Od świętej Łucji…

Wpisem Juliczki o świętej Łucji zaczynamy świąteczny czas na blogu. Nie wiem, na jak długo starczy nam sił, żeby świętować (choć znajdą się tu i poważne wpisy), ale na razie zaczynamy. Jak nam dobrze pójdzie, to może przeciągniemy świąteczny czas aż do Trzech Króli! Juliczka pisze, że od świętej Łucji do Wigilii (a ja dodam, że i/lub od I święta Bożego Narodzenia do wigilii Trzech Króli) w całej Europie ludzie bacznie obserwowali pogodę i nadzwyczajne zdarzenia zachodzące w świecie, wnioskując z nich o powodzeniu lub nieszczęściu, jakie będzie ich udziałem w nadchodzącym nowym roku. Oczywiście zawsze mieli nadzieję, że w kraju będzie panował pokój, a im samym będzie się wiodło szczęśliwie. Tego nam życzę!

Juliczka

ŚWIĘTO ŚWIATŁA 

I.

Jest oto północ roku i północ dnia świętej
Łucji, o twarzy ledwie siedm godzin widocznej;
Słońce już zgasło, na kopule mrocznej
iskrzą się tylko gwiazd zimne diamenty

~John Donne “Nokturn na Świętą Łucję, najkrótszy dzień w roku”.

Tłum. Stanisław Barańczak

II.

Bliżej nam do Halloween zza ocaenu niż do Święta Światła przez Bałtyk. Szkoda. Orszak świętej Łucji jest daleko ładniejszy od straszydeł biegających po ulicach i pukających do drzwi: “cukierek albo psikus”.

Kult świętej Łucji wywodzi się z jej rodzinnych Włoch, do Szwecji dotarł z Niemiec. Święta Łucja, która nie chcąc porzucić swojej wiary pozbawiła się oczu, stała się patronką dnia, uchodzącego za najkrótszy dzień w roku. Wspomaga też ludzi niewidomych. W starych ludowych wierzeniach, w Polsce zachowanych jedynie w opowieściach, jest to okres szczególny. To pora “umierania” słońca, groźny i magiczny czas.

Czas czarownic, przed którymi Święta Łucja miała bronić domostwa. Modlono się do niej, a na progach chat i obór rozkładano odpowiednie zioła. Na drzwiach stajni kreślono krzyż święconą kredą. Wypowiadano magiczne zaklęcia, a ich znajomość była równie ważna jak sekrety siania i orania. Wierzono, że od 13 grudnia na wschodzie przestaje ubywać dnia, a tylko na zachodzie skraca się on jeszcze do 21 grudnia, zatem kultowy dzień był porą graniczną sprzyjającą czarom i mocom nieczystym. Dlatego okadzano tego dnia dom i obejście, pieczono placki z zielem, które podawano zwierzętom, aby czarownice podczas długiej nocy nie mogły wyrządzać szkód.

Na tej Hałeczkowej zielonej ulice
Wiliją Świętej Łucji jadą czarownice…

tak opowiada piosenka góralska o zlocie czarownic w Hałeczkowej.

Każdy gospodarz czuwał tej nocy i pilnował swojego domostwa. Wydaje się wątpliwe, czy jeszcze ktoś o tym pamięta, czy zna zaklęcia równie dobrze, jak tajniki uprawy roli.

III.

Santa Lucia - Sharon Furner s15Inaczej w Szwecji, gdzie nadal obchodzi się Święto Światła, i to hucznie. Kiedyś powodem był rozpoczynający się ścisły post, obecnie, gdy i tak Szwedzi nie objadają się, pozostała tradycja. Tego dnia odbywają się pochody dzieci w białych strojach, przewodzi im długowłosa blondynka, zwyciężczyni konkursu “na Łucję” ogłaszanego przez lokalne media. Łucji w płonącym wianku na głowie towarzyszą druhny, chłopcy w szpiczastych czapkach i jeźdzy na koniach. Pochód odwiedza między innymi szpitale i domy opieki, zacne to działanie. Stanowi doskonałą lekcję dla dzieci, że ludzie starzy i chorzy są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa i pod żadnym pozorem nie należy o nich zapominać. Ani na co dzień, ani od święta.

W szkołach, miejscach pracy, pubach częstuje się gości kawą i pszennymi bułeczkami z szafranem. W domach dzień zaczyna przed świtem śniadaniem i intonuje się pieśń
Santa Lucia.

IV.

ATC13 24Najlepiej nastrój świątecznego dnia oddaje fragment książki “Zwierzenia Britt-Mari” Astrid Lindgren:

Kochana Kajso!

/…/

Czy i w tym roku nie wybrano Cię na sztokholmską Łucję? Sądząc z fotografii, jaką mi przysłałaś, jsteś akurat tak miła i czarująca, jak można by tego wymagać od królowej światła.  Nie stawałaś do konkursu, powiadasz? W takim razie sama jesteś sobie winna, że to nie Ty wczoraj wieczorem jechałaś przez miasto w pięknym diademie i w białym futrze z królika.

W domu obchodziliśmy dzień Łucji bardzo sumiennie. Łucją była Alida, ubrana w swoją najlepszą białą koszulę z haftami. Prawdę mówiąc, wyobrażałam sobie zawsze Łucję bardziej wiotką, przynajmniej że nie powinna ważyć (napisałam: marzyć, freudowska pomyłka) ponad dziewięćdziesiąt kilo, ale może było to mylne wyobrażenie, którego powinnam się wyzbyć. W każdym razie bardzo było miło, kiedy obudziły mnie rano głębokie, choć nieco fałszywe dźwięki głosu Alidy, gdy huknęła: “Santa Lucia, świetlane zjawisko!” z taką siłą, że zdawało się, że sufit uniesie się w górę, i gdy potem podała mi do łóżka kawę, świeże bułeczki szafranowe i pierniczki. W ślad za Alidą, całkowicie w cieniu jej bujnych kształtów, dreptał jako paź Jerker, w papierowym kapeluszu  w kształcie głowy cukru. Przyznać trzeba, że równie szczerbatego pazia nikt chyba nigdy nie widział, przynajmniej na naszej półkuli. Znowu wypadły mu dwa zęby, odkąd widziałam go ostatnio. Nie wiedziałam, że dzieciom może wypaść tyle zębów naraz.

Szybko wypiłam kawę i poszłam za Alidą do sypialni, bo bardzo byłam ciekawa miny Moniki, gdy zobaczy Łucję. Sądziłam, że będzie zdumiona, jak gdyby spadła z księżyca, ale wyobraź sobie, że nie! Usiadła na łóżku, spojrzała badawczo na Alidę i powiedziała z największym spokojem:

– Masz świecę we włosach!

I to było wszystko.

Gdy Alida przebrnęła przez “Santa Lucię” mniej więcej pięć razy, wszystkim nam ogromnie obrzydła ta piosenka. Zaśpiewaliśmy wobec tego “Staffan był stajennym”, a potem czas już był najwyższy pędzić do szkoły. Ulice były ciemne, ale w każdym niemal oknie paliły się świece. Kręciło się po nich sporo ludzi z koszykami z świąteczną kawą w ręku. Nie wyobrażaj sobie zatem, proszę, że w Smastad byle jak obchodzą to święto, o nie. W szkole duża sala przybrana była świecami, a w klasach także paliły się świece.

Kajso, już wkrótce ferie świąteczne. Majken przy pomocy Alidy przewraca cały dom do góry nogami. Uważa, że nie byłoby prawdziwych świąt, gdyby wszystkie okna nie były wymyte, wszystkie podłogi wyfroterowane i każda łyżka tak wyczyszczona, żeby się można było w niej przejrzeć.

V.

Wróżba nie wróżba, przysłowie: Od Łucyi…

Od Łucyi dni dwanaście
Policz sobie do Wilii
Patrz na słonko i na gwiazdy
A przepowiesz miesiąc każdy.

Kartkę świąteczną własnej kompozycji podarowała nam Katarzyna Kulikowska.

