Sąsiedzi 2

Teresa Rudolf

Filomena

Filomena, przez bliskich i przyjaciół zwana pieszczotliwie Melcią, wyszła z budynku, w którym mieszkała od lat 25.
Wrzała w niej ciągle jeszcze wsciekłość niebywała, temperaturę gotującej się wody można było dostrzec na czerwonych policzkach, korzystnie komponujących się z jej rudawo-pomarańczowymi włosami.
Nie mogła wybaczyć sobie kompletnego ogłupienia w spotkaniu z tą wariatką, starą babą z drugiego piętra, Klarą.
I do tego widział nas ten przystojniaczek Lesio z trzeciego piętra – myślała. – Taki elegancik, pachnący, błyskotliwy, samotny meżczyzna.
Coraz bardziej egzaltowała się i rozpływała we wspomnieniu tego spotkania przed windą.
Ale ta kretynka, jak jej tam, Klara, pokazała przy okazji i mnie również, jako tę drugą kretynkę, cierpiała Filomena, samotnie podążając ulicą Karmelicką w Krakowie.
Kiedy tak coraz bardziej zatapiała się w myślach, usłyszała czyjś głos, wykrzykujący niewatpliwie jej, rzadkie przcież, imię:
– Halooooooooo Melcia, kopę lat!
Spojrzała za siebie i spotkała się wzrokiem z przystojną, szczupłą brunetką, która nie przypominała żadnej ze znajomych osób.
Obejrzała się jeszcze raz, czy aby nie pomyliła kierunku, skąd dochodził głos.
– To ja Krycha z VIII b, nie poznajesz? – krzyknęła bardzo wyraźnie, przystojna, szczupła brunetka.
Filomena wzięła głęboki oddech i usmiechnąwszy się radośnie odkrzyknęła:
– Ach, to Ty, Krycha, byłabym cię prawie nie poznała, nic a nic się nie zmieniłaś – łgała dalej jak z nut…
W głowie zamęt.
Cóż to za Krycha, chodziła ze mną do klasy?
Kobiety znajomo-nieznajome zbliżyły się do siebie, Krycha rzuciła się na Melcię, uściskom i pocałunkom nie było końca…
– Ale Ty to byłaś zawodniczką, nadawała Krycha, nie odpuściłaś żadnemu chłopakowi w klasie, a już temu z VIII a…, jak mu tam było? Wacuś? Ach, to był przystojniak, i na te dyskoteki przychodził taki odstawiony, pachnący dobrymi perfumami, z Peweksu chyba…
Usta Krychy ciągle poruszały się coraz bardziej niezrozumiale, kiedy Melcia zaczęła odpływać we wspomnienia z klasy VIII b.
Ach te dyskoteki, Wacuś, ten Jacuś, też rownież z VIII a. I ona, Melcia, rozchwytywana, blondynką wtedy będąc, królowa…

Piotr Fronczewski jako Franek Kimono w utworze Królowa Disko (muzykę, jak zawsze, dobrała autorka)

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 13

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez otwartą przestrzeń mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Przestrzeń otwarta, wiatr wieje, a ponadto chwycił mróz. Od kilku dni chwyta coraz częściej. Ale ostatecznie Jak jest zima, to musi być zimno. Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! Czapka i rękawiczki załatwią sprawę. Czapka „bandytka”: piękna nie jest, ale doskonale chroni uszy. Rękawiczki: nie rowerowe, podgumowane, bez palców, tylko włóczkowe pełnopalczaste. Inaczej się nie da, bo mróz naprawdę siarczysty.

Chyba instynktownie kieruję się ku nieodległej wiosce. Kiedyś, zanim – nie bez przyczyny – znielubiłem ludzi i całkowicie straciłem do nich zaufanie, zdarzało mi się prowadzić po tej okolicy wycieczki, bo wieś ma nieszablonową historię. W zamierzchłych czasach nazywała się Płonice (dziś nosi zupełnie inne miano). Płonice, bo wówczas wokół aż gęsto było od wychodni węgla brunatnego, czyli miejsc, w których złoża kopaliny podchodzą do poziomu gruntu. Takie wychodnie od czasu do czasu doznawały samozapłonu. Ogień dniem i nocą, zapach siarki. Bramy piekieł, utrwalone w licznych miejscowych legendach. Potem mieszkańcy osady zaczęli rzecz traktować bardziej prozaicznie. Utylitarnie. Liczne małe kopalnie. I fabryczki ceramiki budowlanej oraz stołowej, wykorzystujące węgiel jako paliwo w piecach do wypału cegieł, kafli, butelek, talerzy, kubków… i na co tam jeszcze był zbyt.

Pokłady węgla są wyczerpane od pięćdziesięciu lat. Ostatni zakład upadł, w wyniku, jak to mówią, transformacji ustrojowej, nieco ponad dwie dwie dekady temu. Wychodnie się nie żarzą. Piece nie płoną. Mróz. Mróz siarczysty.

Nie ogrzeję się w Płonicach, ale przynajmniej trochę nacieszę oczy. Większość domów jest bowiem tutaj ozdobiona różnorodnymi ceramicznymi detalami, zaprawdę wartymi spojrzenia. Na murze starego, gotyckiego kościółka z polnego kamienia pyszni się wypalony z gliny orzeł. Bynajmniej nie piastowski, bo dziewiętnastowieczny.

Przed ruinami zakładu, po obu stronach drogi dojazdowej, stoją bliźniacze budynki, obłożone pięknymi, artystyczno-modernistycznymi kaflami. Domy fabrykantów? Wyższego personelu technicznego? Na każdym z nich ceramiczna, a jakże, rzeźba przedstawiająca… no właśnie. Kogo? Właścicieli? Fundatorów (ta kobieta z modelem domku w rękach, jakby żywcem wyjęta ze średniowiecznej ikonografii!)? Czy to ważne? Wystarczy, że są ładne.

Ale w Płonicach nie tylko kapitalista i pastor zdobił swą siedzibę figurami. Można takowe znaleźć i na zwykłych domach. Choćby ta płaskorzeźba z trzema uroczymi pacholętami: jedno gwiżdże na fleciku, drugie dmucha w rożek, trzecie z zapałem gra na gęśliczkach. Zapytałem kręcącego się na podwórku właściciela, czy mogę uwiecznić dziecięcy tercet ceramiczny. „A kto pan jest? A po co? Z gazety?” Nie okazał się zbyt miły. Właściwie był opryskliwy. Ale rozumiem go, to bratnia dusza: zapewne i on nie bez przyczyny stracił zaufanie do ludzi. Stanęło na tym, że fotkę wolno mi zrobić, ale na użytek prywatny. A że u mnie słowo droższe pieniędzy, musisz Czytelniku niestety obejść się smakiem.

I mknę dalej przez mroźne pustkowia, grzejąc się samozadowoleniem, iż mimo utraconej bezpowrotnie ufności, przynajmniej honor udało mi się ocalić.

