Wygięcie jaszczurki

Autor, którego w zeszłym tygodniu zaprezentowałam z codzinnie zapisywaną ręcznie modlitwą, znalazł w kaligrafii pewną krzywą, która, jak mi się wydaje, zbliża go (nas?) do kosmicznej doskonałości. Krzywa ta pojawia się w przyrodzie, w różnych miejscach, na przykład w wygięciu jaszczczurki. Ale nie tylko. Autor odtwarza ją w ogrodzie. Ale nie tylko.

Foto: Ela Kargol & Krystyna Koziewicz

Sam autor napisał o tym tak:

Kierując się wskazówką, że jak coś się robi, należy czynić to konsekwentnie, ćwiczę się w gibkiej linii jaszczurki zwinki. Ornamenty układają się w model z regularnych wzorów. Powstaje taki kieszonkowy kosmos na własny użytek.
Gleicher Text für die deutschen Kameraden:
Einem Hinweis folgend, wenn man etwas macht, sollte man es konsequent tun, übe ich mich in dem Schwung der Linie einer Eidechse. Die Ornamente reihen sich zu einem Modell der regulären Muster zusammen. Es entsteht so ein Kosmos im Taschenformat für eigenen Bedarf.
Foto: Autor

 

Nigdy więcej i again

Komunikat Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ zostało partnerem wystawy malarstwa pt. ‘Again’ Ryszarda Szozdy, którą będzie można oglądać w galerii sztuki współczesnej Nanazenit w Warszawie.

W obozie koncentracyjnym Dachau wzniesiono w 1968 roku pomnik Narodów, na którym – jako przestrogę – w pięciu językach umieszczono napis ‘Nigdy więcej’. W tym samym roku siły zbrojne USA w Wietnamie osiągnęły 549 tysięcy żołnierzy, zastrzelono Martina Luthera Kinga, a w całych Stanach wybuchły zamieszki rasowe. W Polsce rozpoczęto antysemicką nagonkę, a Praską Wiosnę spacyfikowano czołgami. W wojnie pomiędzy Nigerią i Biafrą giną 3 miliony cywilów.

‘Again’ dokumentuje historię przemocy. Wystawa jak rollercoaster wiezie nas przez zamieszki i egzekucje, jest w bajkach i filmowych zapisach z wojskowych dronów. Obecna wszędzie przemoc oślepia – w końcu przestajemy ją widzieć, akceptujemy ją i kapitulujemy. Cykl zamyka się – jesteśmy skazani na wieczne ‘Again’.

Dzięki uprzejmości noblistki Olgi Tokarczuk, jako uzupełnienie do malarstwa Szozdy, na wystawie pojawi się fragment mowy noblowskiej pod tytułem ‘Czuły narrator’.

Wernisaż odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18, a wystawę będzie można zwiedzać od 25 czerwca do 14 sierpnia 2020 (adres galerii Nanazenit: ul. Zwycięzców 15 w Warszawie).

Ryszard Szozda – urodzony w 1976 roku w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 2001 roku. W latach 1999-2000 studiował na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Duisburg-Essen w Niemczech. Do 2007 roku zajmował się przeważnie grafiką i fotografią, od 2012 skoncentrował się na malarstwie. W swoich pracach eksploruje tematy związane z symboliczną przemocą, zagrożeniem rasizmem i wojną obecną we współczesnej ikonosferze. Autor projektów: ‘Sig Sauer’ i ‘Wiza Amerykańska’ w 2000 roku w Galerii Otwartej prowadzonej przez Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala. Współtwórca i reżyser filmu dokumentalnego ‘Don’t pay me’ o negacji konwencjonalnego priorytetu gromadzenia pieniędzy i dóbr. Współredaktor audycji ‘Ptaki i ornitolodzy’ o sztuce współczesnej w internetowym projekcie radiowym Radio Głosy. Autor wielkoformatowych obrazów do przedstawienia ‘Zew Cthulhu’ w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Nowym w Warszawie w 2017. Laureat nagrody głównej Arte Laguna Prize 2019 w Wenecji.

