Droga do Santiago. Hospital de Órbigo

Ewa Maria Slaska, poniedziałek 24 września 2007 roku

Wstałam o 6, wyszłam, jak zwykle, o 7. Właściwie nie rozumiem, na co zużywam godzinę od wstania do wyjścia? Poranna toaleta ogranicza się do minimum i zajmuje góra trzy minuty, wybór stroju jest kwestią sekund – i tak mam tylko dwie pary spodni i cztery podkoszulki, po trzy pary skarpetek i majtek, z których po jednej parze jest do prania, bo były w użyciu poprzedniego dnia i zostaną uprane dopiero dziś po południu. Poza tym kurtka lub skafander, okulary słoneczne lub rękawiczki, ciepły szalik lub arafatka. OK, ubranie się zajmuje ze dwie minuty. Przygotowanie śniadania, jeśli jest to w ogóle możliwe, ze trzy minuty, bo mniej więcej tyle czasu trzeba, żeby zagotować w czymś wodę na kawę. Zjedzenie i wypicie – no, pięć minut. Papieros – pięć minut. Jeszcze raz do klopa – trzy minuty. Liczę i doliczyłam się 20 minut. A reszta? Całą resztę zużywam, jak rozumiem, na pakowanie plecaka. To skomplikowane zadanie, zgadza się, ale żeby codziennie wymagało ponad pół godziny? Dziwne, od kilku dni próbuję sprawdzić, co robię z poranną godziną i niczego nie odkryłam. Nie ma wyjścia, pakuję plecak pół godziny, 7 rzeczy na 17 różnych sposobów, codziennie inny.

Ciekawe zresztą te poranne ablucje zajmujące trzy minuty. Całkowite zerwanie z miejską codziennością. Porządne kąpiele, mycie włosów, kosmetyka, pielęgnacja ciała, to wszystko zadania popołudniowe. Po pracy! Tak jak to kiedyś bywało. Człowiek mył się po pracy, bo praca była ciężka i brudna. Dopiero gdy praca stała się intelektualnym zajęciem wydelikaconego pięknoducha, miała okazję, by stać się również  pokazem elegancji. W nowoczesnej pracy się człowiek nie brudzi, nie trzeba się więc szorować po pracy, trzeba się natomiast wypielęgnować przed pracą, a to zajmuje masę czasu. W Drodze to niemożliwe. Po pierwsze – nie ma warunków. Po drugie – wszyscy inni też muszą wejść do łazienki i nie będą czekać godzinami (a jak będą, to zabiją). Po trzecie – szkoda najlepszych godzin do wędrówki, gdy my nie jesteśmy zmęczeni, a pogoda jest jeszcze rześka.

Idę więc. Pogoda rześka. Noga jakby mniej dokucza – chyba trochę pomogły maści, które mi dała pani doktor.

Wydostanie się z Leon to sama przyjemność, a już wiem, że nie zawsze tak jest. Przechodzę koło prześlicznego placu św. Marka, gdzie stoi renesansowy pałac. Kiedyś był to przytułek dla pielgrzymów, dziś – pięciogwiazdkowy hotel.

Skręcam w prawo i wychodzę za miasto. Po drodze kościółek – wchodzę, msza, więc zostaję. Taka to pobożność na trasie. Na mszy sami pielgrzymi, w głębi pod chórem stoją oparte o ścianę plecaki. Wychodzimy po mszy wszyscy razem, strzałki prowadzą w bok i pod górę i, o Chryste!, tereny przemysłowe. Idziemy. Idziemy z Gdańska do Pruszcza przez Orunię i Jasień, Pszczółki, św. Wojciech. Wreszcie św. Wojciech, co się hiszpańskie warunki wykłada jako Virgen del Camino.

