Zapamiętane

Krystyna Koziewicz

Z cyklu: Pamiętam ten dzień

Milicjant czyli opowieść (prawie) wigilijna

Pamięć ma zagadkowe sita, nie wszystko rejestruje, co by się chciało, a jeśli już, to chyba to, co trzeba i warto! Czasem dziwimy się, że wiele obrazów z przeszłości umyka nam z głowy bezpowrotnie, niektóre zaś pozostają na zawsze, jak na twardym dysku. Od czego to zależy, nie wiem? Opiszę tu jedno z tych zdarzeń, które wciąż wspominam, mimo iż minęło prawie czterdzieści lat.

Opole_RondoOtóż, w latach 70 brakowało w Polsce mieszkań dla młodych małżeństw. Jeśli miało się szczęście, to mieszkało się kątem u rodziny albo wynajmowało  kwaterę – tak się kiedyś mówiło.

W tym czasie byłam wysoko brzemienna, bez własnego lokum. Starałam się poprzez urząd miejski o mieszkanie komunalne, ba nawet byłam osobiście z wizytą u prezydenta. Od wodza miasta usłyszałam wiele gorzkich słów pod moim adresem, który kierując wzrok na mój brzuch, zrobił mi wykład o planowaniu sobie życia. Otrzymałam „genialną” radę,  by najpierw starać się o mieszkanie i od tego są spółdzielnie mieszkaniowe , a dopiero potem planować dzieci”. Muszę przyznać, że urzędujący prezydent szybko mnie oświecił. „W takim razie, idąc tokiem takiego myślenia – dedukowałam  głośno – miasto za kilkanaście lat będzie wyludnione, bo na mieszkanie czeka się 20 – 25 lat, a w wieku 40-45 lat dzieci się nie rodzą”. (Przynajmniej wtedy się nie rodziły). Prezydent już nie chciał słuchać dalszych wywodów, pokazał mi drzwi, na co zareagowałam, tak jak chciał, ale nim wyszłam na korytarz, na odchodne powiedziałam,” że w takim razie miastu nie będą potrzebne przedszkola, szkoły, nauczyciele, wychowawcy i wiele innych rzeczy…”.

Traf chciał, że znalazł się człowiek, niestety nadużywający alkoholu, który zaproponował, że nam odsprzeda swoje mieszkanie. Pieniądze pożyczyła rodzina, zamieszkałam zatem z mężem w lokalu, który, jak się później okazało, należał do milicji. „Właściciel” służbówki otrzymał od nas bardzo wysokie odstępne (właściwie był to wykup), skrywając przed nami fakt, że administratorem mieszkania była komenda wojewódzka. Informacja o nielegalnych lokatorach szybko rozeszła się wśród „życzliwych” sąsiadów, którzy poczuwali się do obowiązku zawiadomienia przełożonych o dokonanym przez nas przestępstwie. Na reakcje władz nie trzeba było długo czekać, otrzymaliśmy wezwanie do natychmiastowego opuszczenia lokalu.

