Wspomnienia o Maryli (12)

Magdalena Ciechomska

Moje rozmowy z Marylą, ciąg dalszy

Nie jest mi łatwo pisać o rozmowach z Marylą, bo gdy usiłuję przypomnieć sobie ich treść, spostrzegam, jak łatwo wymykają się mojej pamięci. Znajduję w niej tylko urywki, nieokreślone wrażenia, emocje, nastrój chwili. Niemożliwe jest zorientowanie się w czasie, określenie, czy ta rozmowa odbyła się wtedy? A może innego dnia, w innych okolicznościach? Zostały w pamięci sytuacje zapisane jakby na pojedynczych kadrach, bez dalszego ciągu, który zaciera się, ginie jakby we mgle. Próbuję przywołać niektóre z tych kadrów. Letni zmierzch i spacer po parku zdrojowym w Rymanowie, kiedy rozmawiałyśmy o problemie dobra i zła. Rozmowa zeszła na powiązania etyki z estetyką. Ja chyba powiedziałam coś o tym, że zło czasem przybiera pozory dobra i bywa atrakcyjne estetycznie. Na co Maryla odpowiedziała, że zło jest zawsze paskudne. A ja zapytałam, czy w takim razie można powiedzieć, że ludzie piękni są jednocześnie zawsze dobrzy? No nie – zgodziła się jakby z wahaniem. Dalej pamiętam już tylko alejkę w parku, ławki wokół fontanny, pewnie o czymś jeszcze rozmawiałyśmy, nie wiem już o czym. Innym razem była to dyskusja o Bogu, o grzechu i Maryla obraziła się na mnie, bo na jej wątpliwości odpowiedziałam, że powinna skonsultować temat nie ze mną, tylko z Katechizmem KK. A ja miałam na myśli tylko to, że katechizm lepiej niż ja objaśnia problem, zgodnie z nauką kościoła. Parę lat później, przy podobnej rozmowie, poradziłam jej, żeby temat omówiła z jakimś mądrym księdzem. Tym razem moją radę przyjęła dużo spokojniej. Wiem też, że koniec końców z niej skorzystała.

Tematyka religijna powracała w naszych rozmowach. Problem Boga i wiary – niewiary Maryla przerabiała stale. Kiedyś, jako nastolatka, zbuntowała się przeciwko tradycyjnej, nieco dewocyjnej religijności rodziców, ale nie odrzuciła wiary do końca. Moim zdaniem przyjęła postawę, którą można nazwać nieustannym wadzeniem się z Bogiem. A skoro nie można się kłócić z kimś, kogo nie ma, trzeba uznać, a przynajmniej założyć ewentualność jego istnienia. Na pewno nie chciała zgodzić się na tradycyjny wizerunek Boga Ojca. Feministycznie odrzucała wszystkie jego patriarchalne atrybuty. Poszukiwała obecności pierwiastka żeńskiego. Interesował ją kult maryjny, w pewnym sensie kolekcjonowała wizerunki Matki Bożej, fotografowała figurki Maryi, zwłaszcza te, które wprowadzały motywy dekoracyjne ze świata przyrody. Odnajdywała w nich relikty pogańskich żeńskich bóstw natury i płodności. Gdy przyjeżdżała do Warszawy w maju, zawsze przynajmniej raz musiała być w kościele na nabożeństwie majowym. Odmawiała różaniec. Jednym z prezentów gwiazdkowych, na który składała co roku zamówienie, był polski kalendarz z ilustracjami o tematyce religijnej. Najchętniej maryjnej. I z zaznaczonymi katolickimi świętami kościelnymi. Ważny był dla niej rytm roku liturgicznego oraz połączenie go z cyklicznością wegetacji i prac rolniczych. Jeśli nie mogła tego zrobić sama, prosiła, żeby kupić jej w okolicy danych świąt ich tradycyjne, symboliczne atrybuty: wielkanocną palmę, wianek na Piotra i Pawła, tzw. „ziele” na święto Matki Boskiej Zielnej.

Bywało, że mówiąc o swej religijności, żartowała, oświadczała, że wierzy w wielu bogów, albo że Bóg w rzeczywistości jest Boginią… W ogóle często podczas dyskusji, obojętnie na jaki temat, nagle obracała wszystko w żart. Jakby chciała tym zamknąć dysputę albo częściowo ją unieważnić. Śmiech był rodzajem bezpiecznika. Nie należało posuwać się za daleko w pewnych dywagacjach, bo nie wiadomo, dokąd mogły zaprowadzić… Pamiętam, jak przyjechała z wycieczki do Szwajcarii, gdzie zwiedziła m.in. miasto założone przez wyznawców antropozofii. Pokazywała zdjęcia, które tam zrobiła, wśród nich zwłaszcza jedno, przedstawiające cmentarne krematorium z kominem w kształcie kłosu zboża. Wskazywała mi to jako przykład związków mitów agrarnych z wiarą w życie wieczne.

