Poezja / Jan Kochanowski

Trudna rada w tej mierze…

Muzyka Piotr Moss, słowa Jan Kochanowski, śpiewa Marcel Novek, a towarzyszy mu Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Wojciecha Borkowskiego.
Utwór pochodzi z kasety “Pieśni Jana z Czarnolasu”, wydanej przez Rogot w ilości 400 sztuk.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Marcel Novek. Znałam go od dzieciństwa, był zaprzyjaźniony z nami wszystkimi, z Mamą, z Tatą, z Marią Hiszpańską czyli Myszą. Mieszkał w Warszawie, ale często przyjeżdżał do Gdańska.

marcelDlaczego mi się przypomniał właśnie dziś? Sięgam do internetu. Znajduję dobry tekst o Marcelu, który tu za chwilę opublikuję, bo uczony, a ja bym mogła napisać tylko plotki. Na przykład: jemy obiad, zrobiłam pieczeń wołową z jabłkami. Teraz to żadna sztuka wiedzieć, że można zrobić pieczeń z jabłkami. Wtedy trzeba było wszystko samemu (samej) wymyślić. Smaczna, mówi Marcel. Bo ja jestem dobrą kucharką, żartuję. Nie jesteś kucharką, odparowuje Marcel, kucharka jest wykształcona, ty jesteś co najwyżej kuchtą. Dziś to śmieszne, ale ja miałam 17 lat, nie byłam wykształcona w nijakiej mierze…

Siedzimy w kuchni (znowu ta kuchnia) przy niedzielnym śniadaniu. Wchodzi Jurek, przyjaciel Ojca, trzymając w dwóch palach wyciągniętej na całą długość ręki czarny obwisły sweter. Co to? pyta ktoś. Chandra Marcela, odpowiada Jurek.

W prymitywnym życiu PRL Marcel Novek często zmieniał się w Marcelego Nowaka, a nawet Marcelego Nowotkę. Może dlatego mi się przypomniał, bo za kilka dni, 28 listopada, jest rocznica śmierci Nowotki, zastrzelonego w niewyjaśnionych okolicznościach na ulicy Warszawy w 1942 roku. Nowotko był komunistycznym działaczem i prowokatorem, niewykluczone, że zastrzeliła go AK, ale równie możliwe jest, że zastrzelił go jego własny towarzysz, inny agent komunistyczny, jeden z braci Mołojców, może zresztą obaj. Wikipedia pisze, że w okresie PRL-u jego imieniem nazwano wiele szkół, zakładów pracy, ulic i innych obiektów. W wielu miejscowościach odsłonięto tablice i pomniki poświęcone jego pamięci. Marceli Nowotko spoczywa w Alei Zasłużonych na Powązkach.

Sam Marcel twierdził, że wywodzi się z belgijskiej rodziny książąt de Brugge. Kalendarz historyczny podaje, że urodził się 4 września 1932 roku w Belgii. Od 1946 roku mieszka w Polsce. Aktor, piosenkarz. Podobno grał Francuza w serialu “Czterej pancerni i pies”, ale dałabym głowę, że w domu nigdy nie było o tym mowy.

Jagoda Opalińska zatytułowała swój tekst o Marcelu “Ten niepowtarzalny Marcel Novek”

Poniedziałek, 02 kwietnia 2007 09:24

Nadal śpiewa poezję. Nie tylko pięknie, ale i mądrze. Z ogromną świadomością materii wiersza. Gdy słuchaliśmy (pełna sala) jego ostatniego koncertu, potwierdził, iż czas go „nie ima” a fakt  50-lecia pracy należy do wirtualnej rzeczywistości.
Marcel Novek. Polak z belgijskim rodowodem. Prawdziwej miary bard, który w tak szczególny i tak bardzo własny sposób oprowadza słuchacza po drogach Villona, Kochanowskiego, Broniewskiego, Iwaszkiewicza, Grochowiaka. Lista śpiewanych autorów jest oczywiście znacznie dłuższa, że wymienię dla przykładu recitale: Polska poezja w języku francuskim,  Wmurowani w pejzaż szubienic (Baczyński, Gajcy), Medytacje (wiersze Karola Wojtyły).
Novek już dawno przyzwyczaił widownię do trzech podstawowych artystycznych racji. Po pierwsze racja wiersza, po drugie racja materii muzycznej i po trzecie racja wykonawcy. Wybór tekstu nigdy nie był dla artysty kwestią przypadku, mody, okolicznościowej aury. Marcel, jako wielki smakosz literatury, nie ukrywa swoich fascynacji i biograficznych tropów. Formując repertuar, stara się dotrzeć do możliwie pełnego wizerunku poety.
Natomiast w procesie opracowywania tworzywa muzycznego istotny kierunek wyznaczyła wieloletnia przyjaźń z Januszem Tylmanem, m.in. autorem przejmującej muzyki do Medytacji. I zawsze – a oprócz  Tylmana wśród kompozytorów Novekowych śpiewań jest cały szereg głośnych nazwisk m.in. Joanna Bruzdowicz, Piotr Moss, Wojciech Borkowski, Krzysztof Knitel, Wojciech Trzciński, Alina Piechowska  – ostateczny projekt tworzył autonomiczną przestrzeń współbrzmienia dźwięku z symboliką słowa poetyckiego.
Wreszcie końcowy warunek, czyli racja wykonawcy. Piękna barwa głosu, niekiedy z odcieniem chropowatym, czasem ciepłym, precyzyjny gest, oszczędna, wprowadzana niby mimochodem gestyka. Szacunek dla kształtu wiersza, wyzwanie dla przekazu śpiewem. Rozplanowana w każdym szczególe, spójna wokalno-muzyczna projekcja tekstu.
Śpiewając poezję, Marcel Novek cały czas śpiewa o poetach zatrzymanych w ułamkach wiersza. Nie boi się liryzmu. Nie ucieka od buntu, Jest w tym wszystkim autentyczny. Bez cienia minoderii. Wzrusza, przyciąga, zachwyca i… odchodzi. Wciąż wspaniale obecny na recitalach i wciąż nieobecny w mediach. Tak też było przy okazji wieczoru w Bibliotece Narodowej. Artyście wspaniale towarzyszyli Kwartet Wilanów, Marcelina Sankowska i Janusz Tylman. Novek śpiewał po francusku wprowadzając barierę języka w krąg poetyckich symboli. Symboli odkrywanych fraza po frazie i dodatkowo otoczonych tajemnicą przekładu.
Marcel Novek – mistrz śpiewanego wiersza, bard niepowtarzalny…

***
Pieśń VII

Trudna rada w tej mierze: przyjdzie się rozjechać,
A przez ten czas wesela i lutnie zaniechać.
Wszystka moja dobra myśl z tobą precz odchodzi,
A z tego mię więzienia nikt nie wyswobodzi,
Dokąd cię zaś nie ujźrzę, pani wszech piękniejsza,
Co ich kolwiek przyniosła chwila teraźniejsza.

