Poetry – Poezja – Poesie / Lou Reed

Umarł właśnie – 27.10.2013

Berlin. Ta piosenka pochodzi z albumu Berlin, który Lou Reed nagrał w 1973 roku, kiedy był młody i dziki. Byłam na jego koncercie w Tempodromie w czerwcu 2007 roku, kiedy prezentował tę płytę w 34 lata po jej nagraniu.  Koncert był wypracowany do ostatniego szczegółu, nawet śmiesznego i żenującego zarazem, bo na końcu muzyk odtworzył jedną piosenkę ubrany w paczkę czyli tutu baletowej baleriny. Z koncertu najlepiej zapamiętałam chór dzieci w białych strojach. Zapamiętałam, bo sama myśl przyprawiała o ból. Przez dwie godziny dziewczynki i chłopcy stali zupełnie nieruchomo, niekiedy oblani jasnym światłem, niekiedy skryci w ciemności. Prawdziwe dzieci zamienione w nic nie czujące manekiny lub może raczej roboty, bo jednak od czasu do czasu śpiewały. Przypomniało mi to scenę z jakiegoś polskiego filmu o obozach koncentracyjnych. W nocy wygoniono kobiety na apel i kazano im stać. Nikt im nic nie zrobił, po prostu stały i była to straszna tortura.

Niech mi Lou Reed wybaczy, że zamiast odczuwać radość, że mogłam wziąć udział w koncercie na żywo, pamiętam o tych dzieciach…

To ponure wspomnienie, ale płyta też była ponura, mówiła o prostytucji, narkotykach, nieszczęściu, o dziewczynie, której urzędy odebrały dzieci… W latach 70 świat wciąż jeszcze tak widział Berlin. Reed nie był zresztą w Berlinie przed nagraniem tego albumu. Znał to miasto z opowieści Isherwooda, z obrazów Dixa, z Opery za trzy grosze. Berlin to nie była gombrowiczowska błyskotka (ostatnia) Zachodniej Europy, Berlin to było Jajo węża. Też znałam takie oblicze mojego miasta. Ostatni raz spotkałam dziewczynę, Murzynkę, której urzędy odebrały dziecko kilka lat temu. Skrzyczała synka na balkonie, sąsiedzi zadzwonili po służbę porządkową. Może zatem to tylko pozory, że Berlin się zmienia, że jest biedny, ale seksowny, bo chyba nie jest, albo już z powrotem nie jest, teraz jest miastem dla bogaczy, którym wolno z nami robić, co chcą, na przykład dać nam pracę za 1,5 euro na godzinę, odebrać nam dzieci lub ustawić nas na scenie, żebyśmy stali.

Nie znalazłam tłumaczenia piosenki Berlin na niemiecki ani polski, ale za to znalazłam wersję francuską. Polską przygotowałam sama. O niemiecką poprosiłam Dorotę Cygan.

Berlin

In Berlin, by the wall
you were five foot ten inches tall
It was very nice
candlelight and Dubonnet on ice

We were in a small cafe
you could hear the guitars play
It was very nice
it was paradise

You’re right and I’m wrong
hey babe, I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day

Oh, you’re right and I’m wrong
you know I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
One sweet day

In a small, small cafe
we could hear the guitars play
It was very nice
candlelight and Dubonnet on ice

Don’t forget, hire a vet
he hasn’t had that much fun yet
It was very nice
hey honey, it was paradise

You’re right and I’m wrong
oh babe, I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
You’re right, oh, and I’m wrong
you know I’m gonna miss you now that you’re gone
One sweet day
One sweet day

One sweet day, one sweet day
oh, one sweet day
One sweet day, baby-baby, one sweet day
one sweet day, one sweet day

***
Berlin

À Berlin, près du Mur
Tu faisais 5 pieds et 10 pouces de haut
C’était très bien
La lumière des chandelles et le Dubonnet avec des glaçons

Nous étions dans un petit café
On pouvait entendre les guitares jouer
C’était très bien
C’était le paradis

Tu as raison et j’ai tort
Hé chérie, tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour

Oh, tu as raison et j’ai tort
Tu sais que tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour
Un beau jour

Dans un petit, petit café
Nous pouvions entendre les guitares jouer
C’était très bien
La lumière des chandelle et le Dubonnet avec des glaçons

N’oublie pas, engage un vétéran
Il n’a pas vraiment eu de plaisir jusqu’à maintenant
C’était très bien
Hé, mon chou, c’était le paradis

Tu as raison et j’ai tort
Oh chérie, tu vas me manquer maintenant tu es partie
Un beau jour
Tu as raison, oh, et j’ai tort
Tu sais que tu vas me manquer maintenant que tu es partie
Un beau jour
Un beau jour

Un beau jour, un beau jour
Oh, un beau jour
Un beau jour, bébé-bébé, un beau jour
Un beau jour, un beau jour

***
Berlin

W Berlinie w cieniu muru
byłaś wysoka – metr siedemdziesiąt pięć
Tak było miło
światło świec i dubonnet na lodzie

Byliśmy w kawiarence
mogłaś posłuchać dźwięków gitary
jak w raju

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś, a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień
słodki dzień

W małej małej kawiarence
mogliśmy posłuchać dźwięków gitary
tak było miło
światło świec i dubonnet na lodzie

Wynajmij weterana
żeby mu było wesoło
tak było miło
ach kochanie, było jak w raju

Masz rację a ja jej nie mam
hej baby odeszłaś a ja zaczynam tęsknić
słodki dzień
Masz rację a ja jej nie mam
wiesz, zaczynam tęsknić gdy odeszłaś
słodki dzień
słodki dzień

Słodki dzień słodki dzień
och jaki słodki dzień
Słodki dzień, baby baby, słodki dzień
słodki dzień, słodki dzień

tłumaczyła Ewa Maria Slaska

***

Berlin

In Berlin, an der Mauer
Du warst eins fünfunsiebzig groß
Es war so nett
Kerzenschein und Dubonnet on ice

Im kleinen Cafe
Gitarrenklänge
es war so nett
ein Paradies

Du liegst richtig und ich falsch, hey babe
jetzt wo du weg bist, vermiss ich dich
so ein reizender Tag

Du liegst richtig und ich falsch, hey babe
jetzt wo du weg bist, vermisse ich dich
ein reizender Tag

Im kleinen Cafe
Gitarrenklänge
es war so nett
Kerzenschein und Dubonnet on ice

Vergiss nicht einen Veteran anzuheuern
der hatte noch nicht so viel Spaß
es war super nett
Hey Süße, es war ein Paradies

Du liegst richtig und ich falsch
Ein reizender Tag
Du hast recht, ich irre mich
Ein reizender Tag
Ein reizender Tag

Ein reizender Tag, ein reizender Tag
oh, ein reizender Tag
reizender Tag, baby baby, reizender Tag
reizender Tag, reizender Tag

übersetzt von Dorota Cygan

Zaduszki

zaduszki4 Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Biało-żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.zaduszki1

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy

– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Berlin, 28.10.2012

Lekcja historii

Pośród zmurszałych drzew
W zapomnianej przestrzeni
Leżą otulone wiatrem historii
Świadkowie epoki – krzyże

Na pokrytym mchem granicie
Wyryty ledwo widoczny napis                  zaduszki2
I jakieś cyfry, tajemnicza data,
Na której rozłożyły się ślimaki.

I nikt by nie wiedział o śpiącej
Wiecznym snem przeszłości
Gdyby nie płonące znicze
Na zielonych gałązkach świerku.

Gdyby nie dzieci stojące obok.
Patrzące pokorą ciepłych serc
Na przytulone do chłodu ziemi
Tajemnice wiecznego przemijania.

Berlin, 29.10.2013

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.zaduszki3
Moja historia nadal płynie,
A ja już czekam Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnaniezaduszki5
Uszyte siłą twojej wiary,
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Ja szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło Mateńko
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
Codziennie szukam Cię wśród zniczy

Berlin, 30.10. 2011                                                                                                Fotos: Ania

Nigdy Was nie zapomnę

Ten tekst powinien się tak naprawdę ukazać w Wigilię, ale z ważnych względów autor uznał, że są to naprawdę wspominki z okazji Święta Zmarłych. Pomyślmy więc i o tej, o której pisze Roman Brodowski, która odeszła dwa lata temu, 9 listopada, i o innych naszych zmarłych, tych bliskich, tych dalekich i tych nieznanych. Pokój ich pamięci!

Roman Brodowski

Wigilia w Lidzie

Zimy na Białorusi zawsze są mroźne, śnieżne, a śnieg leżący na płaskich, sięgających bezkresu nizinnych polach jest tak biały i czysty, że oczy bolą, gdy się zbyt długo patrzy.

Jedziemy powoli po pokrytej lodem drodze do Lidy, miasta położonego ponad sto kilometrów od Grodna. Aż wstyd się przyznać, ale mało wiem o tym mieście, które z punktu widzenia historii miało wielkie znaczenie nie tylko dla Litwy, ale także dla mojej ojczyzny. To tu bowiem, w stolicy księstwa lidzkiego, najprawdopodobniej rodzili się wielcy Litwy i Polski, synowie księcia Olgierda, a wnukowie Gedymina, Jagiełło (późniejszy pan na Wawelu) i Witold. To w tym mieście znajduje się, wybudowany przez Gedymina w 1325 roku, zamek, będący twierdzą obronną, chroniącą mieszkańców przed naporem wojsk krzyżackich. Ten, spalony przez Szwedów w osiemnastym wieku, niemy świadek wielu dramatów tej ziemi, został odrestaurowany i pełni obecnie funkcję muzeum narodowego. To w tym stutysięcznym mieście istnieje jedna z największych enklaw polskiej kultury na terenie Białorusi, a blisko połowa jego mieszkańców przyznaje się do polskich korzeni.

Svetlahorsk_Berezina_river_BYZdjęcie z Wikipedia Commons.

I na koniec – to właśnie w Lidzie żyje i działa od  lat na rzecz Polaków krzewicielka języka polskiego, wielka polska patriotka, pochodząca z Krzemieńca, czyli z ziemi wołyńskiej, Izabela Tyrkin.