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Prowadzi również kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Więcej informacji:
www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ

Galeria sztuki współczesnej Nanazenit: http://nanazenit.pl

 

 

 

XXX

Kicia Kocia wiersze pierwsze

Wszyscy oczywiście wiedzą, że Kicia Kocia Rysia zniknęła. Zniknęła w dzień urodzin syna (mojego, ona syna nie ma), a odnalazła się w Bloomsday. Obie daty dla Kici Koci bez znaczenia, ale dla innych, Autorów i Czytelników – znaczące. Kici nie było 19 dni. Znalazłam Kicię na ulicy. Znawcy twierdzą, że zdarzyło się tak, bo Kicia postanowiła, że da się znaleźć.


Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)
*

kicia kocia, mała psocia
zagubiła się na dachu
na dół zlazła, gdzieś polazła
tracąc z oczu locus gmachu

pańcia owej kiciej koci
bardzo zgubą się martwiła
i by kiciej dać, co kocie
jęła sypać karmę w milach

tak – naprawdę! całe szlaki
mniamkich kici-chrupków poszły
od okiennic domu Ewy
aż do den Haweli, Szprewy

był to wytrych czarownicy
wyszukany z ksiąg pradawnych
na to, jak namierzyć zwierza
który cni się do kobierza

prawdą jest, że inne miałczki
też poczuły się wezwane
i ruszyły, niczym tanem
w matnię kicio-kociej matki

taka oto liczna rajza
jęła wlewać się oknami
rzeka puchu – się zdawało
ranty ciał niknęły w fali

Ewa ledwo dech łapała
pod ciężarem spasłych maści
co, choć w drodze żarła miały
miast wdzięczności – “nachschlag!” piały

jedna tylko jakaś kicia
czyżby kocia? niemożebne
ale tylko jedna ona
w czas, gdy karmicielka kona

cicho siedzi na dywanie
“czy tej Pani coś się stanie?
pewnie tylko sobie leży
uliczników chce opierzyć!
może zrobi dywan nowy…
w każdym razie – problem z głowy”

Rysia! – pańcia ją poznała
i w te pędy się zerwała
siłą jakąś z innych światów
zdjęła z pleców puchu napór

biegnie, klęka i przytula
kipi szczęściem do kocura
a ten nieugięty stoik
niewzruszeniem wzrusza swoim 🙂


* Wiersz o Kici Koci Rysi przyszedł jako pierwszy, potem pojawiły się rozważania na temat pseudonimu.
Są bardzo śmieszne, dlatego je tu zacytuję w całości:

Muszę wymyślić pseudonim.
“Bazyli Kellersdorf-Szabas (z żoną Anną Szabas)”.
Albo Jan Rolnik.
Które lepsze?
A może Bazyli Kellersdorf-SzaŁas.
Połączenie dwóch światów.
Oczywiście z żoną, Anną SzaŁas.
Tak, to chyba będzie najlepsze.
Poproszę o pseudonim “Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)”.
Żona w nawiasie, nie dlatego że gorsza, ale po prostu tylko robi korektę.
No i zachowała nazwisko panieńskie. Nie chciała być “Kellersdorfem”.
Za to mąż zdecydował się na dwuczłonowe.
Fajnie, z duchem czasu.
Myślę że nawet dobrze z nim wygląda, to znaczy dobrze się je czyta.
Jak Anna nie chce, to nie musi, nikt jej nie będzie zmuszał.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 6

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Trwają Miejskie Spotkania Teatralne, w których uczestniczą, jak co roku, uczniowie jedynego w mieście wojewódzkim liceum. Wśród nich szczególnie wyróżniają się słuchacze klasy humanistycznej. Wszak już na pierwszej lekcji języka polskiego, którą odbyli w murach tej szkoły, nauczycielka wmówiła im, że mają być elitą intelektualną swego miasta. A oni wzięli sobie te słowa głęboko do serca. Wielu z nich rozwija artystyczne ambicje. Do tego stopnia, że – może trochę na wyrost – kreują się na artystyczną bohemę swojego prowincjonalnego miasteczka.

Jak co roku repertuar Spotkań prezentuje się bardzo różnorodnie. Wśród zaproszonych zespołów teatralnych są zarówno przedstawiciele znanych scen warszawskich i krakowskich, jak też teatry prowincjonalne. Jedyne ograniczenie to niewielka i niedoposażona technicznie scena tutejszego domu kultury: nie posiadająca zapadni, nie dysponująca wystarczającą liczbą garderób i pomieszczeń technicznych. Trudno przeto wyobrazić sobie na deskach domu kultury monumentalne przedstawienie z kilkudziesięcioosobową obsadą czy z dużymi obrotowymi dekoracjami. Ale i tak, mimo ograniczeń, repertuar corocznych spotkań teatralnych daje mieszkańcom miasteczka możliwość obcowania z Wielką Sztuką, pozwala im zetknąć się ze znanymi w całym kraju artystami sceny.

