Santiago de Compostela. Santa Irena.

Ewa Maria Slaska

Środa, 3 października 2007 roku

Przestało mi się podobać w drodze. Pogoda ładna, trasa niezbyt ciężka, ale jest paskudnie. Jesteśmy jako pielgrzymi wydani na łup komercji i dobrze jeśli tylko komercji, bo często jest ona podszyta oszustwem lub cwaniactwem. Do końca zostało 50 kilometrów i trzeba je odwalić, przecież nie będę kończyć na dwa dni przed Santiago de Compostela, tylko dlatego że czuję się jak głupek wystrychnięty na dudka. Bo pewnie nie przyszłam tu, bo naprawdę chciałam, tylko omamiła mnie cała ta sprawna maszyna do wbijania nam w głowę, że Droga to coś Wielkiego, to Prawdziwa Pielgrzymka, Przeżycie, Głębia…

Jakże mnie własna głębokość przygnębia,
wstchnęła głębia.
No no,
odpowiedziało dno.

Ot, właśnie. Dno.

Dziś mało nie umarłam ze zmęczenia. Dowlokłam się do jakiejś restauracji, która była zamknięta, bo obsługa miała przerwę na swój własny obiad. Ale jednak otworzyła mi starsza pani i najwyraźniej musiałam wyglądać jak ktoś, kto właśnie umarł ze zmęczenia, bo nic nie mówiąc kazała mi wejść. Podała gorącą wodę na herbatę i usmażyła tortillę, która nareszcie, chyba po raz pierwszy, była świeżutka i gorąca.

Powiedziała mi, że do schroniska jest jeszcze tylko kilometr, ale był to ten słynny galicyjski kilometr, który liczy mniej więcej trzy kilometry i trwa godzinę. W ogóle liczenie kilometrów stało się ostatnio niezwykle skomplikowane, bo inną odległość pokazują drogowskazy, inną moja mądra karteczka i jeszcze inną słupki ustawiane dla pielgrzymów. Te są najmilsze, bo na nich droga do Santiago jest zawsze najkrótsza, a rozbieżność między informacjami potrafi sięgnąć nawet 10 kilometrów.

Między słupkami a moją karteczką zawsze są 2-3 kilometry na niekorzyść rzeczywistości.  Najgorsze są drogowskazy, można by rzec, OK, szosą jest dalej, ale tak nie jest, bo szosa jest wytyczona prosto, a pielgrzymia ścieżka kręci się wokół niej jak bluszcz wokół dębu. Nawet pielgrzymie strzałki potrafią wyprowadzić na manowce. Tego przedtem nigdzie nie było, tak jakby ktoś nam tu celowo dokuczał, jakby skradał się przed nami lub za nami jakiś Poltergeist. Mniejsza, trzeba iść. Na słupku dwie strzałki, w lewo i w prawo. Diabli wiedzą, co to oznacza. Wybieram strzałkę w lewo i trafiam do dzikiego lasu.

Wrony kraczą przeraźliwie, mostki nie mają poręczy, pastwiska nie ogrodzone, idę przez wielkie bagno porośnięte pałką wodną, gdzieś w krzakach charczy jakieś zwierzę. Lis? Miejmy nadzieję, że lis? Bo już dzik na ten przykład… Nagle uświadamiam sobie, że to bardzo dziwne, że są jakieś dzikie zwierzęta, bo jak dotąd nie było żadnych, nawet wiewiórek ani zajęcy. Były tylko ptaki, owady i jaszczurki, ślimaki, a poza tym stworzenia domowe: psy, koty, gęsi, owce, osły, krowy i najgorsze ze wszystkich, gorsze nawet od luzem puszczonych byków – muchy.

Mosca bastarda! Raz widziałam konika polnego, raz – myszy. Nie było wszystkich strachów pielgrzyma, dzikich byków, skorpionów, jadowitych węży, bezpańskich psów. To oczywiście mamy do zawdzięczenia komercji. Jeśli chce się zarobić na każdej szklance wody ze studni podanej pielgrzymowi, trzeba mu zapewnić komfort. Diabli wiedzą, gdzie jestem? Jakiś ponurak spotkany po drodze zapewnia, że si si, camino. Wreszcie docieram do jakiejś wioski, są znowu słupki, które jak gdyby nigdy nic podejmują liczenie, pomijając las, przez który właśnie przeszłam. Trzy kilometry strachów całkiem na darmo. I nadal nie jestem w Santa Irena. Wciąż mam do schroniska galicyjski kilometr.

Ogarnia mnie przeraźliwe poczucie bezradności. Jestem śmieszna i bez sensu. Mała, stara, w strasznie ciążkich butach, brudnych spodniach, spocona, zakurzona. Kretyński widok i równie kretyńskie życie. Tracę ostatnie resztki sił, kręci mi się w głowie. To już nie depresja pielgrzyma, tylko prawdziwe zasłabnięcie. Osuwam się pod przydrożne drzewo, a zanim stracę przytomność zastanawiam się, jak to teraz będzie. Umrę to umrę, no problem, ale jeśli mnie ktoś znajdzie, to pewnie zadzwoni po pogotowie i karetka zabierze mnie do Santiago. I co wtedy? Przepadło czy zaliczą mi Drogę? A jak nie zaliczą, to będę musiała tu wracać, do tej wioski upiorów za lasem strachów, i iść od nowa. I od nowa. Mój prywatny, pielgrzymkowy Dzień świstaka.