Oczywiście ten dzień to również i ten człowiek:

Australia – odcinek 1

Lech Milewski

Dziewczyna z wielbłądami  

– (Kochankowie) przestali mi sprawiać przyjemność. Przeważnie byli to rewolucyjni socjaliści, którzy musieli zadowalać się mną, podczas gdy tak naprawdę marzyli o bohaterskich kobietach widzianych na Kubie podczas trzytygodniowych wycieczek na tę wyspę. Tamtych nigdy nie tknęli palcem, oczywiście; mundury polowe i czystość ideologiczna odstraszały ich nie na żarty. Wracali do kraju nucąc Guantanamera i dzwonili do mnie.
Wypisała się z tego (…)
Zaczęła się wspinać i zwykle tłumaczyła wtedy “robię to, gdyż wiem, że oni nigdy za mną tam nie wejdą”.
– Potem jednak pomyślałam, a gówno. Nie zrobiłam tego ze względu na nich; zrobiłam to dla siebie.

Salman Rushdie – Szatańskie Wersety – wydawca i tłumacz nie ujawnieni.

W październiku zeszłego roku na ekrany australijskich kin wszedł film Tracks opowiadający historię młodej dziewczyny, która w 1977 roku powędrowała z czwórką wielbłądów z Alice Springs do Oceanu Indyjskiego – około 2,700 kilometrów.

Przypomniało mi się jak kiedyś towarzyszyłem mojej córce w jeździe samochodem z Sydney do Melbourne – koło 1.000 km. W którymś momencie Ania spytała: Tatusiu, jak myślisz, czy naszej rodzinie lub znajomym w Polsce podobałaby się taka jazda?
– Oczywiście, że nie. Spalony słońcem jednostajny krajobraz. Nudziliby się okropnie.
– Tak myślałam. A mnie ta jazda tak bardzo się podoba… – i po chwili – ja chyba kocham ten kraj.

Mając to w pamięci nie spodziewałem się zbyt wiele po filmie. Wędrówka trwała około 9 miesięcy. Oczywiste jest, że sedno sprawy czyli ta długa i jednostajna wędrówka to nie jest atrakcyjny materiał filmowy. Do filmu nadaje się to, co się działo, gdy bohaterka nie wędrowała. I tak właśnie było.

Robyn Davidson w wieku lat 25, bez zawodu za to z 6 dolarami w kieszeni, psem Diggity i walizką pełną nieodpowiedniej garderoby przyjechała do Alice Springs z zamiarem odbycia wielomiesięcznej wędrówki po pustyni.
Na pytanie – dlaczego chcesz to zrobić? – odpowiadała wzruszeniem ramion – a dlaczego nie?

Alice Springs w roku 1975 – trochę lokalnych biznesmenów utrzymującyh się z turystów, którzy właśnie zaczynają odkrywać te okolice, straceńcy, którzy szukają tu przygody albo awantury, trochę Aborygenów. Lokalne biznesy zatrudniały Aborygenów do prostych prac. Regułą było, że wypłatę Aborygen mógł odebrać tylko w pubie. Większość nie wynosiła z pubu ani centa. Na osobną wzmiankę zasługuje handel obrazami malowanymi przez Aborygenów. Handlarze kupowali te malowidła za bezcen i sprzedawali po wygórowanych cenach.

wielbladaustralijski
Powyższy obraz nie pochodzi od handlarzy z Alice Springs. Tamci oczekiwali od domorosłych artystów malowania pseudo-aborygeńskich kiczów.

Znaczna grupa Aborygenów w Alice Springs to widma, ludzie, którzy porzucili lub zostali odrzuceni przez swoje plemiona. Spędzają dni i noce w wyschniętym korycie rzeki Todd River.

Robyn planowała, że zamieszka wśród nich, złapie na pustyni wielbłąda albo dwa, przecież są ich tam tysiące, i pójdzie w spaloną słońcem dal.
Już w pociągu dostała inną propozycję:“Jesus Christ, mate, you’re not goin’ to Alice alone are ya? Listen ‘ere lady, you’re fuckin’ done for. Them coons’ll rape youze for sure. Fuckin’ niggers run wild up there ya know. You’ll need someone to keep an eye on ya. Tell youze what. I’ll shout youze a beer, then will go up to your cabin and get acquainted eh? Whaddya reckon?” – Robyn Davidson – Tracks – książka.

Nie skorzystała. Od miejscowych dowiedziała się, że w korycie Todd River nie przeżyje jednej nocy oraz, że złapanie i okiełznanie dzikiego wielbłąda przekracza jej możliwości. Przyjęła pracę w miejscowym pubie, gdzie była świadkiem niezwykle pogardliwego czasem nieludzkiego traktowania Aborygenów. Kilka razy wstawiła się za nimi. Któregoś dnia, po powrocie z pracy do swojego pokoju, znalazła na poduszce starannie ułożone gówno. Czas zmienić miejsce pobytu.

Zgłosiła się do pracy w firmie organizujacej przejażdżki na wielbłądach dla turystów. Prowadził ją Niemiec – Kurt Posel. To było idealne miejsce, żeby poznać wielbłądy i nauczyć się współpracy z nimi. Kurt pokręcił z powątpiewaniem głową, gdy usłyszał o planach Robyn, ale zaoferował jej pracę. Za darmo od świtu do nocy, za co po 8 miesiącach da jej wytrenowanego wielbłąda. Przyjęła.
Kurt Posel… w rozmowie z dziennikarzem Robyn nazwała go “mad Kurtie” . Brzmi jak ktoś z powieści Conrada – zauważył dziennikarz. O tak, on był zdecydowanie z powieści Conrada – potwierdziła Robyn.
Wyznam, że to zadecydowało o moim dalszym zainteresowaniu losami bohaterki. No cóż, mam słabość do osób, które odwołują się do moich ulubionych książek.

A zatem sięgnąłem po książkę. Wędrówka Robyn nabrała światowego rozgłosu i angielskie wydawnictwo zamówiło u niej książkę – relację z podróży. Robyn pisała ją w domu Doroty Lessing, z którą zaprzyjaźniła się korepondencyjnie. Książka zyskała bardzo dużą popularność. Hollywood przymierzał się kilka razy do produkcji filmu, planowano nawet obsadzić Julię Roberts w roli Robyn. Na szczęście do tego nie doszło. Film wyprodukowano w zeszłym roku, a główną rolę gra Australijka – Mia Wasikowska.

Robyn Davidson bardzo pozytywnie wypowiada się o filmie, a wyjątkowo ciepło o wykonawczyni główniej roli. Nie pozostawia jednak wątpliwości – to nie jest moja wędrówka, to jest film o wędrówce kogoś innego, nawet podobnego do mnie, na przykład mojej siostrzenicy.

Nie miałem więc wątpliwości, że moja relacja będzie oparta na książce.

Już teraz zdradzę zakończenie – Robyn Davidson, jej pies i cztery wielbłądy dotrą do Oceanu Indyjskiego.

W oceanie

Może komuś nasunęło się pytanie: a cóż do tej całej historii ma początkowy cytat z Szatańskich Wersetów wyraźnie odnoszący się do kobiety bywałej w świecie i wspinającej się na Mt Everest?
Okazuje się, że całkiem dużo. Robyn Davidson w wieku 11 lat została osierocona przez matkę, która popełniła samobójstwo. Ojciec oddał dwie córki pod opiekę swojej siostry, starej panny, która oddała dziewczynki do szkoły z internatem. Robyn, po zakończeniu edukacji, uciekła z domu do Sydney, gdzie pędziła żywot dziecka ulicy. Spała w bramach i pod mostami, wieczorami wystawała pod tylnymi drzwiami restauracji, czekając, aż rzucą jej jakiejś resztki. W wywiadzie wspomina, że była ogromnie nieśmiała, gdyby była odważniejsza, może spróbowałaby otworzyć usta, poprosić o pracę.
Z upływem czasu nawiązała znajomości z miejscowymi hippisami, a przez nich trafiła do nieformalnego klubu Sydney Push. Była to grupa lewicujacych artystów, intelektualistów, dziennikarzy, studentów. Wielu z nich robi obecnie karierę w australijskiej polityce i mediach.

Wątpliwe, czy Salman Rushdie dowiedziałby się kiedykolwiek o istnieniu takiego klubu a tymbardziej o Robyn Davidson, gdyby nie fakt, że była ona jego partnerką w okresie, gdy pisał Szatańskie Wersety. Burzliwy związek skończył się po dwóch latach.