Ten temat pojawił się w całej ostrości wraz ze śmiercią rodziców, a później ciotek, z którymi była mocno związana. Pustka, jaką zostawia odejście bliskich osób, często domaga się wypełnienia myślami i wiarą o charakterze konsolacji. Ale dla Maryli to chyba nie było tylko proste szukanie pocieszenia. Raczej jakby stawianie pytań o ciąg dalszy. Przypominam sobie jedną z rozmów, w której powoływałam się na zakład Pascala. Myślę, że Maryla w końcu przyjęła ten zakład.

Donald Trump a Don Kichot

Ewa Maria Slaska

W ślad za butami, wszyscy w ślad
w daleki świat, zielony świat,
gdzie nie ma wojen, gdzie nie ma nędzy,
gdzie wszyscy mają dość pieniędzy,
matki dla dzieci bułki i bajki,
dobrzy mężowie tytoń do fajki…

Konstanty Ildefons Gałczyński, Buty szewca Szymona

Od kilka lat umieszczam tu wpisy o Don Kichocie, Baratarii i utopiach. Kilkakrotnie omawiałam w nich definicję donkichotyzmu i donkichoterii. W przeciągu ponad 400 lat, które minęły od czasu opublikowania Don Kichota, definicja ta, rzecz jasna, się zmieniała, z reguły zawierała jednak pewną podstawową i niezbywalną cechę – działanie w dobrej wierze. Don Kichot i jego naśladowcy mogli być głupkami lub marzycielami, mogli być śmieszni, tragikomiczni i komiczni, ale zawsze stali po stronie szlachetnych ideałów. Don Kichot zawsze szedł w ten daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, nie ma nędzy…

Tymczasem mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach ta definicja się radykalnie zmieniła. Bo owszem, Don Kichot nadal jest śmiesznym głupkiem, ale został wyrzucony z obozu “naszych” wartości (dla przypomnienia prawa człowieka, demokracja, tolerancja, uczciwość, brak nienawiści, otwartość itd) i wylądował w obozie przeciwników. Jest tam i jest śmieszny, ośmieszając tym samym naszych adwersarzy i pomagając nam budować nasze własne butne i słuszne ja porządnego człowieka i obywatela.

I wtedy nagle Donald Trump staje się Don Kichotem, a na naszym poletku – Beata Szydło, śmieszny człowieczek w podkolanówkach, jak ją określił człowiek nie tylko szlachetny, ale sam w końcu stuprocentowy Don Kichot, ksiądz Lemański.

Oczywiście “ludzie mówią i mówią uczenie”, że symbole nieustannie podlegają zmianie i że rzeczywiście zdarza się nawet, że wędrują z jednego obozu do drugiego. Czasem obóz przeciwny dopomina się o swoje prawa do symbolu, ale to najczęściej dotyczy “wielkich” symboli, flagi, godła, hymnu, ikonicznego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, Krzyża, Kotwicy. Dokonuje się przymusowego przeniesienia symbolu z jednego obozu do drugiego. Obóz rządzący oznajmia, że posiada jedyne prawo do jakiegoś symbolu, a opozycja mówi nie.

Czasem przemiana znaczeń odbywa się w ramach tej samej opcji politycznej. Po prostu stary symbol, który zawsze był jak najbardziej “nasz”, unowocześnia się, bezwzględnie jednak nadal pozostaje “nasz”.

Zdarzają się też akcje indywidualne w sprawie zawłaszczania wizerunków. Fizyk i filozof, wędrowiec i jeden z autorów na tym blogu, Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny, od kilku lat toczy upartą kampanię w obronie wizerunku Kubusia Puchatka, który wskutek przepychanek finansowych najpierw został całkowicie zmieniony, a potem na dodatek ten nowy wizerunek został objęty korporacyjnym prawem własności.

Ale w sprawie Don Kichota nic takiego się przecież nie zdarzyło. Jeszcze wczoraj Don Kichot był jak najbardziej “nasz”, i np. walczył w Niemczech z wiatrakami produkującymi prąd, a dziś już nie, dziś jest zdetronizowanym Trumpem i walczy z prawem mediów społecznościowych do wyrażania jedynie słusznych opinii. Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, te uciśnione przez Trumpa media to tak naprawdę bezwzględne korporacje. Kto więc i gdzie jest jeszcze Don Kichotem?

Dziwne. I jak już bardzo chcę się zmartwić, że ukradli nam naszego prawdziwego Don Kichota i nie zrobili tego “źli oni” z chęci zysku, lecz “nasi dobrzy” z braku pomyślunku, odkrywam na Netflixie Don Kichota nadal prawdziwego i naszego. Ale przecież Netflix to też korporacja!

