Satyra, groteska, żart liryczny

Nadtytuł jest oczywiście cytatem z Gałczyńskiego, użytym dla określenia krotochwil naszej nadwornej poetki

Teresa Rudolf

Maria i Jan

Maria, starsza dama
pasjansa sobie stawia,
czy Jan sprzed pół wieku,
też go jeszcze rozkłada.

Jan, starszy pan, też
pasjansa sobie stawia,
czy Maria sprzed pół wieku,
też go jeszcze rozkłada.

Franciszek pamięta Marię,
pamięta też i Jana,
znów bardzo się cieszy,
że tak namieszał kiedyś.

On, pies ogrodnika,
nie dostał ani Marii,
nie wykończył też Jana,
znów pasjansa rozkłada.

Marii wychodzi, że Jan
tak samo jak kiedyś,
w kartach o niej myśli,
siedzi przy pasjansie.

Janowi wychodzi, że Maria,
tak samo jak kiedyś,
w kartach o nim myśli,
siedzi przy pasjansie.

Franciszek siedzi też sam,
wychodzi mu w kartach,
że tak już siedzieć będzie,
ale co z Janem i z Marią?

Stawia pasjansa Franciszek
ciesząc się, że kiedyś on
namieszał, pies ogrodnika,
i razem oni nie zostali…

Maria i Jan nie wiedząc nic
o sobie, śnią ciągle to samo,
że pies Franio biega po ogrodzie
sam siebie gryząc w ogon.

A ktoś zbiera…

Ktoś zbiera monety,
ktoś inny znów guziki,
a  ktoś przysłowia.

Ktoś  zbiera zioła,
ktoś inny stare pajace,
a ktoś stare zdjecia.

Ktoś zbiera grzyby,
ktoś inny znów jabłka,
a ktoś kasztany.

Ktoś zbiera listy,
ktoś inny znaczki,
a ktoś czyjeś myśli.

Można zbierać różnie,
coś na bardzo krótko,
a można coś na zawsze.

A ja zbieram szum
fontann, strumyków
małych i większych.

Zbieram w głowie
świergot ptaków,
i miauczenie kotów.

Kolor wiosny i lata,
kolor nieba i morza
i kolor czyichś oczu…

Mrówka Zośka…

Zośka, przodownica pracy
“Batalionu Zośka”, nagle
otrzeźwiała, wypalę się,
pomyślała i … zwiała.

Kiedy batalion niósł liść
suchy pod młodziutkie
drzewko, Zośka skręciła
sprytnie w inną stronę.

Zachichotała jeszcze
patrząc na swą zwartą
grupę: “Batalion Zośka”
bez Zośki… ale numer!

Żal ją trochę ogarnął
w końcu była mrówką
batalionu najlepszą,
lecz… było za późno.

Batalion zniknął, nastała
pustka, żadnego zadania,
choć nosiła liście i patyczki,
samotność ją zjadała.

Slyszała o adopcjach
zagubionych zwierzątek,
kotów, psów, nawet jeży,
więc może i mrówki??

Wysłała więc
na Facebook
prośbę
o adopcję:

“Mrówka Zośka, pracowita,
kochająca ludzi, psy i koty,
marzy o własnym domku,
w rodzinie ją kochającej,
lubi bardzo spacery i pracę
w zwartej, dobrej  grupie”.

Siedziała wciąż na Facebooku,,
marniała w oczach, zwątpiła,
aż przyszła kiedyś odpowiedź:
“bardzo chętnie: Batalion Zośka”.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Moritz na dachu i inne wiersze

Teresa Rudolf

Koci kryminał/ Moritz-Lili

Zaczyna się łagodnie..

Kochane chrapanie,
zamiast na swojej,
na Freda poduszce,
wyżeranie siostrze Lili
z miski Gurmet Gold…

Kochany  Moritz,
bonsein tygrysów,
leopardów, kiedy tym
swoim krokiem idzie,
Lili jak martwa już leży…

Ona już to wie, że
na krótko poleży tak
bez życia i kombinuje
jak prawym sierpowym
przywalić mu dziś.

Strach być w jego skórze,
ten prawy sierpowy zna już
cała puszcza w domu,
ten mord w zaciśniętej
łapie i we wsciekłym oku..