Pani Iza jest jedną z tych osób, które jeszcze przed upadkiem Związku Radzieckiego, nie zważając na sankcje, uczyła w swoim mieszkaniu dzieci mówić i pisać poprawnie w języku polskim.

Przekazywała im to, co sama wyniosła z domu rodzinnego, czyli polskie wartości narodowe. To ona była inicjatorką budowy tego przybytku kultury, w którym znajduje szkoła polska i ośrodek kultury, gdzie odbywają się zajęcia muzyczne, plastyczne, teatralne i  który jest miejscem spotkań społeczności polskiej.

Za swoją działalność udekorowana została przez władze naszego kraju Medalem Edukacji Narodowej, a następnie nagrodzona… zakazem odwiedzania swej ojczyzny – Polski.  Historia jej życia jest tak fascynująca i tragiczna jednocześnie, że grzechem z mojej strony byłoby podczas pobytu w Lidzie  nie porozmawiać z nią, nie uścisnąć dłoni, nie schylić czoła.

Po drodze mijaliśmy nieliczne drewniane, podobne tym opisywanym piórem Tołstoja, Gogola czy Dostojewskiego, wiejskie zabudowania, za którymi majaczyły w oddali ledwo widoczne srebrnoszare kontury drzew. Takie widoki zawsze pozytywnie oddziaływały na moją wyostrzoną wyobraźnię, wprowadzając w nastrój romantycznej melancholii.

Zbliżyliśmy się do kolejnego domu, a był nim okazały, i jak po wyglądzie sądzić można było, od lat już  niezamieszkały drewniany dworek na solidnej kamiennej podstawie.

Na moją prośbę mój przyjaciel, dzięki któremu mogę poznawać piękno dzisiejszej białoruskiej ziemi, oraz tradycję i kulturę naszych byłych kresów wschodnich, zatrzymał samochód nieopodal. Stojąc vis-a-vis dwukolumnowej zmurszałej werandy niemal poczułem zapach tamtej epoki, przeniosłem się wyobraźnią w czasy, kiedy to na tych terenach kwitło zaściankowe, drobnoszlacheckie życie. Zobaczyłem świat mickiewiczowskiej zadumy, refleksji i tęsknoty, jaki znamy z “Pana Tadeusza“. Dworek ożył. Słyszałem gwar służby krzątającej się po obejściu, dzieci bawiące na podwórzu oraz dziedzica wysiadającego z bryczki, rozmawiającego z dziedziczką w zrozumiałym dla mnie polskim, kresowym języku. Obok dworku rosły krzewy bzu i jaśminu, tak jak obok mojego rodzinnego domu w Pszczółkach, a za dworkiem rozciągały się pachnące chlebem, przerośnięte chabrem pszeniczne pola, gotowe do żniw. Wydawało mi się, że widziałem młodą, piękną dziewczynę o długich, lniano-słonecznych włosach, stojącą przy drewnianej studni, trzymającą gliniany dzbanek chłodnej wody.
Niestety  moją romantyczną wizję tamtej epoki przerwała brutalnie rzeczywistość dnia dzisiejszego.
– Musimy już jechać  – usłyszałem głos przyjaciela. – Do Lidy mamy jeszcze czterdzieści kilometrów, musimy się spieszyć, aby zdążyć na wigilijną wieczerzę.

Spotkanie opłatkowe, na które zostaliśmy zaproszeni, ma się rozpocząć w „Domu Polskim” o godzinie osiemnastej, a więc za niecałą godzinę.

GE DIGITAL CAMERADo Lidy dotarliśmy o czasie, to znaczy krótko przed rozpoczęciem wieczerzy. Przed „Domem Polskim“ stało kilkanaście osób, jakby w oczekiwaniu na zaproszonych gości. Okazały budynek przypomniał mi, nie wiem dlaczego, staropolski zajazd. Jasnokremowa do połowy i ciemnoczerwona od połowy ( z dachem włącznie)  fasada budynku przy pełnym jego oświetleniu symbolizuje barwy naszej flagi. Na łagodnie zaokrąglonych schodach, tuż pod łukiem wejścia, przywitała nas młoda, sympatyczna kobieta. Nad szklanymi drzwiami polski napis informuje, iż Dom ten należy do polskiej mniejszości narodowej zamieszkującej Lidę i okolice.

W środku panował iście świąteczny nastrój. Dziesiątki odświętnie ubranych osób, przybyłych na dzisiejszy wieczór, rozmawiających w języku swoich przodków oraz pastorałki dobiegające z sali głównej, w której za chwilę rozpocznie się tradycyjna kolacja wigilijna, przypomniają mi o moich chłopcach spędzających po raz pierwszy święta u mojej kochanej, wiernej przyjaciółki Małgosi – beze mnie.

Usiedliśmy przy stole suto zastawionym typowo wigilijnymi potrawami. Przypadły nam miejsca nieopodal sceny, na której stała przygotowana na dzisiejszą uroczystość szopka z małym Jezusem. Na środku postawiono wysoką choinkę, pod którą leżały dziesiątki zawiniętych w kolorowy papier paczek, dookoła której biegały rozradowane, czekające na prezenty dzieci.

GE DIGITAL CAMERAW pewnym momencie do sali weszła, opierając się na lasce, niewysoka starsza kobieta. Wszyscy uczestnicy spotkania wstali z miejsc i powitali ją gromkimi oklaskami. Kobieta powoli podeszła do nas i przedstawiła się, witając nas ciepłym, nieco ochrypłym głosem. Była to gospodyni dzisiejszej imprezy, dyrektor Domu Polskiego i prezes obwodu lidzkiego Związku Polaków na Białorusi, Izabela Tyrkin.

Dopiero teraz, kiedy usiadła obok, zauważyłem na jej zmęczonej twarzy cierpienie.

Po chwili usłyszeliśmy dobiegający ze sceny głos młodej kobiety, tej która witała nas przed progiem, ogłaszającej oficjalne rozpoczęcie wieczoru. Wygłosiła krótką przemowę, powitała zaproszonych gości, do których i ja miałem honor należeć, po czym zaintonowała „Bóg się rodzi“. Cała kilkusetosobowa wspólnota, siedząca dotychczas w milczeniu przy stołach, włączyła się do kolędowania, tworząc niepowtarzalny jednolity chór, a w wielu oczach pojawiły się, niby małe błyszczące brylanty, łzy.

Po zakończeniu pieśni poproszono na podium panią Izę.
– Drodzy moi przyjaciele, drodzy rodacy, – rozpoczęła kierując wzrok na zebranych, a następnie na leżące w kołysce niemowlę, symbol narodzonego Jezusa – jak co roku spotkaliśmy się…
Mówiła spokojnie, z nutą nostalgii, wspominając drogę, jaką wspólnie przebyli. Wydawało mi się, że jest to mowa pożegnalna, skierowana do grona najbliższych przyjaciół. Spośród wielu słów, myśli, jakie starała się nam przekazać, na zawsze utkwiło w mej pamięci to, co powiedziała na koniec swego wystąpienia: „Przestrzegam was kochani i proszę, abyście nigdy nie zapomnieli o ziemi waszych przodków, o gnieździe, z którego pochodzicie, o naszej polskiej mowie, która jest skarbem największym oraz tradycji wyniesionej i przekazywanej z pokolenia na pokolenia, tradycji wiary. Życzę wam i sobie jednocześnie, aby Ojczyzna, którą nosimy w sercach, jak matka chroniła nas, kochała i nigdy o nas nie zapomniała“.

Pani Iza poprosiła i mnie, abym powiedział kilka słów. Podszedłem do niej, aby wziąć mikrofon i – nie wiem dlaczego – ale spontanicznie przytuliłem ją do siebie jak kochający syn przytuliłby matkę. I tak, trzymając ją w ramionach, przeczytałem jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Nie chciałem, aby inni widzieli łzy w jej i moich oczach.

GE DIGITAL CAMERA
Przełamaliśmy się tradycyjnym opłatkiem i rozpoczęła się prawdziwie wigilijna uczta, przygotowana z dwunastu potraw. Pani Iza długo opowiadała mi o swym bogatym życiu. Mówiła o trudnym, czasami bolesnym okresie jednoczenia się społeczności polskiej na ziemi lidzkiej w latach dziewięćdziesiątych, o powstawaniu pierwszych polskich zespołów kultywujących tradycyjne i patriotyczne wartości wśród mieszkających na tym terenie rodaków. Opowiadała też o budowie „Domu Polskiego“, który rychło stał się znaczącym ośrodkiem kulturalno-oświatowym, gdzie w czasach największego rozkwitu w lekcjach języka polskiego i polskiej historii uczestniczyło blisko trzysta dzieci.
GE DIGITAL CAMERAW jej wynurzeniach nie zabrakło też, niestety, przysłowiowego „dziegciu“. Usłyszałem, jak to w czasach, kiedy na całej Białorusi w nowo wybudowanych „Domach Polskich“ rozwijały się bez większych trudności regionalne stowarzyszenia Polaków, do środka tej, wydawałoby się, prężnie działającej społeczności lidzkiej, zawitała z Polski, pod postacią kilku młodych, przygotowanych politycznie osób, niewiadomego tym razem koloru, rewolucja.
Życie naszych rodaków, złączonych kulturowo, ideowo i społecznie, zostało rozdarte. Powstały dwa obozy: polsko-prorządowy tzw. „rewolucyjny” oraz zachowawczy, czyli „reżimowy“, opierający swą działalność na krzewieniu kultury i tradycji wśród Polaków, bez konfrontacji z oficjalnymi władzami białoruskimi.
– Sytuacja ta doprowadziła do tego – powiedziała pani Iza – że dzisiaj do naszej szkoły uczęszcza już mniej niż sześćdziesiąt osób. Rodzice boją się posyłać dzieci na zajęcia w obawie, że posądzeni zostaną o wspieranie białoruskiego reżimu, a co za tym idzie, ukarani wydanym w Polsce zakazem odwiedzania najbliższych mieszkających w Polsce. Wielu dawnych działaczy odeszło ze związku, a wielu którzy, tak jak ja, w nim pozostali, zostało ukaranych narodową banicją. To prawda, na Białorusi żyje się ciężko. Na każdym kroku widać niesprawiedliwość, zakłamanie i korupcję, ale to dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju, bez względu na narodowość. Władze Białorusi prowadzą taką samą politykę w stosunku do swojego narodu jak do wszystkich mniejszości narodowych, polskiej, rosyjskiej, litewskiej i innych. Każdy obywatel Białorusi ma prawo buntować się przeciwko decyzjom władz, przeciwko politykom, przeciwko systemowi. Tego nikt nie może zabronić. Także my, Polacy, jako obywatele państwa, w którym mieszkamy, mamy to prawo. Nie czyńmy jednak tego pod szyldem państwa polskiego, bo jest to wtedy już nie konflikt wewnętrzny, lecz międzynarodowy. Tym bardziej, że reżim nie uderza swoją polityką bezpośrednio w naszą mniejszość.
– Jak pan myśli, co zrobiłby rząd polski czy też niemiecki, gdyby na terytorium ich państw jakiekolwiek mniejszości narodowe prowadziły działalność opozycyjno-rewolucyjną przeciwko ich polityce? – zapytała. – Niech pan nie odpowiada – dodała…