virgendelcaminoVirgen del Camino to jako żywo Dziewica Drogi czyli nasza pielgrzymia patronka, ale w kawiarni na cukrze narysowany jest śmieszny brodaty mnich z kosturem i tobołkiem. Co pewien czas spotyka się w Drodze takie postaci, które, o dziwo, nader szybko znikają. Kościół w Virgen del Camino jest po prostu obrzydliwy, najohydniejsza architektura lat 60, która chyba wszędzie zapisała się użytkownikom w niewdzięcznej pamięci. Nie ma w niej już zapału, z jakim budowano z byle czego miasta podnoszone z ruin zaraz po wojnie. Jeśli nie były piękne, to każdy wiedział, dlaczego. I nie ma w niej przewodniej myśli estetycznej, która pojawi się dopiero pod koniec lat 70. Dwudziestolecie 1960-1980 to najbrzydsza architektura na świecie, wymyślona przez skąpych urzędników bez polotu. Sama Matka Boska jak to Matka Boska, głowa przechylona, spokojne spojrzenie, mimo że nie jest jej lekko – trzyma w końcu na rękach ciało martwego syna. Msza, więc zostaję.

Postanawiam potwierdzić fakt, że tu dotarłam pieczątką w paszporcie pielgrzyma, ale ksiądz, który zbiera datki na… trzymajcie się! na Radio Maryja!, twierdzi, że kościół nie posiada pieczątki. Nie wierzę mu za grosz, ale każę mu się po prostu podpisać. Przy okazji dostaję ulotkę, z której wynika, że kościół wzniesiono w roku 1961 (o wiedzo niezawodna!), ale sama Matka Boska, cudami słynąca, znana jest od roku 1505.

Idę.

Po 5 dalszych kilometrach odpoczywam w ruinach jakiegoś kościoła. Na wieży kilka bocianich gniazd. Już puste, mimo iż jeszcze kilka dni temu widać było krążące nad polami bociany. Odleciały. Na wieżę można wejść, ale nie odważam się. Podejrzewam, że noga może nie lubić chodzenia po schodach.

Na ławce pudełko ze strawą dla pielgrzymów – jabłka, herbatniki. Biorę trzy ciasteczka i idę dalej.

Noga już bardzo dokucza, po dalszych dwóch kilometrach całkowicie odmawia posłuszeństwa. Przysiadam na skraju drogi i zmieniam kompres. Tym razem zatrzymuje się Cygan, patrzy mądrze na moją nogę i decyduje, zawiozę cię do Órbigo, tam jest schronisko i lekarz. Kiwam głową, choć tak naprawdę potrzebuję tylko schroniska, lekarz mi niepotrzebny. Noga miała odpoczywać cały dzień, a ja jej wrzuciłam 16 kilometrów.

Órbigo to śliczne miasto ze wspaniałym średniowiecznym mostem, długim, wąskim, krętym. Jest średniowieczny, ale jego początki sięgają czasów rzymskich. Prowadzi nad rzeką Órbigo, nad terenami zalewowymi i nad kanałem.

Schronisko w Órbigo jest chyba najbardziej wystylizowane i wymuskane spośród tych, które widziałam na trasie, urządzone w jakichś zieleniach i żółciach, przypomina obrazy Magritte´a.

Jestem pierwszym pielgrzymem, który tu dziś dotarł, mam wolny wybór łóżka i mogę pobuszować w zapasach kuchennych. Rezultat niezwykły: sałatka jarzynowa z majonezem, tort migdałowy, lody z herbatnikami (to te, które wzięłam ze skrzynki dla pielgrzymów), herbata. Tylko herbata jest moja.

Znajduję też książkę po niemiecku – Elmar Bereuter Die Schwabenkinder, o niewolniczej pracy góralskich dzieci w XIX wieku. Przejmująca.

