Ranking 2013

Pod koniec roku w gazetach i na portalach pojawiają się rankigi wszystkiego. Najlepsza książka roku, najważniejsze wydarzenie polityczne, najbardziej wpływowa kobieta… Ja poprzestanę tu na rankingu postów, opublikowanych w tym blogu. Publikowałam jeden post dziennie, jeden z przyczyn ode mnie całkowicie niezależnych musiałam wyrzucić (ale zdążył się ukazać i ktoś go jednak zdążył przeczytać), ukazały się więc do dziś, jak łatwo policzyć, w roku 2013 – 363 wpisy, a ogółem – 373. Stworzyło je ponad 80 autorów. Niektórzy pojawili się tylko raz, inni tworzyli dużo, kilkunastu zostało zreblogowanych, więc trudno powiedzieć, czy w ogóle byli naszymi autorami, ale można ich było u nas przeczytać. Ogólnie lista nazwisk współtwórców blogu jest wcale nieskąpa. Skąpo jest natomiast z komentarzami. Wydaje mi się, że wordpress, czyli platforma, na której się publikujemy, żąda od potencjalnych komentatorów zbyt wielu danych osobistych, co niestety odstrasza. W sumie pojawiło się niewiele ponad 500 komentarzy wartych publikacji. Te niewarte odsiewa na wordpresie specjalna maszynka i było ich w porywach do 20 dziennie.

WordPress prowadzi również statystyki dzienne, które przesuwają sie jak fala, obejmują zawsze miesiąc, a każdy przesunięty na lewo słupek oznaczający kolejny wpis znika bezpowrotnie.

statystyki2Z kolei statystyki dla poszczególnych wpisów za cały okres istnienia blogu trzeba sobie otwierać pojedynczo, co przy próbie analizy, jaka była poczytność/ oglądalność jakiegoś wpisu jest nadzwyczaj męczące. Zwłaszcza gdy chcemy sięgnąć do statystyk dotyczących wpisów sprzed kilku miesięcy.

Ale i bez analizy rachunkowej wiem, że absolutne rekordy popularności pobił wpis przygotowany przez Lidię Głuchowską, a opublikowany 22 marca:

Kobieta i koń. Rewers

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Hitem okazały się też niektóre lalki Gertraud Pohl oraz te wpisy o poezji, w których pojawiają się piosenki w wykonaniu Marka Grechuty. Wydaje mi się, że o ile przed kilkudziesięciu laty, gdy byliśmy młodzi, tryskała z nas niespożyta energia i pokładaliśmy ogromną ufność w nasze przyszłe osobiste szczęście i powodzenie, podobała się nam inna muzyka. Wtedy oczywiście słuchaliśmy Grechuty, jasne, każdy słuchał, ale nie była to muzyka najważniejsza. O tyle teraz, gdy dostajemy, jak to mawiano w komunie, “napadów” intro- i retrospekcji, a egoistyczne dążenie do własnego ja zastąpiła melancholijna i altruistyczna refleksja, Grechuta stał się głosem naszego pokolenia. Nikt nie jest tak ważny jak on. Hitem był na pewno wpis z 15 grudnia

Poezja/ Ryszard Krynicki

Przepisany na Mamy maszynie tekst piosenki “Może usłyszysz wołanie o pomoc” znalazłam przeszukując jej papiery. (…) Sprawdzam w internecie i oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972.

O dziwo niemal równą popularnością cieszył się wpis Ewa Śląska jesienią opublikowany 21 listopada przeze mnie i przez Tomasza Grochala. Wydaje się, że czytelników wzruszyła pamięć człowieka, która przeniosła wiersz nieznanej mu poetki przez 40 lat.

slaskajesienia
Tych wzlotów było oczywiście więcej, były też upadki, ale myślę, że poprzestanę na wymienieniu tych trzech wpisów. Za każdym razem, gdy śledziłam, jak w statystykach dziennych rosną słupki wizyt i czytania, wiedziałam, że tu akurat, tym właśnie wpisem, udało mi się trafić w jakiś nasz wspólny czuły punkt.

To bardzo szczęśliwe momenty, które opromieniają mijający właśnie rok, a ten wcale nie był łatwy. Dziekuję moim Czytelnikom i moim Współpracownikom, że mogliśmy wspólnie stworzyć te wpisy i ten ich czuły odbiór!

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

W Nowym Jorku i Toronto

Zbigniew Mierzwa

Właściwie nie planowałem tej podróży. Zdecydowany byłem przegonić złego z kruchej, niemowlęcej skorupki na odległość, choćby przy pomocy skype`a. Panu Bogu w końcu powinno być obojętne, gdzie modli się dziadek chrzczonego dziecka, w Kanadzie, Niemczech, czy w Polsce. Gabriel wziął mnie jednak sposobem. Przysłał mi ozdobną kartkę, z treści której wynikało, że wraz z rodzicami z radością zaprasza dziadka na uroczyste przyjęcie Sakramentu Chrztu Świętego. Następowała data: 13 października 2013 roku i adres polskiego kościoła w Toronto. Nie było innej rady, trzeba było lecieć. Trzęsącymi się ze starczego sknerstwa rękami wysupłałem na bilet lotniczy i 10 października ruszyłem z Monachium za ocean.

Wstępnie do Nowego Jorku, bo do Toronto nie było już wolnych miejsc. Na lotnisku Newark, w sąsiednim New Jersey, czekał na mnie zgodnie z obietnicą mój przyjaciel z dawnych czasów, który zobowiązał się dostarczyć mnie osobiście swoim samochodem do Toronto. Ponieważ dżentelmeńsko wywiązał się z danego słowa, trochę go teraz dla niepoznaki przebiorę i ucharakteryzuję, żeby mógł pozostać w tym reportażu anonimowy, jak tego chciał. Z całym jednak szacunkiem dla faktów. Tak więc Adaś – zwany od dzieciństwa Sową – w towarzystwie swojej przyjaciółki Uli, wpakowali mnie razem z moim bagażem na tylne siedzenie Hondy Accord, która jeszcze pachniała fabryką. Następnie powieźli przez Holland Tunnel biegnący pod Hudsonem, dolny Manhattan, Williamsburgbridge nad East River, na Brooklyn. Stamtąd już tylko kawałek do Quins, gdzie mieszkają. Miałem wrażenie, że przez te dziesięć lat od mojego pierwszego pobytu w nowojorskiej metropolii nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam zwariowany ruch na ulicach, niemilknące klaksony, jarzące się światłami wieżowce i mosty, czułem się, jak bym stąd w ogóle nie wyjeżdżał. Ula i Adaś też wizualnie za bardzo się nie zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Nadal szczupłe sylwetki, może się bardziej przygarbiły, jej jakby przybyło sceptycyzmu w kącikach ust, jemu ubyło włosów, ale duchowo nadal byli w dobrej formie.