GE DIGITAL CAMERAZe sceny usłyszeliśmy dźwięki polskiej muzyki ludowej: kujawiaka, mazurka, poloneza. Śpiewano tak miłe mojemu sercu piosenki jak, „Szła dzieweczka“, „W zielonym gaju“ czy „Jarzębina czerwona“, no i oczywiście polskie kolędy. Wigilijny wieczór powoli dobiegał końca. Pełen wrażeń, szczęśliwy ze spotkania, szykowałem się do powrotu. Jakże wielką radość poczułem i jak wielkiego wzruszenia doznałem, gdy wychodziłem do auta. Przed gmachem ustawił się szpaler moich nowych lidzkich przyjaciół, śpiewający mi na pożegnanie „Pieśń Legionów“.

Nigdy Was nie zapomnę – pomyślałem – ściskając szereg wyciągniętych dłoni.

Bialorus -dom6

Pani Izabela Tyrkin zmarła po długiej i ciężkiej chorobie dwa lata temu,
09 listopada 2011 roku. Pożegnana przez kilkusetosobową rzeszę przyjaciół, odeszła tak jak żyła, w spokoju i pokoju. Niestety, Polskę w Jej ostatniej drodze reprezentowała tylko jedna osoba – przedstawiciel Stowarzyszenia Pomocy „Rubież“ z Białegostoku. Nie było nikogo z oficjalnych przedstawicieli państwa polskiego czy też polskiej dyplomacji. To bardzo przykre.

W niedalekiej przyszłości postaram się napisać więcej  o „niepoprawnej“ politycznie działalności Polaków na Białorusi i o ich problemach, a także o prawdziwych powodach, jakie doprowadziły do rozbicia mniejszości polskiej w tym kraju.

 

Sen do kwadratu

Łucja Fice

SEN DO KWADRATU

Taki sen jest bardzo niebezpieczny. A co dopiero sen do sześcianu. Śpisz sobie w najlepsze i śni ci się, że śnisz i jeszcze raz wchodzisz w sen, a to już sześcian. Oczywiście nie zdajesz sobie z tego sprawy, dopóki się nie obudzisz. Wtedy boisz się zasypiać, żeby czasem nie wpaść w letarg, bo wtedy mogą uznać cię za zmarłą i żywcem pochować.
– Głupia snów się boisz? – mówisz sama do siebie.
– Nieprawda!, nie snów, tylko podróży w przeszłość i zamiany w inną osobę.
Tylko powierzchownie, bo w środku jesteś ciągle tą samą Anną. Masz inny kolor skóry, inne oczy, włosy, figurę. Z tej figury to nawet byłaś zadowolona. No! – oczywiście, byłaś młoda.
W tym śnie do sześcianu byłaś piękną kobietą o imieniu ANAT, wojowniczką z toporem, tarczą i włócznią, modlącą się we własnej świątyni w Tanis w Egipcie. Nagle zauważyłaś, że otwiera się ciężka brama, a w niej wielkie psy. Były podobne do wyżłów, miały smukłe sylwetki, podłużne pyski, i spiczaste stojące uszy. Miały złe zamiary. Oglądałaś kiedyś te wyżły wyryte w jakiejś świątyni (w jej resztkach) z Doliny Królów w programie Discovery. Co w nich cię przestraszyło, to tylko to, że były nienaturalnych rozmiarów – dużo większe. Klęcząc wypinałaś na nie tyłek. To ty byłaś boginią, to ty potęgą, mając na obronę swego ojca RA. Choć warczały na ciebie i podchodziły coraz bliżej – nie bałaś się. Nieświadoma przewrócenia się na drugi bok – zmieniłaś sen na do kwadratu a tym samym uniknęłaś rozszarpania na kawałki. .
Budzisz się – ale oto jesteś w drugim śnie, gdzie OZYRYS powoli podchodzi do ciebie. Krzyczysz ze strachu, bo jest już za twoimi plecami, obwąchują twoje skulone ciało.
– Już nie żyjesz – pomyślałaś. Odwracasz się już po raz drugi i bezczelnie spoglądasz w jego długą psią mordę i bicz w dłoniach.
– Co? – zapytałaś, a usta ci drżały ze strachu.
– OZYRYSIE –
Nagle doznajesz olśnienia.
– Nie ma cię – umarłeś. Zostałeś wykasowany. Grasujesz tylko po ludzkich umysłach i biegasz po kartach ksiąg, które czytają miłośnicy mitologii. Inni bogowie teraz rządzą światem. Stworzyli cię ludzie i oni cię uśmiercili. Ja nie mam z tym nic wspólnego.
– Jestem u szczytu panowania – odpowiedział. Tak. Pamiętasz to dokładnie.
Przedstawiłaś się pokornie – trochę nafaszerowana strachem.
-Jestem Anna z nowoczesnej dynastii pod panowaniem Wspólnej Europy. Świątynią jest Bruksela – tam rozkwitają barwy mamony. Rządzą teraz politycy urobieni na garncarskim kole przez społeczeństwo a nie przez CHNUMA.
-Nie pokłonię się – jak to robili w twoich czasach, bo ciebie nie ma. Zresztą w moich czasach nikomu nie muszę się kłaniać – stwierdziłaś odważnie.
Odchyliłaś się, a jego oczy wciąż źle patrzyły.
– Jesteś podejrzanym typem zaistniałym w mojej świadomości, zboczeńcem a nie bogiem, kłodą przerzucaną na kartach historii. Nie pokłonię się tobie..
– Należę do siebie samej, takie mam prawo, wypinam się na ciebie z wielką dystynkcją.
Podniosłaś się wtedy z klęczek i uniosłaś dumnie głowę. Ozyrys znieruchomiał, ale wciąż próbował zahipnotyzować cię wzrokiem, zatrzymać. I nadal wypinałabyś się na niego w tym śnie, ale oto właśnie znalazłaś się w ciemnej grocie pełnej stalagmitów, w której przejmujące zimno i kapiąca woda uzmysłowiły ci, że jesteś w przedsionku chrześcijańskiego piekła.
Na środku groty – duży kocioł, a w nim gotuje się, paruje, bulgocze, w dwustu stopniach ciekły azot. W azocie zanurzone grzeszne dusze. Witaj w piekle – powiedziałaś do siebie. Tylko jakoś nie widziałaś diabła – europejskiego diabła, z rogami, ogonem, melonikiem, który ma w nim wyglądać jak schizofreniczny poeta.
Nie bałaś się wcale.
Tylko nie wiedziałaś, w jaką datę weszłaś. Diablisko, choć niewidoczne, zapraszało.
– No! Wskocz do tej wanienki moja droga pani. Wykąp się, a potem zaproszę cię na salony -słyszałaś tylko cieplutki głosik.
-Czekaj!, pokażę ci, co myślę i rozpoczęłaś długi monolog.
– Jesteś, jak piana. Robisz dużo zamieszania Nie masz odwagi, żeby stanąć ze mną do dialogu, ty przechero i głupolu, na złość robisz, nie wiesz komu. Grunt mam mocny,
silne są mej wiary fundamenty. Chociaż cała drżę w powałach, niechaj Bogu będzie chwała, że cię stworzył na pokusę, lecz obdarzył kiepskim duchem. Mój duch wiary jak eliksir
wciąż popijam za twe zdrowie. I nikt więcej się nie dowie, że na dialog ciebie wzywam, że nie boję się odkrywać złych stron twego charakteru. Bo jak widzisz, za mną stoi straż w niebiańskiej zbroi. No i cóż mój miły gadzie? Czy zeń wyjdziesz po naradzie?
Pienisz się i pienisz tylko. Czy chcesz złapać mnie w swe kleszcze? Więc umilknij, ukryj dreszcze, jam silniejsza jest od diabła, więc zasługa twoja spadła.
-Martwisz się?, że zwracam twarz ku Bogu? Nie podoba się to komu?
Wyłaź więc z tej białej piany i stań w końcu do dialogu.
Poczułam się czysta, pierwotna nieskalana, wytresowana przez współczesne mi czasy na katoliczkę. Nagle przebłysk świadomości. Mamy rok pański 2010 po Chrystusie. Obudziłaś się.
– Uff, ale ulga. To nagłe spostrzeżenie, które pojawiło się w twojej głowie wbrew wszelkiej oczywistości, która była pozorna, ucieszyłaś się, że nie dałaś się diabłu nabrać. Ten teatr, jaki mu odstawiłaś sprawił, że poczułaś się jak anioł, który diabła przegonił. Ten sen pojęłaś jako specjalny dar od Boga.