Już mi z myśli wypadły te obecne twarzy,
Twoje nadobne lice jest podobne zarzy,
Która nad wielkiem morzem rano się czerwieni,
A z nienagła ciemności nocne w światłość mieni;
Przed nią gwiazdy drobniejsze po jednej znikają
I tak już przyszłej nocy nieznacznie czekają.

Takaś ty oczu moich, szczęśliwa to droga,
Po której chodzić będzie tak udatna noga;
Zajźrzę wam, gęste lasy i wysokie skały,
Że przed mną będziecie taką rozkosz miały:
Usłyszycie wdzięczny głos i przyjemne słowa,
Po których sobie tęskni moja biedna głowa.

Lubeż moje wesele, lubeż me biesiady!
Mnie podobno już próżno szukać inszej rady,
Jeno smutnego serca podpierać nadzieją;
W nadzieję ludzie orzą i w nadzieję sieją.
A ty tak srogą nie bądź ani mię tym karzy,
Bych długo nie widzieć miał twojej pięknej twarzy!

Stare papiery 2 – Sławomir

szkic1Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

W starych papierach większość stanowi korespondencja urzędowa. Nie trafiłam jeszcze na notatki, zapiski, szkice nawet są rzadkie, choć przecież Mama rysowała zawsze i wszędzie. Jest dużo wycinków z gazet, „Trybuna Ludu”, „Głos Wybrzeża”, znalazłam nawet ten tak poszukiwany przedtem biuletyn „Między innymi” z tłumaczeniami wierszy Alfonsiny Storni. Mama wysłała do redakcji 12 wierszy, opublikowano tylko 11, nie starczyło miejsca na pierwszy wiersz w nadesłanym zestawie – „Chcesz, bym była biała”. Redakcja nie zastosowała się też do prośby o „zachowanie kolejności chronologicznej”, wiersze są przemieszane: starsze i młodsze na przemian. Notka wprowadzająca nie jest podpisana, wygląda to tak, jakby przywołanie nieznanej poetki i przybliżenie jej czytelnikowi było zasługą redakcji, nazwisko tłumacza bladą kursywą na dole ostatniej strony, niemal nie zauważalne.
To oczywiście był, a po części nadal jest, problem, z jakim musiał się borykać niemal każdy tłumacz.
W korespondencji Mamy zachowało się sporo listów do różnych redakcji z informacją, że to ONA jest tłumaczką, że to ONA napisała komentarze, wyjaśnienia, przypisy, notki… Odkryty i tłumaczony przez nią poeta był przekazywany publiczności jako Gesamtkunstwerk, Mama łączyła w takiej prezentacji oryginalny tekst poetycki i tłumaczenie, słowo pisane i mówione, muzykę, pracę graficzną, komentarz naukowy, gawędę, rozmowę z odbiorcą. Lubiła spotkania autorskie, wywiady, nagrania radiowe, wystawy, książki, czasopisma.
Każda metoda i każdy szkic6środek przekazu były dobre, bo służyły upowszechnianiu dzieła poety. „Jej” poeci byli na stałe obecni w jej życiu, a przez to oczywiście i w naszym.

W masie papierów urzędowych, „papierzysk” powiedzieliby rodzice, pojawia się ni stąd ni z owąd pocztówka wielkanocna z Rzymu. Mama lubiła pocztówki – w tych szarych czasach wszyscy lubiliśmy pocztówki, zwłaszcza te z zagranicy, bo były kolorowe – nigdy ich nie wyrzucała, odziedziczyłam po niej ogromne pudło kartek i obrazków, ale zbierała je osobno, tu, w urzędowych teczkach zawieruszyła się tylko jedna pocztówka – duże, błyszczące czerwone wielkanocne jajko.

Wśród podań o stypendia, zawiadomień o terminie zebrań i formularzy paszportowych pojawia się czasem korespondencja osobista. Na przykład odręczny list na odwrocie spiętego spinaczem maszynopisu.

Warszawa, 5.I.64

Wielce Miła Pani Ireno!szkic3

Zgodnie z naszym porozumieniem przysyłam Pani drzeworyty oraz moje wypociny. Pragnąłbym, aby ta moja pisanina znalazła uznanie w Pani oczach, jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że ktoś inny mógłby to uczynić lepiej. Jeżeli mimo, tych moich obiekcji, wydawać się Pani będzie, że artykuł nie jest taki zły i trafnie oddaje ducha Pani twórczości, poczytam to sobie za zaszczyt. Mile wspominając możność poznania Pani, tuszę że na tym nie zakończą się nasze kontakty towarzyskie. Przesyłam przy okazji serdeczne życzenia pomyślnego Nowego Roku, dla Pani i całej rodziny, szczególnie życząc Pani sukcesów drzeworytniczych.

Zawijas, ale z maszynopisu odczytuję imię i nazwisko: Sławomir Bołdok

O dziwo, gdzieś w papierach odnajduję maszynopis, kopię oczywiście, listu, jaki Mama napisała do pana Bołdoka. Takich sytuacji w tych poszukiwaniach raczej nie ma, bo prędzej to, co powinno być razem, rozpadło się i część zniknęła, niż na odwrót, ale rzeczywiście mam list i to długi, półtorej strony maszynopisu. Podobnie jak w liście powyżej styl, ortografia i interpunkcja są zgodne z oryginałem.

