Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.
1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.
Infantka Anna Mauricia
Infantka Anna
Infantka Anna Maria
Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.
1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.
Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.
Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.
Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata
Polin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19
Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.
Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.
To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.
Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.
Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.
Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.
W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.
Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.
Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!
Tak to ja a nie Boecjusz wypowiem się dzisiaj w tę świętą sobotę o pociechach płynących z filozofii. Bo co do Boecjusza to sprawa nie jest pewna, przypuszcza się, że mógł to być jednak jakiś inny filozof, a nie on. To oczywiście szkoda, bo piękna była wizja, że niesprawiedliwie oskarżony i osadzony w więzieniu w Pawii mędrzec, czekając na śmierć, napisał to dzieło, po czym został stracony, zapewne w roku 525. Tak widziano Consolatio przez stulecia, jako dzieło zaświadczające o nieugiętym duchu, odwadze i stoickim spokoju. Wikipedia pisze, że jest to dialog poświęcony poszukiwaniu sensu ludzkiej egzystencji, oceniany jako najważniejsza i najbardziej wpływowa praca z Zachodu na chrześcijaństwo średniowieczne i wczesno-renesansowe, a także ostatnie wielkie dzieło klasycznej starożytności na Zachodzie.
A tu w tę świętą sobotę zamiast Boecjusza odezwę się do Was ja, Ewa Maria Slaska. Wiem, wysoko mierzę, ale zaprawdę powiadam Wam, że to co mi się ostatnio przydarzyło z filozofią, może być pociechą dla każdego intelektualisty, który czyta Dzieła przez duże D i myśli sobie, że nie dorasta, no nie dorasta. Tu Kant, tu Hume, tu Boecjusz, a tu nie przymierzając ja. I co ja Wam mogłabym takiego, nieboraczki, powiedzieć?
A było tak. Dostałam od koleżanki książkę pod tytułem O filozofii uczuć. Wydało ją dwóch uczonych panów w uczonym wydawnictwie, publikując plon konferencji, która odbyła się w Berlinie w roku 1990. Zamyśliłam się, bo książka pokonferencyjna – niech mi wybaczą koleżanki i koledzy naukowcy – nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Na samej konferencji teksty konferencyjne, najczęściej przecież o marginaliach i przyczynkach, są dobre, a nawet świetne, i równie dobrze jest spotkać się po latach z koleżanką, posłuchać, czym się zajmuje, dowiedzieć się czegoś nowego. Ale konferencja w postaci książki z reguły nie spełnia obietnicy, którą daje swym tytułem. Jeśli biorę do ręki książkę pod tytułem O filozofii uczuć, to oczekuję raczej kompendium, zarysu filozofii uczuć od Platona do Gadamera, a nie glos i głosów. No ale dostałam to, co dostałam.
Wracam metrem do domu, wyciągam książkę i zaczynam ją “studiować”, jak to się zawsze robi z nową książką. Klasyczna okładka tak typowa dla tej serii i tego wydawnictwa, w środku piękny, kremowy, gładki papier, obiekt miły w dotyku. Czytam wstęp, który streszcza owo nieopublikowane a pożądane kompendium na 5 stronach – na moje potrzeby jak najbardziej wystarczy. Studiuję spis treści i znajduję coś, co mnie rzeczywiście interesuje. Harald Köhl, Die Theorie des moralischen Gefühls bei Kant und Schopenhauer. Teoria moralnego uczucia? Teoria uczucia moralnego? Nie mogę się zdecydować, która wersja jest lepsza? Zaczynam czytać, nie pamiętając, że to jednak filozofia i to po niemiecku, i że zaraz sobie rozbiję nos o zdania ułożone jak pęk pił zębatymi brzeszczotami do góry. I zaiste, sierra peligroso zaczyna się już na pierwszej stronie. Die theoretische Struktur (…) entsteht dadurch, daß Kant wie auch Schopenhauer drei Fragen systematisch unterscheiden: 1/ die Frage der moralischen Korrektheit oder Akzeptabilität einer Handlung, 2/ die Frage nach ihrem moralischen Wert d.i. die Frage nach dem genuin moralischem Motiv, 3. die Frage nach der moralischen Motivation. Patrzę na te zdania i patrzę, czytam drugi raz, tłumaczę na polski, piły zębate, straszne, a ja tu w metrze, nic nie rozumiem… Pomijam wreszcie te nieszczęsne zdania, czytam dalej… A tu odnośnie punktu 2 nagle informacja, iż często nawet czyn moralnie niesłuszny może być jednak zgodny z prawem. I nagle satori w metrze! Olśnienie. Punkt 1 – legalność i akceptacja prawna działania. Jest rok 1935, pozbawiamy Żydów ich własności. Prawo dozwala i akceptuje takie działania. Punkt 2 – mam długi u tego dziada sklepikarza, jeśli na niego doniosę, to będzie to czyn egoistyczny i niesłuszny, ale konfiskata żydowskiego sklepu będzie legalna, a mnie załatwi sprawę długów. Mamy więc i akceptację, i egoistyczny motyw moralny. Jakoś mi to nie wystarcza, wolałabym jednak własne wewnętrzne moralne przekonanie i proszę, punkt 3 – moralna motywacja. Bo przecież jeśli wierzę, że Żydzi finansowymi machinacjami doprowadzili Niemcy do ruiny, to uznam wszak, że odkupienie (cholera, dwuznaczne słowo) od nich ich własności na specjalnych warunkach czyli taniej, jest działaniem słusznym i sprawiedliwym. Patriotycznym. Punkt.
Patrzę i oczom nie wierzę. Tak to funkcjonuje? Przykładam te trzy punkty do każdego dowolnie wybranego działania. 1. Legalność działania prawnego, bo zawsze można tak ustawić prawo, żeby to, co chcemy zrobić, było legalne. Każda władza tak może. 2. Niska motywacja czynów zalegalizowanych przez prawo i 3. ich wykładnia z najwyższego rejestru. Każdą obrzydliwą politykę da się tym zmotywować i wyjaśnić. Wszystko, inkwizycję, propagandę anty-gender, pedofilię, zakaz aborcji potworka, nienawiść do gejów i lesbijek, małżeństwa z małymi dziewczynkami, niewolniczą pracę, manipulację pożywienia, doświadczenia na zwierzętach, spokojne pogodzenie się Europy z wojną na Ukrainie, wydanie miasta Kobane na pastwę Państwa Islamskiego, każdy nasz ludzki czyn da się rozłożyć na te trzy fazy oswajania się ze złem.