Ula, o ile się nie mylę, po krakowskiej ASP i z dobrymi, arystokratycznymi korzeniami, po staremu pracowała w hotelarstwie, jako dyspozytorka służb sprzątających pokoje. Adaś, na azbestach. Mieszkali w solidnej kamienicy z cegły, przy Yellow Stone Blvd., w dwóch pokojach z kuchnią, które mieli na własność. W starym mieszkaniu na Green Point, gdzie wcześniej waletowałem, byli tylko lokatorami. Teraz mają więcej przestrzeni i wyższy standard, ale gościnność jest ta sama. Kiedy wchodzimy do mieszkania, Ula natychmiast włącza laptopa i zapala papierosa. Alkoholu prawie nie pije, ale niebieskiego dymka nie może sobie odmówić. W internecie śledzi od dawna namiętnie wszystkie doniesienia komisji Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

– Co ja o tej tragedii myślę? – pyta. Kiedy zgodnie z prawdą deklaruję się po stronie niedowiarków teorii spiskowej, wywiązuje się ożywiona dyskusja, która pewnie trwałaby do rana, gdyby nie fakt, że na 5.30 Adaś nastawił budzik. W końcu rano jedziemy do Toronto. Ula nie pojedzie z nami, bo w piątki pracuje. Sowa ma kilka wolnych dni w pracy, w związku z okresowymi badaniami lekarskimi w programie World Trade Center, którym jest objęty. Uczestniczył w porządkowaniu cmentarzyska po zamachu 11 września 2001, widział wiele okropności i mówi o tym niechętnie, bo mimo upływu lat trauma trwa.

– Pamiętasz, Guerra, jak mnie w Nowej Hucie chciałeś zamordować? – zmienia temat i rechocze charakterystycznym, przeciągłym śmiechem.

Dorabialiśmy obydwaj w studenckiej spółdzielni pracy Żaczek w jakiejś nowohuckiej papierni i z całego majątku mieliśmy tylko dwa złote. Mnie chciało się sakramencko palić, a Sowie jeść, więc mieliśmy problem, co kupić – dziesięć Sportów, czy jakąś kanapkę, bo na obydwa luksusy nie starczało forsy. Przekonałem go, żeby kupił fajki, przyniósł bułkę i kawałek kaszanki, cały Sowa. Dwa lata młodszy ode mnie, studiował prawo na UJ, ja – bułgarystykę. Nie należał do szczególnie pilnych studentów, ja prymusem także nie byłem, ale udało mi się obronić pracę dyplomową z kilkumiesięcznym poślizgiem. Sowie zajęło to więcej czasu, bo wiadomo, studia prawnicze to nie jakaś filologia. Kiedy pokazał swojej mamie dyplom, odetchnęła z ulgą. Była wdową po ogólnie znanym i szanowanym adwokacie w średniej wielkości galicyjskim mieście i marzyła o tym, aby jej syn jedynak objął schedę po ojcu. Niestety nie objął, poszedł budować gierkowską Drugą Polskę, wyjeżdżał na kontrakty do Kraju Rad, trochę zajmował się interesami, ale przede wszystkim ostro balował. Do tego zawsze miał słabość. Z racji swojej kierowniczej funkcji w jednej z krakowskich organizacji młodzieżowych, bywał na PRL-owskich salonach, poznawał prominentów władzy, znanych aktorów, dziennikarzy. Kiedy system się zmienił, wyjechał do Stanów, nie miał innych pomysłów na dalsze życie.

– Ot tak po prostu, wyjechałeś? – zapytałem.
– Oczywiście musiałem najpierw uzyskać wizę, co nie było proste – odparł. –
Pod amerykańskim konsulatem stały dniem i nocą tasiemcowe kolejki, obowiązywały zapisy, ale woźnym był mój dobry znajomy i pomógł mi wejść do środka. Przyjął mnie Rudy, największy służbista w konsulacie, znany z tego, że dawał prawie zawsze odmowy. Rutynowo otaksował mnie spojrzeniem, byłem ubrany elegancko, w najlepszy garnitur z angielskiej wełny. Ludzie na dworze, głównie z prowincji, prezentowali się inaczej, przychodzili roztrzęsieni, a ja pewny siebie. „W jakim celu wybiera się pan do Stanów Zjednoczonych?” – zapytał. „Turystyczno- biznesowym“ – odpowiedziałem niedbale. „Taaaaaak, a jaki biznes?” „Chciałbym otworzyć w Krakowie sieć koszernych restauracji i szukam chętnych biznesmenów, którzy partycypowaliby w tym pomyśle.” „To bardzo ciekawe”, ożywił się konsul, „radziłbym panu udać się wobec tego na Florydę.”

Był gojem, ale miał żonę Żydówkę i bez ociągania przyznał Adasiowi wizę, a że z restauracji wyszedł całkiem niekoszerny azbest, to już zupełnie inna sprawa. Na usuwaniu szkodliwego dla zdrowia tworzywa, który pokrywał niezliczoną ilość budynków w Nowym Jorku, można było pod koniec ubiegłego wieku nieźle zarobić i zarabia się nadal. Kiedyś monopol na te prace mieli polscy emigranci i przybysze z innych krajów Europy wschodniej, ale zwłaszcza nasi rodacy, dziś coraz mocniej wypychają ich Latynoso. Są najsilniejszą liczebnie mniejszością etniczną w Stanach i widać to w zatrudnieniu, w każdej branży.