Łatwo jednak nie chciałam się poddać, w końcu byliśmy tam zameldowani, mieszkaliśmy więc dalej, ale w ciągłym stresie przed ewentualną eksmisją. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczniejsza, kiedy otrzymałam wezwanie do natychmiastowego osobistego wstawienia się w wydziale administracyjnym milicji. Tym razem nie mogłam zignorować wezwania i z brzuszkiem tuż… tuż… przed rozwiązaniem doczołgałam się pod właściwy adres. Pan urzędnik – milicjant wyższego stopnia nie chciał ode mnie żadnych wyjaśnień, natychmiast nakazał podwładnemu pisać na maszynie tzw. moje zobowiazanie o dobrowolnym opuszczeniu lokalu. No i pisał chłopina jota w jotę to, co szef dyktował: „niniejszym obecna tu KS urodzona… roku… w… nr  dowodu osobistego… wyraża zgodę na opuszczenie nielegalnie zajętego mieszkania w ciągu 2 tygodni, w przeciwnym razie zostanie przymusowo eksmitowana do poprzedniego miejsca zamieszkania pod adresem…
– Gdzie Pani ostatnio była zameldowana? – pyta urzędnik.
– W dowodzie osobistym jest napisane, Dom Dziecka w S… – odpowiadam.
– W Domu Dziecka? –  facet z wytrzeszczonymi oczyma zajrzał do dowodu, po czym zamilkł. Zapanowała cisza, która być może trwała z pięć minut, dla mnie… wieczność. Nagle patrzę, a urzędnik wyrywa kartkę z maszyny, drze na kawałki, wrzuca do kosza i wychodzi z pokoju. Po jakimś czasie wraca z powrotem, podchodzi do mnie, odprowadza do drzwi mówiąc łamiącym nieco głosem:
– A teraz proszę iść do pokoju nr… i tam otrzyma pani przydział na to mieszkanie i proszę  w sobie mieszkać tak długo, jak długo będę chciała.
Hmm… nie pamiętam, jaka była moja pierwsza reakcja, pewnie z wrażenia nawet nie podziękowałam.
Nie dowierzałam własnym oczom, że w ciągu kilku minut trzymałam w ręku przydział na mieszkanie, z którego miałam być eksmitowana na bruk. Ten dzień i ta dramatyczna chwila często powraca we wspomnieniach, ilekroć odwiedzam dzieci mieszkające w „moim” mieszkaniu. Bo kto by się spodziewał w tych czasach, że milicjant w komunistycznym kraju okazał się być człowiekiem? Podobnych ludzi na pewno można w życiu spotkać tylko… trzeba jednak mieć odrobinę szczęścia.  Miałam wielkie „szczęście w nieszczęściu” i właśnie temu urzędnikowi z Opola z Komendy Wojewódzkiej z lat 70 poświęcam ten artykuł.

Poezja/ Ryszard Krynicki

wolanie-o-pomoc-klein

Ten przepisany na Mamy maszynie tekst znalazłam przeszukując jej papiery. Chodzę po domu i mruczę pod nosem, wołanie o pomoc, Kamiński, wołanie o pomoc… Wiem, że znam, wiem, że była taka piosenka i śpiewał ją mężczyzna. Niemen? Nie! Wodecki? Och, nie? Kto, kto śpiewał “Wołanie pomoc”? Gdyby to było 20 lat temu, ta kartka Mamy wpędziłaby mnie do grobu. Teraz, gdy już wiem, że nie wiem, pytam w internecie. I oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972 (obecnie do dostania w komplecie 40 CD pt. “Świecie Nasz”).

Może odnajdziesz w wyludnionym domu
bukiecik włosów na zciętej pościeli
i białą jabłoń kwitnącego szronu
Może usłyszysz wołanie o pomoc
Może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne piękno żelaznego świata
Oświecać będzie naszych snów podziemia
Ziemia zapłonie jak zamierzchła lampa
I nasze ciała będzie w tła przemieniać
Może usłyszysz wołanie o pomoc

Łagodne piękno współczesnego świata
Oświecać będzie nasze jasne czoła
do starej Ziemi wciąż będziemy wracać
jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
może usłyszysz wołanie o pomoc

O, kruche światło przemiennego świata
O, Ziemio nasze wspólne ciężkie serce
Jeżeli nawet zabłądzimy w gwiazdach
Jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
Może usłyszysz wołanie o pomoc

W sieci ten tekst jest nieco inny i ma dodatkową zwrotkę na końcu:

I w dobijaniu śmiertelnie raniony
do gwiazd do których żywi nie słyszeli
i w ocaleniu kruchej łzy z ogromu
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, przepisała ten tekst w dwa lata po ukazaniu się płyty, podejrzewam zresztą, że go nie tyle przepisała, co spisała, stąd błędy.  W tekście też są jakieś nieporozumienia. Co to na przykład jest ta zcięta pościel? Może zmięta? I w co się przemienią nasze ciała? W tła? Szukałam w internecie oryginału wiersza, szukałam też tłumaczeń na inne języki. Nie znalazłam. Jakby ktoś miał… Po bibliotekach szukam w tomikach wiersza Krynickiego, oryginału. Też nie znajduję. Tekst-widmo. Diabeł ogonem nakrył. A może autor widmo? Może to wcale nie Krynicki tylko rzeczywiście Kamiński? Nieprawdopodobne, ale… Więc też szukam. I w końcu znajduję.