A dobro? Najpierw nic mi nie przychodzi na myśl. Cały następny dzień chodzę i myślę, co zdarzyło się dobrego? Przecież musiało się też zdarzyć coś dobrego! Wreszcie, eureka, tym razem w autobusie, mam! Niemcy odstąpiły od energii atomowej. To oczywiście na razie plan, ale jednak. Punkt 1 – wydano po temu stosowne prawo. Punkt 2 – istnieje motyw egoistyczny: strach przed katastrofą, zdolną pozbawić bogatą Europę życia, zdrowia i posiadania i żerowanie na tym strachu w celu wygrania wyborów. Punkt 3 – stworzenie sobie image’u najbardziej ekologicznego państwa na świecie.
I taka oto pociecha płynie z filozofii. Wszystko można wyjaśnić, a przeto i wszystko zrozumieć. Szkoda, że czy złe czy dobre, i tak obróci się przeciw nam. Ale na to nie mają wpływu ani Boecjusz, ani Kant, ani Schopenhauer. Tak po prostu jest, a teraz przynajmniej rozumiemy dlaczego – przez punkt 2! Bo pod każdym dobrym działaniem tkwi egoistyczny motyw.
Nie wiem czy Kant i Schopenhauer to właśnie próbowali udowodnić. Przestałam czytać referat z konferencji, a zaczęłam do wszystkiego przymierzać trzy punkty.
Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.
Otwarty dostęp do publikacji
Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.
Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.
Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) – ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.
W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.
Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?
Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.
Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.
Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.
Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.
Otwarty dostęp to śmierć jakości
Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).
Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.
Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.
Otwarty dostęp a „sprawa polska”
W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.
Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:
Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.
Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.
Historycy, obudźcie się!
Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):
Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.
Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.
Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.
Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.
To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.
Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.
Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.
A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki:
Od wielu tygodni Tomasz Fetzki, który na użytek tego blogu, przybrał przydomek Viator, wędruje z nami po Zachodnich Kresach Polski i Wschodnich Kresach Niemiec czyli po Łużycach. Ciekawe, że dopiero teraz, dzięki wpisom Viatora, my dwie, Urszula i Ewa, od lat zamieszkałe w Berlinie, ustaliłyśmy, że obie jeździłyśmy na Łużyce, obie organizowałyśmy projekty polsko-niemiecko-łużyckie lub brałyśmy w nich udział i obie kiedyś tłumaczyłyśmy wiersze łużyckich poetek na polski i/lub niemiecki.
Zacznijmy jednak od tego, że w Berlinie te Łużyce nie są aż tak odległe i nieznane jak odległe i nieznane są w Polsce. W Berlinie tradycyjnie jeździ się do Spreewaldu, popływać barkami lub kajakami, pooglądać z wody wiosnę, lato czy jesień, kupić kiszone ogórki, najlepsze w całych Niemczech i szprewaldzką ciemnoniebieską ceramikę w białe kropy, a wiosną piękne pisanki, najpiękniejsze w całych Niemczech. Łużyczanie zwani tu Sorbami przyjeżdżają na polskie festyny do Berlina. Są sorbskie sklepy z lokalnymi produktami. Wszystko razem nie oznacza może jakichś niezwykle ożywionych kontaktów, ale te kontakty są i są nacechowane wzajemną sympatią.
Był jeszcze jeden ścisły związek łączący Berlin i Łużyce.
Poznałam Łużyce w ramach polsko-niemieckiego projektu kulturalnego Statek Literacki (Deutsch-Polnischer Poeten Dampfer) w latach 1995-1999, wtedy też widziałam wsie zniszczone przez wydobycie węgla brunatnego i księżycowy krajobraz jaki pozostawiają po sobie kopalnie odkrywkowe. Ten węgiel brunatny, w Polsce niemal zapomniany, mimo że oczywiście i my mamy jego wychodnie, że wspomnę Konin, Bełchatów i Turów, był w Berlinie i Brandenburgii po prostu wszechobecny. W Berlinie było i nadal jest, choć oczywiście teraz mniej niż przed 30 laty, mnóstwo mieszkań wciąż jeszcze ogrzewanych piecami, a najtańszym opałem był i jest właśnie węgiel brunatny. Sama tak mieszkałam kiedyś dawno temu. Opalane brykietami z węgla brunatnego mieszkania produkowały tony lotnego brązowego popiołu i wysyłały nad miasto kilometry sześcienne dymu w kolorze rdzy, co sprawiało, że zimą cały Berlin przybierał rudawy kolor. Co jakiś czas ogłaszano zagrożenie smogowe i wtedy jeździło trochę mniej samochodów, a to przecież mieszkania produkowały ten brązowy smog a nie samochody i pewnie trzeba by było zakazać palenia w piecach, ale na to by się przecież nikt nie poważył.
Już dawno nie mieszkałam w mieszkaniu z piecami, gdy podczas Polsko-Niemieckiego Statku Literackiego dotarłam na krawędź takiego wyrobiska węgla brunatnego i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jego szkodliwość ekologiczna w Berlinie była małym problemikiem w porównaniu z tym, co on oznaczał na Łużycach. Choć oczywiście zanim zaczniemy urągać przemysłowi, przeczytajmy raz jeszcze wpis Tomasza Fetzkiego, który pisze o tym, jak trudno jest zachować równowagę pomiędzy naszymi potrzebami życiowymi a naszymi poglądami ekologicznymi.
