Tęsknoty młodości

Teresa Rudolf

Marzenie dziewczyny…

Tak marzy mi się tango,
mówiła do siebie,
przecież to żałosne,
skąd mam to?

Tango bez maski,
bez dystansu,
a ręce?…

A ręce mnie obejmują,
przytulają, przyciskają,
nienachalnie tańcząc
ze mną tango.

Tango zabronione
świata Coroną,
bez sensu.

Tango, właśnie z tobą,
tym facetem z pociągu,
w masce, oczy ciekawskie,
mówiłeś, że tańczysz.

Tango wymarzone,
nie tańczyłam,
nie umiem.

Tango, takie z filmów,
takie jakieś nagle moje,
dla mnie, jak nic innego,
… jestem młoda!

Proszę, proszę proszę,
póki jestem jeszcze
taka młoda…

Odczep się…

Napadasz na mnie tymi pomysłami!
Napadasz na mnie tymi
marzeniami…

Odczep się!

Napadasz ma mnie tymi
ideami!
Napadasz na mnie tymi
snami…

Odczep się!

Napadasz na mnie tymi
kaprysami!
Napadasz na mnie tymi
wyrzutami…

Odczep się!

Zostaw mnie w spokoju,
jestem młody,
chcę wreszcie żyć
przestać tylko marzyć…

… o normalności!
Więc się odczep!
Mrzonko o przyszłości!
Proszę…

Don Kichot na wakacjach

Tak jest, spotykam(y) go wszędzie, a zatem również na wakacjach. Ten wpis to taki wakacyjny nieład. Jeśli go i ich gdzieś spotkaliście, przyślijcie mi zdjęcia, to je tu dodam…

Goslar (stare, piękne miasteczko w Niemczech), zdjęcie przysłane przez Anne Schmidt

Szczecin, kawiarnia Moniki Szymanik, Kamienica w lesie (byłyśmy tam wczoraj z wizytą)

Szczecinek, kamienica koło Pałacu Ślubów (autor Dariusz Miliński i koledzy, mural malowany tradycyjnie, pędzlami, a nie sprayami)Mentona, Ogród Pisarzy

Jelenia Góra, ulica Kochanowskiego, rzeźba z 1999 roku autor: Vahan Bego, rzeźbiarz, który mieszkał w Jeleniej Górze w latach 1993-2001

Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne

Tabor Regresywny

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi wyznaczają dwa rodzaje znaków – ślady i komunikaty. Śladem jest plamka na kliszy w miejscu, gdzie padł promień światła, odcisk kopyt końskich na miękkiej ziemi czy guz po uderzeniu głową w ścianę. Oczywiście śladami zajmują się nauki przyrodnicze. Jerzy Kmita, logik, ślady określał jako znaki autonomiczne. Z kolei komunikatami nazywam znaki, które, jak mówił prof. Kmita, są nastawione na interpretacje. Są to znaki kulturowe – dzieło pisarza, obraz czy gest wykonany na powitanie. Komunikaty nie są znakami autonomicznymi, wymagają nadawcy i odbiorcy. Proszę nie mylić komunikatów z informacjami np. klepnięcie szablą w ramię, którym mianuje się na stopień oficerski jest komunikatem, czyni kadeta oficerem, gwiazdki na pagonach informują stopniu oficerskim.

No, ale do rzeczy.

Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki stanęło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć niewiele brakowało. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki. Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?

Wieczorem przy ognisku Kol Nze spytał o antynaturalizm Kmity i jak się on miał do fizykalizmu. Wyjaśniłem, że antynaturalizm to pogląd, że przepaści między humanistyką a naukami przyrodniczymi nie da się zasypać ze względu na odmienne rodzaje znaków, będące przedmiotem zainteresowań obu tych dziedzin. Jerzy Kmita był antynaturalistą i przeciwnikiem fizykalizmu czyli przekonania, że tę przepaść można zasypać od strony fizyki, co dobitnie wskazywałoby na wyższość nauk przyrodniczych nad humanistyką i usprawiedliwiało lekceważący stosunek fizyków do literatów.

W pewnym sensie fizykalistą był Ezaw, gdy sprzedawał swoje pierworództwo Jakubowi za miskę soczewicy. Śmiał się w duchu, bo myślał, że pierworództwa nie można sprzedać. Albo się jest pierworodnym albo nie i nic tego nie zmieni. Jakub też był świadomy, że w wyniku transakcji nie stał się pierworodnym, natomiast nabył prawo do błogosławieństwa Izaaka czyli czynności nastawionej na interpretację – komunikat. Nie pierworództwo czyli fakt należący do przyrodoznawstwa, a błogosławieństwo ojcowskie czyli znak kulturowy, zadecydowały o ich dalszych losach.

