Droga do Santiago de Compostela. Villarcázar de Sirga

Ewa Maria Slaska

Trzydzieści kilometrów, środa, 19 września

Waldi i ja wychodzimy ze schroniska jako ostatni. O w pół do dziewiątej! Ale Waldi tak prowadzi swoje pielgrzymkowe życie. Po dziesięciu trasach tam i z powrotem dobrze wie, że nie ma się po co spieszyć. Idziemy do mostu, przysiadamy na brzeżku i popatrując na wodę palimy pożegnalnego papierosa. Oboje wiemy, że możemy się już nie spotkać (choć i owszem spotkamy się, bo Waldi dwa razy przyjedzie do mnie do Berlina; niestety jak wiele wakacyjnych znajomości, a pielgrzymka jest też rodzajem wakacji, okaże się, że znakomite porozumienie z dala od domu nie przekłada się na dobrą znajomość w normalnym życiu.)

Wstajemy, otrzepujemy spodnie. Waldi odwraca się i idzie w stronę Rioji, ja przed siebie, do Santiago. Ale Santiago jeszcze daleko, na razie, przechodząc przez most, wchodzę do prowincji Palencia.

Dochodzę do Frómisty. Jest tu wspaniały kościół, o którym mówił mi już Waldi – mam się tu zatrzymać na dłużej i zadumać – jak na Hiszpanię świątynia zaiste niezwykła, bo całkowicie pozbawiona białych stiuków i przepysznych złoceń. No ale też jest to budowla romańska. Najczystsza forma architektoniczna, jaką w życiu widziałam.

Na zewnątrz jest mnóstwo znakomitych rzeźb średniowiecznych, ale rzeczywiście Waldi miał rację, największe wrażenie robi wnętrze, czego niestety pożyczone z sieci zdjęcie w ogóle nie oddaje. Bo, co ciekawe, w internecie jest mnóstwo zdjęć kościoła z zewnątrz i niemal nie ma fot ze środka.

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy, w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki!

Droga jest najpierw bardzo ładna, wzdłuż kanału kastylijskiego, ale potem okropna, wzdłuż szosy, w upale, a gdy wreszcie po 30 kilometrach, a to pierwszy taki dzień, że tyle przejdę, docieram na miejsce, w jednym schronisku nie ma miejsca, a w drugim jest wprawdzie jedno, ale za to nie ma hospitalera i nie wiem, czy mogę je zająć. Rzucam rzeczy na łóżko, ściągam buty i piszę, ale nie robię nic więcej, bo jeśli mnie tu nie przyjmą, to muszę iść sześć kilometrów do następnej miejscowości, albo schować pielgrzymią dumę w kieszeń i wziąć pokój w hotelu. Mogę też oczywiście spać na dworze, co jest pewną godną zastanowienia opcją, ale mieszczka zwycięża hippiskę i wybija jej z głowy takie pomysły.

W Villarcázar de Sirga też jest piękny kościół gotycki z cudowną figurą Matki Boskiej, przy czym słowo cudowna, oznacza, że słynie cudami, bo tak poza tym – całkiem normalna gotycka rzeźba w wielkim, bogatym ołtarzu, jak to w Hiszpanii.

W schronisku, w którym się bez zgody właściciela ulokowałam, jest prześlicznie, znacznie ładniej niż w wielkim albuergo, gdzie nocują wszyscy pielgrzymi. Jest miejsce na 10 osób, 9 już się zalegalizowało, tylko ja póki co nie wiem, co dalej. Wokół domku soczysta zielona trawa, w środku patio pełne kwiatów, ładna rustykalna kuchnia, a w kuchni nawet dzbanek do zagotowania wody. Robię sobie herbatę i poznaję się z najmilszymi ludźmi, jakich spotkałam na trasie. Zapraszają mnie na spagetti z sosem pomidorowym. Ja wnoszę do tego posiłku surówkę z jabłek i marchewki kupionych u strasznego Cygana. Porozumiewamy się po angielsku, co moim rozmówcom idzie dość kulawo. Gdy mówią, że są z Eisenstadt w Austrii, przechodzimy na niemiecki i taki jest początek prawdziwej przyjaźni. Hannes i Methe trzy miesiące temu wzięli ślub, a po uroczystości przebrali się w stroje do wędrówki, wzieli plecaki i tego samego wieczora wyruszyli do Santiago. To w linii prostej prawie trzy tysiące kilometrów, zakładając, że na każdych stu kilometrach nadkłada się ok 10 kilometrów, trasa, jaką przebyli wyniosła już około 2700 kilometrów. Przed nimi, jak przede mną, jeszcze około 400 kilometrów, w sumie ponad trzy tysiące.

– Dlaczego? – pytam zafascynowana.
– Bo nie jesteśmy gotowi, żeby już zacząć życie pełne obowiązków. Najpierw chcemy kilka miesięcy przeżyć tylko dla siebie.
– A potem?
– A potem kupimy farmę i założymy ekologiczne gospodarstwo mleczne.
– Ach – mówię – farma szczęśliwych krów.
To taki idiom niemiecki, który wyjaśnia wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, etyczne i “stajlajfowe” tego, co chcą zrobić zapaleńcy-nowożeńcy.

Obliczamy, że za jakieś dwa tygodnie powinniśmy być w Santiago. I rzeczywiście, będziemy szli w miarę równo i spotkamy się jeszcze raz czy drugi na trasie, a potem na mszy dla pielgrzymów w katedrze w Santiago. “Dwoje Austriaków z Eisenstadt”, wyczyta mnich, który odlicza wszystkich pielgrzymów, jacy od poprzedniej mszy w samo południe pojawili się w mieście świętego Jakuba od Gwiezdnych Pól. “Jedna Polka z Logrono, dwoje Francuzów z Le Puy, czterech Niemców z Pampluny, czterech Niemców z Roncesvalles, czterech Niemców z Burgos”. Nazwy miejscowości nie są naszym miejscem pochodzenia, lecz punktem, z którego wyruszyliśmy na trasę. Tych czterech Niemców spotyka się wszędzie. Są wszędzie i są w każdym wieku. To ewidentna konsekwencja wielkiej popularności książki Hape Kerkerlinga, niemieckiego komika. Nie jestem pewna, ale być może na tej drodze Francuzów – camina franca – jest już więcej Teutonów niż Gallów. Nic jednak nie wyjaśnia, dlaczego ci Niemcy ruszają zawsze we czterech?
Niemiecką popularność pielgrzymki do Santiago de Compostela odczuję dotkliwie po powrocie. Ci, którym nie chce się tyłka ruszyć, żeby pójść do kiosku po gazetę, będą patrzyli z pobłażliwą pogardą na kobietę, która przeszła sama 700 kilometrów, a ich główne zainteresowanie, podkreślone obleśnym szelmowskim uśmieszkiem, będzie dotyczyło… życia seksualnego pielgrzymów.
Po kilku takich rozmowach zaczęłam starannie ukrywać fakt, że kiedykolwiek poszłam do Santiago.

