Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967. Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.
Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.
Już o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.
Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.
Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.
A poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:
Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!
Brawo, brawo. Huczne oklaski.
PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.
Każdy z nas to pamięta. Te jakieś straszne toalety gdzieś w Polsce, obesrane i cuchnące. Niekiedy wciąż jeszcze można je zobaczyć w pociągach PKP. Tak bywa, o czym mogę się naocznie przekonać, bo właśnie jadę pociągiem.
Ale wszyscy też wiemy, że to już dawno nie jest normą, że nowoczesność kroczy jak bogini Wolności. Albo zamiast niej.
Dziś buduje się nowocześnie, wszędzie szkło, stal i szlifowany kamień. Wszędzie stawia się wielkie szklane wazony z nowoczesnymi bukietami, a te muszą być przede wszystkim wielkie. Ogromne gladiole, orchidee, pędy bambusa. Wszystko super eleganckie. Toalety ze szklanymi drzwiami. Podwórko z kunsztownymi grupami roślin. Na talerzach wraps z kiełkami. A obok… A obok coś przaśnego, co kobietom w jednakowych czarnych garniturach i mężczyznom, którzy właśnie już nie muszą mieć jednakowych czarnych garniturów, nawet krawatów nie muszą… Ich uniformizm zawiera się w jednakowej myśli, w jednakowych słowach. W Polsce słowem tym jest korporacja, w Niemczech co trzy lata musi się tu pojawić jakieś nowe słowo, wytrych i remedium rozumienia i rozwiązywania problemów społecznych. Harmonisieren, Nachhaltigkeit, Vernetzung, passgenaue Qualifizierung. Kwalifikacje na miarę. A więc jak już tym kobietom i mężczyznom znudzi się omiatanie wzrokiem szlifowanych granitów i stali, mogą odpocząć patrząc na zdjęcia zardzewiałych łyżek na obdrapanych parapetach. Do jedzenia oprócz wrapów jest grochówka. To nowa wersja pajdy chleba ze smalcem do czytania poezji. Wysokie szklane drzwi w toaletach sprawiają, że goście czują się niepewnie. Zwłaszcza Gościce. Niby wiadomo, że szkło jest nieprzezroczyste, ale przecież jednak podstawowe skojarzenie szkła to czystość, klarowność, nie zakłócone możliwości widzenia. Podczas obrad Gościce wymykają się chyłkiem i podążają ku szklanym drzwiom. Nieobecność innych jest też rodzajem ochrony przed nieproszonym spojrzeniem. Ale ciężkie drzwi wymykają się z rąk i z hukiem uderzają o framugę. Po przerwie obsługa konferencji przyczepia do szklanych drzwi szmatki na sznurkach. Designera szlag by trafił.
Wieczorem, a jakże, wieczór poetycki. Sala nobliwie monotonnie antracytowo szara. Dopasowane do entourage’u suknie Gościc. Mężczyźni tak czy owak od dwustu lat w takich tonacjach. Na scenie czerwona gaśnica. Cały czas czekam, czy ta techniczna czerwień nie okaże się jednak rekwizytem, który ma głęboki sens. Ale nie, po prostu designer sobie, a przepisy przeciwpożarowe sobie. I już.
Przedstawienie jest nudne i – jak gaśnica – bez sensu, ale ma też inny sens, głęboki „sens żydowski”, nie śmiemy więc głośniej odetchnąć. Takim okazjom w Berlinie może towarzyszyć tylko nabożne skupienie. Cisza, szacunek, pochylenie głowy, cisza. Kobieta w rzędzie za mną charczy nagle potwornym, przepotwornym charczeniem. Charczenie wyrywa ze skupienia całe audytorium. Ze sceny wylewa się na nas właśnie czarne mleko świtu, pijemy je nocą, twoje szare włosy, Margarete, twoje czarne włosy, Sulamitko. W powietrznym grobie nie jest nam ciasno. Charczenie się ponawia. Straszne potworne. Kobieta, która charczy ma dziś popielate włosy jak Margarete, ale kiedyś, gdy była młoda, była Sulamitką. Przerwa. Po przerwie Margarete nie wraca już. Zastanawia jednak, dlaczego tu była? Takie charczenie nie pojawia się znienacka. Była chora, dlaczego więc w ogóle przyszła?
Latami nie byłam w stanie chodzić do filharmonii, bo w berlińskiej filharmonii w mini przerwach pomiędzy kawałkami muzyki waliły się na człowieka ze wszystkich stron zmasowane ataki kaszlu. Nie pomagało zaciskanie zębów ani zatykanie uszu. Zawsze przypominało mi się, że, Graves tak twierdził, Kalligula kazał zamordować Gemellusa, bo kaszlał. Wreszcie dyrekcja zrozumiała, że masowy kaszel przekracza ludzką wytrzymałość i rozprawiła się z problemem jedną kartką: Zabrania się kasłania w przerwach. I pomogło. Dziś już nikt nie kaszle.
Nie rozumiem. To dlaczego przedtem kasłali? Ale też – jak to możliwe, że jednak nie muszą kaszleć?
Behawioryzm kaszlu, fizjologia designu. Rok zajmowania się tematem kościelnego obozu pracy przymusowej pozwala na odkrycie specjalnego designu przeznaczonego dla miejsc pamięci. Potrzebny jest beton, dużo betonu i zardzewiałe żelazo. Godna podziwu jednorodność stylistyczna. Co to za kierunek w sztuce? Postpamiętnik?
Więc toalety. Mam jakieś niepewne wspomnienie z czasów załatwiania odmownie terenów postenerdowskich za pieniądze europejskie, inwestowane na Wschodzie przez inwestorów z Zachodu. W jakimś miasteczku, gdzie nie było nic, a właśnie zlikwidowano jedyne w okolicy kino, zbudowano automatyczną toaletę ze szlifowanej stali i marmuru. Przeczytałam kiedyś zdanie, że brandenburskie wioski to jakieś UFO, odcięte od świata, zamknięte w sobie, bez życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Dodałabym jeszcze, bez kina i biblioteki, ale z marmurową toaletą.
Ale mam i wspomnienia jak najbardziej aktualne. Na Zachodzie Niemiec w restauracjach przy autostradach jak epidemia ospy rozpowszechnia się system nowoczesnych toalet w pełni zautomatyzowanych. Kosztują chyba 70 centów, z tego 50 centów otrzymuje się z powrotem w charakterze bonu do wykorzystania w tychże restauracjach. No i dobrze, może nawet bardzo dobrze. Może lepiej zautomatyzowana toaletyzacja niż owe przedpotopowe toalety, do których trzeba było wyjść poza budynek, zaopatrzywszy się uprzednio u barmana w klucz z zawieszką o rozmiarach łopatki mamuta. Ale jak wiadomo nie każde nowe jest lepsze od starego. W toaletach w okolicy miasteczka Fläming 20 lat temu pozwolono się wyszaleć designerowi, który skorzystał z tego prawa w obowiązującym wówczas stylu post-op-artu, któremu patronował post-post-Andy-Warhol. Była więc toaleta Jamesa Deana, Marylin Monroe, Charliego Chaplina i Elvisa Presleya. Były śmieszne i kolorowe. U mężczyzn inne niż u kobiet. Po jednej stronie autostrady inne niż po drugiej. Toalety na trasie z Berlina do Fläming odwiedziłyśmy z Lidą i Dorotą w marcu tego roku jadąc do Halle. Toalety po przeciwnej stronie zachwaliłam jakbym to ja sama je zaprojektowała, Kindze i Włodkowi, gdy w lipcu wracaliśmy z Francji. W marcu świat fizjologiczny po zachodniej stronie autostrady był jeszcze pełen barw, w lipcu ściana wschodnia okazała się już w pełni zautomatyzowana, a paleta barw pomiędzy papugą a pawiem, sprowadziła się do obowiązującej już na całym Zachodzie sterylnej kombinacji szklanej zieleni i mlecznej bieli.
Zapytałam sprzątacza, co się stało? Nie wiedział, o co mi chodzi. Nie ma racji Dorota, twierdząc, że pamięć społeczna się skurczyła i obejmuje teraz siedem lat. Pamięć społeczna nie obejmuje nawet siedmiu miesięcy.
For Begin of December / Dla godnego uczczenia grudnia
Nevermore by Alice Vegrova
Edgar Allan Poe The Raven
Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore,
While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
‘Tis some visitor, I muttered, tapping at my chamber door-
Only this, and nothing more.
Ah, distinctly I remember it was in the bleak December,
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
Eagerly I wished the morrow;- vainly I had sought to borrow
From my books surcease of sorrow- sorrow for the lost Lenore-
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore-
Nameless here for evermore.
And the silken sad uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me- filled me with fantastic terrors never felt before;
So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating,
‘Tis some visitor entreating entrance at my chamber door-
Some late visitor entreating entrance at my chamber door;-
This it is, and nothing more.
Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
Sir, said I, or Madam, truly your forgiveness I implore;
But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you- here I opened wide the door;-
Darkness there, and nothing more.
Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortals ever dared to dream before;
But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
And the only word there spoken was the whispered word, Lenore!
This I whispered, and an echo murmured back the word, Lenore!-
Merely this, and nothing more.
Back into the chamber turning, all my soul within me burning,
Soon again I heard a tapping somewhat louder than before.
Surely, said I, surely that is something at my window lattice:
Let me see, then, what thereat is, and this mystery explore-
Let my heart be still a moment and this mystery explore;-
‘Tis the wind and nothing more.
Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately raven of the saintly days of yore;
Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he;
But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door-
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door-
Perched, and sat, and nothing more.
Then this ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore.
Though thy crest be shorn and shaven, thou, I said, art sure no craven,
Ghastly grim and ancient raven wandering from the Nightly shore-
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning- little relevancy bore;
For we cannot help agreeing that no living human being
Ever yet was blest with seeing bird above his chamber door-
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
With such name as Nevermore.
But the raven, sitting lonely on the placid bust, spoke only
That one word, as if his soul in that one word he did outpour.
Nothing further then he uttered- not a feather then he fluttered-
Till I scarcely more than muttered, other friends have flown before-
On the morrow he will leave me, as my hopes have flown before.
Then the bird said, Nevermore.
Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
Doubtless, said I, what it utters is its only stock and store,
Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
Followed fast and followed faster till his songs one burden bore-
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
Of ‘Never- nevermore’.
But the Raven still beguiling all my fancy into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird, and bust and door;
Then upon the velvet sinking, I betook myself to linking
Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore-
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt and ominous bird of yore
Meant in croaking Nevermore.
This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
This and more I sat divining, with my head at ease reclining
On the cushion’s velvet lining that the lamplight gloated o’er,
But whose velvet violet lining with the lamplight gloating o’er,
She shall press, ah, nevermore!