Piszę maila do Ryszarda Krynickiego, ale piszę też do Ryszarda Kamińskiego. Proszę o oryginalny tekst wiersza. Za Kamińskiego, dziennikarza “Wprost”, odpowiada pani, która pisze, że przestał pracować w redakcji ponad 10 lat temu. Krynicki nie odpowiada.

majewskiogrechucie

Rozmyślam o tym, dlaczego Mama przepisała ten wiersz? Odpowiedzi na wszystkie pytania udziela mi niestrudzona poszukiwaczka, bibliotekarka i archiwistka, Annekathrin Genst, która odkryła, że wiersz (rzeczywiście autorstwa Krynickiego) został napisany jako piosenka dla Grechuty i dlatego nie został włączony do żadnego tomu. Pisze o tym Wojciech Majewski w biografii Grechuty (Społeczny Instytut Wydawniczy “Znak”, 2006). To wyjaśnia oczywiście również, dlaczego trzeba było wiersz przepisać. Po prostu trzeba było… A nazwisko Kamiński? Krynicki nie był wówczas na indeksie czyli liście autorów zakazanych – sprawdzam, ale takie to tam sprawdzanie w internecie – nie ma go w instrukcji PRL-owskiej cenzury z listopada 1977 roku. Z kolei Mama wcale nie musiała tego wiedzieć. Krynicki był uważany za poetę opozycyjnego, a piosenka “Może usłyszysz wołanie o pomoc” była rodzajem manifestu udręczonych. Trzeba się było kamuflować. Zacierać ślady, jak mówiła Mama.

PS. 10 grudnia, w dniu gdy przygotowywałam ten wpis, była rocznica urodzin Grechuty (10.12.1945).

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Starość jest wszędzie

Łucja Fice pracuje jako opiekunka ludzi starych i chorych. W Anglii i w Niemczech. Dotychczas publikowałam tu jej wspomnienia i refleksje niemieckie. Dziś – Anglia. Zaczniemy jednak od wierszy napisanych “na saksach” w Saksonii kilka lat temu. Zbliżają się święta, tak jak teraz. Albo już przed chwilą minęły.

SPACER NA EMIGRACJI
xxx
Wspomnienia na smyczy
Leciwa zima
Na twardych grudach zgnuśniałe liście
O tej porze nie mam cienia
Nie istnieję
xxx
Domki blisko siebie
Jakby bały się prześwitów i odstępów
W oknach za szybą jemioły
xxx
Przyjedź do mnie niebieskim tramwajem
Przywieź gesty słowa i dotyk
Zabierz ze sobą kolorowy lampion
Dziś żegnałam Stary Rok
Wyprowadziłam go za próg
Był stary, zmęczony
i niczym stropiony Bóg
Odchodził po kroku krok
xxx
A Nowy Rok jak złodziej
wkradł się po cichu
xxxxxxxxxbez przywitań
choć oczekiwany jak narodziny
nowego losu
xxx
1997

wyspastarcowAnglia. Powieść Łucji Fice nazywa się “WYSPA STARCÓW”, jak trafnie.

Wydawnictwo Warszawska Firma Wydawnicza przygotowało krótki opis powieści wydanej w kategorii “obyczajowa”, choć, jak znam życie, Autorka musiała ten tekścik przygotować sama. Wszystko co się da, wydawnictwo spycha na Autora, bo wtedy to jego czas i jego praca, i jego wysiłek intelektualny.  No ale mniejsza…

Gabryśka Mrozińska wie, co to ciężka „praca na livingu”, czyli całodobowa opieka nad ciężko chorymi ludźmi w ich domach. Myje i karmi swoich podopiecznych, towarzyszy im w cierpieniach i znosi ich humory. Jednak rzadko może liczyć na słowo „dziękuję”, zresztą na porządne pieniądze też. Nie brakuje jej natomiast upokorzeń i rozczarowań. Jeśli serial „Londyńczycy” był portretem młodego pokolenia zaradnej emigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii, to „Wyspa Starców” jest kroniką niewesołych przypadków pięćdziesięcioletniej Polki pracującej nad Tamizą. Mimo wszystko Gabrysia nie poddaje się. Jak mantrę powtarza fraszkę Jana Sztaudyngera: „Wszystko marność i koszmarność, lecz czuję z tym solidarność”.

„Wyspa Starców” to powieść oparta na osobistych przeżyciach autorki, która wyemigrowała z Polski i podjęła pracę opiekunki starszych osób.