PS. Gdzieś mi chyba umknęła konieczność zapisania dla porządku, że dostałam miejsce w tym ślicznym schronisku i spędziłam cały wieczór siedząc wśród kwiatów i zapisując wrażenia z obu dni. Wczoraj nie mogłam tego zrobić, bo w kościele świętego Mikołaja nie było elektryczności, a zajęć było tyle, że nie zdążyłam nic napisać “za jasnego”.

Berlin: Wielka Wojna reloaded

Ewa Maria Slaska

Dla Jarosława Suchoplesa

Projekt “Wystawy”

Przez dobre pół tego roku zajmowałam się Wielką Wojną. Miałam do napisania dwa referaty na ten temat i żeby je napisać, musiałam przeprowadzić sporo poszukiwań, tak terenowych, jak w bibliotekach i archiwach. W międzyczasie nadeszła wiadoma setna rocznica i do zadań codziennych, poświęconych Wielkiej Wojnie naszych przodków, doszły jeszcze tworzone na bieżąco wpisy na blogu, moje i cudze, które jednak to ja musiałam zainspirować, sprowokować i, rzecz jasna, zadministrować. Gdy dwutygodniowa seria na blogowisku się skończyła, zaczęłam mój prywatny i z niczym nie związany projekt, polegający na zwiedzeniu WSZYSTKICH wystaw, jakie zostały zorganizowane w Berlinie na temat I Wojny Światowej. Gdy już obejrzałam kilka tych wystaw, w berlińskim magazynie programowym TIP przeczytałam artykuł na ten sam temat. Znalazł się tam też spis tych wystaw, których, jak się okazało, jest więcej niż myślałam. Redakcja doliczyła się mianowicie ośmiu ekspozycji, ja obejrzałam je wszystkie, plus jeszcze jedną, której na liście nie było. Dziewięć. Projekt “Wystawy” zajął mi praktycznie rzecz biorąc cały sierpień i…

Najpierw jednak wymieńmy te wystawy. Na liście TIP-a znalazły się następujące ekspozycje:

1914–1918. Der erste Weltkrieg  / I Wojna Światowa
Deutsches Historisches Museum, Unter den Linden 2, Mitte, täglich bis/codziennie do 30.11.

Der gefühlte Krieg/ Wojna odczuta Museum Europäischer Kulturen, 
Arnimallee 25, Dahlem, täglich bis/codziennie do 28.6.2015

Der erste Weltkrieg in der 
jüdischen Erinnerung/ I Wojna Światowa we wspomnieniu żydowskim
Jüdisches Museum, Lindenstraße 9-14, Kreuz­berg, täglich bis/codziennie do 16.11.

Mahnung und Verlockung
/Napomnienie i pokusa
Käthe-Kollwitz-Museum, Fasanenstraße 24, Charlottenburg, täglich bis/codziennie do 6.11.

Die große Illusion / Wielkie złudzenie
Collegium Hungaricum Berlin, 
Dorotheenstraße 12, Mitte, täglich bis/codziennie do 26.10.

1914. Das Ende der Belle Époque / Koniec Belle Époque
Bröhan-Museum, Schloßstraße 1 a, 
Charlottenburg, Di–So bis / wtorek- niedziela do 31.8. ( Achtung! Die Ausstellung ist zum Ende, man soll sich aber unbedingt die Dauerausstellung anschaen, die immer nur dieses ein Thema betrachtet: Das Ende einer schönen Epoche / Uwaga wystawa się skończyła, ale należy obejrzeć wystawę stałą, która właściwie zawsze jest o tym właśnie, o końcu pewnej epoki)

Avantgarde! / Awangarda!
Sonderausstellungshallen Kulturforum, Matthäikirchplatz, Tiergarten, täglich bis/codziennie do 12.10.

A ja dodam jeszcze wystawę:

Die Welt um 1914. Farbfotografie vor dem Großen Krieg Świat koło roku 1914. Kolorowa fotografia przed Wielką Wojną
Martin-Gropius-Bau Berlin, Niederkirchnerstraße 7, Kreuzberg, täglich bis/codziennie do 2.11.

No i teraz jest pora na to, co chciałam powyżej napisać po “i” i trzech kropkach. Wszystkie wystawy warto obejrzeć, może najmniej tę, która jest sztandarowym produktem Berlina z okazji rocznicy czyli wystawę o Wielkiej Wojnie w Niemieckim Muzeum Historycznym (DHM), która jest bardzo dokładna, bardzo porządna, bardzo nudna, bardzo czarna i jest tam bardzo, bardzo… zimno! Szczerze powiedziawszy na wszystkich wystawach w Berlinie było dotychczas ciemno lub co najmniej ciemnawo, a teraz na dodatek jest jeszcze zimno, widocznie takie są najnowsze osiągnięcia muzealnictwa.

Najładniejsze są wystawy o Awangardzie i o końcu Pięknej Epoki, bo pokazują ładne obrazy, ładne przedmioty codziennego użytku i ładne meble.

Najlepsza natomiast jest wystawa o wojnie i uczuciach w Muzeum Kultur Europejskich. Pozornie wydaje się ona trochę niepozbierana tematycznie, bo składają się na nią najróżnorodniejsze tematy, każdy zaprezentowany w innej scenerii i poprzez inną metodykę wystawienniczą, ale mimo to jest to wystawa bardzo konsekwentnie skupiona na jednym tylko temacie: uczucia. Uczucia tamtych ludzi podczas tamtej wojny, ale też nasze uczucia, gdy patrzymy na wojnę, słuchamy o wojnie, widzimy obrazki z wystawy i myślimy o tym, że każda wojna jest inna, a przecież każda nas w sposób straszliwy rani uczuciowo. I że nic nie mija, wszystko gdzieś jest i wszystko może wrócić i do nas. Interesujące, że kurator wystawy wymieniając uczucia, jakie pojawiają się w obliczu wojny, wymienia przede wszystkim strach i niepewność, a tymczasem dla mnie podstawowym uczuciem “wojennym” jest rozpacz. Rozpacz i zwątpienie czyli Verzweiflung.