Ino z Zatoką Gdańską w tle / “Semele”

Komische Oper*jutro*Komische Oper*morgen*Komische Oper*tomorrow

Von der Pressetexte der Komischen Oper:

Eine Oper im Gewand eines Oratoriums könnte man Semele von Georg Friedrich Händel bezeichnen. Mit prächtigen Chören, knappen Rezitativen und ausdrucksstarken Arien musste das Werk nicht dem starren Schema einer Opera seria folgen und wirkt bis heute frisch. Für ein fastenzeitliches Oratorium eher »ungewöhnlich«: die saftig-erotische, durchaus auch witzige Handlung. Heute zählt Semele weltweit zu den beliebtesten Werken aus der Feder Georg Friedrich Händels. Barock-Spezialist Konrad Junghänel und Chefregisseur und Intendant Barrie Kosky setzen auf das menschliche Drama hinter den göttlichen Ränkespielen und zeigen klar auf: »Wen die Götter strafen, dem erfüllen sie seine Wünsche«.

Die Rolle der Ino wird gesungen von der wunderbaren Karolina Gumos – seit 2006 im Ensemble der Komischen Oper Berlin ist und hier schon große Erfolge gefeiert hat.

Semele, oratorium operowe Händla z roku 1743, jest uważane za jedną z pierwszych oper angielskojęzycznych.

Semele była córką króla Kadmosa i Harmonii w Tebach, kochanką Zeusa. W Oratorium bóg urządził jej przepiękny pałac w kraterze wulkanu, którego strzegły smoki. Hera odkrywa kryjówkę kochanków, dostaje się do pałacu pod postacią Ino, siostry Semele, i namawia dziewczynę, by ta wystawiła kochanka na próbę – jeśli naprawdę jest bogiem, niech w takim razie ukaże się jej w swej boskiej postaci. Wiemy ze wszystkich opowieści o Pięknej i Bestii czy Amorze i Psyche, że takie zabawy z bogami źle się dla dziewcząt kończą. Zeus wzbrania się, ale dziewczyna tak nalega, że bóg w końcu spełnia życzenie i pojawia się jako Piorun. Semele ginie w płomieniach, ale Zeus – co za makabryczna część opowieści – zdąży wyjąć z brzucha płonącej kochanki jej nienarodzone jeszcze dziecko. Zaszywa je w swym udzie i po kilku miesiącach wydaje na świat małego Dionizosa – boga wina i płodności. Semele po śmierci trafiła do Hadesu, ale gdy Dionizos dorósł, zabrał ją stamtąd na Olimp, jako boginię Tyone.

W zapowiedzi niemieckiej słusznie przypomina się, że jeśli bogowie chcą kogoś ukarać, spełniają mu życzenia. No bo cóż, ok, to Hera namówiła Semelę, by wystawiła kochanka na próbę, ale to jednak ona sama tak długo wierciła kochankowi dziurę w brzuchu, aż ustąpił i ukazał jej swą boską moc.

Generalnie krwawa jatka. Zresztą proszę:

Wielkie gesty i strugi krwi. Nie wiem, czy by mnie ten trailer zachęcił do wizyty w operze. (Uwaga – nieważne, że pojawia się tam majowa data z 2018 roku – Semele zostaje właśnie wznowiona).

Zachęca jednak przysłana w zaproszeniu opowieść o Karolinie Gumos, grającej i śpiewającej u Kosky’ego rolę Ino, siostry Semele.


Solistin/Mezzosopranistin: Karolina Gumos (Komische Oper Berlin)  Foto: Gunnar Geller

Julia Maier referentka prasowa Komische Oper pisze:

Direkt an der Danziger Bucht wuchs Karolina Gumos auf. Vor ihrer Haustür lag das weite Meer und weckte die Neugier auf das, was hinter dem Horizont lag – für die Augen unsichtbar, aber mit dem Herzen zu erahnen. So auch das Singen. Ihre erste Rolle (im Kleinen Prinzen von Antoine de Saint-Exupéry) sang sie in dem am Strand ihrer Heimatstadt gelegenen Musical-Theater. Sie war 18 Jahre alt, und mit Gesang hatte sie vorher nichts am Hut gehabt. Sie ging zum Vorsingen, weil ihr damaliger Freund in der Produktion mitwirkte. »Plötzlich merkte ich, wie viel Spaß mir das Singen macht!« Und ihre Stimme entpuppte sich als perfektes Material für die Oper.

Der Ruf der Oper lockte sie! Erst zu einem Gesangsstudium nach Poznań und dann nach Deutschland. »Hier wollte ich erst gar nicht hin. Das deutsch-polnische Verhältnis ist ja recht belastet.« Dazu kam ein familiärer Hintergrund: Ihr Vater hatte als junger Mann während des Naziterrors im Untergrund für die Unabhängigkeit Polens gekämpft – und war dafür im KZ gelandet. »Ein unglaublicher Mann. Nach all den schlimmen Dingen, die er erlebt hatte, war er nie bitter und setzte sich nach dem Krieg immer wieder für Versöhnung ein.« Die Kammeroper Schloss Rheinsberg war ihre erste Station im Nachbarland. Hier lernte sie einen jungen Mann kennen, der ein Grund war, warum sie in Deutschland blieb und Wurzeln schlug. »Er war Hornist im Orchester.« Die große Liebe. »Er spielte für mich Alphorn am See, und da war’s um mich geschehen!« Seitdem sind die beiden zusammen.

»Einmal spazierten wir gemeinsam in Berlin Unter den Linden entlang. Da gab es einen Fensterkasten, in dem Aufführungsvideos der Komischen Oper gezeigt wurden. Damals redeten wir darüber, wie toll es doch wäre, wenn ich hier mal singen könnte …« Das Schicksal führte sie nach Stationen in Dortmund und Braunschweig tatsächlich an die Komische Oper Berlin. Hier ist nun ihre Heimat. Sie liebt die Seen und die Flüsse Brandenburgs. Leidenschaftlich gerne fährt sie Kajak und durchforstet in ihren liebsten Gummistiefeln die Wälder nach Pilzen. Wenn es sie in den Ferien in die Berge verschlägt, muss sie aufpassen: »Bei Serpentinen wird mir übel.« Sie ist halt doch ein Kind des Meeres…

Mehr Info auf Deutsch.

I po polsku (włączcie głos)

No cóż, trudna rada, przyjdzie pójść. Gehen wir?  Szczegóły / Mehr

Nawet Słowacki… (Barataria)

Ewa Maria Slaska

A ta Slaska jak się uczepiła tego Bakszyszu, to nie puszcza…

Tak, przyznaję, rzadko mnie kiedy robak jaki toczył jak ta zamiana wyspy Barataria na Bakszysz w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Już trzeci tydzień się z tym zmagam.