W tym roku szczególne emocje wzbudza, oczekiwane niecierpliwie, przedstawienie warszawskiego Teatru Ochoty – zarówno ze względu na spektakl, jak i na jego obsadę. Ale także i sam teatr jest źródłem ekscytacji!

Teatr, założony na warszawskiej Ochocie przez Jana i Halinę Machulskich, to z jednej strony scena pod każdym względem profesjonalna, zaś z drugiej – przedsięwzięcie, można powiedzieć, rodzinne i spełniające specyficzną rolę. Małżeństwo Machulskich oddaje się bowiem pracy społecznej, propagując teatr poprzez prowadzenie ogniska teatralnego dla dzieci i organizowanie warsztatów artystycznych dla młodych talentów. Wielu późniejszych aktorów tej sceny to wychowankowie tych warsztatów. Niektórzy z nich nie ukończą nawet studiów aktorskich, zaś dla innych to właśnie ognisko artystyczne Państwa Machulskich będzie wstępem do nauki w profesjonalnych szkołach teatralnych.

Przedstawienie, którym Teatr Ochoty zaprezentuje się na Miejskich Spotkaniach Teatralnych, nie należy do łatwych ani przyjemnych. To adaptacja opowiadania Michaiła Bułhakowa zatytułowanego «Morfina»: opowieść o zmaganiach młodego, uzależnionego od narkotyków człowieka – morfinisty – jak nazywano ludzi dotkniętych tym nałogiem w epoce Bułhakowa. Smutna historia bez happy endu.

Niezależnie jednak od mrocznej i przygnębiającej tematyki mieszkańców prowincjonalnego miasteczka elektryzuje obsada spektaklu. Na scenie domu kultury pojawi się bowiem, miedzy innymi, sam dyrektor teatru: Jan Machulski. Nasza licealna młodzież zna go już z wielkiego ekranu, ze wspaniałej roli gangstera Kwinty, którą stworzył w filmach wyreżyserowanych przez swego syna: «Vabank» oraz «Vabank 2 czyli Riposta». W ponurych latach osiemdziesiątych to tytuły, które elektryzują publiczność w całym kraju.

Kolejnym artrystą, który gra w przedstawieniu, jest Zygmunt Kęstowicz. Nasi dzielni humaniści są już cokolwiek «za duzi», by oglądać programy dziecięce, mają przecież ambicję na sztukę przez wielkie «S». Jednak, choć głośno się do tego nie przyznają, w każdy piątek niemal wszyscy z nich zasiadają przed ekranem telewizora, by oglądać «Piątek z Pankracym». Dla nich Pan Zygmunt jest osobą bardzo bliską, niemalże domownikiem, którego spotyka się regularnie.

I wreszcie artystą, odgrywającym rolę głównego bohatera spektaklu – zniewolonego nałogiem Polakowa – jest, wówczas trzydziestokilkuletni i bardzo sławny, Tomasz Mędrzak. Dla młodzieży Anno Domini 1988, to ktoś, kogo trzy dekady później można byłoby określić mianem «idola». Dzielny Staś Tarkowski z ekranizacji «W pustyni i w puszczy», później także reporter «Świata Młodych». Któż z naszych licealistów nie czytał wtedy tej gazety! Jeśli nie od deski do deski, to przynajmniej zamieszczany na ostatniej stronie komiks w odcinkach o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. No i oczywiście reportaże Stasia, czyli pana Tomka Mędrzaka.

Nieodłącznym elementem spotkań teatralnych jest możliwość rozmowy z artystami bezpośrednio po przedstawieniu. Każdego wieczoru, po skończonym spektaklu, publicznosć i twórcy udają się do jednej z sal domu kultury na spotkanie, kiedy pojawia się możliwość zadawania pytań, czy dyskusji na temat wystawionej sztuki. Są to rozmowy, które ciągna się długo, a są przy tym nieraz bardzo żywiołowe. Zdarza sie często, że twórcy przedstawienia muszą wysłuchać krytycznych uwag. A co, publiczność prowincjonalna też umie być wymagająca! I jeśli trzeba, potrafi skrytykować: a to grę aktorską, a to scenografię, oświetlenie czy opracowanie muzyczne. Niejeden już raz dostało się różnym artystom od naszej małomiasteczkowej publiki!