Ciekawe czy w Polsce też tak było? Bo że dzieci pracowały wszędzie, to jasne. Ale czy było tak jak od czasów renesansu aż po początek XX wieku w Alpach, skąd, pod opieką jednego dorosłego, wysyłano na niziny całe gromady dzieci. Opiekun doprowadzał je na tzw. targ dzieci, który odbywał się najczęściej w dniu św. Józefa czyli 19 marca.  Przybywali tu zamożni gospodarze ze Wirtembergii, Bawarii czy Badenii i wynajmowali małych robotników i robotnice na cały sezon letni. Jesienią, na świętego Marcina, 11 listopada, opiekun wracał, odbierał dzieci i inkasował zarobione przez nie pieniądze. Ocenia się, że w XVIII/XIX wieku w gospodarstwach wiejskich pracowało rocznie około 5-8 tysięcy dzieci. W roku 1908 praktyka wynajmowania dzieci do pracy na targach została zakazana, ale naprawdę ukróciły ją nie tyle zakazy, co nakazy. W roku 1921 rozszerzono w Wirtembergii przymus szkolny, obowiązujący dotychczas wszystkie dzieci miejscowe, również na obce dzieci.

Walton Ford and Monkeys

czyli

Ewa Maria Slaska o małpach w sztuce

Teresce

Kilka lat temu w Berlinie odbyła się wystawa, której nikt już chyba nie pamięta, natomiast wszyscy pamiętają jeden z eksponowanych tam obrazów, mają go na zdjęciach, plakatach i pocztówkach. Oto on:

Walton Ford, The Sensorium (2003)
Małpi bankiet.

Walton Ford namalował całą serię obrazów z małpami, a wyjaśnienie, “co artysta miał na myśli”, jest chyba jeszcze lepsze niż same obrazy.

Nieco skrócone wypowiedzi malarza pochodzą z wywiadu, jaki w roku 2003 przeprowadziła z artystą gazeta online art21 (http://www.art21.org/texts/walton-ford/interview-walton-ford-political-humor-and-colonial-critique). Tłumaczyła Ewa Maria Slaska.

“Zajmuje mnie ostatnio brytyjski eksplorer
i uczony, Sir Richard Francis Burton (nie mylić z aktorem! – EMS) Jest on dla mnie tak ważny, że namalowałem sobie jego portret na ścianie pracowni (w Great Barrington w stanie Massachusetts, USA – EMS). To jeden z tych XIX-wiecznych facetów, którzy mnie bardzo interesują. Był totalnie rąbnięty. Lingwista. Gdy kopnął w kalendarz znał chyba ze 30 czy 40 języków. Niektórymi władał tak dobrze, że brano go za tubylca. W latach 40 XIX wieku był oficerem brytyjskim w Indiach. Podobno dotarł do Mekki przebrany za perskiego kupca. Wciąż zmieniał osobowość. Był szpiegiem. Był częścią wielkiej gry.

Maluję teraz małpi bankiet. Umieściłem na nim dziewięć małp. Ale może będzie więcej. To część cyklu poświęconego Burtonowi. Czytałem o nim bardzo wiele, a jedna z tych historii dosłownie mnie zwaliła z nóg. Jako młody angielski oficer Burton trzymał w swojej kwaterze ze 40 małp w różnym wieku i różnych ras. Prowadził z nimi eksperyment lingwistyczny. Ciekawiło go, czy prymaty używają języka pozwalającego im komunikować się ze sobą. Mieszkanie razem z małpami miało mu pomóc w odkryciu ich języka. Nauczył się naśladować wydawane przez nie dźwięki i sądził, że rozumie, co one znaczą. Burton ułożył listę około 60 małpich słów, która niestety zaginęła podczas pożaru domu w roku 1860.

Isabel, żona uczonego, twierdzi, że małpy miały imiona i stanowisko. Był doktor, kapelan, sekretarz, adiutant, agent, a pewna mała małpka o jedwabistych włosach pełniła funkcję żony i nosiła w uszach kolczyki z perłami. Wielką przyjemność sprawiało mu oddanie małpom do dyspozycji pomieszczenia, które miało im służyć za jadalnię. Siadały do stołu na krzesłach, a służba podawała im potrawy. Każda małpa miała swoją miskę i swój talerz, i miały z nich porządnie jeść i pić. Sam Burton siedział u szczytu stołu biesiadnego, a obok w wysokim krzesełku dla dzieci siedziała jego mała małpia żonka.