Ale wszystko zawsze mija. Mija słabość, mija droga bez końca. Dochodzę do Santa Irena. Jest nieźle. Schronisko jest miłe, są koce i wanna w łazience. Nad łóżkiem ktoś napisał – 21 km por Santiago. GRACIAS DIO! To prawda, Bogu niech będą dzięki. Pokoje sześcioosobowe. W pokoju trzy młode dziewczyny z Izraela i niemiecki strażak z Frankfurtu nad Menem.

Pożyczam od niego Biblię, otwieram na chybił trafił i czytam o Eliaszu, którego zabiera do nieba ognisty pojazd. Hmmm, Eliasz, patron strażaków. Niemiec radzi, żebym sobie przeczytała listy św. Jakuba. Nie przyszło mi to dotąd do głowy, a przecież do Jakuba idziemy. Ale to nie ten Jakub, my idziemy do Starszego, a listy pisał Młodszy, podobno jakiś krewniak Jezusa. Zapisuję urywek nr 14. Co za praktyczne urządzenie, ta Biblia, ponumerowana supermaszyna wiary jeszcze lepsza niż supermaszyna komercji, która wbija nam do głowy, że najlepsze mięso jest z Kobo, najlepszy zachód słońca w Oia na Santorini, a najlepsza pielgrzymka – do Santiago. Mięsa nie jem, ale w Oia już byłam, a teraz idę do Santiago. Komercja, maszyna do wywoływania potrzeb, których nie mamy i które by nam nawet nie przyszły do głowy. I co z tego, że „mam na swoją obronę” czytaną przed 40 laty książkę Jadwigi Żylińskiej, Wyspa dziwnego żartu. I cóż, że idę, bo tak obiecałam mojej siostrzenicy. Miałyśmy iść razem, ona urodziła dziecko i nie mogła, poszłam więc sama dla nas obu. Wszystko to nieważne, ważne, że idę i że komercja ma z tego zyski.

Gdy po latach spisuję te notatki z Drogi, natychmiast trafiam w internecie na odpowiedni fragment. To samo, co wtedy czytałam, ale po polsku. Jakub, list pierwszy. 12. Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują. 13. Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi. 14. To własna pożądliwość wystawia każdego na pokusę i nęci. 15. Następnie pożądliwość, gdy pocznie, rodzi grzech, a skoro grzech dojrzeje, przynosi śmierć. 16. Nie dajcie się zwodzić, bracia moi umiłowani!

Och, no dobrze, nie dam się zwodzić. Dobranoc. Jutro Santiago de Compostela.

Pani doktor

Następny wpis o Karusi, tym razem napisany przez Mirkę

Mirka

Karusia-z-kotemPrzed wojną Karusia, jako pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, jeździła z grupą studentów w okolice jeziora Wigry w okresie wakacyjnym. Był to ciekawy teren pojezierza, ciekawy z punktu widzenia biologów, badających torfowiska i florę je porastającą.

Mieszkali zawsze w kilku chatach na wsi koło badanych terenów. Nie wiem, jak liczna była grupa studentów, ale sądzę, że od kilku do kilkunastu osób. Studenci zwracali się do Karusi “pani doktor”, bo taki miała wtedy tytuł naukowy.

Karusia przed wojną (z kotką Gryzeldą?)

Pewnego dnia po powrocie z torfowiska Karusia sortowała przyniesione materiały do badań, gdy do pokoju zapukała gospodyni i oznajmiła, że na podwórku ktoś na Karusię czeka.

Wyszła z chaty i zobaczyła chłopkę z małym dzieckiem na ręku.Karusia-w-mundurze
– Pani do mnie?
– Tak, pani doktor, dziecko mi choruje.
– Ale ja nie jestem lekarzem.
– Jakże nie, a mówią do pani doktor!
– Jestem doktor, ale nie lekarz.
– Ale dziecko mi choruje, pani je zbada, bardzo proszę, zapłacę.
– Zbadam, ale płacić nie trzeba.

Karusia zabrała do chaty matkę i dziecko, które miało niewysoka gorączkę, kasłało i miało katar. Obejrzała je dokładnie, nie miało żadnej wysypki, przyłożyła ucho do plecków, nic nie usłyszała podejrzanego, kazała więc matce iść do miejscowej zielarkixxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKarusia przed wojną w mundurze harcerskim
i na kartce napisała, jakie trzeba dać dziecku zioła, bo na ziołach to się Karusia doskonale znała, a i z medycyna była otrzaskana, bo czasami Dziadek prosił ją o pomoc, kiedy przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w domu, często też omawiał z nią ciekawsze przypadki.