Powieść, jak wszystkie zresztą książki Łucji, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Autorka udzieliła wywiadu gazecie “Echo Gorzowa”, który przeczytać można TU. Bardzo interesujący. Na zakończenie rozmowy Łucja mówi:

Moje powieści to krzyk dojrzałej kobiety: Polki, matki, żony, która chciałaby pracować w swoim kraju i w swoim mieście. Bardzo bym sobie życzyła, żeby tę powieść o Polkach na emigracji przeczytali politycy i ci wszyscy, którzy mają wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie chcemy rozbijać rodzin, osieracać dzieci i przyzwyczajać się do innej kultury. Nie chcemy udawać, że jesteśmy Angielkami, Walijkami, Niemkami, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy być Polkami, możemy być na obczyźnie zaakceptowane. Niech wyjeżdżają młodzi, bo to dla nich świat otworem stoi. A my, wszyscy starsi, powinniśmy jeździć poza granice kraju tylko na wycieczki.

Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz. 

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1

Ktokolwiek będziesz

Roman Brodowski

W Nowogródku

Pogoda tego poranka zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Bezchmurne niebo, lekko szczypiący mróz oraz odbijające się na śniegu poranne promienie słońca, to bardzo dobre warunki na podróż, zwłaszcza autem.

– Sprawdźcie panowie, czy zabraliście wszystkie potrzebne wam rzeczy, bo wracać z powrotem nie będziemy – przestrzegł nas Kazimierz, zeskrobując z szyb warstwę twardego lodu.

Popatrzyłem do torby. To, co przygotowałem na ten wyjątkowy dla mnie dzień, leżało systematycznie poukładane na jej dnie. Świeżo wyprasowana koszula, pachnąca proszkiem do prania wisiała na wieszaku, a ja, przejęty jak podczas pierwszej randki, usadowiłem się wygodnie na przednim siedzeniu. Nic dziwnego, że się trochę boję, przecież dzisiaj spełnia się moje ciche, wieloletnie marzenie, jakim było zobaczenie na własne oczy miejsca związanego z Adamem Mickiewiczem. Mało tego że będę gościł w domu rodzinnym wieszcza, to dane jest mi jeszcze (polskiemu romantykowi), zaprezentować mój skromny dorobek literacki rodakom mieszkającym w Nowogródku.
Stefan jeszcze raz dokładnie obejrzał swój warsztat pracy, czyli sprzęt fotograficzny, a następnie doprowadziwszy do ładu to, co stanowiło dla niego od wielu już lat największy skarb – długi, spływający artystycznym bałaganem po plecach posiwiały warkocz, usiadł tuż za mną.
– Możemy ruszać? – zapytał Kazimierz, wkładając skostniałą od mrozu dłonią, kluczyk do stacyjki.
– Oczywiście – odpowiedzieliśmy niemalże jednocześnie.

Jechaliśmy powoli sennymi jeszcze o tej porze ulicami zimowego Grodna, rozglądając się na boki. Miasto z perspektywy jadącego samochodu wygląda o wiele ciekawiej.
Płynący leniwie wąwozem Niemen, unosił na grzbiecie kawałki przezroczystej kry, a ponad nim szybowały po bezkresie rozkrzyczane stada mew, w poszukiwaniu jakiejś nieostrożnej ryby na śniadanie. Mijaliśmy po kolei najpiękniejsze budowle miasta – Kościół Farny, do którego spieszyli właśnie ludzie na codzienną poranną modlitwę, prawosławny Sobór Pokrowski z przepiękną dzwonnicą na dziedzińcu, zabytkowy drewniany domek Elizy Orzeszkowej skąpany w błękicie, interesujący architektonicznie budynek Teatru Dramatycznego, przypominający koronę Piastów.

Na wzniesieniu górującym nad miastem widniały, niby para kochanków, mury starego i nowego zamków, przeglądające się w lustrze rzeki. Nowy zamek jest tym miejscem, w którym zakończył się ostatni akt najbardziej dramatycznej „sztuki“ z udziałem polskiego narodu, jaką był wieloletni proces rozbioru naszej ojczyzny. To tu właśnie, miesiąc po podpisaniu przez zaborców traktatu rozbiorowego, dwudziestego piątego listopada 1795 roku, nasz ostatni król, Stanisław August, abdykował na rzecz carycy Katarzyny, oddając polską koronę oraz królestwo w jej ręce.