Wszystkie łąki i pastwiska

Maria Korzeń, która sama siebie nazywa Zielarką, od wielu miesięcy wiernie czyta wpisy na tym blogu, czasem, rzadko, je komentuje, ale często dodaje im lajki. Poprosiłam ją więc, żeby nam trochę opowiedziała o sobie i o tym, co robi.

„Wszystkie łąki i pastwiska,
Wszystkie lasy i góry-
– są aptekami”

Paracelsus

dwie ręceChemioterapia i fitoterapia to jak dwie ręce – są sobie potrzebne i wzajemnie się uzupełniają.

Zioła towarzyszyły człowiekowi od zarania dziejów.

Do poznania działania roślin dochodził człowiek powoli, przez długie tysiąclecia, obserwując zwierzęta, które dzięki bardziej rozwiniętemu i wyczulonemu instynktowi unikały roślin trujących, a niekiedy umiały wyszukać odpowiednie rośliny lecznicze.

Jeszcze dziś możemy zaobserwować, jak na bardzo nawet ubogich pastwiskach górskich bydło i owce omijają niektóre rośliny.

W miarę gromadzenia z pokolenia na pokolenie doświadczeń powstawała wiedza o niezwykłych właściwościach roślin.

Wiedza ta przekazywana ustnie jedynie w bardzo wąskim gronie rodziny czy klanu, tworzyła krąg wtajemniczenia – stawała się atrybutem władzy, przedmiotem obrzędów, kultów religijnych bądź magii, obserwowanych do dziś wśród pierwotnych plemion.

Z czasem zaczęto spisywać wiadomości o ziołach i ich działaniu.

Najstarsze dokumenty pochodzą z Chin i Indii sprzed 3500 lat.

Wspaniale rozwinęła się nauka o ziołach w starożytnej Grecji.

Tu ziołami i lecznictwem zajmowali się nie tylko kapłani, lecz również filozofowie i uczeni, którzy zostawili w spuściznie wiele cennych dzieł.

Za ojca medycyny i farmacji uważa się greckiego uczonego Hipokratesa, żyjącego na wyspie Kos w V w p.n.e.

Jego dzieło  Corpus Hippoccraticum zawiera opis około 300 leków pochodzenia roślinnego.

W okresie średniowiecza czerpano z tradycji starożytności.

generalifeLeczeniem zajmowały się głównie osoby duchowne, szczególnie zakonnicy, którzy interesowali się również uprawą i zbieraniem ziół, ale też aptekarze, którzy w ogródkach przyaptecznych uprawiali wiele roślin leczniczych, przygotowywali z nich leki i udzielali porad lekarskich .

Wypada w tym miejscu zastanowić się, dlaczego ziołolecznictwo, które przez długie wieki było stosowane i honorowane w końcu tak dalece utraciło swoją  rangę, że obecnie z tak ogromnym trudem musi ją odzyskiwać.

Mianowicie: w drugiej połowie ubiegłego stulecia rozwinęła się nowa postać leczenia – chemioterapia.

Historyczną datą był rok 1874, w którym dokonano syntezy kwasu salicylowego.

Od tego momentu rozpoczęła się lawina różnych innych syntez chemicznych, które otworzyły erę leków syntetycznych.

Era ta trwa do dnia dzisiejszego. Ziołolecznictwo zostało zdegradowane i zepchnięte na plan dalszy.

Już w okresie międzywojennym skreślono z programu studiów lekarskich przedmioty przygotowujące do fitoterapii, uznając je za anachroniczne i zbyteczne.

Niestety stan taki trwa do czasów obecnych.

dwie ręceTymczasem samo życie poucza nas wszystkich coraz wyraźniej, że chemioterapia i fitoterapia to jak dwie ręce – są sobie potrzebne i wzajemnie się uzupełniają.

Obydwie dziedziny powinny mieć jednakowe prawa.

Przyczyny preferowania chemioterapii początkowo były oczywiste i niekwestionowane.

Zachęcające było specyficzne i wąskie ukierunkowanie leków syntetycznych, wybiórcze ich działanie, szybka skuteczność leczenia oraz łatwość dozowania leku.

Nic więc dziwnego, że lekarze klinicyści i praktycy skierowali swoje działania terapeutyczne wyłącznie na leki chemiczne o określonej i dokładnie opisanej strukturze, szybkim specyficznym działaniu i bardzo wygodnym dawkowaniu.

Leczenie ziołami zaczęto uważać za przeżytek minionych czasów, a ludzi interesujących się ziołolecznictwem nazywano lekceważąco ludowymi zielarzami i znachorami.

Niedoceniana wręcz ośmieszana była medycyna ludowa, odwieczna skarbnica mądrości wzbogacanej z upływem wieków, przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

stary znachorI nic dziwnego, że potrzeba szukania w ziołach ratunku dla nadwyrężonego zdrowia doprowadziła do masowego samolecznictwa.

Nie ulega wątpliwości i nikt tego nie kwestionuje, że chemioterapia odnosiła i odnosi sukcesy, iż przynosi prędką ulgę w ludzkich cierpieniach, że bardzo szybko likwiduje choroby zakaźne.

Ale powoli, z roku na rok, dawała o sobie znać druga strona medalu, jaką jest szkodliwe działanie uboczne leków syntetycznych.

Ujawniło się szkodliwe i wtórne działanie leków chemicznych na delikatny i kruchy organizm ludzki, jak np. rakotwórcze, teratogenne, alergogenne, psychopatogenne a nawet mutagenne.

Odsetek leków farmakologicznych, które zabijają i poważnie szkodzą, nie jest wcale taki mały.

To, co pochodzi z przyrody powinno się traktować jak sprzymierzeńca a nie jak wroga.

Na szczęście zioła nie zmarły śmiercią naturalną.

Mądrzy ludzie szukają dla siebie ziołowego leku.

Gdyby lekarz powiedział pacjentowi uczciwie – ”pij pan napar z dziurawca trzy razy dziennie” oznaczałoby to stracić pacjenta dla siebie, dla apteki, dla koncernów farmaceutycznych.

Rokrocznie przemysł farmaceutyczny rzuca na rynek kilka tysięcy nowych środków, których kariera medyczna kończy się wielkim skandalem.

Dlaczego stare leki zastępuje się nowymi, czy dlatego, że przemysł chemiczny produkował lepsze leki? Czasami bywało i tak, ale przede wszystkim w ogromnej większości wypadków przyczyną usuwania tych środków z lekospisów było ich szkodliwe działania uboczne, które nie zawsze było łatwe do wykrycia nawet przy ścisłym porozumieniu pacjenta i lekarza.

Do wojny z ziołami wystąpił na szerokim froncie szczególnie niemiecki przemysł chemiczny.

Są to przecież potęgi finansowe, które narzucają światu także różnego rodzaju trucizny np. talidomid.

Wśród zalet ziołolecznictwa specjalnie akcentuje się jego przydatność w leczeniu chorób przewlekłych, bo pacjenci bardzo dobrze znoszą takie leki, które rzadko powodują odczyny alergiczne, są dobrze tolerowane i dlatego mogą być stosowane przez długi okres.

Godnym podkreślenia jest fakt, że leki ziołowe wcale nie powodują uzależnienia, co jest plagą wielu leków chemicznych, np. przypomnijmy dokuczliwe „małe narkomanie, od leków sedatywnych lub przeciwbólowych.

Nie bez znaczenia jest też argument ekonomiczny: leki ziołowe są wielokrotnie tańsze, ponieważ producentem leków syntetycznych są wielkie i kosztowne kombinaty fabryczne, natomiast producentem ziół jest Matka-Przyroda.

Organizmy współczesnych ludzi przesycone są różnymi chemikaliami pochodzącymi z przechemizowanych pokarmów.

Dlatego człowiek broni się przed środkami chemicznymi, w tym przed lekami syntetycznymi – są to substancje obce dla naszego organizmu, ciała sztuczne i słabo przyswajalne.

Rośliny lecznicze zawierają w sobie organiczne związki czynne, których organizm potrzebuje do których jest przyzwyczajony i zaadaptowany od tysięcy lat

Poesía – Poezja – Poetry – Poesie / Alfonsina Storni

Dedykuję mojej siostrze Kasi

Opowiadała mi o niej nasza Mama – Irena Kuran-Bogucka – w czasach, kiedy nie było internetu, ani nawet nieskomplikowanego dostępu do książek i prasy na świecie. Nie znałam więc ani jednego jej wiersza, ale wiedziałam, że była argentyńską poetką i piękną kobietą, która popełniła samobójstwo, gdy zaczęła się starzeć i wiedziała, że już nie będzie obiektem miłości. Urodziła się w roku 1892 w Szwajcarii, zabiła się 25 października 1938 roku w Mar de la Plata. Miała 46 lat. Mama przetłumaczyła jej wiersze, kiedy ja już wyjechałam z Polski i nigdy mi nie pokazała tych tłumaczeń. Nawet nie wiedziałam, że były.
Minęły dwie dekady – Mama w międzyczasie umarła – zanim po raz pierwszy przeczytałam wiersze Alfonsiny.  Dowiedziałam się też, że w roku 1935 zachorowała na raka piersi, być może jest więc możliwa inna interpretacja jej samobójstwa niż ta, jaką podała mi Mama. Nie wiem. Tak jak nie wiadomo, czy poetka skoczyła do morza z wysokiego falochronu czy też weszła powoli coraz głębiej i głębiej zanurzając się w wodach oceanu.

Na zdjęciu pomnik Luisa Perlotti w Mar del Plata, upamiętniający samobójstwo Alfonsiny. Podobno zawsze leżą tam kwiaty. 22 października 1938 roku poetka napisała w pensjonacie w Mar del Plata wiersz „Voy a dormir“ (“Idę spać”). Zaniosła go na pocztę i wysłała do redakcji gazety La Nación, gdzie został opublikowany w dwa dni po jej samobójczej śmierci.

W tym sonecie w ostatniej zwrotce Alfonsina napisała: pozwól mi zasnąć w spokoju i proszę… jeśli on znów zadzwoni, powiedzcie mu, żeby nie nalegał, wyszłam…

Czyta Omar Cerasuolo

Alfonsina Storni, Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Wracam do ostatniego wiersza Alfonsiny. Znalazłam tłumaczenia na angielski i niemiecki.

