Poezja – Poesie – Poetry / Stanisław Kubicki

Tekst zreblogowany z zaprzyjaźnionego bloga W altanie przy kawie, gdzie został opublikowany w poniedziałek, 14 października 2013 roku. W altanie wiersze pojawiają się w poniedziałek, u nas w niedzielę, zostańmy jednak w tytule przy poniedziałku, bo tak to autor zadecydował (Uwaga z roku 2020: Od roku 2018 blog W altanie przy kawie przestał istnieć, podobnie zresztą jak wspomniane też w zakończeniu tego wpisu blogi Qra czyli kuchnia i kultura oraz Jak udusić kurę, czyli to, czego (dziwnym trafem) panny po 30 nie wiedzą, a wiedzieć powinny. Wszystkie te blogi zniknęły na wieki, gdy Gazeta Wyborcza jedną decyzją zlikwidowała portal blox.pl i miliony stworzonych na nim blogów.)

Reblog: Wiersz na poniedziałek – Stanisław Kubicki

Pharlap

Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też… da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi…

kubi

Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem – lost in translation – zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego – poetę, który “tłumaczył sam siebie”. Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.

Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.

O wschodzie słońca w dzień świąteczny

Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku —
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.

Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.

Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione —
świat widziało krasny —
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach.

I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
———-
i wzrok Boga jasny.
—

Sonnenaufgang an einem Festtage

Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand —
licherweckt —
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.

Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.

Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt

Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges —

W prezentowanej powyżej książce znalazłem bardzo znamienną informację – otóż Stanisław Kubicki odczuwał dotkliwie brak modernistycznej tradycji w języku polskim i ograniczało to mocno jego twórczość w tym języku. Jakże to zbieżne z filozofią Ludwiga Wittgensteina. Chciałoby się powiedzieć – język określa świadomość.

Ewa Maria rzuciła mi propozycję do odrzucenia – spróbuj przetłumaczyć to na angielski. Pierwsza reakcja była negatywna – nigdy nie tłumaczyłem żadnych utworów literackich, a co dopiero poezji. Do tego klimat powyższego utworu nie jest mi bliski. Uznałem jednak, że w moim wieku nie mam już wiele do stracenia i przetłumaczyłem. I tutaj zaskoczenie – we wszytkich krytycznych punktach bardzo pomocna była mi wersja niemiecka.

Wynik poniżej…

At sunrise on a Holy Day

Today, I’m like a crystal
in Your hand –
crystal awakened
by a ray of sun.
I am filled
with glitters and rainbow,
refraction of light
and colourful rims.

Radiant I follow Your thought, O Lord,
which You induced in me,
like current in the circuit
raises currents
and tremors
in neighbouring coils.

Once through glass and drops of candelabrum
wondering child –
saw a blooming world –
and wandered through rooms and hallways
all as in dream
and heavenly rays.

And I think:
today God looks through me
at his own work
———-
and his sight is bright.

Czytając wiersze często staram się znaleźć właściwą dla nich melodię. W tym przypadku nie miałem wątpliwości – Mache Dich, mein Herze rein – z Pasji wg św Mateusza…

PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR (MY) – założone i prowadzone w latach 1994-2014 przez Ewę Marię Slaską – Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki!
Warto wracać.

Stare papiery 1 – Alfonsina i bibułka

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

papiery
Papiery są naprawdę stare, najstarsze z 50 albo 51 roku, są szare, bure i łaciate, po prostu papierowy świat. Kruszą się, blakną… Trafiłam do nich szukając informacji o tym, kiedy Mama tłumaczyła wiersze Alfonsiny Storni. I oczywiście szukając samych tych tłumaczeń. Nie wiem czy znajdę tłumaczenia, karton papierzysk jest ogromny, ale już znalazłam pewną propozycję wydawniczą, którą Mama złożyła w Wydawnictwie Morskim w sprawie wydania trzech tomików poetyckich.

Są to:

1. Federico Garcia Lorca – “Ballada o trzech rzekach”
2. Rafael Alberti – “Pełne morze”
3. Alfonsina Storni – “Swiat siedmiu studni”
/w opracowaniu. Przekłady nigdzie nie publikowane/.

Maszyna nie miała dużego ś. Oferta została napisana 15 listopada 1982 roku.
Do oferty zbiorczej Mama dołączyła trzy osobne karteczki z opisem poszczególnych tomików.

OFERTA
Proponuję wydanie w “Serii z portrecikiem” tomu poezji Alfonsiny Storni /1892-1938/. Twórczość tej wybitnej poetki argentyńskiej jest w Polsce całkowicie nieznana. Tom będzie zawierał 80 – 100 utworów poetyckich w moim wyborze oraz przekładzie z hiszpańskiego.
Ponadto przewiduję zamieszczenie krótkiej biografii poetki oraz – w razie potrzeby – objaśnienia i komentarze.
Tytuł roboczy: “Swiat siedmiu studni”.
Załączam notkę biograficzną oraz 7 wierszy w moim przekładzie.

Niestety, na razie nie znalazłam w papierach ani notki, ani oryginalnych tłumaczeń. Mogły to być te same, które potem, latem 1985 roku ukazały się w szczecińskim biuletynie “Między innymi”.

alfonsina0
Niepewnie się czuję, pisząc to wszystko, bo mieszkałam wtedy w tym samym domu (wyjechałam w styczniu 1985 roku), drzwi w drzwi z Mamą, widywałyśmy się kilka razy dziennie, rano – było to jednak jej rano, nie moje, ja miałam małe dziecko i wstawałam rano, zresztą w ogóle jestem rannym ptaszkiem, a Mama zawsze była człowiekiem nocy, o czym już kiedyś pisałam – piłyśmy herbatę, po południu jadłyśmy obiad – i znowu, nie mylmy sytuacji, które u nas były na odwrót niż u normalnych ludzi, bo to Mama do mnie przychodziła coś zjeść, a nie ja do niej. Byłyśmy razem, Lorca i Alberti byli tak dalece tematami codziennej rozmowy, że mój syn latami był przekonanany, że lorka to jakiś stopień związków rodzinnych: dziadek, ciocia, lorka. A tymczasem Mama nie mówiła nic o tym, że tłumaczy Alfonsinę, że ma w związku z nią plany czy pomysły wydawnicze.

alfonsina1Korespondencję z biuletynem “Między innymi” Mama nawiązała w roku 1984, kiedy to szczeciński pisarz Jerzy Pachlowski przekazał redakcji kilkanaście tłumaczeń Albertiego. Ukazały się latem następnego roku. Redakcja zaproponowała dalszą współpracę i Mama 24 września 1985 roku odpisała, że chciałaby, aby następną jej publikacją u nich były tłumaczenia Alfonsiny.