Natomiast z punktu widzenia Polaków wszystkie te wystawy mają jedną przeogromną wadę – nas tam nie ma! Pojawimy się ułamkowo w wystawie w DHM, gdzie jest Piłsudski oraz informacja, że naukowcy towarzyszący wojskom odkryli nieznanych im dotąd tubylców czyli… polską kulturę żydowską. Poza tym nie ma Polski, nie ma sprawy polskiej, nie ma – poza wzmianką o Piłsudskim – wysiłków Polaków o odzyskanie niepodległości, nie ma frontu na terenie Polski, nie ma Polaków w Armii Pruskiej, czyli Niemieckiej, czy Cesarskiej, nie ma polskich artystów awangardowych (a przecież współpracowali z Niemcami, a część z nich działała i tworzyła w Berlinie), nie ma nas nigdy i nigdzie. Powtórzę raz jeszcze: NIE MA NAS! Z niemieckiego punktu widzenia była to niemiecka wojna stoczona z Francuzami i Belgami. Gdzieś tam przyplątali się do niej Australijczycy i Amerykanie, z oddali majaczą jacyś Rosjanie, ale Polaków nie ma. Niewidzialni, niedotykalni…

Pasjanse i jajecznica

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Ten akapit pojawił się już na blogu “Jak udusić kurę…”:

Zacznę od leniwego, nazwijmy to tak, przepisu na jajecznicę, tak jak ją smażyła nasza Mama. Uwierzcie mi, nikt nie umie usmażyć takiej jajecznicy! Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy 2 lub 3 jajka, solimy i… czekamy. Gdy jajka zaczną się ścinać, przegarniamy je raz i drugi widelcem. Od niechcenia. Nie mieszamy, nie robimy papki! Jajecznica Mamy nie jest żółta, lecz składa się z wyraźnych, ale dobrze ściętych, warstw białka i żółtka i układa się trochę jak… moreny.
No tak, lepiej nie potrafię tego opisać. Spróbujcie uzyskać taki stan jajeczny, a zobaczycie, że rzecz jest nieporównywalna z niczym.

Jeść prosto z patelenki, na stojąco, pogryzając grubą, krzywo ukrojoną pajdę świeżutkiego chleba, takiego, co w każdej piekarni kosztował cztery złote. Masło, które Mama wyjęła z lodówki w momencie, gdy zaczynała smażyć jajecznicę, wciąż jeszcze było twarde, nie dawało się na tej kromce rozsmarować, leżało więc na niej w plasterkach.

Pyszne.

jajecznicamamy

Nie wiem czemu, ale ta jajecznica, ten chleb, to masło kojarzą mi się też ze sposobem, w jaki Mama kładła pasjanse. W rodzinie zawsze ktoś kładzie pasjanse. Pierwszy był Dziadek Wiktor, po nim Mama, w naszym pokoleniu chyba my wszystkie cztery kuzynki, ale na pewno Kasia i ja, w następnej generacji Michał, syn Kasi, a ja już zaczęłam pokazywać Antosiowi, co to jest pasjans.

Wszyscy kładziemy tzw. Grób Napoleona zwanego inaczej Wielkim Napoleonem, przy czym Mama rozkładała 12 kart i dokładała kolejne karty 4,5 raza, a my, namówione przez Marię, rozkładamy 13 kart i dokładamy 4 razy. Podobno tak kładł Napoleona Dziadek. Niezależnie od tego, jak kładziemy, to Napoleon wychodzi nadzwyczaj rzadko.
Mama kładła jeszcze Galerię obrazów, a to dlatego, że, no… Galeria Obrazów, a mój szwagier i ja kładziemy jeszcze pasjansa, który po niemiecku nazywa się… górka rozrządowa, a po polsku nie wiem jak, ale może jest to po prostu prześcieradło.

Jacek Dehnel przysłał mi po latach taki komentarz: Natrafiłem na wpis o pasjansach. „Górka rozrządowa” nazywa się „Płachta Potockiego”, acz ja układam z jednej talii (układa się trzy razy, tak że za każdym razem trochę rosnie; przy układaniu z dwóch talii jest znacznie więcej kombinacji więc zakładam, że układa się raz).

przescieradlo-pocz-koniecPrześcieradło, początek i koniec

Pasjansa się kładzie kartami a nie w komputerze! Karty są stare. Niekiedy tak zniszczone, że niemal nieczytelne. Mamy karty były duże i już ze starości grube. Mama układała je na biurku, no, jakby to powiedzieć – niechlujnie, krzywo, w nierównych szeregach, właściwie raczej je rzucała na swoje miejsce niż kładła. Nie zapomnę tego biurka.

pudelkonakarty

Stare pudełko Mamy na karty i stare karty w środku (foto – Kasia).

napoleonTo mój Napoleon. Karty są stare, ale nie zniszczyły się. Nie wiem, jak to się stało. Pewnie po prostu teraz produkuje się je z innych materiałów.

Ciocia Janka opowiadała też taką historię rodzinną o pasjansach stawianych przez Dziadka Wiktora. Już po wojnie Dziadek był redaktorem gazety Kinotechnik. Redakcja była w Warszawie, drukarnia w Krakowie. Dziadek musiał więc ciągle jeździć do Krakowa, gdzie się zatrzymywał w Hotelu Francuskim.

I zawsze prosił, że musi mieć duży stół. W pokoju były jakieś takie stoliki, a on z naciskiem powtarzał, że musi mieć duży stół, bo musi rozłożyć wszystkie papiery, łamać numer, kleić itd. Wcale nie po to był mu potrzebny duży stół. Ojciec nie umiał stawiać pasjansa małymi kartami pasjansowymi, bo nie umiał tego robić w okularach do czytania. I jeździł zawsze z dwoma taliami kart, takich normalnych jak do brydża. A stawiał pasjanse namiętnie – Wielkiego Napoleona, gdzie trzeba położyć 13 kart, i na takim małym stoliczku Napoleon się nie mieścił. Było więc wiadomo, że „Pan redaktor przyjechał, trzeba mu stół duży dać”. Dawali mu duży stół i on stawiał pasjansa.

A przy okazji – zdjęcie biurka, na którym dziadek kiedyś stawiał pasjanse. Dziś w użyciu przez warszawską rzeźbiarkę.

Biurko-dziadkaWiktora-klein

Na marginesie dodam, że inny polski Dziadek, Piłsudski, korzystał jednak z małego stolika. Ale używał małych kart i okularów.

https://i0.wp.com/penszko.blog.polityka.pl/wp-content/uploads/2010/11/cld_2.jpg

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie –
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku

Droga do Santiago, miejsce bez nazwy

Ewa Maria Slaska osiem lat temu na drodze do Santiago de Compostella

Wtorek, 18 września

Chcę dojść do Castrojeriz. To znane miejsce, wszędzie w relacjach o Camino znaleźć można to zdjęcie, droga, w oddali samotna niewysoka góra jak biust, zwieńczona zamkiem.

Jeśli nie będzie gorzej niż dziś, to powinnam dać radę. Zajrzałam wczoraj do ewangelii św. Łukasza, którą Mietek miał ze sobą w maleńkim wydaniu. Otworzyła się na rozdziale wjazd do Jerozolimy: I stanął u stóp góry zwanej Oliwną.

Czy to mi coś mówi? Czy w całym tym zgiełku w ogóle coś jeszcze człowiekowi coś mówi? Coraz mniej mi się śni, och, wiem, oczywiście, że mi się śni, ale coraz mniej pamiętam. Gdyby to dotyczyło tylko pielgrzymki, to bym powiedziała, za dużo ludzi naokoło, ale w życiu tak nie jest, a śni się mało, coraz mniej. Chciałabym, żeby coś mnie prowadziło, ale co właściwie? I dokąd? Tam, gdzie nie będzie już nędznej pracy, nędznej płacy i udawania, że jestem cool.