– Dzisiaj twój, a jutro mój dzień pracy – powiedział Stefan. – Od rana będę fotografował zabytki i plenery Grodna.
– Jestem za, a nawet przeciw – zażartowałem, parafrazując znaną myśl „dumy naszego narodu“, Lecha Wałęsy. Od jutra ofiaruję ci cały wolny czas. Mogę nawet zatrudnić się w roli tragarza i nosić twój cały majdan. Zaprowadzimy cię z Kazimierzem do takich miejsc w Grodnie, z którymi będzie się ciężko potem rozstać. Odwiedzimy też galerię prowadzoną przez sympatyczną polską dziewczynę, u której oprócz stałej ekspozycji obrazòw, często odbywają się wernisaże oraz wystawy fotograficzne – dodałem.

Po godzinie na horyzoncie ukazały się zalesione, pokryte śniegiem pagórki, przypominające pejzaże bieszczadzkie, tyle, że zamiast dębów, olch i klonów, tu rosną karłowate świerki i białoszare brzozy.

– Zbliżamy się do wyżyny nowogródzkiej – wskazał przed siebie Kazimierz – te wzgórza są najwyższymi wzniesieniami na Białorusi. Im bardziej się do nich zbliżaliśmy, tym bardziej stawały się dla nas tajemnicze, dziewicze i piękne.
Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu , nieopodal porośniętego karłowatą sosną wzniesienia. Usiedliśmy na drewnianych, zbitych z brzozowych pali ławkach. Wokół panowała całkowita cisza. Wydawało się, że oprócz nas nikt inny nie korzystał dzisiaj z tej drogi.
Pięknie tu, pomyślałem, oddychając głęboko świeżym, rześkim powietrzem. Teraz rozumiem, dlaczego z tak nieudawaną miłością i tęsknotą Adam opisywał te miejsca w „Panu Tadeuszu“ , to są właśnie te „pagórki leśne… “. Poczułem się tak, jakby jakieś niewidzialne siły przeniosły mnie w tamten miniony świat, świat mickiewiczowskiej zadumy.
– No i jak pan Roman – zapytał nieco żartobliwie Kazimierz. Podoba ci się tu, prawda? Spojrzałem roztargnionym wzrokiem, nie wiedząc, gdzie jestem i co odpowiedzieć.
– Dziękuję za zaproszenie mnie w te okolice – powiedziałem, obejmując go przyjacielskim uściskiem. – Tu naprawdę można naładować pozytywną energię.
– Nie ruszajcie się, zrobię wam zdjęcie na tle tych wzgórz – zawołał do nas Stefan. Odwróciliśmy się w jego kierunku, szczerząc zęby do skierowanego na nas niby strzelba, obiektywu.
– Napijecie się czegoś mocniejszego na rozgrzewkę? – zapytał Kazik, wyjmując z kieszeni oprawną w skórę piersiówkę.
– Ładna – powiedziałem, biorąc do ręki ten piękny, inkrustowany przedmiot. Za poczęstunek dziękuję, ale na razie nie mogę pić akoholu, jestem za bardzo zdenerwowany. Może, jak już będziemy po spotkaniu. Stefan także nie skorzystał z zaproszenia. Od wielu lat nie pije alkoholu i to nie dla tego, że ma „kłopot“, ale dla zasady. Kiedyś postanowił, że będzie abstynentem i jak na razie danego sobie słowa dotrzymuje.

Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, spod rosnącego nieopodal krzewu wyszedł, mały wychłodzony kot.
– Jak on się tu znalazł? – pomyślałem. Pewno biedaczysko zgubiło się na tym odludziu. Kot podszedł do Stefana i wyraźnie zaczął prosić o coś do jedzenia. Stefan podniósł to nieszczęsne stworzenie z ziemi i głaszcząc przytulił je mocno do siebie, jakby osłaniając przed zimnym, dokuczliwym wiatrem.
– Takich jak ten, bezpańskich kotów czy psów na Białorusi są tysiące. Ludzie najpierw biorą zwierzęta do siebie, pobawią się nimi, a potem, kiedy im się
znudzą, wywożą gdzieś daleko od domu, choćby tu, do lasu – skomentował sytuację Kazik.
Nakarmiliśmy zwierzaka i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Nowogródka dotarliśmy około południa. Po wąskich uliczkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy miasta w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Większość z nich dawno już przekroczyła wiek aktywności, dźwigając na przygarbionych plecach historię swych doświadczeń. Panowała tu typowa atmosfera wschodniej zaściankowości. Na górującym nad miastem wzgórzu majaczyły resztki zamkowych murów, przypominające czasy świetności tej pierwszej stolicy wielkiego księstwa litewskiego. Obok usypany przez mieszkańców ku czci wielkiego poety w latach 1924-31 Kopiec Adama Mickiewicza, pokryty białym puchem. Niedaleko, w parku – stylowy szlachecki dworek, cel naszej wizyty, miejsce w którym mały Adaś pod okiem swoich rodziców poznawał świat. To przecież tu powstawały jego pierwsze rymowanki.