Podczas projektu Poetendampfer (Parowiec Poetów – świetna nazwa, znacznie lepsza niż nudna nazwa po polsku!) poznałam też poetkę łużycką Róžę Domašcynę i na bieżąco tłumaczyłam jej wiersze na polski. Urszula z kolei brała udział w 32 Festiwalu Poezji Sorbskiej w Budziszynie w 2010 roku, też tłumaczyła wiersze Róžy i promowała ją w Westfalii. Moje tłumaczenia, wykonywane odręcznie na papierze, odczytywane podczas imprez z karteluszków, z kretesem zaginęły. Również Urszula nie ma wierszy Róžy po polsku, ale znalazła tłumaczenie wiersza Hańžy Budarjowej (1860-1937).
Prządki u kołodzieja w Łazie
W tym pięknym ogrodzie, do którego chętnie chodzę,
rosną kwiaty czarujące,
wszystkie pięknie kwitnące, w blasku wiosny lśniące,
młode, zapatrzone w słońce.
Te kwiaty są tak cnotliwe,
jak nasze wiejskie dziewki,
co u kołodzieja w Łazie zbierają się na prządki i śpiewki.
Może w tym ogrodzie znajdą się trzy róże,
które cudne imiona mają:
miłość, pokój i jedność, bo wszyscy Łużyczanie je znają
i za najpiękniejsze uważają.
Z tych róż przykład brać
i o nie dbać będziemy,
ale teraz sobie w Łazie znowu poprzędziemy.
Chcemy w naszym towarzystwie dalej się gromadzić,
żyć w spokoju i w pokoju, nikomu nie wadzić,
i do środy razem prząść i śpiewać wesoło,
bo już wkrótce słońce wzejdzie i zaświeci wkoło:
nad łąkami, nad lasami, nad polami,
i z ciemności nas wyzwoli,
byśmy mogli pracować na roli i śpiewać ze skowronkami.
A gdy starość nastanie, będzie czas na bajanie
o pięknych latach młodości,
o tym, ile radości sprawiało nam chodzenie
do kołodzieja przy Stawie w Nowym Łazie na przędzenie.
Oj, będą się nam dziwować,
oj, będą się naśmiewać
z naszych bajek, z naszych fraszek – młodzieńczych igraszek.
1927
Przekład z języka górnołużyckiego: Urszula Usakowska-Wolf, 2010
Hańža Budarjowa (1860-1937), aktywistka łużyckiego stowarzyszenia „Handrij Zejler“ w Lohsa (Łaz) i poetka ludowa, autorka 158 opublikowanych wierszy i 13 nieopublikowanych manuskryptów, pisała prawie wyłącznie po łużycku.
Róža Domašcyna, urodzona w roku 1951 w Zerna, mieszka i tworzy w Budziszynie. Foto Jens Domaška.
Zersplittet
den brustkorb an seinem brustkorb halten
mit der rechten hand seine linke herzkammer melken
mit der linken hand seine rechte herzkammer melken
dabei
das eigene vordertürchen verschlüsselt wissen
rücklings eine ferse in die hintertür stellen
und so wie so den hals verstöpselt tragen
Rozfragmentowanie
opierając klatkę piersiową o jego klatkę piersiową
prawą ręką dojąc lewą komorę jego serca
lewą ręką dojąc prawą komorę jego serca
a przy tym
pilnując by własne klapy były dobrze zamknięte
od tyłu wstawiając stopę w kuchenne drzwi
a szyjka i tak zakorkowana
Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
A tu jeszcze wiersz Róży po łużycku, pełen gier słownych i gier z różnymi językami. Konia z rzędem temu, kto go przetłumaczy na jakikolwiek język 🙂
Kosycka, Reiherschnabel, Eródium
Rólerkacka: Odin! Mu Bechery heiss.
Reimscheues lobe. Dny corki. Hórka.
Hólce reibe krydu. Kino ma es. Rasch.
Birne, hack Kurioses. A hdy mrócele?
Rohes kusa irr. Cim bóle necke hody.
Hei, bóle minus. Sydk Recher kacora.
Ewa Maria Slaska o rodzinie Boguckich czyli Słówka
Zabawą, w jaką graliśmy wszyscy namiętnie, były słówka. Moja cioteczna babka, Karusia i ja grałyśmy w wersję uproszczoną – jedno i to samo słowo pisze się z góry na dół a obok, w pewnej odległości, z dołu do góry. W powstałe przerwy trzeba wpisać słówka i tak opisać je partnerowi, by odgadł, jakie mamy słowo.
Na przykład:
S atanist A wierzy w moc szatana
Ł u K średniowieczny do strzelania, np. przez babę
Ó (ów) W O roku…, kto ciebie widział…
W – Ó –
K łu Ł Zbyszko niedźwiedzia widłami
A pi S gdyby mu dodać L na początku byłby XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXciemno niebieski kamień, a tak jest byk
Ale naprawdę ulubioną naszą rozrywką były słówka polegające na tym, by z jednego wyrazu ułożyć mnóstwo innych. Dwuliterowe ani jednoliterowe się nie liczą – zawracanie głowy. W słówku możemy użyć każdej litery tylko raz, ale oczywiście jeśli litery się powtarzają, można ich użyć w występującej w danym słowie ilości (np. a występujące dwa razy w słowie architektura może zostać użyte do stworzenia słowa arka, tarka, karta, kara itd)
Na przykład
O d s t ą p i ł
odstąp, pił, piłą, dopił, siąp, odą, post, idą, dostąpi(ł), połą, sit, topi(ł), płot…
i wreszcie ukochany wyraz Mamy, który zaczerpnęła z Bolesława Chrobrego, Głubiewa – pło!
Słowo odstąpił wybrałam tu, żeby móc ułożyć pło.
Wikipedia podaje, że Pło (regionalnie także pod nazwą spleja) to kożuch roślin torfowiskowych, występujący na wodzie w formie zarastającego brzegu lub rodzaj pływającej wyspy, powstałej w wyniku odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora. Stanowi etap zarastania zbiornika wodnego, tworząc trzęsawisko. Zwykle ma charakter torfowiska przejściowego.
Pło mszyste pojawia się na powierzchni jezior dystroficznych (kwaśny odczyn wody).
Rodzajem pła jest wiszar.
I tak dalej.
Drugim obok pła słówkiem Mamy był ponik. O poniku słownik języka polskiego mówi, że był to potoczek, strumyk wytryskujący spod ziemi lub znikający pod powierzchnię ziemi. A jakiś uczony komentator dodaje, że jest to rzeka, która kończy swój bieg w ponorze czyli wchłonie.