szkic5Bardzo miły Panie Sławku.
Otrzymałam dzisiaj Pański artykuł, oraz grafikę w dobrym stanie, co – znając zdolności naszej poczty – należy specjalnie podkreślić. Cieszę się że pomimo wielu godzin gadania ze mną, był Pan w stanie spłodzić ten artykuł – pamiętam że wsadzając mnie do autobusu uskarżał się Pan na zamęt jaki udało mi się wprowadzić do Pana koncepcji literackich na mój temat. Ja zresztą od razu liczyłam na odporność zdrowego organizmu – widać było że chłop mocny i jakoś wyżyje. Mówiąc poważnie – to bardzo dobrze napisana rzecz. Poprawki jeśli na nie nie jest za późno, widziałabym 3 (trzy) i to raczej w detalach. Zalet – parę tuzinów. Żeby mieć to z głowy zacznę od poprawek. 1) Sprawa chronologii : (str.3) – cykl „Romancero cygańskie” (r. 1961) jest wcześniejszy od „Okupacji” (1962), której pierwsza praca – „Transport do Birkenau” – jeszcze korzeniami szkic4siedzi w Hiszpanii swego poprzednika. To widać i formalnie, w kolejnym procesie przechodzenia z konturu w plamę. 2) Str.1 u dołu. Zwrot „… w cieniu gwiazd pierwszej wielkości” wraz kontekstem. Może wolałabym tego nie widzieć w takiej formie. Sprawa gwiazd pierwszej wielkości, a również i trwałości, rozstrzyga się definitywnie raczej pośmiertnie. Żeby to już teraz wiedzieć na pewno jesteśmy chyba za młodzi, i Pan i ja. W kreowaniu gwiazd niewątpliwie działa szereg czynników pozaartystycznych – od szczęścia i utrafienia w aktualne potrzeby chwili ,do mody, szansy, reklamy, czy poparcia. Przypuszczalnie też uniknęłabym w poprzednich latach szeregu kłopotów typu finansowo-administracyjnego, gdybym zgodziła się na miejsce w cieniu, albo wyraźniej : na rolę cienia – satelity. Pan przecież wie, że to nie moja rola. 3) Str. 3 w połowie. Zwrot „… przeżyciami innych ludzi”. Może lepiej „przeżyciami ludzkimi”, czy „przeżyciami człowieka” ? To są transpozycje albo własnych uczuć, albo spraw, które obeszły mnie do tego stopnia, że przestały być cudze. Reszta uwag to same plusy. Podoba mi się podkreślenie subiektywizmu tej sztuki, opis szukania emocjonalnego wyrazu bez stawiania znaku równości z ekspresjonizmem. Wzruszył mnie opis poszukiwań twórczych będących przygodą i przeżyciem . Naprawdę z wyczuciem napisał x Pan o drewnie, okazując mu w Swojej twórczości t.zn. w słowie niemniej szacunku i zrozumienia, niż ja w realnym cięciu drzeworytu. Wreszcie cieszę się ,że nie próbuje mnie Pan na siłę zaliczyć do jakiejś szkoły czy grupy – jako typowy „kot, który chodzi własnymi drogami” podzielam całkowicie to zdanie. A pozatem ubawi Pana zapewne wiadomość, że dopiero z Pańskiego artykułu dowiedziałam się szeregu ciekawych uwag o zasadach i rozwoju moich kompozycji. xxxx Istotnie „podróże kształcą” – choćby tylko na parę dni do Warszawy. Cieszę się więc z tego artykułu i będę z niecierpliwością xxxx oczekiwać jego ukazania się w druku. Cieszę się też, że dał nam on „prawo alibo pozór” do zawarcia tej, chyba szkic2bobustronnie interesującej, znajomości. Wieczór przegadany z Panem w każdym razie był jednym z przyjemniejszych momentów w dość męczącym, zaganianym i bardzo mroźnym pobycie w stolicy. Gdyby Pan kiedyś miał nadmiar dobrej woli oraz wolnego czasu, proszę do mnie parę słów napisać. Zazwyczaj odpisuję. Proszę o wybaczenie urzędowo- maszynopisowego rodzaju listu. Od tylu lat używam pióra i ołówka do różnych niegodziwych xx celów, że wyrób czytelnych i rozpoznawalnych liter sprawia mi poważne trudności.

Łączę dużo serdecznych pozdrowień oraz życzeń
na pozostałe 350 dni jeszcze prawie Nowego Roku

Podpis – czytelny, ale może to tylko mi się tak wydaje.

I na dole stroniczki: Wrzeszcz, 16 stycznia 1964

Nie wiem, jak to było możliwe, że Mama dała komuś grafikę?! Zostawiła ją u niego?! W Warszawie?! A sama wróciła do Gdańska? I on ją odesłał w dobrym stanie i od razu! W głowie się nie mieści. Nie pamiętam, by Mama pożyczyła komuś grafikę. Nie pamiętam, niemożliwe, nigdy nie dawała, nie pożyczała…
I w ogóle, jak to się stało, że ją przy sobie miała?! W Warszawie, na mieście, bo spotkali się chyba u niego w domu. Znamienne musiało to być spotkanie.

slawomir2
Była zimą w Warszawie, być może w okolicy Bożego Narodzenia. Czy my też tam byliśmy, Tata i my dwie? Czasem jeździliśmy wszyscy na święta do Warszawy. Pamiętam jeden taki wyjazd, ale wtedy żyła jeszcze moja cioteczna Babka Karusia, która zresztą wtedy na te zapamiętane święta nie przyjechała, dlatego dobrze mogę wyznaczyć czas tamtych świąt – przed 1963 rokiem, bo Karusia umarła mniej więcej w tym samym czasie, co Kennedy, a rocznica śmierci Kennedy’ego była wczoraj.

Postanawiam poszukać pana Bołdoka. Znajduję go w spisie wykładowców Uniwersytetu im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, w Instytucie Historii Sztuki. Imię i nazwisko się zgadzają, Warszawa, historia sztuki. W internetowym życiorysie nie ma daty urodzenia, ale to musi być on. Od roku 1953 czynny zawodowo, a więc starszy już pan. Ale, gdy się spotkali, był koło trzydziestki. Czarujący młody człowiek, jestem tego pewna! Na stronie nie ma maila, nie ma telefonu. Jasne. Telefonuję, a potem wysyłam maila do sekretariatu.

Pan Sławomir odzywa się już nazajutrz. Bombarduję go pytaniami. Ale już z maila wiem, że był to artykuł napisany na zlecenie redakcji “Przeglądu Artystycznego”. W następnym mailu pan Sławomir podaje nr czasopisma – 3 ( 19 ) z 1964 r. str. 43 – 45, przysyła skany  i odpowiada na niektóre z moich pytań. Grafika Mamy była na  wystawie. “W galerii nie było fotografii prac a ponieważ obojgu zależało nam na zdjęciach do numeru P.A. otrzmałem od p.Ireny kilka prac po zamknięciu ekspozycji dla sfotografowania w redakcji, pod warunkiem, że zadbam o ich odesłanie. Z czego jak Pani widzi wywiązałem się.”

Widzę! Komunikacja internetowo-mailowa jest boska! Ale szperanie w papierach też.

PA1

 PA2PA3W tekście szkice Mamy znalezione wśród dokumentów urzędowych, jej list do Sławomira Bołdoka oraz skany artykułu w Przeglądzie Artystycznym.

W przyszłym tygodniu w sobotę – Kobiety nad morzem

I jeszcze porada kulturalna na ostatnią chwilę. Dziś w Galerii 3778 na ulicy Mazowieckiej 11a w Warszawie kończy się wspaniała wystawa Katarzyny Słowińskiej-Kucz “Oni także byli dziećmi” – kto może, niech czym prędzej biegnie ją obejrzeć, a jak nie zdąży, to niech szuka wszędzie i może gdzieś znajdzie, tak jak i ja to będę czynić. Amen.