Uczniowie klasy humanistycznej oczekują więc niecierpliwie nie tylko samego przedstawienia, ale także spotkania po jego zakończeniu. W tyle głowy każdy piastuje pytanie: jacy są naprawdę ci nasi, znani z ekranu, artyści? To ludzie przystępni, czy też może rozkapryszone gwiazdy? Czy Jan Machulski jest tak samo błyskotliwy i dowcipny, jak kreowany przez niego Kwinto? Czy Pan Zygmunt Kęstowicz jest równie serdeczny i zawsze uśmiechniety, jak grany przez niego opiekun psa Pankracego? No i oczywiście dziewczyny zastanawiają się, czy Pan Tomasz Mędrzak, po zdjęciu kostiumu i zmyciu charakteryzacji, jest takim samym przystojniakiem jak na ekranie?

Dość powiedzieć, że «Przystojniak» swoją rolę zagrał fenomenalnie. Odtwarzany przez niego głód narkotykowy, z towarzyszącym mu bólem fizycznym, były bardzo sugestywne. Na spotkaniu zadano mu pytanie, jak przygotowywał się do tej roli i jak udało mu się tak realistycznie oddać przeżycia człowieka uzależnionego. Pan Tomasz bardzo szczerze opowiedział o chorobie wrzodowej żołądka, z którą zmaga się od lat, o atakach bólu, które pomogly mu zrozumieć – choćby w przybliżeniu – cierpienia narkomana pozbawionego morfiny.

To wyznanie młodego aktora uświadamia naszym licealistom, że za każdą twarzą, znaną im z celuloidowej taśmy czy rozkładówki młodzieżowego pisma, kryje się człowiek z krwi i kości, dzieje się jakaś utajona ludzka historia.

Tematyka przedstawienia nie nastraja do zbyt luźnej i niezobowiazującej atmosfery podczas spotkania. Ale wszystko zmienia się, gdy oficjalna część dobiega końca i każdy może podejść do aktorów, by zamienić z nimi parę słow, lub poprosić o autograf. Ci, którym trema nie pozwalała zadać pytania publicznie, mogą to teraz uczynić w cztery oczy.

Pan Jan widząc, że otacza go chmara nastolatków i podlotków, uśmiecha się radośnie. Zaś błysk, który widać w jego oku, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to człowiek, który kocha młodzież, a praca z nią jest jego prawdziwym powołaniem. Wiele lat później przyjaciel piszącego te słowa, aktor i absolwent łodzkiej «filmówki», student rocznika, którego opiekunem był Jan Machulski, potwierdzi to wrażenie autora.

Pan Tomasz również tryska serdecznością i nierażącym, niezmanierowanym luzem. Nie unika odpowiedzi na pytania o rolę Stasia, choć przecież zagrał ją wiele lat temu jako nastolatek, aktor jeszcze nieprofesjonalny. Choć ta rola trochę go zaszufladkowała na wiele późniejszych lat i miałby prawo unikać tego tematu, to jednak odpowiada na wszystkie pytania. Zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że – chcąc nie chcąc – Staś Tarkowski i Tomasz Mędrzak bedą przez wiele dziesięcioleci stanowić nierozłączną parę.

Pan Zygmunt z kolei sam zbliża się do grupki onieśmielonej nieco młodzieży, wśród której znajduje się akurat piszący te słowa. Podchodzi z tym samym, co na ekranie, serdecznym i ciepłym uśmiechem. Zagaja rozmowę:
– Czy wiecie, że ja pierwszy raz byłem w waszym mieście w 1947 roku, z przedstawieniem teatru Ludowego Wojska Polskiego, w którym zaczynałem jako aktor?

Po czym rozpoczyna barwną opowieść o tym, jak zapamiętał nasze miasteczko z lat powojennych. Zadziwia nas jego fenomenalna pamięć, wszak jako aktor grający przedstawienia wyjazdowe, musiał takich – podobnych do naszego – miasteczek, przemierzyć setki w całym kraju! Ale daje się wyraźnie wyczuć, że to nie tylko efekt dobrej pamięci tego niezwykle miłego człowieka. To przede wszystkich otwartość, życzliwość wobec spotykanych ludzi i ciekawość świata.