Wychodzę o 7.30 i o 10 mam za sobą 11 kilometrów. Cool. Droga cudowna, słońce, wiatr, wyżyny. Wielkie hiszpańskie wyżyny, ci poeci Mamy musieli o tym właśnie pisać. Wyżyna to coś wspaniałego. Nigdy przedtem nie przeżyłam tej formy geograficznej tak namacalnie i świadomie. Wielkie pofalowane przestrzenie żyznej czarnej ziemi, wielkie niebo, wiatr, słońce i chmury, wioski w kotlinach.

sant3O 12 jestem w Castrojeriz. Małe miasto, ruiny zamku na górze i pięć kościołów. Ładnie tu, ale pogoda piękna, mam ochotę iść dalej. Wchodzę do albergo po pieczątkę i gorącą wodę na herbatę. Pytam, czy mogą się przespać godzinkę na trawie? Mogę. Wodę dostaję za darmo. Pyszna herbata.

Po drodze potężne ruiny klasztoru świętego Antoniego z XIV wieku.

Droga przez wielką górę, której znowu nie ma na mojej karteczce. Najwyraźniej, tego co przygotował ten karteluszek, obchodzą tylko możliwe miejsca postoju, natomiast droga z A do B w ogóle go nie interesuje. Zgubiłam po drodze butelkę z wodą, ale na górze dostanę nową od pielgrzyma, Włocha. Zgubiłam też japonki, to spora strata, ale mam nadzieję, że w najbliższym schronisku jakieś znajdę. Idzie się lekko, dobrze, po szerokiej drodze z mostem przez wielką rzekę. Znowu góra, znowu rzeka, ale zanim tam dojdę spotka mnie… Cud!

ewamostW starym małym kościółku, z na wpół zrujnowanym dachem schronisko na 12 osób. Completo. Oczywiście komplet-omlet-klops, dlaczego akurat ja miałabym dostać nocleg w takim schronisku, o jakim przez całą drogę marzy każdy porządny pielgrzym? A jednak dostaję. Schronisko prowadzą dwaj mnisi z Ferrary. Proponują, żebym weszła i odpoczęła, zanim pójdę dalej. Mogę zjeść z nimi kolację. Pytają kim jestem, odpowiadam, że Polką. “O, to tu jest twój rodak, z Oświęcimia.” Siadam przy stole, przedstawiam się, Waldek dzieli się ze mną zapasami – chleb i ser dostał od mnichów, wielkiego pomidora zerwał w jakimś ogrodzie przy drodze.  “To nie kolacja”, mówi, “kolacja będzie potem. Na kolację przyjdą wszyscy pielgrzymi, a potem będzie…, sama zobaczysz” “Nic nie zobaczę”, mówię, “muszę iść dalej”. Ale nie, nie muszę. Waldek szepcze przez chwilę z mnichami i prowadzi mnie do jednej z 12 prycz. “Tu bądziesz spała”, mówi i zabiera swój plecak. “A ty?” “A ja? Na strychu.”

Jemy, pijemy wodę (ja) i wino (Waldek), rozmawiamy. Waldek był już dziesięć razy w Santiago. Właśnie wraca i liczy na pracę przy winobraniu w prowincji Rioja. Czasem pracuje też przy bambusach. Ciekawe, nie wiem, jak się pracuje przy bambusach? “Normalnie, żniwa”, mówi Waldek.

Na kolację zupa jarzynowa, chleb i wino, a potem wspólna modlitwa i… o tak, umywanie nóg. Siedzimy w kręgu, a nasi dwaj gospodarze myją nam stopy. Jestem tak zażenowana, że w ogóle nie wiem, jak się zachować.

Po kolacji zbieramy z Waldkiem naczynia i idziemy do baraczku w podwórku, pozmywać.

Spać. “Tu”, pokazuje Waldek, “tu jest grób”. Nie rusza mnie to, wielkie rzeczy, w kościołach zawsze są groby. “Ale to grób pielgrzyma, który umarł na drodze dwa lata temu.” To oczywiście zmienia postać rzeczy. Stajemy przy grobie, modlimy się przez chwilę. “Dobrze ma”, myślę, “dobrze tak umrzeć i tak być pochowanym.”

Kładę się do łóżka. Przez dziurę w dachu widać gwiazdy i księżyc w pierwszej kwadrze.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungkostrzyn2 kostrzyn1

Droga do Santiago. Hornillos

Ewa Maria Slaska o pielgrzymce do Santiago de Compostela

Poniedziałek, 17 września, 6 dzień na trasie. Naprawdę? Dopiero szósty dzień? Liczę i liczę. Zgadza się. Noga boli coraz bardziej, wczorajsze zabiegi w ambulansie niewiele pomogły, ale też sanitariusz od razu powiedział – do szpitala. Zobaczymy, ile dam radę przejść. Wychodzę rano, bez kawy i śniadania, bo kuchnia w schronisku była jeszcze zamknięta, a automatu z kawą nie ma. Mimo bolącej nogi docieram do pierwszego postoju (i kawy!) w dwie godziny, a to dziesięć kilometrów.

Nad placykiem zbierają się ogromne czarne chmury, jakiś przechodzień uprzedza, że zaraz będzie lało jak z cebra. Wyciągam pelerynę, zakładam na siebie i plecak i, zanim zdążę się pozapinać, już leje. Mogę przeczekać w barze, mogę już tu zanocować, bo jest schronisko, mogę iść w deszczu. Do następnej wioski jest zaledwie półtora kilometra. Idę. Leje i wali piorunami, na drodze zbierają się szerokie rwące strumienie, jak to w górach. Idziemy tylko we dwie, jakaś dziewczyna i ja. Niemal natychmiast docieramy do Rabe de la Calzadas. Ona tu zostaje, przywołuje ją grupa ludzi, którzy schronili się pod wykuszem jakiegoś budynku. Inni kulą się na tarasie kościoła. Hostel jeszcze zamknięty. Jeśli się tu zatrzymam, będę stała dwie godziny w deszczu lub w jakimś prowizorycznym schronieniu, czekając aż otworzą albuergo. Następna wioska za osiem kilometrów. Wygląda na to, że czeka mnie wędrówka po płaskim, Rabe de la Calzadas leży na wysokości 830 metrów, Hornillos, gdzie chcę dojść, 820 metrów. Tylko, że moja mądralińska karteczka nie dodaje, że po drodze jest wielka mokra i śliska góra. Ale może dobrze, że tego nie wiem. Leje i grzmi. Jest pięknie.

Żółte stoki góry, bujne chwasty przy drodzie. Strumienie. Rżyska. Ciemnoniebieskie niebo. Błyskawice.

