Don Kichot na poddaszu

Przepiękną tę historię, pierwszy rozdział berlińskiej powieści Leberecht Hühnchen znalazł i umieścił na Facebooku Mars Wawrzyn – dziękuję!

Heinrich Seidel, „Życiosław Kurczak” [Leberecht Hühnchen], 1883 – rozdział I

Deutsch (das ganze Buch) HIER

Dowiedziałem się przypadkiem, że mój dobry przyjaciel i kolega ze studiów Życiosław Kurczak już od jakiegoś czasu zamieszkuje w Berlinie i zajmuje stanowisko w jednej z dużych fabryk mechanicznych przed Bramą Oranienburską. Jak to pewnie zwykle bywa, nasza ożywiona początkowo korespondencja stopniowo przygasła i wreszcie całkiem straciliśmy się z oczu; ostatnim znakiem życia od niego była wiadomość o małżeństwie, które zawarte zostało przed około siedmiu laty w małym miasteczku w Westfalii. Jego nazwisko ściśle wiązało się ze wspomnieniem radosnych czasów studenckich i od razu postanowiłem go odszukać, by kapitalnego człowieka ponownie zobaczyć i odświeżyć wspomnienie dawnych dobrych czasów.

Życiosław Kurczak należał do tych uprzywilejowanych, którym dobra wróżka włożyła do kołyski najlepszy prezent — sztukę bycia szczęśliwym; posiadał dar czerpania słodyczy z każdego kwiatu, nawet z zatrutego. Nie pamiętam, bym widział go markotnym dłużej niż pięć minut, potem wypełniający go niepokonany słoneczny blask znowu jaśniał i umiał nawet najtrudniejszą sprawę zobaczyć przez różowe okulary. W Hanowerze, gdzie studiowaliśmy na politechnice, otrzymywał nader skromne wsparcie z domu i zarabiał na konieczne wydatki udzielaniem licho opłacanych korepetycji; nie opuszczał przy tym jednak żadnego spotkania studenckiego i — co było dla mnie najtrudniejsze do pojęcia — prawie zawsze miał pieniądze, tak że mógł drugiemu coś pożyczyć. Któregoś niedzielnego wieczora znalazłem się w tym, muszę wyznać, nierzadkim położeniu, że wszystkie me źródła wsparcia wyschły, podczas gdy weksel miał nadejść dopiero za kilka dni. Po starannym przetrząśnięciu wszystkich kieszeni i wyciągnięciu wszystkich szuflad zgromadziłem zaledwie trzydzieści fenigów i z tym majątkiem, samotnie pobrzękującym mi w kieszeni, włóczyłem się po ulicach, gorączkowo zastanawiając się nad najkorzystniejszym sposobem utopienia tego kapitału. Te rozmyślania przerwał Kurczak, który nagle stanął przede mną z najszczęśliwszą miną na świecie i zapytał, czy nie mógłbym pożyczyć mu trzech talarów. Ponieważ o to samo chciałem zapytać jego, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu i wyjaśniłem, w czym rzecz.

Wspaniale — rzekł. – A więc masz jeszcze trzydzieści fenigów? Kiedy dodamy jedno z drugim, nic też nie przybędzie. Ja właśnie wszystko oddałem naszemu krajanowi Braunowi, który musiał dorzucić się do dużego interesu i oczywiście koniecznie potrzebował pieniędzy. A więc masz jeszcze trzydzieści fenigów? Za to wesoło spędzimy sobie wieczór!

Popatrzyłem na niego zdumiony.

— Daj mi no tylko pieniądze — rzekł — chcę iść na zakupy — w domu też mam różne rzeczy — to będzie lukullusowa, powiadam, lukullusowa uczta.

Ruszyliśmy wąskimi uliczkami w kierunku przedmieścia, gdzie mieszkał. Po drodze zniknął w małym, skromnym sklepiku, który można było poznać po parze skrzyżowanych wapiennych fajeczek, kilku zakurzonych paczkach cykorii i tytoniu, pojemnikach z pastą do butów i garnkach z musztardą, a po chwili wyłonił się stamtąd z dwiema torbami.

Życiosław Kurczak mieszkał na poddaszu śmiesznie małego i niskiego domku, położonego w równie miniaturowym ogrodzie. W pokoju dziennym było akurat tyle miejsca, żeby dwóch bezpretensjonalnych mężczyzn mogło rozprostować nogi, a obok znajdował się pokoik ze skosem, niemal w całości zajmowany przez jego łóżko, tak że kiedy Kurczak siedząc na łóżku chciał założył buty, musiał otwierać drzwi. W klitce tej było jednak coś przytulnego; przeszło na nią coś z pogodnego usposobienia jej mieszkańca.