Niezależnie od tego, co wiedzą mądrale, Mama wiedziała, że pło i ponik to były małe jeziorka czy inne dziury wypełnione wodą.
Ponik i pło przeszło z nami do gry w scrabble, o której nie będę tu pisać, bo my w nią wprawdzie chętnie gramy, ale Mama jej nie znała. Scrabble ma już wprawdzie tyle lat co ja, ale w Polsce pojawiło się za późno, by mogło zainteresować Mamę. Dodam jednak, że scrabble jest łatwiejsze od naszych słówek, bo można tworzyć dwuliterówki. Dzięki scrabble zatem pło i ponik otrzymały towarzystwo w postaci oza. Oz jest to (patrz Wikipedia) wał lub silnie wydłużony pagórek o wysokości najczęściej kilkunastu metrów i długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, wyniesiony wskutek osadzania piasku i żwiru przez wody płynące pod lądolodem, w jego szczelinach lub na powierzchni.
I tak dalej.
W deszczowe letnie poranki lub wakacyjne popołudnia graliśmy w słówka i potrafiliśmy ambitnie ułożyć z jednego wyrazu nawet do 150 słów. Mama, która z reguły miała najdłuższą listę, dopisywała z boczku wyrazy, jakie ułożyliśmy my, a których ona, o dziwo, nie miała.
Ciekawe, że w internecie tych zabaw nie ma. Nawet pod hasłem “gry z kartką i ołówkiem” pojawią się różne kalambury, okręty, oczywiście “państwa-miasta”, ale słówek nie ma.
Nie wiem, może i tę zabawę, wymyśliła sobie nasza kochana rodzina.
***
Wyzwałam Was do ułożenia listy słówek dla wyrazu POPRZYSIĘGŁA.
Od razu było widać, że możliwe były i oz, i pło, ale ponik nie miał szans. Wiszar takoż.
W komentarzach pod wpisem nadesłane słówka i wytypowanie zwycięzcy, który zgodnie z obietnicą dostał nagrodę – autobiografię Dariusza Boguckiego, “Śladami życia”.
Kochani, zapewne wiecie, że skończyłam właśnie miesiąc temu 65 lat. Oznacza to, że już na pewno nie umrę młodo, choćbyśmy tę młodość przeciągali w niekończoność, ale oznacza to też, że zapewne będę długo żyła i umrę staro. Nie zależy mi specjalnie na długości życia, ale po prostu tak teraz jest, że ludzie długo żyją, znacznie dłużej niż dawniej. Jak byłam małą dziewczynką, znałam tylko jedną starą osobę – była to prababcia Jadwiga, babcia mojego ojca. Teraz znam masę osób po 80, a ktoś wyliczył, że w rodzinie mojego męża żyje jeszcze i w większości ma się dobrze kilkanaście osób z wieku i urzędu należących do kategorii prababcia i pradziadek.
Czyli jeszcze pożyję, chyba, że Los zadecyduje inaczej. Ponieważ jednak o postanowieniach Losu nie nam decydować, zakładam teoretycznie dla potrzeb tego wpisu, że jeszcze pożyję i że, jeżeli nic się nie zmieni, wciąż będę miała masę znajomych. I to do nich skierowany jest ten wpis. Reszta niech jednak też poczyta i powie sobie w głębi ducha uczciwie, że mam rację. Bo kochani, możemy się różnić w szczegółach, ale na pewno każdy z nas i w każdym wieku chętnie zrobiłby taką listę i przybił, jak Luter, do drzwi najczęściej używanych czyli, zapewne, drzwi do klopa.
I zanim się na mnie na śmierć obrazicie, o to, co tu napisałam, pamiętajcie, że bardzo was lubię, a niekiedy nawet kocham.
A zatem, do rzeczy.
Proszę, nie sprzątajcie mi w domu (chyba, że wam za to zapłaciłam), nie naprawiajcie moich przedmiotów, dzbanków, żelazek, mikserów (chyba, że o to poprosiłam), nie ostrzcie mi noży, nie odpowietrzajcie mi kaloryferów, nie przetykajcie rur, nie otwierajcie okien bez porozumienia ze mną, bo w moim mieszkaniu panują przeciągi godne miana wichrów Historii, a jak uchylone przez was okienka mi potrzaskają, to przecież mi za nie nie zapłacicie. No.
Pomagajcie mi tylko wtedy, kiedy Was o to poproszę. A na pewno poproszę. I na pewno się odwdzięczę. Ale nie każcie mi na stare lata uczyć się, jak wykonać rzeczy, których nigdy jak dotąd nie robiłam. Nie robiłam, bo nie umiałam, nie chciałam, nie mogłam, nie byłam w stanie, nie miałam siły. Potrafiłam natomiast zawsze albo przekonać kogoś, żeby to za mnie i dla mnie zrobił, albo zarobić i zapłacić fachowcowi.
I tak zamierzam funkcjonować aż do śmierci.
Nie karmcie kota, ani go nie głaszczcie, bo jak was podrapie i pogryzie, to sami będziecie sobie winni. Natomiast pamiętajcie, że w apteczce zawsze jest jodyna, plaster i bandaże, i nawet jakby mnie nie było, to ktoś, na przykład wy sami, udzieli wam pierwszej pomocy. Ale też nie urągajcie kotu, nie nazywajcie go sierściuchem, i nie marudźcie na jego charakter. Mój kot JEST istotą z charakterem (w końcu to mój kot), a poza tym, jest stary i jak ja, umrze staro, skoro już dziś ma 19 lat.
Nie wtrącajcie się w moje garnki, chyba, że umówiłam się z wami, że będziemy wspólnie gotować. Ale jeśli nie, to gotuję ja i gotuję po swojemu. A wy w każdej chwili, jeśli się tak umówimy, możecie ugotować czy upiec coś po swojemu. I ja wam się też nie będę wtrącać.
