Ülker Radziwill

uelkernaslupieWiecie kto to jest? Ma tureckie imię i polskie nazwisko. Pierwszy raz widzę ją na plakacie na słupie latarni ulicznej w Rosh Hashana – idę do mojej przyjaciółki, która mieszka na Wilmersdorfie, na noworoczną kolację. Jestem zmęczona po całym dniu na wykopaliskach i z perypatetycznego snu wyrywa mnie jaskrawy, fioletowo-czerwony plakat wyborczy SPD z polskim nazwiskiem. Wiem, to nic nie znaczy. Rok temu poszłyśmy z Anią na spotkanie z Haliną Wawrzyniak z partii Die Linke, bo wydawało nam się, że kobieta z takim imieniem i nazwiskiem musi być Polką lub przynajmniej z rodziny o polskim pochodzeniu. I na pewno tak jest, ale Halina zarzekała się, że nigdy w życiu…

No tak. Pani Radziwill, bezpośrednia kandydatka socjaldemokratów do Bundestagu w dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf. Jest na pewno Turczynką i zapewne wyszła za mąż za Radziwilla. Wiem, że to nazwisko już wielokrotnie widziałam.

Oczywiście Radziwiłłowie w Berlinie, a już zwłaszcza książę Antoni (1755-1833), ten który ożenił się z bratanicą Fryderyka Wielkiego, Luisą von Hochenzollern, miał z nią furę dzieci i w ogóle bardzo się kochali. Radziwiłła w jego pałacu w Antoninie odwiedzał Chopin, który zadedykował księciu Introdukcję i Poloneza. Książę był też muzykiem, miał ambitne plany, skomponował muzykę ni mniej ni więcej tylko do “Fausta” Goethego. Praca zajęła mu ponad 20 lat, ale poecie opera bardzo się podobała. No i jeszcze, oczywiście, pałac Radziwiłłów na Wilhelmstrasse w Berlinie, w samym sercu miasta. Odsprzedany i po roku 1871 przekształcony przez Bismarcka w Kancelarię Rzeszy. A więc siłą rzeczy po roku 1933 stanie się Kancelarią Hitlera, który tu mieszkał z Evą Braun. A w ogrodzie pałacowym wybudowano tzw. bunkier Hitlera.

FriedrichWilhelmPaulRadziwillOczywiście generał Wilhelm von Radziwill (1797 – 1870), syn Antoniego. To od niego zaczyna się linia niemieckich Radziwillów.

Oczywiście malarz, przedstawiciel magicznego realizmu, Franz Radziwill (1895-1983), który zresztą też nigdy nie przyznawał się do polskości. Syn garncarza. Byłam wiele lat temu w jego domu w Dangast nad Morzem Północnym. Znakomity artysta. W czasie III Rzeszy członek NSDAP, a mimo to od czasu do czasu zakazywany. Był wykładowcą sztuki w Düsseldorfie, a objął to stanowisko po Paulu Klee, którego wyrzucono z uczelni. Nazywano go „Naziwill”. W roku 1949 został oficjalnie oczyszczony z zarzutów.  To jak – był? Czy nie był? Ale to Niemcy, tu wszystko się tak plącze.

pasek-spdAle oczywiście wiem, że chodzi mi o innego Radziwilla. Współczesnego. Wiem, że nawet poznałam kiedyś pana o tym nazwisku. Ale kto on? Co zacz? I, jakby zapytały kobiety z rodu Slaskich, kto go rodzi? Dopiero gdy wrócę wieczorem do domu, sprawdzę w internecie, że chodzi oczywiście o Clausa Radziwilla, adwokata ze specjalnością: prawo budowlane i architektoniczne. Ülker od 20 lat jest jego żoną. Urodziła się w Turcji w roku 1963,  jako siedmioletnia dziewczynka przyjechała z rodzicami do Berlina, tu zdała maturę, założyła własne biuro podróży, ukończyła studia ekonomiczne i zajęła się polityką. Nie mieszkam na Charlottenburgu, o pani Radziwill nigdy jeszcze nie słyszałam. Tymczasem od roku 2001 jest posłanką SPD do władz Berlina, teraz kandyduje do Bundestagu. Jej tematem głównym są sprawy społeczne, w tym kwestia zbyt drogich mieszkań w centrum miasta. Nie używa tego słowa, ale chodzi jej o gentryfikację. Podoba mi się. I jej polityka, i ona sama.  Miła, uśmiechnięta. Kobieta. Zawsze jakoś mi łatwiej głosować na kobiety. Na stronie internetowej twierdzi, że lubi piec, gotować i tańczyć. Super!

Opowiadam o niej Dorocie, która decyduje, że musimy dla Ülker zorganizować kampanię wyborczą. A to jest tak: Dorota powiedziała, ja zrobiłam. Następnego dnia czyli 11 września idę na spotkanie wyborcze SPD na Wilmersdorfie.

Niestety, jak zwykle, zbyt pospiesznie czytam informację na stronie internetowej i już lecę. Wilmersdorfer Strasse o godzinie 15. Jestem, też jak zwykle, za wcześnie i przyjdzie mi poczekać dwie i pół godziny, bo trzeba było wziąć pod uwagę małe słówko na czerwono – “weiterlesen” czyli poczytaj, to dowiesz się więcej. Jakbym poczytała, to bym wiedziała, że ekipa polityków, w tym i Ülker, pojawią się dopiero o 17. Przez 2,5 godziny robi się coraz zimniej, wręcz lodowato, i zaczyna padać. Łażę po sklepach i kawiarniach, w międzyczasie fotografuję. I fotografuję. I fotografuję. I szlag by to trafił, bo gdy wreszcie mogę sobie zrobić zdjęcie z Ülker, aparat się wyładowuje. Dokładnie w tym momencie. A starsza pani, która mi to wszystko załatwiła, nie umie zrobić zdjęcia komórką.