— Przede wszystkim ogrzej się – rzekł Kurczak — i siadaj na sofie, znajdź sobie jednak dolinkę. Sofa jest nieco górzysta i ważne jest, by usiąść w dolinie.

Rozdmuchał ogień w wolnostojącym żelaznym piecyku, który pod względem wielkości miał się tak mniej więcej do zwykłego pieca jak jamnik do nowofundlanda, i z zadowoleniem przyglądał się rozgorzałemu płomykowi. Piec ten był przedmiotem jego ciągłego zachwytu.

— Nie rozumiem – powiedział — co ludzie mają przeciwko żelaznym piecykom. Za kwadrans mamy tu ciepło. A to, że trzeba ognia pilnować i go podtrzymywać, to jest najprzyjemniejsze zajęcie, jakie znam. A kiedy za oknem trzaskające mrozy, on ślicznie się prezentuje, kiedy taki czerwony i buńczuczny stoi sobie w kącie i na przekór zimnu się rozżarza.

Następnie chwycił mały pordzewiały blaszany garnek, napełnił go wodą i postawił na piecu. Potem nakrył do stołu. W niedużej drewnianej szafce znajdowały się sprzęty kuchenne. Były to dwie filiżanki, jedna wąska wysoka, z błękitną niezapominajką i niezbyt pasującą podstawką, druga całkiem szeroka płaska, której brakowało uchwytu. Dalej ujawniła się mała krzywa maselniczka, blaszana puszka z herbatą i okrągła papierowa tutka, niegdyś mieszcząca kołnierzyki do koszuli, dzisiaj awansowana do rangi cukiernicy. Najkosztowniejszym elementem był jednak wykonany z brązowej ceramiki mały okrągły imbryk do herbaty, z którym obchodził się wyjątkowo ostrożnie, jakby był rodzinną pamiątką i szczególną świętością. Trzy talerze i dwa noże, na tyle do siebie niepodobne, na ile to jest możliwe pośród noży stołowych, widelec z dwoma zaledwie zębami i z fatalną skłonnością do gubienia rączki oraz dwie powyginane łyżeczki ze sztucznego srebra dopełniały zestawu.

Ustawiwszy z pewną zręcznością wszystkie te przedmioty, powiódł po nich pełnym zadowolenia łagodnym spojrzeniem i rzekł: — Cały mój dobytek. Jest to już jednak przecież niewielki wstęp do gospodarności.

Tymczasem woda zawrzała i Kurczak wyciągnął z większej torby pięć jajek, które następnie z wielką zręcznością i przy pomocy swego zegarka kieszonkowego jął gotować. Nastawiwszy następnie świeżą wodę na herbatę i wydobywszy wielki bochen chleba, usadowił się z wyrazem najwyższego zadowolenia na twarzy w sąsiedniej dolince sofy i rozpoczęła się wieczerza.

Zjadłszy jedno jajko, mój przyjaciel ujął drugie i spojrzał na nie refleksyjnie. — Patrz, takie jajko – rzekł — a zawiera całą kurę, musi być tylko wysiedziane. A gdy podrośnie, ta znowu składa jajka, z których znowu będą kury i tak dalej, pokolenie za pokoleniem, niezliczone zastępy zaludniające ziemię. Teraz biorę to jajko i z jednym kęsem wszystkie znikają. Oto, co nazywam ucztą!

Tak ucztowaliśmy i popijaliśmy przy tym herbatę. Ponieważ pięć przez dwa nie idzie, zostało jedno małe, osobliwe żółte jajko, które postanowiliśmy podzielić. — Zdarza się – rzekł mój przyjaciel, zręcznie opukując jajko ostrzem noża, by je rozpołowić — zdarza się, że pośród zwykłych jajek zaplącze się nader rzadki egzemplarz. Bażanty składają takie małe żółte i wierzę istotnie, że to jajko bażancie; miałem kiedyś jedno w kolekcji i wyglądało dokładnie tak samo.

Wydobył swoją połówkę ze skorupki i z namysłem spożył. Potem oparł się wygodnie i z półprzymkniętymi oczami i uśmiechem gastronomicznego błogostanu wyszeptał: — Bażant! Lukullusowa!

Po jedzeniu objawiła się fatalna okoliczność. Mieliśmy wprawdzie tytoń, bo zakupiona wcześniej przez Kurczaka wąska niebieska torebka zawierała tego wybornego ziela za dziesięć fenigów, mój przyjaciel posiadał wszakże tylko jedną wadliwą fajkę, której ustnik zgryziony był do ostatniej główki, a cybuch, będąc o wiele za mały względem kolanka, miał ten niezapomniany zwyczaj, że nagle wybuchał i na nogawki spodni spadał wtedy deszcz iskier.