OK, wtedy już mnie nie było, ale pisałyśmy do siebie, telefonowałyśmy, w grudniu 1985 roku Mama po raz pierwszy przyjechała do mnie z wizytą do Berlina. Mogła przywieźć w prezencie ten biuletyn, zwłaszcza, że z korespondencji z redakcją wynika, że nie tylko otrzymała dwa egzemplarze autorskie, ale, jak zwykle zresztą, zakupiła na własny koszt 15 dodatkowych egzemplarzy.

alfonsina2Mogła, ale nie przywiozła. Nie dała go też mojej siostrze Kasi, bo w końcu my obie nic o nim nie wiedziałyśmy. Gdy w 10 lat później założyłam Stowarzyszenie i zostałam redaktorką czaspisma literackiego WIR, Mama publikowała u nas tłumaczenia Lorki, Hartlebena, Martina Pohla, Maschy Kaléko, ale nigdy nawet się nie zająknęła, że mogłaby nam dać do druku Alfonsinę.

Będę szukać dalej, oczywiście. I donosić w soboty o tym, co znalazłam. Niekoniecznie zresztą o Mamie, bo z papierów wyłaniają się też sprawy wcale nie spodziewane. Jak np. bibułka i farba.

Znajduję na szaroburej przebitce notatkę bez daty:

bibulkaDo
Członków Sekcji Grafiki
Zarząd Sekcji wykupił z Desy bibułkę japońską, format arkusza 47 x 47 cm, cena 52 gr.

Koledzy chcący nabyć bibułkę proszeni są o składanie zgłoszeń /zapotrzebowań/ w biurze Okręgu w nieprzekraczalnym terminie do dnia 28 października br podając iloś- arkuszy.
Próbka do wglądu w biurze Okręgu.-

No tak, bibułka. Najciekawsze, że w starych papierach poniewiera się… kawałek bibułki.

Ale też farba. Pisemko na żółtej (pożółkłej) ćwiartce papieru. Kto jeszcze tak mówi – ćwiartka?

                                           18 styczeń 1966
Zjednoczenie Przemysłu Graficznego
Wydział Produkcji
Warszawa
ul. Jasna 26
Uprzejmie proszę o udzielenie mi zezwolenia na nabywanie farby drukarskiej czarnej i kolorowej w Gdańskiej Fabryce Farb Graficznych. Farba potrzebna mi jest do pracy artystycznej (odbitki drzeworytowe). Załączam zaświadczenie Związku Polskich Artystów Plastyków.

Drogi czytelniku (i czytelniczko!), koniecznie przeczytaj teraz wpis na tym blogu z 27 października o Alfonsinie Storni i Mamie. Wpisu o Mamie i Ludziach Nocy z blogu “Jak udusić kurę” z 10 października 2011 roku nie mogę Ci niestety polecić, wpis zniknęł, podobnie jak cały blog, a także (i przede wszystkim) blogowy portal blox.pl. Jeszcze długo miliony blogerów będą go opłakiwać, ale to już jest zupełnie inna historia.

Za tydzień, w sobotę – poszukuję Sławomira Bołdoka

Sandra i Kosandra

czyli Ewa Maria Slaska o rzeźbach Barbary Ur

barbara0Powiedzmy sobie, nie wdając się w zbytnie a zbędne dywagacje – te rzeźby są super!

Barbara Ur (Ur to skrót od drugiego imienia artystki – Urszula) jest polską malarką i rzeźbiarką. W sierpniu tego roku skończyła 80 lat. Mieszka w Berlinie z mężem, Andrzejem Piwarskim, malarzem, ale oboje jeżdżą też  bez przerwy, to do Gdańska, skąd kiedyś wyjechali do Niemiec, to do Tuchomia na Pomorzu, gdzie założyli Europejskie Laboratorium Sztuki.

barbara3Pisze wiersze. Jak sama mówi, proste. To jeden z najstarszych, napisany, gdy była kilkunastoletnią panną. Do dziś go pamięta i dyktuje mi z głowy.

barbara-pion3Ach jak cudownie, o Boże
Już tam na Wschodzie
świecą się zorze
Wszystko spowite
w srebrzystej mgle
Pociąg z szaloną szybkością mknie
Mknie on z szybkością szaloną
jak czarny złowroki ptak
bo ma on drogę zmierzoną
przez naszej ziemi szlak.

Po latach wiersze wyzbywają się panieńskich egzaltacji, stają się znacznie bardziej powściągliwe. Barbara twierdzi, że tę powściągliwość wzięła od Staffa.

Zmęczony starzec marzył barbara-pion2
o zimowym śnie drzew
zasłuchanych w ciszę
Zasnął
Młodość wrócił mu sen
Nie zbudził się o świcie

Lub ten, też podyktowany z pamięci:

Było wielkie ognisko
gorące radosne
wszystko było
Dzisiaj w popiele
szukam
choć maleńkiej iskry
Pada deszcz  barbara-pion1

Oglądam te rzeźby i nie mogę się oderwać. Robią na mnie niezwykłe wrażenie – i ślub w białej ceramice, i egipska Madonna, której dziecko wspina się po plecach jak małpka, ale przede wszystkim te dwie czerwone boginie – Sandra i Kosandra – z włosami z łańcuchów.

I myślę sobie, że może jednak trzeba było chcieć się dorabiać i posiadać. Zawsze byłam zdania, że nie chcę, postępowałam w zgodzie z tą zasadą i rzadko kiedy żałowałam tej decyzji. Ale w pracowni Barbary rozmyślam o tym, jakby to było mieć dom w ogrodzie, za domem sad, a w sadzie te ceramiczne kobiety.
Przede wszystkim Sandrę i Kosandrę.

barbara5barbara6

Narodowe Święto Niepodległości

Krystyna Koziewicz

Dzień 11 listopada został ustanowiony świętem państwowym w 1937 roku. W latach 1939-44 podczas okupacji hitlerowskiej oraz w okresie od 1945 do 1989 roku, w czasie rządów komunistycznych, obchody święta były zakazane. Dopiero w roku 1989, ustawą Sejmu, przywrócono to święto i od tego roku Święto Niepodległości jest najważniejszym świętem państwowym.