I’m going to sleep

Teeth of petals, bonnet of dew,
handfuls of herbs, oh sweet nursemaid,
turn the earthly sheets down for me
and prepare my quilt of  carded moss.

I’m going to sleep, my nursemaid—lay me down;
put a lamp on the nightstand for me,
or a constellation, whichever you like—
both are fine; turn the lights down a bit.

Now leave me alone and hear the buds break …
as you’re rocked by a heavenly foot from above,
and a bird zigzags you a path

so that you can forget … Thank you. Oh, a favor:
if he calls again
tell him not to insist, for I have gone away…

Translation by Richard E. McDorman
© 2011

***

Bald geh ich schlafen….

du mit den blumenzähnen, mit dem häubchen aus tau
und händen aus kräutern, du zärtliche amme,
bereite mir das erdige, kühle leintuch
und das federbett aus zerpflücktem moos.

bald geh ich schlafen, meine amme, bette mich gut
stell mir ein lämpchen ans kopfende,
ein sternbild, irgendeins, das dir gefällt.
sie leuchten ja alle. und neig es mir ein wenig zu.

lass mich allein: ich hör das aufbrechen der knospen,
ein fuss des himmels wiegt mich leise,
und ein vogel trillert mir ein paar takte,

damit ich vergesse… danke… ach, ein auftrag noch:
falls er anruft,
sag ihm, sein drängen sei umsonst, ich sei verreist..

okladka

***
Niestety Mama nie przetłumaczyła tego ostatniego wiersza.  Dowiedziałam się tego tworząc ten wpis. Znalazłam informacje, że te tłumaczenia ukazały się w Biuletynie Kulturalnym Między Innymi (w numerze 7/8 z 1986 roku), wydawanym przez Szczecińskie Towarzystwo Kultury, a ja otrzymałam ich skany dzięki nadzwyczajnej wręcz uprzejmości pracowników Czytelni Pomorzoznawczej Książnicy Pomorskiej w Szczecinie – www.ksiaznica.szczecin.pl.
Przepisuję tu więc inny jej wiersz, też z roku 1938, potwierdzający to, co mówiła Mama, opowiadając mi o tragedii kobiety, która przestała być atrakcyjna dla mężczyzn.

wiersze

Czas bezpłodności (1938)

A najpierw cyfry ujarzały Kobietę,
i na jej łonie złożyły puzderko:
stamtąd trysnęła owa rzeka krwawa,
co świat obiega spiralą okrężną.

Znaków przedziwnych nieczytelne pismo
cieniem pokryło rzeczny brzeg, a Księżyc,
złowieszczo pośród nich zarysowany,
wyznaczał czasy przypływów tajemnych.

To on był twórcą wezbranych powodzi
i lodowatych losów, co widnieją
na ciepłych twarzach o wzroku strwożonym.

Aż raz jej łono porzuciła rzeka.
a żyzna wyspa, kwitnąca dla mężczyzn,
została pusta; i wicher się zerwał.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

Reblog: Aleka Polis, Jawna partyzantka i głowa byka

Dziś otwarcie wystawy Aleki Polis w Staniszowie. To pod Wrocławiem, zachęcam więc ludzi z Wrocka-Klocka, żeby tam pojechali, zobaczyć tę niezwykłą artystkę i jej dzieła. Zaczęłam od filmiku, który jest skrajnie lekki, a teraz przejdziemy do tekstu, który skrajnie ciężki. Nie to nieprawda, oczywiście. Ale jest to na pewno tekst uczony.

Więcej o wystawie: Staniszów

oppositeAgnieszka Żechowska

Bestia w szponach Europy. O sztuce Aleki Polis

„Europa nie jest czymś, co czeka na odkrycie; Europa jest misją – czymś, co należy dopiero powołać do istnienia, stworzyć, zbudować. Wypełnienie tej misji wymaga ogromnej pomysłowości, wytrwałości w dążeniu do celu i wytężonej pracy. Być może jest to praca, która nigdy się nie kończy, wyzwanie, któremu nie sposób sprostać w pełni, perspektywa na zawsze nieosiągalna.” (Bauman)1.

Jedną z odpowiedzi na pytanie o przyszłość Europy jest artystyczna wizja obalenia dotychczasowej, niedokończonej konstrukcji i zbudowania na jej gruzach nowych fundamentów. Realizacja tej wizji wymaga spojrzenia na historię z odwróconej perspektywy, wniknięcia w głąb jej zwierciadlanego odbicia, cofnięcia się do prehistorii, wkroczenia, za pomocą jakiegoś tricku na orbitę czasu mitycznego, w obszar „pierwotnego” chaosu i opowiedzenia nigdy nie opowiedzianej, przemilczanej, zakazanej –„ jej własnej wersji mitu założycielskiego” – Herstory.

Aleka Polis podejmuje w swych pracach próbę zdekonstruowania narracji o początku rzeczy oraz odzyskania „pradawnego” wzorca kobiecej historii. Cykl filmów Wzorzec Herstorii, do którego należą: Hylogenia, Tytanida, Pustynna Triada, Zmierzch bogów oraz Katharsis I i II wyznacza horyzont mitycznej kosmogonii. Spotykają się tu kres i początek w cyklu przemian życia i śmierci. Horyzont ów jest dla artystki obszarem chaosu – pełnym niepewności i ambiwalencji, podobnie jak w ujęciu Jane Harrison, dla której „Chaos jest przestrzenią pomiędzy Ziemią i Niebem”2. W filmie Aleki Polis Hylogenia Ocean/Ziemia i Niebo zszywane są ze sobą na linii horyzontu, tym samym pojawia się wiążący  je pas ambiwalencji. Artystka jest tu mediatorem – tricksterem, który na wzór Prometeusza, niesie ogień twórczej przemiany, łączy przeciwieństwa i znosi hierarchiczne podziały.

Ziemia jest głównym motywem mitu początku i bywa utożsamiana z Wielką Matką władającą życiem i śmiercią. Jak pisze Harrison, „Kult Ziemi na świecie wyprzedza kult Nieba”3. W filmie Pustynna Triada Aleka Polis przedstawia kobiety orzące piaszczystą glebę. Jedna z kobiet ciągnie pług, druga go prowadzi, trzecia zaś interpretuje Tarota. Karty odzwierciedlają cykliczność przemian, a wyłaniająca się z nich opowieść koresponduje z obrazem stymulowanego pługiem „ciała” Ziemi.

Karl Kerenéyi zauważył, że w mitologii greckiej „Stwórcą świata jest poeta, który o tym opowiada”4. Poeci (mężczyźni) pisali o Matce-Ziemi w pierwszych akapitach narracji o początku, lecz w kolejnych, już odmawiali jej pierwszeństwa, uznając prymat niebiańskiej – męskiej potencji i aktywności. Tym samym męskie libido nabierało cech niewidzialnego bóstwa, uobecniającego się w fallicznych formach lub powiązanych z fallusem postaciach zwierząt. Kobiecość utożsamiona z Ziemią podporządkowana została męskiej dominacji. Mity dostarczają wielu przykładów hierarchicznego porządku płci i władzy. Monika Bakke w książce Bio-transfiguracje zwróciła uwagę na to, że „mityczne intergatunkowe pary charakteryzują się na ogół dwoma cechami: po pierwsze, są one heteroseksualne, po drugie zwierzęcy partner jest płci męskiej. […] Bestia, zwierzę, mężczyzna, bóg […] to partner uosabiający bardzo wyraziste cechy dominacji i władzy.5”

Aleka Polis w roli trickstera wkracza w obszar chaosu, z którego wydobywa świat na nowo i konstruuje opowieść odmienną od dotychczasowych. Jednym z kluczowych motywów jest wspomniany wcześniej mit Europy utożsamianej z Gają-Ziemią. We własnej wersji mitu artystka ukazuje księżniczkę w roli pogromczyni i zabójcy antycznego boga Zeusa i jego wcielenia byka–bestii. Przykładem podobnej zbrodni był czyn biblijnej bohaterki – Judyty, która dzięki podstępowi pokonała wodza Asyryjczyków – Holofernesa. Ścinając mu głowę ocaliła Izraelitów broniących miasta Betulia. Dzięki temu stała się przykładem cnót i czystości.

Według Owidiusza, Jowisz (Zeus) aby uprowadzić córkę fenickiego króla Europę, przybrał postać białego, łagodnego i budzącego zaufanie byka. Europa nie spodziewała się podstępu, a nawet – jak pisał Owidiusz – odważyła się „siąść na grzbiecie byka, nie wiedząc co czyni.”6 Konsekwencją uprowadzenia było zerwanie więzi z własnym środowiskiem, a tym samym skazanie na zależność od porywacza. Mit przez wieki inspirował poetów i malarzy, jednakże nieomal wszystkie jego interpretacje posiadają męskie autorstwo, nie naruszając i nie kwestionując leżących u podstaw: uprowadzenia i gwałtu.

Aleka Polis w projekcie zatytułowanym Tricktser odmienia role i losy bohaterów mitu. Odwraca relację władzy i siły, uprzedza gwałt i mści się za jego zamiar. W ten sposób narusza „fundament europejskiej cywilizacji”, oznajmia kres władzy bogów olimpijskich. W zamian uwalnia siły i bóstwa chtoniczne, zrodzone z Ziemi – Tytanidy i Tytanów.