— Tę trudność łatwo rozwiążemy – oświadczył Kurczak – mam tu Don Kiszota (tytuł ten obok Biblii i kilku prac naukowych stanowił całość jego biblioteki) – jeden pali, drugi czyta, rozdział za rozdziałem. Ty jako gość otrzymujesz fajkę jako pierwszy, więc wszystko jest w porządku.

Potem, gdy ja nabijałem fajkę, a on z namysłem siorbał resztkę herbaty, przyszła mu do głowy nowa myśl.

— To dość niesamowite, gdy się pomyśli, że po to, bym ja mógł w spokoju siorbać herbatę, a ty palić fajkę, pracowity Chińczyk w odległym kraju sadzi sadzonki, a Murzyn pracuje w tropikalnym słońcu. Do tego wielkie parowce w sztormie i szkwale przedzierają się dla nas przez oceany, a karawany ciągną przez rozpalone pustynie. Dumny król handlu-milioner, co w pałacu w Hamburgu mieszka i nad brzegiem Łaby książęcą posiada rezydencję, musi część swojej troski nam poświęcać i podczas gdy jemu zmiany koniunktury nie pozwalają spać po nocach, my leżymy sobie wygodnie wyciągnięci i marzymy o pięknych sprawach, pozwalając jemu zadręczać się tym, byśmy my mogli nabyć herbatę i tytoń. Smakuje mi podwójnie, gdy o tym myślę.

Ach, nie brał pod uwagę, że większość tej herbaty mogła wyrosnąć na rodzimej wierzbie nad brzegiem leniwie płynącego potoku, a tytoń w najlepszym razie pochodził z Marchii Wkrzańskiej, jeżeli nie został wyhodowany na polach Meklemburgii z tej samej rzepy, z której powstał cukier, co osłodził nam herbatę.

Następnie zagłębiliśmy się ponownie w starym wiecznym Don Kiszocie i tak wieczór ów wesoło i spokojnie dobiegł końca.

_______________________

Heinrich Seidel (1842-1906) był niezwykłą osobowością, inżynierem, pisarzem i poetą: https://en.wikipedia.org/wiki/Heinrich_Seidel albo tu – po niemiecku.

Płacze słuchając Chopina

Teresa Rudolf

Każdy

Tam zapalił się płomyk
z pierwszym oddechem,
a tu zgasła cichutko
świeczka z ostatnim.

Temu radość szczęścia 
kolorowe obrazy maluje,
a temu smutek, żałoba 
czarną sadzą duszę zakleja.

Tam strzelanina, a tu huk,
i żadne to halucynacje,
to śmierć wszystkożerna,
ucieczka – potworny maraton!

Jakże niczym są bzdurne
konflikciki, a pretensje maxi,
pamięć jak stuletni słoń.

Bzdurne? Były wojny,
będą wojny, bo człowiek
ciągle, ciągle ten sam.

Raz on za “wielki”, a raz
za “mały”, raz za “dobry”,
raz też od “bestii” gorszy.

A czasem też to obraz 
hitlerowca płaczącego
gdy słucha… Chopina.

Tacy już 
jesteśmy…
każdy, 
kto nie
uważa…

Piątek

Jakby to powiedzieć,
znów piątek jutro,
koło zamknięte.

Piątek, znów piątek,
wybija zegar tygodnia
ciągle-do-piątkowego.

Dla jednych radość,
dla innych popłoch,
a piątek, jak to piątek, 

jednym trochę oddechu,
a innym kamienie pod
ciężkie, zmęczone nogi.

Piątek, dla dzieci znowu
“w to graszka”-igraszka,
dużo śmiechu, zabawy.

Aż nagle to zdziwienie,
na drugi dzień po piątku,
spada na Ukrainę wojna…

I znów przyjdzie piątek, 
kolejny, aż do następnego
ale całkiem już inaczej?

Tam do nich 
przyszła,
a tu…
w ludziach
się rozsiadła…

Uwaga, jeśli nie podobało Ci się “wypierdalać”, to tego już na pewno ani nie czytaj, ani nie słuchaj

Ewa Maria Slaska

W miesiąc po wybuchu wojny

Ruskij wojennyj kariabl’, idi nachuj (“Русский корабль, иди нахyй”)

Od czasu jak trzeba było nawet oczytanym ludziom wytłumaczyć, co to znaczy, że Annuszka już wylała olej, wiem, że trzeba wytłumaczyć wszystko, nawet rzeczy, wydawałoby się, najbardziej oczywiste. Idi nahuy (w bardzo różnych pisowniach i transkrypcjach) oznacza “wal się”, albo “pierdol się”, ale w dosłownym tłumaczeniu, no, tak, znaczy “idź do chuja”.