Do Toronto mamy z NY niecałe 800 kilometrów. Droga wiedzie znów przez Holland Tunel, do New Jersey i przez Pensylwanię do stanu New York, a więc wydawałoby się – pokrętnie. Tak jednak dziwnie biegną granice tych trzech stanów, bo szlak sam w sobie jest prosty. Wodospad, a właściwie wodospady Niagara, bo są to trzy kaskady, witają nas piękną, słoneczną pogodą, jest ciepło, jak latem. Daruję sobie opis tego powszechnie znanego cudu natury, wpisanego w amerykańską symbolikę. Powiem tylko, że stojąc na tarasie widokowym nad Niagarą, po stronie amerykańskiej – kanadyjska panorama jest jeszcze ładniejsza – zastanowiłem się, jaką miałbym szansę przeżycia, gdybym sobie ni stąd, ni zowąd wszedł do tak leniwie płynącej przed progiem urwiska rzeki. Niagara, płynąca z jeziora Erie do jeziora Ontario musi pokonać prawie stumetrową różnicę poziomów. Gdzieś tak w połowie drogi rzeka rozwidla się na dwie części i spada kaskadami, które mają od 50 do 60 metrów wysokości i do 900 m szerokości. Adaś mówi, że nie miałbym szans, bo to jest mniej więcej dwudzieste piętro, a jednak różni już próbowali, olbrzymka kusiła.

W 1829 r. niejaki Sam Patch skoczył z wysokiej wieży do wodospadu i przeżył ten skok. W 1859 r. znany linoskoczek Jean F. Gravelet przeszedł po linie nad wodospadami, bez zabezpieczenia. Na początku XX wieku 63-letnia nauczycielka Annie E. Taylor zmierzyła się z Niagarą, w specjalnie do tego celu skonstruowanej beczce. Choć poraniona, wyszła z tego eksperymentu z życiem, ale przestrzegła innych przed naśladownictwem. Na próżno, wielu śmiałków próbowało jeszcze na różne sposoby pokonać Niagara Falls i większość przypłaciła to życiem.

Adaś funduje bilet na statek, który podpływa aż pod Wyspę Kozią, rozdzielającą kaskady po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej. Na pokładzie prawie sami turyści z Japonii, wszystkich nas jednoczą błękitne, nieprzemakalne peleryny, bo niedługo będzie prysznic. Rejs trwa niewiele ponad pół godziny i pozostawia w uszach dudnienie młota wody o skały. Pod wyspą weszliśmy w wodną mgławicę i przez dobrą chwilę nie było nic widać. Kadłub statku dygotał cały na wirach, byłem pod wrażeniem. Nie bez powodu Irokezi nazywali to miejsce Grzmiącą Wodą.

niagara-sebronHippolyte Victor Valentin Sebron (1801-1879) – “Wodospady Niagara zimą”, olej na płótnie, 1853, Musee de Beaux Arts, Rouen – obraz prezentowany aktualnie w Berlinie na wystawie Irokezi.

Pora ruszać w dalszą drogę. Granicę między USA i Kanadą wytyczają wodospady, za mostem pobieżna kontrola paszportów, mamy jeszcze do zrobienia około 125 kilometrów. Toronto jest największym miastem Kanady, zamieszkałym – na całym administracyjnym obszarze – przez około 6 milionów ludzi i największym na świecie tyglem multi-kulti, w którym znajduje się ponad 150 grup etnicznych. Angielski jest językiem ojczystym dla mniej, niż 52 procent mieszkańców Toronto. Ponad połowa z nich jest emigrantami, co daje miastu drugie miejsce na świecie co do ich liczby, po Miami w Stanach. Według statystycznych danych Polonia liczy w tej aglomeracji blisko 300 tys. osób, ale nieoficjalne dane mówią, że jest ich dwa razy więcej. Do Kanady nie potrzebujemy wizy.

Kiedy jeździ się po takim dużym, obcym mieście samochodem dobrze jest mieć elektroniczną nawigację, a przynajmniej zwykłą mapę, a tego niestety nie posiadamy. Mój syn nie może nas znikąd odebrać i poprowadzić, ponieważ, tak jak zapowiadał, poszedł z żoną i szwagrem na mecz koszykówki. W końcu udaje się jednak odnaleźć jego adres, ale trochę to trwa. Młodych jeszcze nie ma w domu, dziecko zostawili pod opieką rodziców żony syna i mogą użyć trochę wolności. Teść Tadeusz, techniczna dusza, chodzi po mieszkaniu metrowymi krokami i liczy, ile może ono mieć metrów kwadratowych. Zięć mu powiedział, że sto pięćdziesiąt, a jemu wydaje się, że jest więcej. Tak, czy owak, miejsca dla gości nie powinno zabraknąć, jest gdzie spać i biesiadować. Obowiązki szefowej kuchni pełni gościnnie jego żona, Ewa, której talentom kulinarnym nie sposób się oprzeć. Obydwoje są z Podlasia i choć od 30 lat mieszkają w Monachium, w śpiewności mowy tego nie słychać. Ich dzieciom, które urodziły się już poza krajem, łatwiej między sobą komunikować się po niemiecku, w domu jednak zawsze mówiły tylko po polsku.

Zakradam się na palcach do pokoju Gabrysia, śpi, jak suseł. Rzekomo do mnie podobny, ja tego jakoś nie widzę. Dopiero nazajutrz, jak się rozkrzyczy i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić, pomoże muzyka. Biorę małego na ręce i coś tam podśpiewując tańczę w rytm, wtedy się uspokaja. Mnie można było kiedyś tak samo przekupić, więc faktycznie wykapany z niego dziadek. Przed południem przylatuje do Toronto babcia Mira. Nasz młodszy syn nie mógł dotrzeć, prowadzi w Monachium własną firmę i interesy nie pozwalają. Później zjawiają się goście ze Stanów, dom się zapełnia. Jagoda, przyjaciółka Ewy, jeszcze z rodzinnych stron mieszka od lat w Mayfield w Pensylwanii, niedużym mieście, rzekomo podobnym trochę do Karpacza. Przyjechała samochodem z córką i synem, którzy są mniej więcej rówieśnikami naszych dzieci. Jagoda pracuje jako pielęgniarka w hospicjum, Nicole w firmie farmaceutycznej a Patryk ma własny biznes ogrodniczy. Towarzyszy im koleżanka Nicole z pracy i jednocześnie narzeczona jej brata, Stefanie, która jest najprawdziwszą Amerykanką, nie rozumie ani słowa po polsku, ale z naturalnym wdziękiem udaje, że w ogóle jej to nie przeszkadza.