Nie każcie mi solić i pieprzyć wspólnego jadła, bo ja nie cierpię zbyt słonego i zbyt ostro przyprawionego jedzenia, a co gorsze mój organizm go nie cierpi. Czyli, łagodnie mówiąc, potem choruję. Jeśli wam nie smakuje, to nie jedzcie, OK? Zawsze mogę was, całkiem w stylu obywateli społeczeństwa przyjmującego, poinformować, gdzie jest najbliższa knajpa.
Nie oczekujcie, że po 65 latach mówienia, co ja myślę, zacznę nagle mówić to, co wy myślicie. Już jako kilkunastoletnia panna usłyszałam od mojego ukochanego profesora Tadeusza Kielanowskiego, że mam nadzwyczaj oryginalny sposób myślenia. I tej wersji będziemy się trzymać. Natomiast jeśli naprawdę tak was wpieprza to, co i jak mówię, to rozmawiajcie ze mną tylko o pogodzie. Podporządkuję się na pewno.
Nie mówcie mi, proszę, że jestem gruba. Sama wiem. A ja wam przecież tego nie mówię.
I ostatnie – nie udzielajcie mi porad, jeśli o to nie poprosiłam. A jeśli poprosiłam, to pamiętajcie, że poprosiłam o opinię, a nie o podjęcie za mnie decyzji. Czyli nie rozliczajcie mnie z tego, że nie postąpiłam tak, jak mi kazaliście.
Ufff, długa lista. Ale skoro zaczęłam ten wpis od Lutra, to i na Lutrze go zakończę.
Oto stoję przed wami. Nie mogę uczynić inaczej./ Hier steheich, ichkann nicht anders, Gott helfe mir, Amen!
Anton von Werner (1843-1915), Staatsgalerie Stuttgart
Przypominam, że Luter powiedział to w roku 1521 w Wormacji na obradach Sejmu Rzeszy, który oskarżył go o herezję.
31 kilometrów plus 2 na dwukrotne błąkanie się w poszukiwaniu drogi.
Spuchła mi noga i człapię sobie powolutku.
Wychodzę z Palencji i wchodzę do prowincji Leon. W mijanych miastach i wioskach pojawiają się napisy Leones libros lub Leones sin Castilla. Prowincja Leon nie ma ochoty należeć do tzw. junty. Napis Junta Castilla y Leon można znaleźć praktycznie rzecz biorąc wszędzie i każdy Polak, zanim się przyzwyczai, otrząsa się jak kot w kąpieli. Nic na to nie poradzę, w mojej polskiej podświadomości junta to Jaruzelski, Pinochet i Pol Pot. A to takie zwykłe słowo, jak – nie przymierzając – joint.
Na wielkim bilboardzie reklamującym Drogę do Santiago de Compostela jako dziedzictwo europejskie, ktoś dopisał Camino del Marketing. Nieznany mi człowiek, który to napisał, myślał sobie zapewne dokładnie to samo, co ja dziś sobie przez cały dzień myślę. Biznes. Biznes wszędzie, cwaniactwo, oszustwo i biznes. Dochodzę do wielkiego jak koszary schroniska w Sahagun. To fabryka przerabiająca pielgrzymów na pieniądze, a chyba nawet nie pielgrzymów, tylko turystów albo jeszcze jakichś innych uczestników tego biznesu. Po schronisku pałętają się jacyś dziwni ludzie, których nigdy nie spotka się w drodze. Muskularny piękniś, w śnieżnobiałym szlafroku frotee, rozwalony na łóżku jak aktor w filmach pornograficznych. Rozsunięte poły szlafroka to ewidentna zachęta do erotycznych kontaktów. Może krzywdzę tego pana, ale sądzę, że mają to być kontakty, w których mu się płaci. W łazience jego żeński odpowiednik – biuściata opalona kobieta w obcisłym kostiumie kąpielowym, ponętnie wygięta przed lustrem, układa włosy lokówką. Obok na krześle kosmetyczka wielkości połowy mojego plecaka.
Zapłaciłam już za nocleg 7 euro, próbuję je odzyskać w recepcji, ale nie można, nie da się, nie da rady… Nie słucham, co jeszcze powie mi przystojny recepcjonista, zabieram plecak i idę. Pal diabli 7 euro. Do Bercianos jeszcze 11 kilometrów. Trudno. Lepiej 11 kilometrów niż to panopticum w schronisku.
Człapię powolutku, ale docieram na czas, choć wcale nie wiedziałam, że jest jakiś czas, w którym mam dotrzeć. Ale był. Dostaję ostatnie miejsce w schronisku. Mam materac w trzyosobowym pokoju, w dużych salach już nie ma miejsc. Och, jaka szkoda.
W Bercianos mieszkamy w starym wiejskim domu parafialnym z XVII wieku. O 19 przychodzi ksiądz i błogosławi nas wszystkich, o 20 – wspólna kolacja, a potem wychodzimy za wioskę i oglądamy wspólnie zachód słońca. Spotkałam masę znajomych z drogi. Wszyscy dotarli tu przede mną. Nie człapali ze spuchniętą nogą i nie próbowali szczęścia w Sahagun. Okazuje się, że każdy pielgrzym wie, iż to żółte schronisko trzeba omijać ogromnym łukiem. Każdy wie, tylko ja nie. Ale za to już nigdy nie zapomnę. Myślę, że na łożu śmierci uniosę się jeszcze ostatkiem sił, popatrzę uważnie na zgromadzoną wokół mnie rodzinę i powiem z naciskiem, nigdy nie nocujcie w schronisku w Sahagun!
W Bercianos spotykam ślepego pielgrzyma. Idzie w towarzystwie kobiety i młodego człowieka, których traktuje wyniośle i rozkazująco. Nie wiem czy to żona i syn, czy ludzie wynajęci, czy wreszcie przypadkowi towarzysze podróży. Wiem, że dostaję tu mocno po głowie za pielęgnowanie idealistycznych przekonań, wedle których jeśli ślepy idzie na taką trudną wędrówkę, to prowadzi go miłość, dobroć i pokora. Bogdaj tam! To autorytarny tyran i każdy, kto mu się napatoczy pod rękę, ma mu czołobitnie służyć. Czuje się arogancką pewność siebie, że jeśli on, inwalida, przyjął na siebie ciężar pielgrzymki, to należy mu się absolutnie wszystko. Widzę, że po kolacji nie tylko ja, ale i reszta pielgrzymów, odsuwamy się jak najdalej od tej dziwnej niechętnej postaci.