Oj Lili, opamiętaj się,
opamiętaj sie, bo kiedyś
nie wyjdziesz  zza kratek
by zobaczyć znów
balkonowe słońce.


Kot na dachu

Na dachu siedział kot,
by lepiej  z góry widzieć
jak się świat porusza,
mrużył zielone oczy.

A cierpliwość wielką miał,
w dół patrzeć godzinami,
ludzie mają bardzo różne,
głowy z góry oglądając.

Jedni mają czapki, inni
kapelusze, inni łyse głowy,
a inni pełno sierści kolorów
przeróżnych, różniutkich…

Kusiło ogromnie, malutkie
żwirki z dachu zrzucać na te
główki, lecz na którą z nich,
problem wciąż nierozwiązany.

I jak to z dylematem bywa,
spadł deszcz, wszystko się
zmieniło, parasolki bez głów
stały się  kotu za  nudne..


Bo go kocham…

Kot Moritz patrzy ze zdziwieniem,
na moją białą bluzkę
na moje spodnie i okulary…

Znam to spojrzenie, pogardę,
bo nie wystarczy mi skóra,
którą powinnam po prostu wylizać.

I wzrokiem dodaje:

Ach ten człowiek, jak go rozumieć?
Dziś jest ona znów taka kolorowa,
i stuka innymi butami.

Ach ten człowiek, ciagle zmienia
się jak kameleon, ale po co,
gdy i tak zawsze go rozpoznam,

BO GO KOCHAM.


Właśnie ukazał się tomik wierszy Teresy – zobaczcie TU

Teresa pisze o sobie:

Lubię ludzi zarówno z całym ich bogactwem charakterów, osobowości, jak też z całym ich balastem.
Kocham zwierzęta z całą ich niewinnością, bezinteresownością, miłością i swoistą psychiką,
w którą absolutnie wierzę. Od zarania towarzyszą mi psy, świnki morskie, a teraz filmowa para kotów: Moritz i Lili.
Uwielbiam przyrodę, która może ma coś z kobiety, bo także „zmienną jest”.
Cenię sobie przyjaźń i przyjaciół (podobno jestem wierna im jak pies), kocham miłość, a więc tych, których kocham. A jest tylu do kochania…

I tyle samo, w dzisiejszych czasach, do nienawidzenia, ale to już nie moja działka.
Inspiracją do moich refleksji wyrażonych na piśmie jest samo życie: moje, a także wiedza o człowieku, z którym „współpracuję”, będąc mu pomocną z racji mego zawodu.
Jestem absolwentką psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a obecnie psychoterapeutką w Austrii, gdzie mieszkam w malutkim bajecznym miasteczku Melk nad Dunajem.


Dodam jeszcze, że u mnie na blogu jest od jakiegoś czasu sporo wpisów Teresy Rudolf i są one zawsze jej autorską kompozycją, co oznacza, że teresa jest nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. Również w tym wpisie zdjęcia kotów to TE koty, a nie jakieś koty.

Czekanie na wiosnę

Teresa Rudolf

Ach ty, Primavera!

A jak tak czekam,
tak czekam na Ciebie wiosno,
na to powietrze
jeszcze wilgotne porannie,
tak absolutnie klarowne,
jak oddech
najdłuższy na świecie,

unoszący mnie jak balon
w przestrzenie.

A jak tak czekam,
tak czekam
na Ciebie wiosno,
na te jabłonie w kwiatach,
jak dziewczyny
na balu wiedeńskim,
w białych,

jabłonnych sukniach,
tańczące w podmuchu poloneza.

A jak tak czekam
na Ciebie wiosno,
kiedy przychodzisz
co roku jak królowa,
w pięknych
tysiącach kapeluszy…
równocześnie,

pewna ogromnego aplauzu
swego dworu,
wchodzisz wspaniale
złota od słońca,
w leciutkich pierścieniach
na rękach,
łańcuszkach na nogach…

śpiewając głosem ptaków,

z chórem pszczół, świerszczy,
i tym, co piszczy w trawie.

W dniu, twego przyjścia
rozpoczyna się
karnawał natury,
w maskach weneckich,
w lasach,
nad rzekami, nad górami,
od nieba, po ziemię.