Navillera

I co teraz?

shut down

... oder wie ensteht ein gedicht
… albo jak powstaje wiersz

pierwszy shutdown  2018/01/02  tagesschicht 6:00 bis 18:00 ICC, berlin

Tibor Jagielski

aus notizbuch, 15 Januar 2020

letzter arbeitstag; ich fahre zum domizil dienstsachen und schlüßel abzugeben
verabschiede mich von frau p.
den ganzen mobbingstrupp schenke ich keinen blick, aber es tut weh,
nach so vielen monaten ackerei für ein äppel und ein ei

weiterhin fühle ich mich wie vor dem kopf gestossen
über den jordan musst du schon allein und lässt die ganze meute hinter dir
hoffentlich nicht der einziger trost jenseits
sisiphos versus hiob oder atlas

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach  elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujace po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech

shut down

zmarł duński satyryk westergard
cześć jego pamięci

kurt marti, wiersz dla muchy

poniewczasie
(pada śnieg)
w ciszy nocnego pokoju
budzi  się mucha
niebiesko pobłyskując
w żółtym świetle
lampy z ryżowego papieru
pobrzękuje tu i tam tu i tam
przed regałem z książkami
no i co
(słyszę pytanie)
chcesz nam  w związku z tym powiedzieć?
nic nic
zapisuję to
dla muchy

z tomu wierszy:
miłość przychodzi na piechotę

Kurt Marti, gedicht für eine fliege

unzeitig
(draußen fällt Schnee)
ist in der stille
des nächtlichen zimmers
eine fliege erwacht blau schimmernd
im gelben licht
einer reispapierlampe
surrt sie aufab aufab
vor bücherregalen ja und
(so höre ich fragen)
was willst du uns damit sagen?
nichts nichts:
ich schreibe das auf
für die fliege

Kurt Marti, Die Liebe geht zu Fuß
Ausgewählte Gedichte. Nagel & Kimche, Zürich 2018

intro:
 sobota, 22 kwietnia 1933
“wczoraj zadzwonił benn, był na premierze “schlagetera” johst’a na osobiste zaproszenie komisarza rust’a,
a potem na spotkaniu przy piwie; na przedstawieniu byli stehr, emil strauß, schäfer, blunck, kolbenhayer, schaffner, peter dorfler,
czyli nie brakowało tam zdolnych, ale kluczem wyboru była polityka, a nie talent;
benn odczuł uzurpację i wrogość. uważa, że nas nie tylko wyeliminują, ale i fizycznie zniszczą”
oskar loerke “dzienniki”
—————————————————————————–
wpadam do pracy na kwadrans przed zmiana, a razem ze mną fadi,co nie jest dla niego normalne
(zawsze się spóźniał, od kiedy go znam, przynajmniej sekundę)
– co jest grane? – pytam
– kismet, zamykają budę, a nas wyrzucają – mówi
– ale ja mam grafikę na cały styczeń! – odpowiadam
– zapomnij, idziemy na bruk, albo na stadion, filzen* – śmieje się
—————————————————————————–
*) filzen – rewizja osobista
—————————————————————————–
list od kazia, pierwszy znak życia od niego po trzydziestu latach (sic);
pisze, że bardzo namiętnie mnie wspomina i proponuje spotkanie;


c.d.n.

Chichot Temidy 3

Dziwny jest ten świat

To tytuł kolejnego rozdziału przepisywanej książeczki, jak adekwatny, przekonacie się Państwo sami:

W stanie Arkansas, według tamtejszego prawa, nauczyciele, którzy noszą fryzurę „na pazia“, nie dostaną podwyżki.

W Little Rock, w tym samym stanie, nie można używać klaksonu w miejscach, gdzie po godzinie 21.00 podawane są napoje i kanapki.

W Blythe (Kalifornia) nie wolno nosić kowbojskich butów, jeśli nie posiada się przynajmniej dwóch krów.

W stanie Oregon zabronione jest gwizdanie pod wodą.

W Tampa Bay (Floryda) niezgodne z przepisami jest jedzenie białego sera w niedzielę, po godzinie 18.00.

W Pullman (Illinois) można protestować nago przed ratuszem, ale pod warunkiem, że ma się mniej niż 17 lat i posiada się odpowiednie zezwolenie.

W Bostonie (Massachusetts) zabroniona jest gra na skrzypcach. Tamże również – dwóm osobom nie wolno się całować pod kościołem.

W Fort Madison (Iowa) oddział straży pożarnej musi ćwiczyć walkę z ogniem 15 minut przed wezwaniem do pożaru.

W stanie Iowa jednoręki pianista musi występować za darmo.

W stanie Kentucky, jeżeli podaruje się przyjacielowi butelkę piwa, wina lub spirytusu (jako prezent), można zostać skazanym na pięć lat więzienia.

Również w Kentucky żałobnikowi, który czuwa nad zmarłym nie wolno zjeść więcej niż trzech kanapek.

W Holyoke (Massachusetts) niezgodne z prawem jest podlewanie trawnika, kiedy pada deszcz.

W Brainerd (Minessota) każdy mężczyzna musi zapuścić brodę.

W stanie Nebraska rodzic może zostać aresztowany, jeżeli jego dziecko nie powstrzyma bekania podczas nabożeństwa w kościele.

W Las Vegas (Newada) wykroczeniem jest zgubienie protezy zębowej.