Turysta polski

Krystyna Koziewicz

Od kiedy dla Polaków świat się otworzył, wyjeżdżamy za granicę nie tylko w poszukiwaniu pracy czy osiedlenia się, lecz – coraz częściej – w celach turystycznych  i to jest fajne, bo przez to nasz wizerunek się zmienia, ku zaskoczeniu np. hotelarzy. Rezerwujemy noclegi, wykupujemy Visit Cards, jadamy w restauracjach i mało kto, jak to bywało w przeszłości, chodzi z kanapkami w torbie czy nocuje u znajomych. Właściwie, to długo zastanawiałam się, czy opisać przypadek wizyty dwóch Rodaków w stolicy europejskiej.  Niby to żadna rewelacja, ale jednak, podpatrując rzeczywistość, nie sposób przemilczeć… ale o tym za chwilę. W każdym razie Rodacy z wizytą w Berlinie… Otóż, znajomi migranci z Polski od 30 lat zamieszkali w pewnej metropolii europejskiej, biznesmeni, jak powiadają: własna działalność gospodarcza, wysokie dochody,  podróże po świecie, super auta. Przyjechali na cztery dni do Berlina z planem zwiedzania muzeów na Museum Insel, Nikolai Viertel, Reichstagu, Checkpoint Charlie, Muzeum Stasi, Muru, Holokaustu, Jüdisches Museum, Topografia Terroru i…i…i…

Spotkaliśmy sie w hotelu pięciogwiazdkowym. Miałam im dostarczyć informacji, jakiej potrzebowali. Pokój dwuosobowy, eleganckie umeblowanie, w hotelu wszelkie wygody, sauna, jaccuzi, siłownia etc. Rozglądam się po pokoju i ze zdziwieniem odnotowuję leżące na stole góry jedzenia – kanapki, owoce, jogurty, ciasteczka. Początkowo myślałam, że przywieźli ze sobą, ale nie, panowie z radosną miną opowiadają, jak pakowali te pyszności w jadalni hotelowej, jak personel ciągle musiał uzupełniać znikające pieczywo, wędliny, owoce. Z zadowoleniem chwalą się, ile  wynieśli i że wystarczy im tego na cały dzień. Nawet chcieli częstować. Ach, pomyślałam, czepiasz się, Krysiu, to na pewno jednorazowy precedens, tylko dzisiaj, bo dzień się zapowiada intensywny. Ale… następnego dnia znowu zobaczyłam pełną reklamówkę jedzenia i usłyszałam rewelacje, jak obserwowały ich kelnerki, zachęcające do najedzenia się do syta, proponujące kiełbaski, jajecznicę… Zapewne miała to być sugestia, żeby najeść się do syta na miejscu, a nie wynosić. Teraz już mi mina zrzedła na dobre. A panowie z oferty kelnerki nie dość, że skorzystali, to i tak „udało” się pozabierać kilka jaj, jogurtów i kanapek na przysłowiowe zaś. Jednym słowem przez trzy dni nasi turyści brali na wynos, ile się dało i co się dało.

sniadaniehoteloweNo cóż, my Polacy mieszkający w Niemczech, dbamy o pozytywny wizerunek, zależy nam, by mówiono o nas dobrze. Staramy się dostosować do norm prawnych, obyczajów, zasad ogólnie przyjętych. Panowie odjechali do swoich domów pozostawiając, mniemam, w tym hotelu nieciekawe wspomnienie. Nie zdziwmy się zatem, kiedy w jednym z berlińskich hoteli nad polskim gościem będzie czuwała kelnerka patrząc mu na ręce. Nie dziwmy się….

Poezja – Poesie – Poetry / Stanisław Kubicki

Tekst zreblogowany z zaprzyjaźnionego bloga W altanie przy kawie, gdzie został opublikowany w poniedziałek, 14 października 2013 roku. W altanie wiersze pojawiają się w poniedziałek, u nas w niedzielę, zostańmy jednak w tytule przy poniedziałku, bo tak to autor zadecydował (Uwaga z roku 2020: Od roku 2018 blog W altanie przy kawie przestał istnieć, podobnie zresztą jak wspomniane też w zakończeniu tego wpisu blogi Qra czyli kuchnia i kultura oraz Jak udusić kurę, czyli to, czego (dziwnym trafem) panny po 30 nie wiedzą, a wiedzieć powinny. Wszystkie te blogi zniknęły na wieki, gdy Gazeta Wyborcza jedną decyzją zlikwidowała portal blox.pl i miliony stworzonych na nim blogów.)

Reblog: Wiersz na poniedziałek – Stanisław Kubicki

Pharlap

Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też… da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi…

kubi

Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem – lost in translation – zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego – poetę, który “tłumaczył sam siebie”. Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.

Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.

O wschodzie słońca w dzień świąteczny

Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku —
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.

Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.

Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione —
świat widziało krasny —
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach.

I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
———-
i wzrok Boga jasny.
—

Sonnenaufgang an einem Festtage

Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand —
licherweckt —
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.

Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.

Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt

Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges —

W prezentowanej powyżej książce znalazłem bardzo znamienną informację – otóż Stanisław Kubicki odczuwał dotkliwie brak modernistycznej tradycji w języku polskim i ograniczało to mocno jego twórczość w tym języku. Jakże to zbieżne z filozofią Ludwiga Wittgensteina. Chciałoby się powiedzieć – język określa świadomość.

Ewa Maria rzuciła mi propozycję do odrzucenia – spróbuj przetłumaczyć to na angielski. Pierwsza reakcja była negatywna – nigdy nie tłumaczyłem żadnych utworów literackich, a co dopiero poezji. Do tego klimat powyższego utworu nie jest mi bliski. Uznałem jednak, że w moim wieku nie mam już wiele do stracenia i przetłumaczyłem. I tutaj zaskoczenie – we wszytkich krytycznych punktach bardzo pomocna była mi wersja niemiecka.

Wynik poniżej…

At sunrise on a Holy Day

Today, I’m like a crystal
in Your hand –
crystal awakened
by a ray of sun.
I am filled
with glitters and rainbow,
refraction of light
and colourful rims.

Radiant I follow Your thought, O Lord,
which You induced in me,
like current in the circuit
raises currents
and tremors
in neighbouring coils.

Once through glass and drops of candelabrum
wondering child –
saw a blooming world –
and wandered through rooms and hallways
all as in dream
and heavenly rays.

And I think:
today God looks through me
at his own work
———-
and his sight is bright.

Czytając wiersze często staram się znaleźć właściwą dla nich melodię. W tym przypadku nie miałem wątpliwości – Mache Dich, mein Herze rein – z Pasji wg św Mateusza…

PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR (MY) – założone i prowadzone w latach 1994-2014 przez Ewę Marię Slaską – Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki!
Warto wracać.

Stare papiery 1 – Alfonsina i bibułka

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

papiery
Papiery są naprawdę stare, najstarsze z 50 albo 51 roku, są szare, bure i łaciate, po prostu papierowy świat. Kruszą się, blakną… Trafiłam do nich szukając informacji o tym, kiedy Mama tłumaczyła wiersze Alfonsiny Storni. I oczywiście szukając samych tych tłumaczeń. Nie wiem czy znajdę tłumaczenia, karton papierzysk jest ogromny, ale już znalazłam pewną propozycję wydawniczą, którą Mama złożyła w Wydawnictwie Morskim w sprawie wydania trzech tomików poetyckich.

Są to:

1. Federico Garcia Lorca – “Ballada o trzech rzekach”
2. Rafael Alberti – “Pełne morze”
3. Alfonsina Storni – “Swiat siedmiu studni”
/w opracowaniu. Przekłady nigdzie nie publikowane/.