A ja czekam, jak co roku…
Ty, Primavero!!!

Pszczółka Maja, Królowa-Narkomanka

Chowa się w kwiatach maku,
zagłuszając strach przed jesienią,
kiedy znikną maki.

Zaćpana kompletnie,
patrząc w oczy
swemu przemijaniu,

schowana w kwiatach maku,
wysysa teraźniejszość,
żyjąc kolorowo.

Zapominając
o swej samotności
na polu makowym.

Gdy pracowite pszczoły,
myślą wciąż
o zapylaniu,

ona królowa,
może się wyspać,
nie mając do kogo przytulić.

Balkon w Pradze

Kwiecisty balkon w Pradze
bez pamięci zakochany
w tym jednym, jedynym
z centrum Krakowa balkoniku,

czeka  na list,  och czeka..

Niestety, jak to po prawdzie
bywa, poczta nawala,
bo wiatr nie taki, bo list
omyłkowo poszedł sobie

w inną stronę, czy co??….

Wszyscy mówią, że jakaś
choroba na niego paść
musiała, bo  ani upał,
ani zima, ani jesień.

co  jest z Tobą  do diaska?

Wiadomo już, niestety,
nawet Japończycy
nie zostaną na obiad,
jak bez fotografowania,

zostawać tu, a po co?

Balkon piękny, to wizytówka
tej “Pod dynią” knajpki,
coraz smutniejszy zaśmieca
zeschniętym sercem podwórze,

leżą begonie, leżą  też i róże..

A w Krakowie balkon czeka
na list z Pragi myśląc:
jestem mało atrakcyjny,
pochodzę z byle jakiego domu..

a bliżej jest z Pragi w Pradze..

Aż tu kiedyś, u schyłku
jesieni, spada w Pradze
listek na balkon, bardzo
miłosny, pachnący różą..

nie mogę żyć bez Ciebie,

a i dalej, usycham z  tęsknoty,
nie zapomnij, czekam na
przychylny nam wiatr,
chcę wyjść za Ciebie…

Praski balkon oniemiał
wyjść za mnie, kto da
nam ślub, jak to możliwe,
aż mu serce rozkwitło

znów od zakochania..

I  jest znów ogromnie
oblegany przez turystów
do zdjęć, do sobie postania,
do zachwytu, do zadumy..

nad najpiękniejszym
balkonem świata,
w Pradze, żyjącym

marzeniem nieśmiałym
o wspólnej podróży,
w góry…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Dziewczynka na kuli

Teresa Rudolf

Przebudzenie

Wysoko, od lat,
odważnie na linie,
tańczyła w cyrku
dziewczyna z obrazu Picassa
(ta sama, stojąca na kuli).

Tańczyła do muzyki
z szumu wiatru,
gwizdu ptaków
i wszystkiego, co było
na świecie w nutach zapisane…

A było w tym cyrku
tylko jedno miejsce,
dla jedynego gościa.
dla Niego,
gdyż był całym światem.

A ona tańczyła
jak mogła najpiękniej na świecie,
tylko dla Niego,
dniami, nocami, latami.
a on mówił “dziękuję”.

Gdy któregoś dnia
wyszła znów na linę
przestały śpiewac ptaki,
wiatr rozhulał się szalony,
a muzyka zamknęła się w ciszy.

I przebudziła się, spojrzawszy w dół,
zobaczyła Go,
gdy patrzył przed siebie,
nie patrząc na nią,
na nią samobójczynię.

Stanęła znów na kuli
wchodząc w obraz nieruchomo
z wzrokiem wbitym w dal,
a on powiedział
jak zwykle “dziekuję”.

A ona liczyła…

A ona liczyła przed snem barany:
raz, wyskoczył piękny, bielutki,
dwa, ten był ciut mniejszy,
trzy, jakiś taki łaciaty,

cztery, pięć, wyskoczyły dwa klony,
białe głowy, czarna reszta, małe,
sześć, siedem, osiem, czarne,
dziewięć, ach to ten pierwszy,

dziesięć, to chyba nie baran,
raczej owca, coś mi się miesza,
liczę od początku, raz, dwa  trzy,
cztery pìęć, sześć, całe stado,

siedem, osiem, dziewięć, cudnie,
robi mi się błogo, super, super,
dziesięć, co to, nagle wpada pies,
jeden pies, drugi, trzeci, czwarty…

Urodziny Baśki R.