Na marginesie wspomnę, że cytowana bohaterka Szatańskich Wersetów to niejaka Alleluja Cone, córka pochodzącego z Warszawy żydowskiego małżeństwa, państwa Alicji i Ottona Cohen.
Polscy Żydzi nazywali się Cohen?
To pytanie skierowane do Salmana Rushdie. Salman Rushdie, którego erudycję cenię bardzo wysoko, w tym momencie chyba trochę przysnął. Otton i Alicja prawdopodobnie w Polsce nazywali się Kahan. To popularne żydowskie nazwisko, na liście ofiar warszawskiego getta powtarza się prawie 50 razy, po hebrajsku oznacza kogoś pochodzącego z rodu kapłanów. Pan Otto emigrując do USA zmienił pewnie pisownię nazwiska na Cohen a potem, aby odciąć się od żydowskich korzeni, zmienił je na Cone.

Linki:

Robyn Davidson mówi o filmie Tracks

Wywiad radiowy z Robyn Davidson

Ciąg dalszy za tydzień

Udręki pisania książki

Ewa Maria Slaska

Zdjęcia w cegielni

Julicie

albumCiociAlbum zdjęć rodzinnych – główny bohater dzisiejszego wpisu

Jak można pisać biografię? Jak w ogóle można pisać coś, co jest prawdą? Jeśli wymyślamy bohatera naszej opowieści, możemy wyposażyć go tylko w taką ilość informacji, jaka jest nam potrzebna, by ów “Fikcyk” mógł sprawnie funkcjonować w obrębie wymyślonego przez nas świata i ustalonej fabuły. Ale prawdziwa historia jest obarczona taką masą informacji, które wcale nie są potrzebne, żeby pchnąć narrację do przodu, ale przecież już są. Nie można się ich pozbyć. Gdzie jest miejsce na te szczegóły? W przypisach, w nawiasach, w zdaniach wtrąconych? Czy też tworzą one nowe zdania, akapity, rozdziały? Nową książkę?

Im szerzej zakrojona historia, tym więcej detali domaga się uwzględnienia. Z drugiej strony całej masy spraw nie wiemy, nawet się nie domyślamy, że ich nam brakuje. Jak to zrobiła na przykład Olczak-Ronikierowa, zajmująca się sześcioma czy siedmioma pokoleniami rodziny, gdzie w niektórych pokoleniach było nawet ośmioro dzieci? Wszystkiego wiemy za dużo, a i tak trzeba wymyślać.

U Ronikerowej na pewno jest taka wymyślona historia o babce autorki jako młodej dziewczynie. Jej brat i jego koledzy dyskutują o polityce, nie zwracając uwagi na młodą żądną poklasku pannę. Dziewczyna idzie do swojego pokoju i przebiera się w najbardziej oryginalny strój – czerwoną zamaszystą pelerynę. Wraca do salonu, a młodzi panowie nadal nie zwracają na nią uwagi. Wreszcie nie wytrzymuje i prosi brata o jakąś reakcję.
– Jak wyglądam? – pyta.
– Jak papuga – odpowiada brat.
Co za świetny dialog! Ronikerowa jakoś sobie radzi, choć po prawdzie ostatnie rozdziały Ogrodu pamięci, o dzieciach, wnukach i prawnukach rozsianej po świecie rodziny bardziej są już po prostu wyliczanką i daleko im do żywych i mięsistych części książki, w których pisze o prababce, babce, jej siostrach i braciach.

Ten brat “od papugi” ożenił się zresztą z siostrzenicą Prababci. Mojej Prababci. Naszej Prababci. Jaki ten świat jest mały, coraz mniejszy. Próbuję nawiązać kontakt z autorką, myślę, że mogłybyśmy wymienić plotki rodzinne, niestety nie udaje mi się zachęcić jej do spotkania. Mogłabym dalej budować dygresje, pan doktor Fetzki, ograniczany zewsząd powinnościami naukowca, ciągle mnie podpuszcza, czekając na scenki, a to wspólnej herbaty, jaką wypijają na ganku Sylwany pan minister Zagleniczny i Prababcia, wspólnie zgłębiający problemy niesienia pomocy ubogim i potrzebującym w okolicy. W końcu pan Senator miał zacięcie prawdziwego społecznika, nie darmo był podczas I wojny członkiem zarządu Rady Głównej Opiekuńczej. A to z kolei rozmów prawno-gospodarczych, jakie toczyli Pradziadek i ksiądz Zaremba, w końcu przez dobrych kilka lat byli wspólnikami.

Drogi Czytelniku, przeczytałeś już jedną stronę tekstu i nadal nie wiesz, o czym właściwie jest ten wpis i o co chodzi z tytułowymi zdjęciami z cegielni. Przepraszam. Zasadniczo do dzisiejszego wpisu potrzebne mi były dwa zdania. Zdjęcia rodzinne pochodzą z albumu będącego własnością Cioci. Album ten, podobnie jak wybrane książki, a w książkach tych ukryte zapiski i… fałszywe kennkarty Dziadków, został wyniesiony z mieszkania Dziadków w Zielonce w nocy po ich aresztowaniu i ukryty w starej cegielni, gdzie przeleżał od marca 1944 roku do maja 1945 roku. Nikt go nigdy nie znalazł. Dla potrzeb wpisu to wystarczy. No ale przecież wiem więcej.

Przedtem był wstęp, owe dwa zdania to rozwinięcie, zdjęcia z albumu to punkt kulminacyjny, a teraz następuje powolne zwijanie tematów, które się tu splątały. Ale żeby je zwinąć, trzeba je wyjaśnić

Babcia i karusia Babcia Hala i Karusia w mundurze harcerskim (miała stopień harcmistrzyni), kotka Gryzelda, rośliny pokojowe, którymi opiekowała się Karusia

Rodzina Cioci wyprowadziła się do Zielonki już przed wojną, bo Ciocia była słabego zdrowia i nie służyło jej mieszkanie w mieście. Ciocia twierdzi, że odziedziczyła po Prababci urodę, zawód i chorobę. Mieszkali więc w Zielonce, a nie w rodzinnym (rodowym) mieszkaniu warszawskim na ulicy Zgoda 9. Jakoś wyraźnie chłopaki z rodziny nie chciały mieszkać u Mamy i Taty. I Stefan, i Wiktor wyprowadzili się na swoje, a z Pradziadkami zostały na Zgoda obie córki, najmłodsza, niezamężna Karusia i starsza – Aniela czyli moja piękna melancholijna Babcia.

aniela-babciaPo lewej Babcia Aniela, po prawej Babcia Hala

Babcia studiowała chemię w Lozannie, wróciła do domu podobno z uwagi na postępującą chorobę oczu, ale tak naprawdę przez zawód miłosny. Mama twierdziła, że Aniela zakochała się z wzajemnością w koledze studencie z arystokratycznej czy szlacheckiej rodziny, któremu jednak rodzina nie pozwoliła na ślub z nieherbową panną. Aniela wróciła do Warszawy i zdaniem Mamy pielęgnowała melancholię, co Ciocia potwierdza, wie jednak również, że Aniela udzielała lekcji francuskiego. Melancholia jednak zwyciężyła i zjadłaby Babcię nim by zdążyła zostać moją Babcią, gdyby nie Pradziadek, który przymusił córkę do ślubu z kolegą lekarzem, Michałem.

nawakacjachMichała na zdjęciu nie ma, są Pradziadkowie, Wiktor, Halszka, Aniela i dwie dziewczynki czyli Mama i Ciocia.

Nota bene, jak to się w obu rodzinach, Taty i Mamy, podobnie ułożyło. Babcia Mita też wyszła za mąż za Dziadka Jana Feliksa po zawodzie miłosnym.