Then methought the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose footfalls tinkled on the tufted floor.
Wretch, I cried, thy God hath lent thee- by these angels he hath sent thee
Respite- respite and nepenthe, from thy memories of Lenore!
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Prophet! said I, thing of evil!- prophet still, if bird or devil!-
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted-
On this home by horror haunted- tell me truly, I implore-
Is there- is there balm in Gilead?- tell me- tell me, I implore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Prophet! said I, thing of evil- prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us- by that God we both adore-
Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore-
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.
Quoth the Raven, Nevermore.
Be that word our sign in parting, bird or fiend, I shrieked, upstarting-
Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
Leave no black plume as a token of that lie thy soul hath spoken!
Leave my loneliness unbroken!- quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!
Quoth the Raven, Nevermore.
And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming,
And the lamplight o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted- nevermore!
Kruk
tłumaczenie: Zenon Przesmycki
Raz w północnej, głuchej dobie, gdym znużony siedział sobie
Nad księgami dawnej wiedzy, którą wieków pokrył kurz –
Gdym się drzemiąc chylił na nie, usłyszałem niespodzianie
Lekkie, ciche kołatanie, jakby u drzwi moich tuż.
“To gość jakiś – wyszeptałem. – Puka snadź przy drzwiach mych tuż.
Nic innego chyba już”.
Ach – pamiętam, jakby wczoraj – była przykra grudnia pora,
Głownie mrąc to cień rzucały, to blask jakichś krwawych zórz.
Tęsknom czekał, by świat biały błysł, bo księgi nie sprawiały
Ulgi w mej boleści stałej, odkąd znikł mój anioł stróż,
Dziewczę słodkie, które zwie Lenorą anioł stróż…
Tu bez nazwy ona już!
Strach zdejmował mnie nieznany, pełny grozy niezbadanej,
Kiedy u drzwi zaszeleścił purpurowy kotar plusz:
By ukoić serca trwogę, rzekłem sobie: “Pojąć mogę:
To podróżny – zgubił drogę – zbłąkał się wśród śnieżnych wzgórz…
W drzwi me puka, Zabłądziwszy pośród białych śnieżnych wzgórz…
Tak – nikt inny chyba już!”
Więc nabrawszy męstwa wstałem, z ugrzecznieniem mówiąc całem:
“Panie albo pani, błagam, nie obrażaj się ni chmurz,
Bo zasnąłem ze zmęczenia, a twe lekkie uderzenia
W drzwi mojego tu schronienia nie zbudziły mnie. Więc cóż
W tym dziwnego, żem nie słyszał?” Tu otwarłem drzwi – i cóż?
Ciemność w krąg – nic więcej już.
Patrząc w mrok ten na wsze strony, stałem trwożny i zdumiony,
Rojąc mary, jakich dotąd głąb nie znała ludzkich dusz.
Lecz milczenie głuche trwało, ciszy nic nie przerywało,
Tylko lekki szept nieśmiało drgnął: – “Lenora?” – gdzieś tuż, tuż.
Tom ja szepnął – i: “Lenora!” – wyszeptało echo tuż.
Tylko to, nic więcej już.
Powróciwszy do pokoju, w niesłychanym już rozstroju,
Posłyszałem znów stukanie, jakby gdzieś przy ścianie wzdłuż.
“Pewnie – rzekłem – coś kołacze w okno: wiatry snadź tułacze?
Zaraz, co to jest, zobaczę, nie bij, serce, ni się trwóż –
Wnet wyjaśnię tę zagadkę, serce, nie bój się ni trwóż.
Tak, to wiatr – nic więcej już!”
Otworzyłem okno zatem… Szumiąc skrzydły, z majestatem,
Wzleciał ciężko Kruk wspaniały, jakby czarny piekieł stróż.
Nie pozdrowił mnie ukłonem, okiem powiódł w krąg zamglonym
I siadł z pańskim jakimś tonem pośród dwóch kamiennych kruż –
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż.
Usiadł tam – nic więcej już.
Ptak ten sprawił, że przy całym rozsmętnieniu mym musiałem
Rozśmiać się z poważnej nader jego miny: “Tyś nie tchórz,
Widzę, stary, chmurny ptaku, co – choć piór już ani znaku
Na swym czubie – szukasz szlaku wśród posępnych nocy mórz?
Mów, jak zwą cię na plutonskim brzegu czarnych nocy mórz?”
Kruk rzekł na to: “Nigdy już!”
Zadziwiłem się nie lada, że ptak tak wyraźnie gada,
Choć żem jego odpowiedzi nie mógł pojąć ani rusz,
Boć to przyzna nawet dziecię, że nikt z ludzi dotąd w świecie
Nie oglądał chyba przecież ptaka przy drzwiach izby tuż.
Ptaka, co by przed nim usiadł na popiersiu przy drzwiach tuż.
Z takim mianem: “Nigdy już”.
Ale Kruk ten z łysą głową wyrzekł jedno tylko słowo,
Jak ci, którzy w jeden wyraz całą głąb wlewają dusz.
Potem milczał znów nieśmiele, Pióro mu nie drgnęło w ciele,
Aż gdym szepnął: “Przyjaciele opuścili mnie wśród burz.
I on też za dniem mnie rzuci, jak Nadzieje pośród burz”.
Ptak mi odrzekł: “Nigdy już!”
Zadziwiony niewymownie odpowiedzią tak stosownie
Wyrzeczoną: “Widać – rzekłem – umie tylko to. A nuż
Dar to pana, co w niewoli poznał tylko to, co boli,
I swe pieśni jął powoli echa kłaść przeżytych burz,
Aż pieśń każda w smętnej zwrotce brzmiała niby echo burz:
“Nigdy, nigdy, nigdy już!”
Lecz że w rozsmętnieniu całym wciąż się z Kruka śmiać musiałem,
Przysunąłem miękki fotel na wprost ptaka, do drzwi tuż,
I usiadłszy nań co żywo, jąłem myśli snuć przędziwo,
Co te stare, chmurne dziwo, czarne jakby piekieł stróż –
Co ten ptak złowróżbny, groźny, czarny jakby piekieł stróż –
Mniemał, kracząc: “Nigdy już!”
Myśląc, czego to oznaka, nie mówiłem ni do ptaka,
Który swe płonące oczy w serce wbijał mi jak nóż.
Tak siedziałem, wsparłszy głowę o poduszki fioletowe,
A blask lampy światło płowe lał na ich matowy plusz.
Ach, niestety, Ona o ten fioletowy, miękki plusz
Skroni swej nie oprze już!
Wtem powietrze się zamgliło, jakby wkoło się dymiło
Sto anielskich trybularzy, tchnących słodką wonią róż.
“Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły –
Zawołałem – zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz!”
Kruk zakrakał: “Nigdy już!”
“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Czy cię szatan przysłał tutaj, czy pęd wściekły zagnał burz
Na brzeg smutku i boleści, gdzie żal tylko pustka mieści,
Gdzie noc każda zgrozę wieści – powiedz, błagam, wzrusz się, wzrusz!
Jestże, jestże balsam w Gilead? – powiedz, powiedz, wzrusz się, wzrusz!”
Rzekł Kruk na to: “Nigdy już!”
“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Na to niebo, co nad nami, i na Pana ziemi, mórz
Powiedz duszy mej zbolałej, czy w Edenie szczęścia chwały
Znajdzie dziewczę, które biały zwie Lenorą anioł-stróż,
Dziewczę święte, słodkie, które zwie Lenorą anioł-stróż?”
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”
“Niech to będzie pożegnanie – krzyknę – ptaku czy szatanie!
Precz na burzę, na plutońskie brzegi czarnych nocy mórz!
Niech mi żadne czarne pióro nie przypomni, jak ponuro
Mroczysz wszystko kłamstwa chmurą! Ruszże się z popiersia, rusz!
Wyjmij dziób z mojego serca – i rusz się z nade drzwi, rusz!
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”
I kruk wcale nie odlata, jakby myślał siedzieć lata
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż,
Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła spod rzęs chmury
Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż,
A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie – Nigdy już!”
Der Rabe Übersetzung: Carl Theodor Eben
Mitternacht umgab mich schaurig, als ich einsam, trüb und traurig,
Sinnend saß und las von mancher längstverklung’nen Mähr’ und Lehr’ –
Als ich schon mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Hörte plötzlich ich ein Ticken an die Zimmerthüre her;
„Ein Besuch wohl noch,“ so dacht’ ich, „den der Zufall führet her –
Ein Besuch und sonst Nichts mehr.“
Wohl hab’ ich’s im Sinn behalten, im Dezember war’s, im kalten,
Und gespenstige Gestalten warf des Feuers Schein umher.
Sehnlich wünscht’ ich mir den Morgen, keine Lind’rung war zu borgen
Aus den Büchern für die Sorgen – für die Sorgen tief und schwer
Um die Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer –
Hier, ach, nennt sie Niemand mehr!
Jedes Rauschen der Gardinen, die mir wie Gespenster schienen,
Füllte nun mein Herz mit Schrecken – Schrecken nie gefühlt vorher;
Wie es bebte, wie es zagte, bis ich endlich wieder sagte:
„Ein Besuch wohl, der es wagte, in der Nacht zu kommen her –
Ein Besuch, der spät es wagte, in der Nacht zu kommen her;
Dies allein und sonst Nichts mehr.“
Und ermannt nach diesen Worten öffnete ich stracks die Pforten:
„Dame oder Herr,“ so sprach ich, „bitte um Verzeihung sehr!
Doch ich war mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Und so leis scholl Euer Ticken an die Zimmerthüre her,
Daß ich kaum es recht vernommen; doch nun seid willkommen sehr!“ –
Dunkel da und sonst Nichts mehr.
Düster in das Dunkel schauend stand ich lange starr und grauend,
Träume träumend, die hienieden nie ein Mensch geträumt vorher;
Zweifel schwarz den Sinn bethörte, Nichts die Stille draußen störte,
Nur das eine Wort man hörte, nur „Lenore?“ klang es her;
Selber haucht’ ich’s, und „Lenore!“ trug das Echo trauernd her –
Einzig dies und sonst Nichts mehr.
Als ich nun mit tiefem Bangen wieder in’s Gemach gegangen,
Hört’ ich bald ein neues Pochen, etwas lauter als vorher.
„Sicher,“ sprach ich da mit Beben, „an das Fenster pocht’ es eben,
Nun wohlan, so laß mich streben, daß ich mir das Ding erklär’ –
Still, mein Herz, daß ich mit Ruhe dies Geheimniß mir erklär’
Wohl der Wind und sonst Nichts mehr.“
Riß das Fenster auf jetzunder, und herein stolzirt’ – o Wunder!