Jak co roku świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości także wśród Polaków za granicą. Dla wielu to być może to dzień mądrej refleksji nad patriotyzmem, narodem, państwowością, może to być dzień radości z bycia Polakiem. W Polsce obchody Niepodległości jeszcze nie doczekały się charakteru wesołego świętowania, jak to bywa w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.  Choć…. już zaczyna się coś zmieniać. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem, zapoczątkował akcję z biało czerwonymi kotylionami, które w tym dniu nosi coraz więcej ludzi. Idea zdaje się być trafiona w dziesiątkę. Z kolei w tym roku z inicjatywy kustosza Muzeum Józefa Piłsudskiego z Sulejówka zainicjowano akcję wysyłania kartek „Mamy Niepodległą”. Dobrze się stało, że to sympatyczny gest ma sprawić, że udzie zapamiętają nazwisko wielkiego wodza w walce o Niepodległość Polski.

pilsudski1Tu uwaga na marginesie – muzeum w Sulejówku znajduje się w stanie wymagającym natychmiastowego remontu. Doprawdy wierzyć się nie chce, że do tej pory nie znalazła się żadna opcja polityczna, która by godnie uhonorowała miejsce pamięci bohatera Polski Niepodległej. A tylu przecież mamy polityków, którzy deklarują się jako patrioci i następcy wielkiego wodza.

pilsudskiWróćmy jednak do sprawy obchodów, bo jakoś mnie żywo ten problem obchodzi. Na Zachodzie z okazji świąt państwowych przedstawiciele rządu i parlamentu rytualnie składają wieńce pod pomnikami, oddając hołd bohaterom oraz poległym w wojnie żołnierzom i cywilom. Odbywają się uroczyste msze, koncerty muzyki klasycznej narodowych kompozytorów, ale po tej części oficjalnej organizuje się dla społeczeństwa – na koszt państwa! – festyny uliczne z muzyką i to wysokiej klasy. W tym roku w Berlinie pod Bramą Brandenburską odbywał się wielki festyn z okazji Pojednania Niemiec. Jego częścią był koncert dla miliona berlińczyków. Na scenie występował znany austriacki wokalista Udo Jürgens. W przerwach pomiędzy piosenkami opowiadał publiczności rewelacje o pani kanclerz Niemiec. I co się okazało? Pani kanclerz osobiście zadzwoniła do artysty z prośbą o udział w koncercie. Artysta myślał, że ktoś sobie żartuje, a telefon okazał się prawdziwy. Podana informacja wzbudziła wielkie zaskoczenie i radość, że na najwyższych szczeblach władzy myśli się o zwykłym człowieku.

My również mamy powody do radości, bo oto nasz obecny ambasador Jerzy Margański, a wcześniej jego poprzednicy także kroczą drogą pani Merkel i z okazji świąt narodowych organizują dla Polaków zamieszkałych za granicą koncerty, gdzie można posłuchać polskich kompozytorów w wykonaniu najlepszych muzyków. W tym roku, 15 listopada z okazji Święta Niepodległości w godzinach wieczornych Ambasada RP w Berlinie zaprasza Polonię na koncert muzyki klasycznej w wykonaniu Fair Play Quartet, który wykona utwory Bacha, Mozarta, Rachmaninowa, Bacewicz, Chopina, Lutosławskiego i Panufnika. Koncert odbędzie się historycznej auli radia RBB.

Natomiast w przeddzień święta Niepodległości w Deutsche Oper Berlin Ambasada Polska w Berlinie oraz Fundacja Fryderyka Chopina organizują uroczysty koncert chopinowski w wykonaniu pianistki Agnieszki Przemyk-Bryła i wiolonczelisty Tomasza Strahla.

Po koncercie, tradycyjnie odbędą się rauty, na których na pewno nie zabraknie zapalczywych dyskusji Polsce, Polakach, Polonii, Niemczech, rodzinie i wydarzeniach z ostatniego okresu. Ot, zwykłe Polaków rozmowy.

A tymczasem, a tymczasem w Polsce…

10 listopada w Warszawie PiS połączy comiesięczny marsz pamięci ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej z uczczeniem 95 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W Krakowie z kolei po mszy odbędzie się przemarsz z Wawelu przed Krzyż Katyński. Gorzów: godz.12.20 – 13.00 formowanie kolumny i przemarsz uczestników Mszy z Katedry pod pomnik Józefa Piłsudskiego. W Bochni o godz. 15.30 nastąpi przemarsz pod Pomnik “Poległym za wolność 1914-1920″, gdzie zostanie odśpiewany hymn państwowy, zostaną wygłoszone okolicznościowe przemówienia, zostaną złożone kwiaty oraz odbędzie się Apel Poległych. Na koniec ok godz. 17.00 w paradnym przemarszu uczestnicy obchodów przejdą do Państwowej Szkoły Muzycznej w Bochni na Wspólne Bochnian Śpiewanie “Na patriotyczną nutę”. Co w Piszu nie ma co opowiadać, bo wystarczy zdjęcie…

img-1467-192780Oczywiście nie wszędzie w Polsce tak jest. W Poznaniu głównym tematem obchodów będzie święty Marcin i słynne marcińskie rogale. W Warszawie zostanie między innymi zorganizowana rockowa jazda harleyów, a w Gdańsku parada przebierańców. To prawda, jest coraz lepiej, bo różnorodnie, ale mimo to wciąż jeszcze królują w Polsce marsze, przemarsze, parady (te na poważnie) i defilady (również na poważnie). Tak jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy nie weszli w wiek XXI, albo jakbyśmy przenieśli się na Wschód, bo to tam spotkać jeszcze można pochody i przemarsze. W Chinach, w Rosji, w Korei.

No i w Polsce.

Poetry – Poezja – Poesie / Aaron Zeitlin & Joan Baez

Dziś w nocy obchodzimy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego publikuję tu słynną piosenkę Donna Donna, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Każdy z nas to znał i śpiewał na rajdach lub przy ognisku. Ale czy każdy wiedział – bo ja nie wiedziałam – że podobnie jak Dance me to the end of love, również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah? Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewana była w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Donna Donna to inwokacja do Boga.

Adonai Adonai! Donna Donna! Panie!

Donna Donna (דאָנאַ דאָנאַ „Dana Dana“, דאָס קעלבל „Dos Kelbl“ oder „Dona Dona“) ist ein in weiten Teilen der Erde bekanntes Lied. Es handelt von einem Kälbchen, das sich nicht dagegen wehren kann, zur Schlachtbank geführt zu werden. Es ist abhängig wie ein Arbeitnehmer oder Knecht. Die Schwalbe hingegen bestimmt ihr Schicksal selbst, symbolisiert Eigenständigkeit und Selbstverantwortung. Sie ist die  Freiheit. Das Lied ist entstanden in der Zeit des Dritten Reichs und reflektiert die Situation der Juden. Es wurde für das Musical Esterke (1940–1941) von den jüdischen Künstlern Aaron Zeitlin (Text) und Shalom Secunda (Musik) geschrieben.  “Donna Donna” – auf hebräisch Donaj, Donaj – bedeutet Adonai, Gott.

Ich publiziere es heute am 75. Jahrestag der Kristallnacht.

Yiddish (transcription)
Dos Kelbl

Oyfn furl ligt dos kelbl
Ligt gebundn mit a shtrik
Hoykh in himl flit dos shvelbl
Freydt zikh, dreyt zikh hin un krik.

Chorus
Lakht der vint in korn
Lakh un lakht un lakht
Lakht er op a tog a gantsn
mit a halber nakht.
Hey Dona, dona, dona…

Shrayt dos kelbl, zogt der poyer
“Ver zhe heyst dikh zayn a kalb?
Volst gekert tsu zayn a foygl
Volst gekert tsu zayn a shvalb?”