W stanie Nowy Jork prawo zakazuje witania się gestem, polegającym na położeniu kciuka na nosie i poruszaniu resztą palców.

Na Hawajach sprzeczne z prawem są praktyki wkładania monet jednocentowych do ucha.

W Asheville (Karolina Północna) nie wolno kichać na ulicy.

W Marion (Ohio) zakazane jest jedzenie pączków i chodzenie w tym samym czasie tyłem po ulicy.

W Hazelton (Pensylwania) nauczycielom nie wolno pić napojów gazowanych w czasie, kiedy prowadzą lekcje.

W stanie Teksas zakazane jest posiadanie Encyklopaedii Britannica, gdyż jedno z opublikowanych w niej haseł zawiera informacje pozwalające na domowy wyrób piwa.

W stanie Vermont surowo wzbronione jest malowanie krajobrazów w czasie wojny.

W Norfolk (Wirginia) nie wolno pluć na mewy.

W stanie Waszyngton zabronione jest bezpodstawne utrzymywanie, iż jest się dzieckiem bogatych rodziców.

Na koniec kilka ciekawostek spoza USA:

W Tajlandii nie można deptać banknotów i monet, bez względu na walutę. Nie wolno również wyrzucać zużytej gumy balonowej na chodnik, grozi za to grzywna w wysokości 600 dolarów.

W Kanadzie niezgodne z prawem jest pozbawienie życia chorego przez wystraszenie go.

W Anglii samobójstwo jest klasyfikowane jako przestępstwo skarbowe.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Łucja, żaden autorytet (1)

Łucja Fice

Ryba

Myślę. Myśli przekształcam w słowa, słowa przelewam i zapisuję klawiaturą komputera. Myśli są różne, ale próbuję mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze się to udaje, ponieważ jestem bombardowana różnymi informacjami z zewnątrz, również z mediów. Nie zawsze mogę się dzielić swoimi myślami w sposób werbalny, bo mogę wywołać burzę krytyki i narazić na ostracyzm, a przecież tego nie chcę. Dlatego piszę.

Moja percepcja świata jest nieco inna aniżeli moich znajomych. Jest taka indyjska przypowieść „…I był ranek, kiedy Bóg stanął przed dwanaściorgiem swoich dziećmi i każdemu z nich przekazał zalążek ludzkiego życia. Każde dziecko stawało przed nim, aby przyjąć jego dar i wysłuchać słów misji, z jaką miało udać się na do świata ludzi, na Ziemię. „Tobie, RYBO, daję najtrudniejsze zadanie ze wszystkich. Masz zebrać zmartwienia wszystkich ludzi i oddać mi je. Twoje łzy, będą moimi łzami. Cierpienie jakie weźmiesz na siebie, jest następstwem ludzkiego niezrozumienia mojej idei, ale powinnaś wybaczyć ludziom, aby mogli zacząć jeszcze raz. Za spełnienie tego zadania otrzymasz ode mnie największy prezent ze wszystkich. Będziesz jedynym moim dzieckiem, które mnie rozumie. Dar ten jednak będzie należeć wyłącznie do Ciebie. Jeśli spróbujesz się nim podzielić, nikt nie będzie Cię słuchał, nie będziesz nigdy żadnym autorytetem. Bóg powiedział: posiadasz cząstkę mojej idei i nie możesz jej pomylić z całością czy wymienić na inną. Jesteś, Rybo, pełnią, ale nie dowiesz się o tym póki wszystkie znaki nie staną się jednością. Dopiero wówczas ujrzysz całość mojej idei”.

Piękna przypowieść prawda? Dziwne tylko, że już od dziecka domyślałam się, że świat wcale nie jest taki, jak go postrzegamy. Skąd? Dzisiaj moje ciało traktuję jak ciało jakiejś osoby w komputerowej grze, w wirtualnej rzeczywistości. Osoba z gry komputerowej jest tylko wyliczonym wirtualnym bytem. Moja fizyczność jest wirtualnym awatarem, a ja jestem graczem, świadomością. Jestem w tej rzeczywistości, by dokonywać wyborów pomiędzy dobrem a złem. Każdy człowiek, który przychodzi na świat, ma zaprogramowany system wartości. Już małe dziecko wie co dobre, a co złe, co mu wolno, a co nie. To jakby odwieczny zakład, może gra w kości pomiędzy dwoma siłami. Wszyscy żyjemy na tej samej Ziemi, jesteśmy jej solą i możemy (mamy prawo) głosić swoje idee i mieć na ten świat wpływ. Każdy ma w tym świecie swoje miejsce, przecież innej Ziemi nie znamy (jeszcze).