Ein gewalt’ger, hochbejahrter Rabe schwirrend zu mir her;
Flog mit mächt’gen Flügelstreichen, ohne Gruß und Dankeszeichen,
Stolz und stattlich sonder Gleichen, nach der Thüre hoch und hehr –
Flog nach einer Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr –
Setzte sich und sonst Nichts mehr.
Und trotz meiner Trauer brachte er dahin mich, daß ich lachte,
So gesetzt und gravitätisch herrscht’ auf meiner Büste er.
„Ob auch alt und nah dem Grabe,“ sprach ich, „bist kein feiger Knabe,
Grimmer, glattgeschor’ner Rabe, der Du kamst vom Schattenheer –
Sprich, welch’ stolzen Namen führst Du in der Nacht pluton’schem Heer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr.“
Ganz erstaunt war ich, zu hören dies Geschöpf mich so belehren,
Schien auch wenig Sinn zu liegen in dem Wort bedeutungsleer;
Denn wohl Keiner könnte sagen, daß ihm je in seinen Tagen
Sonder Zier und sonder Zügen so ein Thier erschienen wär’,
Das auf seiner Marmorbüste ob der Thür gesessen wär’
Mit dem Namen „Nimmermehr.“
Dieses Wort nur sprach der Rabe dumpf und hohl, wie aus dem Grabe,
Als ob seine ganze Seele in dem einen Worte wär’.
Weiter Nichts ward dann gesprochen, nur mein Herz noch hört’ ich pochen,
Bis das Schweigen ich gebrochen: „Andre Freunde floh’n seither –
Morgen wird auch er mich fliehen, wie die Hoffnung floh seither.“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
Immer höher stieg mein Staunen bei des Raben dunklem Raunen,
Doch ich dachte: „Ohne Zweifel weiß er dies und sonst Nichts mehr;
Hat’s von seinem armen Meister, dem des Unglücks finstre Geister
Drohten dreist und drohten dreister, bis er trüb und trauerschwer –
Bis ihm schwand der Hoffnung Schimmer, und er fortan seufzte schwer:
„O nimmer – nimmermehr!“
Trotz der Trauer wieder brachte er dahin mich, daß ich lachte;
Einen Armstuhl endlich rollte ich zu Thür und Vogel her.
In den sammt’nen Kissen liegend, in die Hand die Wange schmiegend,
Sann ich, hin und her mich wiegend, was des Wortes Deutung wär’ –
Was der grimme, finst’re Vogel aus dem nächt’gen Schattenheer
Wollt’ mit seinem „Nimmermehr.“
Dieses saß ich still ermessend, doch des Vogels nicht vergessend,
Dessen Feueraugen jetzo mir das Herz beklemmten sehr;
Und mit schmerzlichen Gefühlen ließ mein Haupt ich lange wühlen
In den veilchenfarb’nen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ach, in diesen sammtnen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ruhet sie jetzt nimmermehr!
Und ich wähnte, durch die Lüfte wallten süße Weihrauchdüfte,
Ausgestreut durch unsichtbare Seraphshände um mich her.
„Lethe“, rief ich, „süße Spende schickt Dir Gott durch Engelshände,
Daß sich von Lenoren wende Deine Trauer tief und schwer!
Nimm, o nimm die süße Spende und vergiß der Trauer schwer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Ob die Hölle Dich mir sandte, ob der Sturm Dich wehte her!
Du, der von des Orkus Strande – Du, der von dem Schreckenlande
Sich zu mir, dem Trüben, wandte – künde mir mein heiß Begehr:
Find’ ich Balsam noch in Gilead! ist noch Trost im Gnadenmeer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Bei dem ew’gen Himmel droben, bei dem Gott, den ich verehr’ –
Künde mir, ob ich Lenoren, die hienieden ich verloren,
Wieder find’ an Edens Thoren – sie, die throhnt im Engelsheer –
Jene Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Sei dies Wort das Trennungszeichen! Vogel, Dämon, Du mußt weichen!
Fleuch zurück zum Sturmesgrauen, oder zum pluton’schen Heer!
Keine Feder laß zurücke mir als Zeichen Deiner Tücke;
Laß allein mich dem Geschicke – wage nie Dich wieder her!
Fort und laß mein Herz in Frieden, das gepeinigt Du so sehr!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
Und der Rabe weichet nimmer – sitzt noch immer, sitzt noch immer
Auf der blassen Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr;
Sitzt mit geisterhaftem Munkeln, seine Feueraugen funkeln
Gar dämonisch aus dem dunkeln, düstern Schatten um ihn her;
Und mein Geist wird aus dem Schatten, den er breitet um mich her,
Sich erheben – nimmermehr!
Wydaje mi się, że zadałam sobie zadanie bez końca. Bo każda kartka, czasem wręcz świstek lub strzępek wywołują pomysły na nowe wpisy.
Dziś “Kobiety nad morzem”. Nie mam tej grafiki, chyba nikt z nas nie ma wszystkich grafik Mamy i, jak na razie, nie mam reprodukcji lepszej niż zdjęcie strony gazetowej, oczywiście znalezionej w stercie starych papierów.
Jeden podpis, dwa błędy. Nazwisko autorki pracy zostało zapisane jako IRENA KURAN-BOGUCK A. Dziwaczny odstęp przed końcowym A. Tytuł pracy – Kobieta nad morzem. Tytuł brzmiał “Kobiety nad morzem” i na zdjęciu ewidentnie widać, że są to – jako pars pro toto – trzy kobiety symbolizujące całą ogromną bezimienną rzeszę rybaczek i żon marynarzy, czekających na powrót mężów, synów i braci z morza.
Czasem czekały na brzegu, czasem w domu. Czytałam gdzieś przejmującą opowieść o chałupie rybackiej, w której od kuchennego pieca do okienka wiodła wydeptana w deskach podłogi ścieżka, cierpliwie wyżłobiona stopami kolejnych kobiet z rodziny, wypatrujących łodzi na morzu.
Na stronie nie ma nazwy gazety, ale musiał to być Głos Wybrzeża, ten co to “… z tyłu pies, Głos Wybrzeża w pysku niósł”. W Gdańsku były dwie gazety codzienne – druga nazywała się Dziennik Bałtycki. Głos był partyjny, Dziennik – niezależny, cokolwiek to w owych czasach oznaczało. Dziennik miał tytuł i niektóre śródtytuły niebieskie. “Moja” gazeta jest czarno-biała, a właściwie szaro-żółtawa.
Było to wydanie sobotnie (sobota 6), numer 236 (4954). Nie jest napisane, co to za miesiąc, ale z pobieżnych wyliczeń wynika mi, że wrzesień. Którego roku? Ba! Studiuję po kolei różne informacje i na rok naprowadza mnie notka, że w Hali Stoczni Gdańskiej odbędzie się koncert zorganizowany przez WKZZ dla uczczenia V Kongresu Związków Zawodowych. Dochód z koncertu przeznaczony zostanie na budowę szkół Tysiąclecia i pomoc dla walczącego ludu Hiszpanii. Tysiąclatki czyli lata 60. Sprawdzam – V Kongres to 1962 rok. Ale dokładniejszej daty, kiedy się odbył, nigdzie nie ma. Kalendarz na rok 1962 informuje jednak, że sobota 6 była tylko w styczniu i w październiku, a znaczek pocztowy i wydawnictwo z przemówieniami z Kongresu, donoszą, że Kongres się odbył w listopadzie. Zatem koncert ku czci zorganizowano zawczasu. Numeracja mi się jednak nadal nie zgadza, ale dochodzę do wniosku, że widocznie Głos Wybrzeża nie ukazywał się w niedziele i święta. Liczę jeszcze raz w kalendarzu, teraz już tym właściwym na rok 1962 – po odjęciu niedziel, Nowego Roku, dwóch dni Wielkanocy, 1 maja i Bożego Ciała uzyskujemy numer 236 w sobotę 6 października 1962 roku. Strona 3. Brawo Watsonie!
Zanim jednak zajmę się samą grafiką, jeszcze pytanie – na miłość boską, dla jakiego “walczącego ludu Hiszpanii” zostaną przeznaczone zyski z koncertu? Czy w roku 1962 w Hiszpanii była wojna? Powstanie antyfrankistowskie? Rządy Franka skończyły się w roku 1975. Od końca lat 50 buntowali się Baskowie i Katalończycy. Czy to o nich tu chodzi? A może o dzielny lud kubański stawiający od ponad roku opór wrednym kapitalistom z USA? Niestety nie znalazłam odpowiedzi.
Próbuję też dociec, dlaczego akurat 6 października umieszczono tu reprodukcję tej grafiki? Nie jest to żadna stała rubryka, nie ma ani słowa wyjaśnienia. Ojciec też jeszcze wtedy nie wypływał na dalekie rejsy żeglarskie. Same niewiadome, nie do rozwiązania. A może, ot, kaprys redaktora lub grafika. Miał dziurę i miał pod ręką “zatkajdziury”. Wybrał jedną. Mogło tak być, czemu nie.
Ten szkic bez tytułu przedstawia raczej Ojca Zadżumionych niż trzy kobiety nad morzem – znalazłam go w papierach i stwierdziłam, że to ten sam motyw kompozycyjny. Znalazł się też opis grafiki przygotowany przez Mamę.
Irena Kuran-Bogucka Omówienie pracy “K o b i e t y n a d m o r z e m”
Praca “Kobiety nad morzem” jest wykonana w technice drzeworytu langowego. Użyte do niej drzewo lipowe jest największym ze stosowanych w drzeworycie gatunków;- aby osięgnąć w nim czystość cięcia , trzeba używać szerokich, bardzo ostrych dłut i – zwłaszcza przy liniach przechodzących w poprzek słoja – prowadzić narzędzie szybkim, pewnym ruchem. Od klasycznej formy drzeworytu czarno-białego kompozycja ta nieco odbiega przez odbicie tła w półtonach o zróżnicowanym nasileniu szarości, z wyraźnie pokazanym śladem narzędzia. Kompozycja jest realistyczna, przyczem starałam się osiągnąć maksymalną prostotę i zwięzłość formy. Równolegle jednak do rozwiązań technicznych oraz formalnych, i tutaj – jak xx we xxxx wszystkich moich pracach – interesuje mnie temat i nastrój. Tematem moim jest przedewszystkim człowiek w całej bogatej, dramatycznej skali swoich uczuć i przeżyć. Staram się więc znaleźć formę dla każdorazowego przekazania wyrazu i emocjonalnego ładunku tych spraw. Tę pracę cięłam w listopadzie, kiedy zaczynają się jesienne sztormy, a pływanie po morzu, mimo stałych postępów techniki, staje się ciężkie i niebezpieczne. “Kobiety nad morzem” trwają w niezmiennym oczekiwaniu powrotu swoich najbliższych – wszystkich, jacy kiedykolwiek wyruszali na śmiałe rejsy; niespokojnych greckich żeglarzy, awanturniczych Wikingów, odkrywców nieznanych kontynentów, czy marynarzy i rybaków dzisiejszego Gdańska. Praca ta zyskała jedną z sześciu równorzędnych nagród w I-ym Ogólnopolskim Konkursie Grafiki Marynistycznej w 1961 r. No tak: drzeworyt langowy. Jestem córką graficzki. Grafika towarzyszyła mi przez całą młodość. Widziałam jak się ją tnie, odbija, oprawia. A jednak nie wiedziałam, że drzeworyt wzdłużny, w przeciwieństwie do tego ciętego na sztorc, nazywa się langowy!