Siedząc na tarasie przy kawie i domowym serniku gawędzimy sobie zresztą najpierw w grupach, młodzi między sobą po angielsku, starzy po polsku. Za to wieczorem, przy szaszłykach z rożna i wodzie rozmownej nastąpi prawdziwa integracja i pomieszanie języków. Stefanie nauczy się mówić bezbłędnie na zdrowie, swojemu chłopakowi powie kocham cię, a byli żołnierze przy stole odśpiewają kilka marszowych pieśni. Próbujemy It`s a long way to Tipperary, ale ze słowami kłopot, za to Pałacyk Michla i Katiuszę znamy na pamięć, echo pięknie niesie te pieśni z tarasu na ósmym piętrze. Szkoda, że nie ma z nami Krzyśka, męża Jagody, który nie rusza się nigdzie bez akordeonu, ale gra właśnie na jakimś polskim weselu w Nowym Jorku.

– Zdrastwujte, a wy otkuda tak choroscho znajete russki? – pozdrowił nas nazajutrz w windzie skośnooki sąsiad z siódmego.

Wybieraliśmy się właśnie z Mirą i małym na spacer. Trochę zmieszany podziękowałem sąsiadowi za komplement, przeprosiłem za zakłócenie ciszy nocnej.

– Nic się nie stało – powiedział uprzejmie już po angielsku. – Jestem z Kazachstanu i z wykształcenia muzykiem, gdybyście fałszowali, wezwałbym policję.

Mieszkanie, w którym mieszkał mój syn z rodziną, zlokalizowane było niedaleko centrum miasta, w ładnie zadrzewionej, eleganckiej dzielnicy i należało do jego pracodawcy, sporej, skandynawskiej firmy, prowadzącej interesy na międzynarodową skalę. Działał w niej już sporo czasu, zaczynał w Monachium, później jeździł służbowo także do Berlina, Frankfurtu, Stuttgartu. Od dwóch lat firma zdobywa rynek kanadyjski i syn tym kieruje. Mówi mi, że zawodowo czuje się zrealizowany. Ma dobrą i urodziwą żonę, była informatykiem w pewnej amerykańskiej korporacji, a kiedy została mamą, przeszła na urlop macierzyński. Ich syn jest zdrowym dzieckiem i prawidłowo się rozwija, żyją dostatnio, mogę się tylko cieszyć. Też tak chcieliśmy, gdy przed laty oboje z Mirą wyjeżdżaliśmy na Zachód.

– Będziecie mierzwą dla swoich dzieci – przepowiadał nasz tyski sąsiad, Krystian.

Był przyrodnikiem z wykształcenia i zamiłowania, więc takie porównanie i aluzja do mojego nazwiska w jego wykonaniu nie dziwiły, ale osobiście mnie wkurzały. Buntowałem się na myśl, że wyjeżdżam z kraju tylko po to, żeby zostać jakimś nawozem dla swoich dzieci. Prawda, nie miałem żadnych konkretnych planów na swoją emigracyjną przyszłość, tylko naiwnie, po polsku wierzyłem, że jakoś to będzie, a z pewnością dużo lepiej, niż w kraju. No i rzeczywiście jakoś mi się wiedzie. Dziś z przekonaniem mogę powiedzieć: mówcie mi mierzwa, czyli nawóz!

Ciąg dalszy w przyszłym roku

Ten wpis został opatrzony “tagiem” porady kulturalne, a to dlatego że koniecznie trzeba iść na wystawę o Irokezach. Kto więc mieszka w Berlinie, albo się tu w najbliższych dniach wybiera, to niech pospiesza do Martin Gropius Bau. Wystawa jest czynna do 6 stycznia. Więcej informacji w linku (proszę kliknąć na słowo Irokezi w podpisie pod obrazem zimowej Niagary).

Świąteczny kogel-mogel

roszpunka3Viktoria Korb

Pomieszanie z poplątaniem

„Narzekanie na Święta jest nasza główną tradycja bożonarodzeniową” – stwierdził niedawno dziennikarz katolickiego “Tygodnika Powszechnego”.

Ja nie narzekam, bo jestem ateistką w trzech religiach – żydowskiej, prawosławnej i katolickiej, po wychowaniu się w Polsce. Nasze święta były absolutnie “multikulti”, czyli wymieszane.
Religijność mej mamy, Rosjanki z rodziny teoretycznie prawosławnej, była raczej uśpiona.
Jej rodzice też nie byli zbyt wierzący, mało
tego w czasach stalinowskich, w których się wychowała,
ceremonie religijne były tępione. ksiezniczka-i-ksiaze-zaba3Mój rosyjski dziadek do tego się nie wtrącał, a moją matkę i babkę w sumie określiłabym jako “pobożne ateistki”. Czasem wieszały na ścianach ikony, ale modlitw nie uprawiały, do cerkwi tez nie chodziły. Czasem tylko stękały, “o Boże”, co robią nawet ateiści. Mój ojciec z kolei był pochodzenia żydowskiego, ale z rodziny zasymilowanej. Z kim? Zależało to od zmiennych granic nieistniejącej wówczas Polski! Czyli głównie z Austriakami i Polakami z monarchii Austro-Węgierskiej. Jego wyznanie było w metryce wpisane jako żydowskie, ale faktycznie też było żadne. Tak więc nasze święta po wojnie w Polsce były raczej kwestią rytuałów, a nie potrzeb religijnych.
Rodzice nie byli zbyt pewni, co świętować i kiedy.
Mama znała daty rosyjskich świąt, ale nie bardzo było
jak je obchodzić w Polsce – były zbyt egzotyczne.ksiezniczka-glogu-zla-krolowa3
Z kolei ojciec tylko mętnie znał przepisy żydowskie. Zresztą wchodziły one przecież w skład kuchni polskiej, a szczególnie świątecznej. Ten bałagan pogłębiały próby przekabacenia dzieci przez władze. Tępiły one obchody religijne i próbowały dać nam jako Ersatz obchody noworoczne z piękną (trzeba przyznać) choinką i zabawą w Pałacu, ówcześnie Stalina, a obecnie Kultury i Nauki.

