Nie lubię poniedziałku

Dorota Cygan 

„Nie lubię poniedziałku“ – dla Polaka takie westchnienie jest odniesieniem nie tylko do uniwersalnych ludzkich doświadczeń, ale – no, do czego, Drogi Czytelniku? Wiemy, wiemy, banalne pytanie, ten tytuł ma pewnie swoje miejsce w zbiorkach Skrzydlatych słów albo leksykonach pospolitych westchnień/ przekleństw – i nic na to nie wskazuje, by kiedykolwiek straciło swoją aktualność. My przewrotnie pomyślałyśmy, że nasz ostatni wspólny poniedziałek (26 sierpnia) będzie dobrą okazją, żeby dokonać małej aktualizacji: Tak, jak kiedyś reżyser wspomnianego filmu chciał pokazać najładniejsze zakątki Warszawy (w roku 1971!), tak my Wam pokażemy subiektywny wybór co ładniejszych zakątków Berlin,  uchwycony podczas malej przejażdżki statkiem owego poniedziałku 2013 roku. Bo łatwo się domyślić, że to przed poniedziałkiem właśnie schroniliśmy się na statku i udaliśmy się w mały Rejs, (a to akurat cytat niezamierzony, proszę nie iść tym tropem), choć istniał tez i inny, bardziej uroczysty powód, którego nie ma po co  zdradzać (uwaga, ci co znają niemiecki już i tak wiedzą!) Mamy wcale niemałe wewnętrzne przekonanie, ze wpis ten da Wam dobry argument dla pracodawcy, żebyście każdy następny poniedziałek spędzali w Berlinie. Nie ma wyjścia, skoro tak jak my nie lubicie poniedziałku.

To wszystko (przewodnik po Berlinie = widziany z wody) BĘDZIE, niechybnie w następnym wpisie. Jako doświadczeni uczestnicy rynku produktów kultury wiemy jednak, że koniecznie trzeba wyprodukować mały zwiastun, żeby Wam zaostrzyć apetyt. To więc to, co przeczytacie dzisiaj, temu właśnie (zwiastowaniu? oj, może nie aż tak) służy – i zupełnie nie jest nam z tego powodu głupio.

Dzisiejszy mini-fotoreportaż ma tytuł:

My berlińczycy w czasie pracy.

No, i znów wyszedł w połowie niemal cytat. To niech to będzie zagadka. Kto pamięta? Kto sięgnie do pamięci i jakoś skomentuje? Nie bądźcie tacy, napiszcie coś. Jedna z uczestniczek tej poniedziałkowej przejażdżki w tym wydarzeniu nawet maczała palce, więc będzie jej bardzo miło…

reporterkaDobrze, ale teraz już będzie na temat.

Na pozór wszystko wygląda na wakacyjną ściemę. Ale nie! Berlińczycy działają! Zjednoczeni w tym działaniu i jak rzadko zgodni polscy i niemieccy berlińczycy, a także inni, ci z domieszka protestanckiej etyki pracy lub, jak kto woli,  benedyktyńskiej. Działają!

Jako fotoreporterzy, niestrudzenie chwytając życie na gorąco. Ciągi obrazów układają się im potem w historie. A wszystko to dla Was.

P1170308Akredytacje zdobywają dzięki Instytutowi Polskiemu, finansowanemu przez… (nie powiemy, to nie jest tekst sponsorowany!)

P1170307W ciężkim upale jedni prowadzą rozmowy biznesowe, a  inni testują działanie promieni słonecznych w warunkach eksperymentalnych.

P1170302Podróżując statkiem, dzięki niecodziennej perspektywie na Tränenpalast zbierają materiał na researching na temat granic, ich przekraczania oraz wolności jednostki pływającej.

P1170301Jako poważni inwestorzy patrząc z pozoru na fasady dokonują wyboru miejsc pod siedzibę biur, mając na uwadze zwłaszcza tworzenie miejsc pracy.

P1170297Zasilają kasę miasta pozwalając zarobić armatorowi.

P1170296P1170290Szukając wątków polskich odkrywają działalność konspiry: zakamuflowane polskie flagi jako znak, że nasi zdobyli już niejeden przyczółek stolicy Niemiec.

P1170294Odbywają bilateralne spotkania orientacji proekologicznej.

P1170292 P1170293Biorą udział w castingach do nowej wersji Rejsu, poprawnej politycznie, być może w kooperacji z zagranicą.

P1170289Zbierając materiały na konkurs fotografii architektonicznej są gotowi powtarzać przejażdżkę nawet poza poniedziałkami, by ujęcie było perfekcyjne.

integracjaAle ponad wszystko z wielkim zaangażowaniem udzielają się w ramach działalności aktywizującej polsko-niemiecko-berlińskie spotkania interkulturowe, przy soczku lub kawie, a czasem też przy piwie, czego reporter, dziwnym trafem, nie uchwycił.