Dla mnie ta opowieść to symboliczna historia kolonializmu. Burton poznaje język I kulturę tubylców, fascynują go też oni erotycznie. To wszystko przełożył z ludzi na małpy. To szalone. Jest w tym coś daremnego i beznadziejnego. I wszystko kończy się pożarem. To przecież w skrócie historia podboju Indii przez Anglików!

Maluję więc teraz jadalnię w domu Burtona, tę sytuację, która go tak bawiła. Na obrazie jest też ta żonka Burtona. Są też lekarz, adiutant, kapelan – wszyscy. Wyposażyłem każdego z nich w indywidualność. Podczas pracy do mego umysłu wkradł się maleńki tekst, coś w rodzaju podpisu – bo ten obraz jest też alegorią zmysłów. Jest wzrok, dotyk, smak, zapach i dźwięk. Tak jakbym odtwarzał kolonialny eksperyment, a wszystkie zmysły brały w nim udział.”

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje

Droga do Santiago. Leon

Ewa Maria Slaska, niedziela 23 września 2007 roku

Historia rodzinna przechowała taką opowieść: Dziadek, gdy ich 25 stycznia 1945 roku wygoniono na mróz z obozu w Stutthofie i pognano do Gdańska, i dalej, przyobiecał Przenajświętszej Panience pielgrzymkę do Częstochowy, jeśli ujdzie z życiem. Uszedł. Po powrocie do Warszawy, gdy sprawy się już nieco uładziły, Dziadek i Babcia wsiedli do pociągu i przechadzali się przez całą drogę po korytarzu.

Córka Dziadków, a moja Ciocia, wyjaśniła mi, że po wojnie, gdy okazało się, że tłumy ludzi przyobiecały Matce Boskiej Częstochowskiej pielgrzymkę i ani nikt na trasie, ani w samym mieście nie był w stanie poradzić sobie z masowym i niekontrolowanym napływem pielgrzymów, Episkopat wydał dyspensę dla wszystkich ślubujących, umożliwiającą odbycie pielgrzymki w pociągu.

Przypomniała mi się dziś ta historia, bo przez pierwsze cztery godziny poranka dowlokłam się z Reliegos do odległej o 6 kilometrów Mansilla de las Mulas, gdzie usiadłam na skraju drogi, płacząc z bólu. Tak mnie znalazła arabska rodzina, która zatrzymała się koło mnie, załadowała do samochodu (na tylne siedzenie koło dziecięcia), wcisnęła do garści mandarynkę wielkości mango i zawiozła do cudownie pięknego miasta Leon, oddalonego o 7 kilometrów. Zastanawiam się, jak mam ocenić fakt, że przejechałam kawałek drogi autem? Myślę, że przecież, gdyby to było średniowiecze i napatoczyłby się wóz z sianem albo osiołek, toż bym podjechała, nie czyniąc sobie zbytnich wyrzutów sumienia. Ale jakoś robal wątpliwości mnie gryzie. Mam nadzieję, że jakieś mądre instytucje wydały na taką okoliczność jakieś stosowne dyspensy.

Gdy wysiadałam z auta, Państwo Arabowie powiedzieli, tu jest schronisko, a tu pogotowie ratunkowe. Potulnie pokiwałam głową, zostawiłam bagaż w schronisku i powlokłam się do szpitala.

urgenciaCzekałam 5 minut, nie zapłaciłam ani grosza, przyszła wspaniała młoda lekarka, obejrzała nogę, prześwietliła i oznajmiła, że… za szybko chodzę! Odparłam, że wcale nie chodzę szybko, tylko człapię, ale mądra pani uśmiechnęła się i orzekła, że no tak, teraz, ale przedtem chodziło się stanowczo za szybko. Noga nad cholewką buta nie wytrzymuje takiego tempa. Pokiwała głową, pogłaskała mnie po ręce i wystawiła kwitek, uprawniający do noclegu w jednym i tym samym schronisku przez następnych 48 godzin. Bo bez kwitka nie wolno w schroniskach pozostawać dłużej niż jedną noc. Przyszła pielęgniarka, nałożyła mi kompres i obwinęła go bandażem. Teraz już na poważnie wyglądam jak inwalidka. Muszę też na poważnie zacząć myśleć jak inwalidka. Do Santiago zostało ponad 300 kilometrów. Coś muszę zrobić. Sama silna wolna nie wystarczy.