KotzeSrodborowaMatka z wdzięczności pocałowała Karusię w rękę i poszła do domu, chwaląc głośno Boga i Panią Doktor.

Kuracja zapisana przez Karusie musiała dać dobre efekty, bo prawie co dzień wracając do chaty Karusia zastawała na podwórzu po kilka matek z dziećmi. Wszystko to były proste przypadki, które bardziej obyta i mądrzejsza matka sama mogła wyleczyć, sama też wiedziałaby, jakie podać zioła. Skoro jednak we wsi pojawiła się pani doktor, to należało jej pokazać dziecko i skorzystać ze światłej porady.

Szpital był daleko, a lekarz nigdy do wsi nie zaglądał.xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKotka (Gryzelda?)

Zdjęcia ze zbiorów Autorki (te zachowane w starej cegielni).
Jeśli jest to rzeczywiście kotka Gryzelda, to miała to imię, dlatego że gryzła po nogach :-).
O Karusi jako harcerce jeszcze będę tu pisała.

Reblog: Pani od polskiego

Była również moją panią od polskiego. Jakieś 40 lat po maturze przyjechałam do Gdańska na konferencję. Zobaczyłam ją wśród widzów. Gdy tylko zaczęła się przerwa, wstałam, żeby podejść do niej, przedstawić się i przywitać. Zobaczyła mnie z daleka i zawołała: O, Ewa!

Była wspaniałą nauczycielką. Już to TU na blogu napisałam. Uczyła nas w “Jedynce” czyli I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. To takie liceum położone między gotyckim kościołem świętego Bartłomieja, neogotycką biblioteką Polskiej Akademii Nauk i bramą Stoczni Gdańskiej (im. Lenina). Trudno o lepsze koordynaty mojego życia.

Na fali. Blog Włodzimierza Machnikowskiego

Wspomnienie o Pani od polskiego z “Jedynki” (wt, 14 października 2014)

Śmierć Haliny Mierzwińskiej przywołała w mojej pamięci obrazek z Donaldem Tuskiem. Był rok 1995. Z Darkiem Podbereskim, czyli radiowym Łosiem, zaszliśmy do I LO, gdzie uroczyście świętowano 50-lecie powstania szkoły. Wychodząc natknęliśmy się na rozpędzonego przyszłego premiera RP, wówczas pracującego nad cyklem albumów “Był sobie Gdańsk”. “Jest Mierzwina?” – rzucił i popędził dalej na spotkanie ze swoją i naszą polonistką.

Niech się nie obrazi profesor Józef Bachórz, u którego pisałem pracę magisterską o Rosjanach w dziełach romantycznych wieszczów. Niech się nie gniewa profesor Małgorzata Czermińska, która próbowała natchnąć mnie poetyką i Stefan Chwin, który budził nasze sumienia krzykiem: “ludzie, dlaczego nie czytacie?” Niech nie boczą się inni wybitni nauczyciele, których miałem szczęście spotkać na swej drodze. Niektórzy żyją już tylko we wspomnieniach – jak Jan Drzeżdżon, który w ramach fakultetu z folklorystyki woził nas po swoich Kaszubach od Wąglikowic po Swarzewo, snując opowieści w języku ojców.

Najważniejszym nauczycielem w kilkunastoletniej edukacji była dla mnie i pewnie dla większości nas, którzy wyszliśmy spod jej ręki, Halina Mierzwińska.

Już pierwszy kontakt był wstrząsający i motywujący. Tytuł zeszytu do języka polskiego brzmiał ” Rękopis człowieka myślącego…” Naprawdę głupio było się nie uczyć. Do tego stresujące wezwania do odpowiedzi na fotel stojący na podeście przed całą klasą. Kółko filmowe, które sprawiało, że w poniedziałkowy wieczór drugi raz przychodziliśmy do szkoły. Przeglądy filmów Zanussiego i kino radzieckie z lat 20-tych – tematy, o których nie mielibyśmy pojęcia i seanse, na które nigdy byśmy nie trafili. To wszystko ze Stocznią w tle w gorącym czasie sierpnia 80 i z wielkimi oknami biblioteki PAN, które zdarzało nam się wybijać w czasie gry w piłkę. Za karę po latach już jako studenci spędzaliśmy w czytelni długie godziny, by spełnić uniwersyteckie wymogi.

“Halina” czy “Mierzwina” , jak zwykliśmy o niej mówić zaraziła nas słowem, poezją, filmem i ciekawością świata. Była osobą charyzmatyczną i budzącą respekt. Budowała relację mistrz – uczeń, której w tej chwili w polskiej szkole próżno szukać. Bez niej Magda Brząkała nie zostałaby słynnym psychologiem, Zbychu Kaźmierczyk doktorem na UG, Andrzej Gierczak księdzem, ja dziennikarzem, a być może także Donald Tusk – premierem.