Maszyna nie miała dużego ś. Oferta została napisana 15 listopada 1982 roku.
Do oferty zbiorczej Mama dołączyła trzy osobne karteczki z opisem poszczególnych tomików.

OFERTA
Proponuję wydanie w “Serii z portrecikiem” tomu poezji Alfonsiny Storni /1892-1938/. Twórczość tej wybitnej poetki argentyńskiej jest w Polsce całkowicie nieznana. Tom będzie zawierał 80 – 100 utworów poetyckich w moim wyborze oraz przekładzie z hiszpańskiego.
Ponadto przewiduję zamieszczenie krótkiej biografii poetki oraz – w razie potrzeby – objaśnienia i komentarze.
Tytuł roboczy: “Swiat siedmiu studni”.
Załączam notkę biograficzną oraz 7 wierszy w moim przekładzie.

Niestety, na razie nie znalazłam w papierach ani notki, ani oryginalnych tłumaczeń. Mogły to być te same, które potem, latem 1985 roku ukazały się w szczecińskim biuletynie “Między innymi”.

alfonsina0
Niepewnie się czuję, pisząc to wszystko, bo mieszkałam wtedy w tym samym domu (wyjechałam w styczniu 1985 roku), drzwi w drzwi z Mamą, widywałyśmy się kilka razy dziennie, rano – było to jednak jej rano, nie moje, ja miałam małe dziecko i wstawałam rano, zresztą w ogóle jestem rannym ptaszkiem, a Mama zawsze była człowiekiem nocy, o czym już kiedyś pisałam – piłyśmy herbatę, po południu jadłyśmy obiad – i znowu, nie mylmy sytuacji, które u nas były na odwrót niż u normalnych ludzi, bo to Mama do mnie przychodziła coś zjeść, a nie ja do niej. Byłyśmy razem, Lorca i Alberti byli tak dalece tematami codziennej rozmowy, że mój syn latami był przekonanany, że lorka to jakiś stopień związków rodzinnych: dziadek, ciocia, lorka. A tymczasem Mama nie mówiła nic o tym, że tłumaczy Alfonsinę, że ma w związku z nią plany czy pomysły wydawnicze.

alfonsina1Korespondencję z biuletynem “Między innymi” Mama nawiązała w roku 1984, kiedy to szczeciński pisarz Jerzy Pachlowski przekazał redakcji kilkanaście tłumaczeń Albertiego. Ukazały się latem następnego roku. Redakcja zaproponowała dalszą współpracę i Mama 24 września 1985 roku odpisała, że chciałaby, aby następną jej publikacją u nich były tłumaczenia Alfonsiny.

OK, wtedy już mnie nie było, ale pisałyśmy do siebie, telefonowałyśmy, w grudniu 1985 roku Mama po raz pierwszy przyjechała do mnie z wizytą do Berlina. Mogła przywieźć w prezencie ten biuletyn, zwłaszcza, że z korespondencji z redakcją wynika, że nie tylko otrzymała dwa egzemplarze autorskie, ale, jak zwykle zresztą, zakupiła na własny koszt 15 dodatkowych egzemplarzy.

alfonsina2Mogła, ale nie przywiozła. Nie dała go też mojej siostrze Kasi, bo w końcu my obie nic o nim nie wiedziałyśmy. Gdy w 10 lat później założyłam Stowarzyszenie i zostałam redaktorką czaspisma literackiego WIR, Mama publikowała u nas tłumaczenia Lorki, Hartlebena, Martina Pohla, Maschy Kaléko, ale nigdy nawet się nie zająknęła, że mogłaby nam dać do druku Alfonsinę.

Będę szukać dalej, oczywiście. I donosić w soboty o tym, co znalazłam. Niekoniecznie zresztą o Mamie, bo z papierów wyłaniają się też sprawy wcale nie spodziewane. Jak np. bibułka i farba.

Znajduję na szaroburej przebitce notatkę bez daty:

bibulkaDo
Członków Sekcji Grafiki
Zarząd Sekcji wykupił z Desy bibułkę japońską, format arkusza 47 x 47 cm, cena 52 gr.

Koledzy chcący nabyć bibułkę proszeni są o składanie zgłoszeń /zapotrzebowań/ w biurze Okręgu w nieprzekraczalnym terminie do dnia 28 października br podając iloś- arkuszy.
Próbka do wglądu w biurze Okręgu.-

No tak, bibułka. Najciekawsze, że w starych papierach poniewiera się… kawałek bibułki.

Ale też farba. Pisemko na żółtej (pożółkłej) ćwiartce papieru. Kto jeszcze tak mówi – ćwiartka?

                                           18 styczeń 1966
Zjednoczenie Przemysłu Graficznego
Wydział Produkcji
Warszawa
ul. Jasna 26
Uprzejmie proszę o udzielenie mi zezwolenia na nabywanie farby drukarskiej czarnej i kolorowej w Gdańskiej Fabryce Farb Graficznych. Farba potrzebna mi jest do pracy artystycznej (odbitki drzeworytowe). Załączam zaświadczenie Związku Polskich Artystów Plastyków.

Drogi czytelniku (i czytelniczko!), koniecznie przeczytaj teraz wpis na tym blogu z 27 października o Alfonsinie Storni i Mamie. Wpisu o Mamie i Ludziach Nocy z blogu “Jak udusić kurę” z 10 października 2011 roku nie mogę Ci niestety polecić, wpis zniknęł, podobnie jak cały blog, a także (i przede wszystkim) blogowy portal blox.pl. Jeszcze długo miliony blogerów będą go opłakiwać, ale to już jest zupełnie inna historia.

Za tydzień, w sobotę – poszukuję Sławomira Bołdoka

Sandra i Kosandra

czyli Ewa Maria Slaska o rzeźbach Barbary Ur

barbara0Powiedzmy sobie, nie wdając się w zbytnie a zbędne dywagacje – te rzeźby są super!

Barbara Ur (Ur to skrót od drugiego imienia artystki – Urszula) jest polską malarką i rzeźbiarką. W sierpniu tego roku skończyła 80 lat. Mieszka w Berlinie z mężem, Andrzejem Piwarskim, malarzem, ale oboje jeżdżą też  bez przerwy, to do Gdańska, skąd kiedyś wyjechali do Niemiec, to do Tuchomia na Pomorzu, gdzie założyli Europejskie Laboratorium Sztuki.

barbara3Pisze wiersze. Jak sama mówi, proste. To jeden z najstarszych, napisany, gdy była kilkunastoletnią panną. Do dziś go pamięta i dyktuje mi z głowy.

barbara-pion3Ach jak cudownie, o Boże
Już tam na Wschodzie
świecą się zorze
Wszystko spowite
w srebrzystej mgle
Pociąg z szaloną szybkością mknie
Mknie on z szybkością szaloną
jak czarny złowroki ptak
bo ma on drogę zmierzoną
przez naszej ziemi szlak.

Po latach wiersze wyzbywają się panieńskich egzaltacji, stają się znacznie bardziej powściągliwe. Barbara twierdzi, że tę powściągliwość wzięła od Staffa.