Teoria reinkarnacji mówi, że z każdym wcieleniem przepracowujemy kolejne lekcje i wspinamy się na wyższy poziom. Dziś już mamy w fizyce ogrom na to dowodów. Życie pokazuje nam, że każda ludzka kreacja może przejawiać się w dwojaki sposób – w pozytywie i negatywie. Zawsze jednak pytamy, jak to jest, że jesteśmy TUTAJ i dokonujemy wyborów. Można to tak wytłumaczyć: świadomość najlepiej może być przedstawiona jako system informacyjny. Ten system rozwija się poprzez tworzenie informacji. Informacja tworzy treść, tworzy strukturę, więc jestem TU, by dokonywać wyborów, by uczyć się (również na błędach,) ewoluować i po prostu stawać się lepszą. Świadomość ma zawsze wybór i jest połączona z wolną wolą. Może świadomość, która istnieje poza naszym cielesnym bytem, jest wdrażana do systemu informacyjnego (podobnie jak jakiejś komputerowej grze?). Może ten system stworzył pamięć? Może przetwarza dane poprzez nasze ludzkie wybory?

Mam wrażenie, że to wszystko musi być połączone z utratą lub przypływem energii (entropia.) Dobre wybory w obrębie świadomości w sensie moralnym popychają nas w stronę stanów niższej entropii i odwrotnie. Tak to rozumiem. Zdobywając wiedzę, wzrastam intelektualnie, tworzę szerszą świadomość, nowy obraz siebie. Mam też wiedzę intuicyjną i jestem nią „napędzana.” Wcale nie muszę być racjonalna w pojmowaniu życia, świata, kosmosu. Tak samo jak wszyscy odczuwam radość, smutek, strach, ból i tak samo dokonuję w życiu wyborów, ale postrzegam świat jako całość z jej fauną i florą.

Patrząc w tej chwili na gablotę z minerałami z całego świata i na ich kolorystyczne bogactwo (przebywam w domu fanatyka, którego pasją są kamienie, meteoryty i minerały, widzę, że różnią się od siebie, a jednak stanowią budulec całego kosmosu.

Doczytałam się, że uniwersytety (profesorowie) zaczynają łączyć świadomość i wypełniać lukę pomiędzy metafizyką, teologią i fizyką. To trzy części jednego, większego pojmowania kosmosu i sposobu, w jaki działa świat. Wydaje mi się, że takiego połączenia dokonali już Jezus, Budda, Mahomet i wielu innych. Jak to wszystko połączyć z nauką i wiedzą, jaka jest mi dostępna dzisiaj? Umysł ludzki jest jednocześnie potęgą i upiorem pełnym lęków, łaknącym odpowiedzi na dręczące pytania. Może to przerażony umysł każe mi szukać odpowiedzi? Jeszcze kilkanaście lat temu moja rzeczywistość i świadomość były oddzielona wielkim murem, ale to się zmieniło. Czy ta indyjska przypowieść o znakach zodiaku może być prawdziwa? Czym była siła, która skierowała mnie na drogę służby innym ludziom i tym samym poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania? Myślę, że moja podświadomość wyrażała chęć opieki, chciała być pomocna i użyteczna, a tym samym ja sama, świadomie dokonałam takiego a nie innego wyboru.

Czym jest więc życie i związana z nią świadomość? Jaki jest jego cel? Ja już sobie odpowiedziałam. Ten cel to dojrzeć drugiego człowieka i pomóc mu w potrzebie, nauczyć się miłości do niego.

Życie to szkoła, to lekcje. Szkoda tylko, że wagary zabrały mi tyle czasu, sprawiły, że nie posiadłam wiedzy, której już dzisiaj nie nadgonię. Będę musiała TU kiedyś wrócić i te lekcje uzupełnić. Życie trwa, pisze swoją pracę i na razie mam tylko takie motto „Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał”.

Łucja, żaden autorytet

Jastarnia (4)

Jacek Krenz

Dziewczyny

Gdy dołączały do nas dziewczyny, spacerowaliśmy do oddalonej o dwa kilometry Juraty. Na kilka sposobów: wygodnie szosą, w słońcu plażą, torami lub leśną ścieżką. Można było oczywiście jechać pociągiem lub autobusem, ale woleliśmy pieszo. Celem była położona wśród drzew kawiarenka „Paloma” z okrągłą salą taneczną.

Zasiadaliśmy na pufach przy okrągłych stoliczkach z pucharami lodów, a z czasem przy kieliszkach wina. Atrakcją była grająca szafa z aktualnymi przebojami. Cliff Richards śpiewał The Young Ones, Paul Anka You are My Destiny, Roy Orbison Pretty Woman, “The Shadows” grali romantyczne Themes for Young Lovers i Apache, a “The Tornados” swój instrumentalny przebój Telstar.

O godzinie piątej po południu rozpoczynały się potańcówki, zwane odpowiednio five’ami. Wejście ułatwiała nam zaprzyjaźniona kelnerka Ela, córka naszej gospodyni. W towarzystwie zwykle był ktoś, kto grał na gitarze. Z Ryśkiem Ambroziewiczem śpiewaliśmy Meksykanę, gdzie sprawy damsko-męskie układały się bardzo prosto i dla nas zrozumiale:

Piękne życie spędzają kowboje,
A ich miłość jest piękna jak kwiat.
Rzucę lasso i serce jest moje,
Porwę dziewczę i pojadę w świat.