To wulgarne rosyjskie wyrażenie już od dawna robiło karierę w środowisku Chat-Roomowców i gier online, takich jak DOTA 2 lub CS: GO. Pojawiało się często w towarzystwie innych wyrażeń rosyjskich, niektórych wulgarnych, jak np. suka bladź, ale też zwykłych, jak bratan, czyli brat, brachu, ale raczej w znaczeniu ziomal, czy kumpel. Wyrażenie upowszechnił popularny DJ Capital Bra, który utworem Bratan w roku 2019 pobił wszelkie rekordy popularności na listach, dochodząc na sam szczyt listy.

W międzyczasie wyrażenie idi na chuj weszło do języka młodzieżowego, pojawiło się na koszulkach, straciło swoją ostrość.

I tak było, aż pojawiła się Wyspa Węży, czyli Ostriw Zmijinyj. To mała wyspa położona 50 kilometrów od południowego wybrzeża Ukrainy, na Morzu Czarnym. W sierpniu 2021 roku prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zorganizował konferencję prasową na Ostrowie i powiedział: „Ta niewielka wyspa, podobnie jak reszta naszego terytorium, jest ziemią ukraińską i będziemy jej bronić z całych sił”.

24 lutego 2022, pierwszego dnia rosyjskiej inwazji na Ukrainę, wyspa we wczesnych godzinach popołudniowych została zaatakowana przez rosyjskie okręty marynarki wojennej. Rosjanie przekazali ukraińskim żołnierzom, że mają się poddać, a ich odpowiedzią było zdanie: Русский военный корабль, иди нахуй (Russkij wojennyj korabl, idi nachuj). Wymiana zdań została nagrana. W nocy siły rosyjskie zajęły wyspę. Przez jakiś czas nie było wiadomo, co stało się z 12 ukraińskimi żołnierzami, broniącymi wyspy. Jednak obrońcy przeżyli, po wyczerpaniu amunicji i całkowitym zniszczeniu urządzeń obronnych na wyspie zostali wzięci do rosyjskiej niewoli.

I tak wracamy do naszej piosenki.

Odpowiedź ukraińskich strażników granicznych stała się okrzykiem mobilizacyjnym dla Ukraińców i ich zwolenników na całym świecie. Linijka obiegła kulę ziemską.

***

Pierwszy tydzień wojny Rosji z Ukrainą spędziłam w Anglii. Nie wszystko, czego się człowiek dowie w angielskiej splendid isolation, jest zrozumiałe. Na przykład to.

Było jasne, że to mem i bardzo mi się spodobał, mimo że nie znałam kontekstu.

Wróciłam do Berlina 4 marca. Wiedziałam już, że się spóźniłam, bo wielka demonstracja odbyła się 27 lutego. Przybyło pół miliona ludzi. Zdjęcia i filmiki też obiegły świat.

Trochę w poczuciu, że nigdy nie nadrobię tego tygodnia w angielskim, kornwalijskim raju, postanowiłam, że wezmę udział w kolejnej demonstracji w Berlinie – 6 marca. Zaprosiłam też moich czytelników – TU.

Zdziwiłam się, że była o tyle mniejsza. Gdy przyszłam, uczestników było kilkuset, potem było nas trochę więcej, około tysiąca. Można by powiedzieć, że organizatorzy nie zawsze są w stanie przewidzieć, ile osób przyjdzie. Tydzień wcześniej zaplanowano demonstrację na 20 tysięcy, a przyszło pół miliona.

Ale na Bebel Platz, który jest mały, organizatorzy wiedzieli, że przyjdzie nas mało.

Tamta wielka demonstracja odbyła się bowiem pod hasłem Nigdy więcej wojny. A nasza pod zaczerpniętym z polskiej historii hasłem Za waszą wolność i naszą.

Tamta oznaczała protest przeciw wojnie. Protest za wszelką cenę. Nie będziemy umierać za Gdańsk, za Groznyj, za Aleppo, za Kijów. Pokój, pokój, pokój jest ważniejszy niż wojna. Nieważne, agresywna czy obronna, sprawiedliwa, czy niesprawiedliwa. Pokój, pokój, pokój. Teraz my, stojąc w mrozie i słuchając wspaniałych ludzi, chcieliśmy wojny. Tak, chcieliśmy wojny, żeby skończyć napaść Putina na Ukrainę.

Ta demonstracja sprzed tygodnia, ta, na której nie byłam, była pacyfistyczna. Jej organizatorzy nie zaprosili do udziału niektórych ukraińskich organizacji, bo domagały się wysyłania broni do Ukrainy. A to kłóci się z wszechmogących niemieckim pacyfizmem.

Ale ja byłam na tej drugiej domonstracji, tydzień później, gdzie mówili do nas pisarze i pisarki, niektórzy prosto z piwnic i ruin Kijowa czy Charkowa, w których żyją i walczą. I mówili głośno i wyraźnie, że trzeba zamknąć Putinowi kurek dopływu pieniędzy, bo póki kupujemy rosyjski gaz, naftę i węgiel (w sumie prawie 50% niemieckiego poboru energii), płacimy mu 700 milionów euro dziennie, czyli że to Niemcy (a zaraz po nich Polska) opłacają tę wojnę!