Nie lekceważyłbym literatów.

No ale do rzeczy, czyli Kursu Sztuki Żeglowania (KSŻ), przypowieść druga, choć chronologicznie pierwsza.

Przypadkowa uczestniczka KSŻ miała 12 lat i znalazła się u mnie na jachcie wraz z rodzicami w ramach krótkiej wycieczki wokół wyspy Glonek. Druga rodzina płynęła z Jackiem. Wyszli z portu wcześniej i mieli silnik na wypadek. gdyby zabrakło wiatru. Nie miałem szans, by ich dogonić, nawet po to, by w razie ciszy przyholowali nas do portu. Powiedziałem tej małej 12-letniej czarodziejce, jak może mi pomóc, sprowadzając wiatr. I sprowadziła. Jak wyjaśniłem Jackowi, co się stało, napisał mi: „Miała taką moc, że zostaliśmy daleko w tyle”.

Przypadek, czy jest coś na rzeczy?

Uczyłem fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na pierwszej lekcji powiedzieli mi – nas nikt niczego nie nauczył, panu też się nie uda. Pomyślałem sobie – to świetnie. W tym samym czasie czytałem „Część i całość” Heisenberga. Opowiadał, jak to Niels Bohr skarżył się po wykładzie z mechaniki kwantowej dla filozofów z Koła Wiedeńskiego. Bohr uznał, że źle tłumaczył, bo nie było żadnych pytań, wszyscy zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli, a tego nie da się zrozumieć. Opowiedziałem o tym kucharzom małej gastronomii i zaproponowałem wykład z mechaniki kwantowej. Jak nic z tego nie zrozumieją, to będzie znaczyło, że dobrze tłumaczę. Wydawało się, że zrozumieli, o co mi chodzi i się zgodzili. Po lekcji poszli do wychowawczyni i się poskarżyli, że źle tłumaczę, bo oni nic nie rozumieją. Tylko Krystian zorientował się, o co chodzi i stanął w mojej obronie. Lilka, ich wychowawczyni, powiedziała mi, że rozumie, że w tej lekcji właśnie chodziło o to, by nie rozumieli i poprosiła mnie, bym powtórzył tę lekcję, ale tak, by zrozumieli. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nikt tego nie rozumie. Ale tłumacz to kobiecie, w dodatku polonistce. Ja swoje, a ona swoje – ty sobie poradzisz, wytłumacz im. I tak powstała lekcja pt. “Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”.

Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, zarówno Ewa Maria, jak i mała czarownica mają władzę nad zjawiskami pogodowymi. Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, to przepaść między przyrodoznawstwem a humanistyką można zasypać od strony humanistyki i przejąć władzę nad pogodą i nie tylko.


Komentarz Adminki: O!

Wiersze o miłości inaczej…

Teresa Rudolf

Tyle chcę ci powiedzieć… 

Tyle chcę ci wciąż jeszcze
powiedzieć, wytłumaczyć,
wymilczeć, wyśpiewać.

Patrz, to jest ptak,
lata, śpiewa swe pieśni
o odlocie, odejdzie daleko.

Patrz, to twoje uszka
a to twoje pazurki,
na razie takie niewinne.

Patrz, to twoje oczy,
w nocy będą bystre
w ciemności wszelkiej.

Patrz, to jest nora,
zawsze możesz wskoczyć
do niej, szybko uciekając.

Patrz, to jest twoje
rude futerko, uważaj,
bo ktoś może ci je zabrać.

Patrz i teraz uciekaj,
to czlowiek, on chce się
w ciebie lub we mnie ubrać.

Mama szeptała coś szybko
małemu dziecku liskowi,
i wtedy padł strzał…

Już czuł,  i już wiedział,
mamę zabrał czlowiek,
najgorszy wróg zwierząt…

To człowiek, a ja lisek…
cichutko po lisiemu płakał,
z żalu i ze strachu.

 

Patrz i ucz się…

Patrz i ucz się mówiła
matka swemu dziecku,
tak się sznuruje buciki.

Patrz i ucz się, to jezdnia
auta są zawsze mocniejsze
od ludzi, przechodź uważnie.