Może mnie kochasz, piękna dziewczyno,
Może lasso połączy serca dwa.
Wiatr upaja jak szampan i wino,
Dzika miłość po stepie nas gna.



Morze, plaża, ryby w zatoce, wakacyjne przyjaźnie, tańce. Pierwsze poruszenia serca, zakochania, spacery z trzymaniem się za ręce lub obejmując się wzajemnie za biodra. Obok domu, gdzie mieszkaliśmy, był zasobny dom pana Hermana, rybaka z dużym kutrem, szkunerem. Miał żonę Francuzkę i dwie piękne córki, Françoise i Marie-France. C’est vrai, żałuję, że nie znałem francuskiego, by zrozumieć, co odpowiedziała mi Françoise na pytanie: Czy mnie kochasz?

Pierwsze niewinne miłości: Żywia, Elżbieta, Iwona, Kasia, Marysia… Z Elżbietą odbywaliśmy długie spacery brzegiem morza. Była nastoletnią łyżwiarką i opowiadała mi o obozach kondycyjnych. Zimą, podczas szkolnej wycieczki do stolicy, wyrwałem się z klasowej grupy i z tzw. bełtem, czyli butelką najtańszego wina, ukrytą w kieszeni kurtki poszedłem ją odwiedzić na Saskiej Kępie i powspominać lato.

Podtrzymaniem letnich przyjaźni był też Sylwester w Zakopanem w 1963 roku. Zaraz po Świętach dostałem list od Krzysztofa z serdecznym spontanicznym zaproszeniem:

Przyjechała Kaśka i Krystyna, Pżryjerzdrzaj na pewno. Spanie masz ó mnie, rzarcie takrze!

Kolorytu zaproszeniu dodawała autorska ortografia listu.
Po marcu 1968 roku Kasia Forbert już do Jastarni nie przyjechała.
I tak, nawet tutaj doświadczyliśmy wpływu polityki.

Iwona z kolei lubiła recytować Pchłę Szachrajkę Brzechwy, wierszowaną opowieść o sprytnych postępkach pewnej pchły. Recytowała też zabawny wiersz Gałczyńskiego Strasna zaba w wersji dla sepleniących, który do dziś znam na pamięć:

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;
wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: – Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: – Zecywiście cos skace po trotuaze!
cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;
zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona –
nie wypada, zeby Warsawa
była na „takie coś” narazona.
Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.

Biedna żaba! Dlaczego więc Iwonka nie mogła mi wybaczyć, że rozdeptałem żuczka? Na jej: „O! Popatrz, żuczek”, machinalnie rozgniotłem go butem. Dopiero po 40 latach uzyskałem oficjalne wybaczenie na piśmie. Przyjaźnimy się serdecznie i odwiedzamy z rodzinami do dziś, chociaż podejrzewam, że mimo wszystko ciągle chowa skrywaną urazę, nie doceniając być może rycerskiej intencji obrony swojej damy. Z radością możemy myśleć, że ta nasza młodzieńcza przyjaźń przeszła na pokolenie naszych dzieci i trwa nadal. Pomimo żuczka.

Zdarzyło się, że dwaj bracia, tj. Jurek i ja “chodziliśmy” w Jastarni z dwiema siostrami: Zosią i Marysią Biegańskimi. Mama ich była pianistką, a ojciec dyrektorem Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Mieszkali w fińskim domku w pięknej zielonej dzielnicy Jazdów w centrum Warszawy. Zdałem wtedy na Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej. Kierowany jednak porywem serca, postanowiłem przenieść się do Warszawy, by być blisko Marysi. Stało się to możliwe dzięki jej wujkowi, ówczesnemu dziekanowi warszawskiego Wydziału Architektury, który – dzięki mojej wysokiej ocenie z egzaminu wstępnego – stwierdził, że „nie widzi przeszkód”. Gdy nadeszła jesień okazało się jednak, że letnie miłości nie zawsze utrzymują się poza wakacjami. Pozostałem na studiach w Gdańsku, Marysia poszła na malarstwo do warszawskiej ASP. Nasze drogi się rozeszły, przestaliśmy jeździć na wakacje do Jastarni i straciliśmy kontakt.

Lubiłem towarzystwo tutejszych chłopaków: Romka i Edka Soleckich, Piotra Wilkuszewskiego, Henia Selina, Henia Oksa, Ryśka Ambroziewicza, Staszka Rybarczyka, Bogdana, Franka i innych. Uczyliśmy się od nich języka kaszubskiego, często mało cenzuralnych zwrotów, nie nadających się do cytowania tutaj, ale do dziś potrafię trochę kaszëbsczim jãzëkem godac. Była to przydatna umiejętność. Wiedziałem, na przykład, że należy czym prędzej uciekać, gdy wchodząc w szkodę słyszeliśmy: Të diôble, jak jô ce chyce, to utopse.

Wojtek z Ryśkiem przewodzili bandzie tutejszych chłopaków, która przybywającym na wakacje chłopcom, zwłaszcza tym wywyższającym się swoim stołecznym pochodzeniem, pięścią pomagała przywrócić odpowiednie proporcje zachowania. Często odbywało się to już na dworcu, ledwie wysiedli z pociągu.