Czas, patrzy,
patrzy na nas z góry,
kręci swoją tarczą
ciągle w jedną stronę,

a my siedząc na niej
dziergamy wzorki,
jak ktoś chce i jak umie,
dziergamy,

każdy z nas,

swój własny i niepowtarzalny
“pulowerek życia”…
czasem szary,
a czasem kolorowy,

na jaką włóczkę
popadnie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim…
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Z poezją w sprawie godności

Teresa Rudolf

Sen

Jakoś tak sobie pogrywa ze mną…
Spuszcza tiulową firankę na oczy
głaszcze po nich, porywa,
kamienieje do rana,

lub pomachuje mi tym tiulem,
łaskocze, rozdrażnia, odpływa
by znów obudzić, złośliwie
daje znać, że nie odpuści,

podle pokazuje mi miejsce
w szeregu, że nie da się
bez niego, że będzie nękał
tak długo, aż nie zasnę…

I pokażę zmęczoną twarz
mówiąc, że zrobię wszystko,
i nie poddam się tej władzy,
zwanej bezsennoscią.

Człowiek powinien…

To co człowiek powinien,
to czekać się nauczyć,
by rozumieć, co nie jest do
zrozumienia.

Czuć, co nie do wyczucia,
kiedy powinno się czuć,
wybaczać, choć co tak
dokładnie, nie wiadomo…

Powinien być otwartym, gdy
zamknięte wszystkie drzwi,
być zamkniętym, żeby
nie musieć nikogo wyrzucać…

Powinien odchodzić, bo
tak lepiej, zostawać, bo
łatwiej, mieć wyczucie,
że tak przecież nie można…

Powinien, powinien,
powinien się

zamknąć,
kiedy mówi, otworzyć
kiedy ma milczeć…

Chyba, że wreszcie powie
sobie cicho “nie”, a potem
światu głośno, z uśmiechem
“NIE”!

Bo to właśnie powinien…

Godność człowieka na co dzień

Wewnętrzne wyprostowanie,
z wewnętrznie podniesioną głową,
wewnętrzne trzymanie się w karbach
by samemu ze sobą porozmawiać.

Porozmawiać o tym, jak powinno się
na zewnętrz pokazać nie pokazując
niczego, żadnego bólu, słabości,
nałogów, cierpienia, oczekiwań.

Nie obarczać nikogo sobą, nie pokazywać,
jak bardzo chciałoby się pokazać,
to, co niegodne pokazywania,
a co powinno pozostać w człowieku…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Oczy

Od jakiegoś czasu Teresa Rudolf pojawia się właściwie dość regularnie w soboty i to w tej swojej, jak ona to sama nazywa – trójwymiarowej postaci, z tekstem, obrazem, muzyką.

Teresa Rudolf

Oczy małego Araba

“Oczy czarne, oczy…”
słowa o miłości, szlagier,
zawodzący do łez,
pamiętam, jak dziś, pamiętam,
a tu…

pamiętam tę melodię,
a tu, te oczy patrzą tak
przeze mnie na wskroś
oczy dziecka, czarne,
przesmutne do łez.

Oczy dziecka, gdy zanurzam
się w nie, wpadam w otchlań
przerażenia przed tym,
co nadchodzi,
niewiarygodne tsunami…

One są jak i te, psa zbitego,
wyrzuconego na ulicę
który wczoraj miał swój dom,
a dziś nie wie, czemu się boi
i jest głodny.

I te, i tamte oczy,
nie wiedzą, jak można wylecieć
z czyjegoś serca i głowy,
na ulicę pełną ciekawskich oczu
tych innych.

I te, i tamte czarne oczy,
żebrzą o miłość, choć widzą
tylko pogardę i wstręt,
złość na brudne, śmierdzące,
życie, z innej planety.

Modlitwa kobiety…

A Ty pytasz, i pytasz oczyma…
nie mogę Cię słyszeć, gdy odwracam oczy…
nie mogę zrozumieć ich języka,
gdy dziś taki obcy…
jak mam odpowiedzieć,
gdy nimi tak krzyczysz, nie dając mi głosu?
jak, jak, jak?