Nie zapominajmy: berlińczyk pracuje zawsze. Nawet gdy okoliczności temu przeczą.

Zwłaszcza w poniedziałek. 

Zdrój

Lidia Głuchowska

Zdrój  and the Poznań Expressionism

The periodical Zdrój. Dwutygodnik poświęcony sztuce i kulturze umysłowej (The Source. Bi-weekly dedicated to arts and intellectual culture), was the most efficient Expressionist publication and the first avant-garde magazine in Poland. It was published in Poznań, the capital of western Poland, prior to the state’s regaining its sovereignty after being divided for123 years between Prussia, Russia and the Austro-Hungarian Empire. Printed by the Ostoja Publishing House from April 1917 to December 1920, Zdrój made 68 issues in 13 volumes, which, though planned as a monthly, closed down in 1922 after the publication of one issue (as vol. 14). The print-run rose to 1,500 copies and thanks to representative offices in Warsaw, Kraków, and Lvov (Lwów, Lviv), it reached a nationwide readership. It had the most extensive international contacts among the early avant-garde Polish reviews; nevertheless, the term ‘Poznań Expressionism’ associated with it wrongly limits its impact to a local phenomenon.

The editor-in-chief of Zdrój, Jerzy Hulewicz was a printmaker, painter, novelist, and dramaturge. For over a year, however, the magazine was informally led by Stanisław Przybyszewski, the Nestor of the Polish avant-garde, who enjoyed ambivalent fame as a ‘genius Pole’ and Satanist in turn-of-the-century Berlin. Later, as the editor of the art magazine Życie, he transferred the ideals of German and Nordic modernism to Kraków. From mid-1917, first covertly and then openly, he exerted a powerful influence on the programme and structure of Zdrój. Each editorial was followed by poems, prose, translations, articles about art and philosophy, as well as ‘Miscellanea’, comprising reviews, correspondence with readers, and socio-political polemics. As a local cultural centre Zdrój held eight ‘matinées’ and ‘soirées’, musical concerts and open lectures, some of which were repeated in Warsaw and Lvov.

The art profile of the magazine evolved over distinct stages. During the first year, under Przybyszewski’s influence, the magazine was somewhat eclectic. It promoted the epigone stylistics of so-called ‘Young Poland’ and its ideals of ‘l´art pour l´art’. This was appropriate to the ‘unpoetic district’ of Poznań which, under German rule, was reluctant to adopt new trends and was regarded as provincial. Therefore, Zdrój initially asked for the cooperation of some older literary authorities like Wacław Berent and Jan Kasprowicz, while the magazine’s graphic design was dominated by Art Nouveau.

Zdroj KubickiThe heroic era of the magazine’s existence, and the second most intriguing stage of its history, was ushered in by the ‘palace revolution’ of April 1918, instigated by the Bunt (Revolt) group (1917-22). This consisted of the artists Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki, August Zamoyski, the poet Adam Bederski, and the trio of Margarete and Stanisław Kubicki and the editor Hulewicz, who all three aired their views in texts and art works. The group published Zeszyt Buntu, which promoted early avant-garde tendencies, usually defined in Zdrój by the cover term ‘Expressionism’, first used in 1917.

Kubicki, the ‘spiritus rector’ of the group’s radical wing, proclaimed a collective declaration of the Bunt in his aphoristic credo, ‘Notes’:

I. Art has nothing in common with the concept of ‘beauty and goodness’ (kalokagathia) …. We are far removed from the aesthetic game …

II. The fight is on, not for images of aesthetic issues but for MAN and for our DAY  (it will come) against the sordidness of your day ….

III. WE are Art.

ZdrojKubickaThe group’s appeals affirmed activism and the identification of art and life, and as in other avant-garde manifestos, were of a performative character oriented towards interaction with the audience. Their main ideas were presented during meetings accompanying the first exhibition of the Bunt group, held amidst a moral scandal. The Jury of the Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych (Society of Friends of the Fine Arts) had prohibited the exhibition of two ‘obscene’ works by Zamoyski and Szmaj. Residents of Poznań were ambivalent towards Expressionism. They associated it both with German art and also with the German occupation. For the Bunt group, a revolutionary movement operating without institutions, and emphasising the role of ethics rather than aesthetics, it was a pars pro toto of modernity, perpetuating a myth of a ‘new art’ for a ‘new man’.