Miałem też swoją paczkę znajomych, od lat przyjeżdżających na wakacje nad morzem: Iwona Borysowicz, Marysia Biegańska, Kasia Forbert, Krystyna Zajączkowska, Małgosia Kubiak, Ania Domańska i Tomek Stawiński z Warszawy. Byli też tacy, których dziś pamiętam tylko z imienia lub przezwiska: Danek, Grzybówna, Młynarka, Zarzycki… Każdy z moich braci miał swój odrębny krąg znajomych, ale często trzymaliśmy się razem.

Niektórzy nazywali nas Kanarkami (Jurek Kanarzycho, Wojtek Kanar i ja Kanarek). Do tego Krzysztof Starczewski był jeszcze jakby moim trzecim bratem, młodszym o rok ode mnie.

Przyjeżdżała do Jastarni i Juraty warszawska elita. Pisarze, aktorzy, filmowcy, dziennikarze. Bywały tu Anna Nehrebecka, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Wojciech Gąssowski, Tadeusz Kubiak (ojciec Małgosi), Wojciech Młynarski, Edward Dziewoński i inni. Mówiło się, że na premierowych pokazach w kinie „Żeglarz” było więcej gwiazd na sali niż na ekranie.

W owym czasie samochodów w Jastarni prawie nie było. Andrzej Badeński, medalista letnich Igrzysk Olimpijskich w 1964 roku, tym bardziej zadawał szyku, pojawiając się w otwartym kabriolecie NSU Prinz. Szliśmy pewnego razu z Krzysztofem, gdy zatrzymał się przy nas, wypytując o urodziwą siostrę Krzysztofa, Beatę. Poczęstował nas wyrostków Chesterfieldami z filtrem, by wydobyć informację, gdzie mógłby ją spotkać. Krzysztof lubił na plaży grać w badmingtona z Wojciechem Młynarskim ze względu na jego niezwykłe poczucie humoru. Błyskotliwe dowcipy zapisywało okoliczne towarzystwo. Krzysztof, czarujący, przystojny, dość wcześnie zakosztował dziewczęcych uroków i przez jedno lato mieszkał nawet z jedną panną ze stolicy, za przyzwoleniem jej ojca, który robił sobie nadzieje, płonne, jak się zresztą okazało, że obrotny młodzieniec wspomoże go w interesach tzw. prywatnej inicjatywy. Po latach Krzysztof przyjechał do Jastarni z dorastającym synem w sentymentalnym nastroju odnajdywać ścieżki dzieciństwa. Krzysztof junior zżymał się, że zaaferowany tata oprowadzał go po jakiś chaszczach.

Don Quixote on the Atlantic Ocean

Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.

Wspomnienia o Maryli (11)

Magdalena Ciechomska

Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.

Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.

Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.

Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.

Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.

Koty (dawno nie było)

Ewa Maria Slaska

Ukazał się właśnie audiobook Hape Kerkerlinga pt. Łapy ze stołu!

Moje koty, inne koty i ja.

Autor, znany niemiecki kabarecista, ale też autor świetnych książek autobiograficznych i bohater świetnych filmów, nakręconych na ich podstawie, jest znanym miłośnikiem kotów. Od czasu do czasu słucham więc sobie fragmentów jego ogromnego eseju o kotach. Tak – ogromnego, liczy sobie bowiem 450 minut – ponad 7 godzin! Ponad 7 godzin gadania o kotach!

I co ja tu nagle słyszę. Kerkeling twierdzi, że Petrarka, tak, ten opiewający miłość subtelny poeta i humanista, Petrarka zatem, podobno miał powiedzieć, że ludzie (ludzkość) dzielą się na tych, którzy lubią koty i innych, tych, których życie upośledziło.

No więc, jeśli nawet Petrarka…

Cóż się robi w dzisiejszych czasach po odsłuchaniu takiej rewelacji? Wpisuje się do google’a dwa słowo – Petrarka oraz kot i pojawia się ta strona, nawet nie strona – mała stronka, na kilka akapitów:

KOTY I SZTUKA

Miłośnikami kotów byli i są nie tylko zwykli śmiertelnicy, ale także ludzie sławni: artyści, politycy, uczeni etc… Ich listę rozpoczyna prorok Mahomet, a za nim postępują papież Grzegorz Wielki, kardynał Armand Jean Richelieu, Piotr Wielki, George Washington, Abraham Lincoln, Włodzimierz Iljicz Lenin, Theodore Roosevelt, królowa Wiktoria, kompozytorzy Maurice Ravel, Jules Massenet i Wolfgang Amadeus Mozart, uczeni tacy jak Isaak Newton i Maria Skłodowska-Curie. Z kotami nie rozstawali się Honore Balzak, Wiktor Hugo, Aleksander Dumas (syn), Mark Twain, Ernest Hemingway, T.S.Elliot, Karol Capek, Colette, Melchior Wańkowicz. I tak można by wymieniać bez końca.