Tak to pojawił się w rodzinie kolejny lekarz, tym razem – pediatra, co się bardzo przydało, bo, jako się rzekło, Ciocia była słabego zdrowia i wujek Michał przybiegał lub, gdy rodzina Wiktora przeniosła się już do Zielonki, przyjeżdżał na każde wezwanie do chorej bratanicy. W marcu 1944 roku, Ciocia skończyła właśnie 14 lat, aresztowano całą rodzinę. Wiktor został z Pawiaka odtransportowany do obozu w Stutthofie, gdzie przebywał do końca wojny. Opuścił obóz zimą 1945 roku, pędzony w marszu śmierci gdzieś na Zachód, w stronę Niemiec i zapamiętał niezwykłą opiekę, jakiej udzielili więźniom mieszkańcy Żukowa. Napisze o tym po latach w książce Warszawiacy w Stutthofie, którą obecnie wznowiło Muzeum w Sztuthofie, niestety już bez tej niezwykłej okładki, której tajemnicę znała moja Mama, a której nie znały ani Ciocia ani jej córki, co się okazało jesienią tego roku we Florencji, podczas rodzinnego wesela. Mama zaraz po wydaniu książki pokazała mi, jak ta okładka została skomponowana. Przez całą jej szerokość, a więc przód i tył, biegł nabazgrany na szarym murze biały napis Pawiak. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Sztuthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka, ale czy na sugestię ze strony dziadka? I czy dyrektor wydawnictwa, niezapomniany Edward Mazurkiewicz, wiedział o tym? Tego się już zapewne nigdy nie dowiem. W każdym razie „numer” przeszedł. Niezauważony przez cenzurę czy za jej przyzwoleniem? Był rok 1971. Tego też się już pewnie nie dowiem.

Ciocia i jej Mama zostały wykupione przez AK i po trzech miesiącach, latem 1944 roku, wyszły z Pawiaka. Nie wróciły jednak do mieszkania, gdzie mieszkały do momentu aresztowania, lecz do rodziny, skąd zresztą też po jakimś czasie musiały się wynieść. W międzyczasie w Warszawie wybuchło powstanie. W pierwszych dniach września Babcia i Ciocia z rodziną cudem nadzwyczajnym wyjechały do Żyrardowa.

Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego Ciocia i Babcia nie mogły wrócić do swojego mieszkania w Zielonce. To pytanie jak ohydny refren pojawia się wszędzie tam, gdzie są ludzie, których można wydać w ręce władzy lub z tych rąk za pieniądze wyrwać. Kto raz zapłacił lub za kogo raz zapłacono, musi natychmiast uciekać, bo ci, co wzięli pieniądze, wrócą, żeby dostać więcej. I jeszcze więcej. Tak działali szmalcownicy, tak działało Gestapo, które za pieniądze wypuszczało więźniów na wolność, tak w ubiegłym roku na lwowskim majdanie działali kolaboranci Janukowicza. Groźba była jasna: opłać się albo wylądujesz (znowu) w pudle i tam zgnijesz. Okup ratował doraźnie, ale jeśli się opłaciłeś, musiałeś natychmiast zniknąć.

Tak asymilowani Żydzi, opuszczali swoje mieszkania i decydowali się, jak matka i babka Olczak-Ronikerowej, na całkowite ukrywanie się, takie bez podchodzenia do okna i poruszania się w ciągu dnia. Takie, jakie znamy z Pamiętników Anny Frank. Tak Ciocia i jej Mama wyjechały za litr spirytusu do Żyradowa. Tak znajoma Karstena Haina, Viktoria, uciekła w zeszłym roku z Lwowa do Warszawy. Na ostatnią chwilę. Paląc za sobą mosty. Licząc tylko na to, że wojna, okupacja i prześladowania przeminą.

I to są właśnie udręki pisania tej książki. Wszystko, o czym tu piszę, nie ma dla książki najmniejszego znaczenia. Wszystko w ostatecznej redakcji wyleci. 

Nowe wiersze czyli przygarść powietrzna

Katarzyna Kulikowska

Życzenia dla młodych

Marzeń lekkich jak piórka
Wiary silniejszej niż skała
Myśli lotnych jak ptaki
Snów jak busole na morzu życia

,,Rzucam przygarść powietrzną – skowronka – w niebo”
K.K. Baczyński

Drobinka
Najmniejszy brat wiatru
Rzucony w niebo jak ziarno
na powietrzne pole

Anna

Anna ma marzenia o smaku truskawek
Oczekiwanie o zapachu różanym
Muzykę pustki
Przesypują się godziny, dni, lata
w klepsydrze życia
Truskawki straciły smak
Zapach róż uleciał
Pustka wybrzmiała
Anna liczy ziarnka czasu w klepsydrze
i odmierza samotność

Podróż marzeń

Sfinks leży w piaskach pustyni
Mówi zagadkami
Piramidy prężą dumnie grzbiety
Mumie śpią w drewnianych garniturach
Słońce puszcza oko
Promieniami wyzłaca kamienne miasta przeszłości
Łagodne skrzydła Maat okrywają ludzi
niczym płaszcz przeciwdeszczowy
Otwieram oczy
Moja podróż dobiegła końca

***

Patykiem na wodzie maluję
Odlatujące ptaki marzeń
Lilie metafor
Wodorosty słów
Płynące ławice myśli
Próbuję złapać
W sieć wiersza

Ołówek

Stwarza nowe światy
Wyzwala uśpione emocje
Opowiada nieznane historie
Buduje most pomiędzy mną a światem
Wymyśla groźne rośliny
Ożywia dziwne stworzenia
Rysuje ścieżkę w gąszczu myśli
Pajęczyną kresek próbuje zapisać kod istnienia

24.11.2014

Miasta poza sezonem. Lund

Było już kilka takich wpisów. Odpowiednikiem zeszłorocznej Kopenhagi jest w tym roku Lund.

lund-katedraW okolicach katedry (po lewej): trzeba zadbać o zwiedzających, w kadrze z katedrą zawsze pojawi się też strzałka do toalety. Po prawej przypomnienie średniowiecznych obyczajów: mały labirynt, ta najmniejsza pielgrzymka, pąć dla ubogich, dlatego i muszle są małe, mniejsze niż muszle jakubowe.

lundpbrazowy

Uniwersyteckie miasto Lund, zbudowane z brązowej cegły.

lunddrzewalundciekawostki
Ten po prawej to Linneusz, już przez troskliwych studentów ubrany na zimę. Po lewej, jako odbicie w szybie – ja.

W górę rzeki (9)

Zbigniew Milewicz

Car Edward

Gdyby był aktorem, z łatwością mógłby zagrać Piotra Wielkiego. Tak jak on był przekonany o własnej nieomylności, ustanawiał w domu prawa i egzekwował je, a niesubordynację karał. Podobnie jak tamten był wielkim zwolennikiem pruskiego porządku i dyscypliny, z którymi zapoznał się na przymusowych robotach w Niemczech – może nie były one tak wyczerpujące, jak brukowanie litewskich dróg. Ludzi, a zwłaszcza kobiety, traktował przedmiotowo, miały służyć rodzajowi męskiemu jako domowa siła robocza, zaspokajać jego witalne – ojciec kochał to słowo – potrzeby, rodzić mu dzieci i wychowywać je, oczywiście według wskazówek mężczyzny.

Starowiejska 5Mieszkali z mamą przy ul. Starowiejskiej 5 (patrz foto powyżej) w Katowicach, w poniemieckiej kamienicy, w samym centrum miasta, dom ten stoi do dziś. Ojciec miał drobiazgowy i równocześnie wybuchowy charakter. Kiedyś mama przesoliła zupę, albo odwrotnie, zapomniała ją posolić, talerz wraz zawartością wyleciał z okna na trzecim piętrze. Albo kupił sobie kapelusz, który w domu okazał się za mały, wtedy ze złości pociął go nożem na drobne paski. Mama – w swoich relacjach o ojcu – usprawiedliwiała go, twierdząc, że te incydenty miały miejsce wtedy, kiedy rzucił palenie, był więc nerwowy. Obiad musiał być zawsze na czas, a mieszkanie świecić czystością. Jak przychodził do domu, zwyczajowo zakładał białą rękawiczkę i palcami sprawdzał, czy na przykład na szafie w przedpokoju nie ma kurzu. Coś tam znalazł, co mu się nie podobało, mamie dostawały się grube wyzwiska, kiedy miał gorszy humor, nie szczędził także pięści. Te drastyczniejsze fakty poznałem późno, mama nigdy nie lubiła pokazywać własnego bólu, przykrywała go uśmiechem i taką ją zapamiętałem.