Chorus
Lakht der vint in korn…

Bidne kelber tut men bindn
Un men shlept zey un men shekht
ver s’hot fligl, flit aroyf tzu
iz bay keynem nit keyn knekht

Chorus
Lakht der vint in korn…

Hebrew (transcription)

Egel rakh kashour bekhevel
al ha’agala moutal
velamala bashamayim
efroni mamri el al.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Lama ze tige’e?
omer ikar la egel hamoutal
lou tzamakhta shte knafayim
vehimreta gam ata.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Agalim bli da’at lama
el atevakh holkhim tamid
ve’asher libam lakhofesh
mamrim ke’efroni.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

http://www.esther-ofarim.de

English

On a wagon bound and helpless
lies a calf who is doomed to die.
High above him, flies a swallow,
sawing gaily through the sky.

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Now the calf is softly crying:
“Tell me, wind, why do you laugh?
Why can’t I fly like the swallow
Why did I have to be a calf?”

Wind laughs in the cornfield,
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Calves are born and soon are slaughtered,
with no hope of being saved
only those with wings like swallows
will not ever be enslaved

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Deutsch

Auf einem Wagen liegt ein Kälbchen ist gefesselt mit ´nem Strick.
Hoch am Himmel fliegt ein Vogel, fliegt nach rechts und fliegt nach links.

Lacht der Wind im Kornfeld, lacht und lacht und lacht,
lacht den ganzen Tag darüber und noch die halbe Nacht.
Donaj, Donaj, Donaj……. daj!

Schreit das Kälbchen, sagt der Bauer: Weshalb bist du auch ein Kalb?
Wenn du willst, dann sei ein Vogel, wie am Himmel diese Schwalb!

Lacht der Wind…

Arme Kälbchen kann man fesseln und zum Schlächter schleppen hin,
frei zu sein bedarf es Flügel, und du fliegst zum Himmel hin.

Lacht der Wind…

Reblog: Księżniczki

Niestety ta wystawa już była, informacje o niej znalazłam za późno, żeby ją tu polecić w ramach porad kulturalnych. Ale była bardzo ciekawa, niestereotypowa, kontrowersyjna. Poczytajmy więc.

ksiezniczki

Agnieszka Żechowska

Wystawa pt. „Księżniczki” skupia prace video, video-instalacje, animacje komputerowe i fotografie artystek i artystów z USA, Finlandii, Singapuru, Japonii, Niemiec i Polski. Cel prezentacji to przedstawienie bohaterek – współczesnych niesfornych księżniczek. Kim są? Mają niezaspokojony  apetyt na życie. Skoro nie mogą go zaspokoić, biorą sprawy w swoje ręce. Spoglądają w lustro i w nim szukają odpowiedzi na pytanie o to, czy rzeczywiście są tą wyjątkową księżniczką z bajki. I z której bajki? Okazuje się, że z żadnej. Do żadnej nie pasują. Muszą więc same napisać swoją bajkę, napisać nowy scenariusz, wykreować swój niepowtarzalny wizerunek, dobrać rekwizyty, stworzyć scenografię. Nie potrzebują specjalistów od image’u. Są samowystarczalne. Same dobierają środki wyrazu, formy ekspresji. Eksperymentują. Prowokują, bawią się, przebierają i puszczają do widza oko. Oprócz niezaspokojonego apetytu mają świadomość własnej seksualności, a przy tym poczucie humoru i dystans do siebie i do tego, czego kultura popularna oczekuje od księżniczki: wychudzonej, aseksualnej sylwetki, lub przeciwnie  bycia „niewinnym” obiektem seksualnych pragnień, na ogół męskiej części społeczeństwa, albo też bycia uosobieniem skromności i naiwności.

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Bohaterki wystawy „Księżniczki” zmagają się i grają z tymi stereotypowymi wyobrażeniami o sobie. Negocjują swój wizerunek, korygują go, patrzą przez pryzmat własnych pragnień, których nikt inny nie może zaspokoić poza nimi samymi. Żaden książę. Równie nierealny jak księżniczka z bajki. Kuratorka wystawy Katarzyna Majak tworzy galerię autoportretów współczesnych niesfornych księżniczek. Są wśród nich niewinne uwodzicielki i marzycielki, prowokatorki, lolitki, upadłe królewny i żartownisie grające na nosie widzowi.

Księżniczka z wideo ”Fairy Tale“ Agaty Michowskiej niczym Penelopa szyje swój los – białą niekończącą się tkaninę-opowieść – na miarę własnych pragnień. Jest odwrócona plecami do widza, nie odzwierciedla jego oczekiwań. Patrzy przed siebie. Cecylia Malik w fotografiach z cyklu „365 drzew“ spogląda z wysokości koron drzew, na które się wspięła, by podziwiać niedostępny innym widok i by ją – księżniczkę – podziwiano.  Na innych fotografiach (cykl „6 rzek”) artystka samotnie przemierza rzeki w niewielkiej łódeczce wyglądającej jak zabawka na tle natury dominującej w kadrze.

W fotografiach z cyklu „What My Pussy Loves“ Liany Yang pojawiają się przedmioty, rozmaite gadżety w pastelowych barwach przeznaczone dla pupilki kotki. Symbolizują one infantylną (dziewczęcą) seksualność. Odzwierciedlają potrzebę zaspokajana głodu (miseczki z pokarmem mokrym, pokarm suchy), potrzebę ładnego wyglądu (arsenał przyborów do czesania, do obcinania pazurków, kosmetyki do pielęgnacji sierści, kolorowe obroże), potrzebę zabawy (puszyste myszki, rybki i inne). Obok fotografii-tablic z wyżej wyszczególnionymi przedmiotami znajduje się portret samej bohaterki – białej kotki na tle tkaniny w różowe kwiaty, w owalnej ramce.  Barwne i wzorzyste tkaniny w pracach (z cyklu „Confections”) innej artystki Amy Stevens stanowią tło dla kolorowych, lukrowanych ciast i tortów. Nienasycenie koegzystuje tutaj z przesytem i słodyczą formy. Z kolei Signe Pierce w wideo „Infinite Cake Dance“ zastępuje głód słodyczy tańcem erotycznym. Scena rozgniatania pupą ciasta ustawionego na telewizorze jest zwielokrotniona w ekranie. W innych pracach artystka manipuluje swoim wizerunkiem, zakłada maski, stroi miny i uwodzi,  wciela się w różne postaci, multiplikuje obraz  i przystawia lustra. Jeszcze w innych pracach portretuje przedmioty – fetysze (buty na obcasach).