Przyszło mi do głowy, że może jednak nie mam racji i że może trzeba sprawdzić, jak naprawdę ta nazwa i w ogóle sprawa wyspy dla Sancho Pansy jest osadzona w polskiej literaturze. To jeden z tych wpisów, które rozwijają się w trakcie pisania i ja, autorka, zaczynając ten wpis, nie mam pojęcia, jakie na końcu zaprezentuję wnioski.

Do dzieła zatem. A raczej do Dzieła.

Julisz Słowacki, Beniowski. Pięć pierwszych pieśni

Pieśń druga:

O! Boże! ileżbym stworzył romansów,
Gdybym chciał wszystkich d…w być zabawą,
Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na której by się uczyli ze sławą
Sylabizować. Lecz z prozą aliansów
Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
Sam się rym do mnie miłośnie nagina,
Oktawa pieści, kocha mię sestyna.

Ach to ten słynny cytat. Kocha mnie sekstyna. Przypis wyjaśnia, że d…w to słowo durniów (a ja myślałam, że dupków i dlatego wykropkowane), a Sancho Pansa — postać z powieści Cervantesa Don Kichot, rubaszny giermek tytułowego bohatera; obiecano mu stanowisko gubernatora wyimaginowanej wyspy.

Pieśń trzecia:

I wnet zrozumiał rycerz, że go czeka
Awantur nowych, dziwnych, łańcuch złoty;
Zaczarowany zamek, albo rzeka
Pełna rusałek. — O! domysły trafne! —
Może w pokrzywy przemieniona Dafne;
Może Minotaur i zaklęte skarby,
Z których jak z dobrej wioski będzie przychód —

Tak młodość wszystko stroi w lśniące farby,
Nigdy się małych nie spodziewa lichot.
O gdyby nie to! — to nigdy Ikar by
Nie latał — nigdy by nie żył Don Kichot,
Nigdy by w Trzecim Maju nie urosły
Illuzje — na co dziś wrzeszczą posły.

Wprawdzie to tylko Don Kichot i Sancho Pansa, ale ale, jest i Barataria:

Słowacki w liście Do Księcia A. C., w pozorowanym dialogu zwraca się do adresata: „[…] tworzysz mnie urzędnikiem dworu swego z prawem utopii, – a nawet… obra­cając się do dworzan twoich… powiadasz: iż rad byś mię gubernatorem wyspy Baratarii uczy­nił” – i oddala ten zarzut: „Powinienem zatem dowód położyć: że utopistą nie jestem, ale chcę: aby Waszej Ks. Mości miłość Duchowi Narodowemu panowała, a moje małe gubernatorstwo na wyspie Baratarii zniszczyła… nie szkodząc wszakże duchowi mojemu, który przeciwnej so­bie materialnej sile poddać się nie chce i nie może” [JSD XII, 284]. (Podkreślenie – Słowac­kiego)

Przy okazji wertowania dokumentów dostępnych jako dokumenty cyfrowe na portalu Polona trafiam na notatkę z Wiadomości Wyścigowych ze stycznia 1932 roku, że książę Stefan Lubomirski wystawił był do wyścigu ogiera (kasztana) Lecha, którego ojciec nazywał się Buvesz, matka – Barataria. Baratarię kupił od Lubomirskiego niejaki Bronikowski, o czym donosi Goniec Wyścigowy z czerwca 1935 roku.

Wróćmy jednak do poetów. Krzyfof Paczuski, poeta współczesny. Dwa wiersze z tomiku Obłokom. Podzwonne, Lublin 2002

List wysłany z La Manchy

Dulcyneo, najsamprzód konfesją uczynię,
iże przeklęty wiatrak roztrzaskał mi kopię.
Drewnianym tedy zostanę pinokiem,
alibo inszą kukłą, by sławić twe imię.

Po tym Pansa (półgłówek) odbieżał na ośle
(bodaj kark bydlę skręcił) z takowym aliansem.
Zali mogę ostać grubym sanczopansem?
Abo błaznem, by imię twoje było głośne?

Najsłodsza, srom największy na koniec’m ostawił:
batyst szczodrze haftowan, com go z rąk twych dostał,
zasię wiatr mi go zimny spod piersi wydostał,
aże do chmur go poniósł, by imię twe sławił.

Przeto wybawiać światy przeszła mi ochota.
Za służbę daj dukatów. Nie ma Don Kichota.

Barataria

Półgłówek. Krępy, gruby — w dodatku na ośle.
Lękał się gniewu pana i czczości żołądka.
Klął na czym świat stoi (świat stoi na klątwach).
Nawet dziecko myślało od niego doroślej.

Na rzece łódź jest ważna. On marzył o wiośle.
Skąd miał wiedzieć — reguły doświadczał w wyjątkach.
W twardej czaszce leniwa budziła się mątwa.
Giermek ciągnął za panem, pan pędził na oślep.

Czy naprawdę wiatraki są złem tej planety,
gdyż ramiona oddają we władanie wiatru?
Zwycięży, kto pokona kaca i artretyzm.
Bululu sam obsłuży persony teatrów.

Miast kruszyć kopie, dożył, że wreszcie wymarli
niewolnicy ułudy z wyspy Baratarii.

Tymczasem Biblioteka Warszawska z roku 1884 donosi, że wreszcie dnia 26 listopada lord Holdernesse zaprosił do siebie posła pruskiego Michella i wręczywszy mu odpis traktatu angielsko-rosyjskiego z 30 września oświadczył gotowość zawarcia sojuszu z kró­lem pruskim. Król 7 grudnia odpowiada przychylnie. Na mocy tej instrukcyi dnia 16 stycznia r. 1756 w dwa dni po przybyciu księcia de Nivernois do Berlina, poseł pruski Michell podpisał w Westminsterze traktat, którego główny artykuł opiewał: „Gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom (!) i z naruszeniem pokoju w Niemczech, który obie strony tym traktatem pragną zabezpieczyć, którekolwiek obce mocarstwo pod jakim bądź pretekstem wysłało wojska do Niemiec, obie strony połączą swe siły zbrojne, aby takiemu naruszeniu pokoju w Niem­czech zapobiedz.“ Rzecz jasna, że ten „najniewinniejszy z wszystkich traktatów,“ jak go nazywają dziejopisarze pruscy, był wymie­rzony wyraźnie przeciwko Francyi. Kiedy zaś 16 stycznia r. 1756 książę Nivernois pomiędzy innemi rzeczami ofiarował Fryderykowi… zwierzchnictwo nad wyspą Tabago, król odparł, że należałoby sobie wyszukać kogoś, któryby był stosowniejszym od niego na namiestnika wyspy Baratarii (Sancho Pansa) i odmówił przedłużenia traktatu z ro­ku 1741.