Przestań nimi oskarżać, przestań syczeć,
przestań nimi zamrażać,
i podpalać,
przestań nimi porzucać, i zdradzać,
odchodzić, wyprowadzać się,
i trzaskać drzwiami…
przestań, przestań, przestań!

Nie czujesz, jak zrobiło się zimno,
kamieniście, stromo,
nie podkładaj nogi,
nie strącaj w przepaść obojętności
niezawinionej winy
i zawinionej niewinnosci.

czy Ty już nie pamiętasz?
Czemu nie oślepniesz dziś znów
od widoku twej miłości,
która zaczęła się wtedy,
gdy powiedzialeś nimi
kiedyś, że…

i zapytałeś, czy…
A ja odpowiedziałam: tak!

X
Spotkania oczu w metrze

Wiedeń.
Marie Claire wsiada do metra.
Jej wzrok, wewnętrznej dwudziestolatki, zauważa oczy sympatycznego dwudziestolatka.
To uczucie przyjemnego zaniepokojenia, jak zawsze, kiedy ktoś ją zainteresuje.
No cóż, jest jednak ten, nieoczekiwany?, widok własnych rąk.
Aha, ta dziewczyna, która mieszka w niej, znowu wyszła sobie pospacerować po mieście.

Marie Claire ma 65 lat.
Wysiada żwawym krokiem przy Stephansplatz.

Dwudziestoletnia Jennifer wsiada ciężkim krokiem do metra przy Stephansplatz.
Siada na ławeczce, uśmiecha się, odpowiada na uśmiech sympatycznego dwudziestolatka.
Staruszka, która siedzi dziś w niej na wózku inwalidzkim, poklepuje go po ramieniu, jak babcia wnuczka.
Oczy. Zmęczone.
Chłopak uśmiecha się niepewnie jeszcze raz i wysiada na stacji Herrengasse.
Patrzy za nim obojetnie.

Pan Meyer, żwawy osiemdziesięciolatek, wsiada na stacji Herrengasse.
Siada naprzeciw młodej dziewczyny.
Ich oczy spotkają się gdzieś pośrodku ich przeciętnej statystycznej wieku, około pięćdziesiątki.
Jennifer spogląda ciepło, jej oczy nagle młodnieją.
Starszy pan uśmiecha się smutno, myśli, że coś się stało i że ją stracił, a przecież mogłaby być jego wnuczką.

Jennifer jest wzruszona, nie rozumie jednak, dlaczego.
Wychodząc uśmiecha się jeszcze raz i już wie, że ten przystojny starszy pan mógłby być jej dziadkiem, którego nigdy nie znała.

Jest młodą dziewczyną i dziwi się, na myśl o tym, że jeszcze dziś rano czuła się tak staro, ciężko…

Umarła

Bardzo lubię jej piosenki, ale to dopiero Teresa uświadomiła mi, że Eva Cassidy, dziewczyna o cudownym głosie, nie żyje…

Teresa Rudolf

Eva Cassidy

Ten mój świat

Cóż  to za smutny świat,
cóż  to za okropny świat,
cóż to  za niezrozumiały świat,
cóż to za bestialski świat.

Cóż to za dziwny świat,
cóż to za obolały  świat,
cóż to za wzruszający świat,
cóż to za tajemniczy świat.

Cóż to za cudowny świat,
cóż to za magiczny świat,
cóż to  za uroczy świat,
cóż to za przepiękny świat.
Ten mój, jedyny świat.