Patrz, w zimie szalik
okręć, przeziębisz się,
ostatni raz mówię.

Patrz, dzieci się uczą,
masz wyrosnąć na kogoś,
obijasz się, ja się staram.

Patrz, masz znów
szlaban na wszystko,
po co ci to mówiłam.

Inne mamy są inne,
i ona kiedyś też była…
zamknął się w szafie.

I już wiedział, tam jest
życie, szkoła, a tu mama,
płakał z żalu i ze strachu…

Z wolnej stopy 13

Zbigniew Milewicz

Bądź mi zdrów, Krakowie
Blajb gezunt mir, Kroke

Diabeł czasu Holocaustu pracował ściśle według planu, jak to typowy Niemiec. „Problem żydowski“ rozwiązywał  skrupulatnie odmierzonymi  krokami, daty lubiły się powtarzać. Dokładnie 79 lat temu wykonano pierwsze egzekucje w komorach gazowych Auschwitz. Rok później, również 23 września, zlikwidowano getto żydowskie w Szydłowcu, a w 1943 roku, w ten sam dzień, zaczęła się zagłada getta w Wilnie. Mordechaj Gebirtig – znakomity, żydowski poeta z Krakowa, świadek i ofiara Holocaustu, pisał z rozpaczą:

 

 

 

 

Tworzył w jidysz, języku żydowskiego proletariatu, jego sztetli i naprawdę nazywał się Markus Bertig. Mieszkał na Kazimierzu, w znanej żydowskiej dzielnicy, miał podobno zaledwie elementarne wykształcenie i materialnie wiódł bardzo ubogie życie, a należał do najważniejszych postaci międzywojennej elity intelektualnej tej diaspory miasta Krakowa. Kiedy zdecydował się przyjąć nowe nazwisko, użył niemieckiej pisowni Gebürtig, od słowa Geburt – narodziny, jakby sugerując, że oto narodzi się ktoś nowy:

Tłumaczem utworów Mordechaja Gebirtiga na język polski i autorem wyżej zamieszczonego wiersza jest poeta i autor tekstów piosenek, Jacek Cygan. Jest on również jednym z autorów wstępu do książki o żydowskim bardzie z dawnego Krakowa, która od kilku dni leży u mnie stole. Oprawę muzyczną do swoich wierszy Gebirtig układał głównie sam, ale często przyciągały one również uznanych kompozytorów. Na przykład Manfreda Lemma, niemieckiego kompozytora, który napisał muzykę do tytułowego wiersza Blajb gezunt mir Kroke, czyli Bądź mi zdrów Krakowie:

Jego pieśni znane były nie tylko na Kazimierzu, śpiewała je ulica we wszystkich galicyjskich osiedlach i miasteczkach żydowskich. Były dowcipne, romantyczne i lekkie, opowiadały o zwyczajnym życiu, ale były też pełne zadumy, smutku. Najbardziej znana jest ekspresyjna S`brent, Pali się, skomponowana jako odzew na pogrom w Przytyku, który miał miejsce w 1936 roku. Uznaje się ją za pieśń proroczą, zapowiadającą nadejście Zagłady. Była ona hymnem gett na okupowanych ziemiach polskich, dzisiaj dalej śpiewanym przy okazji rocznic związanych z Holocaustem:

Es brennt… Pali się nasz sztetl

Czytamy / Wir lesen

IMMER BARATARIA

In Frühling 2014 publizierte Ewa Maria Slaska auf ihrem Blog
ewamaria.blog
zehn Gedichte ihrer Schwester, Katarzyna Krenz,
über alten Dichter, der stirbt, und sein Leben rekapituliert.

Am morgen endete der Storm.
Der A
lte Dichter lag lang auf dem Ufer, umgespült
von den Wogen, gut wissend, was geschah.
Seine Schiff ging runter, verloren, ohne Wiederkehr,
und mit der Schiff auch seine ganze Ladung.
(…)
In der Luft zitterte grünes Jungelrauschen, die Insel jedoch
schwieg. Unbekannte. Ungenannte. Niemandem gehörend.