Zmęczony starzec marzył barbara-pion2
o zimowym śnie drzew
zasłuchanych w ciszę
Zasnął
Młodość wrócił mu sen
Nie zbudził się o świcie

Lub ten, też podyktowany z pamięci:

Było wielkie ognisko
gorące radosne
wszystko było
Dzisiaj w popiele
szukam
choć maleńkiej iskry
Pada deszcz  barbara-pion1

Oglądam te rzeźby i nie mogę się oderwać. Robią na mnie niezwykłe wrażenie – i ślub w białej ceramice, i egipska Madonna, której dziecko wspina się po plecach jak małpka, ale przede wszystkim te dwie czerwone boginie – Sandra i Kosandra – z włosami z łańcuchów.

I myślę sobie, że może jednak trzeba było chcieć się dorabiać i posiadać. Zawsze byłam zdania, że nie chcę, postępowałam w zgodzie z tą zasadą i rzadko kiedy żałowałam tej decyzji. Ale w pracowni Barbary rozmyślam o tym, jakby to było mieć dom w ogrodzie, za domem sad, a w sadzie te ceramiczne kobiety.
Przede wszystkim Sandrę i Kosandrę.

barbara5barbara6

Narodowe Święto Niepodległości

Krystyna Koziewicz

Dzień 11 listopada został ustanowiony świętem państwowym w 1937 roku. W latach 1939-44 podczas okupacji hitlerowskiej oraz w okresie od 1945 do 1989 roku, w czasie rządów komunistycznych, obchody święta były zakazane. Dopiero w roku 1989, ustawą Sejmu, przywrócono to święto i od tego roku Święto Niepodległości jest najważniejszym świętem państwowym.

Jak co roku świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości także wśród Polaków za granicą. Dla wielu to być może to dzień mądrej refleksji nad patriotyzmem, narodem, państwowością, może to być dzień radości z bycia Polakiem. W Polsce obchody Niepodległości jeszcze nie doczekały się charakteru wesołego świętowania, jak to bywa w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.  Choć…. już zaczyna się coś zmieniać. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem, zapoczątkował akcję z biało czerwonymi kotylionami, które w tym dniu nosi coraz więcej ludzi. Idea zdaje się być trafiona w dziesiątkę. Z kolei w tym roku z inicjatywy kustosza Muzeum Józefa Piłsudskiego z Sulejówka zainicjowano akcję wysyłania kartek „Mamy Niepodległą”. Dobrze się stało, że to sympatyczny gest ma sprawić, że udzie zapamiętają nazwisko wielkiego wodza w walce o Niepodległość Polski.

pilsudski1Tu uwaga na marginesie – muzeum w Sulejówku znajduje się w stanie wymagającym natychmiastowego remontu. Doprawdy wierzyć się nie chce, że do tej pory nie znalazła się żadna opcja polityczna, która by godnie uhonorowała miejsce pamięci bohatera Polski Niepodległej. A tylu przecież mamy polityków, którzy deklarują się jako patrioci i następcy wielkiego wodza.

pilsudskiWróćmy jednak do sprawy obchodów, bo jakoś mnie żywo ten problem obchodzi. Na Zachodzie z okazji świąt państwowych przedstawiciele rządu i parlamentu rytualnie składają wieńce pod pomnikami, oddając hołd bohaterom oraz poległym w wojnie żołnierzom i cywilom. Odbywają się uroczyste msze, koncerty muzyki klasycznej narodowych kompozytorów, ale po tej części oficjalnej organizuje się dla społeczeństwa – na koszt państwa! – festyny uliczne z muzyką i to wysokiej klasy. W tym roku w Berlinie pod Bramą Brandenburską odbywał się wielki festyn z okazji Pojednania Niemiec. Jego częścią był koncert dla miliona berlińczyków. Na scenie występował znany austriacki wokalista Udo Jürgens. W przerwach pomiędzy piosenkami opowiadał publiczności rewelacje o pani kanclerz Niemiec. I co się okazało? Pani kanclerz osobiście zadzwoniła do artysty z prośbą o udział w koncercie. Artysta myślał, że ktoś sobie żartuje, a telefon okazał się prawdziwy. Podana informacja wzbudziła wielkie zaskoczenie i radość, że na najwyższych szczeblach władzy myśli się o zwykłym człowieku.

My również mamy powody do radości, bo oto nasz obecny ambasador Jerzy Margański, a wcześniej jego poprzednicy także kroczą drogą pani Merkel i z okazji świąt narodowych organizują dla Polaków zamieszkałych za granicą koncerty, gdzie można posłuchać polskich kompozytorów w wykonaniu najlepszych muzyków. W tym roku, 15 listopada z okazji Święta Niepodległości w godzinach wieczornych Ambasada RP w Berlinie zaprasza Polonię na koncert muzyki klasycznej w wykonaniu Fair Play Quartet, który wykona utwory Bacha, Mozarta, Rachmaninowa, Bacewicz, Chopina, Lutosławskiego i Panufnika. Koncert odbędzie się historycznej auli radia RBB.

Natomiast w przeddzień święta Niepodległości w Deutsche Oper Berlin Ambasada Polska w Berlinie oraz Fundacja Fryderyka Chopina organizują uroczysty koncert chopinowski w wykonaniu pianistki Agnieszki Przemyk-Bryła i wiolonczelisty Tomasza Strahla.

Po koncercie, tradycyjnie odbędą się rauty, na których na pewno nie zabraknie zapalczywych dyskusji Polsce, Polakach, Polonii, Niemczech, rodzinie i wydarzeniach z ostatniego okresu. Ot, zwykłe Polaków rozmowy.

A tymczasem, a tymczasem w Polsce…

10 listopada w Warszawie PiS połączy comiesięczny marsz pamięci ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej z uczczeniem 95 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W Krakowie z kolei po mszy odbędzie się przemarsz z Wawelu przed Krzyż Katyński. Gorzów: godz.12.20 – 13.00 formowanie kolumny i przemarsz uczestników Mszy z Katedry pod pomnik Józefa Piłsudskiego. W Bochni o godz. 15.30 nastąpi przemarsz pod Pomnik “Poległym za wolność 1914-1920″, gdzie zostanie odśpiewany hymn państwowy, zostaną wygłoszone okolicznościowe przemówienia, zostaną złożone kwiaty oraz odbędzie się Apel Poległych. Na koniec ok godz. 17.00 w paradnym przemarszu uczestnicy obchodów przejdą do Państwowej Szkoły Muzycznej w Bochni na Wspólne Bochnian Śpiewanie “Na patriotyczną nutę”. Co w Piszu nie ma co opowiadać, bo wystarczy zdjęcie…

img-1467-192780Oczywiście nie wszędzie w Polsce tak jest. W Poznaniu głównym tematem obchodów będzie święty Marcin i słynne marcińskie rogale. W Warszawie zostanie między innymi zorganizowana rockowa jazda harleyów, a w Gdańsku parada przebierańców. To prawda, jest coraz lepiej, bo różnorodnie, ale mimo to wciąż jeszcze królują w Polsce marsze, przemarsze, parady (te na poważnie) i defilady (również na poważnie). Tak jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy nie weszli w wiek XXI, albo jakbyśmy przenieśli się na Wschód, bo to tam spotkać jeszcze można pochody i przemarsze. W Chinach, w Rosji, w Korei.