Każde społeczeństwo ma wspólny kod kulturowy. Zarówno Polaków jak i Niemców łączy język, tradycja, historia i zwykła ludzka mentalność.
W zasadzie można powiedzieć, że o Niemcach wiemy bardzo wiele, choć moim zdaniem wciąż za mało ich znamy. Podobnie jest z nami. Zresztą oni patrzą na nas, na nasz kraj innymi oczyma.
Od 22 lat mieszkam w Berlinie, aktywnie działam w środowisku polonijnym, uczestniczę w spotkaniach kulturalnych, politycznych, biznesowych, turystycznych. Ale mieszkam też wśród Niemców, zaprzyjaźniona jestem z Niemcem, pracowałam w niemieckiej firmie.
Początki życia w obcym mi otoczeniu nie spowodowały zmian w moim zachowaniu. Byłam sobą, zachowywałam się normalnie, bez cienia kompleksu: mówiłam po polsku, nosiłam dżinsowe ciuchy – szczyt elegancji na owe czasy. Dziwiła mnie tylko reakcja Niemców na polską mowę, w ich oczach widziałam naboje gotowe do strzelania. Któregoś razu usłyszałam w metrze od „gotującego się ze złości” starszego pana, że „hier spricht man Deutsch”. Podobna sytuacja spotkała mnie, kiedy z wnuczkami w autobusie gawędziliśmy po polsku, co doprowadziło starsze małżeństwo do furii. Obserwując ich złość mieliśmy świetny ubaw. Jeśli kiedykolwiek spotkałam się z demonstracją wrogości wobec Polaków, to przeważnie byli to ludzie starszej generacji. W pracy senackiej, gdzie miałam do czynienia z politykami i urzędnikami państwowymi, nikt nigdy nie dał mi odczuć, że jestem kimś gorszym, nawet w sytuacji, kiedy kaleczyłam niemiecki. Tylko jeden Niemiec nabijał się ze mnie, szydził i głośno ironizował, ale udawało mu się do momentu, kiedy oznajmiłam wszem i wobec, iż od następnego dnia musi sobie przynosić kanapki i kawę w termosie, bo ja go już więcej nie będę obsługiwać. „Mądralińskiego” czekała z mojej strony jeszcze jedna niespodzianka, a mianowicie wobec jego kolegów – poinformowałam ich bowiem, że złożę na policji skargę na mobbing i wrogość do obcokrajowców. Ów urzędnik był do tego stopnia zaskoczony, że nagle stracił głos, a oczy zaszły mu chyba bielmem. Widać było najwyraźniej, że strzał był celny! Zresztą to w moim stylu, nie wybucham od razu, lecz czekam na właściwy moment. Także w tym przypadku nie było inaczej, on – Niemiec szydził, a ja – Polka czułam się z tym fatalnie. Co się później okazało, nie byłam w ogóle świadoma, że moja groźba mogła zakończyć jego karierę jako urzędnika państwowego. Facet oprzytomniał, na drugi dzień przyszedł z przeprosinami i od tej pory mnie ostentacyjnie faworyzował, aż mnie to wkurzało. Zresztą, nigdy tego typa nie polubiłam. To jedyna sytuacja, kiedy doznałam od Niemca przykrości. Więcej nie było!
Natomiast faktem jest, że miło się słucha o zaletach Polaków. Ja osobiście uważam, że mamy więcej zalet od wad, ale Niemcy widzą nas inaczej i kiedy słyszę o pijakach, brudasach, cwaniakach, złodziejach, nie ukrywam, że mina mi dziwnie rzednie. Ja wiem, że na pewno zasługujemy na lepszą ocenę, a według Niemców zalet mamy tyle co palców u rąk, a może jeszcze mniej. Za to lista wad ciągnie się w nieskończoność. Przejdźmy najpierw do pozytywnego wizerunku Polaka. Polki wg Niemców uznawane za najpiękniejsze kobiety świata, które imponują elegancją, pracowitością i gospodarnością. W czasach kryzysu Niemcy z podziwem patrzyli, jak radzimy sobie z życiem w obliczu pustych półek. I w tym miejscu zrodziła się w głowie myśl-dygresja, że naprawdę należy się nam pomnik Matki Polki Peerelowskiej, a nie tylko ten z dowcipu o kobiecie ze sznurkiem w ręku, która zastanawia się jak związać koniec z końcem. Pomnik, a jakże. Jesteśmy bowiem mistrzyniami świata w pokonywaniu trudności zaopatrzeniowych. Niemcy wysoko cenią inną naszą cechę – dbałość o gniazdko rodzinne, choć mniej mają wyrozumiałości dla Polek, które traktują mężów jak dzieci: podają jedzonko, dolewają zupkę, zaopatrują w kanapeczki. Niemiec sam sobie parzy kawę, jada śniadanie w kantynie, a na obiad żona czy partnerka serwuje mu zupę z puszki. W przeszłości zdarzyło mi się w pracy w niemieckiej firmie głośno pomyśleć, „co mam ugotować na obiad?” Reakcja była dość typowa; „Chcesz powiedzieć, że codziennie gotujesz obiady? Zwariowałaś, przecież pracujesz, od czego są bary i inne kioski z fast-foodem?” Niemcom nie trzeba więc codziennie gotować czy pucować mieszkania. Znajomy Niemiec ożeniony z Polką obsypuje żonę co jakiś czas kosztownymi prezentami, wychwalając pod niebiosa prowadzenie domu i chyląc czoła nad jej ciężką pracą. Zainteresowana, jaki to zawód wykonuje owa idealna żona, usłyszałam, że prowadzi dom, gotuje, prasuje, robi zakupy, myje okna, sprząta, pieli ogródek. Faktycznie, u mnie na klatce schodowej, a może i w całym sześciopiętrowym domu zapachy z kuchni dochodzą tylko od zamieszkałych tu Polek, reszta jada z puszki lub chłodziarki, a w weekendy chodzi się całymi rodzinami do restauracji.
Najwyżej ceniona jest nasza polska gościnność. Nie dziwota. Pamiętam historię o tym, kiedy Niemka wspólnie z mężem pojechała do Polski na złote gody teściów. Po powrocie ciekawość kolegów z pracy paliła, padały pytania, jak było? To, co opowiedziała, przyprawiło słuchaczy o zawrót głowy: „osiem godzin siedzieliśmy przy stole i bez przerwy podawano jedzenie”. Nie dowierzano, a kiedy dodała, że ludzie cały czas jedli, to już było trudne do wyobrażenia. Na niemieckim przyjęciu poczęstunek wygląda ubogo: na stole paluszki, chipsy, orzeszki, tylko napojów do wyboru do koloru. Przyjęcie zaczyna się od tortu i kawy, a gdzieś tam po pięciu godzinach serwuje się zupę gulaszową, albo chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym.
Z niezrozumieniem, ale i podziwem patrzą Niemcy na naszą fantazję lub brak wyobraźni. Często opowiadam znajomemu Niemcowi o pomysłach, które zamierzamy realizować np. w branży wydawniczej czy kulturalnej. Kiedy oznajmiłam, że otwieramy Dom Polski czy organizujemy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy bez jednego centa, ów pukał się w głowę. Gdy potem widział efekty, prawdziwe „cuda wianki”, to za Chiny nie był w stanie pojąć, jak my to robimy?
Stereotypy o Polakach krążące w społeczeństwie niemieckim, jakby się kto pytał, egzystują po dziś dzień, jednakże zauważa się powolny zwrot w pozytywnym kierunku. Wejście Polski do Unii stanowiło dla nas, Polaków nominację do lepszego kręgu, choć daleko nam do elity. Owszem, Niemcy z niepokojem obserwowali wybory w Polsce, bojąc się zwycięstwa Kaczyńskiego. Tusk ma (a może raczej miał) wysokie notowania, Wałęsa jest i pozostanie legendą, której oddaje się najwyższe honory. Tak samo jest z Mazowieckim czy Bartoszewskim. Prasa coraz częściej donosi o sukcesach polskiej gospodarki, na Targach ITB czy podczas Zielonego Tygodnia koniecznie trzeba zaliczyć polskie hale, bo tam można kosztować i smakować do woli, i jeszcze wyjść z pełną torbą gadżetów. Na imprezach polsko-niemieckich królują pierogi, bigos niestety traktowany jest znacznie gorzej ze względu na zapach, który irytuje wrażliwe niemieckie nosy.
Jako że zaprzyjaźniona jestem od kilkunastu lat z Niemcem, mam rzadką możliwość spojrzeć nieco głębiej w niemiecką duszę i mentalność, i zastanowić się nad różnicami, jakie dzielą oba społeczeństwa, tak w sferze kulturowej, jak i politycznej. Mój znajomy bardzo kibicuje Polsce po tym gdy, jak sam powiada, poznał mnie i moje środowisko. Wniosek nasuwa się jeden, nasze codzienne zachowanie, postawa, aktywność, udział w wydarzeniach kulturalnych powoduje, że Niemcy nareszcie przestają opowiadać żarciki o Polaku-pijaku, brudasie, nierobie, złodzieju i kobietach lekkich obyczajów. Jeszcze przed 20 laty przyjaźń z Polką, czy małżeństwo w niektórych kręgach na pewno nie przynosiło chwały. Dzisiaj nie wytyka się już Niemcowi, że ożenił się z Polką. Dawno, bodaj 13 lat temu zdarzyło mi się zaprosić znajomego Niemca, a właściwie sam się wprosił do mojego domu. Przyniósł ze sobą koszyk z kawą, słodyczami, owocami oraz plastikowe talerzyki, widelce, serwetki, płyn do naczyń. Przeżyłam szok, bo nie zrozumiałam intencji, a on na to: „no wiesz, byłem w Instytucie Polskim na chłopskim przyjęciu i tam jedliśmy palcami, nie było serwetek”…to mi wystarczyło, by poczuć zażenowanie. I pomyśleć – jedna impreza nawiązująca do zmierzchłych czasów może zrodzić mit, że nie umiemy używać widelców i serwetek. Albo ich nie mamy. Niemcy wyjątkowo zdolnie potrafią przejaskrawić rzeczywistość. Taka na przykład wypowiedź (poprzedniego) Ambasadora RP w prasie niemieckiej, że w Niemczech zbyt łatwo można kraść samochody, a Niemcy nie radzą sobie ze złodziejami. Reakcja mediów była natychmiastowa, na wszystkich portalach i w gazetach ataki i bezpardonowa krytyka Ambasadora, bo jak można wytykać Niemcom wady, skoro ich system świetnie funkcjonuje.