Za to nasza gosposia ochrzciła mnie potajemnie, bo nie chciała, by “takie dobre dziecko poszło do piekła”. Ojciec kiedyś zaskoczył mnie przy wieczornej modlitwie na kolanach i wybił mi wiarę z głowy, odmawiając kupna nowego tornistra.
Polecił mi, bym się modliła o tornister do Boga, skoro
w niego wierzę. Niestety moje modlitwy nic nie dały
i straciłam wiarę.krolewna-sniezka3

W ten ideologiczno-obyczajowy rozgardiasz wkroczyli nasi warszawscy sąsiedzi. Rodzina o nazwisku Dryzner, które nie przeszkadzało ojcu rodziny walczyć w czasie wojny w ruchu oporu, praktycznie zaadoptowała nas na święta. Zresztą żyliśmy w ogóle symbiotycznie. Oni zapraszali nas w Wigilię. Świętowali według tradycji, choć pan Dryzner pracował w KC PZPR – dla mnie jeszcze jeden wyraz ideologicznego “kogla mogla” i paradoksów PRL-u. My, dzieci, zostałyśmy wciągnięte w przygotowania i pomagałyśmy pracującej pani domu w robieniu ozdóbek na choinkę – dla niej była to też integralna część świętowania. Wkładem naszej rodziny do kolacji wigilijnej były głównie “wódeczki” oraz pomarańcze
i banany, przysyłane z Wiednia przez przyjaciół
mego taty z krolewna-na-ziarnku-grochu3dzieciństwa. Wkład Dryznerów był za to pracochłonny, a gwiazdą wieczoru były kluski z makiem – cymes! Nasi rodzice chodzili też razem na bale sylwestrowe, zostawiając nas, bachory, same. Mieliśmy spać spokojnie razem, ale wychodziliśmy przez okno na rusztowania i spacerowaliśmy po nich wisząc na rękach. Huśtaliśmy się tez na drzwiach i robiliśmy zawody skakania z szafy na kanapę. Zwycięzcę ja dekorowałam orderem zrobionym własnoręcznie z czerwonej włóczki. Lub też smarowaliśmy śpiącym towarzyszom twarze surowym jajkiem lub pastą do zębów. Po przymusowej emigracji z Polski w 1968 roku “do Izraela”, świąteczne rytuały nam zostały, bo wręcz weszły nam już w krew.
Do dziś, jeśli bym nie obchodziła Wigilii,
wpadłabym w depresję.kopciuszek3

Zresztą ta emigracja “do Izraela” to był pojęcie bardzo umowne. Losy naszej rodziny były bardzo powikłane, przez wiele lat mieszkaliśmy w różnych krajach. Moja siostra przez kilka lat w Izraelu, ja w Anglii i w Berlinie. Ale od 1973, gdy nasi rodzice się ustabilizowali, świętowaliśmy już pięknie w ich domu z wielkim ogrodem w Leverkusen w kilku językach. Dom stał się wręcz przytuliskiem dla licznych gości z Polski. Jednym ze szczytów w tej dziedzinie była Wigilia pewnego znanego polskiego socjologa, który zawisł w Berlinie na święta w czasie podróży służbowej. Jest to bardzo pobożny katolik, ale uparł się, by spędzić święta z nami.
Broniłyśmy się przed tym z obawy, że nie damy rady sprostać
jego religijnym wymogom. Ale poddałyśmy się
i przybył na naszą Wigilię z prezentami,
modlitewnikiem i śpiewnikiem. malgosia-bez-jasia3Odśpiewał wszystkie obowiązkowe kolędy i był rozanielony. Przy wielu Wigiliach naszej rodziny wracał uparcie jeden motyw: nasz ojciec krytykował karpia po żydowsku, przygotowywanego przez naszą mamę. Albo było w nim za mało cebuli i za dużo rodzynek, albo na odwrót. Jak powtarzał za każdym razem niemal obrażony, jego żydowska matka robiła tę rybę dużo lepiej. Gdy opowiedziałam to mym polskim znajomym, uśmiechnęli się pobłażliwie i wyznali, że ich ojcowie też uważali, iż ich matki robiły lepsze potrawy świąteczne niż ich żony…

Na zdjęciach dekoracje świąteczne w wielkim berlińskim domu towarowym KaDeWe w roku 2011 – każde okno przedstawiało inną bajkę, tu od góry:
Roszpunka, Księżniczka-Żabka, Śpiąca królewna,
Królewna Śnieżka, Księżniczka na ziarnku grochu,
Kopciuszek, Czerwony Kapturek.

Zdjęcia Ewa Maria Slaska

Wigilia vs Puppendienstag

also ein Post mit zwei Beiträgen in zwei Sprachen / jeden wpis ale w dwóch różnych częściach i w dwóch językach

Roman Brodowski

Wieczerza

Stary kalendarz wiszący na ścianie,
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina, że święta nadchodzą,
Czas rodzinny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty już białym obrusem,
Pod nim sianko skoszone jesienią
I potrawy matczyne, dwanaście…
Zapachniało w domu polską ziemią.

Pod choinką, w gościnnym pokoju
Ozdobioną szklanymi bombkami.
Leżą w worku prezenty świąteczne
Które przywiózł mikołaj…, saniami.

Jeszcze tylko święcony opłatek
Jeszcze tylko modlitwa, życzenia,
I możemy zasiadać do stołu,
W czas jedności, miłości, spełnienia.