Jedyne co możemy w ramach zobowiązania do pamięci o Niej, to bronić wrażliwości, którą nas zaraziła. Bronić przed jałowością treści panoszących się wokół i przed tymi, którzy o byle czymś, mówią, że to ważne.

Halinę Mierzwińską pożegnaliśmy w piątek 17 października 2014 roku na Cmentarzu Witomińskim. Tego samego dnia rano w Jej “Brygidzie” odbyła się msza żałobna.

***
Ewa Maria Slaska

Wszystko, co ten szczeniak (chodził do szkoły w latach 80!), Włodzimierz Machnikowski, tu napisał jest szczerą prawdą. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, gdyby nie Mierzwińska.

Przeglądam mój zeszyt do polskiego z drugiej klasy Liceum. Jedyny. Inne się nie zachowały. Jak ja ładnie i porządnie pisałam. Wypracowanie o znaczeniu języka w życiu człowieka. O architekturze gotyckiej na podstawie prelekcji w Muzeum Narodowym (była tam z nami!). O świecie pojęć człowieka średniowiecznego. Refleksyjny opis najpiękniejszego zabytku gotyckiego w Gdańsku (opisałam kościół św. Trójcy). Proces narodzin pisarza na podstawie Martina Edena.

(…) Lata wytężonej pracy, barwny, realistyczny, nieznany w dotychczasowej literaturze obraz świata, bogactwo stylu – wszystko to zapewniało książkom Martina Edena zasłużony sukces. Za sukcesem przyszła sława, pieniądze, popularność, mogła przyjść miłość i szczęście. Dlaczego odebrał sobie życie w chwili tryumfu? Co symbolizuje ten jedyny nie autobiograficzny moment książki? Sądzę, że jest to przede wszystkim wyraz pogardy dla otaczającego świata. Póki walczył, wyrażał tę pogardę po prostu samym faktem tworzenia. Uznany, ceniony, rozchwytywany, uwielbiany znalazł już tylko jedno, ostatnie wyjście, jedną ostatnią odpowiedź i odszedł na zawsze.

Pamiętam, pokłóciłam się z całą klasą o samobójstwo Martina. Wnioski klasy były oczywiste. Samobójstwo to zdrada społeczeństwa, zdrada samego siebie, czyn wbrew naturze, załamanie, którego Eden nie potrafił przezwyciężyć. A ja? No a ja, że miał prawo. Był wolnym człowiekiem i miał prawo.
Mierzwińska pozwoliła mi tak myśleć i to mówić, wbrew całej klasie i, jak sądzę, wbrew sobie.

W ogóle się nie zmieniłam.

Pod wypracowaniem informacja o tym, jakie tematy dostaniemy na klasówce. Przepisuję, bo się zdziwiłam, że tacy byliśmy inteligentni… Pierwszy temat jest normalny, ale drugi!

1/ Krytyczna ocena Ruth i jej środowiska (ta Ruth była ukochaną Martina Edena – dopisek dzisiejszy dla tych, którzy może nie pamiętają)

2/ Konflikt jednostki ze społeczeństwem na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń.

!

***

Z rejestru grobów na cmentarzu witomińskim:

śp. HALINA MIERZWIŃSKA

ur. 1930-08-25
zm. 2014-10-12

sektor I, rząd 16, grób 19.

W górę rzeki (13)

Zbigniew Milewicz

Dzieciństwo u komediantów

Po małej przerwie w rozsupływaniu moich rodzinnych korzeni, zacznę od sprostowań, które obiecałem w ostatnim wpisie. Po pierwsze mój wujek Wypler z Chorzowa był dobrym, zawodowym zdunem, ale Romek, jego syn, wyuczony mistrz kowalski, sam sobie wybudował w mieszkaniu kominek, co wcześniej przypisałem seniorowi. Zrobiłech to, żeby tacie pokazać, że som tyż poradza – powiedział. Po drugie, pierwszymi lokatorami moich dziadków w suterenie domu na Wesołej byli wujostwo Wilik i Milka Hanke, rodzice Jutki, mamy Romka i jej siostryTereski, którą pożegnaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Miała to być dla nich pewna rekompensata za pomoc przy budowie domu. Po trzecie wreszcie, nie u niemieckiego szewca pracował na Śląsku mój ojciec w czasie okupacji, tylko u litewskiego. Warsztat znajdował się w Bytomiu, o czym powiedział mi Zdzich, mój starszy brat po mieczu, zorientowany w temacie z uwagi na to, że tym szewcem był ojciec jego biologicznej mamy.