Mitologiczne losy Europy przypominają losy porwanej przez Hadesa Kory/Persefony, której matka Demeter rozpaczając po utracie córki, uczyniła ziemię nieurodzajną; sprowadziła na ludzi głód, ukazała im swoje śmiertelne oblicze. Ziemia zaczęła jednak rodzić na nowo w wyniku ugody pomiędzy rodzicami – Demeter i Zeusem. Córka mogła na powrót spotkać się z matką. Jednakże opuszczając „niewolę” była już kimś innym. Zachęcona, skosztowała owoc granatu z ogrodu Hadesa i w ten sposób na zawsze związała się z podziemną krainą, do której musiała powracać każdego roku dla upamiętnienia owej „sceny pierwotnej”. Roberto Calasso zwrócił uwagę na podobieństwo obu mitologicznych wydarzeń (uprowadzenie Europy i porwanie Kory) . Wydarzenia te ukazują proces tworzenia porządku opartego na seksualnej władzy mężczyzny nad kobietą i uzurpacji męskiej potencji do bycia zasadą płodności i siłą twórczą. Aleka Polis także utożsamia ze sobą Europę i Persefonę. Przedstawia siebie w obu rolach jednocześnie – z owocami granatu w dłoniach, triumfującą nad głową pokonanego byka.

Zamach na boski, a zarazem męski autorytet, był gestem iście prometejskim – wypływał z niezgody na przemoc legitymizowaną przewagą siły i zdolnością do cielesnej przemiany podsycanej namiętnością. Z. Bauman przypomniał, że, „Goethe określił kulturę europejską mianem kultury prometejskiej” 7. Europa miała zawdzięczać swoją ekspansywność „przebiegłości, tupetowi i śmiałości” Prometeusza. Aleka Polis ukazuje inne – bliźniacze oblicze Prometeusza-Europy, wyłaniające się zza kulis historii, śmiało spoglądające w zwierciadło zdarzeń, świadome swojej ludzkiej i zarazem nie-ludzkiej, boskiej i nie-boskiej kondycji – oblicze „Konieczności sterowanej przez trzy Mojry i Erynie”. Te pierwsze to boginie władające życiem i śmiercią zarówno ludzi jak i bogów, te drugie to boginie zemsty. Jan Kott analizując dramat Ajschylosa Prometeusz skuty zwrócił uwagę na fragment greckiego dramatu, w którym tytan w dialogu z chórem wyznaje, że Zeus „także nie może ujść przeznaczeniu”8 – Konieczności.

Ofiara z głowy byka- Zeusa symbolizuje wykastrowanie jego zdolnego do przemiany organu, a zarazem symbolu podstępnego rozumu. Dekapitacja przypomina o nieuniknionym losie. Artystka dedykuje zemstę ofiarom gwałtów i przemocy – kobietom oskarżonym o czary, szaleństwo, herezję i spalonym na stosach. Nazwiska tych kobiet umieszcza w jednej ze swoich prac zatytułowanej Zwierciadło prostych dusz. Nadaje im formę niekończącego siętekstu, który rozwija się w dwóch przeciwstawnych sobie kierunkach, przy czym jeden jest lustrzanym odbiciem drugiego . Ów tekst, niczym akt oskarżenia staje się tłem w fotografiach należących do projektu Trickster. Na jednej z nich widać głowę byka odbijającą się w tafli postumentu, zakrwawiony topór obosieczny oraz ocierającą pot z czoła „zabójczynię”; na drugiej pojawia się „Europa-Persefona” z czerwonymi owocami granatu, z których jeden podrzuca zwycięsko nad broczącą krwią głową ofiary.

Zwierciadłu prostych dusz i „zamachowi” na byka-Zeusa patronują dwie postaci. Jedną z nich jest Judyta, której atrybutem stała się głowa Holofernesa. Jej czyny opisywano w średniowiecznych księgach umoralniających tak zwanych Speculua Virginum (zwierciadła dziewic); stawiano ją tam za wzór pokory i czystości. Drugą patronką jest beginka i mistyczka Marguerite Porrette, autorka Speculum simplicium animarum, które tłumaczono niekiedy jako Zwierciadło dusz prostych i unicestwionych. Głoszone w nim poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, ignorowały jego rolę i znaczenie. Z tego powodu Porrette oskarżona została o herezję i spalona na stosie wraz ze swym dziełem w 1310 r.

Motyw zwierciadła w projekcie Trickster uobecnia się w formach podwojonych. Reprezentują je dwa owoce granatu lub dwa ostrza labrysu. W kulturze minojskiej (na Krecie) labrys pełnił funkcję rytualną. Zadawano nim ciosy bykowi przeznaczonemu na ofiarę. Przyjmuje się, że materialne pozostałości tej kultury z licznymi przedstawieniami formy podwójnego topora, są śladami epoki matriarchalnej lub takiej, w której kobieta posiadała bardzo wysoką pozycję. Współcześnie labrys stał się symbolem lesbijek.

Kreta to miejsce narodzin Zeusa i miejsce osadzenia Europy. Być może wyspa była sceną pierwotnego „gwałtu” i przewrotu patriarchalnego, którego sens kiełkował w tajemniczych misteriach przemiany powiązanych z kultem Demeter i Persefony. Narodziny fallicznego bóstwa w finale misterium, ustanowiły prymat męskiej zasady płodności znajdującej odzwierciedlenie w dziełach poetyckich i w sztuce. Maria Ciechomska w artykule Feminizm a patriarchalna rewolucja zwróciła uwagę na fragment Przemian Owidiusza, w którym poeta skonfrontował ze sobą dwie opowieści: matriarchalną i patriarchalną. Pierwszą reprezentowały Muzy z Pierii, drugą Muzy z Helikonu. Konfrontacja miała formułę konkursu chórów, a forma estetyczna stanowiła kryterium prawdy. Tematem zaś była geneza i znaczenie kultu Demeter i Persefony. Wygrały, reprezentujące poetę, elokwentne Muzy z Helikonu, które swoim rywalkom zarzuciły zdradę i kłamstwo. Muzy z Pierii głosiły klęskę Zeusa w starciu z potworem Tyfonem reprezentującym czasy przedolimpijskie. Pokonane, nie mogły dokończyć swojej opowieści, zostały ukarane niemotą i zamienione w sroki.

Aleka Polis dokonuje rekonstrukcji przerwanej opowieści, odgrywa na nowo misterium ofiary w ambiwalentnej przestrzeni chaosu. Przestrzeń tę opisuje w cyklu Bestiarium podświadomości, którego tytuł nawiązuje do średniowiecznych iluminowanych bestiariuszy przedstawiających realne i fantastyczne zwierzęta. W Bestiarium… ukazane zostały budzące niepokój niezdefiniowane formy: żywe korpusy pozbawione głów-fallusów, zwierzęta żywiące się ranami oraz znaki graficzne przypominające kombinacje chromosomów X i Y, ulegające nieustającej transformacji. Ponadto zakwestionowane zostały punkty odniesienia takie jak góra i dół. W utworzonym „laboratorium płci” dokonują się wciąż na nowo procesy separacji, kastracji i łączenia.

Odcięta od cielska głowa byka w projekcie Trickster symbolizuje klęskę Zeusa, a zarazem odrodzenie ziemskich mocy bóstwa chtonicznego, wynurzającego zwieńczoną księżycowymi rogami głowę z ziemi okrytej śniegiem. Ostatnia odsłona zaaranżowanego przez artystkę „misterium” ma miejsce na skraju lasu, gdzie przy dogasającym ognisku i złożonej obok zwierzęcej czaszce, zasnęły dwie kobiety. Nad nimi świta jutrzenka, gwiazda poranna (łac. eosphoros – niosący świt) utożsamiona z Wenus, którą starożytni Rzymianie nazywali Lucyferem – niosącym światło (od lux: światło; ferre: nieść).

Prometeusz (również niosący światło) zasłużył się dla ludzkości kradzieżą ognia olimpijskiego, za co został ukarany. Ogień przeniesiony został w wydrążonej łodydze kopru włoskiego, którą Sigmund Freud utożsamił z penisem uwzględniając jego dwie funkcje: gaszenia (związaną z oddawaniem moczu) i rozniecania „ognia” namiętności. Kradzież ognia oznaczała dla ludzi, że mogą poradzić sobie bez boskiej łaski błyskawic. Według Freuda wydrążoną łodygę można też utożsamić z waginą i przypisać Prometeuszowi cechy obu płci. Pochodnia w mitologii antycznej była atrybutem wielu bóstw kobiecych. Posługiwały się nią Erynie – boginie zemsty. Demeter wyruszyła z dwiema pochodniami w poszukiwaniu uprowadzonej córki. Boginie związane z kultem księżyca – Hekate, Artemida i tytanida Selene, również były przedstawiane z pochodniami. W filmie Tytanida Aleka Polis ukazuje biegnącą torowiskiem kobietę trzymającą w uniesionej ręce żarówkę odciętą od źródła energii – symbol zgaszonej pochodni, zarazem zapowiedź zmierzchu bogów olimpijskich. Wzniecenie pochodni wymaga powtórzenia gestu prometejskiego, artystycznego tricku naruszającego sacrum. Aleka Polis w roli Prometeusza-trickstera (w starożytności portretowanego czasem w czapce artysty-rzemieślnika9) udostępnia odbiorcom zapałki. Na pudełku przedstawia pochodnię na czarnym tle symbolizującym ziemię oraz gwiazdę pięcioramienną – jutrzenkę na tle błękitnym, symbolizującym niebo; horyzont „spina” klamrami czerwonych liter słowa „trickster”, symbolizującymi strefę pomiędzy – chaos. Marzena Karwowska w książce Symbole Apokalipsy. Studia z antropologii wyobraźni zauważyła, że „Czerwień funkcjonuje w kulturze jako kolor fundamentalny, który zawarł w sobie pełnię – życie i śmierć, ich permanentną przemienność.”10 Trzy kolory czarny, czerwony i błękit stały się przewodnim motywem projektu Aleki Polis Trickster. Oprócz serii fotografii z „misterium” – ofiary z głowy byka i pudełka z zapałkami, należą do niego tarcze graficzne: jedna z omówionym już motywem pochodni i gwiazdy, kolejna z motywem topora obosiecznego przypominającego klin spajający ze sobą ziemię i niebo. Trzecia zaś tarcza przedstawiająca miecz i wagę, atrybuty Temidy, bogini bezstronnej sprawiedliwości. Tym razem Ziemia i Niebo połączone zostały wzdłuż osi wertykalnej sugerującej zrównanie tego, co kobiece z tym, co męskie. Intencją Aleki Polis nie jest bowiem przewrót matriarchalny lecz osiągnięcie stanu równowagi i sprawiedliwa dystrybucja praw.