A Szymon Kobyliński opublikował w roku 1994 w Życiu Warszawy “tekst paraliteracki”  (czyli po prostu felieton) pt. Don Kichot i Barataria, co jest oczywiście ciekawym pomysłem, ponieważ Don Kichot do Baratarii nigdy nie dotarł. Niestety w sieci nie ma tego tekstu, a kiedyż ci ja dotrę do Baratarii, przepraszam do biblioteki, która ma stare numery tej gazety…

No, tak czy owak, panie Wojciechu, Sancho się wszędzie w polskiej literaturze nazywa Pansa a Barataria Barataria…

Poprzednie wpisy na ten sam temat: TU i TU

1. Advent / Pierwsza niedziela adwentu

Adwentowy Flash Mob z Budapesztu sprzed kilku lat / Advents Flash Mob aus Budapest

🙂

Miłej lektury / Viel Spaß beim Lesen

Hallelujah – Adventi Flashmob a Bazilikánál
2016. december 11. Vasárnap

Az Út Mosolyért Alapítvány adventi jótékonysági rendezvényének csúcspontjaként hazai sztárok énekelték közösen Leonard Cohan világhírű dalát, a Hallelujah-t. Köszönettel tartozunk mindenkinek aki részt vett az eseményen és ezáltal hozzájárult gyűjtésünk sikeréhez. Az Út a Mosolyért Alapítvány a Heim Pál Gyermekkórház súlyosan sérült, tartós lélegeztetésre szoruló betegeinek egy új, korszerű lélegeztetési környezet kialakítását tűzte ki célul.

Ötlet: Út a Mosolyért Alapítvány
Közreműködők: Szulák Andrea, Hevesi Tamás, Kasza Tibor, Veres Mónika Nika, Kollányi Zsuzsi, Berkes Olivér
Kórus: Budapest Show Kórus
Zenei Rendező: Temesi Bertalan
Film/Edit: LIVEPOINT
Rendező: Tokay Péter
Társproducer: Nyakas Laura – Young&Trinity
Producer: Gubcsó Balázs – Út a Mosolyért Alapítvány

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 12

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie, przez monotonny jesienny krajobraz, mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Humor dopisuje mi nieszczególnie. Wszelako tetrykowi przystoi chandra.

W czym właściwie tkwi problem? Że trzecia dekada listopada? Zimno? Ciemno? Szaro? Gołe drzewa? Depresja? Oczywiście. Że budzą się nieuchronne skojarzenia z jesienią życia, przemijaniem, końcem? Zapewne. Banalne konstatacje. Zgrane metafory. Nie warto się w nie zagłębiać. A już broń boże nie ulec pokusie, by owe nastroje przekuwać w poezję.

Mam za sobą taki epizod. Jak chyba większość wrażliwych nastolatków. Czego tam nie było! Zmaganie z absolutem. Burza uczuć: tych infernalnych, rzecz jasna. Wiwisekcja zbolałej duszy. Wadzenie się ze złym i niesprawiedliwym światem – z pozycji mędrca życiem srodze doświadczonego. Toute la lyre! Gdy jakiś czas później przypadkiem wpadła mi w ręce ta produkcja, nie wiedziałem, co z oczami robić. Nie było takiej mysiej dziury, w której mógłbym się ukryć skutecznie przed swoim zażenowaniem.

Powinno mnie to trwale wyleczyć z wszelkich prób lirycznych. I prawie wyleczyło. Desperackie akty grafomaństwa zdarzają się co prawda, ale bardzo rzadko: raz na pół roku mniej więcej. Muszę bowiem nieco ulać goryczy i żółci, rozładować odrobinę żal za niezrealizowanymi literackimi marzeniami. Ulżę sobie i na kilka kolejnych miesięcy mam spokój. Kieruję się wszakże w tych momentach desperacji zasadą minimalizmu: poemat krótki, to i wstyd niewielki. Mój dziennik zawiera zresztą ślady owych emocjonalnych drgawek.

Tym razem nawet nie próbuję. Poezja nic tu nie pomoże, albowiem rzecz cała rozgrywa się na poziomie molekuł. Pogrążam się w spleenie, gdyż brak słońca hamuje syntezę witaminy D. Za to jazda rowerem wzmaga wydzielanie endorfin; telepię się przeto z uporem jak ten głupi na welocypedzie o zmroku, w zgniłej mgle i w mżawce.

Gorycz? Alkaloidy. Żółć? Fosfolipidy oraz bilirubina. Metabolizm, nie metafizyka. Chemia, nie liryka. Może lepiej niech tak już zostanie.

I mknę dalej przez szary krajobraz, dziwując się małemu paradoksowi mej biografii. Oto bowiem przez całe liceum raz jeden musiałem wziąć korepetycje, gdyż groziła mi lufa na koniec roku. Z chemii. Której nie umiałem i nie lubiłem. A której świadomość dziś pomaga mi zmagać się z bólem istnienia.

Sąsiedzi 1

Teresa Rudolf

Pani Klara

Pani Klara, dobrze zbudowana, sztuczna blondynka, wieku bardzo podeszłego, przywołała na parter windę, nacisnąwszy drżącą ręką odpowiedni guziczek.
Kiedy już otworzyły się drzwi windy, ze zdumieniem stanęła oko w oko, ząb za ząb i usta w usta, ze znienawidzoną sasiadką z drugiego piętra, Filomeną, kobietą wieku średniego, sztuczną rudowłosą.
Obie doznały kompletnego paraliżu, nie ruszając się ani do przodu, ani do tyłu, nie ustępując ani kroku “tej  głupiej małpie z naprzeciwka”.
I stałyby pewnie tak do dzisiaj, gdyby nie nadszedł pan Lesio z trzeciego piętra, elegancki pięćdziesięciolatek, jak zwykle pachnący wysokogatunkową wodą kolońską.
– Panie jadą na górę, jak  mniemam?
– Ja wysiadam, a  ja wsiadam – powiedziały panie równocześnie.
I pani Klara zrobiła zdecydowany krok do przodu, a i Filomena rownież.
Pan Lesio ze zdziwieniem obserwował menewry pań,  które nie wnosiły żadnego widocznego rezultatu.
Zawsze elegancki i pomocny kobietom, z euforią doradził:
– A gdyby tak pani Klara dała wysiąść pani Filomenie,  chyba byłoby wszystko dużo prostsze – zaproponował.
Zapachniało Panem Lesiem, urok jego inteligencji unosił się nad paniami, rozpuszczając ich kamienny upór.
Pani Klara dziarsko usunęła się z drogi Filomenie, która nie mniej dziarsko wydostała się z windy.
W tym momencie pan Lesio, stwierdziwszy, że “tam, gdzie się dwóch bije, to trzeci korzysta”, wskoczył do windy, zamknął drzwi i odjechał na górę.
Zabrał ze sobą zapach wysokogatunkowej wody kolońskiej, elegancję i swoje zaledwie te pięćdziesiąt lat.
Pani Klara znów wpadla w paraliż, z oczyma szeroko otwartymi na świat i z brwiami podniesionymi  prawie do trzeciego piętra, gdzie właśnie wysiadał pan Lesio.
Po czym  rykiem byłego lwa, huknęła była na całą klatke schodową:
– Niech was wszystkich pochłonie otchłań piekłaaaaaaa!!!! –
I powoli nacisnęła guziczek sprowadzający  windę.

https://youtu.be/903GZKqeBeQ

Od Adminki: Stanisław Soyka Na cześć księdza Baki. Otchłań czeka; tekst: Czesław Miłosz. Autorka, na moją prośbę, napisała ten tekst, żebyśmy mogły umieścić na blogu tę fantastyczną Otchłań, którą oczywiście to ona znalazła 🙂

Dwa nowe koty

Jeden z tych kotów wcale nie jest nowy, ale dopiero od niedawna mogę jego wizerunek opublikować tu na blogu, nie drżąc z niepokoju, że ktoś mnie kiedyś nakryje, na tym, że pokazuję wszystko, co się da, mimo, że wcale nie zawsze się da. Ale tego kota już się da!