Kamieniarze1Gdy spotykała się z najbliższymi i pytali ją, jak jej się wiedzie w małżeństwie, niezmiennie odpowiadała, że dobrze. To było jej życie, osobista decyzja, przysięgała panu Bogu przed ołtarzem, że wytrwa z mężem na dobre i złe do końca życia. To ją zobowiązywało, ale siniaki na ciele nie zawsze dały się dobrze zapudrować, więc któregoś dnia powiedziała, jak naprawdę układa jej się życie.

Kiedy we wczesny listopadowy poranek 1945 r. pojawiłem się na świecie, dla mamy była to pewna niespodzianka. Spodziewała się mnie dopiero w styczniu i bóle porodowe wzięła początkowo za dolegliwości nerek, dopiero jak wody odeszły, ktoś z otoczenia pobiegł po akuszerkę. Nie miała dla mnie jeszcze żadnych rzeczy do ubrania, więc rozebrała Feliksa, swoją ulubioną lalkę i to był mój pierwszy garnitur. Felix znaczy po łacinie szczęśliwy, ten dar towarzyszy mi w życiu. Jako wcześniak z widoczną krzywicą nie byłem zbyt urodziwy, kiedy ojciec mnie po raz pierwszy zobaczył, z niesmakiem skomentował ź wileńska: toż to jakiś czortowy wyrodek. Niewiele czasu minęło, przyszedł na Starowiejską z jakimś starszym niemowlakiem na ręce. Zanim zaskoczona mama zdążyła o cokolwiek zapytać, wręczył jej tobołek i powiedział, że to jest jego syn Zdzisław i ma się nim zaopiekować. Nie śmiała nawet zapytać, kto jest matką dziecka. Dopiero później dowiedziała się, że kobieta ma na imię Regina i mieszka w Bytomiu oraz że ojciec poznał ją wcześniej, kiedy tylko przyjechał na Śląsk.

Zdzich dwuletniOkoło dwuletni Zdzich, w solidnym, poniemieckim wózku, więc i mina odpowiednia…

Dziecko było wymizerowane, pokryte strupami, zajęła się nim jak własnym, choć protestowała urażona, kobieca duma. Kąpała w płatkach owsianych, żeby zeszły owrzodzenia i kiedy po trzech miesiącach odwiedził nas domowy lekarz, nie poznał malca, taki już był gładki i papuśny. Tak ma wyglądać dziecko – powtarzał ojciec drwiąco. To był zwariowany, powojenny czas, trwała wielka wędrówka ludów, każdy kogoś, albo czegoś szukał. Ojciec zarabiał handlując czym się dało, może i zajmował się szabrem. W naszym mieszkaniu na Starowiejskiej zatrzymywali się na noc różni ludzie, często obcy, w zamian dzielili się z nami zwykle jedzeniem, pieniądze nie miały żadnej wartości. Bywało, że nocowali za Bóg zapłać, gdyż poza dobrym słowem nie mieli nic. Dotarła do nas również na krótko babcia Urszula z ciocią Marią, które uciekły z Wilna przed sowietami. Nauczyły mamę gotowania kilku potraw, które lubił ojciec, a gustował w tłustych daniach, zwłaszcza w blinach ze śmietaną. Tylko czas ku temu był chudy.

Kiedyś do drzwi zapukała Cyganka z dzieckiem na ręku, obydwoje od kilku dni nic nie jedli. Mama solidarnie podzieliła się z przybyszami tym, co miała. Nazajutrz znowu ktoś do nas zastukał, mama uchyliła drzwi, patrzy a przed progiem stoi worek z mąką, drugi z cukrem, na nim jakiś połeć słoniny. Ktoś, kto to przyniósł, już schodził po schodach, więc zapytała, od kogo to, ale nieznajomy głos odpowiedział, że nie wie, kazali tylko dostarczyć.

Ociec z gitaraRodzice żyli ze sobą niewiele ponad dwa lata. Po jednej z domowych scysji, jak zwykle o jakąś błahostkę, mama poczuła, że osiągnęła kres nerwowej wytrzymałości. Otwarła okno i postanowiła skończyć ze sobą, podobno wtedy zacząłem płakać w łóżeczku i to ją otrzeźwiło. Rozwód dostała na pierwszej rozprawie. Ojciec zmarnował mamie kawałek życia, ale nigdy nie usłyszałem od niej złego słowa na jego temat. Jeżeli wspominała pewne zdarzenia, związane z jego osobą, nie oceniała go, czuło się tylko jej żal i niechęć. Kiedy czasami posprzeczałem się o coś z mamą, co działo się naprawdę rzadko, jej najsurowszą dla mnie oceną było: jesteś taki sam jak ojciec. Podobno jedną rzecz potrafił jednak naprawdę ładnie, mianowicie grać na gitarze i śpiewać, zwłaszcza jak sobie wypił wódeczki, którą nie gardził. Gitara była ruskiego stroju, siemistrunnaja, śpiewał barytonem, a w repertuarze miał m.in. stare romanse, które jak wiadomo nie mają z życiem wiele wspólnego.

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Reblog: Babka

Karol Maliszewski na Facebooku. Namówiłam go, żeby, podobnie jak poprzedni swój tekst, który TU publikowałam, udostępnił i to opowiadanie “w celu udostępnienia”.

Babka

Stara Liskowa przemyka się za oszronioną siatką. Jeszcze szaro za oknem, a ona biegnie za głosem serca. Cała dzielnica ma ubaw po pachy. Co tam za wiersz znowu napisała? „O, wonna stuło mego serca; widziałam Cię wczoraj, wsiadałeś do merca”. Chce być pierwsza pod kościołem. Dobrze wie, kto odprawia poranną mszę. Chce widzieć smukłe, opalone dłonie, wznoszące do góry biały krążek. Chciałaby pić z jego kielicha. Nosić za nim te wszystkie święte rzeczy. Gotować mu zupę na plebani albo gdziekolwiek. Już nie widzi świata poza tą drobną, szczupłą postacią. Nie widzi kościoła i złośliwych uśmieszków. Nie widzi Boga, jeśliby zasłaniał to, co najważniejsze.
Eugeniusza widzi po raz ostatni. Gdyby wiedziała, kazałyby fotografowi Pliszce zrobić zdjęcie. A potem powiększyć. Powiesiłaby sobie nad łóżkiem. Modliłaby się do niego rano i wieczorem. A jak trzeba, to i w środku dnia. Żeby tylko jakoś przetrzymać ostatni odcinek serialu, w jaki ją wepchnięto. I oznaczono etykietką „zwariowana staruszka”. Nikt nie rodzi się kimś takim. Nie dali mi szans, myśli. On nie dał. Kawał gnoja z tego zięcia. Drzwi zamyka na klucz, wrzeszczy z drugiej strony. Nie wie, w jakim języku. I ze swojego wielu słów już nie pamięta. Co ją zresztą obchodzi jakiś wściekły syk. Zakrywa uszy rękami. Wraca do przerwanej melodii. Widzi dym nad łąką, opadającą mgłę. Wokół lśnią witraże, czerwony połysk słońca. Gdzie ona właściwie jest? Organy grają coraz skoczniej. Eugeniusz zrzuca ciężką od rosy pelerynę. Prosi ją do tańca. Uwalnia spod czepca warkocze. Tak, miała je kiedyś. Złote, lśniące.
Już nam babka więcej wstydu nie przyniesie, słyszy. Tak jakby odetkały się uszy po długim zjeździe z przełęczy. Po śmierci męża kupiła sobie rower. Najbardziej lubiła wyprowadzać go daleko w pola, a potem zjeżdżać z przełęczy bez pedałowania. Różnica ciśnienia powodowała, że głuchła na chwilę. Potem coś strzyknęło w jednym albo drugim uchu i znów słyszała wyraźnie, bez szumu. Skoro babka nie umie nad sobą zapanować, to my zapanujemy nad babką. Amen, dodała w myślach. Bo jak to jest z modlitwą? Czy amen urywa ją na zawsze, kończąc natchnioną chwilę? Nie ma ciągłości między momentami? Czy te modlitwy nie łączą się czasem, nie zbierają w jeden wielki błagalny nurt? Eee, czemu błagalny… Nieraz tylko omawiała swoje sprawy, konsultowała, radziła się, o nic nie prosząc. Tak ją wychowano, że z trudem o coś prosiła. Nawet Boga. Ale teraz skłonna była prosić. Wykrztusiłaby chętnie jedną maleńką prośbę. Niech tego buca szlag trafi. Niech wyjedzie za granicę do pracy. A klucz odda córce. Już ona się z nią dogada. A ta zwróci jej wolność. Prawo do miłości.