Tak, to trzeba sobie uświadomić! Płacimy, a więc to my prowadzimy tę wojnę!

A to, że nie wysyłamy broni Ukraińcom, żeby nie zezłościć Putina, bo jak się zezłości, to może walnąć bombą atomową, demonstranci uznali za idiotyzm. Putin to szympans z brzytwą, zrobi co będzie uważał. Jak mu świśnie, to walnie bombę atomową. I tak!

Na demonstrację pacyfistów przeciw wojnie przyszło 500 tysięcy ludzi.

Na demonstrację, na której przemawiali do ludzi aktywiści, politycy, dziennikarze oraz pisarze, którzy mówili, nie bierzmy energii, ale za to dajmy broń Ukraińcom – przyszło tysiąc ludzi.

6 marca podczas berlińskiej demonstracji na Bebel Platz ukraiński DJ Jurij Guhrny powiedział, że trzy słowa najlepiej na świecie oddające nienawiść ukraińców do Rosjan, to słowa rosyjskie: idi na chuj. Albo w wersji dłuższej, ten właśnie wers: rosyjskie wojennyie koriably, idi na chuj.

Teraz to już śpiewają wszyscy, ci z lewa, i ci z prawa.

https://youtube.com/shorts/ElOaSj51D1E?feature=share

Kyiev Calling to cover The Clash’s London Calling. Ma zwrócić uwagę świata na walkę mieszkańców Ukrainy. Producent Danny Saber.
⚡️ https://lnk.dmsmusic.co/_kyivcalling
Donate here: http://freeukraine.org.ua/donate

***

A w międzyczasie znaleziono to miejsce, dokąd oni wszyscy mają się wynieść. Jest w… Peru.

Was kannst du mir, Herr, geben?

Was wirst du machen, Herr, wenn ich sterbe? (Foto: Konrad Kozaczek)

Ela Kargol und Ewa Maria Slaska, die sowohl den Blog ewamaria.blog als auch eine informelle Gruppe dreier Freudinnen vertreten (die eine Freundin – Krystyna Koziewicz – fuhr gerade zur Reha) möchten zu Ehren des 41. Geburtstags der Regenbogenfabrik ihre Zeit, ihre Gedanken und ihre Spaziergänge darstellen zu den Themen Pandemie, Lockdown, Krankheit, Verlust und Krieg.

Und trotz all dieser schweren Lasten zeigen, dass frau (versuchen) kann, ihren Optimismus, ihre Autoironie und, ja, auch Humor zu bewahren.

Es kommen Texte, Fotos, Plaudereien, Musik und Gedichte. Hier ein Gedicht:

Ela Kargol, Frühling in meinem Garten

Der Frühling in meinem Garten ein bisschen unbeholfen,
als ob es ihm verboten wäre, das Haus zu verlassen.
Nun, Knospen sind da und Gras vom letzten Jahr,
ein paar Gänseblümchen auf dem blassen Rasen.
Nur die Veilchen wollen sich vielleicht beeilen,
sie duften, sie violetten…
Die Eiche noch im Winterrock, nicht angezogen,
könnte doch noch keinen Lenzkleid kaufen,
zieht ihren Mantel nicht aus
klammert sich an den Zaun
streckt sich gelangeweilt aus.

Was blühen soll, wird blühen, aber bei dem Nachbarn
Bei uns fraßen Mäuse alles, worauf es ihnen pfiff.
Oder legten sich einen Vorrat an
Für unsichere Zeiten
Diese Unsicherheit
Auch im Frühling,
weiß nicht, was sie tun soll,
sie liest die Leitlinien nicht.

Die Bienen wählen bald ihre Queen
setzen ihr eine goldene Krone auf.
Nun, die Königin sieht mit einer Krone gut aus.
Andere werden sie gerne ausziehen,
Abdanken, zurückweisen,
sie verlassen das Königreich,
…keinen Frühling wollend.
Hinter einem Vorhang schauen sie nach,
ob die Sonne schon scheint, der Apfelbaum blüht,
oder der Flieder.

Two texts about Finnland

Jarosław Suchoples

Ukraine is fighting. People prepare themselves for street-to-street fighting with the aggressor. The Ukrainians make Molotov cocktails.

What is this and why such a name? The prescription is really simple: take a glass bottle, fill it with petrol or, better, with gasoline (2/3) and old machine oil (1/3). Put a piece of a rag at the top. Throw it on a tank or any other military vehicle of the enemy. Oh, do not forget to put in flame the rag before you throw the bottle.