Idę powolutku, mija mnie, tak mi się wydaje, niemal każdy człowiek podążający w deszczu pod górę, a potem z góry. Nie ma ich wielu i chyba wszyscy się znamy z drogi. Zatrzymują się na chwilkę, pytają, co jest. Odpowiadam we wszystkich możliwych językach, że noga spuchła i boli. Gdy po trzech godzinach dochodzę wreszcie do Hornillos, spotkam ich wszystkich w sklepie i w barze. Za chwilę żwawo ruszają na drogę, bo wyznaczony na dziś nocleg leży siedem kilometrów dalej. Ja zostaję. Ja i grupa Węgrów. Obliczam z karteluszkiem, zegarkiem i mapą pożyczoną od koleżanki-pielgrzymki-Węgierki. Okazuje się, że tak sobie pomaleńku truchtając, dotarłam na miejsce bardzo szybko i miałam średnią 6 kilometrów na godzinę. Wciąż jeszcze musimy chwilę poczekać, zanim otworzą schronisko. Nie, to nie tak. Schronisko jest otwarte, tylko nie ma obsługi. I gdy już się rozgościliśmy, każdy wedle potrzeb i upodobań, przychodzi wreszcie obsługa i przydziela nam inne łóżka. Dzień dobry w Absurdystanie. Jeśli myśleliście, że znajdziecie to miejsce tylko gdzieś na mapie Europy środkowej i wschodniej, to informuję Was, że jest ono w ludzkich głowach i trafiasz tam także podczas wędrówki do zachodniego krańca naszego kontynentu.

Powoli zwalają się tłumy ludzi. Mają na sobie suche ubrania. To wszyscy ci, którzy przeczekali burzę w różnych barach i kościołach na trasie. Siedzę przed barem i piję kawę, gdy zjawia się Mietek. Wyszedł z Burgos dobrą godzinę przede mną, ale też przeczekiwał deszcz, i dociera do Hornillos w godzinę po mnie. Chce tu tylko odpocząć. Idziemy do sklepu po sprawunki i gotujemy sobie obiad, makaron w sosie i sałatkę jarzynową, a potem po dwie herbaty. Rozhulało się bractwo!

ewahornillosŻegnamy się na placu przed kościołem – już się nie zobaczymy, wyprzedzi mnie dziś o 18 kilometrów. Podobnie jak na pewno nie zobaczę już Jane, Dunki, z którą się polubiłyśmy i od kilku dni czasem rozmawiamy. Ma z nogą dokładnie to samo, co ja, też jej powiedzieli, że oszczędzać i do szpitala, została więc w Burgos. Już mnie nie dogoni. Od trzech dni nie widzę też miłej, potwornie grubej dziewczyny z Teksasu, wczoraj straciłam z oczu Tanję – ostatni raz widziałam ją, jak w skupieniu pokonywała kamienny labirynt na szczycie działu wód, między krzyżem a kopcem kamieni. Taki zestaw wszelkich możliwych znaków i symboli, a Tanja bardzo poważnie traktuje symbole – to zadania jakie ma do wypełnienia pielgrzym na trasie.

ewahornillos2Całe popołudnie rozmyślam o tym, co się dzieje na Camino. Coś jest nie tak. Zastanawiam się, skąd się biorą nagle ni stąd ni z owąd wszyscy ci dziwni ludzie, jakieś rozświergotane Francuzki w przezroczystych pelerynkach, jakiś nadzwyczajny przystojniak rozwalony na łóżku w schronisku w śnieżnobiałym szlafroku, Brazylijka z kosmetyczką wielkości walizki i walizką wielką jak hotel Ritz. Jedna z Francuzek dotruchtała pod parasolem do sklepiku. Widzę, że ma rękę zaobrączkowaną jakimś plastikowym pasemkiem z karteczką. Pojawia się grupa maleńkich ludzi, wszyscy mniejsi ode mnie! a ja mam 161 cm. Przelatują koło sklepu jak rój komarów. Ostatnie idą dwie kobiety, tak zagadane, że chyba nawet nie wiedzą, że idą. Jedna ma przewieszoną przez plecy dyndającą torebkę. Do torebki przypięła muszlę pielgrzyma. Idzie, gada, kręci pupą, a biała muszla podskakuje z każdym kroczkiem. Jak sarni kuper.

ewahornillos4Powtarzam sobie jak mantrę: nie uprawiaj lookizmu, nie uprawiaj lookizmu, każdy wygląda jak wygląda i nic ci do tego.

Siedzę na przyzbie, przysiadają się Węgrzy. Rozmawiamy o tych dziwnych ludziach. Okazuje się, że moi Węgrzy wiedzą to, czego ja nie wiem. Tych dziwnych ludzi przywozi się autobusami na odpowiednie, starannie dobrane odcinki trasy. Nie zasuwają 10 kilometrów po terenach przemysłowych w Burgos, nie obchodzą na piechotę ogromnych wykopów pod autostradę. Nocują w hotelach, ale raz czy drugi funduje się im też prawdziwy nocleg pielgrzyma. Na przykład tu w Hornillos. Dowozi się ich autobusami na miejsce, wypuszcza na 10 kilometrów, tak by poczuli “naturę na Camino” albo “krajobraz kulturalny na Camino” albo “prawdziwe życie pielgrzyma”, a potem jak się pojawiają tak znikają. Autobusy Group Quebeck Camino lub jakieś podobne odwożą ich dalej na kolację i kąpiel. Tak zresztą wędrował również przed dwoma laty Hape Kerkerling, słynny niemiecki komik. On rzeczywiście szedł tak jak każdy z nas, ale spał, jadł i odpoczywał po trudach dnia w hotelach, bo w schroniskach było brudno i nieprzyjemnie. Jego książka o Camino, Ich bin mal ganz weg, była niemieckim bestsellerem, podobno sprawiła, że ilość Niemców na trasie wzrosła o 75%, a teraz w roku 2014 ją właśnie filmują. No…

Granicą jest Burgos. Przed Burgos idzie pielgrzymka, za Burgos zaczyna się turystyka. W naszym stareńkim budyneczku kamiennym, w którym mieści się 30 osób, recepcjoniści pracujący jak maszyny przyjmują tłumy. Gdzie one się mają pomieścić? Udajemy się z Węgrami na poszukiwania i oczywiście znajdujemy – za kościołem stoi błyszcząca w słońcu, wymyta deszczem szklano-betonowa kostka, otynkowana na biało. Sala gimnastyczna. Jest wyższa od wszystkich okolicznych domów, malutkich, z kamienia, częściowo wkopanych w skałę. Tu układa się pokotem materace na podłodze. Tak na oko ze sto. Ci co tam nocują, mają do dyspozycji ubikacje i prysznice, ale korzystają z naszej kuchni. Jak w kuchence-dziupli, gdzie z trudem może gospodarzyć tych przewidzianych normą 30 osób, ma sobie coś ugotować 130 turystów? Gdy ta sala się wypełni, nie zdołamy zagotować nawet wody na herbatę, nie mówiąc już o zupie.