To obraz Ōide Tōkō, Japończyka. Kot patrzący na pająka, 1888–1892,
tusz na jedwabiu,
MET, Nowy Jork
Zobaczcie też TU,
ustawiłam link tak, żeby pokazała się animacja kota z pająkiem,
– dzieło Simone Seagle; gdyby był jakiś inny obraz
(jest ich 9, wszystkie warte obejrzenia), to poszukajcie animacji numer 5.
Przy okazji chciałabym tu wygłosić pochwałę MET i wszystkich innych muzeów, które odstąpiły od obwarowywania reprodukcji swoich dzieł prawami autorskimi i licencjami.

Japońskiego kota przysłała Danusia, z kolei moja siostra nadesłała info książce, która się ukazała w ostatnich dniach października, a którą kupiłam i przeczytałam, i zachęcam do zrobienia tego smaego.

Pamiętam tego kota, kiedyś, dawno temu miałam okazję go poznać. O tym, że kot Konwickich nazywał się Iwan wiedzieliśmy chyba wszyscy, w tytule zastanawia jednak, że był “z domu Iwaszkiewicz”.

Wydawca tak to opisał:

Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebryta wśród kotów.
Trudno uwierzyć, że charakterny i złośliwy kot Iwan nie jest wytworem literackiej fantazji Tadeusza Konwickiego, lecz pełnoprawnym członkiem rodziny Konwickich, przez osiemnaście lat zamieszkałym przy ulicy Górskiego w Warszawie. O jego względy zabiegali Dygat i Holoubek, w stanie wojennym dostawał zagraniczne paczki ze smakołykami, a całkiem niedawno jego życie stało się podstawą musicalu-horroru Zwierzoczłekoupiory.
„Ja się o niego troszczyłem, a on się troszczył o mnie. Jakaś jego obecność nadal trwa. I w tym nie ma żadnej bujdy”.
Kultowe teksty Tadeusza Konwickiego i ilustracje Danuty Konwickiej układają się w zupełnie nową książkę, ukrytą przez Tadeusza Konwickiego w jego najsłynniejszych powieściach. Genealogię Iwana rekonstruuje prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza Ludwika Włodek, a o tym, jak Iwan sprawił, by jego biografia wreszcie ujrzała światło dzienne, opowiada córka autorów Maria Konwicka.

Na blogu książkowym empiku recenzentka Żaneta napisała

Gdy w domu pojawia się kot, wszystko się zmienia. Musisz mu służyć. Znosisz cierpienie spowodowane przez ostre pazury. Obojętność. Uznajesz jego wyższość. I ta mała futrzana kulka (z biegiem czasu powiększająca swoje wymiary) staje się centrum świata domowników. Na punkcie kota oszalał również Tadeusz Konwicki.  (…) To kot nie byle jaki! Iwan, pieszczotliwie zwany Wanią, dachowiec, który zadomowił się w domu Tadeusza Konwickiego i jego rodziny. Pisarz-mistrz i jego kot. (…) Atutem wydania są piękne ilustracje autorstwa Danuty Konwickiej. W jej zbiorach znajduje się mnóstwo rysunków, akwareli, pasteli, a większość z nich skupia się na postaci kota wzorowanej na Iwanie. (…) „Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością”, Zabawa w kotka i myszkę. Jak wygląda życie z kotem? Dokładnie tak, jak opisuje to Tadeusz Konwicki. Mam wrażenie, że z jego słów bije spokój, ale jak to przyznaje w jednym z rozdziałów – udajemy przed światem. Właściciele kotów tak już mają. Na zewnątrz może to wyglądać, jakbyśmy to my „mieli” kota, jakby był cudowną, mruczącą przytulanką… ale nikt nie wie, jakie sceny grozy rozgrywają się w czterech ścianach. Podrapane nogi, przykryte długimi spodniami, potulne dosypywanie ulubionej karmy do miski, mimo że jest pełno, wstawanie o 4 rano, by zejść z kotem na dół i zobaczyć, jak siada pod choinką… – Tak, życie z kotem to wielka przygoda! Poznajemy prawdopodobny rodowód kota Iwana, chociaż tak naprawdę nic nie jest w jego przypadku pewne. Czy jego ojciec to kanapowiec Bazyli? A może jednak nieznany kot o dzikiej naturze? Jego charakter zdecydowanie ma ten pazur! Kot zagarnia dla siebie coraz większą przestrzeń, ma swoje ulubione miejsca, a życie domowników kręci się wokół jego niezwykle cudownej osoby. Tadeusz Konwicki przyznaje nawet, że wakacje spędza w domu, ponieważ ktoś musi zostać z futrzakiem. Czasami ma się dość. Danuta Konwicka miała dość niemal codziennie. Wyklinanie na kota to zjawisko nieodłączne, z którym trzeba się pogodzić. Wkrótce autor zrozumiał, że i tak nigdy się kota nie pozbędą, zwłaszcza po niepokojącym incydencie. Okno było otwarte, kot gdzieś zginął. I zaczęło się. Stawali na głowie, by go odnaleźć. Chodzili po okolicy, rozmawiali z sąsiadami, Tadeusz Konwicki zrobił nawet specjalne oględziny miejsca rzekomej zbrodni. I nic. Nigdzie śladu kota. I co się nagle okazało? Oczywiście, że smacznie śpi pod kołdrą w pokoju córki. Nie trzeba chyba pisać, że był niezadowolony nagłym przerwaniem drzemki!
Historia celebryty – kota Iwana – to zabawny obraz życia rodzinnego, które toczy się własnym rytmem. Poznajemy kociego wroga – miłą starszą panią, która przychodzi sprzątać. To bardzo poważny konflikt. Kot jej grozi, jęczy i – jak zaznacza autor – „…wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta, osobę”. Ale nie tylko się złościł – miał też swoje pasje. Jedną z nich było polowanie na wróble, które przynosił domownikom w prezencie. Kiedyś też przeżył przykry epizod – oglądał program przyrodniczy w telewizji i okazało się, że polowanie na ptaki na wizji nie jest takie proste… Poza tym był uzależniony od waleriany i podobał mu się film o Leninie. Tak, kot Iwan, to niezwykła osobistość! Język Tadeusza Konwickiego jest starannie dopracowany i nie brakuje w nim humoru, dzięki czemu książkę pochłania się w jednym kawałku – to uczta, w której warto wziąć udział (najlepiej ze swoim kotem). Jesteś sługą kota. Kiedyś ktoś powiedział, że dla kota człowiek jest tylko otwieraczem do puszek z jedzeniem. I coś w tym jest. Koty są inteligentne, mają wysoko rozwinięte poczucie własnego „Ja”, (…). Kocia biografia w wydaniu Tadeusza Konwickiego również tego dowodzi. To także przepiękny portret rodziny, w której kot jest pełnoprawny.