The linocuts appearing in the magazine were shocking in their use of contrasting black-and-white surfaces and primitivist deformation. Apocalyptic in Skotarek’s prints, examples of organic abstraction by Jerzy Hulewicz, Kubicka, and Zamoyski or Kubicki’s geometrical abstraction were a complete novelty. The explosive synergy of word and image, typical of avant-garde periodicals, highlighted the programmatic attempt to ‘épater le bourgeois’.

Like the Berlin periodicals, Die Aktion and Der Sturm Zdrój engaged in publications, exhibitions, lectures, music events, and the production of a series of postcards. It also included translations from Die Aktion and undertook joint publishing and exhibition projects, inspired by the Kubickis. The Zdrój artists expressed their ideas in an international visual language, and the parallel publications of their poetry and manifestos in Poland and Germany overcame the differences in literary idiom. For Kubicki, an author of Polish and German revolutionary-biblical poetry who came to terms with the utopia of a ‘new society’, the bilingual and international character of art was a matter of course.

Fragments of the article published with footnotes as:

Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Poesie – Poezja – Poetry / Paul Celan

Todesfuge

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng
Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland

dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor lässt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags
wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith

wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich mittags und morgens wir trinken dich abends
wir trinken und trinken
ein Mann wohnt im Haus
dein goldenes Haar Margarete
dein aschenes Haar Sulamith
er spielt mit den Schlangen
Er ruft spielt süßer den Tod
der Tod ist ein Meister aus Deutschland
er ruft streicht dunkler die Geigen
dann steigt ihr als Rauch in die Luft
dann habt ihr ein Grab in den Wolken da liegt man nicht eng

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich mittags
der Tod ist ein Meister aus Deutschland
wir trinken dich abends und morgens wir trinken und trinken
der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau
ein Mann wohnt im Haus
dein goldenes Haar Margarete
er hetzt seine Rüden auf uns
er schenkt uns ein Grab in der Luft
er spielt mit den Schlangen und träumet
der Tod ist ein Meister aus Deutschland

dein goldenes Haar Margarete
dein aschenes Haar Sulamith

Paul Celan liest sein eigenes Gedicht

Krakowski zespół Sublokator śpiewa Fugę śmierci po polsku

And here an English translation of “Todesfuge”. The translation tries to honor the cadence and rhythm of the original German.

Utwór dotyczy autentycznych zdarzeń związanych z Holokaustem. W kilku nazistowskich obozach śmierci, w Lublinie, obozie Janowskim, ale też w Auschwitz, część skazanych była zmuszana przez hitlerowców do grania tzw. „Tanga śmierci”, gdy tymczasem inni więźniowie mieli kopać groby. Do tego faktu odnosi się również utwór “Dance me dance me to the end of love” śpiewany przez Leonarda Cohena. Pisałam o tym TU.
Konstrukcja tekstu przypomina zasady kompozycji muzycznej fugi.

Stara kobieta i morze…

…możliwości, czyli Paulette.


Przepraszam Czytelników, że zwiastun po niemiecku… Po polsku na youtubie nie znalazłam.
Bernadette Lafont, aktorka grająca rolę Paulette zmarła miesiąc temu, ale ja dopiero wczoraj dotarłam do kina na jej ostatni film. Zabawna komedia, opowiadająca podobno prawdziwą historię, aczkolwiek oczywiście mocno sfabularyzowaną. Polecam. W sam raz film na hard day’s night.  Z kin już pewnie powoli wychodzi, ale zapewne pojawi się gdzieś w telewizji, w sieci czy na DVD.

A zamiast recenzji przemyślenia. Starzy mężczyźni w filmie, stare kobiety… Nie liczyłam, ale wydaje mi się, że jest ich w produkcji kinowej po równi. Czyli inaczej niż w prawdziwym życiu, gdzie demograficznie więcej jest starych kobiet, a w społeczeństwie i polityce wciąż jeszcze więcej – starych mężczyzn. Stare kobiety, ba, jak twierdzi Tokarczuk już nawet kobiety w średnim wieku, stają się przezroczyste, niewidzialne. Starym mężczyznom nadal jeszcze wiele wolno. Mniej niż przed kilkudziesięciu laty, ale wciąż jeszcze dużo. Bardzo dużo. I wszędzie ich widać.

Starzy mężczyźni. Oczywiście klasyk czyli Stary człowiek i morze. Wikipedia entuzjastycznie pisze: “Przesłaniem utworu jest refleksja, że człowiek jest zdolny zrobić wszystko (…). Rybakowi nawet starość nie przeszkodziła w zdobyciu marlina.” W filmie rybaka Santiago gra Anthony Quin. Inne filmy. Bez ładu i składu: The Straight Story (Prosta historia), Broken flowers Jima Jarmuscha, About Schmidt z Jackiem Nicholsonem, Schultze gets the blues. A też Searching for Sugar Man.