No i w Polsce.

Poetry – Poezja – Poesie / Aaron Zeitlin & Joan Baez

Dziś w nocy obchodzimy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego publikuję tu słynną piosenkę Donna Donna, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Każdy z nas to znał i śpiewał na rajdach lub przy ognisku. Ale czy każdy wiedział – bo ja nie wiedziałam – że podobnie jak Dance me to the end of love, również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah? Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewana była w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Donna Donna to inwokacja do Boga.

Adonai Adonai! Donna Donna! Panie!

Donna Donna (דאָנאַ דאָנאַ „Dana Dana“, דאָס קעלבל „Dos Kelbl“ oder „Dona Dona“) ist ein in weiten Teilen der Erde bekanntes Lied. Es handelt von einem Kälbchen, das sich nicht dagegen wehren kann, zur Schlachtbank geführt zu werden. Es ist abhängig wie ein Arbeitnehmer oder Knecht. Die Schwalbe hingegen bestimmt ihr Schicksal selbst, symbolisiert Eigenständigkeit und Selbstverantwortung. Sie ist die  Freiheit. Das Lied ist entstanden in der Zeit des Dritten Reichs und reflektiert die Situation der Juden. Es wurde für das Musical Esterke (1940–1941) von den jüdischen Künstlern Aaron Zeitlin (Text) und Shalom Secunda (Musik) geschrieben.  “Donna Donna” – auf hebräisch Donaj, Donaj – bedeutet Adonai, Gott.

Ich publiziere es heute am 75. Jahrestag der Kristallnacht.

Yiddish (transcription)
Dos Kelbl

Oyfn furl ligt dos kelbl
Ligt gebundn mit a shtrik
Hoykh in himl flit dos shvelbl
Freydt zikh, dreyt zikh hin un krik.

Chorus
Lakht der vint in korn
Lakh un lakht un lakht
Lakht er op a tog a gantsn
mit a halber nakht.
Hey Dona, dona, dona…

Shrayt dos kelbl, zogt der poyer
“Ver zhe heyst dikh zayn a kalb?
Volst gekert tsu zayn a foygl
Volst gekert tsu zayn a shvalb?”

Chorus
Lakht der vint in korn…

Bidne kelber tut men bindn
Un men shlept zey un men shekht
ver s’hot fligl, flit aroyf tzu
iz bay keynem nit keyn knekht

Chorus
Lakht der vint in korn…

Hebrew (transcription)

Egel rakh kashour bekhevel
al ha’agala moutal
velamala bashamayim
efroni mamri el al.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Lama ze tige’e?
omer ikar la egel hamoutal
lou tzamakhta shte knafayim
vehimreta gam ata.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Agalim bli da’at lama
el atevakh holkhim tamid
ve’asher libam lakhofesh
mamrim ke’efroni.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

http://www.esther-ofarim.de

English

On a wagon bound and helpless
lies a calf who is doomed to die.
High above him, flies a swallow,
sawing gaily through the sky.

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Now the calf is softly crying:
“Tell me, wind, why do you laugh?
Why can’t I fly like the swallow
Why did I have to be a calf?”

Wind laughs in the cornfield,
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Calves are born and soon are slaughtered,
with no hope of being saved
only those with wings like swallows
will not ever be enslaved

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Deutsch

Auf einem Wagen liegt ein Kälbchen ist gefesselt mit ´nem Strick.
Hoch am Himmel fliegt ein Vogel, fliegt nach rechts und fliegt nach links.

Lacht der Wind im Kornfeld, lacht und lacht und lacht,
lacht den ganzen Tag darüber und noch die halbe Nacht.
Donaj, Donaj, Donaj……. daj!

Schreit das Kälbchen, sagt der Bauer: Weshalb bist du auch ein Kalb?
Wenn du willst, dann sei ein Vogel, wie am Himmel diese Schwalb!

Lacht der Wind…

Arme Kälbchen kann man fesseln und zum Schlächter schleppen hin,
frei zu sein bedarf es Flügel, und du fliegst zum Himmel hin.

Lacht der Wind…

Reblog: Księżniczki

Niestety ta wystawa już była, informacje o niej znalazłam za późno, żeby ją tu polecić w ramach porad kulturalnych. Ale była bardzo ciekawa, niestereotypowa, kontrowersyjna. Poczytajmy więc.

ksiezniczki

Agnieszka Żechowska

Wystawa pt. „Księżniczki” skupia prace video, video-instalacje, animacje komputerowe i fotografie artystek i artystów z USA, Finlandii, Singapuru, Japonii, Niemiec i Polski. Cel prezentacji to przedstawienie bohaterek – współczesnych niesfornych księżniczek. Kim są? Mają niezaspokojony  apetyt na życie. Skoro nie mogą go zaspokoić, biorą sprawy w swoje ręce. Spoglądają w lustro i w nim szukają odpowiedzi na pytanie o to, czy rzeczywiście są tą wyjątkową księżniczką z bajki. I z której bajki? Okazuje się, że z żadnej. Do żadnej nie pasują. Muszą więc same napisać swoją bajkę, napisać nowy scenariusz, wykreować swój niepowtarzalny wizerunek, dobrać rekwizyty, stworzyć scenografię. Nie potrzebują specjalistów od image’u. Są samowystarczalne. Same dobierają środki wyrazu, formy ekspresji. Eksperymentują. Prowokują, bawią się, przebierają i puszczają do widza oko. Oprócz niezaspokojonego apetytu mają świadomość własnej seksualności, a przy tym poczucie humoru i dystans do siebie i do tego, czego kultura popularna oczekuje od księżniczki: wychudzonej, aseksualnej sylwetki, lub przeciwnie  bycia „niewinnym” obiektem seksualnych pragnień, na ogół męskiej części społeczeństwa, albo też bycia uosobieniem skromności i naiwności.

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Bohaterki wystawy „Księżniczki” zmagają się i grają z tymi stereotypowymi wyobrażeniami o sobie. Negocjują swój wizerunek, korygują go, patrzą przez pryzmat własnych pragnień, których nikt inny nie może zaspokoić poza nimi samymi. Żaden książę. Równie nierealny jak księżniczka z bajki. Kuratorka wystawy Katarzyna Majak tworzy galerię autoportretów współczesnych niesfornych księżniczek. Są wśród nich niewinne uwodzicielki i marzycielki, prowokatorki, lolitki, upadłe królewny i żartownisie grające na nosie widzowi.