Ale jest też przeciwwaga – 70-letnia francuska babcia z wnuczką, tak na oko około 10 lat. Są przemiłe, i dla siebie, i dla nas. Mała opowiada o trasie i o tym, że już od roku trenowały z babcią chodzenie, żeby sprostać trudom drogi. Rodzice załatwili dziewczynce zwolnienie ze szkoły. Odwieźli obie do Burgos i przyjadą też po nie do Santiago.
Tak to po raz pierwszy słyszę z ust pielgrzyma, że dojdzie się do Santiago. Najwyraźniej istnieje jakieś niepisane prawo, które pozwala podczas wędrówki rozmawiać o życiu i o drodze, ale zabrania rozmów o celu tej drogi. Francuska dziewczynka nic sobie z tego nie robi. Dojdą z babcią do Santiago, a tam będą czekali mama i tata.
Kładziemy się spać. Hospitalera prosi, żeby nie nastawiać budzików i nie wychodzić przed śniadaniem. Obudzi nas muzyka, zjemy śniadanie, posprzątamy, pozmywamy i wtedy pójdziemy.
To pierwsze schronisko, w którym obudzi nas muzyka. Miłe doświadczenie, niestety od teraz będzie to się zdarzało coraz częściej i będzie to wszędzie ta sama muzyka. Widocznie ktoś zrobił biznes na budzeniu pielgrzymów.
Były takie wakacje, spędzone w osadzie domków kampingowych nad kaszubskim jeziorem Wdzydze, kiedy lało bez przerwy i również bez przerwy Mama, Kasia i ja grałyśmy w kukrę. Kukra to gra podobna do kanasty czy remika, ale znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Jeśli akurat nie lało, Mama się opalała, a my mogłyśmy robić, co nam się żywnie podobało.
To błahe wspomnienie wróciło do mnie ostatnio z uderzającą siłą, każąc się zastanowić nad pytaniem, dlaczego była to kukra, a nie kanasta czy remik? Myślę, że sprawę da się wyjaśnić następująco: Mama lubiła tylko trudne zadania i to takie, których trudność łączyła się z elegancją formy. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Mama uznawała tylko jolkę z Gazety Wyborczej, choć nie rozwiązywała żadnej innej krzyżówki. Bo to była inteligentna jolka, tworzona przez inteligentnego, trudnego partnera. Do jolki zaraz wrócę, ale jednak, by nie rozbijać nadmiernie toku narracji, najpierw zajmę się kukrą. Bo kukra wymaga detektywistycznej żyłki, jako że, witajcie w naszej bajce, gry tej nie ma. Bo oczywiście jest tak, że jeszcze niedawno wszystko co było, było również w google’u, albo nawet Wikipedii. Teraz Internet się skomercjalizował i to, że czegoś w nim nie ma, może oznaczać, że owszem jest, ale najpierw muszą się pojawić wszystkie wpisy o hotelach, i że Xanadu to nie jest tajemnicza stolica Kublaj-Chana lecz oprogramowanie, a Avalon nie jest wyspą króla Artura lecz stacją metra. Kukra jest miastem w Nikaragui, a po polsku przede wszystkim pseudo eleganckim zastępstwem internetowym za wulgarną kurwę.
A zatem – kukra przypominała kanastę lub remika i doprawdy nie wiem, czym się od nich różniła. Zapytana o to Ciocia Janka, kuzynka Mamy, udzieliła takiej oto odpowiedzi:
Po wojnie grywaliśmy w “kukrę”, której nazwa pochodzi od pierwszych sylab zdania “Ku Krakowu szło trzech głupich”. Był to lekko zmodyfikowany remik lub remi. Modyfikacje zapożyczono z madżonga, w którego namiętnie grywali nasi Rodzice, a Ojciec zdobył tę grę w czasie okupacji i graliśmy w nią w domu w Zielonce.
Przy okazji, dr Maciej Malinowski, mistrz ortografii polskiej, wyjaśnia, że to ku Krakowu jest poprawne. Jeśli przed nazwą miasta w trzecim przypadku użyjemy przyimka “ku”, nie będzie błędne – o dziwo! – wyrażenie ku Krakowu, a także: ku Tarnowu, ku Ostrowu, ku Tczewu, ku Sochaczewu. Tę przestarzałą konstrukcję językoznawcy dopuszczają (obocznie) do użytku, preferując rzecz jasna współcześnie o wiele lepsze ku Krakowowi, ku Tarnowowi, ku Ostrowowi, ku Tczewowi, ku Sochaczewowi.
No tak, moja Ciocia, moja siostra, a nawet mój siostrzeniec twierdzą, że wiedzą, jak się gra w kukrę, a ja nie. No, nie wiem i już. I jak dotąd nie udało się nam zebrać razem, bym mogła sobie przypomnieć. Pozostają tylko wspomnienia. Widzę ustawiony pod oknem stół w wilgotnym domku kempingowym. Szyby są zlane strugami deszczu, za oknem widać ciemny, mokry las sosnowy. Kasia siedzi po lewej pod ścianą, ja pośrodku, tyłem do drzwi, Mama po prawej, koło okna. Tasujemy dwie talie kart o różowych i niebieskich koszulkach, rozdajemy je, reszta zostaje w zakrytym stosie, jedna karta ze stosu leży wyłożona obrazkiem do góry. I… I co?
Zastanawiam się, czy jest możliwe, że kukra to wynalazek rodzinny i że poza nami nikt go nie zna?
To zapewne były te same karty, w domu używane do pasjansów, na wyjeździe również do gry.