Warsaw Photo Days Foto

Infantylne kostiumy i gadżety prezentują „lolitki” z japońskich club-goers sfotografowane przez Yoichi Nagatę (cykl „Star of the Stars“). Kobiety-dziewczynki wyłaniają się z czarnego tła, świecą fosforyzującymi barwami, są niczym zjawy z krainy erotycznych fantazji. Catrine Val w interaktywnej instalacji video „I am en Other“ przymierza wizerunki najpiękniejszych kobiet świata – Mis Rosji, Indii czy Boliwii jak suknie.  Saraph Maple w pracy „Lolipop, Lolipop“ portretuje siebie w sukience zdobionej motywem różowych ust. Uniesiona ręka odsłania zarost pod pachą. Artystka wpadła też na pomysł (Page Three Girl), aby podmienić trzecią stronę jednej z brytyjskich gazet („The Sun”), która tradycyjne zamieszcza na tej stronie zdjęcia kobiet w strojach topless. Na tej podmienionej widzimy zdjęcie uśmiechniętej artystki, która ma piersi przysłonięte silikonowym biustem.  Poczucie humoru, choć raczej czarnego, ma też Finka  Liu Susiraja. W serii zdjęć „Loves Me Loves Me Not“ przedstawia siebie w dialogu z pragnieniami stymulowanymi przez kulturę, by być atrakcyjną i spełnioną seksualnie. Wykorzystuje różnego rodzaju przedmioty, fetysze, które nadają jej pracom charakter groteskowy, absurdalny, ironiczny. „Upadłe księżniczki” („Fallen Princesses“) z fotografii Diny Goldstein są nie z tej bajki. Wycięte z disnejowskich kreskówek i inscenizacji, i wklejone w scenerię szarej rzeczywistości, zmieniają wyraz twarzy, wygląd i tracą blask.

Punktem kulminacyjnym wystawy jest cykl fotografii „Rapture“ Franka Yamrusa. Ukazuje on subtelne portrety kobiet w różnym wieku w momencie seksualnej ekstazy.

Niedosyt i samozaspokojenie, pragnienie i samorealizacja to dwa bieguny wystawy. Na drodze od jednego do drugiego jest gra, zabawa, inscenizacja, improwizacja. Teatr barw (z dominacją różu) i świateł. Gadżety, zabawki, fetysze. Niesforne księżniczki nie czekają na księcia, który jest kulturowym fantazmatem. Mają swój świat.

—-
Tekst pochodzi z katalogu wystawy „Księżniczki” zorganizowanej w ramach pierwszej edycji festiwalu Warsaw Photo Days. Publikacja za zgodą kuratorki i dyrektorki programowej festiwalu WPD Kasi Majak.

5-27.10.2013, Nowe Miejsce, Warszawa
——-
Agnieszka Żechowska
Fundacja Supermarket Sztuki

Reblog: Bokserzy i śmierć

bokserzy1Jarosław Drozd

Walki pięściarskie toczone przez więźniów za drutami nazistowskich obozów koncentracyjnych były zjawiskiem powszechnym. Wspominaliśmy o nich w maju br. przy okazji śmierci najbardziej znanego ich uczestnika, Salamo Aroucha, który był więźniem obozu oświęcimskiego, w którym stoczył aż 208 pojedynków. Od dzisiaj w kilku odcinkach chcielibyśmy przybliżyć sylwetki najbardziej znanych uczestników obozowych walk bokserskich, które w istocie często były walkami o przeżycie.

bokserzy2Najbardziej znanym polskim pięściarzem obozowym był Tadeusz Pietrzykowski. Ten rodowity warszawiak (rocznik 1917 r.) zaczął trenować boks dopiero w wieku 16 lat. Szybko jednak trafił do Legii pod opiekę samego Feliksa Stamma. Postawił na sport, porzucając naukę w gimnazjum im. Batorego. 5 lat później, w 1938 r. opiniotwórczy “Przegląd Sportowy” uznał Teddy’ego (bo taki przydomek sobie przybrał) – wicemistrza Polski – najlepszym pięściarzem Warszawy w wadze koguciej.

bokserzy3Po wybuchu II wojny światowej postanowił uciec do Francji, by walczyć tam z nazistami w tworzonej właśnie Armii Polskiej. W lutym 1940 roku pojechał do Zakopanego, by stamtąd – przez Bałkany – dostać się na Zachód. Niestety “wpadł” na granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Odtransportowano go do Polski, a tu – wyrokiem sądu – został osadzony w więzieniu w Nowym Sączu, skąd via Tarnów, 14 czerwca 1940 r. deportowano go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Był jednym z pierwszych osadzonych, o czym świadczył chociażby niski numer obozowy 77.

Tadeusz “Teddy” Pietrzykowski w 1937 roku

****
Czytaj dalej: http://www.bokser.org/content/2009/07/02/000137/index.jsp
Inny artykuł o Pietrzykowskim na portalu bokser.org: http://www.bokser.org/content/2013/10/27/195949/index.jsp

Poetry – Poezja – Poesie / Lou Reed

Umarł właśnie – 27.10.2013

Berlin. Ta piosenka pochodzi z albumu Berlin, który Lou Reed nagrał w 1973 roku, kiedy był młody i dziki. Byłam na jego koncercie w Tempodromie w czerwcu 2007 roku, kiedy prezentował tę płytę w 34 lata po jej nagraniu.  Koncert był wypracowany do ostatniego szczegółu, nawet śmiesznego i żenującego zarazem, bo na końcu muzyk odtworzył jedną piosenkę ubrany w paczkę czyli tutu baletowej baleriny. Z koncertu najlepiej zapamiętałam chór dzieci w białych strojach. Zapamiętałam, bo sama myśl przyprawiała o ból. Przez dwie godziny dziewczynki i chłopcy stali zupełnie nieruchomo, niekiedy oblani jasnym światłem, niekiedy skryci w ciemności. Prawdziwe dzieci zamienione w nic nie czujące manekiny lub może raczej roboty, bo jednak od czasu do czasu śpiewały. Przypomniało mi to scenę z jakiegoś polskiego filmu o obozach koncentracyjnych. W nocy wygoniono kobiety na apel i kazano im stać. Nikt im nic nie zrobił, po prostu stały i była to straszna tortura.

Niech mi Lou Reed wybaczy, że zamiast odczuwać radość, że mogłam wziąć udział w koncercie na żywo, pamiętam o tych dzieciach…

To ponure wspomnienie, ale płyta też była ponura, mówiła o prostytucji, narkotykach, nieszczęściu, o dziewczynie, której urzędy odebrały dzieci… W latach 70 świat wciąż jeszcze tak widział Berlin. Reed nie był zresztą w Berlinie przed nagraniem tego albumu. Znał to miasto z opowieści Isherwooda, z obrazów Dixa, z Opery za trzy grosze. Berlin to nie była gombrowiczowska błyskotka (ostatnia) Zachodniej Europy, Berlin to było Jajo węża. Też znałam takie oblicze mojego miasta. Ostatni raz spotkałam dziewczynę, Murzynkę, której urzędy odebrały dziecko kilka lat temu. Skrzyczała synka na balkonie, sąsiedzi zadzwonili po służbę porządkową. Może zatem to tylko pozory, że Berlin się zmienia, że jest biedny, ale seksowny, bo chyba nie jest, albo już z powrotem nie jest, teraz jest miastem dla bogaczy, którym wolno z nami robić, co chcą, na przykład dać nam pracę za 1,5 euro na godzinę, odebrać nam dzieci lub ustawić nas na scenie, żebyśmy stali.