Ogień i pochodnia, podobnie jak głowa byka, to symbole falliczne. Według Kerenéyego „Fallus jest sobowtórem i alter ego Trickstera”11. W pracy Idol Nadwiślański artystka wykorzystała formę falliczną do interpretacji ogłoszonego w mediach w 2006 r. zakazu fotografowania premiera z profilu. Wytoczyła z drewna tralkę przypominającą figurę polityka, która ustawiona „en face” zawsze ukazywała wyparty, lecz nie dający się okiełznać, a ponadto podwojony profil (premiera-prezydenta). Figurka Idola stworzona w oparciu o grę znaczeń słowa „profil”, została przez artystkę umieszczona w wielu miejscach i kontekstach nasuwając skojarzenia z niesfornym pogańskim bożkiem.

Innym nawiązaniem do falliczności była akcja profanacji w Kościele Zbawiciela, w efekcie której powstał film O dildowatości moralności. Calasso opisując czyny Zeusa wysnuł wniosek, że: „Gwałt jest oznaką boskiego ucisku, trwałej zdolności dalekich bogów do zawładnięcia umysłem i ciałem śmiertelnych ludzi.”12 Zaślubiny przez gwałt były w centrum starożytnych misteriów, ale także uobecniły się w zawoalowanej i wysubtelnionej formie w chrześcijańskiej wizji nawiedzenia dziewicy przez Ducha Świętego. Ugruntowały one prymat władzy fallicznej ustanawiającej zasady „gry” i stosującej przemoc moralną. Aleka Polis oświetliła „narzędzie” gwałtu fundujące sacrum poprzez odesłanie do jego zwierciadlanej, sztucznej, służącej przyjemności, imaginacyjnej postaci – dildo. Zorganizowała ślub trzech kobiet przed głównym ołtarzem i przeciwstawiła figurę Prometeusza-Zbawcy (patronującą akcji) postaci Chrystusa-Zbawiciela, zaś mityczną kobiecą trójcę skonfrontowała z mistyczną Trójcą Świętą.

Carl Gustaw Jung w tekście O psychologii postaci trickstera nawiązał do średniowiecznych obyczajów religijnych „opartych na wspomnieniach osobliwych Saturnaliów”. Ujawniały one demoniczne cechy trickstera, jego „nieprzewidywalne zachowanie, bezsensowne niszczycielskie orgie i zadawane samemu sobie cierpienia”; odzwierciedlały również jego „stopniową przemianę w zbawiciela i jednocześnie uczłowieczenie”. Zdaniem Junga: „Właśnie ta przemiana tego, co bezsensowne, w to, co pełne sensu, odsłania kompensacyjną relację trickstera ze >>świętym<<”13 Jung przytoczył opis przebiegu Święta Obrzezania Pańskiego w Notre Dame w Paryżu z 1198 r., w którym jest mowa o „szkaradzieństwach”, „bezwstydnych czynach”, „sprośnych dowcipach i rozlewie krwi”, a także opis piętnastowiecznych uroczystości w rzymskiej Bazylice Świętego Piotra „W samym środku nabożeństwa przebierańcy o groteskowych twarzach, […] odstawiali swoje tańce, śpiewali chórem nieprzyzwoite piosenki, pożerali tłuste jadło w rogu ołtarza tuż obok odprawiającego mszę księdza’.14 Rytuały o podobnym charakterze można obserwować współcześnie na przykład w buddyjskim Bhutanie. W czasie religijnych świąt w przerwach pomiędzy kolejnymi kanonicznymi tańcami mnichów, tricksterzy – klauni dostarczają rozrywki opowiadając sprośne dowcipy, wymachując drewnianymi fallusami, a nawet symulując grupowe para-homoseksualne akty.

Według Kerényi’ego „Prometeusz, dobroczyńca ludzkości, nie troszczy się o siebie i nie jest skory do zabawy.”15, natomiast według Aleki Polis Prometeusz również nie jest prześmiewcą i żartownisiem, choć jego artystyczne interwencje przypominają niekiedy zabawę i nie są całkowicie pozbawione subtelnych humorystycznych akcentów. W głównej jednak mierze jest on/ona anarchistą, rebeliantem i buntownikiem, który poważnie traktuje swoją misję redukowania przemocy opartej o boski autorytet. Dla swoich celów wykorzystuje ogień łączący przeciwieństwa: kreację i destrukcję, oraz lustro odzwierciedlające ukrytą stronę rzeczywistości.

***

1 Bauman (2005: 7)/ 2 Harrison (1989: 455)/3 Harrison (1989: 451)/4 Kerényi (2000: 75)/5 Bakke (2010: 121)/6 Owidiusz (2004: 69-70)/7 Bauman (2005: 17)/8 Kott (1999: 26)/9 Kerényi (2000: 90)/10 Karwowska (2011: 98)/11 Kerényi (2010: 207)/12 Calasso (2010: 65)/13 Jung (2010: 222)/14 Jung (2010: 223)/15 Kerényi (2010: 211)

Tekst opublikowany za zgodą redakcji.

Straszne wiersze

Dawno tu nie widziana Łucja Fice przysłała wiersze. Są straszne.

OPIEKUNKI W NIEMCZECH

W prywatnych domach jak w więzieniach
Niekiedy luksusowych co atrapą gniazd w Polsce
Pieski na łańcuchu
Tygodniowa porcja Euro
Bogata w witaminy bezpieczeństwa
Opiekunki kręcą się w kółko
Czekają na wieczorne wiadomości
Telefon z Polski rozrywką

Niewidzialna ręka
Zakłada długą smycz
Wyprowadza raz dziennie na spacer
Jedna smycz na jeden kark
Krystaliczna z kranu woda
Niemiecka oszczędność
Najprzyjemniejsze są sny w bogatych budach
Opiekunki wtedy wracają do swoich domów

OSTATNIE REJONY

Za oknem jeszcze żywe krajobrazy
Babie lato i sznurki pajęczyn
Na których moi podopieczni
Zawieszają wyprane ze złudzeń myśli
Usta szepczą wiarę w jutro
A wiara giętka jak te pajęczyny

Najczęściej jesienią ludzie gnają
W ostatnie rejony
Przed dniem ostatnim są jak Łazarze
Wstydzą się swoich odbić
Ich modlitwy palą się w głowach
Zostaje tylko popiół po prośbach

NA EMIGRACJI

Czuję się jak wędrujący cygan
Od domu do domu
Z kraju do następnego kraju
Tysiące takich cyganów
Tęskniących za rodzinami
Weź w swoją opiekę
Boże! Oświeć mnie i nie odbieraj
Rozumu w chwilach słabości
Niech kwiaty z ogrodu
Przemówią do mnie ludzkim głosem
Boże! Stoję przed Tobą i proszę Cię

Zlikwiduj moje piekło

MOJE DRZEWO

Na tylnym siedzeniu samochodu
Rozsiadło się drzewo. Znam je z dzieciństwa
Co robisz w moim samochodzie??
Zasłaniasz mi widok rozłożonymi za szybą ramionami

Drzewo:
To ty mnie tu posadziłaś
Samochód to nie miejsce dla drzewa
Zobacz! Usychają mi korzenie, nie mam wody
Przesadź mnie! bo umrę

Dlaczego mi przeszkadzasz?
Nie mogę się teraz zatrzymać
Nie dyskutuj więc ze mną
Mogę spowodować wypadek

Drzewo:
Musisz mnie zaraz przesadzić
Umieram z pragnienia
Nie ważne dla mnie twoje cele
Sięgnąć muszę korzeniami w ziemię

Kocham przyrodę Lubię drzewa
Ale załatwiam swoje pilne sprawy
Zaczekaj! Dojedziemy na miejsce
Wówczas cię przesadzę

Drzewo:
Wiem! Kiedy dojedziesz do celu
Znajdziesz sobie drugi cel
Zamknę więc okno i zostanę
Zaczekam aż zwolnisz

Muszę sięgnąć korzeniami w ziemię
Poznać jej tajemnice i przekazać je niebu.

Dederonin

Dieser Text hat schon ein paar Jahre, wurde aber nie veröffentlicht. Höchste Zeit also…