X
Żyła 33 lata, oddychała, myślała, czuła, była szczęśliwa, cierpiała, kochała, grała na gitarze
i śpiewała.
A w roku 1996 przestała oddychać, myśleć, czuć, być szczęśliwa, cierpieć i śpiewać!
Jak można tak młodo umierać?
Jak można umierać, mając taki głos, tyle życia w sobie, huragan emocji, życie, życie, życie, które nie gaśnie nawet po śmierci, w jej muzyce, w jej śpiewie.
Rozpala do życia, kiedy się jej słucha, każe tańczyć, kochać, cierpieć, żałować…
Jak można umierać w tym wieku z powodu choroby, z kaprysu losu?
Cierpiała z bólu, czy ze strachu przed tym, że już nigdy nie zaśpiewa czegoś, co jeszcze było w sercu, a śpiewało się już w głowie?
A może czekała jeszcze na jeźdźca na bialym koniu, a on ciagle jeszcze nie galopował i nie porywał w zawieruchę życia i do pięknych ogrodów?
A może było odwrotnie?
Był koń, był jeździec, były obrączki, były ogrody z pięknymi kwiatami, a między nimi chwast, o przepięknej nazwie “melanoma malignum”?
Kwiat urodzony gorącym latem, wygrzewając się na słoncu jak wąż, bezgłośnie syczący…
A kiedy zabierał ją ze sobą, nie wiedziała, że kiedyś już nic nie będzie pachnieć.
A dziś?
Jej głos unosi się nad moją bezsenną nocą, we wspaniałym bluesie….
Piękna dziewczyna, z pięknym głosem odeszła w pół zdania.
A może to ta cholerna sprawiedliwość, żebyśmy, ci inni, bez jej talentu, bez jej urody, młodości i żywotności, mniej atrakcyjni, po prostu sobie na pół gwizdka, dłużej dzień po dniu pożyli?
Wiele ludzi, nie wiedząc nic o niej, a tylko słysząc jej muzykę, może myśleć:
ta, to ma wszystko, głos, urodę, pieniądze, młodość, nie wiedzą, że to już tylko głos ptaka, lecącego na niebie, bez obawy, jak to kiedyś będzie, jak to naprawdę jest,
bo już wie…
I uśmiecha się, śpiewajac te swoje songi, wolna jak ptak.


Jednodniowy człowiek

Mówił, że mu życie
przelatuje przez palce,
jak piasek,
mówił, że mu życie
przecieka przez palce,

mówił, że wszystko
tak za szybko jakoś,
że przemija mu obok,
przebiega mu jak kot
cicho i niepostrzeżenie,

mówił tak około dwudziestu
ostatnich lat, śledził
sam siebie, każdy dzień
śledził innych, mówiąc,
że przemijają za szybko.

Bał się tak swych
myśli, ale  filozofował,
nie chodził na pogrzeby,
nie chodził na cmentarze,
nie chodził do szpitali.

Bedąc kiedyś już
chorym starcem,
myślał ciągle o tym,
by znaleźć nazwę
na siebie samego,
i znalazł:
„jestem jednodniowcem”,
już wieczór, czas odejść.


Eva Cassidy (ur. 2 lutego 1963 w Oxon Hill, zm. 2 listopada 1996 w Bowie) – amerykańska piosenkarka.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Wiersze w kolorach

Teresa Rudolf

Niesamowite kolory Howarda Behrensa…

„Niesamowicie wiele
kiczu w niej” o mnie ktoś
mógby powiedzieć.
A ja? A ja najchętniej
ubrałabym się w te obrazy

I chodziła sobie
po ulicy,  po plaży
po mieście
po polach
wszędzie.

Siedziałabym sobie w nich,
w Santorino, na Korsyce,
na uliczkach z kawiarenkami,
na balkonach białych
domków willowych,

gapiąc się w niebo takie nieprawdopodobnie
kiczowato-niebieskie,
na te owce na pastwisku nieba,
pasące się moją tęsknotą.

Ach ten Howard Behrens!

A te kwiaty tak pachną,
że chodzę po ogrodzie pijana,
potykam się o  powietrze,
ślepnę od kolorów,

które sobie kiedyś
wybrałam na marzenia,
które wyśniłam
śniąc na jawie,

cała niebieska w środku
cała słoneczna w środku
cała leciuteńka w środku,
cała zwiewna, biała

niebiesko-biała,
niebiesko-złota
niebiesko-szmaragdowa
niebiesko-niebieska

cała jakaś taka niewinna,
jak powiew od morza,
leciutka jak obłoczek,

cala jakaś, taka…

Nie wysłany nigdy list do pewnej damy w kapeluszu i z parasolką

Już wiem,
gdzie się zgubiłaś…
zostałaś bardzo dawno temu
w obrazach Clauda Moneta,
paradując po ogrodach
w  tysiącach kapeluszy,
po “Normandiach”
z ogrodami ociekającymi
czerwonym kwiatem żywotności.