Nie znalazłam tłumaczenia piosenki Berlin na niemiecki ani polski, ale za to znalazłam wersję francuską. Polską przygotowałam sama. O niemiecką poprosiłam Dorotę Cygan.

Berlin

In Berlin, by the wall
you were five foot ten inches tall
It was very nice
candlelight and Dubonnet on ice

We were in a small cafe
you could hear the guitars play
It was very nice
it was paradise

You’re right and I’m wrong
hey babe, I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day

Oh, you’re right and I’m wrong
you know I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
One sweet day

In a small, small cafe
we could hear the guitars play
It was very nice
candlelight and Dubonnet on ice

Don’t forget, hire a vet
he hasn’t had that much fun yet
It was very nice
hey honey, it was paradise

You’re right and I’m wrong
oh babe, I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
You’re right, oh, and I’m wrong
you know I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
One sweet day

One sweet day, one sweet day
oh, one sweet day
One sweet day, baby-baby, one sweet day
one sweet day, one sweet day

***
Berlin

À Berlin, près du Mur
Tu faisais 5 pieds et 10 pouces de haut
C’était très bien
La lumière des chandelles et le Dubonnet avec des glaçons

Nous étions dans un petit café
On pouvait entendre les guitares jouer
C’était très bien
C’était le paradis

Tu as raison et j’ai tort
Hé chérie, tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour

Oh, tu as raison et j’ai tort
Tu sais que tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour
Un beau jour

Dans un petit, petit café
Nous pouvions entendre les guitares jouer
C’était très bien
La lumière des chandelle et le Dubonnet avec des glaçons

N’oublie pas, engage un vétéran
Il n’a pas vraiment eu de plaisir jusqu’à maintenant
C’était très bien
Hé, mon chou, c’était le paradis

Tu as raison et j’ai tort
Oh chérie, tu vas me manquer maintenant tu es partie
Un beau jour
Tu as raison, oh, et j’ai tort
Tu sais que tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour
Un beau jour

Un beau jour, un beau jour
Oh, un beau jour
Un beau jour, bébé-bébé, un beau jour
Un beau jour, un beau jour

***
Berlin

W Berlinie w cieniu muru
byłaś wysoka – metr siedemdziesiąt pięć
Tak było miło
światło świec i dubonnet na lodzie

Byliśmy w kawiarence
mogłaś posłuchać dźwięków gitary
jak w raju

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś, a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień
słodki dzień

W małej małej kawiarence
mogliśmy posłuchać dźwięków gitary
tak było miło
światło świec i dubonnet na lodzie

Wynajmij weterana
żeby mu było wesoło
tak było miło
ach kochanie, było jak w raju

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień
Masz rację a ja jej nie mam
wiesz, zaczynam tęsknić gdy odeszłaś
słodki dzień
słodki dzień

Słodki dzień słodki dzień
och jaki słodki dzień
Słodki dzień, baby baby, słodki dzień
słodki dzień, słodki dzień

tłumaczyła Ewa Maria Slaska

***

Berlin

In Berlin, an der Mauer
Du warst eins fünfunsiebzig groß
Es war so nett
Kerzenschein und Dubonnet on ice

Im kleinen Cafe
Gitarrenklänge
es war so nett
ein Paradies

Du liegst richtig und ich falsch, hey babe
jetzt wo du weg bist, vermiss ich dich
so ein reizender Tag

Du liegst richtig und ich falsch, hey babe
jetzt wo du weg bist, vermisse ich dich
ein reizender Tag

Im kleinen Cafe
Gitarrenklänge
es war so nett
Kerzenschein und Dubonnet on ice

Vergiss nicht einen Veteran anzuheuern
der hatte noch nicht so viel Spaß
es war super nett
Hey Süße, es war ein Paradies

Du liegst richtig und ich falsch
Ein reizender Tag
Du hast recht, ich irre mich
Ein reizender Tag
Ein reizender Tag

Ein reizender Tag, ein reizender Tag
oh, ein reizender Tag
reizender Tag, baby baby, reizender Tag
reizender Tag, reizender Tag

übersetzt von Dorota Cygan

Zaduszki

zaduszki4 Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Biało-żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.zaduszki1

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy

– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Berlin, 28.10.2012

Lekcja historii

Pośród zmurszałych drzew
W zapomnianej przestrzeni
Leżą otulone wiatrem historii
Świadkowie epoki – krzyże

Na pokrytym mchem granicie
Wyryty ledwo widoczny napis                  zaduszki2
I jakieś cyfry, tajemnicza data,
Na której rozłożyły się ślimaki.

I nikt by nie wiedział o śpiącej
Wiecznym snem przeszłości
Gdyby nie płonące znicze
Na zielonych gałązkach świerku.

Gdyby nie dzieci stojące obok.
Patrzące pokorą ciepłych serc
Na przytulone do chłodu ziemi
Tajemnice wiecznego przemijania.

Berlin, 29.10.2013

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.zaduszki3
Moja historia nadal płynie,
A ja już czekam Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnaniezaduszki5
Uszyte siłą twojej wiary,
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Ja szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło Mateńko
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
Codziennie szukam Cię wśród zniczy

Berlin, 30.10. 2011                                                                                                Fotos: Ania

Nigdy Was nie zapomnę

Ten tekst powinien się tak naprawdę ukazać w Wigilię, ale z ważnych względów autor uznał, że są to naprawdę wspominki z okazji Święta Zmarłych. Pomyślmy więc i o tej, o której pisze Roman Brodowski, która odeszła dwa lata temu, 9 listopada, i o innych naszych zmarłych, tych bliskich, tych dalekich i tych nieznanych. Pokój ich pamięci!

Roman Brodowski

Wigilia w Lidzie

Zimy na Białorusi zawsze są mroźne, śnieżne, a śnieg leżący na płaskich, sięgających bezkresu nizinnych polach jest tak biały i czysty, że oczy bolą, gdy się zbyt długo patrzy.

Jedziemy powoli po pokrytej lodem drodze do Lidy, miasta położonego ponad sto kilometrów od Grodna. Aż wstyd się przyznać, ale mało wiem o tym mieście, które z punktu widzenia historii miało wielkie znaczenie nie tylko dla Litwy, ale także dla mojej ojczyzny. To tu bowiem, w stolicy księstwa lidzkiego, najprawdopodobniej rodzili się wielcy Litwy i Polski, synowie księcia Olgierda, a wnukowie Gedymina, Jagiełło (późniejszy pan na Wawelu) i Witold. To w tym mieście znajduje się, wybudowany przez Gedymina w 1325 roku, zamek, będący twierdzą obronną, chroniącą mieszkańców przed naporem wojsk krzyżackich. Ten, spalony przez Szwedów w osiemnastym wieku, niemy świadek wielu dramatów tej ziemi, został odrestaurowany i pełni obecnie funkcję muzeum narodowego. To w tym stutysięcznym mieście istnieje jedna z największych enklaw polskiej kultury na terenie Białorusi, a blisko połowa jego mieszkańców przyznaje się do polskich korzeni.