Leon jest pięknym miastem, moi Państwo Arabowie wysadzili mnie jednak w jego najnowocześniejszej i chyba najbrzydszej części. Chwała niech im będzie, że o nic nie pytali, wiedzieli dokąd mnie zawieźć i dostarczyli wprawdzie do najbrzydzszego schroniska na trasie (szara betonowa konstrukcja, długie korytarze, szare drzwi – skrzyżowanie urzędu i poprawczaka, funkcjonalna sterylność bez fidrygałków), ale też takiego, które o kilka kroków oddalone było od szpitala. Na pewno wiedzieli, co robią i na pewno było to słuszne, a że estetyka na tym nieco ucierpiała… Zresztą – w sterylnym schronisku są sterylne łazienki i pokoje ośmiosobowe.

Oczywiście ani przez chwilę nie zamierzam zastosować się do surowego nakazu, że teraz na 48 godzin mam się położyć do łóżka. Będę się po prostu oszczędzała. Zaczynam oszczędności od powolnej wędrówki-kuśtykania do centrum miasta.

Katedra Najśwętszej Matki Panny w Leon jest tak piękna, że dech zatyka.

Przede wszystkim cudowne są okna, trzy rozety pełne kwietnych witraży. Plaza Mayor jest, jak wszędzie w Hiszpanii, zadbany jak wysprzątana sala balowa w arystokratycznym pałacu. Błyszczące wypolerowane marmury posadzki, naokoło domy z podcieniami i balkonami. Nigdzie ani papierka, ani świeczki, ani ogarka.  Jest niedziela. Po placu przechadzają się elegancko ubrane hiszpańskie rodziny. Stare miasto wokół Plaza Mayor jest mieszaniną slumsów i ślicznej egzotyki. Podniszczone domy z balkonami, wąskie ulice, brudno, modne lokale, kawiarnie, bary, dyskoteki…

Leon to rzymskie miasto założone  za czasów cezara Galby przez VII Legion Gemini (i tak się też wtedy nazywało Legio – Legion). Zachowały się fragmenty rzymskich murów.

Wielkie wrażenie robi na mnie romański kościół św. Izydora z relikwiam świętego i grobami 24 królów, królowych i książąt. Wysłuchuję mszy w dziwnej kolejności. Od podniesienia w kościele św. Anny, a potem do podniesienia – u św. Izydora. Ale nie mam siły wtrwać do końca. Dostałam od miłej pani doktor środek przeciwbólowy, który mnie po prostu zwalił z nóg. Muszę wracać do schroniska i natychmiast położyć się do łóżka. Spać!

Oglądam jeszcze dom Gaudiego, wcale nie taki szalony, prawie zwykły, neośredniowieczny. Przed domem rzeźba przedstawiająca artystę na ławeczce, w domu zaś wystawa malarstwa flamandzkiego.

Lucy, która od dłuższego czasu idzie w towarzystwie dwóch Szkotów z kolorowymi irokezami i gitarą, przenosi się do mnie. Twierdzi, że nie chce być sama jedna chica w towarzystwie siedmiu chicos.

Schronisko ma przedziwną kuchnię. Na samym końcu korytarza pomieszczenie bez wody i zlewu! Nie ma też żadnych naczyń. Są tylko lodówki i mikrofalówka. I nie wiadomo skąd pół tabliczki czekolady. Ale jakoś w tych niezwykłych warunkach udaje mi się najpierw sprokurować jakiś obiad, a potem herbatę. Do wieczora żywię się już tylko tą zdobyczną czekoladą.