Niech za oknem, na bezkresie nieba
Jak co roku, właśnie o tej porze
Śpiewa gwiazda zwiastowania,
Że się w stajni rodzi Dziecię Boże.

Gertraud Pohl ging diesmal mit Christine im Gepäck ins Museum für Völkerkunde und den Markt der Kulturen besucht. So sind ihre Fotos für den Weihnachtsabend entstanden.

DSC09540.webpodwojne2malawigilijnaDSC09535.webDSC09539.webpodwojne1

Z życzeniami

Krystyna Koziewicz

„Z pierwszą na niebie gwiazdą
Bóg w waszym domu zasiędzie.
Sercem Go przyjąć gorącym,
Na ścieżaj otworzyć wrota-
Oto co czynić Wam każe
Miłość, największa cnota…”
JAN KASPROWICZ

…I PRZYCHODZI CZAS, BY ZASIĄŚĆ PRZY WIGILIJNYM STOLE…

mikolaj-kadeweNa całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym w kalendarzu miesiącem, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Pierwszy etap zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami.
Po pierwszym etapie przychodzi drugi – to pogoń za prezentami „pod choinkę”. To dalszy ciąg zwyczaju wzajemnego obdarowywania się, moment spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka… Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji, niejako, wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli z drżeniem serca oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się, jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też odświętne dekorowanie całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz pieczenie ciast różnej maści, a potem także gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia, którego zapach mile łechce nasze zmysły…? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi myśleć, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu.
Nietrudno jest więc zgadnąć, z czym kojarzą się Polakowi Święta Bożego Narodzenia. To przede wszystkim bliskie spotkania przy stole, dzielenie się opłatkiem,”pierwsza gwiazdka”, prezenty pod choinką, kolędnicy, pasterka i… zapachy, zapachy i jeszcze raz zapachy, które pamięta się przez całe życie i do których się niezmiennie tęskni.

Kochani, ŚWIĘTA zbliżają się milowymi krokami… Już są za progiem…Więc…

„ZATRZYMAJCIE SIĘ NA CHWILĘ W GONITWIE CODZIENNYCH SPRAW.
UCISZCIE MYŚLI.
JEŚLI UDA WAM SIĘ WSŁUCHAĆ W CISZĘ SWEJ DUSZY, TO NA PEWNO USŁYSZYCIE PUKANIE DO DRZWI.
TO BÓG PRZYNOSI WAM SWEGO SYNA, ABYŚCIE GO PRZYJĘLI.
ZAPALCIE ŚWIECĘ, USIĄDŹCIE PRZY WIGILIJNYM STOLE, PODZIELCIE SIĘ OPŁATKIEM I ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE…”

MAŁGORZATA STOLARSKA

Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru

Reblog: Karol Maliszewski

Znalazłam na Facebooku tydzień temu:
Karol Maliszewski: Udostępniam udostępnione w celu szerszego udostępnienia.

No to udostępniam w celu szerszego udostępnienia.

Karol Maliszewski: Dym


…jak ten policjant, którego buty skrzypią pod oknami szpitala wariatów.

W. S. Reymont

Dym wędruje, wspina się, zahacza o anteny, osiada na gałązkach na balkonie. Skąd tyle gałązek? Jeszcze tylko przypiąć kolorowe wstążki i rózgi jak znalazł. Anita pracuje w przedszkolu. W tym roku razem z koleżankami postanowiły wstrząsnąć. Bo coś te dzieciaki za słodkie dzieciństwo mają. A niech chwilę popłaczą, zanim dostaną właściwe prezenty, gadające lalki i tym podobne. Niech poczują powiew grozy. Życie to nie tylko delicje, ale i nadpleśniała piętka pod szafą. Niejedna rączka po nią sięga. Dym wspiął się wreszcie na wysokość i tego okna. Mam zwyczaj ocknąć się nad ranem, otworzyć okno i spać dalej. Aż do wtargnięcia rzeczywistości. Raczej do muśnięcia. Zamiast skrzypienia dźwigów jest skrzypienie butów. Delikatne przejechanie smyczkiem dymu po nosie.

Na dole w ogródku dymił mój brat. Wypluł płuca w kopalni, jednak nie przeszkadzało mu to przypalać papierosa od papierosa. Rozszalałe porywy kaszlu upewniały mnie, że ciągle tam jest. Nocne szychty przestawiły mu zegar w głowie. Śpi i czuwa zrywami, jak popadnie. Pustkę nocy zapełnia stertami książek. Jest chyba najbardziej oczytanym górnikiem w tych stronach. Byłym górnikiem. Pracownikiem byłej kopalni. Tu wszystko jest byłe. Taki stan egzystencjalny: być w tym, co byłe. Gorzej z teraźniejszością. Dlatego wszyscy głosowaliśmy na pewnego młodego człowieka. Jako burmistrz uzdrowi poczucie czasu. Nie tylko zrobi porządek z teraźniejszością, ma nawet jakieś plany względem przyszłości. W to akurat jakoś nie chce się wierzyć.

Największym sceptykiem jest mój brat. Ufną wiarę w ludzi wypluł razem z płucami. Teraz wszystkim patrzy na ręce. I tym na dole w miasteczku, i tym na górze w Warszawie. Nawet sobie patrzy. Widzę to z okna. Unosi je pod światło i patrzy, czy drżą. Coś mruczy do siebie. Moje ręce czy nie moje? Może to mi się śni? Tak naprawdę leżę zwinięty w kłębek w maleńkim pokoju. Ciało wyrzuciło z siebie kłąb obrazów i rozrzuciło je po całym domu. Jeden z nich wbił mnie w krzesełko na tarasie, kazał palić i nasłuchiwać. Znów się powtórzy skrzypienie butów, ale nikogo nie będzie widać. Może wyżej jest jakaś ścieżka, alejka, chodnik za drzewami. Obsesyjne skrzypienie butów.