Svetlahorsk_Berezina_river_BYZdjęcie z Wikipedia Commons.

I na koniec – to właśnie w Lidzie żyje i działa od  lat na rzecz Polaków krzewicielka języka polskiego, wielka polska patriotka, pochodząca z Krzemieńca, czyli z ziemi wołyńskiej, Izabela Tyrkin.

Pani Iza jest jedną z tych osób, które jeszcze przed upadkiem Związku Radzieckiego, nie zważając na sankcje, uczyła w swoim mieszkaniu dzieci mówić i pisać poprawnie w języku polskim.

Przekazywała im to, co sama wyniosła z domu rodzinnego, czyli polskie wartości narodowe. To ona była inicjatorką budowy tego przybytku kultury, w którym znajduje szkoła polska i ośrodek kultury, gdzie odbywają się zajęcia muzyczne, plastyczne, teatralne i  który jest miejscem spotkań społeczności polskiej.

Za swoją działalność udekorowana została przez władze naszego kraju Medalem Edukacji Narodowej, a następnie nagrodzona… zakazem odwiedzania swej ojczyzny – Polski.  Historia jej życia jest tak fascynująca i tragiczna jednocześnie, że grzechem z mojej strony byłoby podczas pobytu w Lidzie  nie porozmawiać z nią, nie uścisnąć dłoni, nie schylić czoła.

Po drodze mijaliśmy nieliczne drewniane, podobne tym opisywanym piórem Tołstoja, Gogola czy Dostojewskiego, wiejskie zabudowania, za którymi majaczyły w oddali ledwo widoczne srebrnoszare kontury drzew. Takie widoki zawsze pozytywnie oddziaływały na moją wyostrzoną wyobraźnię, wprowadzając w nastrój romantycznej melancholii.

Zbliżyliśmy się do kolejnego domu, a był nim okazały, i jak po wyglądzie sądzić można było, od lat już  niezamieszkały drewniany dworek na solidnej kamiennej podstawie.

Na moją prośbę mój przyjaciel, dzięki któremu mogę poznawać piękno dzisiejszej białoruskiej ziemi, oraz tradycję i kulturę naszych byłych kresów wschodnich, zatrzymał samochód nieopodal. Stojąc vis-a-vis dwukolumnowej zmurszałej werandy niemal poczułem zapach tamtej epoki, przeniosłem się wyobraźnią w czasy, kiedy to na tych terenach kwitło zaściankowe, drobnoszlacheckie życie. Zobaczyłem świat mickiewiczowskiej zadumy, refleksji i tęsknoty, jaki znamy z “Pana Tadeusza“. Dworek ożył. Słyszałem gwar służby krzątającej się po obejściu, dzieci bawiące na podwórzu oraz dziedzica wysiadającego z bryczki, rozmawiającego z dziedziczką w zrozumiałym dla mnie polskim, kresowym języku. Obok dworku rosły krzewy bzu i jaśminu, tak jak obok mojego rodzinnego domu w Pszczółkach, a za dworkiem rozciągały się pachnące chlebem, przerośnięte chabrem pszeniczne pola, gotowe do żniw. Wydawało mi się, że widziałem młodą, piękną dziewczynę o długich, lniano-słonecznych włosach, stojącą przy drewnianej studni, trzymającą gliniany dzbanek chłodnej wody.
Niestety  moją romantyczną wizję tamtej epoki przerwała brutalnie rzeczywistość dnia dzisiejszego.
– Musimy już jechać  – usłyszałem głos przyjaciela. – Do Lidy mamy jeszcze czterdzieści kilometrów, musimy się spieszyć, aby zdążyć na wigilijną wieczerzę.

Spotkanie opłatkowe, na które zostaliśmy zaproszeni, ma się rozpocząć w „Domu Polskim” o godzinie osiemnastej, a więc za niecałą godzinę.

GE DIGITAL CAMERADo Lidy dotarliśmy o czasie, to znaczy krótko przed rozpoczęciem wieczerzy. Przed „Domem Polskim“ stało kilkanaście osób, jakby w oczekiwaniu na zaproszonych gości. Okazały budynek przypomniał mi, nie wiem dlaczego, staropolski zajazd. Jasnokremowa do połowy i ciemnoczerwona od połowy ( z dachem włącznie)  fasada budynku przy pełnym jego oświetleniu symbolizuje barwy naszej flagi. Na łagodnie zaokrąglonych schodach, tuż pod łukiem wejścia, przywitała nas młoda, sympatyczna kobieta. Nad szklanymi drzwiami polski napis informuje, iż Dom ten należy do polskiej mniejszości narodowej zamieszkującej Lidę i okolice.

W środku panował iście świąteczny nastrój. Dziesiątki odświętnie ubranych osób, przybyłych na dzisiejszy wieczór, rozmawiających w języku swoich przodków oraz pastorałki dobiegające z sali głównej, w której za chwilę rozpocznie się tradycyjna kolacja wigilijna, przypomniają mi o moich chłopcach spędzających po raz pierwszy święta u mojej kochanej, wiernej przyjaciółki Małgosi – beze mnie.

Usiedliśmy przy stole suto zastawionym typowo wigilijnymi potrawami. Przypadły nam miejsca nieopodal sceny, na której stała przygotowana na dzisiejszą uroczystość szopka z małym Jezusem. Na środku postawiono wysoką choinkę, pod którą leżały dziesiątki zawiniętych w kolorowy papier paczek, dookoła której biegały rozradowane, czekające na prezenty dzieci.

GE DIGITAL CAMERAW pewnym momencie do sali weszła, opierając się na lasce, niewysoka starsza kobieta. Wszyscy uczestnicy spotkania wstali z miejsc i powitali ją gromkimi oklaskami. Kobieta powoli podeszła do nas i przedstawiła się, witając nas ciepłym, nieco ochrypłym głosem. Była to gospodyni dzisiejszej imprezy, dyrektor Domu Polskiego i prezes obwodu lidzkiego Związku Polaków na Białorusi, Izabela Tyrkin.

Dopiero teraz, kiedy usiadła obok, zauważyłem na jej zmęczonej twarzy cierpienie.

Po chwili usłyszeliśmy dobiegający ze sceny głos młodej kobiety, tej która witała nas przed progiem, ogłaszającej oficjalne rozpoczęcie wieczoru. Wygłosiła krótką przemowę, powitała zaproszonych gości, do których i ja miałem honor należeć, po czym zaintonowała „Bóg się rodzi“. Cała kilkusetosobowa wspólnota, siedząca dotychczas w milczeniu przy stołach, włączyła się do kolędowania, tworząc niepowtarzalny jednolity chór, a w wielu oczach pojawiły się, niby małe błyszczące brylanty, łzy.