Patrząc
z wyższością kogoś,
kto najlepiej wie,
co to melancholia, co  migrena,
łykająca ciagle kropelki
z przepięknej torebki,
z damą do spacerów z dziećmi,
do wyprowadzania piesków,
do głaskania kotów.

Najczęściej sama, z parasolką
chroniącą przed słońcem,
przed deszczem,
przed oczyma ciekawskich
oddając się naturze
nie pytana po co,
dlaczego tak,
dlaczego inaczej,
nie gnębiona realnością.

Nie zauważyłaś kiedy
znalazłaś się,
w DZISIAJ
w kamienicy, bez ogrodu,
w mieście pełnym ludzi,
o ciekawskich spojrzeniach
na tę kobietę, w kapeluszu,
zagubioną w sobie
w melancholii z tamtych lat.

Nie widząc tak naprawdę nikogo,
jak wtedy, czując coś,
niewypowiedzianego
jak wtedy, odgradzając
się od tego pospólstwa
jak wtedy…
będąc nieszczęśliwą
samotną, kobietą
w kapeluszu i bez parasolki.

Dziś o 18 – pełnia Księżyca

Beethoven Moonlight Sonata (Sonata al chiaro luna)



Teresa Rudolf

Pełnia księżyca na Cyprze, pamiętasz??

Księżyc czasem potrafi nagle rozświetlać kompletną ciemność jak najjaśniejsza lampa, taka okrągła i biała kula,  jak te, które bardzo lubię, gdy tak w rzędzie stoją na eleganckich, kawiarnianych ulicach i uliczkach różnych miast. Nadają im klimat tajemniczości, sekretów, romansów świeżych jak południowe owoce i też tych pikatnych, smakujących kiedyś słodko-kwaśno, jak chińskie dania.

A czasem wisi  ta kula na niebie i jest właśnie tą jedyną i niesamowitą lampą. Pamiętam, kiedyś byliśmy w zimie na Cyprze, mieszkaliśmy w pensjonacie, który był dość niedaleko od Famagusty.

Wieczór zaczynał się gwałtownie kompletną ciemnością, jakiej przedtem nigdy nie przeżyłam. Nie mogliśmy się więc poruszać nigdzie poza domem,  bo nie było widać, gdzie  się idzie i po czym!

Po dwóch dniach nagle rozświetliła niebo pełnia ksieżyca i zrobiło się przedziwnie jasno, jak w dzień i światło stało się jak neon fioletowe, i na przemian białe, jak te moje ukochane, lampy uliczne.

Przechodziliśmy pół nocy kąpiąc się w tym świetle, jak latem w jeziorze, ze wszystkimi dzwiękami natury, i również  tymi  z dalekiego miasta. Nie opuszczało nas uczucie, że poruszamy się jak dzikie zwierzęta, nastawione na ostrożność, na absolutny,wielowarstwowy odbiór dźwiąków, bedących jak muzyka na różnych płaszczyznach, wyznaczanych przez rozmaite, przedziwne instrumenty.

Muzyka życia, nocy, podróży, bycia w świecie, ale też i w domu.

W sobie i u siebie.

Wszystko bylo jednym….

No i jak ty jak wyglądasz?

Pani Ksieżycowa
ma już dość,
ciagłego latania
wokół księżyca,
pępka nieba w nocy.
Ileż musi się naszyć,
dla męża próżnego.

Na godzinę
òsmą wieczorem,
coś cieniutkiego,
a na dziesiątą kolor
srebrnostalowy
jest szalenie ważny,
dobrze zgrany
z ciemnym nieba granatem.

A nad ranem, to dobrze
coś troszkę złotego,
nienachalnie, bo przecież
ma się aż do nocy,
oddać słońcu niebo.

A pan Ksieżyc,
czekoladą się obżera,
i tyje, tyje, tyje, tyje,
co dla Księżycowej,
już tylko jest rozpaczą!!

Prosi go, błaga,
grozi, przestanę już
szyć, nie jedz tyle,
mówi, nie nadążam,
nie nadążam!

No i jak ty wyglądasz znów?…
Jak ten Księżyc w pełni!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy i prozy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej wpisom i je uzupełniają.