Seit Januar 2017 publizierte Ewa Maria Slaska dreiundhalb Jahre lang auf ihrem Blog Texte (meistens eigene, manchmal aber auch von ihren Friends) über alten Rebell (und Ritter) Don Kichot, und seinem Friend (und Knappe) Sancho Pansa. Die beiden sind unzertrennlich, schon im Roman von Cervantes, seit dem aber auch in unserem Kulturerbe. Es sind nur zehn Tage, dass der Herr und sein Knappe ihren Abenteuer getrennt den Stirn bieten – das ist die Zeit Sancho Pansas als Gubernator auf einer vermeintlichen Insel Barataria.
Der alte Dichter stirbt. Er stirbt allein. Aber obwohl Don Kichote immer in Begleitung kommt und sein treuer Sancho Pansa auch im Moment des Todes bei im weilt,
sind sie doch eine und diesselbe Person.

Der alte Dichter – Don Kichote.

Wie der Zufall es eigenhandig bestimmte, wurden sowohl die Gedichte von Katarzyna als auch fast alle Texte von Ewa Maria immer Montags veröffentlicht.

Jetzt lesen beide ihre Texte in der Regenbogenfabrik.
Am Dienstag.


Katarzyna ist nicht gekommen. Christina las ihre Gedichte. Und ich erzählte über Barataria.

Foto Ela Kargol

Zdjęcia i kolaż: Aleksandra vel Ola Puciłowska i Kasia Kalin

Znalezione w pudełku sprzed dziesięciu lat

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżera trzustkę

Jestem po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z moich lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Mam w brzuchu węzeł, który nie chce się rozpuścić. Wściekle boli. Nie mogę się ruszać, cierpię. Lekarze (niemieccy) mówią, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (jest wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Dopiero polski doktor w sanatorium aplikuje mi zastrzyki, sprawia, że ból mija niemal natychmiast, a ja jak ciemna baba z ludu, gotowa jestem paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leżę w szpitalu po operacji i oświadczam: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego? Reprodukuję tu jednak nie Kandinsky’ego, lecz inną krowę: Lena Róża Wawrzyńczak. Ta krowa była już na blogu dwa lata temu, ale dopiero widzę, że to jednak byk, ale nie ten, co porwał Europę, tylko taki bardziej swojski, bo w domku w środku byka mieszka kot, Europa jest żydowskim (chyba) Wodnikiem, komin jest grzybem (a dokładniej kanią, czyli sową) i przypomina, że właśnie zaczyna się jesień (podpis z roku 2020)

Dopiero jak przestaje boleć, jestem w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę. Porobił w niej dziury i trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Czy można ją obejrzeć, jak się jedzie koleją transsyberyjską?

Potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony pod znakiem Trzech Króli wyżarł mi trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziałam to, a przecież nie mogłam się ruszyć, nie mogłam odejść. Nie mogłam się oderwać od spektaklu, jaki mi zafundowali bogowie. Patrzeć, jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno mnie to było dotykać. Oficjalnie byliśmy tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem?) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy doktor R. rozbił węzeł, uświadomiłam sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędę.

Doktor R. twierdzi, że jestem wojowniczką i że z trzustką w garści wygrałam walkę ze śmiercią. Ale ja wiem, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrałam walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ja królową elfów, która się zakochała w głowie osła.


Lena Róża Wawrzyńczak, Kobieta z kotem (dopisek Adminki: czyli kobieta wyzwolona). Zaczyna się jesień, życie jest piękne. Jak to dobrze, że wszystko minęło i nie potrzebuję już królewicza z bajki.
Poniżej: tańce na łące podczas festynu w Lübars 13 września 2020 roku
(filmik Ela Kargol) – TU

Trees & drzewa

Anna Nacher wrote on FB:

Plants never cease to amaze me. This juniper was rescued from the place, where someone threatened to burn it down or otherwise destroy. So upon hearing this, Marek Styczyński decided to uproot the already fully grown bush, then asked Marcin Sarota to transport it to Biotop Lechnica.
It was already too big to fit in the car, Marcin had at the disposal, so they were driving with this bush that took up all the inside space, sticking a bit through the window – luckily they didn’t meet the police (I’m sure the officers would’ve been sure the bush is driving a car). We immediately fell for each other when I saw it for the first time and sensed its marvellous, rich and strong smell. So we placed it in the soil again, with no guarantee it would survive. The first three years were difficult. It apparently was struggling, a lot. It was changing its shape, lost most of his leaves, then grew another set (of a completely different kind), then lost some more. I was afraid we’re losing it. But deep inside I knew it was still transforming and not giving up. And there He is, five years later, His Majesty Almighty Juniperus, with all his glorious smell again, giving shelter to so many other beings, uplifting my mood and coaching me on coping with transformation.