na -balkonieStaram się sięgnąć pamięcią jak najdalej w głąb dzieciństwa i widzę różne twarze, przeważnie dobre. Na pierwszym miejscu mama Nina, jak na portrecie, który wędruje ze mną przez wszystkie mieszkania mojego życia – młoda, radosna i piękna. Później babcia – zawsze choćby trochę władcza, powściągliwy, dobroduszny dziadziuś, zadziorna i pyskata ciocia Irka… Jest wśród nich także młody, ciemnowłosy mężczyzna, który pochyla się nade mną w kuchni na Wesołej, ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę z krawatem. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów, w drugiej małego, metalowego konika na biegunach, który jest dla mnie. Z twarzy mężczyzny najlepiej zapamiętuję oczy o mocnym wyrazie, które patrzą na mnie poważnie i uroczyście. W kuchni na taborecie siedzi dziadek, ze skwaszoną miną a ja biegam po mieszkaniu i drę się na całe gardło z radości, że tatuś przyjechał. Ile mogłem mieć wtedy lat? Może niecałe dwa, skoro rodzice rozwiedli się w czterdziestym siódmym, a to ich spotkanie na Wesołej było ostatnią próbą porozumienia, tym razem poniewczasie podjętą przez ojca.

Na zdjęciu: Z mamą i babcią na balkonie

Są sympatyczne przyjaciółki babci, które nas odwiedzały na Wesołej – pani Chudzińska, co tak mocno różowała sobie policzki, że pewnego dnia powiedziałem, że wygląda jak stara czarownica (oj, dostało mi się później za to), pani Pielawska, która pochodziła ze sfer artystycznych i pod koniec wojny odjęła sobie dziesięć lat z metryki, przez co potem musiała dłużej pracować do emerytury. Naznaczona piętnem cierpienia dobra pani Ślusarczykowa; kiedy nie mogła już wstawać z łóżka, zachodziłem do niej z drobnymi sprawunkami. Wujek Tyjduś, brat babci, o charakterystycznej, pociągłej fizjonomii, z racji swojej wrodzonej bladości zwany w rodzinie kyjzą. Wielki, chudy karawaniarz w czarnym, oblamowanym srebrno surducie i trójkątnym kapeluszu, kroczący z powagą przy konnym powozie z trumną. Czasami taki kondukt przechodził naszą ulicą, czarnej maści konie miały wpięte w grzywy srebrne pióropusze, czuło się w tym dostojeństwo śmierci. Karawaniarz zawsze miał katar i pociągał nosem, co psuło trochę powagę ceremonii, ale zyskiwało moją sympatię do niego, ponieważ ja też wiecznie byłem zakatarzony. Nazywałem go padockiem, bo jak się odezwał, to najczęściej używał słowa pado, co w śląskiej gwarze znaczy mówi. Podobno nie końca był zdrowy psychicznie, chorzowskie urwisy biegały za nim po ulicy i brzydko przezywały, więc kiedy dorosłem, to ich czasami goniłem.

Jest w tym kalejdoskopie naznaczona brodawkami twarz pani Elzy, naszej domowej krawcowej. Miała coś odpychającego w sobie, wąska czaszka i wargi, paciorkowate, blisko siebie osadzone oczy, nadawały jej jakiejś szczurowatości. Cały czas żuła ziarenka kawy (aż dziw, że ten napój dzisiaj lubię), a przymiarki jakichś cudacznych ubranek, w których kazano mi później chodzić, trwały w nieskończoność. Antypatia była obopólna, kiedy demonstrowałem niechęć na widok pani Elzy, ona mnie za to później kłuła szpilkami, niby niechcący, a nie mogłem przy tym ani drgnąć, bo dokuczała jeszcze mocniej. Obszywając całą rodzinę, przyjeżdżała na Wesołą zwykle na parę dni. Dzień zaczynała skoro świt, od gimnastyki, płaska, jak deska do prasowania, w podkoszulku i majtkach do kolan. Einz, zwei, drei, skłony, przysiady, rzadkie włosy fruwają na głowie, brodawki sinieją z wysiłku, wąskie usta zaciśnięte, jak zamek błyskawiczny ss-mańskiej panterki pod Stalingradem. Po polsku mówiła z trudnością, ja po niemiecku wcale, może dlatego nie umieliśmy się porozumieć. Po latach powiedziano mi, że była ciotką biskupa Bednorza, późniejszego arcypasterza diecezji śląskiej.

Pani Brachaczkowa również nie była jakąś pięknością, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem uśmiech na jej twarzy, ale to był dusza człowiek. Mieszkała pod numerem 1 na Wesołej, ciocia Irka przyjaźniła się z jej córką Dusią, ja z synem Mariuszem, który był ode mnie kilka lat starszy. Słusznego wzrostu i wagi, pochodziła ze wschodnich kresów i miała wiedzę oraz talent w leczeniu ludzi naturalnymi sposobami z ich rozmaitych dolegliwości. Kiedy ktoś w rodzinie niedomagał, w ruch szły domowe środki, np. na przeziębienie był czosnek, herbata z malinami i pocenie pod stertą pierzyn. Jak nie skutkowało, to sąsiadka przychodziła nawet w nocy. Na zapalenie oskrzeli i opłucnej stawiała bańki, paliła jakieś zioła, coś tam przy tym szeptała i zwykle pomagało. Babcia się z domowników najrzadziej przeziębiała, ale jej pani Brachaczkowa czasami stawiała pijawki i puszczała krew, ze względu na wysokie ciśnienie. Z usług rejonowego lekarza korzystaliśmy chyba rzadko, bo miał tak kiepską opinię, że sąsiadka znachorka musiała wystarczyć.