Schronisko ma też swój zieleniec, z którego jednak w ogóle nie korzystają pielgrzymi. Jestem jedyną pielgrzymką, która tu siedzi i coś robi, czyta, pisze. Ogród służy natomiast młodym mieszkańcom okolicznych domów do odprawiania rytuału godowego. Przy drewnianym stole siedzą młode Hiszpanki, za płotem na ulicy zbierają się miejscowe chłopaki. Toczy się skomplikowany flirt, a między oboma grupkami biegają dzieci. Wszyscy rzucają śmieci – stół, ulica, trawnik toną w odpadkach. Gdy jedna grupa dziewcząt odchodzi, przychodzi następna, a w międzyczasie dzieci sypią naokoło podarte papierki, jakby to była polska procesja Bożego Ciała, gdzie papierek zastępuje kwiatek. Albo miejscowy rytuał witania jesieni.

Ballonaktion zum Mauerfall

oder eine LICHTGRENZE

Vom 7. bis zum 9. November 2014 ist das innerstädtische Berlin von der Bornholmer Straße über den Mauerpark und die Gedenkstätte Bernauer Straße, zum Reichstag, vorbei am Brandenburger Tor und Checkpoint Charlie bis zur East Side Gallery vorübergehend geteilt: 8.000 weiße, leuchtende Ballons markieren dann den ehemaligen Mauerverlauf. Die emotionale und visuelle Kraft dieser Lichtinstallation ruft auch die Brutalität der Mauer in Erinnerung. Die Installation basiert auf einer Idee von Christopher Bauder und Marc Bauder.

Die LICHTGRENZE ist ab Freitag (7.11.) mit Einbruch der Dunkelheit bis zum Sonntagabend (9.11.) rund um die Uhr erlebbar. Wir empfehlen Ihnen Spaziergänge entlang der LICHTGRENZE.

Die Open-Air-Ausstellung „100 Mauergeschichten“ gibt auf der gesamten Strecke faszinierende Einblicke in den Alltag der geteilten Stadt.

Der Museumsdienst Berlin offeriert spezielle einstündige Führungen auf Deutsch und Englisch, an denen man spontan
ohne Anmeldung teilnehmen kann. Tickets: 5 € (bis 14 Jahre freier Eintritt)
Termine: 7. Nov, stündlich von 18 bis 20 Uhr/ 8. Nov, stündlich von 12 bis 20 Uhr/ 9. Nov, stündlich von 12 bis 16 Uhr
Startpunkte und Ticketverkauf: Mauerpark, Checkpoint Charlie und East Side Gallery
Gruppen könnten im Voraus buchen. Kosten: 80 € (max. 25 Teilnehmer)

Zum Höhepunkt des Jubiläums lassen die Ballonpaten am 9. November ab 19:00 Uhr in einer spektakulären Gemeinschaftsaktion alle Ballons in den Himmel steigen.  Am Brandenburger Tor spielt die Staatskapelle Berlin unter der Leitung von Daniel Barenboim den Schluss-Satz der 9. Sinfonie von Beethoven mit der “Ode an die Freude”! ARD und rbb übertragen die Ballonaktion live im Fernsehen.

PS: Nur der Skeptiker fragt sich: was tun die Vögel bei dieser Aktion?                          

Maria Rodziewiczówna

Dariusz Morsztyn (Biegnący Wilk)

jest jednym z inicjatorów zorganizowania uroczystości poświęconej 150 rocznicy urodzin i 70 rocznicy śmierci Marii Rodziewiczówny.

page2O Dariuszu i jego niezwykłych inicjatywach już tu pisałam.

ogloszenieRodziewiczownaUroczystości odbędę się w miejscowości Żelazna koło Skierniewic, gdzie 6 listopada 1944 roku, po wyjściu z Powstania Warszawskiego, w nieistniejącej już leśniczówce Leonów, zmarła pisarka Maria Rodziewiczówna. Będą to jedyne polskie obchody poświęcone pisarce w tym roku. W Republice Ściborskiej stale jest czynna duża wystawa poświęcona Marii Rodziewiczównie, budujemy tu też jej muzeum, które będzie repliką chaty leśnych ludzi.