***
Adam Węglowski
napisał (albo został zacytowany) w kalendarzu Przekroju w sobotę 29 sierpnia 2020 roku, w Dzień Sprzeciwu wobec Prób Jądrowych

Drzewa, które pamiętają historię: Ocalone z blasku tysiąca słońc.

Hibakujumoku to po japońsku „drzewa, które przeżyły” wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. Według naukowców fala uderzeniowa natychmiast unicestwiła co najmniej połowę drzewostanu w promieniu 2 km od epicentrum wybuchu. Większość pozostałych drzew zniszczyło promieniowanie. Przetrwało od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu sztuk, np. wierzba i eukaliptus przy ruinach zamku w Hiroszimie czy kilkusetletnie cynamonowce w świątyni Sanno Shinto w Nagasaki.

***
To mi przypomniało, że pierwszym drzewem, które odrosło w Hiroszimie był miłorząb japoński. Drzewo rośnie w ogrodzie Shukkei-en w centrum miasta, założonym w roku 1620. Ogród został całkowicie zniszczony w ataku nuklearnym, po miłorzębie pozostał pień, z którego już następnej wiosny odrosły nowe gałęzie.

Napis na tablicy głosi (Wikipedia):

Ten miłorząb jako jedyne drzewo w tym ogrodzie przetrwał burzę ogniową po bombardowaniu atomowym w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Obwód pnia: około 4 m, wysokość: około 17 m, wiek drzewa: szacowany na ponad 200 lat. Jest przechylony przez podmuch, przycinanie gałęzi zapobiega jego upadkowi

***

Ale magia miłorzębu to nie tylko Hiroszima. To jedyne drzewo liściaste, które jest jednocześnie drzewem iglastym. Jego igły zrosły się w liście.

Czasami używana nazwa miłorząb japoński jest myląca, gdyż gatunek ten nie występuje naturalnie w Japonii, a jedynie z tego kraju drzewo to po raz pierwszy trafiło do Europy. Gatunek endemiczny i reliktowy, występujący na stanowiskach naturalnych wyłącznie w południowo-wschodniej części Chin, w prowincji Anhui, gdzie rośnie 167 drzew. Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że ani w Chinach ani w Japonii miłorząb nie występuje już w stanie dzikim, a jego osobniki rosnące m.in. przy wielu świątyniach i klasztorach zawdzięczają swe istnienie jedynie opiece kapłanów i mnichów. Miłorzęby mogą żyć nawet 4000 lat i osiągać wysokość 40 m.

Irysy / Irises

Kiedyś zbierałam wszystko, co było ozdobione irysami, uważałam, że są to najpiękniejsze kwiaty na świecie. Teraz nie byłabym już taka pewna, że naj, ale nadal uważam, że są piękne.

Vor Jahren sammelte ich alles, dass mit Iris dekoriert wurde. Ich war der Meinung, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind. Jetzt bin ich mir nicht so sicher, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind, schön aber schon.

Frederick Judd Waugh, New Jersey, USA1861-1940

Im Internet findet man unter diesem Bild Kommentare, dass die Irises von van Gogh doch schöner sind. Vielleicht ja, aber sicher viel öfter reproduziert.
Niektórzy uważają, że Irysy van Gogha są piękniejsze. Zapewne, ale na pewno bardziej “oklepane”.

Als ich van Gogh im Internet gesucht habe, fand ich noch Max Pechstein. / Przeglądając Internet w poszukiwaniu van Gogha znalazłam też Irysy Maxa Pechsteina.

Irises waren gern von Claude Monet gemalt. Monet bardzo chętnie malował liliowe i żółte irysy.

Irysy tak mi się podobają, że obraz Hansa Memlinga Lilie i irysy wybrałam jako winietę bloga.
Das Bild von Hans Memling, Lilien und Irises sieht man auch auf meinem Blog.

I wreszcie niespodzianka / und jetzt Überraschung…

Wer malte dieses Bild? Kto namalował ten obraz? Ich verrate nur, dass der Künstler ganz, aber wirklich ganz anders malt. Dodam tylko, że artysta jest znany z zupełnie, ale to zupełnie innych obrazów.

Za odgadnięcie zagadki będzie nagroda. Es wird einen Preis geben für die / den, die /der dieses Rätsel löst.

Reblog Rosh Hashana Mazel Tov

Konrad Sałagan

Akedat Jicchak

Jutro Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok 5787. שנה טובה ומתוקה  schana tova u’metuka.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.