Legenda głosi, że prorok Mahomet nakazał obciąć kawałek swej szaty, aby nie obudzić smacznie na niej śpiącej kotki Muezzi. Dlatego też nazwano Mahometa ojcem kotów. Legenda zresztą przypisała prorokowi pewną zasługę wobec całego kociego rodu. Położywszy trzykrotnie rękę na głowie swej ulubienicy, obdarzył rzekomo ją i wszystkie koty zdolnością spadania na cztery łapy z każdej wysokości. Islam do dziś nakazuje karmić swym wiernym przynajmniej jednego bezdomnego kota.

Dla pisarzy i malarzy koty często były natchnieniem w pracy twórczej. Często opisywali je w swoich książkach, poematach i wierszach, uwieczniali na płótnie i w rzeźbie. Włoski poeta Dante Alighieri miał parę kotów perskich, które na rozkaz potrafiły przewracać karty księgi i przynosiły swemu panu do rąk drobne przedmioty. Francesco Petrarka swego ulubionego kota, o którym mówił jako o jedynym przyjacielu, zabalsamował po śmierci.

Na temat kota w literaturze można by napisać wiele tomów. Zwierzę to jest mocno związane z człowiekiem i jego twórczością. Już w dzieciństwie poznajemy pierwszego niezwykłego kota w bajce “Kot w butach”, inny sławny kot pojawia się w “Alicji w krainie czarów”. Kota spotykamy także w “Zemście” Aleksandra Fredry i “Myszeidzie” Ignacego Krasickiego. Powiedzenie z bajki Rudyarda Kiplinga “kot, który chodził własnymi drogami” stało się popularne we wszystkich krajach. Colette napisała piękną powieść “Kotka” i opowiadanie “Kicia”, które są dowodem jej wielkiej sympatii do tych zwierząt.

Kot jest częstym motywem w sztukach plastycznych, zwłaszcza w malarstwie. Kota uwiecznili tacy malarze jak Auguste Renoir – “Chłopiec z kotem”, Juliusz Kerner – “Kocia idylla”, Alexander Hamilton – “Koty kradnące dziczyznę”, Gustaw Dore – “Kot w butach”, Francisco Goya – “Trzy koty czyhające na ptaka” i wielu, wielu innych.

Niestety, obok wielkich miłośników kotów istnieli i istnieją zagorzali ich wrogowie. Wśród nich znaleźli się m.in. Napoleon Bonaparte, Juliusz Cezar, Benito Mussolini i Adolf Hitler.

No cóż, nie wiem, dlaczego autor stronki użył w ostatnim akapicie słowa “niestety”. Jestem nader rada (nader rada – doceniacie tę przepiękną polszczyznę?), że takie dziadersy jak Cezar, Napoleon, Mussolini, a już zwłaszcza Hitler nie lubili kotów. Dobrze, że nie lubili, a Hitler to już szczególnie. I tak mam dość problemów z tym, że był wegetarianinem. Wydaje mi się, że o tym gdzieś pisałam – wegetarianie myślą sobie, że są lepsi od innych. Nawet jeśli tego nie mówią na głos. I co? I pstro. Hitler też był wegetarianinem. To wielki zawód w życiu…

Wpisów o kotach jest na tym blogu tyle, że nie będę ich wszystkich linkować – proszę wpisać w “search” (pod spodem pod każdym wpisem po lewej stronie) słowo “kot” i zobaczyć, ile tego jest. Masa książek i mądrości życiowych, ale przede wszystkim niezliczone dzieła sztuki. Dziś trzy kolejne:

Myśli (3)

Teresa Rudolf

Każdego dnia zachodzące słońce zabiera ze sobą zachodzący dzień, bez względu na to jaki był, a wschodzące zaprasza do nowego dnia, też bez względu na to, jaki będzie.

Słoneczniki to jakby “kwietne odpryski” słońca, 
zajdą kiedyś jednorazowo i ostatecznie,
jak wszystko inne, co żyje na tej ziemi. 
Tylko słońce wkradło się w protekcję nieba,
pokazując się codziennie rano i wieczorem
w nieskończoności swojej.

Wejście do  jakiejś dziury jest niejednokrotnie dużo łatwiejsze niż z niej wyjście, czasem bowiem jest już tam tak wygodnie, jak, przysłowiowo mówiąc, w “domowych kapciach”.

Niektórzy mają tak dalece wszystko w nosie, że gdyby było to tylko możliwe,
najchętniej by w nim po prostu zamieszkali.

Najtrudniejszy most, przez który przyjdzie mi kiedyś przejść,
mógłby  być ozdobiony pięknymi, przekolorowymi, pachnącymi kwiatami.
Byłabym szczęśliwa i wdzięczna.

Drzewo co roku na nowo zazieleniając się, daje ci cień, 
najstarszy na świecie “eco-parasol”.

Utrwalony na zdjęciu strumień fontanny jest jakby zamrożeniem ruchu i dźwięku, śmiercią fontanny.