Ausländer aller Länder vereinigt Euch!
VIKTORIA KORB

DIE DEDERONIN IM ABSURDISTAN

Man kann nicht das ganze Leben in einem Condom verbringen, wie man gehofft hat. Weder im Ospen noch im Wespenland. Nicht mal das Schicksal der Wossis ist „vorprogrammiert“.
Jetzt müssen sogar Apo-Opas ihre Chaos-, Flirt- und Orgasmusschulen verlassen. Man hat nicht mal mehr Zeit für`s Couching beim Psychiater – der Schweißfaktor wächst, die Wende-Hälse haben sich dem Konkurrenzkampf angeschlossen. Opa nach Europa! Polen-Allergie greift um sich. Was tun mit den weißen Negern? Neues Deutschland. Aber man muss eine bestimmte Mitbringekapazität mitbringen. Das Arbeitsamt ruft – ein Programm der Arbeitslosenbekämpfung läuft an.
Sie drücken die Schulbank, zusammen mit einem grünen Türken aus Kreuzbergistan, der nicht mehr Berliner Kebab und anderes Kochgut nach Senatsvorschrift grillen will, obwohl die Ost-Kuh hoffentlich kein BSE hat. Neben ihnen als Frauen getarnte biologische Mannekins. Ist diese Gestalt hier ein als Frau verkleideter Mann oder eine als Frau verkleidete Frau? Aber unter ihnen, oh Wunder, auch eine Frau weiblichen Geschlechts. Die Dederonin teilt das Klassenzimmer mit Yuppie-Puppen, Atrappen der Menschen, ausgestopften Anzügen.
Puritanische Singles und Komputerwitwen unter sich. Man braucht nicht mal eine Anti-Sex-Liga oder Islamvorschriften, damit Ruhe herrscht. Wenn überhaupt, gibt es sterilen Micky-Maus-Sex mit Kondomen und Socken an, der oft auch mit der Dusche verwechselt wird.
Neurosenkavaliere, Vereinigung der Papieris, künftige Papiertiger.
Auch die Sozialistische Prinzessin aus Brandenburg ackert an den modernen Glaskugeln. Sie hat keine Angst mehr, die Maus in die Hand zu nehmen. Sie zieht jeden Tag ihren Panzer an und fährt mit der S-Bahn zur Schule. Dort kann sie sich im Internat vernetzen und digitalisieren. Nur ab und zu sagt der empörte Lehrer: „Aber Frau Schmidt, hier fehlt doch der Abstand nach dem Punkt!“
Sie wurde zum Mitglied der Fließbandgesellschaft mit einem Computerchip im Hirn. Auch wurde sie in den Marktstamm und in die Stressgemeinschaft aufgenommen. La deutsche Vita. Teutonik schlägt durch. Sie weiß, wann man Papiere in einer Plastikhülle verschicken soll und wann ohne. Sie weiß, wo was piepst. Sie verwöhnt sich mit dem Desodorant Marke German Sweat, trinkt Prosecco, den König der Weine und isst köstliche alternative Eier. Sie ist psychischen Verkaufsvampiren zum Opfer gefallen.
Jetzt ist auch sie Sklavin des mit Müll überfüllten Briefkastens.
Sie hat schon alles bundesweit im Kopf, sie kennt die Verbonnung und bald wird sie zum Staatsburger der BeBra.
Sie hat die Coca-Colonisierung überstanden, nur ihre Kunstblume ist eingegangen, trotz sorgfältigen Gießens. Oder gerade deswegen – zu spät hat sie bemerkt, dass sie aus Plastikstoff war.
Blume, Tier und Mensch als Störfaktor.
Aber „geh doch nach Drüben“ kann man ihr nicht mehr sagen,
„Drüben“ ist verschwunden. Nur ab und zu kommt die Ostalgie.
Aber die strenge, gnadenlose Buba, die BUndesBAnk, regiert das vereinigte Land. Von Stasiland zu Absurdistan. Sie liest, dass Mielke unter STASI-Verdacht steht. Berliner Amok häuft sich. Die Zeit der roten Grütze ist vorbei und die Dederonin muss am Rattenwettbewerb mit elektronischen Ellbögen teilnehmen.
Pre-feriale Hysterie abwechselnd mit toter Hose-Zeit der Ferien. Die Rucksack-Berliner fahren hektisch herum auf Rollenskatern und simulieren stürmische Aktivitäten.
Das ganze Jahr in wenige Monate eingepresst – Mein Krampf.
Die Kreis-Säge der Zeit dreht sich.
Deutsche Frau trägt wieder Zöpfe, sagen die Regenbogenblätter.
Nekrofilosemitismus blüht im Neuen Deutschland – wie schön und einfach ist es, tote Juden zu lieben. Ein guter Jude ist ein toter Jude. Die Flucht nach hinten hilft gegen die Zeit.
Ach dieses Hotel Adlon, ach die Comedian Harmonists, ach diese Klezmermusik, ach diese Hinterhöfe, Synagogen, ach diese umgebrachte Kultur, ach diese Wissenschaftler, die für Deutschland Nobelpreise ansammelten…
Mit den Lebenden ist es unendlich schwieriger. Die gibt es aber Gott sei Dank kaum – keine Luftmenschen mehr da.
Aber die Zeitbombe tickt – sie kommen doch aus Russland…
Ach diese Stättle, die sie nicht wollen… Ach diese Bomben vor den Gemeinden…
Die braune Soße kocht. “Ausländer raus aus Deutschland“ – “Deutsche raus aus Deutschland“, antwortet ein anderes Graffiti…
Es ist nicht wahr, dass die Deutschen ausländerfeindlich sind, sie sind untereinander auch so, sagt ein Andersrassiger.
Der Klassenkampf tobt wieder und die rote Socke wird zur weißen Weste des Moralisten oder zur weißen Socke des Unternehmers.
Stasigysi, Gysistasi, Stasigysi, Gysistasi singt das Fernsehen monoton zum Einschlafen abwechselnd mit der „Steuerreform“.
Das Rad der Geschichte dreht sich. Gestern war Jelzin in gefeierter Demokrat, der das Parlament stürmte, heute ist es umgekehrt. Oder doch nicht? Gestern begangen die Serben Brutalitäten gegen Moslems, unsere Verbündeten, und heute ist es umgekehrt. Oder doch nicht? Wie wurde es gerade im Fernsehen verkündet? Uran hilft allen.
Die Nachgeborenen von Hitler und Stalin regieren in Europa. Wie soll es denn aussehen?
Wir schützen Arbeitsplätze vor Ausländern. Aber vielleicht brauchen wir sie bald, damit sie unsere Renten zahlen?
Und je rauher die Sitten, umso herzlicher die Einladungen. Neuerdings gibt es nur noch “herzliche Einladungen“.

Ich lade in den Wald ein:
Ein deutscher Wald
und dadrinnen:
Deutsches Gras
Deutsche Eichen
Deutsches Moos
Deutsche Eichhörnchen
Deutsche Hirsche
und Deutsche Spinnen.
Deutsche Ameisen und ihre Haufen.
Und unser großer, Deutscher Scheißhaufen.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i ksiązka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

nenufarVian odwołuje się tu i konfrontuje z powieścią Sartre Mdłości, pierwszą i kto wie, czy nie najlepszą jego powieścią, która ukazała się w roku 1938. Ta książka to manifestacja straszności istnienia jako podstawowej cechy człowieka. Straszna świadomość bytu, której towarzyszą mdłości. La Nausee można oczywiście przetłumaczyć na mdłości, może nawet nie da się inaczej, ale jest to coś więcej. To wyraz rodzaju żeńskiego w liczbie pojedynczej, słowo pospolite a zarazem upersonifikowane, związane z morzem (greckie: nautia, łacińskie: na’usea). Nausee to młoda kobieta, Nauzykaa. To mdłości podróży morskiej. Dlatego Chloe umiera od nenufara czyli tytułowej lilii wodnej, a wraz z nią umiera cały świat.

Pojawia się więc nowa świadomość bytu, straszne pojęcia obcości i absurdu. W groteskowym ujęciu Viana Jean-Sol Partre jest autorem Wymiocin. Otoczony jest histerycznym kultem, jako żywo przypominającym kult gwiazd filmu i estrady, jaki narodzi się dobre pokolenie później.

blotoNausea Sartre’a to młoda dziewczyna.
U Viana pojawią się aż trzy takie młode dziewczyny, Aliza, Izis, Chloe, trzy Gracje, ale zarazem trzy Mojry, z których co najmniej jedna nosi bezpośrednio imię Bogini. Dziewczyny nie tylko reprezentują zagładę, ale po prostu nią są. Nie można bez nich żyć, ale życie z nimi jest niemożliwe. W filmie nie ma motywu Alizy jako bogini zagłady. W książce, gdy Chloe umiera, niszcząc część tego świata, pięknego i wygodnego świata dla bogaczy, miękkiego jak safianowe pudełeczko na komódce kobiety, Aliza, dokonuje reszty zniszczenia, chodząc w miejsca, gdzie spotykają się mężczyźni, po to by wyrwać im serca i spalić ich azyl i dzieło. Reszty dopełnią świat robotników i natura. Ciężka praca za grosze i deszcz, który zamienia kolorowe wesołe miasteczko w szare ciężkie błoto. W błocie natura odzyskuje to, co w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat odebrali jej rzemieślnicy i inżynierowie.

W powieści Vian widzi dwa momenty, w którym kolorowy cyrk szczęśliwości zamienia się w błoto i znój. Pierwszy to choroba Chloe, moment w którym do jej płuca dostaje się lilia. Drugi, wynikający zresztą poniekąd z tego pierwszego, to chwila, gdy w marmurowym sejfie skończyły się złote dublezony i Colin, żeby zarobić na kwiaty dla Chloe, musi iść do pracy.

lilie3W filmie punktem przełomowym jest ślub Colina i Chloe. W podróży poślubnej w połowie świata wciąż jeszcze świeci słońce, ale w drugiej połowie już leje. Wtedy też po raz pierwszy pojawi się praca. Obraz anachroniczny i jakby żywcem wyjęty z Lalki Prusa, gdzie panna Izabela tak samo jak Chloe po raz pierwszy w życiu widzi ludzi, którzy ciężko pracują.

„Droga wiła się. Teraz błoto zaczynało parować. Samochód jechał otoczony białymi oparami o ostrym zapachu miedzi. Później błoto stwardniało całkowicie i pojawiła się szosa, popękana i spopielała. W oddali powietrze drgało jak nad wielkim piecem.” Na ostatnich stronach powieści ten opis, stosownie do postępującego niszczenia świata, wydłuża się. „Colin brnął wzdłuż drogi. Kręciła się pośród kopców zwieńczonych szklanymi kopułami, które w świetle dnia nabierały niewyraźnego odcienia morskiej wody. Od czasu do czasu zadzierał głowę i odczytywał napisy, żeby się upewnić, że idzie we właściwym kierunku, i wówczas widział niebo pokreślone poprzecznie brudnym brązem i błękitem. W oddali ponad zboczami mógł dostrzec ciągnące się kominy głównej szklarni. W kieszeni miał gazetę, w której wyczytał, iż poszukiwano mężczyzn od dwudziestu do trzydziestu lat do pracy na rzecz obronności kraju. Szedł najszybciej, jak mógł, lecz nogi zapadały mu się w ciepłą ziemię, która wszędzie odzyskiwała stan posiadania kosztem budowli i drogi.”

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Film jest marny, książka naiwna, a mimo to, jeśli chcemy choć przez chwilą pomyśleć o tym, co nami będzie, radzę i obejrzeć film (z kin zapewne już znika lub zniknął, jest na youtubie, ale ma paskudną jakość,  zapewne jednak wkrótce pojawi się na DVD), i przeczytać książkę.