Hanys z Pomorza

Roman Brodowski

 Dlaczego Hanys z Pomorza?

Gdy po ukończeniu szkoły podstawowej podjąłem decyzję nauki w szkole górniczej, nie myślałem o tym, że na Śląsku spędzę wiele wspaniałych lat mojego życia. To że chciałem uczyć się zawodu górnika, bądź co bądź nieco egzotycznego dla pomorzanina, spowodował fakt, iż szkoła znajdowała się bardzo daleko od domu rodzinnego, posiadała internat, a do tego była to, jak mi się wydawało, szkoła dla wybranych. Poza tym podobał mi się ten zawód. Wiele się o nim w tamtych czasach mówiło. Dla naszego pomorskiego społeczeństwa ludzie pracujący pod ziemią, wydobywający węgiel, kojarzeni byli z siłą i odwagą – jednym słowem, byli twardzielami. A ja, najsłabszy i najmniejszy w klasie, często wyśmiewany z powodu cherlawego wyglądu, chciałem być takim prawdziwym twardzielem.

– Co mi tam – myślałem. Ukończę zawodówkę, potem technikum i wrócę do domu. Przecież i na Pomorzu górnicy mogą się przydać, a do tego zarobki w tym zawodzie są o wiele wyższe niż gdzie indziej.

Rzeczywistość jednak okazała się inna niż moje zamierzenia. Po przyjeździe do szkoły górniczej prawie natychmiast poczułem się jak w domu. Większość kolegów, podobnie jak, ja nie pochodziło ze Śląska, lecz z terenu całej Polski. Mietek na przykład przyjechał z okolic Białegostoku, a Adam z Młynar koło Elbląga. Mieszkaliśmy razem w trzyosobowym pokoju.

Miejscowi nazywali nas prześmiewczo „gorolami” (proszę nie mylić z góralami), my zaś mówiliśmy o nich, że są „ hanysami” czyli z niemiecka – Hansami.

To prawda, w tamtych czasach różnice między przybyszami a rodowitymi Ślązakami były dość znaczące. My, przyjezdni, zazwyczaj przywoziliśmy ze sobą naszą kulturę, tradycję oraz nasze „inne” pojęcie świata, co często doprowadzało do konfliktów. Ale też brak było tolerancji.

Pierwsze tygodnie nauki odbywały się w atmosferze wzajemnego poznawania, zawiązywania znajomości czy też przyjaźni. Gdyby nie to, że byliśmy jedyną klasą, do której nie uczęszczała ani jedna, powtarzam, ani jedna dziewczyna, bylibyśmy najbardziej reprezentatywną, i to pod każdym wzgędem, klasą w szkole. Niestety klasy o profilu mechaniczno – technologicznym przewidziane były tylko dla chłopców i wraz z klasami elektro-automatycznymi zaliczały się do tak zwanych klas elitarnych.

Nic więc dziwnego, że zazdrościliśmy innym, mieszanym, klasom przyjemności uczenia się z koleżankami.

Doskonale widać to było na przerwach lub imprezach szkolnych. Gdy któryś z nas, zwłaszcza nie Ślązak, próbował skontaktować się z jakąś ładną śląską koleżanką, natychmiast znajdował się przy niej tak zwany „anioł stróż”, który zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał jakąkolwiek przyjemność. A przecież mieliśmy już po szesnaście lat i nic dziwnego w tym nie było, że lgnęliśmy do towarzystwa dziewcząt. One zaś, w okresie dojrzewania, nie były już dla nas głupimi gąskami, nadającymi się do targania za włosy, poklepywania czy też wykorzystywania jako pomoc naukową do odrabiania lekcji. Z wiekiem ich wartość w naszych oczach wzrastała, i to w zastraszającym tempie. Zaczęły być obiektem westchnień, zauroczeń, czy też nie całkiem jeszcze pojętych przez nas pragnień. Tak, to prawda – w naszym gronie przyszłych mechanizatorów górnictwa, czuliśmy się jak w klasztorze, jak duchowni obarczeni balastem celibatu.

Pod koniec października pojawił się w naszej szkole jakiś tajemniczy facet. Chodził od klasy do klasy i w obecności nauczycieli obserwował uczniów, zadając niektórym pytania.

Do naszej klasy wszedł podczas lekcji języka polskiego. Powoli podszedł do nauczycielki, długo z nią o czymś rozmawiał. Sprawiali wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.
My zaś, przekonani, że mamy do czynienia z pracownikiem kuratorium oświaty, czekaliśmy w napięciu na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle oboje zwrócili się w naszą stronę, a pani wskazując palcem wywołała kilku z nas po imieniu. Na pierwszy ogień poszedł Mietek, następnie Gerard, Andrzej, a na końcu ja.
– To że Mietek został wybrany, to i słusznie, bo miał najlepsze wyniki w nauce, a poza tym wyróżniał się spokojem i inteligencją – pomyślałem sobie wówczas.            – Gerard też potrafił więcej od innych. Jak na Ślązaka, był wyjątkowo łagodny i koleżeński. Andrzej należał do klasowej elity. Ale ja? Dlaczego ja? Przecież w niczym się nie wyróżniałem. Niczego, ani złego, a tym bardziej dobrego, nie można było o mnie powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy potrafię dobrze czytać. Zaśmiałem się.         – Czy potrafię czytać? – powtórzyłem z niedowierzaniem pytanie. – Pan chyba ze mnie żartuje, proszę pana – odpowiedziałem z lekką drwiną. – W dziewiątej klasie chyba każdy normalny człowiek potrafi czytać i pisać.
– Twardy jesteś chłopcze i widać że masz charakter, a to mi się w tobie podoba. Skoro więc twierdzisz, że potrafisz, to udowodnij mi i przeczytaj ten wiersz.
Podał mi otwartą książkę. Spojrzałem do środka i zacząłem pospiesznie, na głos, czytać. Najpierw tytuł, potem nazwisko autora, a następnie płynnie i szybko cały utwór. Pamiętam, że była to „Ciemność” Cypriana Kamila Norwida.
Przeczytałem i spojrzałem, w poczuciu dobrze wykonanego zadania, na kolegów, a następnie, oddając książkę właścicielowi, pewny siebie czekałem na werdykt.
– Muszę przyznać, że sprawnie ci to poszło. Bez zająknięcia, jednym tchem i szybko. Super. Nie wiem, czy rozumiałeś treść tego, co przeczytałeś – uśmiechnął się nieco szyderczo. Jeżeli tak, to wytłumacz nam proszę, co autor chciał przekazać swoim czytelnikom słowami tego dzieła?
W klasie zapanowała cisza. Nie wiedziałem c o powiedzieć. Rzeczywiście, z jednej strony przeczytałem tekst, z drugiej zaś nie potrafiłem wytłumaczyć jego sensu.
– To normalne, przyjacielu, że nie wiesz o czym Norwid myślał, pisząc swoje dzieło.     Ja też bym tego nie wiedział, gdybym nie przeczytał powoli, z zastosowaniem tak zwanej analizy myślowej tekstu – przerwał tę ciszę, wybawiając mnie niejako z opresji mój rozmówca.
– A swoją drogą, masz dobrą dykcję i potrafisz w nieudawany sposób wyrażać nie swoje emocje, czyli masz talent i wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym aktorem – dodał na zakończenie i, poklepawszy mnie po plecach, odszedł. Pozostał w klasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając krótko z Mietkiem, Gerardem i Andrzejem, a ja, siedząc w ławce, przez cały ten czas próbowałem zrozumieć, co usłyszałem. Pochłonięty myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy po rozmowie z nauczycielką pożegnał się i wyszedł. Dopiero, gdy polonistka, która była jednocześnie opiekunką naszej klasy, zwóciła się do mnie po imieniu – zareagowałem.