Kiedy spotkanie z artystami dobiega końca, jest tak późno, że w domu kultury zostaje już tylko sprzątaczka, myjąca korytarze przed kolejnym dniem spotkań teatralnych. Z budynku wychodzą więc razem, jedynym pozostawionym jeszcze otwartym wyjściem, artyści i publiczność. Na widok pani myjącej podłogę, Pan Zygmunt podbiega do niej i szarmancko całuje ją w obie dłonie.

Pani protestuje:
– Nie trzeba, mam mokre ręce, dopiero co wyżymałam ścierkę!
– Nic nie szkodzi – odpowiada Pan Zygmunt – w imieniu całej ekipy chciałem podziękować za wspaniałe przyjęcie w waszym domu kultury. I życzę Pani dobrej nocy!

Jakże piękna to była lekcja kultury osobistej dla naszych licealistów w wykonaniu aktora «starej daty», który potrafił okazać szacunek wobec każdego. Stara, dobra, wileńska szkoła!

*

W chwili gdy autor pisze te słowa, nie ma już wśród nas Jana Machulskiego. Pozostały jego wspaniałe role, ale także wiele roczników polskich aktorów, którzy mieli szczęście spotkać go jako pedagoga: czy to w łódzkiej filmówce, czy też w studium przy teatrze Ochoty.

Pan Tomasz Mędrzak, po sukcesach filmu «W pustyni i w puszczy» oraz serialu «Dom», zniknął z małego i wielkiego ekranu. Ale oddał się z całą pasją pracy teatralnej. Nie tylko przez jakiś czas dyrektorował Teatrowi Ochoty, ale wciąż reżyseruje w nim wiele przedstawień: od lat wierny swojemu teatralnemu matecznikowi, stara się jak najlepiej kontynuować dzieło państwa Machulskich.

Na grobie Pana Zygmunta Kęstowicza na warszawskich Powązkach wyryto napis: «Kawaler Orderu Uśmiechu. Przyjaciel dzieci. Założyciel ośrodka Dać Szansę w Białymstoku, dla dzieci upośledzonych umysłowo».
Jego wielkie role – filmowe, serialowe i teatralne – pozostaną na zawsze w pamięci widzów. Ale ci, którzy pielęgnują pamięć o nim, postanowili na jego epitafium uwiecznić inne dokonania, zapewne dla niego samego o wiele ważniejsze, niż aktorska sława.

Piszący te słowa, spotkawszy go przed laty podczas bardzo krótkiej, ale serdecznej rozmowy z młodymi ludźmi, może tylko dać świadectwo – a świadectwo jego jest prawdziwe – że był to Wspaniały Człowiek. Przyjaciel dzieci. Przyjaciel ludzi.

Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Wiersze gorszego sortu

Roman Brodowski

Polska To – My

Odnalazłem się wczoraj
Niby w domu a bezdomny
Odarty z wolności słowa
Zdobytej dramatem niemych ust
Ojczyźnianego aktu „Jestem“
Przytuliłem matczyny płacz

Tak niedawno szliśmy „My“
(Nie oni, tamci, inni, ale „My“)
Ciernistym żywotem ojców
Do ziemi wielobarwia Dusz
Szliśmy po nowy lepszy los
Dla dzieci, wnuków… “Nam”

W końcu doszliśmy zmęczeni,
Silni mocą polskiej wspólnoty
Nad brzeg rzeki zakrzepłej krwi
Płynącej losem przodków naszych
Do chłodnych ruin pustego gniazda
Do kolejnej szansy naszego “Być”

To gniazdo ponownie odzyskało blask
Powstało niby z zmartwychwstania
Z tradycji kultur, z wiar, z przekonań
Z szacunku innym z tolerancji
Polskiej Rzeczy jakże nam Pospolitej
Z żywej historii wielobarwna w “nas ”

Dziś ta mozaika wspólne dzieło
Obraz Ojczyzny dumnej i trwałej
Ta nasza jedność “My Nam i w Nas”,
Po raz kolejny w fekaliach tonie
W poklasku, w tanim populizmie
W faszyzmie w dyktatorskim “ja”

Nie dajmy więcej się podzielić
Z różnego ciasta może powstać chleb
Tęcza jest ponoć znakiem z nieba
Bożym przymierzem z ludzkim rodem
Nie ze mną, z Toba, lecz nie z nim…
Obudź się Polsko jednym sortem.