Maria Rodziewiczówna to wyjątkowa postać w polskiej historii i polskiej literaturze, niestety dzisiaj zapomniana… Bohaterska uczestniczka Powstania Warszawskiego, Strażniczka Kresowych Stanic – symbol przedwojennych kresów, autorka 44 powieści, a wśród nich Lata Leśnych Ludzi, najbardziej harcerskiej i ekologicznej polskiej książki (choć słowa takie w niej nawet nie padają…). To od tej powieści powstał w polskim harcerstwie ruch puszczański i zaczęło się rodzić myślenie ekologiczne.
Maria Rodziewiczówna to niezwykły symbol pracowitości, patriotyzmu, chrześcijaństwa, jedyna pisarka, która swoje słowa wprawiła w czyn.

W ramach uroczystości zapraszam też na prezentację podsumowującą moje dotychczasowe badania poświęcone pisarce oraz powstaniu książki Lato Leśnych Ludzi.  W Żelaznej pokażę część zbiorów  muzealnych związanych z Marią Rodziewiczówną.

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Droga do Santiago de Compostela. Reliegos

Dawno nie było kolejnego wpisu z Drogi, ale ja tam przecież wciąż i uporczywie idę, a jak się Czytelnicy zapewne domyślają, również kiedyś wreszcie dojdę.

Ewa Maria Slaska, sobota 22 września 2007 roku

Wstajemy z muzyką, zjadamy śniadanie i w drogę. Przed nami meseta. Z góry wiadomo, że będzie strasznie i jest strasznie. Po siedmiu kilometrach pierwsza i jedyna wioska na trasie. El Burgo Ranero. Piję kawę. Zaraz za wioską skręt w prawo i 13 kilometrów do następnego postoju. Reliegos. Chciałam dojść o 7 kilometrów dalej, do Mansilla de las Mulas, ale nie daję rady. Noga potężnie spuchnięta stanowczo odmawia jakiejkolwiek dalszej współpracy. Hospitalera daje mi lód na okłady i włącza komputer. Proszę bardzo, dostęp do internetu! Jednak życie jest piękne! Po kawie i sesji z siecią wychodzę na dwór zwabiona dziwnymi odgłosami. Przez miasteczko przeciąga demonstracja zorganizowana przez lokalny ośrodek opieki nad chorymi na Alzheimera. Następnego dnia przeczytam w gazecie, że w demonstracji wzięło udział około 200 osób.

2000sobIdę do sklepu, kupuję herbatę, bułki, ser i pomidory. Za mną młody niemiecki mnich nabywa 4 butelki wina. Zjadam sałatę w barze i idę do łóżka. To jedyne miejsce, gdzie można pisać. Wszędzie indziej ktoś się dosiądzie i zacznie rozmowę. Wczoraj była to ponownie spotkana czwórka starszych niemieckich panów, dziś też ponowne spotkanie z dwojgiem młodych Austriaków, którzy są już w drodze od czerwca, a idą z Melku.

f6b6b-2-teil2218W schronisku znalazłam porzucone sandały, poobcinałam im pourywane paski i mam co nosić po południu, gdy już człowiek zdejmie buciory. Od czasu gdy na górze w Castrojeriz robiłam porządek w plecaku, wypakowałam wszystko i zostawiłam japonki, muszę po południu biegać na bosaka, co na przykład w Berciano nie było łatwe, bo chodziło się po drobnym żwirku, który niestety nie masował stóp, tylko je kaleczył. Nie skarżyłam się specjalnie, w końcu pielgrzymka to wyprawa dla umartwienia, ale z radością powitałam porzucone przez kogoś sandały. Znalazłam też Maxi, pismo dla kobiet po niemiecku. To bardzo dziwne zajrzeć na chwilę do świata, gdzie czyta się (z zainteresowaniem!) 50 stron o modzie, która tu na Drodze nikogo nie obchodzi.