Cicha kamienna wioska roi się od ludzi, tłum jak na plaży w Grecji, jak zapędzone przez przewodników masy turystów, których przywozi się na koniec wyspy Santorin, żeby obejrzeli w Oja “najpiękniejszy zachód słońca na świecie”. O tak, nie ma to jak sprawny marketing. Najpiękniejszy zachód słońca jest w Oja, najlepsze mięso w Kobe, najintensywniejsze przeżycia duchowe na Camino. To co oglądam to granica między Starym a Nowym. Gdzieś jeszcze widać jakieś kawałki starej pielgrzymkowej tradycji, tego świata, po którym wędrował królewicz Jakub Sobieski i średniowieczna księżniczka z Głogowa, którą opisała Jadwiga Żylińska. Szło się przez Maurów posady, było trudno, ale jak się wróciło, można było być dumnym. Ale to zanika pod naporem reklamy, komercji i marketingu. Corrida przestała być modna, stała się czymś właściwie wstydliwym, teraz Camino jest hiszpańską wizytówką. Nowi turyści są wrażliwymi istotami. Sumienie nie pozwala im oglądać corridy, to nie humanitarnie patrzeć na śmierć byka. Sumienie nie protestuje jednak, gdy jako masowi wędrowcy zadeptują Camino na śmierć.

Łapię się na tym, że znowu chcę stąd uciec, nie tak dramatycznie jak w St. Juan de Ortega, ale za to bardziej zdecydowanie. Dojść gdzieś, gdzie ich wszystkich nie ma, poczekać na zimę, przewędrować do Santiago drogą północną, nad Oceanem, trudną, samotną.

Idę na spacer po wciąż jeszcze wilgotnych rżyskach za wsią.

Wszędzie piękne kwiaty. Osty, dalie.

Siadam na kamieniu, piszę. Kończy mi się pierwszy długopis. Tydzień – pół zeszytu i jeden długopis.

ewahornillos3Zdjęcia w tym poście: Mietek

Berlinerblau raz jeszcze

W kwietniu za poradą Tomasza Prota, chemika, opublikowałam na blogu pierszą część znakomitego tekstu Michała S. Balasiewicza o przodkach Tomasza, słynnej rodzinie chemików – Berlinerblau. Autor poinformował mnie jednak, że nie ma on praw do tego tekstu, które po publikacji przeszły na redakcję Przeglądu Chemicznego. Przyjęłam to do wiadomości, poważnie skróciłam pierwszy wpis i doraźnie zrezygnowałam z publikacji drugiej części. Odesłałam też Czytelników do strony internetowej Przeglądu, gdzie za 6 złotych i 15 groszy mogli sobie przeczytać całość. Jednocześnie podjęłam próby skontaktowania się z redakcją, w celu wypertraktowania zgody na publikację całego tekstu na moim blogu. Próbowałam użyć argumentu (próbowałam, ale z braku kontaktu nie użyłam), że moi Czytelnicy bez publikacji u mnie na blogu nigdy nie przeczytają tego tekstu w wyspecjalizowanym czasopiśmie dla chemików, publikacja u mnie nie przyniesie więc redakcji żadnej szkody finansowej, a raczej – wręcz przeciwnie – może zachęcić nowe kręgi odbiorców do sprawdzenia, co w ogóle publikuje czasopismo, które wydrukowało taki świetny tekt, jak artykuł pana Balasiewicza. Telefony nie łączyły z nikim, dzwoniąc sobie a muzom, jak skowronki nad polem pszenicy o świcie, na maile nigdy nie przyszła żadna odpowiedź.

Minęło wiele miesięcy i postanowiłam, że zaryzykuję. Informuję, że Autor nie ma pojęcia o tym co robię i celowo z nim mojej partyzantki nie uzgadniałam. Jak mówią Anglicy, no risk no fun. Ale to moje ryzyko i moja rozrywka.

Pierwsza część pierwszej części tekstu wraz z moimi komentarzami i uzupełnieniami była TU i tu znajdzie Czytelnik informacje o dzieciach naszego dzisiejszego protagonisty. O nim samym publikuję tu całość tekstu. Druga część – za tydzień.

Michał S. Balasiewicz

Józef Berlinerblau

Wiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.

O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau, właściciel małej fabryczki metalowej. Pochodził on z rodziny żydowskiej. W bardzo młodym wieku brał udział w powstaniu listopadowym. Ożenił się z Dorotą z domu Silberberg. Swojego syna Józefa postanowili wykształcić w kierunku chemicznym. Józef, urodzony 27 sierpnia 1859 r. w Warszawie, ukończył szkołę średnią w drugim gimnazjum rządowym w Warszawie w 1876 r. i w tym samym roku został wysłany na wyższe studia chemiczne do Niemiec. Obrany przez niego tok studiów wyraźnie wskazuje na staranne przysposabianie się do pracy w przemyśle chemicznym w myśl najnowszych trendów.

Również wybór miejsca studiów był bardzo trafny, ponieważ w tym okresie chemia stawała się właśnie w Niemczech najbardziej rozwojowym przemysłem. Studia rozpoczął w Wyższej Szkole Handlowej w Dreźnie, a następnie studiował chemię na Politechnice Drezdeńskiej i uzyskał dyplom inżyniera chemika w 1882 r.

Roczną praktykę chemiczną odbył w znanym laboratorium prof. Hulwy we Wrocławiu na stanowisku asystenta. Na dalsze studia przeniósł się do Berna w Szwajcarii, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu wykonał pracę doktorską i otrzymał stopień doktora filozofii. Rozpoczął pracę jako asystent u prof. Nenckiego. Po uzyskaniu habilitacji otrzymał stanowisko docenta Uniwersytetu Berneńskiego i prowadził wykłady z syntezy związków organicznych na tym uniwersytecie.

Synteza chemiczna była również przedmiotem jego publikacji naukowych. Dokonał syntezy nowej substancji o właściwościach słodzących i nazwał ją „dulcyną”. Otrzymana substancja wykazywała właściwości słodzące podobne do sacharyny, miała jednak nad nią tę przewagę, że korzystniej działała na organizm ludzki. Józef Berlinerblau otrzymał patent na jej produkcję i sprzedał go firmie niemieckiej produkującej sacharynę. W 1884 r. przyjechał na urlop do Warszawy. Podczas urlopu otrzymał zaproszenie do zwiedzenia nowej fabryki powstałej w 1883 r., w której pojawiły się trudności rozruchowe wynikające z jakichś błędów konstrukcyjnych. Fabryka chemiczna o nazwie „Radocha” znajdowała się koło Sosnowca. Berlinerblau zaproszenie przyjął i po zbadaniu instalacji wykrył przyczyny kłopotów oraz podał sposoby ich usunięcia.