Księżniczka z wideo ”Fairy Tale“ Agaty Michowskiej niczym Penelopa szyje swój los – białą niekończącą się tkaninę-opowieść – na miarę własnych pragnień. Jest odwrócona plecami do widza, nie odzwierciedla jego oczekiwań. Patrzy przed siebie. Cecylia Malik w fotografiach z cyklu „365 drzew“ spogląda z wysokości koron drzew, na które się wspięła, by podziwiać niedostępny innym widok i by ją – księżniczkę – podziwiano.  Na innych fotografiach (cykl „6 rzek”) artystka samotnie przemierza rzeki w niewielkiej łódeczce wyglądającej jak zabawka na tle natury dominującej w kadrze.

W fotografiach z cyklu „What My Pussy Loves“ Liany Yang pojawiają się przedmioty, rozmaite gadżety w pastelowych barwach przeznaczone dla pupilki kotki. Symbolizują one infantylną (dziewczęcą) seksualność. Odzwierciedlają potrzebę zaspokajana głodu (miseczki z pokarmem mokrym, pokarm suchy), potrzebę ładnego wyglądu (arsenał przyborów do czesania, do obcinania pazurków, kosmetyki do pielęgnacji sierści, kolorowe obroże), potrzebę zabawy (puszyste myszki, rybki i inne). Obok fotografii-tablic z wyżej wyszczególnionymi przedmiotami znajduje się portret samej bohaterki – białej kotki na tle tkaniny w różowe kwiaty, w owalnej ramce.  Barwne i wzorzyste tkaniny w pracach (z cyklu „Confections”) innej artystki Amy Stevens stanowią tło dla kolorowych, lukrowanych ciast i tortów. Nienasycenie koegzystuje tutaj z przesytem i słodyczą formy. Z kolei Signe Pierce w wideo „Infinite Cake Dance“ zastępuje głód słodyczy tańcem erotycznym. Scena rozgniatania pupą ciasta ustawionego na telewizorze jest zwielokrotniona w ekranie. W innych pracach artystka manipuluje swoim wizerunkiem, zakłada maski, stroi miny i uwodzi,  wciela się w różne postaci, multiplikuje obraz  i przystawia lustra. Jeszcze w innych pracach portretuje przedmioty – fetysze (buty na obcasach).

Warsaw Photo Days Foto

Infantylne kostiumy i gadżety prezentują „lolitki” z japońskich club-goers sfotografowane przez Yoichi Nagatę (cykl „Star of the Stars“). Kobiety-dziewczynki wyłaniają się z czarnego tła, świecą fosforyzującymi barwami, są niczym zjawy z krainy erotycznych fantazji. Catrine Val w interaktywnej instalacji video „I am en Other“ przymierza wizerunki najpiękniejszych kobiet świata – Mis Rosji, Indii czy Boliwii jak suknie.  Saraph Maple w pracy „Lolipop, Lolipop“ portretuje siebie w sukience zdobionej motywem różowych ust. Uniesiona ręka odsłania zarost pod pachą. Artystka wpadła też na pomysł (Page Three Girl), aby podmienić trzecią stronę jednej z brytyjskich gazet („The Sun”), która tradycyjne zamieszcza na tej stronie zdjęcia kobiet w strojach topless. Na tej podmienionej widzimy zdjęcie uśmiechniętej artystki, która ma piersi przysłonięte silikonowym biustem.  Poczucie humoru, choć raczej czarnego, ma też Finka  Liu Susiraja. W serii zdjęć „Loves Me Loves Me Not“ przedstawia siebie w dialogu z pragnieniami stymulowanymi przez kulturę, by być atrakcyjną i spełnioną seksualnie. Wykorzystuje różnego rodzaju przedmioty, fetysze, które nadają jej pracom charakter groteskowy, absurdalny, ironiczny. „Upadłe księżniczki” („Fallen Princesses“) z fotografii Diny Goldstein są nie z tej bajki. Wycięte z disnejowskich kreskówek i inscenizacji, i wklejone w scenerię szarej rzeczywistości, zmieniają wyraz twarzy, wygląd i tracą blask.

Punktem kulminacyjnym wystawy jest cykl fotografii „Rapture“ Franka Yamrusa. Ukazuje on subtelne portrety kobiet w różnym wieku w momencie seksualnej ekstazy.

Niedosyt i samozaspokojenie, pragnienie i samorealizacja to dwa bieguny wystawy. Na drodze od jednego do drugiego jest gra, zabawa, inscenizacja, improwizacja. Teatr barw (z dominacją różu) i świateł. Gadżety, zabawki, fetysze. Niesforne księżniczki nie czekają na księcia, który jest kulturowym fantazmatem. Mają swój świat.

—-
Tekst pochodzi z katalogu wystawy „Księżniczki” zorganizowanej w ramach pierwszej edycji festiwalu Warsaw Photo Days. Publikacja za zgodą kuratorki i dyrektorki programowej festiwalu WPD Kasi Majak.

5-27.10.2013, Nowe Miejsce, Warszawa
——-
Agnieszka Żechowska
Fundacja Supermarket Sztuki

Reblog: Bokserzy i śmierć

bokserzy1Jarosław Drozd

Walki pięściarskie toczone przez więźniów za drutami nazistowskich obozów koncentracyjnych były zjawiskiem powszechnym. Wspominaliśmy o nich w maju br. przy okazji śmierci najbardziej znanego ich uczestnika, Salamo Aroucha, który był więźniem obozu oświęcimskiego, w którym stoczył aż 208 pojedynków. Od dzisiaj w kilku odcinkach chcielibyśmy przybliżyć sylwetki najbardziej znanych uczestników obozowych walk bokserskich, które w istocie często były walkami o przeżycie.

bokserzy2Najbardziej znanym polskim pięściarzem obozowym był Tadeusz Pietrzykowski. Ten rodowity warszawiak (rocznik 1917 r.) zaczął trenować boks dopiero w wieku 16 lat. Szybko jednak trafił do Legii pod opiekę samego Feliksa Stamma. Postawił na sport, porzucając naukę w gimnazjum im. Batorego. 5 lat później, w 1938 r. opiniotwórczy “Przegląd Sportowy” uznał Teddy’ego (bo taki przydomek sobie przybrał) – wicemistrza Polski – najlepszym pięściarzem Warszawy w wadze koguciej.

bokserzy3Po wybuchu II wojny światowej postanowił uciec do Francji, by walczyć tam z nazistami w tworzonej właśnie Armii Polskiej. W lutym 1940 roku pojechał do Zakopanego, by stamtąd – przez Bałkany – dostać się na Zachód. Niestety “wpadł” na granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Odtransportowano go do Polski, a tu – wyrokiem sądu – został osadzony w więzieniu w Nowym Sączu, skąd via Tarnów, 14 czerwca 1940 r. deportowano go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Był jednym z pierwszych osadzonych, o czym świadczył chociażby niski numer obozowy 77.

Tadeusz “Teddy” Pietrzykowski w 1937 roku

****
Czytaj dalej: http://www.bokser.org/content/2009/07/02/000137/index.jsp
Inny artykuł o Pietrzykowskim na portalu bokser.org: http://www.bokser.org/content/2013/10/27/195949/index.jsp