Już zanim kupiłam książkę dowiedziałam się z internetu, dlaczego kot jest “z domu Iwaszkiewicz”? A to dlatego że, jak mówi moja synowa, w internecie jest wszystko, nawet żaba przez rz (sprawdźcie, są nawet strony internetowe na temat rzaby, np. TA), znalazłam więc niemal natychmiast odpowiedź na dręczące mnie pytanie.

Autorki biografii – córka Tadeusza Konwickiego, Maria oraz prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek – na początku współpracy ustaliły, że łączy je pokrewieństwo właśnie przez kota Iwana. Przeprowadzone przez nie poszukiwania genealogiczne nie potwierdziły zawartych w “Kalendarzu i klepsydrze” przypuszczeń Konwickiego, jakoby mama Wani, “chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans z rysiem, a może nawet ze żbikiem”. Babcia Ludwiki Włodek, Maria Iwaszkiewicz, wywodziła ród Iwana od półdzikiego, charyzmatycznego kocura sąsiadów o płonących oczach i złośliwym spojrzeniu. Ten kocur ze Stawiska miał czworo kociąt z kotką Włodków – Jagusią, drobną, niezależną z charakteru czarną koteczką. Jednym z kociąt był Iwan.

Tadeusz Konwicki w “Kalendarzu i klepsydrze” tak opisywał pojawienie się w jego życiu „kolegi, sublokatora i rezydenta”: “Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy”. Imię dostał po bohaterze piosenki Bułata Okudżawy z refrenem “Oj, Wania, Wania” o Wańce Morozowie, który zakochał się w cyrkówce.

Tak rozpoczęło się 18 lat wspólnego życia pisarza i kota. Maria Konwicka wspominała: “Iwan był sercem domu i gwiazdą literacką. Po “Kalendarzu i klepsydrze” zyskał rzesze wielbicieli, którzy żądali wieści o nim w kolejnych książkach, słali z zagranicy kocie żarcie. Że sytuacja wymyka się spod kontroli zrozumiałam, gdy w czasie stanu wojennego rodzice biedowali, a z całego świata napływały paczki z jedzeniem dla Iwana. Mam wrażenie, że ojciec był na polskim gruncie prekursorem lansowania kotów w kulturze, trendu, który doprowadził dziś do sytuacji, że nie sposób otworzyć internetu, żeby nie utonąć w morzu zdjęć słodkich kiciusiów”.

Teraz już przeczytałam tę książkę. Fajna, zwłaszcza, że pewnie wszyscy pamiętamy cytowane tam fragmenty. Nie będę Wam opowiadać, jak fajna to  książka. Bieżcie czym prędzej do księgarni i kupujcie…

Kulinarisches Krakau

Seit Jahrhunderten wird Krakau für ihre Küche geschätzt und ist dieses Jahr die Europäische Hauptstadt der gastronomischen Kultur (http://culinary.krakow.pl/). In der ehemaligen Haupt- und Königstadt von Polen kann man exzellente polnische Küche genießen. Arkadiusz Łuba ist auf einer Recherchereise in Krakau gewesen und hat dortige Restaurants, Bars und Cafés unter die Lupe genommen. Und natürlich auch die polnische Küche Krakaus getestet.

Arkadiusz Łuba

Unterwegs in der Europäischen Hauptstadt der gastronomischen Kultur 2019

Der Krakauer Drachen und das Schwefel-Schaf (Bild im Restaurant „Wierzynek“), fot. © Arkadiusz Łuba
Der Krakauer Drachen und das Schwefel-Schaf (Bild im Restaurant „Wierzynek“), fot. © Arkadiusz Łuba

Krakau war schon seit dem Mittelalter für seine kulinarischen Besonderheiten bekannt. Der Legende nach, wohnte einst in der Höhle unter dem Wawel, der ehemaligen Residenz der polnischen Könige, an den Ufern der Weichsel, ein Drache. Er tötete die Bürger, steckte ihre Heime in Brand und verschlang ihr Vieh. Kein Ritter konnte ihn besiegen. Bis der schlaue Schusterlehrling namens Dratewka ihn zum Frühstück mit einem mit Schwefel gefüllten Schaf fütterte. Der Monster musste wegen des im Magen brennenden Schafs so viel trinken, bis er endlich platzte. Kein Drachen wohnt seitdem in der Höhle. Der Ort wird heutzutage nur noch reichlich von jungen Touristen besucht.

Ein Denkmal erinnert an den Krakauer Drachen, fot. © Arkadiusz Łuba
Ein Denkmal erinnert an den Krakauer Drachen, fot. © Arkadiusz Łuba

Heutzutage frühstückt man ruhiger, aber gar nicht bescheidener. Die Marke „Handelek“ bietet seit genau zwei Jahren Schnitten, Wein und Bier zum Frühstück – ganz nach der Krakauer Frühstückstradition des 19. Jahrhunderts. Vor mehr als hundert Jahren wurden neben Delikatessengeschäften die „Handelki“ gegründet, also lebhafte Frühstückslokale, in denen man von morgens bis Mitternacht speisen und Bier trinken konnte. Auf der Speisekarte standen Innereien und riesige, viel schichtige Sandwiches mit Schafskäse, Paprika, Lachs, Kaviar und Schweizer Käse.

Frühstück bei Handelek, fot. © Arkadiusz Łuba
Frühstück bei Handelek, fot. © Arkadiusz Łuba

Das heutige „Handelek“ der Inhaberin Katarzyna Młynarczyk ist ein geräumiges Frühstücksrestaurant in der Nähe des berühmten Lebensmittelmarktes Stary Kleparz. Auf die belegten Brote kommt Wurst lokaler Metzgerein, Butter und Käse aus der Molkerei in nahe liegenden Skała und die Forelle aus Ojców, auch unweit von Krakau. „Unser Geheimnis liegt in dem Sauerteigbrot aus unserer eigenen Bäckerei“, sagt Katarzyna Młynarczyk: „Es ist eine Mischung, mit nur 10% Weizenmehl. Wir benutzen uralte, leckere und gesündere Getreidesorten. Das ist die Basis, wozu verschiedene Pasten hinzukommen, wie zum Beispiel Ente mit Brandy. Wir haben nur Premiumprodukte mit Brombeer-Streusel oder saisonalem Obst oben drauf. Sehr beliebt ist auch das Kalbshirn, ganz nach Rezepten aus dem 19. Jahrhundert“.