Sortem, co zwie się – “Jedność, My ”

W mojej kolekcji

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Za bezcen
Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
Pomyślałem
Wkładając nabytek
Do starego plecaka.
Z zapałem zbieram
Zużyte wartości
Człowieczego “wczoraj”

W mojej kolekcji
Mam ich wiele.
Zagubioną prawdę
Namiastkę empatii
Zużytą tolerancję
I młodzieńczą życzliwość
Do rozdania

Nikt jednak nie chce.
Dziwny świat z lamusa
Jakże już niemodny
Komu potrzebna
Ludzka słabość
Minionej epoki…
Nadszedł “lepszy” Dla “silnych” czas

09.11.2019

Nadzieja odchodzi ze mną

Odnalazłem pożółkłą
Obleczoną w przeszłość
Pamięć zapisaną
Młodzieńczym tekstem

Usłyszałem siebie
W nocnym seansie
Niemego kina snów
Podczas pierwszego – ach!

Kilka prostych rymów
W intymności serca,
Romantyczne kocham
Pachnącej ekstazy

Dziś znów imię miłości
Powróciło tęsknotą
Wnętrze płacze cicho…
Mefisto – dlaczego?

A Ona wiernie czeka
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
Zegar wybija kolejny rok

Nadzieja?

22.03.2020

Przyrzeczenie

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie.

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji…

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiS-u, dyktator, ulica.

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność, jedność, demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu, populizm, dewiacja.

Żal mi naszej polskiej tożsamości,
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiS-u władza
Dumnie kroczy nacjonalizm, faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają gorycz i … łzawienie.

15.02.2020

Mojej Liluszce

Moja Żoneczka jak przed laty
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy.

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy, tylko dla niej
Bo ona jest mym dobrym duszkiem

Ona jest mamą mej córeczki
Płomykiem ciemnej duszy mojej
Jest tym kto sens nakreśla życia
Mojego życia… za nas troje.

Chociaż nie zawsze świeci słońce
Czasami wieje wiatr mi w oczy
To wiem że “jutro” będzie lepsze
Bo ona śmiało przy mnie kroczy.

Moja Liluszka jak przed laty,
Gdy ja ujrzałem po raz pierwszy,
Niezmienna treścią swoich uczuć
Miłością… wartą także wierszy.

13.04.2019

Z cyklu Apokryfy Broma

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
W purpurze niesie
Zmienia się wiara
Ginie przeszłość
Nastał czas rządu
Dla nierządnych

Naród się ubrał
W czas pogardy
Ruszyła przed się
Myśl prostacza
Przewodnik powiódł
W otchłań bagien
Na horyzoncie
Widać strach

Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Nikt nie chce słuchać
Ich wołania
Kupionym duszom
Dziwnie dobrze
A ja się boję
Wściekłość i żal

Dziś “dobra zmiana”
Jutro? Nie wiem
Nie wiem czy będzie
Dla nas jutro
Brunatny sztandar
Wciąż powiewa
I polskie krzyże
Na nich… Nikt

Na mojej starej
Polskiej ziemi
Jedność narodu
W błocie tonie
Nienawiść, kłamstwo
Płoną w ofierze
Nowemu Bogu
Smutny to dar

A ja wciąż szukam.

Listopad 2017 – 29. 04.2020

O jeden strach za dużo

O tym strachu
Co większy niż mój
Już powstały
Ballady i wiersze
Więc napiszę
Ja także
A niech tam
Nie ostatnim
Wszak będę
Nie pierwszym

Widać coś się
W przyrodzie zmieniło
Jakaś nowa
Zależność powstała…
Więc strach większy
Lub mniejszy
Jest teraz
W zależności
Od rozmiarów
Ciała

Nasz dyktator
Jest przecież
Niewielki
Nosi z sobą
Tę swoją drabinkę,
Więc go straszy….
Strachem Jego większym
Pożałujmy Jarka
Odrobinkę

Strachów mamy
W kraju dziś
Dostatek
Obrodziły latoś
Ponad miarę
Zaś strach
Sortu najlepszego,
Ten strach PiS-u
Jest ponad wymiarem

Ja nie równam
Tu mojego strachu
(Bo moj strach, strachem hołoty)
Z wielkim strachem
Jaśnie Kaczyńskiego
Jego strach jest Potężny
Wręcz złoty

Strachów mamy
W kraju dziś bez liku
Nikt nie może
Zaprzeczyć to fakt,
A kaczyści tworzą
Nam wciąż nowe
Więc empatii
Na kaczy strach
Brak

12.06.2020

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.