The first Molotov cocktails were produced in Finland during the Winter War in 1939. The Finns invented them because of the scarcity of their anti-tank weapons. The Soviet Foreign Minister Molotov claimed that Soviet airplanes were involved in humanitarian operations over Finland throwing baskets with bread to the poor population of Finland waiting for liberation by the Red Army. Therefore, the Finns immediately, with a specific dark sense of humor, invented the name for their new anti-tank weapon. It is primitive but can be deadly dangerous, especially during street-to-street fighting in cities. Tanks (even these most modern), unprotected by infantry, are very easy targets.

Molotov cocktail 1939-1940, Finland

Molotov cocktail (with some homemade grenades) 1944 Warsaw uprising, Poland

Molotov cocktails 2022, Ukraine

Appendix from the culture:

An ultra pathetic poem from Poland by Władysław Broniewski (trans. chrolka) and a pragmatic and humorous song from Finland (with Finnish, Ukrainian and English subtitles). Both refer to 1939. Try to replace geographic names (Poland with Ukraine and Helsinki with Kiev). It works quite well.

Shoot them dead
When they come to burn your home,
where you live – Poland,
when they throw their thunderbolt
when they fall in combat
and against your doors they thud
with wooden barrels stained with blood,
you, awaken late at night
quit your bed.

Stand and fight!
Shoot them dead!
Since this country’s bill of wrongs
foreign hand cannot repeal,
drain red blood from breasts and songs,
end your homeland’s long ordeal.

What if Poland’s prison bread
stings the tongue with bitter taste?
Put a bullet in their heads
for attacking what’s not theirs.
Blazemaster of word and heart,
Now a poem is a trench
erase the sadness from your art,
and shout, and order, and command:
“shoot them dead!”
Shoot them dead!
and even if it’s our last day,
remember what Cambronne* once said.
We will say these words again.

* Today, General Cambronne would probably say: Fuck you, Russian warship.

https://youtu.be/8Fy80vO0MV8 **

** Bobrikoff, the Russian General-Governor, promoter of the unsuccessful Russification in Finland in 1899-1905.He was assassinated by the Finnish patriot Eugen Schaumann in 1904

Wołanie

Anioł Nadziei, autorka Nino Chakvetadze, Gruzja

Mieczysław Węglewicz

Wołanie

Trzeba nam broni,
żeby umrzeć potrzebnie.
Śmiercią nieuchronną i ważną
Nie wiemy
w jakiej brzezinie
w jakim rowie,
w jakiej ulicy.
Czy bezimiennie,
czy bez pożegnania.
Trzeba nam broni,
żeby umrzeć potrzebnie,
śmiercią nieuchronną, walecznie.
Uświęcimy naszą ziemię,
damy błogosławieństwo i siłę pokoleniom, które nadejdą.

SprachCafé Polnisch & ewamaria.blog

präsentieren

FRIDAY, 18 MÄRZ 2022 FROM 19:00-21:00

Event by SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

Schulzestr. 1
13187 Berlin Pankow

Trzy berlinianki i szczecinianki z wyboru, zamiłowane czytelniczki i niestrudzone spacerowiczki, od kilku już lat eksplorują swoje miasta, opisują swoje spacery, poszukiwania i lektury na Facebooku i na blogu ewamaria.blog. Od marca 2022 roku zapraszają na comiesięczne spotkania do Polskiej Kafejki Językowej.

Obowiązują reguły 2G plus (centrum testowania znajduje się tuż koło stacji Wollankstr.)

Spotkanie odbędzie się w ramach projektu „SprachCafé 2.0″- FEIN-Pilotprojekt oraz “Od 10 lat razem” – przy wsparciu Urzędu Dzielnicowego Pankow.

Drei Wahlberlinerinnen und Wahlstettinerinnen, leidenschaftliche Leserinnen und unermüdliche Spaziergängerinnen erkunden seit einigen Jahren ihre Städte und berichten auf Facebook und im ewamaria.blog von ihren Spaziergängen, Recherchen und Lektüren. Ab März 2022 laden sie einmal im Monat zum Treffen im Sprachcafé Polnisch ein.
Seid dabei!
Es gelten aktuelle Covid-Regelungen.

Die Veranstaltung findet im Rahmen der Projekte „SprachCafé 2.0″- FEIN-Pilotprojekt sowie “Seit 10 Jahren zusammen” statt – mit Unterstützung des Bezirksamtes Pankow.

Märztreffen

Serdecznie zapraszamy na spotkanie z nową książką wydaną przez Monikę Szymanik, „Dzieciństwo 1935–1949”. Autorką książki jest Christel Schubert (1935–2019), przedwojenna mieszkanka secesyjnej i reprezentacyjnej kamienicy przy ulicy Świętego Wojciecha 1 (dawnej Karkutschstrasse) w Szczecinie. Swoje wspomnienia spisała kilkadziesiąt lat po opuszczeniu Stettina. Monika Szymanik, która już w pierwszym swoim albumie „Kamienica w lesie” pokazuje nam stary kamieniczny Szczecin, spaceruje śladami małej Christel i jej wspomnień, zatrzymując w obiektywie komórki (tak, komórki!) te miejsca sprzed 80 lat, które nierzadko wyglądają już inaczej i są niemymi świadkami już innych historii.
W spotkaniu weźmie udział Siegmar Jonas, brat Christel Schubert.