Die Kundin Dorota ist mit ihrem Mann nach Krakau gekommen, eine Geschäftsreise. Sie ist begeistert: „Während mein Mann an vielen Sitzungen teilnimmt, gehe ich in Cafés. Das Café hier ist sehr gut. Ich genieße den Kaffee. Und die belegten Brote sind sehr lecker und gesund“.

Der Krakauer Hauptmarkt in der Altstadt mit Blick auf die Marienkirche und die Sukiennice, fot. ©Arkadiusz Łuba
Der Krakauer Hauptmarkt in der Altstadt mit Blick auf die Marienkirche und die Sukiennice, fot. ©Arkadiusz Łuba

Krakau war eine wichtige Handelsstadt. Kaufleute aus ganz Europa kamen hierher und schließen Geschäftsverträge ab. Der Krakauer Handel fand auf dem Markt statt. Hier versorgten sich nicht nur Kaufleute, sondern auch Bürger. Diese Handelstradition blieb bis heute bestehen. In der ganzen Stadt sind einige Dutzend kleinere und größere Marktplätze zu finden. Damit hängt die Tradition des Straßenessens zusammen. Am häufigsten wird der sogenannte „runde König von Krakau“ – der Obwarzanek – also der Brotringel verspeist. „Bevor der Brotringel im Ofen landet, wird er kurzgekocht, damit der Aufgehenprozess gestoppt wird. So bleibt der Brotringel drinnen weich und wird zugleich außen knusprig“, sagt Marta Krzyżek-Siudak vom Museum des Brotringels.

Krakauer Obwarzanek
Krakauer Obwarzanek

Der Krakauer Obwarzanek hat weltweit seine Cousins: den türkischen Simit, den südgermanischen Brezel, oder den jüdischen Bagel. Doch der Obwarzanek wird aus zwei – und nicht aus einer – daumendicken Teigrollen geformt. Nur acht zertifizierte Bäckereien in Krakau dürfen ihn nach einer 600 Jahre alten Rezeptur backen. Jeden Tag werden
150 Tausend Stück produziert und gegessen.

Krakauer Wagenfahrer, fot. © Arkadiusz Łuba
Krakauer Wagenfahrer, fot. © Arkadiusz Łuba

An der Ecke der Straßen Grodzka und Poselska wurde wahrscheinlich die beste Maczanka serviert. Diese besonders mit Krakau verbundene Spezialität sollte am Ende des 17. Jahrhunderts als ein schneller Imbiss für Krakauer Wagenfahrer entstehen. Bereits im April gewann Maczanka des Restaurants „Baroque“ im Wettbewerb zum Krakauer Stadtmenü. Der Chefkoch Ryszard Warnke: „In diesem Menü haben wir typische Krakauer Gerichte. Ein leckeres Mischmasch, das aus all den verschiedenen Einflüssen entstanden ist, die sich hier einst getroffen haben. Krakau war ja doch ein wichtiger Knoten auf internationalen Handelswegen. Bis heute erinnern sich die ältesten Einheimischen an verschiedene Speisen. Zu der Maczanka haben wir beispielsweise in uralten Büchern nach Rezepten gesucht. Etwa sechs, sieben Versuche haben wir gewagt, bis unser Experte es als das akzeptierte, was er aus seiner Kindheit kannte. Also ein lang gebratener Schweinekamm mit Kümmel und Zwiebel in dicker Soße, in die eine Wassersemmel getaucht wurde. Etwa wie Pulled Pork“

Maczanka im Restaurant „Baroque“
Maczanka im Restaurant „Baroque“

Ein paar Schritte weiter, am Hauptplatz der Altstadt, befindet sich das Restaurant „Wierzynek“. Wierzynek stammt aus dem Mittelalter. Es ist berühmt für die große Hochzeitsfeier von 1364, als die Prinzessin Elisabeth von Pommern – die Enkelin des Königs Kasimir den III. – Karl den IV., den Heiligen Römischen Kaiser, geheiratet hatte. Die Feier wurde von zahlreichen europäischen Monarchen und dem Adel besucht. Der Legende nach, erhielten die Gäste Gold- und Silbergeschirr zum Andenken.

Rehrücken mit Topinambur, Thymian Eclair, Moosbeeren und karamellisiertem Fenchel in„Wierzynek“
Rehrücken mit Topinambur, Thymian Eclair, Moosbeeren und karamellisiertem Fenchel in „Wierzynek“

In bester Tradition einer polnischen Hofküche serviere „Wierzynek“ heute vor allem Wildfleisch, sagt der Chefkoch, Michał Hajdus: „In unserem Menü stehen Rebhuhn, Perlhuhn und Fasan. Wir basieren auf Reh, Hirsch und Wildschwein. Dazu kommen verschiedene klare Sude und Bouillons sowie rote Soßen. Alle Produkte kommen aus der Region, aus dem Njepolomitz-Urwald oder anderen Ecken Kleinpolens in der Nähe von Krakau. Wir versuchen bei den alten Rezepten neue Technologien und Serviermethoden anzuwenden, wie Vakuumgaren oder Confit, wodurch die Nährwerte beibehalten und Haltbarkeiten verlängert werden. Dazu bleiben die Gerichte saftig und verlieren nicht ihre Aromen“. Am Servicepersonal werde es nicht gespart, so Hajdus weiter. Gleichzeitig könnten zehn bis zwölf Gäste synchron bedient werden. Früher gab es bei Wierzynek sogar bis zu 25 Kellner pro Schicht.

Reporter Arkadiusz Łuba und Restaurantinhaber Jerzy Łodziński bei den hausgemachten Marinaden in Pod Aniołami, fot. © Arkadiusz Łuba
Reporter Arkadiusz Łuba und Restaurantinhaber Jerzy Łodziński bei den hausgemachten Marinaden in “Pod Aniołami”, fot. © Arkadiusz Łuba

Die Küche des Goldenen Krakau ist doch am meisten in „Pod Aniołami“, also „Zu den Engeln“, sichtbar. Das uralte, gotische Mietshaus aus dem 13. Jahrhundert, in dem sich das Restaurant befindet, ist wie ein Geschmackssinn-Museum. Hier kreisten einst Domherren, Gesandten, Senatoren und Ritter. Hier wird es immer noch adelig auf Dukaten gekocht, Fleisch und Lebkuchen werden vergoldet. Hausgemachte Marinade-Rezepten lassen sich auf die alten Chroniken zurückführen. Im Ofen brennt das Buchenholz, das vergessene Aromen des mittelalterlichen Polens hervorbringt. Dazu serviert der 78-jährige Restaurantinhaber, Jerzy Łodziński, persönlich selbstgemachte Liköre. Er ist der Erbe eines 126-jährigen Geschäfts seiner Großmutter. „Zu den Engeln“ ist für ihn ein Zufluchtsort mit einer besonderen Philosophie: „Zwischen diesen mittelalterlichen Wänden fühle ich die alte Kultur. Die Leute hatten damals friedlich miteinander gelebt. Man hat das Recht respektiert. Gemeinsames Essen hat etwas von dem Frieden, ist weit entfernt von dieser bösen Welt, weit weg von der Politik. Das Essen lässt uns edler werden. Es bringt uns auf ein anderes Lebensniveau von einst. Schade, dass dies vorbei ist. Daher möchte ich die vergangene Stimmung des alten Krakau hier wieder reinbringen. Ich möchte die Nächstenliebe am gemeinsamen Tisch hier wieder erleben“.

