Sąsiedzi 4

Teresa Rudolf

Sąsiadeczki

Pani Klara i Filomena spotkały się znów na parterze budynku przed windą.
Jedna czekała na tę drugą, która to wcisnie guzik ściagający windę w dół, zachowując się jednak tak, jak gdyby tej drugiej tu w ogóle nie było.
Do budynku wszedł równocześnie pan Lesio i  znów jak zwykle zapachniało jego  przeobłędnymi perfumami.
Kiedy zobaczył dwie sasiadki z drugiego piętra, szybko przemknął schodami do góry, nie oszczedzając sobie jednak mruknięcia pod nosem:
“znowu te dwie wariatki razem”…
I pobiegł truchcikiem na górę.

Panie uslyszały jednak to”drobne co nie co” i ze zdumieniem spojrzały nagle na siebie.
– No, wie pani, nigdy nie pomyślałabym, że to taki straszny cham, a niby taki elegancik-francik, powiedziała pani Klara do Filomeny.
– No właśnie, też by mi to do głowy nie przyszło, potwierdziła wielce rozczarowana Filomena.
Ich ręce spotkały się równocześnie na guziku windy, obie się głośno roześmiały, tak  komiczne było to wspólne działanie.
– Czy sasiądka nie wypiłaby kawy ze mną, dla lepszego poznania się?, zaproponowała pani Klara.
– Właściwie czemuż by nie, nie mam dziś akurat nic specjalnego do roboty, odpowiedziała Filomena.
Była godzina 21.00.
Pani Klara otworzyła drzwi mieszkania, puszczając przodem Filomenę.
– Proszę wybaczyć, zostawiłam troszeczkę bałaganu, śpiesząc się, mówiła pani Klara.
Filomena rozejrzała się ze zdumieniem po sterylnie posprzątanym mieszkaniu, mówiąc:
– Ależ nie szkodzi, każdemu się zdarza, choć muszę powiedzieć, nie wiem co pani akurat miała ma myśli, mówiąc tu o bałaganie.
Ponieważ nie doszło do żadnego wyjaśnienia, konwersacja chwilowo urwała się.
– Zrobię nam pysznej kawusi, ale bez kofeiny, bo wie pani, ja po normalnej to spać nie mogę, to niezdrowo z kofeiną na noc – kontynuowała gospodyni i poszła do kuchni.
Filomena rozglądała się po dużym pokoju, zarejestrowała solidne, błyszczące brązem meble sąsiadki.
Na ścianach wisiały obrazy z kwiatami, szczególnie z makami, pejzażami, niektóre z nich były akwarelkami, inne delikatnie malowane olejnymi farbami.
– Aaaaa, pani patrzy na te obrazki, to malował kiedyś mój mąż, zginął przed 20 laty, przechodząc późnym wieczorem przez jezdnię i to na pasach, szkoda mówić, co to już wtedy za czasy były, a dzisiaj, to już w ogóle… – machnęła ręką gospodyni, nalewając kawę do ładnych, stylowych porcelanowych filiżaneczek, również w makach.
Panie zadumały się w ciszy nad tymi niebezpiecznymi już wtedy, a dziś jeszcze bardziej, czasami. Bo pomyśleć chociażby, co się tam w tych Chinach wyprawia. I to dlaczego, bo ktoś zjadł jakiegoś nietoperza.
Filomena po chwilce powiedziała:
– Właściwie to człowiek nie wie dziś, z kim rozmawia, weźmy na przykład tego naszego  sąsiada, Lesia, niby taki grzeczny, elegancki, a tu proszę, co też z niego wyszło, taki fałszywy drań. Ohoooooo, pani ma kotka, wyszedł do nas, a jak się nazywa?
– Salcia, o to jest mądralińska, mówię pani, chodź do nas Salciu, no chodź, chodź, słoneczko, no znów się schowała, boi się obcych… Mówię pani, zna się na zegarze, więc nie bardzo mi wybacza, gdy spóźniam się na przykład z posiłkiem.
– Wygląda zupełnie jak ten kot z Whiskasa, przerwała zachwycona Filomena. – Kiedyś taką ogromną paczkę niósł również ten Lesio, właśnie z tym zdjęciem kota, mówił, że takiego też ma, tak samo wygląda i nazywa się Salomon, aha, no i również zna się na zegarze, myślałam, że mi kit wciska, ale jak pani Salcia też… a  może to rodzeństwo?
– No proszę, coś takiego, mimo tego, nie lubię go już, jest taki falszywy, strach pomyśleć,  co ma o nas w głowie, kiedy człowiek nie widzi go i nie słyszy, nawijała pani Klara.
– Wie pani, ja to boję się  już chodzić wieczorami, bo niektórzy to wyglądają na zbirów, a inni są nimi po prostu, choć wcale nie wyglądają. Aaach, zasiedziałam się, powiedziała nagle zestresowana Filomena i wstała do wyjścia.
– Muszę nakarmić papugę, dodała, żeby pani wiedziała, jak ona strasznie klnie, powiem szczerze, że też i na panią, nie wiem skąd to ma, naprawdę…
– Na mnie? Papuga, a co takiego?, zdziwiła się nieźle gospodyni domu.
– Ona krzyczy: “ta wiedźma spod dwunastki”, czasem pół dnia w kółko to samo.
Zrobiła się nagle niebezpieczna cisza. Filomena zaczęła się ubierać, chcąc nagle zapaść się pod ziemię, po tym co powiedziała.
– Wie pani, a gdyby Salcia potrafiła mówić, to co pani usłyszałaby o sobie, wycedziła pani Klara i zaczęła się głośno śmiać.
– No, a co?, Filomena była strasznie ciekawa, dołączając do śmiechu sąsiadki.
– Nooooo, krzyczy: “ta ruda lafirynda spod piętnastki”.
Obie nie mogły opanować już  śmiechu.
– Ale mamy podłe te nasze zwierzątka, chichotała Filomena.
– Skąd one to mają?, dodała śmiejąc się histerycznie Pani Klara.
– Ale wie pani, strach pomyśleć, co mówiłby Salomon pana Lesia, ten przecież taki cichociemny, forsy ma jak lodu, te perfumy, hmmmm, nie wiadomo właściwie, co on tak naprawdę robi, a może to jakiś polski mafioso, mówiła dalej, coraz mniej i mniej śmiejąc się Filomena.
– No, chyba zacznę się go już bać, ma pani chyba rację, zadumała się nagle poważnie pani Klara.
Zawiało nieprzyjemną grozą.
– Myśli pani?…, zapytała już w drzwiach Filomena, z takim to nigdy nie wiadomo. Dziękuję Pani za wspaniały wieczór, dobranoc, następnym razem kawka u mnie, zapraszam już dziś.

Pani Klara zamknęła za nią drzwi, siadła na kanapie, spod której wyszła Salcia i wskoczyła jej na kolana.

Salomon na trzecim piętrze już dawno okupował kolana pana Lesia.

2 thoughts on “Sąsiedzi 4”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.