– Jutro ty i Gerard zgłosicie się o dziewiątej w Wojewódzkim Domu Kultury, w Katowicach. Zostaliście wytypowani do reprezentowania naszej szkoły podczas tegorocznego święta „Barbórki” i przez najbliższe pięć tygodni, zawsze we wtorek i piątek będziecie uczestniczyli w próbach zespołu międzyszkolnego. Reszty dowiecie się na miejscu – powiedziała. – Pan, który przed chwilą nas opuścił, jest reżyserem, odpowiedzialnym za przygotowanie programu artystycznego. Poszukiwał utalentowanych uczniów we wszystkich szkółach górniczych naszego zjednoczenia – dodała.

Tak więc Gerard jak i ja zostaliśmy wybrani. Szkoda tylko, że Mietek odpadł. Zmartwiło mnie to trochę, byliśmy już niemalże przyjaciółmi.

Następnego dnia wczesnym rankiem, zwolnieni z zajęć, wyruszyliśmy z Gerardem i pięcioma innymi kolegami z naszej szkoły do domu kultury w Katowicach. Kiedy przybyliśmy, w gmachu czekało już około stu pięćdziesięciu uczniów z innych szkół. Punktualnie o dziewiątej wyszedł do nas w asyście dwóch młodych dziewczyn, poznany już wczoraj reżyser.

Powitał nas, przedstawił siebie i obie panie, opisał szczegółowo nasze zadania. Było nas 180 osób z dwunastu szkół i mieliśmy stworzyć zespolony chór, którego zadaniem było przygotowanie i wykonanie trzech śląskich pieśni podczas centralnej akademii z okazji „Barbórki”. Otrzymaliśmy teksty piosenek i asystentki „kapelmajstra” (tak nazwaliśmy szefa) ustawiły nas w sześć rzędów. Mnie oczywiście, jako że należałem do najniższych, postawiono w pierwszym rzędzie, niemalże pośrodku. Reżyser podszedł do jakiegoś chłopaka o kędzierzawych, jasnych włosach, następnie do mnie i, wyciągając nas z rzędów, powiedział: – Dla was panowie mam szczególne zadanie. Nauczycie się na pamięć wierszy i będziecie je recytować między pieśniami. Zajmę się wami osobiście. Pierwsza próba trwała cztery godziny, chór śpiewał, a właściwie wył niby stado zgłodniałych baranów, a my w maleńkim pomieszczeniu socjalnym poznawaliśmy otrzymane wiersze.

Karol, chłopak z Szombierek, dostał trzystonicowy monolog Gustawa Morcinka, ja zaś ośmiozwrotkowy wiersz jakiegoś nieznanego poety z Zabrza.
Po próbie, zmęczony, z tekstem w kieszeni wróciłem wieczorem do internatu.
– Ciesz się bracie, że ciebie nie dostali – powiedziałem do Mietka na powitanie. – Ciesz się – powtórzyłem, rzucając zmiętą kartkę z tekstem do wyuczenia, na stół.

Mijały tygodnie, czas do barbórkowego święta przybliżał się nieubłagalnie, a my zachowywaliśmy się coraz bardziej profesjonalnie. Chór dawno przestał wyć, a zaczął śpiewać tak, że aż miło było posłuchać. Ja także mój wiersz dawno już opanowałem i to do do tego stopnia, że mógłbym go recytować w każdej formie, a to w wersji dramatycznej, a to jak satyrę , a to znowu jak utwór liryczny. I mimo że powtarzałem go go setki razy, reżyser zawsze znalazł coś, co mógłbym lepiej powiedzieć.

W końcu nadszedł ten dzień. W chłodną, słoneczną sobotę, ubrany w galowy strój z czakiem na głowie, maszerowałem przez miasto. Po drodze spotykałem dziesiątki osób odświętnie odzianych
w stroje ludowe lub mundury górnicze.
Wszyscy spieszyli w tym samym kierunku,
do „Spodka”.

Kiedy przybyłem na miejsce, okazało się, że jestem tym ostatnim, na którego czekano.
– No, nareszcie! – usłyszałem zza pleców zdenerwowany głos Karola.
– Gdzie ty się podziewałeś? – zapytał. – Kapelmistrz od zmysłów odchodzi, wydzwaniając za tobą do szkoły.
– Jak to – zdziwiłem się. – Przecież umawialiśmy się na trzecią, a teraz jest dopiero za dwadzieścia – dodałem – spoglądając na zegarek.
-Jakie za dwadzieścia. Dwadzieścia po trzeciej, a nie za dwadzieścia! – wyjaśnił.
Spojrzałem jeszcze raz na cyferblat, następnie przyłożyłem zegarek do ucha. Nie tykał.
– No tak, masz… – nie dokończyłem.
Niespodziewanie, obok mnie pojawił się, jakby spod ziemi wyrósł, Pan Reżyser. Popatrzył, kazał się okręcić, poprawił pióra na głowie i z nieudawanym zadowoleniem, pozytywnie skomentował mój wygląd.

– Przepraszam… – chciałem wyjaśnić spóźnienie. – Nie trzeba. Ważne, że jesteś – przerwał mi, jakby znając moje intencje. Nagle usłyszeliśmy donośny głos organizatora akademii. – Za pięć minut Chór wchodzi na scenę – poinformował – proszę się przygotować.

Dopiero teraz można było zauważyć nasze zdenerwowanie, tremę, strach. Każdy z nas starał się wygłuszyć narastające napięcie, jak tylko potrafił. Jedni bezwiednie poprawiali włosy, inni manipulowali przy guzikach, a jeszcze inni wykonywali jakieś nieskoordynowane ruchy rękoma. Nie mniej od nas przeżywali to, co ma się za chwilę wydarzyć, opiekunowie naszej grupy. Od tego, jak my zaprezentujemy się na scenie, zależało ich „być, albo nie być”

– Wchodzimy – usłyszeliśmy sygnał. Powoli przez odsłoniętą szpaltę zwisającej kurtyny, przesuwalśmy się na wyznaczone wcześniej miejsce na scenie. Scena była ogromna i pomieściłaby nie jeden, a trzy takie chóry jak nasz. Staliśmy na niej podczas prób, nie była więc nam obca. Tym razem jednak wyglądała inaczej.

Oślepiające światła reflektorów, przygotowana w nocy scenografia, a przede wszystkim wypełniona pięcioma tysiącami widzów widownia wywarła na nas wrażenie, że trudnobyłoby to opisać. Na szczęście, o czym dowiedzieliśmy kilka minut przed wystąpieniem, wraz z członkami naszego chóru wystąpić ma około dwudziestu członków zespołu pieśni i tańca, „Śląsk”, wtopionych w naszą grupę. Dzięki temu poczuliśmy śmielej i pewniej.

Zaczęło się. Na początek zaśpiewaliśmy znaną piosenkę „Walczyk górniczy”. Poszło nam całkiem nieźle. Potem wyszedł Karol i powiedział , z prawdziwie aktorskim zacięciem, przygotowywany tak długo monolog , zaśpiewaliśmy jeszcze dwie śląskie pieśni. Przy pomocy zawodowych śpiewaków wykonaliśmy je prawie-że profesjonalnie. W końcu przyszła kolej na mnie.
Wyszedłem z rzędu na trzy kroki do przodu, spojrzałem na publiczność i…
Nie potrafiłem wykrztusić ani jednego słowa. Nogi miałem jak z waty i zapomniałem wszystko, co miałem powiedzieć. Po prostu – zjadła mnie trema .

Na widowni zapanowała cisza, którą co jakiś czas przerywał błagalny szept stojącego z boku reżysera. – Mów coś, nie bój, jestem przy tobie, mów! – powtarzał. Powiedziałem. Nie wiem jak to się stało, ale powiedziałem. Zacząłem spokojnie, bez nerwów szukać w myślach treści wiersza. – Najważniejsze to mówić logicznie, na temat, z właściwie dobranym rymem. – podpowiadało mi moje wnętrze, moje drugie ja.
Nie wiem jak długo mówiłem i co mówiłem. Byłem jak w transie. Dopiero kiedy skończyłem, zrozumiałem, co się stało. Publiczność biła brawo, a ja stałem, nie mogąc się ruszyć. Dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny, emocje opadły.