O Niemcach mówi się, że są zimni i gburowaci. Nie okazują uczuć. W tym stwierdzeniu jest wiele racji, ale za to, jeśli chodzi o kobiety, Niemcy są też mało wymagający. Na tle emancypowanej feministki niemieckiej wszystko, co w zakresie organizacji domu zaoferuje Polka, będzie graniczyło z cudem i doczeka się pochwały. Choć nie przyjdzie ona szybko, bo Niemcy raczej niechętnie chwalą. A jak już, to bardziej… siebie.
No cóż, niektóre stereotypy faktycznie wynikają ze specyfiki danego narodu, z tradycji. Skądś się wzięły i są powody, że trwają. Jednak zazwyczaj są to cechy przejaskrawione, a szczególny akcent kładzie się na wady. Stereotypy biorą się zazwyczaj z braku wiedzy lub zazdrości. Przekazywane bezmyślnie, często krzywdzą. Nie można włożyć wszystkich do jednej szufladki. Coraz więcej podróżujemy po świecie, dzięki temu mamy okazję przekonać, ile prawdy jest w stereotypach. Nasz polski wizerunek w Niemczech będzie ulegał dalszym zmianom. Na korzyść, oczywiście! Nie mamy zatem powodów, by ich przekonywać, że nie mają racji. Muszą tylko zdjąć ciemne okulary, które, jak mi się czasem wydaje, noszą chyba na stałe, nocą i w tunelu. I wtedy wszystko jest jasne!
Es gibt kaum etwas, was die Schüler mehr anödet als die Aufforderung: Erzählen Sie mal, was Sie in den Ferien gemacht haben. Damit bringt man sie am besten zum Schweigen, wenn die Gruppendynamik gerade aus dem Ruder läuft. Oder sie rächen sich: erzählen drauf los, benutzen aber ausschließlich abgedroschene Phrasen, die sie irgendwann in ihrer Lernbiografie aufgeschnappt haben und jetzt den Lehrer damit bestrafen. Dieser kann dann zum Gegenschlag ausholen und seine Sado-Maso-Veranlagung mit dem Argument untermauern, eine Fremdsprache sei nur durch Wiederholungen zu erlernen. Wenn aber ein verschämtes Stottern die Antwort darauf ist, hat der Lehrer einen Pyrrhussieg davongetragen und muss sich nun mitquälen.
Aus der Erfahrung gesprochen? Ja, richtig erkannt! In dem Moment, als ich dachte „was für ein Teufel hat mich geritten, diese dämliche Frage als Appetizer zu stellen, und das auch noch den sprechfaulen und phantasielosen Ingenieuren?!“, kam der mitleidige Engel vorbei und zischte: „Pass auf, Ingenieure brauchen doch Werkzeuge, Instrumente, verstehst du? Gib ihnen was Greifbares, woran sie sich lang hangeln können“.
Ich ließ sie alle jeweils sechs verschiedene Substantive auf einzelnen Zetteln aufschreiben, die Zetteln gut in der Gruppe mischen und dann jeden wahllos sechs Wörter ziehen. Diese sollten in ihren Berichten unbedingt vorkommen (in Singular- oder Pluralform). Und während sie erzählten, zeichnete ich ihre ‚erzählten Strukturen‘ an die Tafel in Form eines Diagramms (sind ja Ingenieure!). Nicht gerade unwillig, nur etwas erstaunt, dass darin überhaupt Strukturen zu erkennen waren, protestierten sie dann nicht, als sie anschließend das Erzählte zu Papier bringen sollten.
Schaut Euch die Ergebnisse nach gemeinsamer Korrektur an. Wenn ich mir das angucke, könnte ich fast glauben, ich hätte mal Wladimir Kaminer höchstpersönlich unterrichtet. In diesem Sinne: Greif zur Feder, Sprachschüler!
Meine Ferien. Igor
Die Ferien. Ja… Na, was kann man schon in der vorlesungsfreien Zeit machen? Im Bett bleiben? Das war zunächst die beste Idee. Im Bett bleiben, nix machen und das Nichtstun genießen. Und nicht auf die Uhr schauen. Die Uhr am besten gleich wegschmeißen. Zumindest für ein paar Wochen.
Und dann kam langsam doch noch etwas: Ein paar Partys, drei oder vier, und am Ende noch der eigene interkulturelle Geburtstag in russisch-finnisch-litauischer Gesellschaft. Der lief echt gut. Wir wussten 5 Tage lang nicht, wie spät es eigentlich ist.
Zwischendurch kam noch so eine spontane Idee, nach Groningen zu fahren. Als kleiner Höhepunkt. Dieser war aber eher enttäuschend: Eine klitzekleine Kleinstadt mit doppelt oder vierfach so vielen Fahrrädern wie in ganz Oldenburg! Irgendwie Interessant, aber auch lästig.
Der Höhepunkt kam erst danach: Ein Ausflug nach Amsterdam! Die beste Stadt in der ganzen Region, richtig aufregend! Mhm… Amsterdam, Amsterdam… Was kann man wohl dort machen…?
Ja, wir haben zunächst das Museum von Van Gogh besucht, nicht wirklich spannend, nein. Dann gleich anschließend noch das Rembrandt-Museum. Das war Klasse! Alter Meister, richtig beeindruckend! Rembrandt KONNTE malen, kann man sagen.
Und dann kam ein spontaner Spaziergang. Und mittendrin die spontane Idee, in ein argentinisches Restaurant zu gehen. Die Kellner waren alles echte Argentinier. Wir haben uns gut und lange unterhalten. In welcher Sprache denn? Natürlich auf Russisch! Es gibt nicht Authentischeres als echte russischsprechende Argentinier in einem schicken Amsterdamer Restaurant. Das müsst ihr mir glauben.
_____________
Mein Ferienausflug. Michail
Die beste Idee für coole und gelungene Ferien ist, wenn man sie zusammen mit seinen Eltern verbringt… Mhm…
Wir starteten von zwei verschiedenen Punkten aus. Ich fuhr von Oldenburg los, meine Eltern von München.
Und wir wollten am gleichen Tag in Amsterdam ankommen und uns treffen.
Meine Eltern fuhren über D …, E …, X …. und weiß Gott noch was, dann machten sie noch eine Station in XY… und anschließend in XLL. Und was machte ich in dieser Zeit? ich fuhr gemütlich von Oldenburg los, alles mit der Ruhe. Während sie 10 Städte unterwegs sahen, hatte ich eine ruhige Tour, einfache Fahrt ohne Umsteigen – um langsam aber sicher am Ziel anzukommen.
Mhm… Was alles hier so kostet… – interessant: Eine Busfahrt… Euro, das Hering-Essen im Fischrestaurant… Euro, Museen… Euro, na ja, Brillanten in der Brillanten-Fabrik sind schon mal teurer gewesen, wenn ich mich erinnere, dann Kiffen… Euro und der sonstige Spaß auch nicht viel weniger.
Amsterdam ist echt spannend. Aber irgendwann musste ich ja wieder nach Oldenburg.
Meine Eltern aber doch nicht!! Die sind richtig auf den Geschmack gekommen. Es hat ihnen offenbar Spaß gemacht, mit mir z.B. Museen in Amsterdam zu besichtigen. Was denken Sie…?
Wenn ich mir überlege, was meine coolen Eltern anschließend allein ohne mich in Amsterdam gemacht haben, bin ich nicht ganz sicher, ob sie nur Heringe gegessen haben… Jedenfalls schweigen sie sich darüber aus, was ihnen sonst so geschmeckt hatte.
_____________
Meine Ferien. Julia
Wenn man die Ferien so dicht an der holländischen Grenze verbringt, fällt einem spontan als Reiseziel natürlich… was? Na, Amsterdam… mhm. Na klar, was sonst?
Ich fing mit dem Wichtigsten an… Ja, richtig, mit den Sehenswürdigkeiten. Eine nach der anderen habe ich alle ganz brav abgehackt. Bis ich fast alles gesehen habe, wie eine japanische Touristin.
Dann schaute ich um mich herum… Es gibt ja auch Menschen hier! Und die sind auch ein wenig anders als das, was ich mir so als „normal“ vorstelle…
Im Straßenbild sind zum Beispiel bekiffte Leute zu sehen, recht viele, jung und alt, Männer und Frauen, alles gleichberechtigt. Man geht weiter, schaut sich um und traut den eigenen Augen nicht: Jeder zweite oder jeder Dritte hat eine etwas andere Körpersprache – sehr wahrscheinlich auch eine andere sexuelle Orientierung. Diese wichtige interkulturelle Erfahrung ist für Russen schon etwas ungewöhnlich, muss ich zugeben.
Dann geht man weiter und hat einen neuen Höhepunkt: Ein Rotlichtviertel, für Frauen schon eine grenzwertige Erfahrung. Muss man aber auch gesehen haben. Oder nicht unbedingt, weiß ich nicht…
Was könnte wohl der Gipfel dieses Kulturschocks sein? Bekiffte Hunde und Katzen? Na, ja. Wir in Russland sind schon etwas konservativer.
Was Amsterdam angeht, bin ich jedenfalls sicher: ich fahre… bald wieder hin!
_____________
Meine Fahrt in die Ferien. Noemi.
Die Ferienfahrt führte mich… na wohin denn? Nach Hause natürlich. Ich wollte nach 5 Monaten in Deutschland nicht noch mehr neue Leute kennenlernen, sondern die alten Freunde wiedersehen. Das ist verständlich, oder?
Ich nahm den Wagen 1. Klasse natürlich, obwohl ich nur ein Regionalticket hatte. Und es passierte… gar nichts, die Schaffner merkten das nicht oder wollten es nicht bemerken. Erste Klasse war schön bequem und elegant. Alles ganz steril, auch der Mann mir gegenüber: schicker Anzug, blaues Hemd, vielleicht ein Banker. Er arbeitete die ganze Zeit an seinem Laptop, war sehr beschäftigt. Wir haben nur ein paar Worte auf Englisch gewechselt. In Osnabrück sagten wir uns nur kurz Tschüss und das war es. Ich wollte ja auch niemanden kennenlernen…
Beim Bustransfer zum Flughafen sah ich den Mann wieder. Aber er schien mich nicht zu bemerken, war sehr in Eile. Nach 2 Stunden Wartezeit auf dem Flughafen ging es weiter. Als ich in der Maschine saß, setzte sich plötzlich ein nervöser Mann neben mich. Dreimal dürfen Sie raten, wer das war: Natürlich der Geschäftsmann aus dem Zug. Na, jetzt hat auch er mich bemerkt – nicht sofort aber, erst vielleicht auf halber Strecke.