Głównym specjalistą od leczenia duchowych przypadłości wieku dziecięcego była w domu babcia. Dyscyplinujące narzędzie stanowił bat o pięciu cienkich rzemieniach, z drewnianą rękojeścią, wiszący za kuchennymi drzwiami. Wisi bat na ścianie, Zbyszek nim dostanie – podśpiewywała skrzekliwie ciocia Irka, stojąca w domowej hierarchii na przedostatniej pozycji; na ostatniej byłem ja i rzeczywiście czasami tym batem obrywałem. Zasłużenie i niezasłużenie, kiedy egzekutorka miała zły humor. Pewnego dnia skończyło się to, byłem już dostatecznie duży, żeby wyrwać bat z rąk babci, rzucić go za kredens i wykrzyczeć jej całą swoją urazę z powodu niesprawiedliwości otrzymanej kary. Pamiętam, że bardzo zaskoczył mnie wtedy jej uśmiech pełen aprobaty.

Czasami wystawiano na próbę tylko siłę mojego ducha. Kiedyś o zmroku bawiłem się z ciocią Irką w chowanego. Światła w mieszkaniu były wygaszone, znikąd nie dolatywał żaden odgłos, nabrałem przekonania, że niepostrzeżenie wyszła na zewnątrz i zostałem sam. Wiedziony jakimś impulsem dalej jednak szperałem po różnych zakamarkach i kiedy zajrzałem pod łóżko w sypialni, wychynęła ku mnie podświetlona, diabla maszkara, którą trzymaliśmy w domu na różne krotochwile. Niby znałem tę okropną maskę, ale wtedy byłem pewien, że diabeł rzeczywiście ożył i dostałem ataku paniki. Ze stoickim spokojem natomiast przyjąłem do wiadomości, że nagle babcia umarła. Zdenerwowana mną – już nie pamiętam z jakiego powodu – osunęła się bezwładnie na ziemię i przestała dawać jakiekolwiek objawy życia. Potrząsnąłem nią raz i drugi, powiedziałem, żeby wstała, a kiedy nie odniosło to skutku, poprawiłem jej położenie na podłodze, splotłem palce dłoni na brzuchu, tak jak to widziałem w pewnej kaplicy cmentarnej, przyniosłem różaniec babci i książeczkę do nabożeństwa i zacząłem odmawiać wieczne odpoczywanie… Wtedy „nieboszczka” zaniosła się śmiechem, cóż, chowałem się w domu komediantów.

na-nartachDziadek na szczęście traktował mnie dużo poważniej. Nauczył mnie strzelać z wiatrówki, próbował mi zaszczepić smykałkę do majsterkowania, ale kiedy doszedł do wniosku, że jestem psuja, dał sobie spokój. Zamiast tego któregoś dnia wyjął ze schowka na strychu narty, na których sam kiedyś jeździł, a później dał mamie, i pokazał mi na sucho, jak się je zapina, jak szusuje, robi pług. To spodobało mi się od razu, nie mogłem doczekać się zimy, żeby pójść z dziadkiem do doliny szwajcarskiej, gdzie później powstał park kultury i jeździć naprawdę. Narty były świetne, drewniane, bardzo elastyczne, o mocno wygiętych noskach i w miarę krótkie. W sam raz dla początkującego narciarza; nosiły znak firmy, która je wypuściła i rok produkcji, pamiętam : Franciszek Bujak, Zakopane, 1920. Miały skórzane wiązania, zapinane na metalowe klamry, więc choćbym nie wiadomo jak wydziwiał na stoku, kończyło się to bezpiecznie. Buty narciarskie dla mnie niestety trzeba było kupić, bo wszyscy w rodzinie, poza babcią, mieli mniejsze stopy ode mnie, a ona na nartach nie jeździła. Spody desek smarowało się woskiem, żeby śnieg się nie kleił do nart i służyły mi one szczęśliwie przez lata, chyba aż do ukończenia liceum. Na śnieżne szaleństwo wyjeżdżałem w pobliskie Beskidy, albo do Bukowiny Tatrzańskiej, w której najczęściej spędzałem również letnie ferie ze swoimi najbliższymi.