uelkerCholera, cholera, cholera! Zawsze mi się tak przydarza. Nieudacznica połamana! Ülker podpisuje mi się na książce, młodzi ludzie z biura prasowego SPD też nas fotografują i obiecują przysłać zdjęcie, ale czy przyślą? Stoimy jeszcze chwilę koło siebie, rozmawiamy o Radziwiłłach, Ülker zapewnia jakiegoś przysłuchującego się pana, że mogę, ja!, mogę zaświadczyć, że Radziwiłłowie to wspaniała rodzina polska. Pan twierdzi, że nie wątpi, a ja zaczynam się zastanawiać, czy adwokat Claus Radziwill mówi po polsku. Ale już nie mam jak zapytać, Ülker i reszta ważnych osobistości, wraz z szefem frakcji i burmistrzem Berlina lecą pod parasolami na scenę. Będą obiecywać. Klaus Wowereit mógłby obiecać, że zakończy budowę lotniska, ale kto go tam będzie słuchał. Ülker będzie stawiała czoła gentryfikatorom. Daj jej Boże.
A wy, jeśli mieszkacie w dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf, koniecznie ją wybierzcie. Koniecznie!

Dobrze Wam radzę

Ewa Maria Slaska

PS. Isabel Herrmann i Elisa Rabe z biura prasowego Ülker przysłały mi (niezależnie od siebie) zdjęcie!

ich-uelker

Bitwa pod Wiedniem

Dzisiaj 330 rocznica bitwy pod Wiedniem. Z tej okazji fragment pewnej książki, a zarazem porada, co czytać i czego słuchać!  Z polecenia mojej koleżanki Danusi, która już jakiś czas temu zachęciła mnie do tej lektury, z okazji dzisiejszej rocznicy polecam moim Czytelnikom trylogię Imprimatur / Secretum / Veritas. Jest to dzieło pełne tajemnic, a na dodatek wyposażone w płyty kompaktowe z muzyką, o której mowa w tekście. To ważne, bo muzyka jest ważną częścią intryg powieściowych, a odgrywa też pewną rolę w historii słynnej bitwy pod Wiedniem.

R i t a M o n a l d i  &  F r a n c e s c o S o r d i

I m p r i m a t u r

Z włoskiego przełożyła Hanna Borkowska

Pamiętnik
zawierający opis wielu godnych uwagi
wydarzeń, które miały miejsce
w gospodzie „Donzello”
przy via dell’Orso
w roku 1683,
jak również odniesienia do innych faktów,
zarówno wcześniejszych, jak i późniejszych.
Rzym, A.D. 1699

… od wielu (…) tygodni hordy żądnych krwi Turków osmańskich zbliżały się do Wiednia. Oddziały niewiernych kierowały się nieubłaganie (jak wynikało ze zwięzłych sprawozdań, które do nas docierały) wprost na stolicę Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego; zagrożenie, że wkrótce ją zdobędą, było bardzo realne. Broniący jej chrześcijanie wytrzymywali oblężenie jedynie dzięki sile swojej wiary. Wobec braku żywności i broni, pierwszych przypadków dżumy, nękani dyzenterią, gotowi byli w każdej chwili skapitulować.
Powszechnie było wiadomo, że jeśli Wiedeń padnie, oddziały Kara Mustafy przełamią ostatnią przeszkodę na drodze na zachód. Istniało zatem niebezpieczeństwo, że Turcy zaleją całą Europę, siejąc śmierć i spustoszenie. Aby przeciwdziałać zagrożeniu, swoje siły zjednoczyli książęta, monarchowie i wybitni dowódcy, między innymi król Polski Jan III Sobieski, książę Karol z dynastii lotaryńskiej, książę Maksymilian Bawarski, Ludwik Wilhelm z Baden. Wszystkich przekonał i zmobilizował do pomocy oblężonym wybitny obrońca i podpora chrześcijaństwa papież Innocenty XI.
Od dłuższego czasu papież wytrwale zabiegał o to, by zjednoczyć, zebrać i wzmocnić wojska chrześcijańskie. W tym celu stosował nie tylko środki polityczne, ale także finansowe. Z Rzymu nieustannie płynął strumień pieniędzy: ponad dwa miliony skudów dla cesarza, pięćset tysięcy florenów dla Polski i sto tysięcy skudów ofiarowanych przez krewnego papieża, środki ofiarowane przez kardynałów, a także niezwykle hojny dar w postaci dziesięcin na rzecz kościoła z Hiszpanii.
Świętej misji, której podjął się papież, towarzyszyło wiele innych miłosiernych uczynków dokonanych w ciągu siedmiu lat jego pontyfikatu.
Siedemdziesięciodwuletni następca Piotra, urodzony jako Benedetto Odescalchi, świecił przykładem. Wysoki, szczupły, z szerokim czołem, orlim nosem, surowym spojrzeniem, wystającym podbródkiem, wąsami i spiczastą bródką, zyskał opinię ascety.
Innocenty XI był człowiekiem nieśmiałym i powściągliwym, rzadko można było zobaczyć go w mieście w karocy, starannie unikał też wszelkich oznak popularności. Wybrał sobie najmniejsze i najskromniejsze pokoje, w których nie mieszkał dotąd żaden inny papież, unikał też spacerów w ogrodach Kwirynału i Watykanu.
Był tak skromny i oszczędny, że używał ubrań i szat liturgicznych należących do swoich poprzedników. Od dnia elekcji nosił tę samą białą sutannę, coraz bardziej zniszczoną. Zmienił ją dopiero wtedy, gdy ktoś z jego otoczenia zauważył, że wikariuszowi Chrystusa na ziemi nie wypada nosić tak zużytego odzienia.
Papież Innocenty XI położył duże zasługi w dziele zarządzania majątkiem Kościoła. Uzdrowił finanse kamery apostolskiej, które od haniebnych czasów Urbana VIII i Innocentego X były przedmiotem poważnych nadużyć. Zniósł nepotyzm. Jak mówiono, po wstąpieniu na tron papieski poinformował swojego bratanka Livia, że nie uczyni go kardynałem, co więcej, będzie go trzymał z dala od spraw papiestwa.
Poza tym nawoływał wiernych do życia w skromności i obyczajności. Teatry, będące miejscem zbyt swobodnej rozrywki, zostały zamknięte, a zabawy karnawałowe, na które jeszcze dziesięć lat temu zjeżdżali się goście z całej Europy, odwołane. Przyjęcia i koncerty ograniczono do minimum. Kobietom zakazano noszenia zbyt wydekoltowanych na modłę francuską sukien. Oddziały straży papieskiej sprawdzały, czy bielizna susząca się w oknach jest należycie skromna, i sekwestrowały zbyt nieprzyzwoite gorsety i bluzki.