Hausgemachte Marinaden in Pod Aniołami, fot. © Arkadiusz Łuba
Hausgemachte Marinaden in “Pod Aniołami”, fot. © Arkadiusz Łuba

Krakau ist heute genau wie vor Jahrhunderten offen für alle Geschmäcker. Hier kann man verschiedene Küchen mit Gerichten aus der ganzen Welt probieren. Wie die Auszeichnungen und Preise sowie der diesjährige Titel der Europäischen Hauptstadt der gastronomischen Kultur wohl versprechen, muss all das sicher ziemlich schmackhaft sein. Das ist es! Und bis zum Ende des Jahres können die Krakauer Stadtmenüs noch verkostet werden.

Er fehlt

Zu Erinnerung an Witold Kamiński
27.11.1947 – 17.10.2019

Liebe Kolleginnen und Kollegen, liebe Freunde,

wir alle hatten das große Glück Witold Kaminski kennenlernen zu dürfen.

Heute sind wir zusammengekommen, da wir Abschied nehmen müssen. Am 17. Oktober ist Witold unerwartet verstorben und die Trauer und der Schmerz sind erdrückend. Er fehlt.

Wir sind zusammengekommen um gemeinsam zu trauern, aber auch um uns an einen außergewöhnlichen Menschen zu erinnern.

Ohne ihn würden wir wohl nicht hier stehen. Dieses Haus gehört auch zu seinem Lebenswerk. Als Mitbegründer und langjähriges Vorstandmitglied des Polnischen Sozialrates und des Migrationsrates Berlin gehört er zu den Menschen, die die Ora34, das Nachbarschaftshaus für interkulturelle Begegnung, geprägt haben.

Witold Kaminski war eine der herausragenden Persönlichkeiten des polnischen Berlins. Seit den 80er Jahren hat er unzähligen Migrant*innen geholfen, unter erschwerten Umständen ein neues Leben in Deutschland aufzubauen. Er hat sich mit Kulturprojekten und politischen Initiativen für den deutsch-polnischen Austausch eingesetzt und geholfen, Vorurteile und Ressentiments abzubauen.

Doch sein Engagement war nie auf die polnische Community beschränkt – er hat Vielfalt immer als Stärke gesehen und stellte sich entschlossen gegen einen einseitigen, Einbahnstraße-artigen Integrationsbegriff. Vielmehr sprach er von Teilhabe und Partizipation aller Menschen in unserer Einwanderungsgesellschaft und lebte die Empowerment-Idee, bevor dies zum Modewort wurde. Dabei fand er Verbündete unter Migrantenvertretern der unterschiedlichen Communities und arbeitete unter anderem mit der türkischen, russischen und afrikanischen Gemeinde eng zusammen. Auch in der Politik fand er Freunde und Mitstreiterinnen, er etablierte sich als gefragter Experte und arbeitete aktiv mit in zahlreichen Ausschüssen, Arbeitsgruppen und Beiräten, sowohl auf Landes- als auch auf Bundesebene.

Die junge Generation der „neuen Deutschen“, wir, die sich selbstbewusst in mehreren Kulturen zu Hause fühlen, profitieren heute von der Arbeit von Vordenkern und Aktivisten wie Witold, die den Diskurs um nationale Identitäten nachhaltig beeinflusst und Glasdecken für uns zerschmettert haben.

Für seine Verdienste wurde Witold Kaminski mit zahlreichen Auszeichnungen geehrt, unter anderem mit dem Bundesverdienstkreuz und dem polnischen Kavalierskreuz. Doch darüber sprach er eigentlich nie. Vielmehr als für Auszeichnungen interessiert er sich für Menschen.

Wie oft haben wir ihn sagen hören: „Es kommen keine Facharbeiter und Migranten, es kommen Menschen, mit ihren Potentialen und Problemen.“ Dabei hatte er ein erstaunliches Talent Potentiale zu erkennen und zu fördern. Das haben viele in diesem Raum selbst erfahren dürfen – vielleicht nicht immer ganz freiwillig. Ich erinnere mich an meinen ersten Monat im Polnischen Sozialrat, als er mir auf dem Weg zu einer Veranstaltung erzählte, er habe mich bereits als Moderatorin angemeldet. Er war ein fantastischer Mentor und durch sein Vertrauen sind Kolleginnen und Kollegen an seiner Seite gewachsen.

Witolds Erfahrungsschatz und sein politischer Instinkt machten ihn zu einer wichtigen kritischen Stimme, die die Migrations- und Integrationsdebatten der letzten drei Jahrzehnte mitgeprägt hat. Und wie wir wissen, konnte diese Stimme laut und deutlich werden – er nahm kein Blatt vor den Mund, folgte seiner Überzeugung und ließ sich nicht beirren.

Bei allem was er tat, war er mit dem Herzen dabei und schonte sich nie. Sein Engagement war stets persönlich und er hatte die Gabe andere mit seinem Enthusiasmus anzustecken und mitzunehmen. Man konnte nicht gleichgültig an ihm vorbeigehen. Seine offene und gleichzeitig direkte Berliner-Art machten ihn auch zu einer Kiezikone – es war fast unmöglich die Oranienstraße mit ihm runterzulaufen, ohne dass er angesprochen wurde.

Witold war seiner Zeit oft voraus, er war ein Visionär, Philosoph und vor allem immer auch Sozialarbeiter, der sich für diejenigen einsetze, die marginalisiert oder vergessen werden – zuletzt besonders in der Obdachlosen- und Geflüchtetenhilfe.

Doch Witek war auch Familienmensch, Ehemann und Vater. Erfolgreicher Trickfilmzeichner, leidenschaftlicher Hobbytaucher und stets rasender Fahrradfahrer.

Er war unser Freund. Er bleibt mein Vorbild. Wir werden ihn nie vergessen.

Dr. Marta Neüff
Vorsitzende des Polnischen Sozialrates e.V.
21.11.2019