JozefBerlinerblau-zonaPo wykonaniu jego zaleceń fabryka ruszyła. Sukces ten sprawił, że w jego życiu dokonał się wielki przełom. Kierownictwo fabryki złożyło mu bowiem natychmiast propozycję objęcia stanowiska dyrektora technicznego „Radochy”. Berlinerblau również natychmiast tę propozycję przyjął. Postawił jednak warunek, że w fabryce urządzi też laboratorium badawcze, w którym będzie mógł prowadzić badania naukowe. W latach 1884–1901 był technicznym kierownikiem fabryki „Radocha”, w której m.in. wytwarzano wyroby na bazie wosku ziemnego.

rodzinaBerlinerblauW 1900 r. Berlinerblau objął kierownictwo wyprawy naukowej na Kaukaz oraz na znajdujący się po drugiej stronie Morza Kaspijskiego półwysep Czeleken w celu zbadania znajdujących się tam złóż wosku ziemnego. W tym samym okresie wyjeżdżał w celach badawczych do Zagłębia Borysławskiego. Owocem tych wypraw jest obszerna praca naukowa wydana w postaci książki pt. Erdwachs, Ozokerit und Cerezin / Wosk ziemny, ozokeryt i cerezyna. Praca ta przez wiele lat była podstawowym źródłem wiedzy o tych surowcach. Zakłady „Radocha” musiały sprowadzać wosk ziemny aż z Kaukazu ze względu na zaporowe cła na import wosku z Zagłębia Borysławskiego w Galicji. Sytuacja była analogiczna jak wprzypadku soli kamiennej z Wieliczki, której import do Królestwa był również nieopłacalny z powodu nałożenia wysokiego rosyjskiego cła.

W tym czasie pojawiło się nowe wyzwanie. Tak się bowiem złożyło, że Józef Berlinerblau był spowinowacony przez żonę Helenę z domu Oppenheim z właścicielami tak „Radochy”, jak i fabryki jutowej „Stradom”. Właściciele zaś docenili jego zdolności wynalazcze i organizacyjne i uznali, że są one niezbędne do utrzymania się „Stradomia” na rynku i dalszego rozwoju fabryki poprzez unowocześnienie przestarzałych maszyn i urządzeń włókienniczych, tym bardziej, że w Zakładach „Radocha” dyrektorem był również zdolny dr Artur Likiernik, wykształcony w Szwajcarii i z dużą praktyką przemysłową we Włoszech.

W tej sytuacji właściciele powołali Berlinerblaua do Zarządu Spółki Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom” i powierzyli mu stanowisko prezesa spółki. Nie opuścił on przy tym Zakładów Chemicznych „Radocha” i pozostał nadal członkiem zarządu. Józef Berlinerblau nie zawiódł właścicieli. W latach 1901–1914 udoskonalił i powiększył fabrykę, wykorzystując przy tym opracowane przez siebie patenty i pomyślnie wywiązał się z postawionego zadania. Józef Berlinerblau pozostał na stanowisku prezesa zarządu Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom”, pełniąc tę funkcję od 1901 r. aż do śmierci w 1935 r. Podobnie w Zakładach Chemicznych „Radocha” pozostał członkiem zarządu aż do końca życia.

Józef Berlinerblau będąc prezesem Stradomia, nie myślał tylko o swojej fabryce, lecz pracował także społecznie nad rozwojem oświaty chemicznej, nad szerzeniem wiedzy o roli nauki w społeczeństwie, które na gruncie indywidualnej przedsiębiorczości i zbiorowej współpracy dbało o umacnianie własnej aktywności przemysłowej i naukowej, podobnie jak wówczas robiły to Niemcy i inne kraje Europy kultywujące ducha przedsiębiorczości, i to w każdej dziedzinie. Równocześnie pracował naukowo i był zaangażowany w prace organizacji naukowych, w Kole Chemików przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa i w Stowarzyszeniu Techników. Do dyspozycji otrzymał laboratorium w Szkole Wawelberga i Rotwanda. Kierownikiem laboratorium był Jerzy Boguski, brat cioteczny Marii Skłodowskiej-Curie. Prace naukowe w tym laboratorium Berlinerblau prowadził wieczorami i w niedziele. W Chemiku Polskim opublikował w 1903 r. przyczynek do oznaczania węglowodorów parafinowych. Brał aktywny udział w pracach sekcji chemicznej.

W 1905 r. w Chemiku Polskim pojawiła się informacja, że w jednym z punktów porządku dziennego zebrania Sekcji Chemicznej p. dr J. Berlinerblau zademonstruje zamianę magnezu w azotek magnezu oraz przedstawi ogniotrwałe chemiczne naczynia z masy korundowej. Z wielkim zaangażowaniem J. Berlinerblau występował na rzecz rozbudzenia w Polsce zainteresowania sprawą stworzenia własnej krajowej bazy surowcowej do produkcji i oczyszczania terpentyny, kalafonii i innych substancji znajdujących się w żywicy drzew iglastych. Berlinerblau prowadził takie badania w lasach kieleckich. W 1907 r. Chemik Polski doniósł, że w dniu 23 marca w Sekcji Chemicznej porządek dzienny wypełnił odczyt dra Józefa Berlinerblaua o żywicy sosnowej i sposobach jej otrzymywania.

Interesująca jest zamieszczona relacja z tego spotkania: Prelegent poświęcił kilka słów wstępnych historycznemu rozwojowi produkcji ciał organicznych w ogóle, w którym po okresie wyłącznego korzystania z zasobów roślinnych i zwierzęcych, nastąpił wielce owocny okres spożytkowania zasobu związków organicznych kopalnych, a tym samym objęcia roli syntetyka jakim była przyroda przez człowieka. Okres ten jak przewidzieć łatwo skończyć się musi, gdyż źródła węgla kamiennego wyczerpią się z czasem. Czy wrócimy wówczas znów do korzystania z chemizmu roślin i zwierząt? Prelegent zaprzecza możliwości tego kroku wstecz, a przewiduje natomiast, że zdołamy, nim chwila ta nastąpi, naśladować czynność twórczą roślin budujących najbardziej złożone związki organiczne z CO2, H2O i N. Zwracając się do właściwego tematu prelegent przedstawił szczegółowo następujące jego strony: Skład chemiczny żywicy i jej produktów przerobu: terpentyny i kalafonii. Pochodzenie żywicy: gatunki drzew smołowych, ich budowę, a w szczególności powstawanie i rozmieszczenie przewodów smolnych. Techniczną stronę eksploatacji drzew żywicznych, stosowanej na szeroką skalę w Ameryce Północnej, południowej Francji i Lasku Wiedeńskim, a posiłkującej się umyślnym nacinaniem (kaleczeniem) drzew. Kwestię podjętą przez siebie wprowadzania tego przemysłu w naszym kraju. Zajmujący odczyt […] wysłuchano z wielką uwagą i uznaniem […] przeto szczegółowe zbadanie kwestii „żywicowania” u nas, zainicjowanej przez p. dra Józefa Berlinerblaua, godne są uwagi naszych chemików.

patentBerlinerblauW lutym 1910 r. na posiedzeniu Koła Chemików, któremu przewodniczył J. Boguski wybrano delegację Koła na zebranie organizacyjne Koła Przemysłowców, które otrzymało pozwolenie na przekształcenie się w Towarzystwo Przemysłowców z prawem tworzenia kół. Delegatami zostali wybrani panowie Boguski, Berlinerblau i Drozdowski. W dniu 9 marca 1910 r. odbyło się zebranie organizacyjne grupy chemicznej Towarzystwa Przemysłowców guberni Królestwa Polskiego. Po ukonstytuowaniu się grupy odbyło się zaraz drugie zebranie grupy chemicznej pod przewodnictwem Tomasza hr. Potockiego w sprawie żywicowania sosny naszych lasów. Postanowiono założyć cztery fabryki, przy czym: do projektowanej destylarni w Bliżynie zgłosili się pp. Jan i Władysław hr. Zamoyscy, Z. hr. Wielopolski, S. hr. Dembiński, St. ks. Lubomirski i J. hr. Tarnowski […], do destylarni wileńskiej zapisał się B. hr. Tyszkiewicz […], do destylarni homelskiej należy p. Seweryn Doria-Dernałowicz, a przyszła destylarnia święciańska ma deklarację p. Wład. Łęskiego. Uczestnicy zgłaszali również powierzchnie lasów, które miały zostać objęte przedsięwzięciem żywicowania. Znaczne udziały zadeklarowali również przemysłowcy, jak pan Serejski, który rocznie importuje z Ameryki Północnej 200 tysięcy pudów tych produktów, p. D. Kraushar i inni. Idea Józefa Berlinerblaua nabierała realnych kształtów. Niestety wybuch wojny w 1914 r. zdezaktualizował to przedsięwzięcie.