Surowość, zarówno w odniesieniu do finansów, jak i moralności, pozwoliła Innocentemu XI zebrać fundusze na walkę z Turkami i przekazać je wojskom chrześcijańskim.
Wojna wkroczyła właśnie w decydującą fazę. Cały świat chrześcijański zastanawiał się, czy Wiedeń zwycięży, czy poniesie klęskę. Mieszkańcy Rzymu trwożnie spoglądali na wschód, skąd każdego dnia spodziewali się hordy okrutnych janczarów i jeźdźców tureckich, którzy będą poić swoje konie w fontannach opodal Bazyliki św. Piotra.
Jeszcze w lipcu Innocenty XI wyraził chęć proklamowania roku jubileuszowego, aby błagać Boga o pomoc i zebrać większe środki na walkę z Turkami. Skierował uroczysty apel do ludności świeckiej i duchownych o zdwojoną hojność. Odbyła się też wspaniała procesja, w której wzięli udział wszyscy kardynałowie i wysocy urzędnicy kurii. W połowie sierpnia papież polecił, by każdego wieczoru dzwony we wszystkich rzymskich kościołach biły przez jedną ósmą godziny, w intencji wybłagania boskiej pomocy.
W początkach września w Bazylice św. Piotra wystawiono Najświętszy Sakrament, nadając uroczystości bogatą oprawę plastyczną. Wydarzeniu towarzyszył akompaniament muzyczny i oracje. Na osobiste życzenie papieża zakonnicy odśpiewali, a wierni tłumnie zebrani w kościele wysłuchali missa solemnis contra paganos.

bitwa-pod-wiedniem
No cóż, trochę głupio pisać banały, ale chyba trzeba podać informację: Jan Matejko, Sobieski pod Wiedniem, 1833, Muzea Watykańskie

Trash – pierwszy krok do luksusu

Ewa Maria Slaska

trash (5)Mieszkam w Berlinie, mieście, w którym każdy chce mieszkać. Niestety słowo każdy nie oznacza każdego, kto jest taki jak my. Każdy to każdy. Kiedyś, gdy byliśmy biedni, nasz burmistrz – a wtedy był on rzeczywiście “naszym burmistrzem” – Klaus Wowereit powiedział, że “Berlin jest biedny, ale sexy”. A skoro burmistrz tak powiedział, to myśleliśmy, że tym samym potraktował poważnie tę całą międzynarodową kreatywną zbieraninę, która nie ma z czego żyć, ale tworzy. I ma się w Berlinie znakomicie. Goło ale wesoło. Socjolodzy ukuli dla mieszkańców Berlina nazwę “Prekariat kreatywny”. Po prawdzie oznaczało to to samo, co złowieszcze polskie umowy śmieciowe, ale było wesołe.

trash (7) trash (6)Tymczasem wkrótce potem okazało się, że kreatywny prekariat jest awangardą gentryfikacji. To ludzie, którzy szukają nowych miejsc, żeby tam żyć goło, ale wesoło. Biednie czyli seksy. Dziwacznie czyli kreatywnie.  W śmieciach zamiast konsumpcyjnie.

trash (8)Jak znajdą takie miejsce i się w w nim ustabilizują, pojawią się pierwsze wycieczki autobusowe, oferujące w programie zwiedzanie kreatywnego Berlina. Z autobusów wysiądą panie, które kupią sobie torebkę i sukienkę na starociach, podczas gdy panowie w kiosku wypiją jedno lub dwa piwa. Potem pojawi się butik vintage i pseudoludowa knajpka.

trash (4) trash (3)A potem nagle ta sama sukienka w butiku będzie kosztowała 500 euro, a panowie zastanowią się, czy warto zainwestować w połamane krzesło i lampę ze starego roweru, po to, by w ciszy i spokoju móc oglądać codziennie zachód słońca, w czym nie będą człowiekowi przeszkadzali potomkowie hippisów, weganie, menele, pijani artyści i uprawiające agresywne żebractwo dziewczyny z dyskoteki.

trash (2) trash (1) trashGrubi tatusiowie z Teksasu, Omska, Wrocławia i Bombaju kupią swoim dzieciom mieszkania w modnej dzielnicy.

Wiem, co mówię, bo tak się właśnie stało w Berlinie. Najpierw hipsterstwo pożarło środmieście czyli tzw. Mitte, potem Prenzlauer Berg i Friedrichshain. Następny padł ofiarą Kruezberg, teraz  na naszych oczach moloch połyka Neukölln i zaraz zabierze się za Wedding i Moabit.  Z centrum przenosimy się coraz dalej, a oni idą za nami i patrzą, gdzie teraz rozbijamy namioty i meblujemy życie w trashu. Za 20 lat już nas tu nie będzie. Za 20 lat już tu będą oni.

trash (9)
IMG_6461-kleinZdjęcia – Thomas.

Poetry – Poezja – Poesie / Shakespeare

361px-Romeoandjuliet1597W sprawie much / about flies / von Fliegen

Romeo & Julia

ROMEO:
‘Tis torture, and not mercy. Heaven is here,
Where Juliet lives; and every cat and dog
And little mouse, every unworthy thing,
Live here in heaven and may look on her;
But Romeo may not. More validity,
More honourable state, more courtship lives
In carrion flies than Romeo. They may seize
On the white wonder of dear Juliet’s hand
And steal immortal blessing from her lips,
Who, even in pure and vestal modesty,
Still blush, as thinking their own kisses sin;
But Romeo may not- he is banished.
This may flies do, when I from this must fly;
They are free men, but I am banished.
And sayest thou yet that exile is not death?
Hadst thou no poison mix’d, no sharp-ground knife,
No sudden mean of death, though ne’er so mean,                        1st Page of 1st Edition
But ‘banished’ to kill me – ‘banished’?
O friar, the damned use that word in hell;
Howling attends it! How hast thou the heart,
Being a divine, a ghostly confessor,
A sin-absolver, and my friend profess’d,
To mangle me with that word ‘banished’?

Romeo_and_juliet_brownFord Maddox Brown (1821 – 1893), Delaware Art Museum

ROMEO:
To jest tortura, nie łaska. Tu niebo,
gdzie Julia żyje; kot każdy, pies każdy,
Nawet mysz drobna, która tutaj żyje,
Przebywa w niebie mogąc na nią patrzeć.
A ja nie mogę? Więcej więc wartości,
Więcej znaczenia, więcej szczęśliwości
Muchy mieć mają niż ma ich Romeo?
Im wolno siadać na przeczystej dłoni,
Na wargach Julii kraść najczystsze szczęście
Z tych ust dziewiczych pełnych pocałunków
Niedopełnionych; mnie tego nie wolno,
Bom jest wygnany. Muchom więcej wolno…
One swobodne, ja jestem wygnany. […]

Przełożył
Jarosław Iwaszkiewicz

Francesco Hayez (1791 – 1882), Villa Carlotta, Tremezzo

Romeo_and_juliet_hayez***
ROMEO:
Nein, Folter; Gnade nicht! Hier ist der Himmel,
Wo Julia lebt, und jeder Hund und Katze
Und kleine Maus, das schlechteste Geschöpf,
Lebt hier im Himmel, darf ihr Antlitz sehn;
Doch Romeo darf nicht. Mehr Würdigkeit,
Mehr Ansehn, mehr gefällge Sitte lebt
In Fliegen als in Romeo. Sie dürfen
Das Wunderwerk der weißen Hand berühren
Und Himmelswonne rauben ihren Lippen,
Die sittsam in Vestalenunschuld stets
Erröten, gleich als wäre Sünd ihr Kuß.
Dies dürfen Fliegen tun, ich muß entfliehn;
Sie sind ein freies Volk, ich bin verbannt.
Und sagst du noch, Verbannung sei nicht Tod?
So hattest du kein Gift gemischt, kein Messer
Geschärft, kein schmählich Mittel schnellen Todes,
Als dies “Verbannt”, zu töten mich? Verbannt!
O Mönch! Verdammte sprechen in der Hölle
Dies Wort mit Heulen aus; hast du das Herz,
Da du ein heilger Mann, ein Beichtiger bist,
Ein Sündenlöser, mein erklärter Freund,
Mich zu zermalmen mit dem Wort Verbannung?

Übersetzt von August Wilhelm von Schlegel

Dlaczego Kresy?

Roman Brodowski

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, powinienem najpierw odpowiedzieć na inne, a mianowicie – czym były i czym są (do dzisiaj) dla wielu z nas, dla mnie – Kresy?
Dzisiaj, coraz częściej dla większości Polaków, zwłaszcza tych z najmłodszych pokoleń słowo „kresy“ nie oznacza niczego szczególnego, poza tym, że odnosi się do terenów przygranicznych byłej Rzeczpospolitej, leżących obecnie poza jej terytorium, zarówno na Wschodzie jak i na południu (Zaolzie), oraz że używane jest w pojęciu sensu stricto historycznym, geograficznym, politycznym oraz mentalnym. Fakt ten świadczy o małej wiedzy historycznej społeczeństwa i braku zainteresowania tymi, jakże bliskimi dla tysięcy naszych rodaków, terenami, będącymi często kolebką ich rodów, miejscem ich dzieciństwa, czy też dawno opuszczonym gniazdem, po którym pozostały tylko wspomnienia.
Pradziadkowie 2Wiedzą historyczną dotyczącą Kresów niech zajmują się historycy (ale tylko ci obiektywni, rzetelni). Politycy niech nie przeszkadzają w szukaniu społecznego porozumienia pomiędzy tymi którzy na kresach dawno temu żyli, a tymi którzy dzisiaj te tereny zamieszkują, lecz niechaj im w tym pomagają. A poeci, pisarze…, niech piszą o tej kresowej ziemi, o jej mieszkańcach, ich kulturze, tradycji, patriotyzmie. Niech utrwalają w swoich wierszach, poematach, powieściach, piękno przyrody i architektury. Niech przekażą swoim czytelnikom swoje emocje, swoje oddanie, swoje uczucia…, na pamiątkę dla przyszłych pokoleń.

Na Wołyniu byłem tylko raz, i to przed wielu laty. Pamiętam ziemię łucką jak przez mgłę. Może to i dobrze, że dzisiaj nie szukam w przeszłości tamtych emocji, towarzyszących mi podczas podróży po terenie, który czasami pojawiał się we wspomnieniach moich odeszłych już przodków, a który podobnie jak oni, dzisiaj istnieje już tylko w moich sentymentalnych emocjach.
Tak jak po moich przodkach pozostały, znaczone przez czas, kamienie na cmentarnych kopcach, tak i w dalekim, ukraińskim (od lat), pejzażu Wołynia, po starym przysiółku z drewnianym dworkiem, postawionym na kamiennej podmurówce, pozostało kilka obrośniętych mchem granitowych brył oraz resztki zmurszałej studni – niemi świadkowie dawnej świetności.

Siosta pradziadkaCzasami, kiedy zamknę oczy, wydaje mi się, że widzę tamten czas, dramat moich przodków i tysięcy im podobnych, zmuszonych do pozostawienia swoich gniazd, do ucieczki (najpierw) z zaboru rosyjskiego, do innych zaborów w obawie przed zsyłkami, potem (w okresie późniejszym) w głąb świeżo odrodzonej Drugiej Rzeczypospolitej, przed komunistami, aż w końcu w okresie wojennym i powojennym do Polski, przed ukraińskimi „sąsiadami“. Wydaje mi się wówczas, że czuję tamtą atmosferę, głosy tamtych ludzi, ich płacz i ich śmiech, ich siłę i niemoc, ich miłość i nienawiść, ich szarą uwikłaną w naszą historię, rzeczywistość.

Nasz rodowy exodus rozpoczął się już w 1906-7 roku, kiedy to mój pradziadek, wraz z młodą żoną oraz pięcioletnim wówczas dzieckiem (po latach moim dziadkiem) musiał uciekać przed carską policją, po tym, jak podczas rewizji znaleziono u niego „bibułę“ międzynarodówki socjalistycznej. Co prawda pradziadek nigdy nie należał do żadnej organizacji lewicowej, a ulotka mogła być pozostałością po jednym z gości, których zgodnie z zasadą „ gość w dom, Bóg w dom“ przewijało się wielu, to jednak za posiadanie tego typu druków (nawet nieświadomie) groziło zesłanie na Sybir. Na szczęście, podczas rewizji pradziadka nie było w domu, co uchroniło go przed katorgą, ale skazało na ucieczkę. Osiedlił się z rodziną w Radomiu, gdzie mieszkał aż do uzyskania przez Polskę niepodległości. W 1925 roku przeprowadził się do Lublina, gdzie rok później przyszedł na świat mój ojciec.

Na Kresach pozostała jeszcze jego siostra i rodzice, którzy musieli również uciekać do Polski. Tym razem przed bolszewizmem i oprawcami z czerwoną gwiazdą na sztandarach, niosącymi wyzwolonym spod kapitalizmu narodom swoją ideologię, śmierć oraz nienawiść do tak zwanych kułaków i (jak to oni nazywali) burżuazji, począwszy od najdrobniejszej szlachty zaściankowej, a na rodach magnackich skończywszy. Było to w styczniu 1919 roku, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej i zajęciu części Wołynia przez bolszewików.

Tak – dla nas Polaków ziemia wołyńska, ostatnie (powiedzmy) dwieście pięćdziesiąt lat, począwszy od zaborów, a na rzezi dokonanej podczas ostatniej wojny na ludności polskiej, skończywszy, stała się ziemią przeklęta, ziemią użyźnioną polską krwią, polskimi łzami, polską tragedią. Tej ziemi ze względu na pamięć naszych przodków nie wolno nam nigdy zapomnieć.
Nie oznacza to jednak, że mamy wypominać i szukać pomsty. Wprost przeciwnie. Dzisiaj musimy poszukiwać tego, co łączy, a nie dzieli, co chroni, a nie naraża, co pozwala żyć w pokoju i w spokoju sumienia, a nie wyzwala nienawistne emocje.
Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak wiele czasu poświęcam Kresom? Może dlatego, by spłacić dług wdzięczności moim przodkom, dzięki którym jestem, kim jestem. To dzięki ich informacjom, zapisanym w genach, poczułem sympatię do ich gniazda i silną więź z tymi, o których zwykliśmy mówić – Kresowiacy.
To prawda, – jestem genetycznie spłodzonym Kresowiakiem. Odnalazłem swoją kresową tożsamość i jest mi z tym dobrze.

Berlin, 2013

Tyle po nich zostało

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia
Kolejnego aktu prawdy

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi
Na której kwitło życie
Rodzi ocet w owocach.

Stary zwalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark
Trwa w pozie żebraczej

Gliniany pusty dzbanek
Leżący obok krzyża
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu

A Mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Wciąż prosi o proste psalmy
W intencji dawno odeszłych

I tylko w starym dębie
Niby duchy przeszłości
Wołają głosy sumienia
Których dziś nikt nie słyszy

Tyle po Nich zostało,
Ile pozostało ich w nas

Wiersz poświęcam miejscom na Wołyniu, w których kiedyś kwitło życie, a które pozostały dzisiaj tylko w ludzkiej pamięci
Berlin, listopad 2010

Serce dla Grodna

Stanąłem bosymi stopami
Na skąpanym w słońcu
Złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna.

W niespokojnym nurcie,
Jak w otwartej księdze,
Zobaczyłem przeszłość
Zapisaną znakami czasu.

Historię ludzkiego losu
Na wieczność połączyła,
W niezmiennym korycie,
Kresowa, wierna rzeka.

I to miasto, wspaniałe,
Jak zawsze dumne,
Nasiąknięte duchem
W sercach zrodzonej
Naszej polskiej kultury.

Na każdym rogu ulicy,
W każdej otwartej bramie,
Gościnne słowa grodzian,
Polskojęzyczne – witamy!

Odcisnąłem bosymi stopami,
Na złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna,
Znak mojego „ jestem”
Moją małą, polską tęsknotę.

Berlin 04.12. 2008

A nad Bugiem…

A nad Bugiem unosi się mgiełka
I nikt nie pyta do kogo należy
Po jednej stronie płacząca wierzba
Po drugiej zapach rosnącej macierzy.

Nad brzegami słońce leży cieniem
I nikt promieni o paszport nie prosi
Po jednej stronie ptaki wiją gniazda,
Po drugiej…, stada żubrów, łosi.

Zaś w jego lustrze niebo się przegląda
Nikt mu nie zabrania, całe lustro wolne.
Po jednej stronie księżyc srebrny płowy
Po drugiej gwiazdy, niby wojsko polne.

I tylko melodia z każdego brzegu inna
Nikt jej nie może zagłuszyć, wyciszyć
Po jednej stronie tęsknota za Polską
A po tej drugiej, polską mowę słyszysz.

Berlin, 27.09.2009

Wilno

Te małe, brukowe uliczki
Żywe w słowie wieszcza
Kamienie nieco wytarte
Po którym stąpał Adam
Ku swojej wielkiej sławie
Pachnące duchem epoki.

Ta „Ostra święta Brama”
Ostoja Panienki Wileńskiej
Schody nieco skrzypiące
Od wieków takie same,
Niosące radość wiernym
Spieszącym ku światłu.

Te polskowierne kościoły,
Domy spowite modlitwą.
Miejsca wiecznej ciszy
Gdzie czasem słychać głosy
Szeptu dawnej już historii,
W psalmach dziękczynnych.

I ten grób pośród Krzyży.
Napis na czarnej płycie
-„Matka i Serce Syna” –
Ten śpiący snem pokoju
Symbol polskiego świtu,
Twórca naszych Legionów.

Jakże znaną polszczyzną
Rozmawia historia Wilna
Karmiąc chlebem wiślanym,
Pachnąc maciejką po zmroku
Lub jaśminem o poranku.
Powtarzając z tęsknotą.
„Panno, co jasnej bronisz…”

I to jest właśnie Wilno.

Berlin, 11.03. 2009

Krawaty / Krawatten

P1170191To drzewo krawatów jest dziełem Artusa Unival i umieszczone zostało przez artystę na Böhmischer Platz w Berlinie jako zachęta do dziwienia się – za mało się dziwimy, stwierdził Unival i powiesił na wieszaku 777 krawatów. Są one jednak również protestem. “Krawat symbolizuje człowieka władzy – bankiera, menadżera, inwestora. To oni sprawili, że Berlin, a teraz akurat okolica Richard Platz pada właśnie ofiarą gentryfikacji”.

Artus Unival hätte gern, dass Menschen sich mehr wundern, Dinge wieder infrage stellen. Also hat er in Berlin-Neukölln Krawatten aufgehängt. „Der Schlips sei Metapher für Machtmenschen wie Manager, Politiker und Immobilienmakler. Denen haben wir zu verdanken, dass die Mieten steigen und die Gentrifizierung auch in Rixdorf angekommen ist“.

P1170192O gentryfikacji Berlina już tu pisałam, bo sama padłam jej ofiarą. Pisałam też już o tej ślicznej niezwykłej dzielnicy naszego miasta, zwanej Rixdorf czyli Ryszardowo. Ponieważ jednak tekst ukazał się na moim poprzednim blogu, pozwolę go tu sobie jeszcze raz zamieścić.

P1170193Rixdorf ma też drugą nazwę – Czeska Wioska – Böhmisches Dorf. Gdy w zeszłym roku postanowiłam ją (po raz kolejny zresztą) opisać, pojechałam zobaczyć, co się w Czeskiej Wiosce przez lata zmieniło. Zaczęło się od rozczarowania, bo nie znalazłam szyldu z nazwą ulicy “Mala ulica”. NIE BYŁO! Och, Los naprawdę bywa paskudny.

Rixdorf6_KirchgasseCS

To właśnie była, w czasach braci morawskich i do niedawna (znowu) “Mala ulica”.

Podobno na ów szyld wjechał samochód i go zniszczył. Tak mi powiedziały panie w starej szkole braci morawskich, gdzie od kilku lat mieści się muzeum. Poza tym na Rixdorfie niewiele się zmienia.  Będzie inaczej jak na dobre wejdą gentryfikatorzy, a za nimi ich bogaci sponsorzy. Unival już to czuje, ja, człowiek z zewnątrz, jeszcze nie.

“Rixdorf czyli Ryszardów to jedna z licznych wsi berlińskich – i proszę mnie nie poprawiać! – berlińskich a nie podberlińskich. Jak każde wielkie miasto tak i Berlin rozrastał się, pożerając okoliczne wioski i miasteczka, ale w Berlinie ta ongiś wiejska struktura wcale nie zaniknęła.  Kilkanaście dzielnic Berlina nosi wiejskie nazwy, a wcale często są to rzeczywiste wioski zakonserwowane wewnątrz organizmu miejskiego: Britz, Rudow, Wittenau, Reinickendorf, Lübars, Glienicke, Kladow, Zehlendorf, Dahlem… Centrum takiej miejskiej wioski jest mały kościół z cmentarzem, rozległy plac ocieniony wielkimi drzewami, wioskowa knajpa, zwana zazwyczaj “Krug” czyli dzbanek, pobliski dwór i kilka lub kilkanaście niewielkich domów, ni to wiejskich ni miejskich.
Rixdorf leży w samym sercu Nowej Kolonii czyli dzielnicy Neukölln, nazywał się kiedyś Richardsdorp i został założony w średniowieczu przez mnichów-rycerzy z zakonu Joannitów, do których należało prawie całe dzisiejsze Neukölln, podobnie jak pobliski Tempelhof należał do Templariuszy. Jednakże Rixdorf w swej dzisiejszej postaci powstał kilkaset lat później, dokładnie 14 czerwca 1737 roku, kiedy to król Fryderyk Wilhelm osadził tu uciekających z Czech przed prześladowaniami braci morawskich. Nadał im ziemię, prawo budowy miasta i zagwarantował wolność religijną.

Rixdorf1755

Tak na marginesie nasuwa się uwaga, że państwo pruskie, które w historii Polski tak źle się zapisało, cechowała nie pozbawiona wprawdzie kupieckiej kalkulacji, ale jednak znamienna tolerancja. Kolejni królowie pruscy przygarniali pod swe opiekuńcze skrzydła różnych prześladowanych: starowierów czyli filiponów na Mazurach, hugonotów i braci czeskich czyli morawian w Brandenburgii. Rixdorf do dziś nazywa się w języku ludowym “czeską wioską” (böhmisches Dorf), co zresztą miało ongiś pejoratywny wydźwięk. Wioska czeska (podobnie jak zamek w Hiszpanii) była z jednej strony synonimem polskiego zamku na lodzie, z drugiej jednak czegoś dziwacznego i nieznanego, istnieje też określenie “böhmisch einkaufen” – kupować po czesku czyli… kraść.

Jeżeli chcemy zwiedzić Rixdorf, musimy dojechać linią metra numer 7 do stacji Rathaus Neukölln i stąd pójść na piechotę Richardstrasse do Richard Platz. U wejścia na Richardstrasse wisi szyld: Rixdorf. Po drodze miniemy maleńki kościółek braci morawskich – uwaga! wcale nie wygląda jak kościół, tylko jak piętrowy domek XVIII-wieczny z wolnostojącą drewnianą dzwonnicą. Pastor Krebs – doktor historii – jest wielkim przyjacielem Polaków, zajmuje się historią kościołów w Europie Wschodniej i … gra na rogu. O 10 rano w niedzielę można przyjść na mszę i w małej salce, która służy jako kaplica przeczytać po czesku maksymę Jana Husa, patrona morawian: Verny křestane hledej pravdy, slyš pravdu, uč se pravdě, miluj pravdu, prav pravdu, drž pravdu, braň pravdu až do smrti.
Nic dodać, nic ująć!

Od Richardstrasse odchodzi wąski i długi zaułek zwany dziś Kirchengasse, który, jak głosi tablica, do roku 1912 nazywał się po czesku “Mala ulica”. Na zakręcie Małej ulicy stoi budynek parafialny i szkolny braci, dziś już nie używany w tej funkcji, a przed nim pomnik dobrego króla Fryderyka Wilhelma-Dobroczyńcy, wzniesiony przez wdzięcznych potomków uciekinierów. Na rogu Małej ulicy i Richardstrasse – kamień pamiątkowy ku czci Comeniusa-Komeńskiego, najważniejszego przywódcy duchowego morawian. Richardstrasse dochodzimy do wielkiego placu, ze znakomicie zachowaną i do dziś czynną kuźnią. Na południowej pierzei placu znajduje się niemal równie stare przedsiębiorstwo wynajmu powozów i kolejny kościół, tym razem ewangelicko-luterańsko-morawski. W sumie w maleńkim Rixdorfie jest 7 różnych parafii – dwie większe: katolicka i ewangelicka i aż 5 różnych tzw. wolnych kościołów protestanckich.

Z Richard Platz przez Karl-Marx-Platz wracamy do ‘normalnego’ miasta. Na zakończenie niedzielnego spaceru możemy zjeść ‘brunch’ w ‘Cafe Rix’, najładniejszej knajpce w całym Neukölln (Karl-Marx-Str. 141) albo, kawałek dalej i cztery razy taniej, kupić sobie pierwszego w Berlinie jarskiego kebaba.”

17 czerwca 2012 roku, Rixdorf obchodził 275 lat istnienia.

Tekst został opublikowany latem 2012 roku na blogu Qra czyli Nowa Kura, kuchnia i kultura. Blog już nie istnieje.

Zdjęcia krawatów i pomysł na wpis: Dorota Cygan, tekst i zdjęcia z czeskiej wioski: Ewa Maria Slaska

5774

Schanah towah! Shanah Tovah & Hag sameach!Gutes neues Jahr! Good Year! Gut Johr!
Schanah towah umetukah! Gutes und süßes neues Jahr!
A Good and Sweet Year.
Radosnego i spokojnego świętowania!

Leschana towa tikatewu!
Möget ihr eingeschrieben werden (ins Buch des Lebens) für ein gutes Jahr!
May you be inscribed (in the Book of Life) for a good year.
Abyście byli zapisani na dobry rok

5770

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

Gierymski_Feast_of_trumpets_IAleksander Gierymski, Święto trąbek I (1884), Muzeum Narodowe w Warszawie

Poetry – Poezja – Poesie / Seamus Heaney

Seamus Heaney. Received the Nobel Prize for Literature in 1995. Two years ago he died in age of 74.

Do we know his poetry? Says it us something, when reading, that “Irish prime minister Enda Kenny compares him to Joyce, Yeats, Shaw and Beckett”. Prime ministers are obliged to says things like that. Or like taht: “His poetry detailed Ireland’s rural past and its violent sectarian strife”.

What we know about Ireland at all? Green green are the fields of Ireland. Stone churches. Elves. Bombs. Big famine. Saint Patrick Day. Blommsday. Green. Joyce. Rain. Rain. Rain.

Rain. Big famine. Potatos in a hand of father. The cold smell of potato mould.

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

***
Kopać

Pomiędzy kciukiem a wskazującym palcem
Tkwi przysadziste pióro; jak spluwa w garści.

Pod oknem przenikliwie zgrzyta
Wbijana w piach i żwir łopata –
To ojciec, kopie. Ja z góry patrzę

Aż jego naprężony wśród rabatek grzbiet
Zegnie się – i podniesie młodszy o dwadzieścia lat
I będzie się pochylał w rytmie kartoflanych bruzd,
Gdzie chodził kopać.

But stawiał na krawędzi, trzonek
Oparty o kolano był mocną dźwignią.
A on obrywał łęty, wbijał błyszczące ostrze
I wysypywał młode kartofle, któreśmy zbierali –
Lubiliśmy ich twardość oraz chłód.

Bóg świadkiem, staruszek umiał trzymać szpadel.
Tak jak i jego ojciec.

Tyle torfu co dziadek w jeden dzień
Nie wyciął żaden kopacz na Tonerowym bagnie.
Kiedyś zaniosłem mu butelkę mleka
Zakorkowaną byle jak papierem. Przerwał
Żeby je wypić, i dalejże znakować torf
I ciąć na równe kostki, i rzucać darń
Za siebie, i schodzić coraz głębiej
Po dobry torf. I kopać.

Ten zimny zapach kartofliska, plaskanie i chlupoty
Namokłego torfu, i ciach-ciach przecinanie
Żywych korzeni, to wszystko staje przed oczami.
Ale ja nie mam szpadla, żeby robić to, co oni.

Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym
Tkwi przysadziste pióro.
Nim będę kopać.

Przełożył Piotr Sommer

***
Graben

An Daumen und Finger schmiegt sich sehr
Stämmig die Feder; fest wie ein Gewehr.

Ein sauberes Scharren klingt zu mir herein.
Ein Spaten dringt in kiesigen Boden ein:
Mein Vater beim Graben. Ich guck, bis sein

Angespannter Rumpf zwischen den Blumenbeeten
Sich beugt, sich wieder hebt vor zwanzig Jahren:
Sein Auf und Ab in Kartoffelfurchen,
Wo er damals grub.

Der grobe Stiefel trat das Blatt, der Stiel,
Innen ans Knie geschmiegt, hebelte wuchti.
Er stemmte hohes Kraut um, rammte den blanken Szahl
Und legte neue Knollen bloß. Wir lasen sie,
Liebten die kühle Härte in unseren Händen.

Bei Gott, der Alte wußte den Spaten zu führen.
Genau wie sein Alter.

Großvater stach mehr Torf an einem Tag
Als irgend jemand sonst in Toners Moor.
Einmal brachte ich ihm eine Flasche Milch,
Nur mit Papier verpfropft. Er reckte sich.

Trank aus, und dann legte er sofort wieder los,
Hob sauber zugeschnittene Soden ab, warf sie
Über die Schulter, bohrte sich tief und tiefer,
Bis hin zum guten Torf. Er grub.

Der kalte Duft von Humus, der Quaatsch und Schmatz
Durchweichten Torfs, das Hacken einer Schneide
In Wurzelfleisch werden in mir wach.
Doch um ein Mann wie sie zu sein, fehlt mir der Spaten.

An Daumen und Finger schmiegt sich sehr
Stämmig die Feder.
Mit ihr werde ich graben

übersetzt von Giovanni Bandini und Ditte König /Ausgewählte Werke, Carl Hanser Verlag 1995

Wałęsa

Ewa Maria Slaska

walesa
Wiem, zaraz ktoś na mnie naskoczy, przypomni, co każdy musi wiedzieć, że to ubek i chudy bolek, i jak mogę o nim w ogóle pisać? Bo jeśli już mi się oberwało za Tuwima, a co by było? co będzie, jak zaproponuję coś Gałczyńskiego? nie daj Bóg sobie wyobrażać, to co się stanie teraz, skoro zamierzam napisać o Wałęsie. I śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale muszę, staram się patrzeć uczciwie na moje, na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karamaniolę na ulicy.

Oczywiście byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Oczywiście znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać, że “Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci” i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karamaniolę w pamiętnym roku 1789, niedługo potem położyli głowy pod gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie. Dlatego – mimo iż podejrzewam, że film będzie marny, dziś, 33  lata później, wciąż cieszę się, że Wajda nakrącił ten film. Bo “Wałęsa (to był wówczas dla nas i dla świata wegetującego pod sowieckim butem) człowiek z nadziei”.

Do zwycięstwa trzeba nam odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi.
Georges Jacques Danton (1759–1794) – adwokat francuski, znakomity mówca, jeden z organizatorów i przywódców rewolucji francuskiej.

Ogród króla świtu

Trzydzieści lat tego nie słyszałam. Słuchałam jak się ukazało. Był rok 1983. Marek Biliński pomógł nam wtedy w ciężkich, smutnych, beznadziejnych czasach. Już sam tytuł płyty przypominał, że świat to nie tylko ocet, liście laurowe, puste sklepy, gołe haki, śmierdzące jajka i szare papierowe torebki. Ogród króla świtu, jakie to było piękne, pamiętacie?


Viola znalazła w internecie i udostępniła taką wersję “Tańca w zaczarowanym gaju”:
“Po kilkunastu bezowocnych próbach, w miarę poprawnego zagrania tego utworu, bateria w aparacie skapitulowała… Zamieszczam zatem z klipem, w którym główną rolę gra Polina Semionowa… Oryginalnie zatańczyła do piosenki Herberta Grönemeyera — Demo (Letzter Tag). W moim odczuciu jednak, lepiej “komponuje się” z utworem Marka Bilińskiego…
Aranżacja i wykonanie na instrumencie Yamaha PSR-S710 – styl własny.
Miłego odbioru Wam życzę… 🙂
Piotr Zylbert.
Utwór – Taniec w zaczarowanym gaju pochodzi z płyty: Ogród króla świtu z 1983 r.”