 

Animula, vagula, blandula

Proszę Państwa, przygotowując dwa tegotygodniowe wpisy, te o tym, że koty mają duszę, przypomniałam sobie ten przedziwny wiersz o duszy, musiałam go znaleźć, przeczytać i…

Ewa Maria Slaska

A wiersz jest niezwykły:

Animula, vagula, blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula, rigida, nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos.

Napisał go w roku rzymski cesarz Hadrian (76-138) i jest to chyba najbardziej mistrzowski wiersz, jaki kiedykolwiek został napisany po łacinie. Ciekawe, że jego autor, wcale nie był uważany za mistrza retoryki, czyli tego kunsztu, który uczył, jak celowo i skutecznie używać języka. Biograf cesarza, Eliusz Spartianus, wspomina wręcz, że pierwsze mowy cesarskie były tak żałosne, iż były przedmiotem żartów. Sprawiło to, że cesarz zaczął dbać o język łaciński, osiągając w nim najwyższą biegłość i wymowność

Dr Michael Gratz z Greifswaldu, wykładowca w Instytucie Filologii Niemieckiej, a również bloger (TU) podkreśla ogromną trudność przetłumaczenia tego pięciolinijkowego wiersza, bo nie dość, że łacina i tak jest zawsze oszczędna, to jeszcze tu cesarz zastosował skomplikowane metrum – pierwsza, druga i piąta linijka są zbudowane tylko z trzech słów. Chciałbym, żeby się to dało tak przetłumaczyć, wzdycha bloger i dodajmy od razu, że niestety nie osiąga w swych próbach pożądanego efektu. Oryginał ma słów 19, a niemiecki przekład filologiczny… no cóż, jak zobaczymy dalej, ani po angielsku, ani po polsku nie będzie wiele lepiej.

Doktor Gratz w 8 linijkach używa 42 słów.

Mein Seelchen, freundliches Seelchen du,
so wanderlustig immerzu,
dein Leib war nur dein Gasthaus und nun
sollst du die letzte Reise tun
in jenes Reich,
wo alles so öd‘ und kahl und bleich,
in jene Nacht,
wo keiner mehr deine Spässchen belacht.

Po polsku wiersz liczy tylko 5 linijek i 30 słów, o 11 więcej niż łaciński oryginał. Samych “i” jest po polsku trzy. Oczywiście po łacinie spójnik “i” przykleja się do poprzedniego słowa, ale i tak jest w oryginale tylko raz, po polsku i po niemiecku po trzy razy. I Polak, i Niemiec używają też gęsto różnych form zaimka posesywnego – moja, mój, mnie, mein, dein… a łacina całkiem zgrabnie sobie radzi bez tych słówek.

Duszyczko moja tkliwa i ruchliwa,
Gościu ty ciała mojego i drużko,
Co pójdziesz teraz w krainy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów zwykłych stroić już nie będziesz.

Przełożył Kazimierz Morawski. Istnieje też polski przekład Kubiaka, który prawie że uzyskuje ową łacińską prostotę trzech linijek trzywyrazowych:

Duszyczko, kochana wędrowniczko,
Ciała gościu i wspólniczko,
W jakie ty strony odejdziesz,
Bladziutka, naga, zziębnięta,
Gdzie żartować jak zwykle nie będziesz

Kubiak, podobnie jak sam cesarz, nie używa żadnych zaimków dzierżawczych. Również angielski w wydaniu Byrona obywa się bez zaimka dzierżawczego, choć jest to wszak język, który podobno musi go używać bez przerwy, że przypomnę słynne “moje ręce w moich kieszeniach” (My hands in my pockets).

Ah! gentle, fleeting, wav’ring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne,
Wilt thou, now, wing thy distant flight?
No more, with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlorn

Tę angielską wersję stworzył Byron i choć jest ona o wiele słów i jedną linijkę dłuższa od oryginału, chwali się poetę za niedoścignioną wręcz… zwięzłość, co jednak bardzo dziwi. Już bowiem sam apostrof rozpoczynający wiersz, tak zresztą jak i po niemiecku, wydaje się przecież niepotrzebny. I jeszcze wykrzykniki i znak zapytania, i 33 słowa.