Er blieb weiterhin so distanziert. In Klausenburg, wo wir ausstiegen, sagten wir auch nur kurzes Tschüss. Na, ja, ist klar, ich wollte ja niemanden kennenlernen…
Irgendwann, nach der langen Heimreise, bin ich wirklich heimgekommen. Gleich in den nächsten Tagen verabredete ich mich mit meiner besten Freundin in einem Restaurant. Sie wollte mit ihrem neuen Freund kommen. Den kannte ich noch nicht, denn ich war lange in Deutschland.
Als die beiden kamen, musste ich innerlich lachen. Der unbekannte Freund meiner Freundin war… mir mittlerweile ein bisschen bekannt… Jedenfalls könnte ich genauestens sagen, wie seine Heimreise war und was er unterwegs gemacht hatte. Eine kleine Welt, oder?
Czego to ludzie nie obchodzą… 25 listopada, po raz jedenasty, świętujemy Światowy Dzień Pluszowego Misia. Nie zdziwiłbym się, gdyby z tej okazji berliński ratusz wyszorował wszystkie miejskie godła, telewizja polska przypomniała po raz kolejny klasyczny obraz Stanisława Barei, a na Krupówkach zaroiło się od białych niedźwiedzi. Na pewno jednak jubileuszowo zarobią sklepy z pluszakami, od Nowego Jorku przez Krym i Rzym, aż do Wąchocka.
Kto naprawdę wymyślił tę miłą przytulankę, do końca nie wiadomo. Niemcy, choć pewnie nie wszyscy, daliby się pokrajać za to, że jej prototyp powstał w firmie Steiff z Giengen an der Brenz w Szwabii, założonej pod koniec XIX w. przez kaleką szwaczkę Margaretę Steiff, w celu chałupniczej produkcji konfekcji i artykułów domowego użytku z filcu. Kiedy okazało się, że filcowe słoniki, szyte z myślą o domowych krawcowych, jako ozdobne poduszki na szpilki i igły, mają duże wzięcie wśród dzieci, w postaci zabawek, asortyment się powiększył. W witrynie przyfabrycznego sklepu pojawiły się psy, koty, małpki, konie, wielbłądy i różowe świnki, wykonane z miękkiego materiału, ale miś dołączył do tego towarzystwa dopiero w 1902 roku. Za sprawą bratanka pani Steiff, Richarda, który w rodzinnej firmie zajmował się rozkręcaniem interesu i wynalazczością, a przy tym był uzdolnionym i wykształconym rysownikiem; często bywał w stuttgarckim zoo i rysował niedźwiedzie, z czego pewnego dnia powstał projekt pluszowego misia z ruchomymi łapkami i dającą się obracać głową. Ciotce ogromnie się ten projekt spodobał, ale na targach w Lipsku przyjęty został z rezerwą. Rzekomo dopiero ostatniego dnia pojawił się przedstawiciel anonimowej firmy amerykańskiej i zauroczony pluszakiem, zamówił od razu trzy tysiące sztuk.
Na zdjęciu replika oryginalnego misia pani Steiff z Muzeum w Giengen an der Brenz.Do dziś misie tej firmy są ręcznie szyte.
W ten sposób firma Steiff weszła na rynek pluszowych misiów, z całą pewnością jako jedna z pierwszych i dobrze prosperuje w zabawkarskiej branży do dziś. Czy to jednak rzeczywiście Richard wynalazł tę zabawkę? Zaufanie klientów do firmy podważyła historia, którą rodzina Steiff próbowała uzasadnić stosowanie nazwy „Teddy“. Według niej misie Steiff stanowiły oprawę weselnego stołu, w czasie zaślubin córki dwudziestego szóstego prezydenta USA, Alice Roosvelt z Nicholasem Longworthem, w roku 1906. Kiedy prezydent Theodore Roosvelt – dla bliskich i ludu Teddy – zapytał, co to za gatunek, dowiedział się, że jest to „nowy gatunek, zwany Teddy Bear“. Rodzina prezydenta zaprzeczyła jednak kategorycznie, jakoby w czasie przyjęcia weselnego użyte zostały jakiekolwiek produkty firmy Steiff. W ten sposób prawdopodobniej brzmi druga wersja, podająca, że pluszowy miś urodził się w nowojorskim Brooklynie, dokładnie w tym samym 1902 roku.
Jesienią 1902 roku prezydent Roosvelt odwiedził stan Missisipi, interweniując w sporze granicznym z Luizjaną. Aby urozmaicić mu pobyt, zorganizowano polowanie na niedźwiedzie, w trakcie którego jeden z myśliwych schwytał małego misia. Oczywiście Roosvelt ułaskawił malucha i 18 listopada 1902 na łamach „Washington Evening Star“ ukazał się satyryczny rysunek Clifforda Berrymana, przedstawiający prezydenta, który odmawia oddania strzału do schwytanego niedźwiadka.
Można się domyślać, że rysunek przysporzył prezydentowi sympatii czytelników. Wśród osób wzruszonych przedstawioną sceną znalazł się rosyjski imigrant Morris Mitchom, właściciel małego sklepiku ze słodyczami na Brooklynie, w którym sprzedawano także zabawki, wykonywane własnoręcznie przez sklepikarza i jego żonę Rose. Jak na przedstawiciela mądrej, żydowskiej rasy przystało, pan Mitchom natychmiast wywąchał w misiu miodowy interes i odtworzył zwierzaka z rysunku w trzech wymiarach. Tak przynajmniej wspominał później jego syn Beniamin. Prototyp zabawki, wycięty z brązowego pluszu, umieszczony został w witrynie sklepu, obok gazetowego rysunku, z etykietą Teddy Bear. Przedsiębiorczy handlowiec zdobył się bowiem na odwagę i napisał do Białego Domu list z zapytaniem, czy pan prezydent nie będzie miał nic przeciw, jeżeli on użyje jego imienia w promocji swojej nowej zabawki. Pozwolenie, napisane własnoręcznie przez prezydenta brzmiało następująco: Nie sądzę, żeby moje imię było wiele warte w tym niedźwiedzim interesie, ale proszę bardzo, może go pan używać.
Gdyby ten dokument udało się ujawnić, Morris Mitchom byłby niewątpliwym autorem tej może najpopularniejszej zabawki na świecie. Posiadał go rzekomo jego najstarszy syn Joseph, który zmarł w 1951 roku, ale wśród pozostawionych rzeczy nie znaleziono prezydenckiego listu. Na pluszowym misiu rodzina Mitchom zbudowała jednak pokaźny majątek, od 1903 do 1938 roku interes rozwijał się pod nazwą Novelity and Toy Company. Obecnie, jako Toy Co, firma jest największym producentem lalek na świecie. Jednym słowem Theodore Roosvelt nie docenił wagi swojego imienia, a może była to tylko dyplomatyczna kokieteria? Mawiano w jego czasie żartobliwie, że Teddy Bear w zamian za uratowanie życia, pomógł prezydentowi w reelekcji (w 1904 roku). Business is business. Popularność zabawki rosła w Ameryce w lawinowym tempie, w 1906 roku gazeta handlowa „Playthings“ donosiła o nowym szaleństwie – używaniu pluszowych misiów jako maskotek samochodowych. Stały się przedmiotem tak żarliwego kultu, że pewien duchowny z Michigan ogłosił misia Teddy zagrożeniem dla instynktu macierzyńskiego, które może doprowadzić do naturalnego samounicestwienia narodu.
Na zdjęciu angielski miś firmy Farnell z 1911 roku.
Na szczęście ta katastroficzna wizja nie sprawdziła się. Pluszak-przytulanka podbił serca dzieci i dorosłych na całym świecie, jak najbardziej pokojowo, wszedł na stałe do literatury, na sceny i ekrany. Najsłynniejszym jego przedstawicielem jest pewnie „miś o bardzo małym rozumku” czyli Kubuś Puchatek A.A. Milne, ale dalej paradują nie mniej sympatyczni Miś Colargol, miś Yogi z Parku Yellowstone, Miś Padddington czy chociażby nasz rodzimy Miś Uszatek. Wszystkim miłym solenizantom, gdziekolwiek by się na świecie nie znajdowali, zarówno tym wypielęgnowanym i zajmującym poczesne miejsca w ludzkich domach, jak i tym wyprzytulanym do granic możliwości, z naderwanymi uszami i kończynami, co leżą gdzieś zakurzone na pawlaczach, ale przecież nie na śmietniku, składam najserdeczniejsze życzenia, z okazji ich 111 urodzin!
Rodzinne misie administratorki blogu (wybór)
* W tekście wykorzystałem dane z internetowego Leksykonu Co? i Kiedy? „Po raz pierwszy“ Z.M.
Muzyka Piotr Moss, słowa Jan Kochanowski, śpiewa Marcel Novek, a towarzyszy mu Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Wojciecha Borkowskiego.
Utwór pochodzi z kasety “Pieśni Jana z Czarnolasu”, wydanej przez Rogot w ilości 400 sztuk.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Marcel Novek. Znałam go od dzieciństwa, był zaprzyjaźniony z nami wszystkimi, z Mamą, z Tatą, z Marią Hiszpańską czyli Myszą. Mieszkał w Warszawie, ale często przyjeżdżał do Gdańska.
Dlaczego mi się przypomniał właśnie dziś? Sięgam do internetu. Znajduję dobry tekst o Marcelu, który tu za chwilę opublikuję, bo uczony, a ja bym mogła napisać tylko plotki. Na przykład: jemy obiad, zrobiłam pieczeń wołową z jabłkami. Teraz to żadna sztuka wiedzieć, że można zrobić pieczeń z jabłkami. Wtedy trzeba było wszystko samemu (samej) wymyślić. Smaczna, mówi Marcel. Bo ja jestem dobrą kucharką, żartuję. Nie jesteś kucharką, odparowuje Marcel, kucharka jest wykształcona, ty jesteś co najwyżej kuchtą. Dziś to śmieszne, ale ja miałam 17 lat, nie byłam wykształcona w nijakiej mierze…
Siedzimy w kuchni (znowu ta kuchnia) przy niedzielnym śniadaniu. Wchodzi Jurek, przyjaciel Ojca, trzymając w dwóch palach wyciągniętej na całą długość ręki czarny obwisły sweter. Co to? pyta ktoś. Chandra Marcela, odpowiada Jurek.