Po zakończeniu pieśni poproszono na podium panią Izę.
– Drodzy moi przyjaciele, drodzy rodacy, – rozpoczęła kierując wzrok na zebranych, a następnie na leżące w kołysce niemowlę, symbol narodzonego Jezusa – jak co roku spotkaliśmy się…
Mówiła spokojnie, z nutą nostalgii, wspominając drogę, jaką wspólnie przebyli. Wydawało mi się, że jest to mowa pożegnalna, skierowana do grona najbliższych przyjaciół. Spośród wielu słów, myśli, jakie starała się nam przekazać, na zawsze utkwiło w mej pamięci to, co powiedziała na koniec swego wystąpienia: „Przestrzegam was kochani i proszę, abyście nigdy nie zapomnieli o ziemi waszych przodków, o gnieździe, z którego pochodzicie, o naszej polskiej mowie, która jest skarbem największym oraz tradycji wyniesionej i przekazywanej z pokolenia na pokolenia, tradycji wiary. Życzę wam i sobie jednocześnie, aby Ojczyzna, którą nosimy w sercach, jak matka chroniła nas, kochała i nigdy o nas nie zapomniała“.

Pani Iza poprosiła i mnie, abym powiedział kilka słów. Podszedłem do niej, aby wziąć mikrofon i – nie wiem dlaczego – ale spontanicznie przytuliłem ją do siebie jak kochający syn przytuliłby matkę. I tak, trzymając ją w ramionach, przeczytałem jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Nie chciałem, aby inni widzieli łzy w jej i moich oczach.

GE DIGITAL CAMERA
Przełamaliśmy się tradycyjnym opłatkiem i rozpoczęła się prawdziwie wigilijna uczta, przygotowana z dwunastu potraw. Pani Iza długo opowiadała mi o swym bogatym życiu. Mówiła o trudnym, czasami bolesnym okresie jednoczenia się społeczności polskiej na ziemi lidzkiej w latach dziewięćdziesiątych, o powstawaniu pierwszych polskich zespołów kultywujących tradycyjne i patriotyczne wartości wśród mieszkających na tym terenie rodaków. Opowiadała też o budowie „Domu Polskiego“, który rychło stał się znaczącym ośrodkiem kulturalno-oświatowym, gdzie w czasach największego rozkwitu w lekcjach języka polskiego i polskiej historii uczestniczyło blisko trzysta dzieci.
GE DIGITAL CAMERAW jej wynurzeniach nie zabrakło też, niestety, przysłowiowego „dziegciu“. Usłyszałem, jak to w czasach, kiedy na całej Białorusi w nowo wybudowanych „Domach Polskich“ rozwijały się bez większych trudności regionalne stowarzyszenia Polaków, do środka tej, wydawałoby się, prężnie działającej społeczności lidzkiej, zawitała z Polski, pod postacią kilku młodych, przygotowanych politycznie osób, niewiadomego tym razem koloru, rewolucja.
Życie naszych rodaków, złączonych kulturowo, ideowo i społecznie, zostało rozdarte. Powstały dwa obozy: polsko-prorządowy tzw. „rewolucyjny” oraz zachowawczy, czyli „reżimowy“, opierający swą działalność na krzewieniu kultury i tradycji wśród Polaków, bez konfrontacji z oficjalnymi władzami białoruskimi.
– Sytuacja ta doprowadziła do tego – powiedziała pani Iza – że dzisiaj do naszej szkoły uczęszcza już mniej niż sześćdziesiąt osób. Rodzice boją się posyłać dzieci na zajęcia w obawie, że posądzeni zostaną o wspieranie białoruskiego reżimu, a co za tym idzie, ukarani wydanym w Polsce zakazem odwiedzania najbliższych mieszkających w Polsce. Wielu dawnych działaczy odeszło ze związku, a wielu którzy, tak jak ja, w nim pozostali, zostało ukaranych narodową banicją. To prawda, na Białorusi żyje się ciężko. Na każdym kroku widać niesprawiedliwość, zakłamanie i korupcję, ale to dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju, bez względu na narodowość. Władze Białorusi prowadzą taką samą politykę w stosunku do swojego narodu jak do wszystkich mniejszości narodowych, polskiej, rosyjskiej, litewskiej i innych. Każdy obywatel Białorusi ma prawo buntować się przeciwko decyzjom władz, przeciwko politykom, przeciwko systemowi. Tego nikt nie może zabronić. Także my, Polacy, jako obywatele państwa, w którym mieszkamy, mamy to prawo. Nie czyńmy jednak tego pod szyldem państwa polskiego, bo jest to wtedy już nie konflikt wewnętrzny, lecz międzynarodowy. Tym bardziej, że reżim nie uderza swoją polityką bezpośrednio w naszą mniejszość.
– Jak pan myśli, co zrobiłby rząd polski czy też niemiecki, gdyby na terytorium ich państw jakiekolwiek mniejszości narodowe prowadziły działalność opozycyjno-rewolucyjną przeciwko ich polityce? – zapytała. – Niech pan nie odpowiada – dodała…

GE DIGITAL CAMERAZe sceny usłyszeliśmy dźwięki polskiej muzyki ludowej: kujawiaka, mazurka, poloneza. Śpiewano tak miłe mojemu sercu piosenki jak, „Szła dzieweczka“, „W zielonym gaju“ czy „Jarzębina czerwona“, no i oczywiście polskie kolędy. Wigilijny wieczór powoli dobiegał końca. Pełen wrażeń, szczęśliwy ze spotkania, szykowałem się do powrotu. Jakże wielką radość poczułem i jak wielkiego wzruszenia doznałem, gdy wychodziłem do auta. Przed gmachem ustawił się szpaler moich nowych lidzkich przyjaciół, śpiewający mi na pożegnanie „Pieśń Legionów“.

Nigdy Was nie zapomnę – pomyślałem – ściskając szereg wyciągniętych dłoni.

Bialorus -dom6

Pani Izabela Tyrkin zmarła po długiej i ciężkiej chorobie dwa lata temu,
09 listopada 2011 roku. Pożegnana przez kilkusetosobową rzeszę przyjaciół, odeszła tak jak żyła, w spokoju i pokoju. Niestety, Polskę w Jej ostatniej drodze reprezentowała tylko jedna osoba – przedstawiciel Stowarzyszenia Pomocy „Rubież“ z Białegostoku. Nie było nikogo z oficjalnych przedstawicieli państwa polskiego czy też polskiej dyplomacji. To bardzo przykre.

W niedalekiej przyszłości postaram się napisać więcej  o „niepoprawnej“ politycznie działalności Polaków na Białorusi i o ich problemach, a także o prawdziwych powodach, jakie doprowadziły do rozbicia mniejszości polskiej w tym kraju.