roman-mickiewicz1Stanęliśmy obok bramy, oddzielającej park od ulicy, przy płycie z płaskorzeźbą poety. Dotkąłem delikatnie chłodnej marmurowej twarzy, patrzącej od ponad wieku na przepływające obłoki i poczułem dziwne ciepło. – Jestem Mistrzu – szepnąłem do milczącego kamienia, w cichej nadziei, że mnie usłyszy.
– Wejdźmy do środka, tam na nas już czekają – powiedział Kazik. W zadbanym parku stał typowo polski, szlachecki dworek, dziś siedziba muzeum naszego wielkiego narodowego twórcy. Na progu, a właściwie w krużganku przywitał nas kustosz muzeum, wyraźnie zaskoczony naszym przyjazdem.
– Panowie już dzisiaj? – zapytał. – Przecież spotkanie ma się odbyć jutro o siedemnastej – dodał niepewny, szukając potwierdzenia w podręcznym notesie. No tak, z grodzieńskiegpo wydziału kultury otrzymałem wiadomość o spotkaniu państwa z mieszkającymi w Nowogródku Polakami, w dniu jutrzejszym – upewnił się, pokazując Kazimierzowi zapisaną odręcznie informację.
Na twarzy mojego przyjaciela pojawiły się widoczne oznaki zdenerwowania. Wyjął telefon komórkowy, zadzwonił do Grodna. Po dosyć długiej, prowadzonej oczywiście w języku rosyjskim, rozmowie, okazało się, że spotkanie miało się odbyć z okazji dnia urodzin Poety, ale nie 24 grudnia, tylko niejako w wigilię Wigilii czyli dzisiaj. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dyrektor poprosił o dwie godziny czasu na przygotowanie spotkania, my zaś mieliśmy w tym czasie zwiedzić muzeum, a potem przyjść na skromny poczęstunek do jego gabinetu.
Weszliśmy do muzeum. Wszystkie przedmioty z tamtego czasu, meble, obrazy, dywany, nawet stojący na sekretarzyku inkaust, pachniały starością, epoką bardzo odległą, a jednocześnie – dla mnie – bardzo bliską. Zwiedzałem kolejne pomieszczenia, mając wrażenie, jakby ktoś stał za moimi plecami, jakby mnie obserwował, zapraszając do nawiązania kontaktu. Przed oczyma miałem wiersze zapisane gęsim piórem na poblakłych kartkach. Prawie wszystkie znałem, niektóre z nich na pamięć. Nie wiem, jak długo przebywałem myślami w tamtej, mickiewiczowskiej epoce, ale wiem, że przez cały ten czas szukałem w rzeczach, którymi na co dzień się posługiwał, jego geniuszu, i wiem, że go czułem, czułem tego, dla kogo tam byłem – Adama.

Tę dziwną, metafizyczną przygodę z przeszłością zakończyła młoda pracownica muzeum, zapraszając do gabinetu dyrektora. W małym przytulnym pokoiku siedzieli już w wygodnych fotelach, popijając aromatyczną kawę i podjadając ciastka, Kazimierz, Stefan oraz pan dyrektor.
– Jak się pan u nas czuje? – zapytał dyrektor po polsku, z litewskim, a właściwie wileńskim akcentem, zapraszając do suto nakrytego stołu.
– Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem – odpowiedziałem przytłumionym ze wzruszenia głosem.
– To bardzo dobrze, bo za pół godziny spotka się pan z zaproszonymi gośćmi – dodał. Wkrótce udaliśmy się do przestronnego, jasnego salonu na poddaszu. Stało kilka rzędów krzeseł. Na ścianie – kamienna płaskorzeźba z popiersiem Adama oraz nieliczne obrazy. W rogu – stary fortepian z epoki, a na nim w wazonie z porcelany bukiet świeżych kwiatów. No i podłoga – lśniący, pachnący pastą, ułożony w mozaikę parkiet.
Ku mojemu zdziwieniu w sali czekało na nas około dwudziestu osób. Jak na reprezentację prawie dwutysięcznej społeczności polskiej w Nowogródku, to niewiele, ale jak na publiczność zorganizowaną w tak krótkim czasie…, no właśnie. Bo nasuwają się dziesiątki pytań. Skąd oni się tu wzięli, kim są, w jakim języku mam do nich mówić? A jeżeli to Białorusini.