Kiedy podszedł do mnie ten, który przez kilka tygodni walczył o to, aby nauczyć mnie prawdziwej recytacji, nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, Czułem, że go zawiodłem. A On powiedział tylko: „Geniusz, prawdziwy talent, chciałbym mieć takiego syna”. Z tym geniuszem to oczywiście przesadził, a to że porównał mnie do syna? –
Z tego co wiedziałem, to po utracie żony w czasie wojny, pozostał sam.
***
– Dlaczego Hanys z Pomorza? – no właśnie. Kiedy schodziłem ze sceny, to głośno dziękowałem św. Barbarze za opiekę, słowami „Gryfna Panienko, kej by nie Ty, to bych nie szafnoł. Dziękuja Ci, ześ mnie obekła w siły”. Idący obok mnie Gerald, kiedy usłyszał te słowa – wykrzyknął „ To jest nosz, Hanys…, z Pomorza!”

I tak przez kolejne trzy lata szkoły nazywano mnie Hanysem z Pomorza.

Droga do Santiago de Compostela. El Acebo

Ewa Maria Slaska

Środa, 27 września 2007 roku

Pełnia księżyca. Dobry czas, żeby się wspinać na najwyższą górę na trasie. Wstaję o świcie. Bar zamknięty, nie ma automatów z kawą, automat z papierosami nie wydaje papierosów. Bez śniadania i picia, po ostatnim papierosie, wychodzę w kompletną  ciemność. Jest za 10 siódma. Ogromne gwiazdy i pełnia księżyca prosto w twarz. Idę przed siebie, nie widać żadnych strzałek ani drogowskazów, mam więc tylko nadzieję, że idę tak jak trzeba – prosto w wielki, niesamowity księżyc. Po godzinie księżyc zachodzi za górę Rabanal, to tam muszę wejść. Trochę mi nijako tak samej, po ciemku, tylko z księżycem, ale Mamie by się podobało. Choć nie wiem, czy poszłaby tak sama w ciemność pełną księżyca.

Romance de la luna, luna

La luna vino a la fragua
con su polizón de nardos.
El niño la mira mira
El niño la está mirando.

Księżyc jest jeszcze wysoko, jest więc srebrny i zimny, ale gdy zaczyna zachodzić, zmienia kolor, staje się ciemnożółty i ogromny jak patelnia do smażenia paelli dla całej wioski. Z tyłu za mną, powoli, szaro i żółto wschodzi słońce. Jest zimno, im wyżej, tym zimniej. Gdy już wzejdzie słońce, widzę szron na wrzosach i szałwi. Dochodzę do wioski, ale nie ma tu niestety ani paelli, ani nawet kawy. Wioska śpi. Do następnej wsi sześć kilometrów. Zjadam kilka rodzynek i ssę cukierka. Zimno i wciąż do góry, ale jakoś tak przyjemnie. Wioska Rabanal i wreszcie bar, kawa, woda, magdalenka, papieros. Zaraz za wioską znajduję piękne duże kamienie i postanawiam je zabrać na górę. Dla Jacka. Dopiero jak dojdę na górę i zobaczę usypaną tam górę kamieni, uświadomię sobie, że nie pamiętając w ogóle, że Rabanal to owa góra z krzyżem i kamieniami, podporządkowałam się jednak woli samej góry, albo zbiorowym myślom setek i tysięcy pielgrzymów, znacznie lepiej przygotowanych do tej pielgrzymki niż ja, i zabrałam na najtrudniejszy kawałek Camino ciężar swoich grzechów. Ciążą mi okropnie… Idę, niosąc ciężar myśli i kamieni. Nagle przestało być piesko zimno i robi się wściekle gorąco. Ostatnia wioska, tuż pod szczytem, niemal całkowicie zrujnowana, ale wiem, że jest tu albergue, gdzie można się przespać za darmo, jeśli się popracuje. Ciekawe, jaka to praca, ale nie sprawdzę, nie będę tu spać, ani nawet pić kawy. Po wiosce wałęsają się psy, a ja nic, idę, równym krokiem średniowiecznego pielgrzyma, niosąc kamienie-grzechy, w upał, i czuję, jak mi się robi taki średniowieczny wzrok jak z Breughla, skierowany w siebie, obojętny na świat i na to, co na zewnątrz. Widzę drzewo jarzębiny, całe czerwone.

Wciąż jeszcze strasznie daleko do szczytu, jeszcze trzeba iść i iść, znowu mijając jakieś psy i krowy, a ja nic, idę, mijam… Wreszcie dochodzę. Kamienie, które przedtem ważyły co najwyżej trzy kilo, teraz ważą z dziesięć. Dopiero, gdy stanę na szczycie, u stóp usypiska kamieni, rozpoznaję to miejsce. Każdy je zna, kto choć raz obejrzał jakąś relację z Camino. Cruz de Ferro. Słynny krzyż, gdzie wszyscy pielgrzymi zostawiają kamienie. Podobno  to stara iberyjska czy galijska magia, a pielgrzymi średniowieczni tylko ją przejęli.

Odpoczywam i zaczynam schodzić. Jest mi lekko, jakby mi ze sto kilo z pleców zdjęto. Dobra droga, magiczna. Może ulży mi w moich przewinach. (Gdy to piszę, wiem, że ulżyła, ale tylko mnie, nie zmniejszyła jednak ciężaru mojej winy u tego, wobec kogo zawiniłam. Niestety.) Wiję wianki i układam kamienie w intencji moich bliskich, i tak mnie pochłaniają owe magiczne zajęcia, że nawet nie zauważam, że jest już z powrotem ciężko, potwornie stromo, niebezpiecznie. Dochodzę do Manjarin. Właściwie chciałam się tu zatrzymać. Waldemar tyle opowiadał o tym miejscu, o Thomasie, współczesnym templariuszu, który w ruinach średniowiecznego zamku założył komturię. Mieszka tu bez prądu i innych udogodnień cywilizacyjnych. Ma symbolizować to, co zawsze było dobre na drodze – bezinteresowność opieki nad pielgrzymami. Po to kiedyś powołano templariuszy do Hiszpanii – żeby strzegli Drogi. Ale Thomas strzeże jej dla siebie, a nie dla nas. Piję wstrętną zimną przestałą kawę i oczywiście zamierzam za nią zapłacić, choć wstrętna, ale nie jest mi dane dokonać tego dobrowolnie, bo asystent Thomasa sokolim wzrokiem pilnuje, czy aby uiściłam ów dobrowolny datek. Przysiadam na ławeczce w cieniu jakiegoś krzaka, głaszczę kota i już wiem, że tu nie zostanę, pójdę dalej. Ale dzięki kotu mam okazję obejrzeć widowisko. Na drogę do schroniska podjeżdża autobus, wysypuje się pół setki zmotoryzowanych pielgrzymów z muszlami, wszyscy lecą siusiu do sławojki, potem robią sobie zdjącie z Thomasem, a potem wrzucają pieniądze do puszki. Ciekawe, czemu mi to przeszkadza? W końcu każdy musi z czegoś żyć. Ale mimo to wiem, że to co widziałam, jest odrażające.

Bezskutecznie próbuję wypełnić misję, którą poruczył mi Waldek. Mam pozdrowić Thomasa od niego. Thomas jednak niczego nie kojarzy, nie pamięta, nic go moja opowiastka nie obchodzi. Biedny Waldek, a tak był zachwycony tym miejscem i tym człowiekiem. Uważał go za swojego najważniejszego przyjaciela na Camino.

Idę dalej, do następnej wioski, El Acebo, co znaczy ostrokrzew, jeszcze siedem kilometrów. Trudno, coraz trudniej, ale za to widok wynagradza wszystkie trudy. Schodzi się z góry do wsi pełnej domów pokrytych czarnymi dachami z łupka. Bajkowy widok. Tu mieszkał wujek Marie z Dziadka do orzechów, jestem pewna.

Super schronisko, super atmosfera, dostaję nowe japonki, jest wspólna kolacja z nadzwyczaj “mięsistą” zupą, wspólne śpiewanie pieśni o Camino, którą kazano mi przełożyć na polski (bo nikt tego jeszcze nie zrobił), a wieczorem podczas spaceru rozmowa ze staruszkami, którzy przysiedli na przyzbie i zaśmiewają się do łez, bo po południu przeszli przez wioskę Szkoci w kraciastych kiltach, ciągnący gitarę na kółkach. Pelo verde, pelo rojo, zaśmiewają się staruszki i staruszkowie. Jasne, obaj Szkoci mają przecież kolorowe irokezy, jeden czerwonego, drugi zielonego.