Ewa Maria Slaska
W sobotę na krótko przed północą znalazłam na Facebooku taki wpis:
Przed Tesco podszedł i zapytał, czy nie mam 10gr, bo na chleb zbiera. Wyglądał schludnie, nie zalatywało od niego alkoholem więc dostał 2 zł. Po chwili stał przed sklepem z bochenkiem chleba i jadł go tak, jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wziąłem go do sklepu i pozwoliłem zrobić zakupy. Oto co wybrał, przy czym jajka, kiełbasę i masło dołożyłem mu do koszyka ja, bo on wybierał chleb ten a nie tamten, bo ten 12gr tańszy, przy każdym produkcie przy okazji pytając, czy na pewno może. Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował… Głodnego trzeba nakarmić – wyryjcie to sobie we łbach, szczególnie, że mówi to Wam ateista…
Wzruszyłam się na chwilę, potem jednak włączyłam myślenie.
Bon na obrazku ma wczorajszą datę. Pojawił się w sieci 18 lipca koło godziny 22. Paragon został wystawiony o 22:27, czyli wszedł do sieci NATYCHMIAST! Tomek zrobił zakupy biednemu, sfotografował bon i tak naprawdę nawet nie miał czasu w aucie zapłakać, bo już wstawiał zdjątko do sieci i pisał komentarz.
Po 23 godzinach, gdy go znalazłam była godzina 23.oo dnia 19 lipca, a usługa Facebooka podawała mi uprzejmie, że wpis pojawił się przed 23 godzinami.
Gdy na to spojrzałam wpis miał
115.351 lajków
28.9228 szerków
144 komentarze
oraz
wpis na portalu Zaskakujące: http://zaskakujaca.pl/2950/nie_badzmy_obojetni_na_ludzi
Jak mówię, wzruszył mnie ten wpis, ale te masy lajków wydały mi się jednak podejrzane. Po kilku minutach miałam poczucie, po kilku godzinach niemal pewność, że to co wygląda na gest dobrego człowieka, jest zapewne zaplanowaną akcją marketingową Tesco – jazdą po naszym naiwnym poczuciu solidarności i społecznej empatii, po to byśmy zapamiętali, że przed Tesco nakarmili biednego, a chleb w Tesco jest pyszny.
Tomku, jak to jest?
Sprawdzam w sieci: strona którą wspieram od wielu miesięcy, Clean Clothes Polska, ma, gdy to piszę, 3104 lajki, a strona istnieje na Facebooku od 2009 roku!
Martwię się sama sobą, bo jeśli mój sceptycyzm jest nieuzasadniony, to znaczy że zrobiłam się okropnie podejrzliwa. Po co być sceptykiem, skoro lepiej jest być dobrym człowiekiem. Wpis Tomka zebrał w ciągu jednej doby kilkanaście tysięcy lajków i mnóstwo komentarzy. Ale niewykluczone, że jednak dobrze jest być sceptykiem. W końcu wiadomo, że każda korporacja, każda firma i każdy biznes prowadzi buduje swój wizerunek i prowadzi kosztowny marketing.
Według danych Kantar Media w ub.r. cennikowe wydatki reklamowe Tesco Polska (bez uwzględnienia internetu) wyniosły 150,6 mln zł, o 86 proc. więcej niż rok wcześniej.
Heniu i Krysia, animowane ludziki z kreskówek reklamowych Tesco, już od kilku miesięcy nie reklamują sieci, ale w czasach prosperity ich fanpage na Facebooku zebrał 540 tys. fanów.
Stosunkowo niedawno przeczytałam gdzieś, że reklama poprzez niby to autentyczne wpisy normalnych użytkowników Facebooka jest prężnie rozwijającą się nową gałęzią marketingu. Nie pamiętam już ile wpisów można uzyskać za tysiąc złotych, a ile za dziesięć tysięcy, ale dużo. Eksperci podawali przy tej okazji, iż ważne jest, by byli to prawdziwi ludzie a nie cyborgi.
W każdym razie dobrze jest, by cyborgi sprawnie udawały prawdziwych ludzi.
W komentarzach do wpisu Tomka z uporem godnym lepszej sprawy pojawiają się zwroty “serducho”, “szacun” i “szacunek”. Najwyraźniej komentuje specjalna społeczność, używająca takich sformułowań. Wygląda na to, że marketingowcy z Tesco zapomnieli o jednej z podstawowych zasad marketingu w mediach społecznościowych. Musi go uprawiać kilka osób, które mają inny zasób słów, inną stylistykę i inną empatię.
Tomku? Wykorzystali cię czy ci zapłacili?
Nie dalej jak wczoraj nasz autorka Krystyna Koziewicz napisała we wpisie:
Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.
Kto szuka, ten znajdzie. Nie znalazłam wprawdzie artykułu z gazety, którego szukałam, ale na początek niech nam wystarczy ta oto definicja z wikipedii:
Marketing wirusowy (zw. reklamą wirusową; ang. viral marketing) jest specyficznym rodzajem działań marketingowych. Polega na zainicjowaniu sytuacji, w której potencjalni klienci będą sami między sobą rozpowszechniać informacje dotyczące firmy, usług czy produktów. Nie zawsze musi to być konkretna informacja, może to być tzw. budowanie świadomości marki oraz jej pozycjonowanie, czyli wywoływanie pożądanych skojarzeń z nazwą, logo firmy.
Szary viral czyli nie podpisany uważany jest za część guerilli marketingowej. Dla firm zdecydowanie bardziej opłacalny jest biały viral z imieniem, nazwiskiem i twarzą.
Tomku?
Tymczasem świat zachwyca się Tomkiem (oto wywiad z nim), a ja nadal jestem nieufna.
Uwierzcie mi, ciężko jest być nieufnym sceptykiem, ale nie mam innego wyjścia. Jak skorpion – po prostu taka jestem.


