Powrót mężczyzn z nocnej szychty. Nieśmiałe wsuwanie się do pozostawionej przez żony ciepłej pościeli. I jak za mgłą płacz dzieci, zapach przypalonego mleka. Albo inny powrót: w kłębach dymu kolejki, w piwiarnianym gwarze. Rozkoszny półobłęd, zataczanie się między drzewkami ogródków działkowych, czuwanie na wycieraczce, wreszcie dźwięk klucza, właściwa dziurka. Dom.

Życie w miasteczku musi przybrać inny obrót. Inaczej ma wschodzić słońce, inaczej zachodzić. Przy innych dźwiękach, zapachach i nawykach. Młody obiecał. On ma sposób na tę inność. Niczego się nie lęka. Kopalnie zrówna się z ziemią, żeby wspomnień nie było, niepotrzebnego rozdzierania szat. Szaty i tym podobne trafią do muzeum. Kilofy. Marki. Kaski. Szpady. Niech dziatwa sobie ogląda w ramach lekcji wychowawczej.

A wczoraj wieczorem brat płakał, patrząc na wynoszone z „Halemby” ciała. Ale zaraz potem się wkurwił. Szopkę z tego zrobili – powiedział. Rząd wykorzystał te śmierci do swoich celów. Media też nie lepsze. Tylko żer się liczy. Nawet do dupy zajrzą, żeby jakąś ciekawostkę znaleźć. Od rana do wieczora bębnią. Niesmak. A miało być wzniośle. Te dwadzieścia kilka ciał jako pretekst. Mięso medialne. Przy okazji rząd i wiodąca partia swoją mszę odprawili, pieczeń upiekli. Narodową. Patriotyczną. Dlatego brat od rana jednego za drugim. Chyba od czwartej na tym ganku siedzi. Pogwizduje cicho. Gołębie już trzecią rundę robią na niebie. To go uspokaja. Do telewizora nawet nie podchodzi. Radia nie włącza. Jak w Nowej Rudzie metan zabierał mu kolegów po kolei, to psa z kulawą nogą nie obeszło. Odchodzili w ciszy. Ślad po nich zaginął. – W tym muzeum, co będziecie je robić, zostawcie jedną białą ścianę. I czarnym tuszem wypiszcie te wszystkie nazwiska. Jeden znicz niech się cały czas pali. Nic więcej – mówi przy śniadaniu.

Okno jest lekko uchylone. Tym razem musi się wyjaśnić. Jeszcze chwila i w kwadrat widzenia wpycha się monotonnym krokiem drobna staruszka ubrana na czarno. Wygrzebała skądś za ciasne buty i to one tak skrzypią jak trupięgi. Na plecach worek. W ręce długi kij. Dzisiaj przeczesuje nasze kontenery. Wcześniej musiała operować gdzieś wyżej.

Ciągnę za sobą warkocz dymu. Gaźnik się dławi, kaszle. Zatrzymuję się w przydrożnym warsztacie. Wracam z pracy w Jeleniej Górze. Rozmyślam nad zaginionymi rękopisami Peipera, nad kształtem walizki, miną złodzieja. Albo te „Bagienne niezapominajki”. Chciałbym je znaleźć, pierwszy przeczytać, zachwycić się, ogłosić drukiem. Po godzinie odbijam od tego brzegu. Borówno. Zjedz je równo. Czarny Bór. Byle knur. Kochanów. Bez przerwy zamieniany mazakiem żartownisia na „Róchanów”. Szarpana wstrząsami mała główka w okularach. Droga wije się, wpada w dolinki, znów się podnosi stromo. Widzę wystrzelający w górę kopczyk ruin zamku Rogowiec. Ci ludzie przed nami… Ich strzemiona, czapraki, tarcze. Ich myśli, przeżycia, uczucia. Zapadło się, zrównało z ziemią. Ale jest do odkopania. Rycerze, górnicy, spiskowcy odnajdują się gdzieś tam w ciemnościach. Ocierają się o siebie.

Mija siedemnasta, nikogo nie ma. Można zgasić światło i pójść do domu. Czekam jeszcze chwilę. Wpada były główny księgowy PSS „Społem”. Też pisze wiersze. Czuć od niego alkohol. Mówi, że to tylko piwo. Zasiedział się w „Góralu”. Zapomniał, że to dzisiaj wtorek. Zebranie. Czekamy we dwóch, gawędząc o tym, co by tu można zrobić. Jak zainteresować chwilową poezją? Stajemy na głowie i nic. Wieczorki poetyckie z drabinami, dymami, sypaniem się liści na głowy publiczności, psychodeliczną muzyką i nic. Rozrzucane po rynku broszury, antologie i tomiki wręczane znajomym. Opanowanie prasy lokalnej, stworzenie rubryczek pod hasłem „Przygraniczny pegaz”. Zapraszanie kolegów z Czech, łączenie się w pary ponad granicami. I nic. Poezja dalej nikogo nie obchodzi. Nagle olśnienie. Księgowy pacnął się w łysinę. – Panie kolego, bo to tak ma być. Tak ma być! Działamy jak rycerstwo takie, o, partyzanci ducha, tworzymy intersubiektywną niszę nadwrażliwych. – No i co z tego? Dla kierownika wydziału kultury to nic nie znaczy, cofnął nam dotację na przyszły rok.

Pojawia się eteryczna sekretarka szefa fabryczki pończoch i staników, Sylwia. Pisze wiersze wzorowane na najlepszych wzorcach liryki kobiecej. I wtedy do mnie dochodzi. Tak, tak, o tym będę mówił. Już najwyższa pora. Jest nas tylko troje, ale to nic. Zaraz pojawią się młodzieżowi aktywiści, najwięksi pasjonaci (tydzień temu pożyczyłem im Ważyka), uczniowie likwidowanego Technikum Górniczego. Kiedy już wszyscy członkowie Sudeckiego Klubu Literackiego „Dziewięćsił” zajmują swoje miejsca, zaczynam.