Przy okazji rozmowy o dzieciństwie podczas tamtej wojny na pewno porozmawiamy też o tej wojnie, która dzieje się tu i teraz i dotyka, jak tamta, nie tylko żołnierzy, ale wszystkich, dzieci, kobiety, starych, chorych.

Wir möchten Sie herzlich zu einem Treffen mit dem neuen Buch von Monika Szymanik einladen – “Kindheit 1935–1949”. Die Autorin des Buches ist Christel Schubert (1935–2019), eine Vorkriegsbewohnerin eines repräsentativen Mietshauses in der Święty-Wojciech-Straße 1 (ehemalige Karkutschstraße) in Szczecin.
Christel hat ihre Erinnerungen mehrere Jahre nach ihrem Verlassen der Stadt in einem Tagebuch festgehalten. Monika Szymanik, die uns schon in ihrem ersten Fotoalbum “Altbauliebe einer Stettinerin” das alte Stettin im neuen Szczecin zeigt, wandelt auf den Spuren der kleinen Christel und ihrer Erinnerungen und fängt mit dem Objektiv ihres Handys (ja, Handy!) jene Orte von vor 80 Jahren ein, die heute oft anders aussehen und stumme Zeugen schon anderen Geschichten sind.
Am unser Treffen nimmt teil Siegmar Jonas, Bruder von Christel Schubert.

Bei dem Gespräch über das Leben eines kleinen Mädchens während des 2. Weltkrieges kommen wir unausweislich auch an den aktuellen Krieg – den Putins gegen Ukraina, der, wie auch der Krieg damals, nicht nur den Soldaten gilt, sondern allen: Kindern, Frauen, Alten, Kranken.


Frauenblick auf den Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Vom Krieg in der Ukraine in dem Piłsudski-Museum

Seit einigen Tagen dauert ein absurder, unmenschlicher und brutaler Krieg in der Ukraine. Lange standen die russischen Einheiten entlang der Grenze und viele (mich eingeschlossen) dachten, es wird bei dem Theater und den Drohungen bleiben. Putin würde seine Tiraden ausspucken und die Welt würde ihn zurechtweisen. Die amerikanischen Informationen, nach denen die Invasion in zwei Tagen, dann in vier, dann am nächsten Wochenende beginnen sollte, tat ich als Übertreibung ab. Doch ich wurde eines Besseren belehrt, er hat das Unvorstellbare doch in die Tat umgesetzt und wir schauen zu. Das macht einen so mutlos, ratlos und auch wütend. Inzwischen dauert der Krieg drei Wochen, nach Polen sind über eine Million Menschen geflüchtet, hauptsächlich Frauen und Kinder; drei von ihnen mit vier Kindern beherberge ich in der Wohnung meiner Mutter. Die Polen helfen musterhaft, mit großer Empathie und Wärme, vieles ist sehr gut organisiert, aber wie lange und wie viele Menschen werden sie aushalten können. Auf der anderen Seite wird ununterbrochen geredet, dabei erreicht man eher wenig; wir haben diesen Verrückten zu lange machen lassen, die Augen zugemacht und seine Unmenschlichkeit nicht sehen wollen, zu mächtig waren die Konzerne, die Industrie; Gas, Öl, Stahl, floss günstig aus Russland … alles Faktoren, die mehr zählten als die Moral. Jetzt rächt sich das, alle haben Angst und wissen nicht, wie man diesen Knoten lösen könnte. Die fahrende Lokomotive der Vernichtung ist nur schwer zu stoppen, auch wenn die Ukrainer wirklich unheimlichen Mut, strategische Intelligenz und Kampfbereitschaft zeigen.

Eigentlich sollte der Anfang dieses Textes mit der spontanen Spendenhilfe für die Ukrainer, die ich zufällig im Piłsudski-Museum am Anfang der Invasion miterlebt habe, eine Überleitung zu einem Text über das Museum bilden. Inzwischen bin ich in die Geschehnisse tief verwickelt und weiß nicht recht, ob eine Information über das Museum in diesen Zeiten sinnvoll ist, auch wenn die historischen Parallelen in diesen dramatischen Zeiten stärker sichtbar sind; viele Polen haben das Gefühl eines déja vue: was muss noch Schlimmeres passieren, damit man wirklich jegliche Verbindung nach Russland abbricht, den Geldfluss ganz unterbindet. Vielleicht bietet die Beschäftigung mit dem Museum etwas Ablenkung von der ständigen Flut der Informationen und Bilder über diesen schrecklichen, wirklich makabren und unvorstellbaren Krieg, die wir hier in Warschau bekommen.