Oceniam, że jako rodzina stawiamy tylko trudne pasjanse, gramy tylko w trudne gry, a jeśli są za łatwe, utrudniamy je sami, rozwiązujemy tylko trudne i inteligentne krzyżówki. Sądząc z wypowiedzi Cioci w sprawie pasjansów i kukry, to nie Mama była autorką zasady, że tylko trudne i piękne jest warte uwagi, lecz raczej ojciec Cioci czyli Dziadek Wiktor. Wydaje mi się, że zanim nastała jolka w Gazecie Wyborczej, Mama rozwiązywała krzyżówki w Przekroju, a może również w gazecie Świat.
Jolka, jak podaje Wikipedia, to rodzaj krzyżówki, w której określenia do haseł wypisane są bez podania miejsca wpisywania. Określenia wypisane są najczęściej w kolejności losowej, rzadziej w alfabetycznej kolejności odgadywanych wyrazów. Ja dodam, że w jolkach w Wyborczej, na diagramie umieszczone były jakieś litery, np. L albo H.
Te dawne wspaniałe jolki w Wyborczej układał podobno Jacek Szczap. My wprawdzie w domu wierzyliśmy, że ich autorem był syn Władysława Kopalińskiego, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej tezy. A zresztą po czasie dowiem się, że autorem Jolek był pan Czerwiński, zobacz komentarz pod wpisem. Zostawiam jednak we wpisie pana Szczapa, bo to bardzo ciekawa postać. Układał Jolki w przekroju. Umarł w roku 2010, czyli Mama znała tylko jego jolki, a i my wszyscy – moja siostra, jej syn i ja – przywiązaliśmy się do nich tak bardzo, że wysyłaliśmy je sobie za granicę i zabieraliśmy kartki z jolkami w podróże. My bardzo lubiliśmy rozwiązywać jolki wspólnie, choć Mama raczej tego nie praktykowała. Siedziała sama w swojej pracowni i rozwiązywała krzyżówkę, aż ją rozwiązała. Czasem mogło to nawet trwać trzy dni, ale Mama nigdy nie porzucała jolki nie rozwiązanej. Jej jolki bywały tak pobazgrolone, że były praktycznie rzecz biorąc nieczytelne.
Te jolki też są jeszcze autorstwa Jacka Szczapa. Rozwiązała je Kasia. Są pobazgrolone, ale w żadnym wypadku nie tak, jak to robiła kiedyś Mama.
Zauważmy jednak, że teraz nie trzeba już aż tak bazgrolić, bo gdy nam zbraknie słowa, albo wręcz przeciwnie wpisaliśmy słowo, np. awal, ale nie mamy pojęcia, do czego by się mogło odnosić, prędzej czy później sięgniemy po pomoc do internetu i dowiemy się, że awal to rodzaj podżyrowania weksla. Jednakże za Mamy czasów, gdy własna inteligencja zawiodła, pozostawały tylko encyklopedie i słowniki, opasłe papierowe tomiszcza, ciężkie do dźwignięcia, w których nie zawsze było wiadomo, czego szukać. Bo czy miałby to być basior czy Hasior, jeśli brakowało pierwszej litery, trzeba było przestudiować całą encyklopedię lub, niestety również, słownik a tergo, bo tylko on mógł pomóc stwierdzić, czy to, czego szukamy, to godło czy może rodło, żeby na końcu i tak się przekonać, że chodziło o sadło.
Gdy Jacek Szczap zmarł, Gazeta przestała po prostu drukować jolki. Podejrzewam, że Redakcja musiała walczyć z wiernymi Czytelnikami, którzy wielkim głosem żądali przywrócenia jolek. Wróciły więc po kilku latach, układane przez Leszka Rydza. Nie są złe, ale to już jednak nie to. W tych dawnych były nie tylko nadzwyczaj podchwytliwe hasła, ale i zabawy właściwie po nic, rodem doprawdy jak z zasad gry szklanych paciorków według Hessego albo jak wpisanie tzw. motywu Bacha (b-a-c-h) w utwór skomponowany przez jego następców, wielbicieli i naśladowców. Podobno robił to sam Bach, a po nim niepoliczone rzesze twórców, w tym Schumann, Liszt, Rimskij-Korsakow czy Reger.
I tak w przestrzeni krzyżówki przecinały się Afrodyta z Herą, albo gęsia steczka graniczyła z aleją żurawi. W jednej linijce biegli ku sobie Amor i Psyche albo Herakles uciekał od Dejaniry. Widać było, że autor się świetnie bawi i sam, układając jolki, i z nami, podsuwając nam swoje żarty do rozgryzienia. Pamiętam do dziś taką jolkę, gdy w diagramie zostały dwa wyrazy – kieł i basa, podczas gdy w hasłach było tylko jedno bez przydziału, może być suszona albo spod Krakowa. Zajęło mi ze trzy dni myślenia, zanim olśniło mnie odkrycie, że bezpański wyraz jest jeden, kreskę pomiędzy kłem i basem sama osobiście “dobazgroliłam” i że jest to kiełbasa krakowska. Ot, stupor wegetariański.
Uwaga: jolki w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej nie są nic warte! mogą, jak każda potoczna rozrywka, posłużyć tylko do zabijania czasu.
***
Poszukując informacji o jolkach znalazłam w sieci blog Jacka Kowalczyka Listy Ateisty, a w nim wpis: Żył szybko i umarł za szybko.
Zmarł Jacek Szczap, fachman od łamania głowy, wszelkich konkursów, krzyżówek i gier umysłowych. Swoją pomysłowością zabawiał czytelników wielu gazet i czasopism, był m.in. współtwórcą zawsze niezwykłej krzyżówki Przekroju (od kiedy to pismo wylądowało w Warszawie).
Nie należał z pewnością do grona tych, którzy nadmiernie dbają o swoje zdrowie. I to się na nim zemściło. Miał 56 lat – zaledwie – gdy dopadł go wylew.
Był człowiekiem wesołym, dowcipnym, pozytywnie wykorzystującym swoją niezwykłą inteligencję. Takim go zapamiętam. Takim go pamiętajmy. To jedyna forma nieśmiertelności, w którą wierzę.
Po mszy w kościele świętej Klary idę do normalnej kawiarni na normalne śniadanie – kawa, jogurt, ciepły croissant z masłem, marmolada.
Pyszne.