J. Berlinerblau aktywnie uczestniczył również w pracach nad utworzeniem Polskiego Towarzystwa Chemicznego. W 1908 r. ukazał się w Chemiku Polskim projekt statutu Polskiego Towarzystwa Chemicznego opracowany przez dr J. Bieleckiego, dr J. Berlinerblaua, Wł. Lepperta, dr. Bolesława Miklaszewskiego i T. Miłobędzkiego. Na uwagę zasługują odczyty i artykuły J. Berlinerblaua obrazujące charakter i trendy rozwojowe przemysłu i nauki w Europie Zachodniej. W Chemiku Polskim w 1905 r. ukazał się w siedmiu odcinkach obszerny artykuł pod tytułem Rozwój przemysłu chemicznego nad Górnym Renem, w którym Berlinerblau napisał: Dziś, kiedy stoimy w przededniu naszych ceł ochronnych i kiedy skutkiem oczekiwanych reform ustroju społecznego spodziewać się można bez wątpienia w niedalekim czasie nowego powiewu ożywczego ducha przedsiębiorczości i pracy, jest może na dobie opowiedzieć czytelnikom naszym, w jaki sposób powstał ten olbrzymi przemysł chemiczny w nadreńskiej dzielnicy niemieckiej. Artykuł ten powstał na podstawie odczytów wygłoszonych w Mannheimie przez Henryka Caro, byłego dyrektora BASF i wybitnego uczonego. W 1908 r. Berlinerblau zwiedził wystawę francusko-angielską, która odbyła się w Londynie na terenach wystawowych w Shepherd’s Bush. Swoje spostrzeżenia i refleksje przedstawił w odczycie opublikowanym w Chemiku Polskim pt. O udziale chemii naukowej w przemyśle angielskim, który zakończył słowami: Nie wątpię ani na chwilę, że w krótkim względnie czasie będziemy świadkami, jak duch badań naukowych będzie stopniowo, co raz więcej przenikał do angielskiego przemysłu chemicznego w ten sam sposób, jak to miało miejsce w Niemczech.

Trzeba powiedzieć, że J. Berlinerblau nie pomylił się w swojej ocenie, tym bardziej, że w obecnym czasie duch badań naukowych rozprzestrzenił się na cały świat i zajął naczelne miejsce w działalności ludzi.

Józef wraz z żoną Heleną udzielali się społecznie także w sferze socjalnej i od 1911 r. byli członkami Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, biorąc czynny udział w jego pracach. W tym samym Towarzystwie działał również Janusz Korczak.

J. Berlinerblau przez pierwszy rok wojny przebywał przymusowo w Szwajcarii. Do Polski, do Warszawy, wrócił na początku 1916 r. Od razu przystąpił do pracy w „Stradomiu” i mimo ogromnych trudności udało mu się doprowadzić do uruchomienia tam produkcji szpagatu oraz tkanin z przędzy papierowej. Uchroniło to fabrykę przed zarekwirowaniem maszyn i urządzeń przez okupacyjne władze niemieckie, które na ziemiach polskich traktowały niewykorzystany park maszynowy jako niepotrzebny i podlegający rekwizycji i wywozowi do Niemiec.

Po odzyskaniu niepodległości natychmiast pojawił się problem finansów i uzyskania kredytu na uruchomienie Stradomia. Berlinerblau udał się w tym celu do Anglii, gdzie taki kredyt otrzymał. Innym bardzo ważnym problemem był rozwój, powiększanie produkcji i asortymentu produktów. Pracował też nad zelektryfikowaniem napędu maszyn włókienniczych. Uzyskał wiele patentów, tak krajowych, jak i zagranicznych. Rozbudowywał fabrykę.

Po wojnie niestrudzenie propagował uprawę lnu w Polsce. Wspólnie z ziemianami zakładał trzeparnie do oczyszczania lnu na Wileńszczyźnie i w województwie poznańskim. Brał czynny udział przy organizowaniu Polskiego Urzędu Patentowego, przy układaniu taryf celnych i taryf kolejowych. Nie trzeba dodawać jak ważne dla fabryki były te działania, ponieważ właściwe ustawienie ceł i taryf decyduje o opłacalności produkcji i o konkurencyjności wytwarzanych wyrobów, nie-kiedy w większym stopniu niż doskonalenie technologii. Ponadto ten zewnętrzny zespół czynników, jakimi są taryfy i cła ma wpływ na wysokość płac, niezależnie od gospodarności samej fabryki. Dzięki swojej rozległej wiedzy i aktywności Berlinerblau został wybrany do Zarządu Związku Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Był również członkiem Rady Centralnego Związku Przemysłu Polskiego. Niewątpliwie wyższe studia handlowe, które ukończył w Niemczech dały mu do takiej rozległej działalności szczególne kwalifikacje. Uczestniczył w tworzeniu Polskiego Towarzystwa Chemicznego i był jego aktywnym członkiem. W dniu 11 listopada 1929 r. dr Józef Berlinerblau, Dyrektor Zarządzający Sp. Akc. „Stradom”, wybitny znawca zagadnień przemysłu chemicznego został odznaczony, z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Tak szeroka działalność J. Berlinerblaua nastawiona na pomoc przemysłowi, ludziom i państwu w jego rozwoju znalazła swój wyraz w pięknym i ciepłym wspomnieniu pośmiertnym napisanym na łamach czasopisma Przemysł Chemiczny: Dr Józef Berlinerblau był przemysłowcem wielkiej miary. Cechowała go prawość charakteru, niezwykła pracowitość i umiejętność kojarzenia badań naukowych z działalnością techniczną. Wielka energia wewnętrzna i szeroka skala zainteresowań dra Józefa Berlinerblaua sprawiły, że nie ograniczał się do pracy ściśle zawodowej, lecz pracował również na polu społecznym. Przyjmował gorliwy udział w pracach Polskiego Towarzystwa Chemicznego, oraz zrzeszeń gospodarczych […], a sfery przemysłowe otaczały go przez wiele lat szacunkiem i sympatią. Dr Józef Berlinerblau został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie.