypędzonych. Nawiązaliśmy wówczas w tej kwestii kontakt z politykami wszystkich opcji politycznych – panami: Olszewskim, Dobroszem, Siwcem, Millerem, Moczulskim, Balcerowiczem, Czarneckim, Bugajem, Oleksym.

W 2004 roku powstała pod auspicjami Kongresu Polonii Niemieckiej, Komisja Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. W przedsięwzięciach Komisji brali również wspólnie udział wybitni przedstawiciele Polonii różnych opcji – jak np. ksiądz dr Sobkowiak i red. Alina Perth-Grabowska.

W ramach EUWP powstała Komisja Godności i Pamięci Narodowej. Obiema tymi strukturami miałem przyjemność kierowania przez kilka lat. Szczególnie Komisja Obrony miała w swym składzie wiele osób z różnych krajów, w tym m.in kilku wybitnych profesorów z USA. Szczególnie prof. Rudnicki z USA ma ogromne zasługi w dziele walki z pojęciem „Polskich Obozów Koncentracyjnych”.

Praca wspomnianych Komisji nie była i nie jest nastawiona na spektakularne akcje, lecz bardziej na dyskusje, wymianę informacji, wzajemną stymulację i koordynację działań – w myśl zasady: „rejestrować– inicjować– stymulować”. Przykładem takiej skoordynowanej akcji była pierwsza odpowiedź na raport Komisji MAK kierowanej przez prof. Anodine (koniec roku 2010).
Członkowie Komisji, za własne pieniądze, wykupili domenę „20100410” z końcówkami właściwymi dla wielu państw i w pięciu językach zamieścili tekst polemizujący z Raportem MAK, szczególnie w kwestiach nie wymagających głębszych badań lecz logicznego myślenia.

Wiele dyskutowano w gronie wspomnianych Komisji o samej nazwie: „obrona dobrego imienia Polski i Polaków“ czy „zwalczanie stereotypów”.

Mimo, że Komisje składają się z osób o bardzo różnych poglądach, zdecydowana większość była zdania, że dobre imię „albo się ma – albo nie.” Co więcej, nagłaśnianie sprawy obraźliwego dla Polski komentarza służy raczej rozpropagowywaniu poglądów obrażającego niż obronie obrażanego. Zatem większy sens ma działalność informacyjna – stąd lepsza była by nazwa „Komisja Informacji o Polsce”, ewentualnie „rzetelnej informacji“ lub po prostu „Informacji”. Stąd dokonano zmiany nazwy na „Komisja Informacji o Polsce”.

Szanowny Panie Marszałku,

pamiętamy, że kilkanaście lat temu MSZ prowadziło statystykę używania pojawiania się w publikacjach pojęcia „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Chcielibyśmy zapytać czy ta statystyka jest kontynuowana?

Jeśli tak, pragnęlibyśmy uzyskać dane – czy w ostatnich latach wzrosła liczba tych krzywdzących nas wszystkich publikacji – czy też – bo takie wrażenie mieli członkowie polonijnych Komisji kilka lat temu – mamy tendencję spadkową.
Dlatego, wraz z gronem moich współpracowników i przyjaciół, w tym z grona wspomnianych Komisji, proponujemy aby postarać się uspokoić emocje i wyciszyć sprawę.

Rozumiemy intencje Pana Marszałka i osób popierających obronę Polski przed pomówieniami w kwestii Niemieckich Obozów Koncentracyjnych w Polsce. Niemniej naszym skromnym zdaniem regulacje prawne i ewentualne procesy powinny dotyczyć jedynie sytuacji ekstremalnych i wyjątkowych, najlepiej zaś by ich w ogóle nie było. Takie pojęcia jak „Obrona dobrego imienia Polski i Polaków” powinny zostać zastąpione pojęciami: „Rzetelna (prawdziwa) Informacja o Polsce i Polakach” – lub po prostu „Informacja o Polsce i Polakach”.

Specjalny temat stanowi problematyka Polsko – Żydowska ze względu na wielką tragedię jaka spotkała obydwa te narody, a także na wieki wspólnej historii. Naszym zdaniem nie wolno – nawet w imię dobrych intencji – generować powstawania wzajemnych obrażeń i pomówień. Należy raczej
wspólnie zapłakać nad każdą żydowską i polską ofiarą okropnej wojny i nad każdym nie uratowanym życiem przez osoby, które mogły pomóc, bez względu na to kim były te osoby. Powinniśmy wyrazić żal każdego Polaka, który nie uratował swych żydowskich sąsiadów. Dodać tu też trzeba propagandową manipulację okupanta hitlerowskiego, zresztą ta manipulacja miała miejsce także rękami zaborców np. caratu dużo, dużo wcześniej.
Obszerne dane na ten temat można znaleźć w książce Alicji Grochowskiej „Elementy prania mózgu w procesie zagłady Żydów”.

Inna kwestia natomiast budzi naszą uwagę – chodzi o potencjalne zagrożenie pogorszenia ważnych stosunków międzynarodowych na linii stosunków polsko – niemieckich poprzez nieopatrzne eksponowanie kwestii odszkodowań za II wojnę światową. Warto tu zacytować w tej kwestii wymianę zdań między Episkopatami Niemiec i Polski z roku 2015: „Pojednanie polsko-niemieckie to wielka wartość. Można ją łatwo utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” – napisali polscy biskupi.

Nie czujemy się kompetentni do zabierania głosu w kwestii, w której winni wypowiedzieć się fachowcy prawa międzynarodowego. Zwracamy jednak uwagę na bardzo delikatny grunt, po którym poruszają się wszyscy wypowiadający się w tej kwestii. Nie jest to kwestia zupełnie zdezaktualizowana (spłacanie reperacji za I wojnę światową dobiegło niedawno końca) – ale Niemcy dodają mniej lub rzadziej otwarcie: należy uwzględnić mającą miejsce w wyniku zmiany granic stratę przez ich kraj dużych terytoriów i znajdującego się tam majątku.

O tym, że ZSRR dokonał rabunku z tych przyznanych Polsce terenów – w Niemczech prawie nikt nie wie. Dlatego nie wolno szafować rozbudzającymi niepotrzebne emocje stwierdzeniami takimi jak nadzieja na odzyskanie 900 miliardów euro jako reperacje od Niemiec. To raczej kwestia do poruszania w trakcie pozbawionych emocji dyskusji polityków i prawników nie zaś jako pożywka dla populistów po obu stronach granicy (politycy prawicowej niemieckiej partii AfD nieraz przebąkują o odzyskaniu tych czy owych ziem…).

Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Państwo,

powyżej przedstawiliśmy Państwu garść przemyśleń wynikających z doświadczeń blisko 30 lat działalności dla dobra Polski i jej imienia. Osób na co dzień żyjących i funkcjonujących wśród tych, którzy obserwują Polskę jako europejskiego partnera. Osób, których rosnąca pozycja Polski w ciągu ostatnich dziesięcioleci napawała i napawa dumą. Związanych z Polską na dobre i złe.

Być może te kilka zdań dorady okażą się pomocne w podjęciu tej czy innej decyzji lub ukształtowaniu takiego czy innego poglądu.

Z wyrazami szacunku

dr med. Bogdan Miłek
przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej
wraz z gronem polonijnych współpracowników