Otóż więc w przeciwieństwie do życia publicznego, w filmie są całe masy starych kobiet. Mają one oczywiście również swoją klasykę czyli przemiłe staruszki z broadwayowskiej komedii sfilmowanej w roku 1944 – Arszenik i stare koronki. Była też wspaniała Miss Marple Agathy Christie grana przez równie wspaniałą Margaret Rutherford. Wożąc Miss Daisy Bruce’a Beresforda, Sierpniowe wieloryby Lindsaya Andersona. Oczywiście Golden girls, a jakże. Dziewczyny z kalendarza Nigela Cole’a i Irina Palm z niezapomnianą Marianną Faithefull. Te ostatnie są nawet podobne do Paulette – to stare panie, które, przymuszone okolicznościami, podejmują się pracy, o jakiej w poprzednim życiu nawet nie słyszały. Dziewczyny z kalendarza fotografują się nago, żeby zarobić na kanapę w szpitalu. Irina chcąc zapewnić leczenie choremu wnukowi  na własną rękę (dosłownie!) zdobywa pieniądze zatrudniając się w seksbiznesie. Paulette… ale nie będę zdradzała, o co chodzi, bo wygląda na to, że beznadziejni współcześnie recenzenci nie streścili jeszcze filmu w pierwszym akapicie swej recenzji. I a nuż nadal tego nie zrobią. W każdym razie z zawodu Paulette przypomina może (trochę, trochę) Irinę Palm, ale z charakteru jest oczywiście nowym wcieleniem straszliwej, cudownej starej ciotki francuskiej Tatie Danielle zagranej nadzwyczaj przekonująco przez Tsillę Chelton.

Przypominam tu tylko kilka z filmów o starych – czy jakby to elegancko w dzisiejszych czasach należało powiedzieć: starszych paniach, żeby ogłosić, co następuje. Otóż nawet jeśli dla “pięknych, młodych i bogatych” jesteśmy może bytami niewidzialnymi, to dla siebie wiemy, że mamy jeszcze morze możliwości. I tej wersji będziemy się trzymać.

Paul Celan

Paul Celan. Urodził się w rodzinie żydowskiej w 1923 roku w Czerniowcach, mieście które wówczas znajdowało się w Rumunii, a dziś na Ukrainie, zabił się skacząc do Sekwany 20 kwietnia 1970 roku. Naprawdę nazywał się Paul Antschel lub Ancel, Celan to anagram prawdziwego nazwiska. Uważany za jednego z najważniejszych poetów języka niemieckiego, a jego wiersz Fuga śmierci, za najistotniejszy wiersz o zagładzie. Fugę zaprezentuję w niedzielę, dziś zaproszenie na… na co właściwie? Koncert muzyki klezmerskiej? Recital poetycki? Wieczór poezji śpiewanej? Nic z tego, a zarazem wszystko na raz. Dwóch artystów – aktor i muzyk – stworzyło wieczór poezji Celana z najsłynniejszego jego tomu wierszy Mak i pamięć (1952).

Zusammen_Feidman_Becker_2_c_F.Broede_u_A.MeisterGiora Feidman und Ben Becker: Zweistimmig

Wczoraj w Berlinie odbyła się premiera – w ramach tegorocznych Dni Kultury Żydowskiej. Giora Feidman jest znakomitym klarnecistą, o pokolenie młodszy Ben Becker – aktorem i piosenkarzem. Beckera znamy przede wszystkim z filmu Josepha Vilsmaiera Brat snu według powieści Roberta Schneidera (1995), a obaj artyści spotkali się też w brawurowym filmie muzycznym tegoż reżysera Comedian Harmonist (1997), autentycznej historii o sześciu muzykach z Berlina w latach 30.

Uwaga Administratorki z roku 2020: dalsza część wpisu jest już dziś całkowicie niepotrzebna, Ben Becker zagrał w międzyczasie świetną rolę w filme Dzieło bez autora (Werk ohne Autor)  Floriana Henckela von Donnersmarcka (2018), powiem więc przy okazji, że jeśli nie obejrzeliście tego filmu w kinach, koniecznie poszukajcie go na DVD albo jednym z licznych portali streamingowych. Tylko na Boga! – nie czytajcie recenzji ani zwiastunów filmu. Zdradzą Wam, o co i o kogo chodzi w ciągu piwrwszych 10 sekund, i na zawsze odbiorą ciekawość, z jaką ogląda się to świetne kino, nie wiedząc… Po prostu oglądając.

A kto chce posłuchać Giory Feidmana (starszy pan, urodzony w roku 1936, wciąż jeszcze świetnie gra), to proszę bardzo: TU.

Per aspera ad astra!

Some months ago dr Lidia Głuchowska wrote here about Yiddishland; last week she wrote again about that topic – see Tel-Awiw. Today her next text about jewish avant-garde in Poland after 1918. And the next one, about Expressionist publication Zdrój on coming Monday.

Young Yiddish. Songs in word and image

Mir yunge, mir – a freylekhe tsezungene khalyastre
Mir geyen in an umbavustn veg,
In tife more-shkhoyredike teg
In nekht fun shrek:
Per aspera ad astra!

We young, we – a joyful, singing khalyastre –
We go an unknown way
In the deep days of melancholy
In the nights full of fear
Per aspera ad astra!

Ing_Idysz BraunerMoyshe Broderzon’s poem ‘Tsu di shtern’ (To the Stars) from the second issue of the Łódź magazine Yung-Idish. Lider in vort un tseykhenung (Young Yiddish. Songs in word and image) is in many respects representative of the entire periodical. It was written originally in Yiddish, a relic of a world that receded into the past with the Holocaust. Thanks to its emotive rhetoric it once appealed not only to readers in Łódź or Poland as a whole, but in most of Central Europe.

The style of the poem ‘Tsu di shtern’ published in Yung-Idish, is characteristic not only of texts from this first magazine of the Yiddish avant-garde, but of the entire literature of a community that survived the atrocities of World War I, and a history of pogroms and revolutions. The result was a literature less of beauty than of horror.

That the poem by Broderzon, a co-founder of the Yung-Idish group and magazine, also opened  the inaugural issue of the Warsaw almanac by Peretz Markish entitled Khalyastre  [Chaliastre] (The Gang) in 1922 symbolized the deliberate creation of a genealogy and the concerted efforts of the Yiddish avant-garde in Central and Eastern Europe and the USA. Warsaw thereby acquired the status of the European centre for Yiddish literature, with Paris and Berlin serving as its satellites.

In Khalyastre Broderzon’s text appeared next to an Expressionist linocut by Itzhak Brauner (Yitskhok/Vincent Broyner), artist connected with Ing-Idish. The avant-garde integration of word and image was best reflected in the Albatros almanac. In Yung-Idish there were more illustrations than texts, an unprecedented practice in the Jewish avant-garde periodicals in Eastern Europe or America which respected the biblical ban on images.

Yung-Idish was the mouthpiece of Yiddishism and the generation following haskalah (the Jewish Enlightenment), which accompanied the nationalisation of modernism in Europe’s ‘new states’, established mainly after the collapse of the Austro-Hungarian Empire. The genesis of the periodical is reconstructed from different perspectives by literary and art historians, who see either the poet Broderzon or the artist Jankel Adler as assuming a dominant role. Adler arrived earlier to join his colleagues, later the founders of the Yung-Idish magazine and associated group, in exhibitions of the Towarzystwo Artystów i Zwolenników Sztuk (Society of Artists and Art Lovers) in 1918. In April the venue exhibited works by Dina Matus, V. Brauner, Bartschinsky (Barciński), and Szwarc, and in December by Adler. The group was subsequently joined by the women artists Ida Brauner, Zofia Gutentag, and Pola Lindenfeld and by Broderzon’s ideological opponent, the classicist Itzhak Katzenelson, as well as Yekheskl Moyshe Nayman (Neuman), Salomon Blat and Henryk Kohn.

The elegant graphic design and layout of Yung-Idish , the vertical format of its pages and the stylised Hebrew font rivet attention from the start. The evocative subtitle of the periodical, which in direct translation means ‘songs in word and image’, highlights the demand for a synergy of  media and deviates from the biblical prohibition of creating images, evoking at the same time a communication with the sacred in pointing to the mystical objective of art. Moreover, the presence of figurative art, subject to Expressionist deformation, points to its being the manifesto of a generation. For here a cultural code was re-defined and extended into the zone of the taboo, allowing Yung-Idish to express a programme merging the tradition of Yiddish and modernism.

More in the whole version of this essay (with footnotes) published as:

Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Poésie – Poesie – Poetry – Poezja / Le temps de Cerises

To, że dziś właśnie posłuchamy “Czasu wiśni” zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. “Czas wiśni”, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie “Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo “Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Pani Irenka reloaded 4

Pani Irenka w nowej wersji czteroodcinkowej.  Od trzech tygodni w sobotę kolejne doniesienia z Brodwina. Dziś odcinek ostatni.

Karolina Kuszyk

Jak tak w tym łóżku leżałam, pani, na tych tabletkach, co mam przepisane, na wypadek jak mnie ten ból taki zaatakuje, to Dawidek sam kotki karmił, i mnie też zawsze co od synowej przyniósł, chociaż jeść prawie wcale nie mogłam. I chyba zaraz na drugi dzień tego mojego leżenia – niespodzianka, pani. Dzwonek do drzwi, wnuczek otwiera, a to ten ochroniarz od Nowakowej. Zdziwiłam się, powiem pani, strasznie, ale zaraz poprosiłam, żeby usiadł sobie na pufie i mówię: Dawidek, herbaty panu zrób. A ten ochroniarz do mnie, że pani Ireno, jak żeśmy ostatnio rozmawiali, to chyba nieuprzejmy byłem dla pani. I przyszłem przeprosić. To wszystko przez to, że mi tego spadku po Krystynie żal, to i mi się nawet mówić o tym jej testamencie nie chciało. Ja się go pytam, po jakiej Krystynie, bo jeszcze taka nie bardzo byłam i nawet nie wiedziałam, że Nowakowej tak na imię było, patrz pani. A on mówi, no przecież po mojej Krystynie, i w płacz. To ona na tego innego, zapisała, policjanta? pytam się. A on, że nie, tylko na tą świętą radiotelewizję i że on się wcale nie spodziewał. Mówię, panie kochany, co robić, trudno, wolę zmarłej uszanować trzeba. Ale co sobie pomyślałam, to pomyślałam.

I jak ten ochroniarz poszedł, to Dawidek zaraz do mnie, że to jakaś śmierdząca sprawa i że on teraz spróbuje zajrzeć do tego komputera, do tych mejli znaczy, tej świętej radiotelewizji. I zaraz do domu poleciał. Nawet herbatki nie dopił, tak mu się spieszyło. I rzeczywiście, pani. Za parę dni przychodzi i mówi: udało się. I cały taki poważny, i mówi: Babciu, dobrze by było, żeby babcia wikarego mieszkanie przeszukała. Bo mnie wydaje się, że właśnie tam szukać trzeba. A ja na to, ale jak to, Dawidek, czemu nagle do wikarego, i gdzie ja, stara, do księdza mam włamywać się? A on do mnie: Ja babcię znam, babcia na pewno coś wymyśli, i ja babcię proszę, niech babcia teraz nie pęka. Co robić, pani. Dobrze, Dawidek, mówię, coś babcia wymyśli. I jak zaraz potem w sobotę księża nasze wszystkie do biskupa do Gdańska pojechali, to ja z łóżka wstałam, kulę wzięłam, bo z kulą mi zawsze lepiej iść, i na plebanię poszłam. A znam tą, co im tam sprząta, poczciwa bardzo kobieta, i mówię, pani, ja tu u wikarego jak raz byłam z kartką na wypominki i nazwisko sąsiada muszę dopisać, bo zapomniałam. Pani mi otworzy, przecież ja stara nie będę na księdza czekać. I zaraz mi otworzyła i poszła do kancelarii sprzątać. Długo, pani, szukać nie musiałam, wikary w swoim pokoju szafkę miał na kluczyk zamykaną, a ja w torebce drucik taki z działki jeszcze miałam, to wetknęłam, poruszałam i zaraz ta szafka otworzyła się. A tam w środku, proszę pani, gotowiutki spis, chyba ze dwanaście osób, tych parafian, same takie starszawe, samotnie żyjące. Kwiatkowski zaraz pierwszy, a Nowakowa druga. Ulica podana, adres, wszystko. I jeszcze dzień, w którym umarli, zanotowany. Jak już ten dzień śmierci zobaczyłam, proszę pani, to aż się o stół oparłam i tylko tak oddychałam, bo myślę, no nie, zaraz chyba tu sama trupem padnę. W tej szafce miał jeszcze taką flaszeczkę z czymś w środku. To ja to wszystko, i ten spis, i tą flaszeczkę, haps, do torebki i do domu. Nogi miałam jak z waty, ale do klatki jakoś doszłam. Dawidek zaraz do mnie: i co, znalazła coś babcia? A ja do niego, ale tak cichutko, powoli, bo czuję, że strasznie mi ciśnienie skoczyło: Dawidek, chodź lepiej pojedziemy zaraz na milicję, policję znaczy, bo tu następna osoba w niebezpieczeństwie. Bo na tej wikarego kartce zaraz po Kwiatkowskim i Nowakowej  taka pani Janina była zapisana. Bardzo pobożna, ona to naprawdę tego świętego radia słucha, dzień w dzień, wszyscy wiedzą, bo przygłucha i strasznie głośno nastawione ma. I taki mnie strach wziął, żeby jej co nie stało się, że od razu wyszliśmy, i jak raz sto osiemdziesiąt siedem podjechało, jedziemy na Armii Krajowej i na ten komisariat zachodzimy.

Z początku to nam czekać kazali, chyba z godzinę, a potem, jak przyjęli i powiedziałam, że na parafii naszej sprawa, to mówią, że jak na parafii, to żeby nie do nich, tylko do biskupa. A Dawidek na to, czy policja ludzkie życie chce mieć na sumieniu przez niedopilnowanie obowiązków. No, proszę pani, zupełnie jakbym syna słyszała, tak im ten mój wnuczek powiedział, proszę pani, i nawet się nie zająknął, jak jakiś polityk czy aktor czy co. I proszę, zaraz nas do takiego większego pokoju poprosili. Ja im tą kartkę z nazwiskami pokazałam i flaszeczkę, co u wikarego znalazłam. Zaraz ją zabrali, niby do sprawdzenia, laboratorium znaczy, i opowiadać kazali wszystko po porządku. I pamiętam tylko, że jak żeśmy skończyli, to cicho się jak makiem zrobiło, i tak patrzą po sobie ci policjanci, a potem przychodzi taka w fartuchu z tego laboratorium czy czegoś i mówi, że w tej flaszeczce trucizna jest, a mnie się nagle tak strasznie gorąco, duszno robi… Ale co się potem, proszę pani, działo, to nic nie wiem, bo tak się zdenerwowałam, że im tam w tym komisariacie całkiem zasłabłam. Tak, pani, ze starym zawsze kłopot! Na sygnale zawieźć mnie musieli do szpitala. I tak kilka dni tam przeleżałam. Ale nic nie wiem, co, jak, nic a nic. Aż dopiero potem się na sali takiej białej ocknęłam, myślę sobie, no Irena, trudno, koniec, umarłaś, ale patrzę, a syn z synową nade mną stoją, synowa oczy takie wielkie, a syn w płacz, po rękach mnie całuje i mówi: Mamusiu, niech się mamusia już nic nie denerwuje, policja wszystkim się zajęła, już tego mordercę mają. Nerwy mu puściły i do wszystkiego przyznał się. A co do tej świętej radiotelewizji, niech mamusię o to głowa nie boli, już my nagłośnimy sprawę. Jeszcze przed wyborami!

I zaraz Dawidek przyleciał, cieszy się, że babcia żywa, nie zgłupiała ani nie sparaliżowana ani nic, i zaraz mi na takim małym komputerze pokazuje, że w Faktach o nas mówili. I patrzę, a ten przystojny dziennikarz, ten blondynek taki, u nas na Brodwinie na skwerku stoi, i do kamery wszystko opowiada: że babcia z wnuczkiem wpadli na trop dwóch morderstw i że następne udaremnili. Co, jeszcze pani nie rozumie? To tak jaśniej pani powiem: wikary ze świętą radiotelewizją razem parafian namawiali, co który trochę starszy i do kościoła chodzący, żeby na tą radiotelewizję zapisywali. Te wszystkie listy, co sobie pisali, to Dawidek w tym ich komputerze znalazł. Wikary nawet spory całkiem procent miał za każdego przekonanego. I żeby jemu ten procent szybciej dostał się, to tak wymyślił sobie, że tych, co zapisali, na tamten świat będzie wyprawiać, i na mszy im zatrutą komunię poda. Jak wymyślił, tak zrobił, pani. Najpierw Kwiatkowskiemu dał zatruty opłatek, a potem Nowakowej. Zaznaczył sobie tylko elegancko, który to, żeby się czasem nie pomylić, jak komunię podawał. I truciznę taką skądsiś miał, że wyglądało potem, że zawał. Pani, to już większego grzechu chyba nie ma na świecie – ciało Chrystusa w truciznę przemieniać! W piekle się będzie za to smażył, trudno i darmo. Do wszystkiego przyznał się, a na obronę swoją podał, że zaraz po spowiedzi ich załatwiał, czyli że w stanie łaski uświęcającej byli. Bez grzechu znaczy. Niby że prosto do nieba ich wysłał, rozumie pani?

Nie bardzo tylko wiadomo, czy ta święta radiotelewizja o tym wszystkim wiedziała. Podobnież jeszcze to badają. Bo sprawiedliwość musi być. Chociaż sprawiedliwości w tym to tak do końca nie ma, tak pani powiem, bo ta Kwiatkowskiego córka już pieniędzy ojcowskich nie zobaczy. Tego Nowakowej ochroniarza to mi aż tak bardzo nie żal, on młodszy, nieżonaty, zarobi sobie, poza tym oni w grzechu żyli, jakby nie patrzeć, pani. Ale Marzenki to mi żal. Tak harują z mężem w tych Niemczech, pobudować się chcieli tu w Sopocie. A teraz co? Wszystko przepadło i tyle.

A pani Janina, co następna na liście wikarego była, to sama nawet nie wie, że o włos śmierci uszła. Ona już w takim wieku, że niedługo i o nią kostucha się upomni, ale pewnie spokojniutko przyjdzie, po prawie. Może jak pani Janina jakiś film będzie sobie ulubiony oglądać albo jeszcze lepiej we śnie. We śnie zawsze najlepiej. Pójdę ja tam do niej i porozmawiam, żeby to, co tam ma uskładane na książeczce,  dzieciom swoim zapisała, a nie jakiejś radiotelewizji, co to jej się zdaje, że święta jest.

I po tym wszystkim to już miejsca sobie za nic w świecie nie mogłam znaleźć i co rusz, to płaczę. Aż jednego dnia do proboszcza poszłam porozmawiać. Bo ten nasz proboszcz to porządny człowiek. Zaraz mnie ładnie poprosił i pyta, pani Ireno, kawy czy herbaty. A ja, proszę pani, od razu w płacz i słowa wymówić nie mogę. Ale nasz proboszcz od razu wiedział, że mnie tak ciężko od tego wszystkiego i że nijak wytłumaczyć sobie nie umiem, że takie rzeczy teraz wyprawiają się, i to u nas na Brodwinie, na parafii, no, chyba tylko przez to, że teraz jakieś ogólne pomieszanie jest wszystkiego na świecie. I że ten Kościół to już jakby wcale nie mój, pani.

A proboszcz najpierw nic wcale nie mówi, myśli, myśli, a w końcu tak do mnie: Pani Ireno, wiem dobrze, że u pani w duszy teraz wielki niepokój jest. A na niepokój najlepsza modlitwa. Niech pani pomodli się, sama sobie z Bogiem porozmawia. I ja się modlę, pani Ireno, i o wikarego, i o tych ze świętej radiotelewizji, o dar Ducha Świętego, żeby na nich zstąpił, i żeby na oczy przejrzeli. I wiem, że zostanie im przebaczone. Bo u Pana Boga miłosierdzie nieskończone. To nawet to przebaczone będzie wikaremu, że truciznę w komunii podawał? pytam się. A on, że nawet i to. Wie pani, pani Ireno, mówi jeszcze, i tak się jakoś rozgląda, jakby się bał, że może kto usłyszy – że nawet takie myślenie jest w teologii, że pan Bóg to i diabła zbawić może? Na samym końcu czasów. Boć to przecież też anioł, tylko upadły. Pokiwałam głową, myślę, proboszcz pewnie wie, co mówi, przecież on mądry, uczony, i nawet w seminarium duchownym uczy. Ale z tym diabłem to jak dla mnie ździebko przesadził. Diabeł zbawiony? Jeszcze czego. Jednak jakaś sprawiedliwość musi być na świecie.

 Koniec

Też z Trójmiasta (Brodwino jest dzielnicą Sopotu)
Trzydzieści trzy lata temu, 16 sierpnia 1980 roku, przedstawiciele protestujących zakładów Wybrzeża powołali Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W nocy z 16 na 17 sierpnia MKZ sformułował 21 postulatów, które zostały wypisane na sklejkach przez Arkadiusza “Arama” Rybickiego oraz Macieja Grzywaczewskiego, a następnie zawieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej.

tablice

Reblogi: Sławomir Mrożek

zachod_slonca_w_litWczoraj rano, 15 sierpnia 2013 roku, w Nicei zmarł Sławomir Mrożek, dramatopisarz, prozaik i rysownik, autor m.in. “Tanga”. Miał 83 lata.

Więcej TU.

A tu jeszcze (za Facebookiem) fragment wywiadu, jaki Konrad Wojtyła, dziennikarz, redaktor i pisarz ze Szczecina przeprowadził z pisarzem wiosną tego roku: “Jestem Polakiem i umrę jako Polak. Tu nie ma nic do okazywania w kwestii patriotyzmu. Język ojczysty jest językiem najważniejszym. Polska się zmieniła, bo ludzie trochę wyjeżdżają i wracają. Potem układają sobie życie pozachodowemu. To dziwny stan. Polska mi obojętnieje trochę. Może wrócę, może nie. Teraz jestem w zasadzie sam. To znaczy z Suzanną, ale ona prawie nie mówi po polsku. Jak wrócę do Polski to zaraz zaczną się pytania, co myślę o Polsce. A ja nie chcę”.

I rysunki. Ten na górze zatytułowany “Motyw zachodu słońca w literaturze polskiej”. A ten na dole (zajumany) z internetu (dziękuję zajumanej stronie):

polskikwartet