W prymitywnym życiu PRL Marcel Novek często zmieniał się w Marcelego Nowaka, a nawet Marcelego Nowotkę. Może dlatego mi się przypomniał, bo za kilka dni, 28 listopada, jest rocznica śmierci Nowotki, zastrzelonego w niewyjaśnionych okolicznościach na ulicy Warszawy w 1942 roku. Nowotko był komunistycznym działaczem i prowokatorem, niewykluczone, że zastrzeliła go AK, ale równie możliwe jest, że zastrzelił go jego własny towarzysz, inny agent komunistyczny, jeden z braci Mołojców, może zresztą obaj. Wikipedia pisze, że w okresie PRL-u jego imieniem nazwano wiele szkół, zakładów pracy, ulic i innych obiektów. W wielu miejscowościach odsłonięto tablice i pomniki poświęcone jego pamięci. Marceli Nowotko spoczywa w Alei Zasłużonych na Powązkach.
Sam Marcel twierdził, że wywodzi się z belgijskiej rodziny książąt de Brugge. Kalendarz historyczny podaje, że urodził się 4 września 1932 roku w Belgii. Od 1946 roku mieszka w Polsce. Aktor, piosenkarz. Podobno grał Francuza w serialu “Czterej pancerni i pies”, ale dałabym głowę, że w domu nigdy nie było o tym mowy.
Jagoda Opalińska zatytułowała swój tekst o Marcelu “Ten niepowtarzalny Marcel Novek”
Poniedziałek, 02 kwietnia 2007 09:24
Nadal śpiewa poezję. Nie tylko pięknie, ale i mądrze. Z ogromną świadomością materii wiersza. Gdy słuchaliśmy (pełna sala) jego ostatniego koncertu, potwierdził, iż czas go „nie ima” a fakt 50-lecia pracy należy do wirtualnej rzeczywistości. Marcel Novek. Polak z belgijskim rodowodem. Prawdziwej miary bard, który w tak szczególny i tak bardzo własny sposób oprowadza słuchacza po drogach Villona, Kochanowskiego, Broniewskiego, Iwaszkiewicza, Grochowiaka. Lista śpiewanych autorów jest oczywiście znacznie dłuższa, że wymienię dla przykładu recitale: Polska poezja w języku francuskim, Wmurowani w pejzaż szubienic (Baczyński, Gajcy), Medytacje (wiersze Karola Wojtyły).
Novek już dawno przyzwyczaił widownię do trzech podstawowych artystycznych racji. Po pierwsze racja wiersza, po drugie racja materii muzycznej i po trzecie racja wykonawcy. Wybór tekstu nigdy nie był dla artysty kwestią przypadku, mody, okolicznościowej aury. Marcel, jako wielki smakosz literatury, nie ukrywa swoich fascynacji i biograficznych tropów. Formując repertuar, stara się dotrzeć do możliwie pełnego wizerunku poety.
Natomiast w procesie opracowywania tworzywa muzycznego istotny kierunek wyznaczyła wieloletnia przyjaźń z Januszem Tylmanem, m.in. autorem przejmującej muzyki do Medytacji. I zawsze – a oprócz Tylmana wśród kompozytorów Novekowych śpiewań jest cały szereg głośnych nazwisk m.in. Joanna Bruzdowicz, Piotr Moss, Wojciech Borkowski, Krzysztof Knitel, Wojciech Trzciński, Alina Piechowska – ostateczny projekt tworzył autonomiczną przestrzeń współbrzmienia dźwięku z symboliką słowa poetyckiego.
Wreszcie końcowy warunek, czyli racja wykonawcy. Piękna barwa głosu, niekiedy z odcieniem chropowatym, czasem ciepłym, precyzyjny gest, oszczędna, wprowadzana niby mimochodem gestyka. Szacunek dla kształtu wiersza, wyzwanie dla przekazu śpiewem. Rozplanowana w każdym szczególe, spójna wokalno-muzyczna projekcja tekstu.
Śpiewając poezję, Marcel Novek cały czas śpiewa o poetach zatrzymanych w ułamkach wiersza. Nie boi się liryzmu. Nie ucieka od buntu, Jest w tym wszystkim autentyczny. Bez cienia minoderii. Wzrusza, przyciąga, zachwyca i… odchodzi. Wciąż wspaniale obecny na recitalach i wciąż nieobecny w mediach. Tak też było przy okazji wieczoru w Bibliotece Narodowej. Artyście wspaniale towarzyszyli Kwartet Wilanów, Marcelina Sankowska i Janusz Tylman. Novek śpiewał po francusku wprowadzając barierę języka w krąg poetyckich symboli. Symboli odkrywanych fraza po frazie i dodatkowo otoczonych tajemnicą przekładu.
Marcel Novek – mistrz śpiewanego wiersza, bard niepowtarzalny…
*** Pieśń VII
Trudna rada w tej mierze: przyjdzie się rozjechać,
A przez ten czas wesela i lutnie zaniechać.
Wszystka moja dobra myśl z tobą precz odchodzi,
A z tego mię więzienia nikt nie wyswobodzi,
Dokąd cię zaś nie ujźrzę, pani wszech piękniejsza,
Co ich kolwiek przyniosła chwila teraźniejsza.
Już mi z myśli wypadły te obecne twarzy,
Twoje nadobne lice jest podobne zarzy,
Która nad wielkiem morzem rano się czerwieni,
A z nienagła ciemności nocne w światłość mieni;
Przed nią gwiazdy drobniejsze po jednej znikają
I tak już przyszłej nocy nieznacznie czekają.
Takaś ty oczu moich, szczęśliwa to droga,
Po której chodzić będzie tak udatna noga;
Zajźrzę wam, gęste lasy i wysokie skały,
Że przed mną będziecie taką rozkosz miały:
Usłyszycie wdzięczny głos i przyjemne słowa,
Po których sobie tęskni moja biedna głowa.
Lubeż moje wesele, lubeż me biesiady!
Mnie podobno już próżno szukać inszej rady,
Jeno smutnego serca podpierać nadzieją;
W nadzieję ludzie orzą i w nadzieję sieją.
A ty tak srogą nie bądź ani mię tym karzy,
Bych długo nie widzieć miał twojej pięknej twarzy!
W starych papierach większość stanowi korespondencja urzędowa. Nie trafiłam jeszcze na notatki, zapiski, szkice nawet są rzadkie, choć przecież Mama rysowała zawsze i wszędzie. Jest dużo wycinków z gazet, „Trybuna Ludu”, „Głos Wybrzeża”, znalazłam nawet ten tak poszukiwany przedtem biuletyn „Między innymi” z tłumaczeniami wierszy Alfonsiny Storni. Mama wysłała do redakcji 12 wierszy, opublikowano tylko 11, nie starczyło miejsca na pierwszy wiersz w nadesłanym zestawie – „Chcesz, bym była biała”. Redakcja nie zastosowała się też do prośby o „zachowanie kolejności chronologicznej”, wiersze są przemieszane: starsze i młodsze na przemian. Notka wprowadzająca nie jest podpisana, wygląda to tak, jakby przywołanie nieznanej poetki i przybliżenie jej czytelnikowi było zasługą redakcji, nazwisko tłumacza bladą kursywą na dole ostatniej strony, niemal nie zauważalne.
To oczywiście był, a po części nadal jest, problem, z jakim musiał się borykać niemal każdy tłumacz.
W korespondencji Mamy zachowało się sporo listów do różnych redakcji z informacją, że to ONA jest tłumaczką, że to ONA napisała komentarze, wyjaśnienia, przypisy, notki… Odkryty i tłumaczony przez nią poeta był przekazywany publiczności jako Gesamtkunstwerk, Mama łączyła w takiej prezentacji oryginalny tekst poetycki i tłumaczenie, słowo pisane i mówione, muzykę, pracę graficzną, komentarz naukowy, gawędę, rozmowę z odbiorcą. Lubiła spotkania autorskie, wywiady, nagrania radiowe, wystawy, książki, czasopisma.
Każda metoda i każdy środek przekazu były dobre, bo służyły upowszechnianiu dzieła poety. „Jej” poeci byli na stałe obecni w jej życiu, a przez to oczywiście i w naszym.
W masie papierów urzędowych, „papierzysk” powiedzieliby rodzice, pojawia się ni stąd ni z owąd pocztówka wielkanocna z Rzymu. Mama lubiła pocztówki – w tych szarych czasach wszyscy lubiliśmy pocztówki, zwłaszcza te z zagranicy, bo były kolorowe – nigdy ich nie wyrzucała, odziedziczyłam po niej ogromne pudło kartek i obrazków, ale zbierała je osobno, tu, w urzędowych teczkach zawieruszyła się tylko jedna pocztówka – duże, błyszczące czerwone wielkanocne jajko.
Wśród podań o stypendia, zawiadomień o terminie zebrań i formularzy paszportowych pojawia się czasem korespondencja osobista. Na przykład odręczny list na odwrocie spiętego spinaczem maszynopisu.
Warszawa, 5.I.64
Wielce Miła Pani Ireno!
Zgodnie z naszym porozumieniem przysyłam Pani drzeworyty oraz moje wypociny. Pragnąłbym, aby ta moja pisanina znalazła uznanie w Pani oczach, jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że ktoś inny mógłby to uczynić lepiej. Jeżeli mimo, tych moich obiekcji, wydawać się Pani będzie, że artykuł nie jest taki zły i trafnie oddaje ducha Pani twórczości, poczytam to sobie za zaszczyt. Mile wspominając możność poznania Pani, tuszę że na tym nie zakończą się nasze kontakty towarzyskie. Przesyłam przy okazji serdeczne życzenia pomyślnego Nowego Roku, dla Pani i całej rodziny, szczególnie życząc Pani sukcesów drzeworytniczych.
Zawijas, ale z maszynopisu odczytuję imię i nazwisko: Sławomir Bołdok
O dziwo, gdzieś w papierach odnajduję maszynopis, kopię oczywiście, listu, jaki Mama napisała do pana Bołdoka. Takich sytuacji w tych poszukiwaniach raczej nie ma, bo prędzej to, co powinno być razem, rozpadło się i część zniknęła, niż na odwrót, ale rzeczywiście mam list i to długi, półtorej strony maszynopisu. Podobnie jak w liście powyżej styl, ortografia i interpunkcja są zgodne z oryginałem.