Proponuję powrót mężczyzn. Dość zniewieścienia, podlizywania się feminizmowi, uginania się pod rzekomą presją ducha czasu. – My też mamy coś do powiedzenia – mówię. A w ostatnich latach utarło się przekonanie, że od mówienia rzeczy ważnych są kobiety. Mężczyźni wycofują się, tworząc zamknięte getta osobników niezdolnych do innowacji. Być może jest tak, że nastał czas kobiet, ale to nie znaczy, że nie może dokonywać się jednocześnie powrót mężczyzn. Zdejmijmy z barków kobiet ten nadmiar ciężarów. Odnoszę wrażenie, że one też mają dość. Nie uciekajmy od obowiązków, dźwigajmy z godnością to, co nam pisane. Bądźmy dobrymi ojcami, chodźmy do jakiejś pracy. Ale wszystko w oparciu o ideę tworzenia, nieustannego rozwijania się. Mężczyzna twórca – podniosłem głos, może niepotrzebnie – a nie tylko rozpłodowiec, jakby chciały to widzieć niektóre kobiety. Bo do takiej roli nas ostatnio zepchnięto. Daliśmy się zepchnąć. – To znaczy co? To znaczy jak? – podniosły się głosy. – Wróćmy do podmiotowej wyrazistości. Nie zamazujmy własnego głosu. Już ten gest powrotu będzie coś znaczył w pustce. Wróćmy do człowieczeństwa, a role płciowe wypoziomują się same. – Przepraszam – wyszeptała Sylwia. – Czy to znaczy, że ja mam używać teraz męskich końcówek? – Nie, kochanie, korzystaj ze swoich, tak jak do tej pory. O to chodzi, że kobiety wcale nie utraciły swej podmiotowości, wręcz przeciwnie, to nam się ona ostatnio rozmyła. – Ale ja nie chcę być poetką mniejszą – bąknęła z kąta Ismena, ekspedientka w sklepie z torebkami. – W świetle ustaleń Blooma dystynkcje Miłosza tracą moc. Ci według niego mniejsi urastają w naszych oczach. To już poeci mocni, więc wszystko przed tobą. W sieci sprzecznych enuncjacji może zabłysnąć twoja gwiazda, a jej światło raz będzie znaczy więcej, raz mniej. Po prostu pisz. To jedyny ciekawy moment naszej egzystencji. Ale dość na tym. Na następnym zebraniu za tydzień oczekuję twórczości nowego typu. Czekam na wiersze z mocno zaznaczoną osobowością, może to być nawet surowe i toporne, ale od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli chodzi o zaplecze teoretyczne, to nie musicie się  lękać, mam właśnie coś takiego w ręce.

I zacząłem cichym, opanowanym głosem czytać im wybrane fragmenty pism Harolda Blooma. Po ich wysłuchaniu zgodnym głosem orzekli, że powrót mężczyzn jest jednak możliwy. Dyskutowali o tym hałaśliwie, gdy ja zamykałem klubową piwnicę. Klucz powiesiłem na zardzewiałym gwoździu obok kółeczka z cyfrą 7. Zaprosiłem wszystkich do „Górala”. Mieliśmy to oblać. Poza tym bardzo chcieli przyjrzeć się jakimś wyrazistym osobowościom. I znaleźliśmy takie. Wprawdzie niektóre z nich spały przy stolikach, ale w świetle bijącym od telewizora ich twarze mimo wszystko wyrażały stanowczość i siłę.

 

Munch, Przybyszewski, Głuchowska…

…or return of the Avantgarde into that blog after a long break and the end of so called Munch year 2013 on 12th of Dezember. 2013 we celebrate the 150th anniversary of Edvard Munch’s birth on 12th of December 1863. Munch is one of the most important artists of Modernism, and a number of cultural events with focus on his work was arranged all over the world in the Munch year.

01 munch stationTube Station Töyen, near to Munch-Museum in Oslo (Photo make by Lidia Głuchowska)

Anyway it is a wonderful story and I am sure you have never know, that – maybe, maybe – the most famous picture in the world was influenced by Polish writer!!!!

Lidia Głuchowska

Munch, Przybyszewski and The Scream

Munch recorded Stanisław Przybyszewski’s demonic physiognomy many times, not only in portraits but also in such figure compositions as In the Man’s Brain, Man’s Head in Woman’s Hair, Jealousy or Virgin Creeper. And not without reason; Przybyszewski was known in Berlin as the “king of Bohemia” and more ambiguously as the “German satanist” as well as (after Strindberg) “the ingenious Pole”.
His book from 1894 was also considered genial. It was the first monograph devoted to Munch, who at that time was appreciated by few.
Munch’s paintings and Przybyszewski’s monograph, which initiated the research on Munch, opened in 1893 the “expressionist epoch”, which was closed by Przybyszewski’s most distinguished novel – The Scream (1914–18) – and by his memoirs (1926), which contain a mythologized genesis of Munch’s most famous work and recount the writer’s visits to Norway.
This article will present how during this epoch several (pre)expressionist works in word and image were created, which confirmed both the transmedial career of Munch’s The Scream and Przybyszewski’s writings concerning the Norwegian artist’s oeuvre.

munchPhotographie d’Edvard Munch 1908-1909 musée Munch / Photo Annie Dalbéra

(…) The mystified genesis of the picture

In 1926, when recalling the circumstances of the creation of the “Psychical Naturalism” essay (which was the origin of his monograph The Works of Edvard Munch), Przybyszewski (re)interpreted it in the following way: When my study of Munch showed up, the whole literary fraternity was convinced that I’d lost my mind. Munch came up to me greatly moved: “I’m terrified that somebody is eavesdropping on me in my most secret, creative moments, but I’ve also eavesdropped on you.” The next day he showed me his famous painting, which I now constantly see in books on futurism: Skrig – The Scream. Przybyszewski thus described his friendship with Munch as a relationship in which they both considered each other as their alter ego.

In another passage in his memoirs, he even suggested that his rhapsody from 1893 anticipated and inspired Munch’s painting: “I can’t imagine that you could transform a literary work in color in a more powerful way – in this case Totenmesse [Polish: Requiem Aeternam, Requiem Mass].”

To read more, to see the pictures, to know captions of pictures and quotations – look here: Gluchowska-Munch-Przybyszewski

4a-schreikuchen-2-e1485192770765

One of the thousands marchendising items invented for the Munch Year, photographed in Munch Museum in Oslo: Skrik Kake.