Jest godzina 9:20, gdy z powrotem wyruszam w drogę. Przede mną 17 kilometrów do Calzadilla de la Cueza. Obliczam, że o wpół do drugiej powinnam być na miejscu. I taka też jest godzina, gdy młody ciemnoskóry chłopak zapisuje mnie w schronisku. Wciąż jeszcze wstrząsam się na myśl o tych dopiero co przebytych 17 kilometrach, bo był to jawny koszmar. 17 kilometrów słońca na pustej porośniętej trawą wyżynie. Już raz był taki odcinek, ale wtedy wiał wiatr i pędził nam nad głowami wielkie chmury. Dziś było niebieskie nieruchome niebo i słońce, słońce, słońce, słońce. Znikąd cienia. Choć nieprawda – przez godzinę towarzyszył nam po lewej śliczny szpaler młodziutkich topoli, rzucający nam pod nogi przejrzysty, filigranowy cień. Gdy drzewka wyrosną, za parę lat, będą radością pielgrzymów, ale są jeszcze małe, młode, słabiutkie.
Gdzieś w oddali kępy krzewów i klasztor z XIII wieku, możnaby pójść, obejrzeć, ale te 17 kilometrów bez cienia odbiera człowiekowi chęć zwiedzania czegokolwiek. Wszystkie przewodniki ostrzegają przed trudami tego odcinka. Będziemy zmęczeni jak psy, bo na mesecie lepiej iść niż siadać w lejących się z nieba strumieniach upału. Trzeba iść, iść, iść. Mamy koniecznie zabrać odpowiednią ilość wody i jedzenia, bo po drodze nic nie będzie. Tymczasem…
Tymczasem mniej więcej w połowie drogi jest BAR! Błogosławiony niech będzie Bask z Navarry, który wpadł na pomysł i przed kilkoma miesiącami założył ten bar w cieniu ogromnych parasoli i wysokich topoli. Ciekawe, skąd je wziął? Może posadził. Ten bar to jakiś raj, nowy raj, nie uwzględniony na żadnych planach i mądrych karteczkach. Facet z baru mówi, że teraz dziennie przechodzi tą drogą około 250 ludzi. Latem było ich oczywiście znacznie więcej, nawet parę tysięcy. Wtedy jego bar nie nastarczał i lodówki nie nadążały z chłodzeniem.
Niestety nie można tu siedzieć wiecznie, trzeba wstać i iść dalej. Z nieba żar, ziemia pali w stopy, po lewej i po prawej trawa, albo dla odmiany – pola, z tyłu nic, z przodu nic. Nic. Nic. Nic.
Wreszcie z dala coś majaczy na horyzoncie. Być może to nasz cel, nasza nadzieja. Póki na horyzoncie nie ma nic, to nigdzie nie możesz dojść, możesz tylko iść. A jak coś jest, to coś jest, taka jest prosta prawda Drogi. Wprawdzie nie łudź się, człowieku, jeśli widzisz coś na horyzoncie, to zajmie ci jeszcze co najmniej godzinę, zanim tam dojdziesz. Ale z drugiej strony – jednak za godzinę tam dojdziesz.
No tak, mamy schronisko bez kuchni, ba, nawet bez nieśmiertelnego automatu z kawą firmy Nestlé, w mieście bez sklepu, czyli nie mamy wyjścia – wszyscy musimy iść na lunch, podwieczorek i kolację do baru. Tak to działa. Zmowa? Mietek wędrujący z prymusem i kocherkiem, wie, co robi. My wszyscy jesteśmy gorzej przygotowani, ale ja bym nie dała rady ponieść plecaka cięższego niż ten, który niosę. Waży siedem kilo, na kobietę, która (wówczas) ważyła 55 kilo, plecak jest i tak o 1,5 kilograma za ciężki, bo nie powinno się nieść więcej niż 10% wagi ciała. A jeszcze trzymana w garści lub pod pachą nieodzowna butelka wody, która waży kolejny kilogram. Francuzi, którzy mają na podorędziu więcej pielgrzymkowych gadżetów niż jakakolwiek inna nacja – ręczniki z mikrofibry, latarki do zapinania na głowie, kapelusze z chustą osłaniającą kark – mają też takie poręczne urządzenie: wkładany do kieszeni plecaka szeroki płaski szlauch na wodę, od którego prowadzi rurka podwieszona na uchu. Jakaś taka kroplówka, pozwalająca popijać w drodze, nie męcząc rąk noszeniem, ale też bez konieczności zatrzymywania się za każdym razem, kiedy trzeba wyjąć butelkę z plecaka. Bardzo praktyczne, wręcz przemyślne rozwiązanie, ale jakoś paskudne, szpitalne. Nikomu z nas nie zależy, żeby sobie skompletować francuskie wyposażenie.
W schronisku nie mamy kuchni, ale za to mamy basen! Błękitny basen, jakbyśmy byli jakimiś bogaczami z Miami na Florydzie. Moczę nogi w lodowatej wodzie, a dysza wypluwająca wielkie bąble powietrza, masuje mi podeszwy stóp.
Jest też duże lustro, przeglądam się i widzę, że schudłam.
Spałam po południu, śniła mi się moja szwagierka – Ewa Maria Slaska. Pracowałyśmy obie w tej samej firmie i Ewa zażądała dla pracownic służbowego stroju – dżinsów i granatowych jedwabnych marynarek. Ewa wyraźnie była tam szefową czy przywódczynią. Obudziłam się z myślą, że Ewa umarła przed rokiem, a zatem miejsce, w którym ją spotkałam, to niebo.
Zabrałam w drogę kamień, który niosę ze sobą od Berlina. To kamień dla Ewy. Zamierzam go donieść do katedry w Santiago de Compostella i złożyć u stóp mistrza Mateusza, architekta, który wzniósł tę niezwykłą świątynię.
PS. O tym, że byłyśmy dwie, już wspominałam we wpisie “Ewa Śląska jesienią”. Byłyśmy dwie takie same, studiowałyśmy obie archeologię i gdy wyszłam za mąż za jej brata, tak samo się nazywałyśmy. Niezła jazda na kierunku studiów liczącym wszystkiego 30 studentów na 5 rocznikach.