Na zdjęciu: Mama z siostrą jadąw skiringu, czyli na nartach za koniem, początek lat czterdziestych

O tej miejscowości sprzed lat, która istnieje już tylko w nazwie i ludzkiej pamięci, o jej związkach z naszą rodziną będę chciał opowiedzieć oddzielnie. Teraz tylko przytoczę dwa wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które zapamiętałem w związku z Tatrami. Starsze jest z pielgrzymki do kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej pod Rusinową Polaną. Dziś mówią na to miejsce Wiktorówki. Z Bukowiny, spod klina, górale idą tam średnio ze dwie godziny (jeżeli któryś z nich to czyta i się mylę, to proszę o korektę), cepry potrzebują przynajmniej dwa razy więcej czasu. Kogo nogi już dobrze nie noszą, może podjechać autobusem na Wierch Porońca, albo Zazadnią, stamtąd to już niedaleko. Kiedyś po tatrzańskich, nieutwardzonych drogach kursowały jednak tylko konne fury i to nieregularnie, ale pielgrzymka miała być umartwieniem, więc szło się pieszo. Idziemy z mamą – pamiętam – kamienistym wąwozem, w żółtym błocie po kostki, w strugach deszczu, ludzie się modlą, śpiewają, nagle rozstępują się, bo jedzie powóz. Pod plandeką siedzi wyniosły i tęgi ksiądz Fox, proboszcz bukowiańskiej parafii. Mama prosi księdza, żeby mnie podwiózł kawałek w stronę kaplicy, odmawia. Tak się hartowałem. Może wtedy zrodziła się u mnie niechęć do kościelnej hierarchii, kto wie…

w-tatrachZ dziadkiem na wycieczce w górach

Drugi epizod wydarzył się kiedy miałem już dziewięć, albo dziesięć lat. Bardzo lubiłem wyprawy z moim dziadkiem w góry, w zależności od trasy trwały one zwykle trzy-cztery dni. Wyruszaliśmy z Bukowiny o świcie, zawsze pierwszym etapem była Jaworzynka, gdzie wypraszaliśmy u Tatrzańskiej Gaździny szczęśliwą drogę (nigdy nas nie zawiodła), zjadaliśmy coś z zabranego prowiantu, piliśmy z kotła herbatę, gotowaną przez ojców dominikanów, którzy opiekowali się kaplicą i dalej w góry. Przez Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, Polanę Waksmundzką i Pańszczycę do Murowańca na Hali Gąsienicowej. Czasami, ale rzadziej, dziadek prowadził mnie z Rusinowej przez Palenicę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Morskiego Oka i tam najpierw nocowaliśmy, ale wolałem pierwszą trasę, bo była ciekawsza. Nazajutrz zwykle był dzień ulgowy, nigdzie się nie spieszyliśmy. Trzeba było przyzwyczaić organizm do wysokości, robiliśmy spacery w stronę Kasprowego Wierchu, albo nad Czarny Staw, dziadek uczył mnie, jak rozkładać siły przy podejściach, żeby nie wypompować się zbyt szybko, jak gospodarować oddechem, ale miałem jeden problem, z którym nie umiałem sobie poradzić, mianowicie lęk wysokości. Żeby z Hali Gąsienicowej dostać się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, trzeba pokonać Zawrat, a tam w pobliżu szczytu jest trochę łańcuchów i klamer. Idę pierwszy, nagle przede mną wyrasta rozpadlina, głęboka na wysokość drapacza chmur w Chorzowie. Po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki jest klamra, nie ma innej możliwości, muszę przekroczyć ten rów i przeciągnąć się na drugą stronę. Wtedy klamra wysuwa się ze skały, moje krótkie życie przelatuje mi przed oczami, łydki trzęsą się, jak galareta.

– Widzisz tych taterników? – dziadek pokazuje mi grupę ludzi, wspinających się przy pomocy haków i lin po sąsiedniej, prawie pionowej turni.

Widzę. Ich spokojne, fachowe ruchy przywracają mi wiarę we własne siły i w tę klamrę, że jednak nie wysunie się zupełnie ze skały i nie spadnę w przepaść. Wtedy pozbyłem się lęku wysokości. Kiedy po latach, już jako dorosły, ponownie szedłem przez Zawrat do Pięciu Stawów, ta klamra przypomniała mi o moim strachu z dzieciństwa, gdyż nadal wysuwała się ze ściany. Zabrakło jednak dziadka, żeby mi powiedział, że to głupstwo, którym nie ma się co przejmować.

Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Reblog: Trylogia o… (2)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst, który ukaże sę za tydzień, zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Siostra Benigna    

W marcu 1936 roku w Domu Zakonnym Samaria w Niegowie opodal Wyszkowa odbyły się śluby wieczyste siostry Benigny, która od prawie 9 lat pracowała w zakonie Samarytanek. Wśród zaproszonych gości, oprócz najbliższej rodziny, znajdował się znany reżyser Leon Schiller. W ten sposób zakończyło się świeckie życie Stanisławy Umińskiej.

Stanisława Umińska zadebiutowała w 1919 roku, w wieku 18 lat, na scenie Teatru Polskiego w sztuce G.B. Shawa, Major Barbara. Kilka miesięcy później zyskała zainteresowanie krytyków rolą Orcia w Nieboskiej Komedii.