Ale Byron nie był jedynym tłumaczem epigramatu cesarza na angielski. Już wiele lat temu naukowcy doliczyli się 43 tłumaczeń, teraz jest ich zapewne jeszcze więcej.

Ale nie ma sensu się czepiać, każdy tłumaczy jak może, obywatelu redaktorze. Interesujące wydaje mi się, że żadne z tłumaczy w żadnym języku nie pokusił się o ten fantastyczny potrójny rym wewnętrzny w pierwszej linijce. Rozłąka błąka się po łąkach… Jest rym podwójny, potrójnego nikt nie uzyskał.

Na zakończenie przytoczę jeszcze piękny i wzruszający opis mniemanego grobu Hadriana w jednym z listów z Rzymu Gustawa Morcinka, tak, tego śląskiego pisarza, autora Łyska z pokładu Idy. Pisarz miał za sobą niewolę niemiecką, pobyt w obozie koncentracyjnym i kilkuletnią tułaczkę powojenną, która zawiodła go do Rzymu. Morcinek jest zachwycony Wiecznym Miastem, ale tęskni, tęskni tak mocno, że postanawia jednak wrócić do Polski. Wizyta w mauzoleum Hadriana jest pożegnaniem pisarza z Rzymem.

…znajdziesz tutaj niedużą tablicę marmurową z najpiękniejszymi słowami o śmierci, jakie znalazłem w Rzymie. Nachylasz się w mroku i czytasz zdumiony: „Parola rivolta all’anima dell Imperatore Adriano morente”, a pod tym wstępem olśniewają Cię wzruszające słowa o śmierci z tamtych antycznych czasów, słowa, które zdumiewają swą prostotą i swą głębią, i pogodą, i ciszą. Oto umierający Hadrian żegna się z życiem i teraz pieszczotliwymi słowy przemawia do swej duszy:

Animula vagula blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula rigida nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos

I myślisz z jakimś podświadomym żalem, że oto Hadrian umierał w tak wzniosły sposób, że jego śmierć była jakimś radosnym obrzędem żegnanego życia, że śmierć jego posiadała tyle wspaniałego, cesarskiego, imperatorskiego, a jednak tak bardzo prostego majestatu, iż dzisiaj „człowiek z obozu” czy barbarzyńca z Północy staje przed nim pełen pokory i wzruszenia. I równocześnie pełen żalu, dlaczego w obozie koncentracyjnym musieli moi towarzysze konać jak rozdeptane, gnijące robaki, dlaczego ich śmierć nie posiadała niczego z owego majestatu…

Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam dziś moje wiersze…

Czas jak rzeka…

Czas jak rzeka
z prądem rwie,
wciąż do przodu.

Złodziej pamięci
jednym, innym,
podstępnie, zdrowia.

Zabiera bliskich,
pokazując odchodzenie
już za ścianę, strasząc.

Czas jak wicher
przebiega po nas,
zdzierając wszystko.

Czyżby… tylko?
A gdzie kolor czyichś
oczu, barwa głosu?

A gdzie zapach
wiosny, rudy włos
jesieni pięknej?

A gdzie widok
z pagórka na te
domki z klocków?

A gdzie uśmiech
przechodnia miłego
przypadkowej uliczki???

A gdzie śmiech
szczęśliwego dziecka,
jego malusieńka stópka?

A gdzie po deszczu
tęcza, wciaż wolna
od wszelakiej krytyki?

A gdzie jest świat
ogonem opowiadany,
przez twego psa?

A gdzie uwodzenie
kota na kolanach
czyichś, z figurami?

Więc płyńmy sobie
naszą łódką czasu
dalej, dalej z prądem,

zamiast ciągle przeciw!!!

I tak nagle…

I tak nagle obuchem
w głowę, zanim
w serce, żołądek…

I tak nagle wszystko
ważne i nieważne,
za daleko i za blisko.

Za cicho i za głośno,
za wyraźne i za nijak,
do góry nogami…

I tak po omacku
ale też za rączkę,
na smyczy lęku.

Strach siedzący
na karku, trzymający
usta, by nie krzyczały.

Strach przed bólem
z przyszłoscią, ale
też niebytem bez bólu.

Nadzieja, że się jest
wybrańcem losu,
bez wiedzy, czy na pewno

Nadzieja, ten kwiat
najwazniejszy, jedyny
w tym momencie…
DO ZAOPIEKOWANIA!