Moje obawy rozwiała młoda, może trzydziestoletnia kobieta, która zapytała po polsku, czy rzeczywiście przyjechałem do nich z Berlina? Okazało się, że prawie wszyscy siedzący na sali są Polakami. To kustosz wysłał swoich pracowników do przedstawicieli mniejszości polskiej, mieszkających w pobliżu muzeum z informacją o zmienionym terminie spotkania.

Stefan fotografował z pasją prawdziwego reportera wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego aparatu, począwszy od eksponatów, a na dziewczęco młodych, uśmiechniętych twarzach, skończywszy. Kazimierz z satysfakcją, że jednak się udało, stał obok naszego gospodarza, czekając na rozpoczęcie spotkania.

Zaczęło się. Gospodarz wyszedł na środek sali, przywitał gości, przedstawił mnie i oddał mi głos. Spojrzałem na publiczność, na kamienne oczy Wieszcza i rozpocząłem, z tremą, to, na co przygotowywałem się przez wiele lat. Opowiedziałem więc słuchaczom o silnej, emocjonalnej więzi łączącej mnie z Mickiewiczem, o tym, że wzrastałem na jego romantycznej poezji, na jego miłości do Ojczyzny, że to były wzory, które kształtowały moją osobowość, a w czasie życia na emigracji łagodziły moje zwątpienia. Opowiedziałem im też o podobieństwach, jakie nas łączyły. O jego wielkiej niespełnionej miłości do Marii, i mojej, również wiecznie platonicznej, wiernej miłości do Marii. Marie były różne, ale miłość podobna, boląca, błądząca w sferze marzeń, wierna. Towarzyszyła nam w smutnych i radosnych chwilach, czasami przeszkadzała , ale zawsze pomagała żyć.
Mówiłem o jego tęsknocie za krajem, za domem rodzinnym, który musiał opuścić,
za przyjaciółmi, którzy pozostali tylko w jego wspomnieniach. Przypomniałem
jego los tułacza, szukającego prawdy na obczyźnie, porównując z moim losem emigranta nie z własnej woli. Przyznałem też, że jednak mnie było o tyle lepiej, że po kilku latach zdjęto ze mnie, jak z tysięcy rodaków, tę banicję. Mogę bez lęku wracać, kiedy chcę i na jak długo chcę, do wolnego rodzinnego gniazda, czego niestety nie było dane doczekać Adamowi.
Po tym pełnym zwierzeń początku przeczytałem, niejako zwracając się do ducha poety, wiersz, napisany na jego cześć, wiersz, który powstał przed zaledwie kilkoma dniami, napisany na tę właśnie okazję.

„ A kiedy będziesz w Nowogródzkiej ziemi “
– Pamiętasz ? – to twoje Wieszczu są słowa.
No więc jestem, przybyłem Eraty przestrzenią
By poczuć smak epoki, by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości.
Wolność twoim słowem bliźnim rozdawałeś,
I uczyłeś naród swój prawdziwej miłości
Do ojczyzny, do Matki, którą tak kochałeś…

Wznosiłeś modlitwy do pagórkòw leśnych,
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom, jak majowe słońce…

Przeczytałem te linijki, a w sali zapanowała taka cisza, że mogłem usłyszeć swój własny oddech, bicie własnego serca. Przeczytałem jeszcze kilka innych wierszy, związanych z Grodzieńszczyzną, a na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, bajeczki, napisane dla mojej Kasieńki. Kiedy zamilkłem, słuchający dotąd w skupieniu uczestnicy spotkania, nagrodzili mnie gromkimi brawami. Niektórzy podchodzili do mnie, dziękując po polsku za wrażenia, jakich im dostarczyłem, a ja cieszyłem się, że mogłem im podarować marne ziarno ojczyźnianej ziemi – siebie.
Na zakończenie tej pięknej przygody z Adamem wręczyłem dyrektorowi muzeum rękopis tego wiersza, wiersza od poety – dla poety.

roman-mickiewicz2Fotos: Stefan Dybowski