Wreszcie mam czas, żeby zapisać kilka uwag ogólnych, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie, ale w łóżku jest tak ciemno, że nie da się pisać. Daję Maxi Elisabeth i wychodzę ze schroniska. Siadam na progu zrujnowanej chałupki z żółtą strzałką Camino. Obok mnie przechodzą ślepy i jego świta. Ten człowiek ma nadzwyczaj szlachetną twarz, wysokie czoło, trochę jak Wołłejko w roli umierającego Chopina, ale już od wczoraj wiem, że jego zachowanie nie licuje z tym szlachetnym wyglądem i szlachetną bądź co bądź rolą ślepca na pielgrzymce. Teraz wypomina żonie źle przyrządzone pomidory! Wczoraj bardzo mi się nie podobał, ale dzisiaj już go przez ostatnie kilometry w lejącym się z nieba upale bez cienia cienia gruntownie przemyślałam, prześwietlając przy tym moje własne pragnienia. Jak spojrzałam na niego przez pryzmat moich pobożnych życzeń, to zmieniłam opcje. Teraz wiem, że to normalny człowiek, a nie jakiś cudowny duch zrodzony w naszej przesłodzonej, wyidealizowanej krainie, wyprodukowanej przez słodką Polyannę i nieszczęsne Słoneczko.

Jest jak jest.

Myślę, o krajobrazach, które nam od kilku dni towarzyszą. Skończyły się góry, jest tylko pusta ogromna meseta. Miasta na wzniesieniach (dla obrony), wioski w dolinach (woda). Domy z kamienia, tak charakterystyczne w górach, też się skończyły. Teraz wszystko jest z adoby, wysuszonej na słońcu gliny z dodatkiem sieczki lub kamieni.

Są też piwnice, składy i stare domostwa wkopane w gliniane wzgórza, tworzące krajobraz Shire’u, gdzie mieszkają hobbity. Półokrągłe drzwi i okrągłe okna w zboczu pagórka, a powyżej sterczące jak palce kominy. Tolkien, o ile dobrze pamiętam, mało podróżował, ale był chyba kiedyś w Hiszpanii. Ciekawe, czy tu?

Wracam do schroniska i próbuję dowiedzieć się czegoś w internecie, ale schronisko jest już pełne i zanim sprawdzę pocztę, stoi mi nad głową tłumek niecierpliwie czekający na to, że wreszcie sobie pójdę. Sprawdzam więc tylko szybko Atapuerkę, którą minęłam po drodze, nie czekając, aż otworzą wykopaliska dla zwiedzających. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie umiem się opędzić od myśli, że jako archeolog i to jeszcze specjalistka w  zakresie epoki kamienia (ba, podobno nawet miłośniczka tej epoki) wykazałam się kompletną ignorancją. I że przegapiłam jakąś życiową szansę. No i zaiste. W latach 1996 do 1997 w pobliżu miasta Atapuerca odkryto bogate stanowisko archeologiczne, zawierające najstarsze szczątki przodków człowieka znalezione w Europie, pochodzące z okresu sprzed 780 000 do 1 miliona lat. W 2000 roku stanowisko w Atapuerca zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Och, jak niedobrze być niedoukiem! Na tym istotnym stwierdzeniu życiowym kończy mi się drugi długopis, a nie wiem, gdzie mam trzeci. I nie chce mi się już wstawać i szukać. Na szczęście Elisabeth, która śpi na sąsiedniej pryczy, w lot pojmuje, co się stało i podaje mi swój długopis. Mogę więc jeszcze zapisać, że na mesecie już piękna jesień. Kwitną całe łany ziemowitów, a krzaki róż okryte są gęstwą czerwonych błyszczących owoców. Ale dominującą rośliną trawiastej wyżyny jest przede wszystkim oset. Wszędzie oset, w każdej fazie rozwoju, od młodziutkich krzaczków, przez kwitnące dorodne rośliny przypominające małe drzewa, po zeschłe badyle, które wiatr toczyłby po stepie jak perekatiepole, oczywiście pod warunkiem, że byłby jakikolwiek wiatr.

 Zasypiam z nogą obłożoną workami z lodem. Jak ja dojdę do Santiago? To przecież jeszcze 350 kilometrów. Wciąż więcej przede mną niż za mną.

Wszystkie zdjęcia znalezione w sieci…