Bardzo miły Panie Sławku. Otrzymałam dzisiaj Pański artykuł, oraz grafikę w dobrym stanie, co – znając zdolności naszej poczty – należy specjalnie podkreślić. Cieszę się że pomimo wielu godzin gadania ze mną, był Pan w stanie spłodzić ten artykuł – pamiętam że wsadzając mnie do autobusu uskarżał się Pan na zamęt jaki udało mi się wprowadzić do Pana koncepcji literackich na mój temat. Ja zresztą od razu liczyłam na odporność zdrowego organizmu – widać było że chłop mocny i jakoś wyżyje. Mówiąc poważnie – to bardzo dobrze napisana rzecz. Poprawki jeśli na nie nie jest za późno, widziałabym 3 (trzy) i to raczej w detalach. Zalet – parę tuzinów. Żeby mieć to z głowy zacznę od poprawek. 1) Sprawa chronologii : (str.3) – cykl „Romancero cygańskie” (r. 1961) jest wcześniejszy od „Okupacji” (1962), której pierwsza praca – „Transport do Birkenau” – jeszcze korzeniami siedzi w Hiszpanii swego poprzednika. To widać i formalnie, w kolejnym procesie przechodzenia z konturu w plamę. 2) Str.1 u dołu. Zwrot „… w cieniu gwiazd pierwszej wielkości” wraz kontekstem. Może wolałabym tego nie widzieć w takiej formie. Sprawa gwiazd pierwszej wielkości, a również i trwałości, rozstrzyga się definitywnie raczej pośmiertnie. Żeby to już teraz wiedzieć na pewno jesteśmy chyba za młodzi, i Pan i ja. W kreowaniu gwiazd niewątpliwie działa szereg czynników pozaartystycznych – od szczęścia i utrafienia w aktualne potrzeby chwili ,do mody, szansy, reklamy, czy poparcia. Przypuszczalnie też uniknęłabym w poprzednich latach szeregu kłopotów typu finansowo-administracyjnego, gdybym zgodziła się na miejsce w cieniu, albo wyraźniej : na rolę cienia – satelity. Pan przecież wie, że to nie moja rola. 3) Str. 3 w połowie. Zwrot „… przeżyciami innych ludzi”. Może lepiej „przeżyciami ludzkimi”, czy „przeżyciami człowieka” ? To są transpozycje albo własnych uczuć, albo spraw, które obeszły mnie do tego stopnia, że przestały być cudze. Reszta uwag to same plusy. Podoba mi się podkreślenie subiektywizmu tej sztuki, opis szukania emocjonalnego wyrazu bez stawiania znaku równości z ekspresjonizmem. Wzruszył mnie opis poszukiwań twórczych będących przygodą i przeżyciem . Naprawdę z wyczuciem napisał x Pan o drewnie, okazując mu w Swojej twórczości t.zn. w słowie niemniej szacunku i zrozumienia, niż ja w realnym cięciu drzeworytu. Wreszcie cieszę się ,że nie próbuje mnie Pan na siłę zaliczyć do jakiejś szkoły czy grupy – jako typowy „kot, który chodzi własnymi drogami” podzielam całkowicie to zdanie. A pozatem ubawi Pana zapewne wiadomość, że dopiero z Pańskiego artykułu dowiedziałam się szeregu ciekawych uwag o zasadach i rozwoju moich kompozycji. xxxx Istotnie „podróże kształcą” – choćby tylko na parę dni do Warszawy. Cieszę się więc z tego artykułu i będę z niecierpliwością xxxx oczekiwać jego ukazania się w druku. Cieszę się też, że dał nam on „prawo alibo pozór” do zawarcia tej, chyba obustronnie interesującej, znajomości. Wieczór przegadany z Panem w każdym razie był jednym z przyjemniejszych momentów w dość męczącym, zaganianym i bardzo mroźnym pobycie w stolicy. Gdyby Pan kiedyś miał nadmiar dobrej woli oraz wolnego czasu, proszę do mnie parę słów napisać. Zazwyczaj odpisuję. Proszę o wybaczenie urzędowo- maszynopisowego rodzaju listu. Od tylu lat używam pióra i ołówka do różnych niegodziwych xx celów, że wyrób czytelnych i rozpoznawalnych liter sprawia mi poważne trudności.
Łączę dużo serdecznych pozdrowień oraz życzeń na pozostałe 350 dni jeszcze prawie Nowego Roku
Podpis – czytelny, ale może to tylko mi się tak wydaje.
I na dole stroniczki: Wrzeszcz, 16 stycznia 1964
Nie wiem, jak to było możliwe, że Mama dała komuś grafikę?! Zostawiła ją u niego?! W Warszawie?! A sama wróciła do Gdańska? I on ją odesłał w dobrym stanie i od razu! W głowie się nie mieści. Nie pamiętam, by Mama pożyczyła komuś grafikę. Nie pamiętam, niemożliwe, nigdy nie dawała, nie pożyczała…
I w ogóle, jak to się stało, że ją przy sobie miała?! W Warszawie, na mieście, bo spotkali się chyba u niego w domu. Znamienne musiało to być spotkanie.
Była zimą w Warszawie, być może w okolicy Bożego Narodzenia. Czy my też tam byliśmy, Tata i my dwie? Czasem jeździliśmy wszyscy na święta do Warszawy. Pamiętam jeden taki wyjazd, ale wtedy żyła jeszcze moja cioteczna Babka Karusia, która zresztą wtedy na te zapamiętane święta nie przyjechała, dlatego dobrze mogę wyznaczyć czas tamtych świąt – przed 1963 rokiem, bo Karusia umarła mniej więcej w tym samym czasie, co Kennedy, a rocznica śmierci Kennedy’ego była wczoraj.
Postanawiam poszukać pana Bołdoka. Znajduję go w spisie wykładowców Uniwersytetu im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, w Instytucie Historii Sztuki. Imię i nazwisko się zgadzają, Warszawa, historia sztuki. W internetowym życiorysie nie ma daty urodzenia, ale to musi być on. Od roku 1953 czynny zawodowo, a więc starszy już pan. Ale, gdy się spotkali, był koło trzydziestki. Czarujący młody człowiek, jestem tego pewna! Na stronie nie ma maila, nie ma telefonu. Jasne. Telefonuję, a potem wysyłam maila do sekretariatu.
Pan Sławomir odzywa się już nazajutrz. Bombarduję go pytaniami. Ale już z maila wiem, że był to artykuł napisany na zlecenie redakcji “Przeglądu Artystycznego”. W następnym mailu pan Sławomir podaje nr czasopisma – 3 ( 19 ) z 1964 r. str. 43 – 45, przysyła skany i odpowiada na niektóre z moich pytań. Grafika Mamy była na wystawie. “W galerii nie było fotografii prac a ponieważ obojgu zależało nam na zdjęciach do numeru P.A. otrzmałem od p.Ireny kilka prac po zamknięciu ekspozycji dla sfotografowania w redakcji, pod warunkiem, że zadbam o ich odesłanie. Z czego jak Pani widzi wywiązałem się.”
Widzę! Komunikacja internetowo-mailowa jest boska! Ale szperanie w papierach też.
W tekście szkice Mamy znalezione wśród dokumentów urzędowych, jej list do Sławomira Bołdoka oraz skany artykułu w Przeglądzie Artystycznym.
W przyszłym tygodniu w sobotę – Kobiety nad morzem
I jeszcze porada kulturalna na ostatnią chwilę. Dziś w Galerii 3778 na ulicy Mazowieckiej 11a w Warszawie kończy się wspaniała wystawa Katarzyny Słowińskiej-Kucz “Oni także byli dziećmi” – kto może, niech czym prędzej biegnie ją obejrzeć, a jak nie zdąży, to niech szuka wszędzie i może gdzieś znajdzie, tak jak i ja to będę czynić. Amen.
Od kiedy dla Polaków świat się otworzył, wyjeżdżamy za granicę nie tylko w poszukiwaniu pracy czy osiedlenia się, lecz – coraz częściej – w celach turystycznych i to jest fajne, bo przez to nasz wizerunek się zmienia, ku zaskoczeniu np. hotelarzy. Rezerwujemy noclegi, wykupujemy Visit Cards, jadamy w restauracjach i mało kto, jak to bywało w przeszłości, chodzi z kanapkami w torbie czy nocuje u znajomych. Właściwie, to długo zastanawiałam się, czy opisać przypadek wizyty dwóch Rodaków w stolicy europejskiej. Niby to żadna rewelacja, ale jednak, podpatrując rzeczywistość, nie sposób przemilczeć… ale o tym za chwilę. W każdym razie Rodacy z wizytą w Berlinie… Otóż, znajomi migranci z Polski od 30 lat zamieszkali w pewnej metropolii europejskiej, biznesmeni, jak powiadają: własna działalność gospodarcza, wysokie dochody, podróże po świecie, super auta. Przyjechali na cztery dni do Berlina z planem zwiedzania muzeów na Museum Insel, Nikolai Viertel, Reichstagu, Checkpoint Charlie, Muzeum Stasi, Muru, Holokaustu, Jüdisches Museum, Topografia Terroru i…i…i…
Spotkaliśmy sie w hotelu pięciogwiazdkowym. Miałam im dostarczyć informacji, jakiej potrzebowali. Pokój dwuosobowy, eleganckie umeblowanie, w hotelu wszelkie wygody, sauna, jaccuzi, siłownia etc. Rozglądam się po pokoju i ze zdziwieniem odnotowuję leżące na stole góry jedzenia – kanapki, owoce, jogurty, ciasteczka. Początkowo myślałam, że przywieźli ze sobą, ale nie, panowie z radosną miną opowiadają, jak pakowali te pyszności w jadalni hotelowej, jak personel ciągle musiał uzupełniać znikające pieczywo, wędliny, owoce. Z zadowoleniem chwalą się, ile wynieśli i że wystarczy im tego na cały dzień. Nawet chcieli częstować. Ach, pomyślałam, czepiasz się, Krysiu, to na pewno jednorazowy precedens, tylko dzisiaj, bo dzień się zapowiada intensywny. Ale… następnego dnia znowu zobaczyłam pełną reklamówkę jedzenia i usłyszałam rewelacje, jak obserwowały ich kelnerki, zachęcające do najedzenia się do syta, proponujące kiełbaski, jajecznicę… Zapewne miała to być sugestia, żeby najeść się do syta na miejscu, a nie wynosić. Teraz już mi mina zrzedła na dobre. A panowie z oferty kelnerki nie dość, że skorzystali, to i tak „udało” się pozabierać kilka jaj, jogurtów i kanapek na przysłowiowe zaś. Jednym słowem przez trzy dni nasi turyści brali na wynos, ile się dało i co się dało.
No cóż, my Polacy mieszkający w Niemczech, dbamy o pozytywny wizerunek, zależy nam, by mówiono o nas dobrze. Staramy się dostosować do norm prawnych, obyczajów, zasad ogólnie przyjętych. Panowie odjechali do swoich domów pozostawiając, mniemam, w tym hotelu nieciekawe wspomnienie. Nie zdziwmy się zatem, kiedy w jednym z berlińskich hoteli nad polskim gościem będzie czuwała kelnerka patrząc mu na ręce. Nie dziwmy się….