Also: das Museum, das am 14. August 2020 eröffnet wurde, liegt in dem kleinen Örtchen Sulejówek, früher nicht zu Warschau gehörend, dort, wo Piłsudski sich im Alter zurückgezogen hatte; es nimmt ein Terrain von ca. 4 Ha ein. Es existiert noch sein Wohnhaus, die Villa Milusin, das man auch besichtigen kann, dazu zwei weitere alte Gebäude – ein hölzernes Sommerhaus, die Villa Bzów [Villa Flieder], typisch für diese Gegend, und ein Quartier für Piłsudskis militärische Leibgarde. Auf dem großen Terrain inmitten von Kiefernwald wurde dann ein Kubus, das Gebäude des Museums, errichtet. Es harmoniert mit der Natur rundherum, ist aber ein sehr moderner, großer Betonbau nach den Plänen des Piłsudski-Enkels Krzysztof Jaraczewski und Radosław Kacprzak. Der Bau passt sich gut an die Umgebung an, ist nicht zu hoch, die meisten Ausstellungsräume befinden sich unter der Erde. Vor dem Eingang gibt es eine Skulptur: Piłsudski als Vater mit seinen Töchtern, sitzend auf einer Bank. Die ständige Ausstellung trägt den Titel: Dla Rzeczpospolitej. Józef Piłsudski 1867-1935 w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. [Für die Republik. Józef Piłsudski 1867-1935 im Museum Józef Piłsudski in Sulejówek].

Beim Betreten des Museums hat man schon etwas das Gefühl, ein Mausoleum, ein Grab des Tutenchamun zu betreten, eine breite Marmortreppe führt zwei Stockwerke tief unter die Erde, doch man wird dann sehr gut durch die sorgfältig und breit angelegten Ausstellungräume geleitet, erfährt viel nicht nur über die Person Piłsudskis, sondern auch über die Geschichte der Zwischenkriegszeit, des damals gerade erst wiedererstandenen polnischen Staats. Dadurch gewinnt das Museum an Wichtigkeit und Bedeutung; es ist eine Ausstellung über die Jahre der Zweiten Polnischen Republik, über die Euphorie der Freiheit, der Unabhängigkeit und der Selbstbestimmung, die mit der Person Józef Piłsudskis verbunden war. Die Ausstellung ist sehr durchdacht und hat mehrere Darstellungsebenen. Der erste deutlich sichtbare Faden führt durch die Biographie Piłsudskis, Kindheit und Schule, Elternhaus etc… Der Besucher durchschreitet durch sechs chronologisch angeordnete Räume das Leben Pilsudskis: „Ziuk“ (der Kosename), „Wiktor“, der Kommandant, der Naczelnik [der Vorsteher], der Marszałek [der Marschall], der sechste Raum heißt „Symbol“ und betrifft mehr Piłsudskis Vermächtnis für Polen. Parallel dazu werden Ereignisse aus Europa, manchmal der Welt an historischen Achsen stichwortartig dargestellt, für mich eine wunderbare Lehrstunde in Geschichte. Natürlich nehmen auch Ereignisse in Polen und den Nachbarländern, die Bezüge und Zusammenhänge zwischen ihnen einen wichtigen Anteil an der Ausstellung teil.

Vom unteren Teil, bis 1918, gelangt man über eine Art von Rampe nach oben, an riesigen Leinwänden oder Bildschirmen vorbei, auf denen Ausschnitte der historischen Ereignisse aus der Zeit gezeigt werden, der Kampf um die Unabhängigkeit und Souveränität Polens. Auf dem Zwischengeschoss wird dann Piłsudskis Tätigkeit im freien Polen gezeigt. Alles wird durch Räume mit dem Thema Symbol durchschnitten, was zum Nachdenken und zum Herstellen geschichtlicher Parallelen anregen soll. Damit hatte ich dann auch mehr Schwierigkeiten; es ist auch nicht mehr so eindeutig positiv und erbauend, was in der Zeit passierte.

Als ich die Ausstellung zum ersten Mal gesehen hatte, deutlich vor dem Überfall Russlands auf die Ukraine, war ich doch etwas vom Ausmaß der Stilisierung des großen Staatsmanns, um nicht zu sagen Führers, überrascht und von den eher geringen Anstrengungen, das zu relativieren. Jetzt haben sogar solche Schlagworte wie: „Nie oddamy Wilna, nie oddamy Lwowa“ [Wir geben Vilnius nicht preis, wir geben Lviv nicht preis“] einen anderen Klang und Charakter. Mögen wir diese Krise sobald wie möglich bewältigen.