Drobna, szczupła, do roli Orcia obcięła sobie krótko włosy. Nic dziwnego, że wieloktrotnie powierzano jej chłopięce role: Arlekin w Mandragorze Szymanowskiego, Dionizy w komedii Duhamela, Cherubin w Weselu Figara.
O tej ostatniej roli Kornel Makuszyński pisał:
“Rola ta, niesamowicie trudna, zachwycająca równocześnie, wymaga koniecznie doskonałej sprawności aktorskiej w połączeniu z dziecinnym, niefałszowanym wdziękiem, co bardzo rzadko chodzi w parze. Połączenie to […] ma panna Umińska; brak frywolnej lekkości, która każdego urwisa czyni ogromnie sympatycznym, nadrobiła dziwną swoją urodą, która przybrana w świetny kostium, wywierała to wrażenie z lekka i miło niepokojące, jakie ma budzić ten pączek, jeszcze nierozkwitły, nawet w większym stopniu, niż to było trzeba“.

I znowu chłopcy – nieznośny Nono w farsie Luigiego Pirandella Człowiek, zwierzę i cnota, Puk w Śnie nocy letniej.
“Była w tej roli ‘wcieleniem wyśnionego przez poetę ducha lasu’”, poświadczał Jan Parandowski.„Dała Puka pełnego swawoli, humoru, beztroski, a podała to z taką zwinnością, finezją i urokiem, a przede wszystkim szczerością, że grą swoją ożywiała ten fantastyczny las zaczarowany”, pisał Breiter. „Cudowny Puk Umińskiej” – jeszcze dziesięć lat później pamiętał Boy-Żeleński. „Był perłą wieczoru” – zachwycał się Rabski”. Źródła (2)

Julian Tuwim napisał dla niej tekst kabaretowy- Mała Gigolette.

Dramatyczny wymiar swojego talentu zademonstrowała w roli Consueli w sztuce Leonida Andrejewa – Ten, którego biją po twarzy.
“Jan Lechoń, tłumacz sztuki, w swoim Dzienniku w 1956 roku przypomniał ten spektakl: ‘Cóż mówić o Stasi Umińskiej – westchnął – jedynej Consuelli na świecie'” – Źródła (2).

W ciągu niespełna pięciu lat kariery aktorskiej Stanisława Umińska wystąpiła w ponad 20 sztukach i w jednym filmie. Uważana była za czołową aktorkę młodego pokolenia.

W 1923 roku również jej życie osobiste nabrało kolorów. Poznała wtedy Jana Żyznowskiego – pisarza, krytyka, malarza.

“Jak niosła wieść rozplotkowanej warszawskiej bohemy, pokochali się od pierwszej kolacji, jaką wydał na cześć aktorki Teatr Mały. Ona upajała się właśnie pierwszym smakiem artystycznej kariery. On – sukcesami czytelniczymi swojej prozy – Krwawego strzępu i Kamieni ugornych. On skończył właśnie 34 lata, miał za sobą traumę pierwszej wojny światowej, w czasie której walczył w szeregach armii francuskiej, dwa zawody miłosne i ból po śmierci serdecznego przyjaciela, towarzysza broni, pisarza Eugeniusza Małaczewskiego. Ona nie miała jeszcze 22 lat i dopiero wyrywała się z bezpiecznego kokonu rodzicielskiej opieki.
W mieszczańskiej Warszawie wydawało się to być skandalem samym w sobie. (…) Ogrom ich uczucia musiał robić spore wrażenie na współczesnych, nikt bowiem nie odważył się, co było nagminne, umieścić wzmianki o najpopularniejszej parze stolicy w żadnej z kronik towarzyskich. Zdawało się, że los zetknął tych dwoje, by pokazać umęczonej wojnami Warszawie piękno miłości”. Źródła (5)

Pod koniec 1923 roku u Żyznowskiego wykryto raka wątroby, warszawscy lekarze byli bezradni. Żyznowski udal sie do Paryża, do kliniki doktora Roussy, który leczył raka promieniami radioaktywnymi.

Umińska podążyła za nim. Przed wyjazdem wystąpiła jeszcze w roli ślepej Berty w Świerszczu za kominem.
“Ślepe ruchy rąk, – analizował Stanisław Pieńkowski – a szczególnie ruchy szczęk i warg, tak znamienne dla ociemniałych, były w wykonaniu artystki wzorowym studium kunsztu aktorskiego. Przy tym całą postać prześwietlała aktorka duszą od wewnątrz – głosem, pozą i ruchem, a w technice patrzenia ślepymi oczami nie załamała się ani na chwilę. Tragiczność roli Berty – pisał Adam Zagórski – uzyskała nie przez jednostajny lament, ale właśnie doskonale podkreśliła go przez uśmiech, przez promienność tej pokrzywdzonej przez los istoty, dla której kalectwo nie jest powodem do przekleństw, a przeciwnie powodem do ofiary serca” – Źródła (2).

Kuracja w Paryżu nie przyniosła oczekiwanych efektów, choroba rozwijała się. Radioaktywne naświetlania spowodowały wypalenie otwartych ran i powiększyły cierpienia. Jedyną ulgą byla morfina.
Stanisława czuwała przy chorym dzień i noc, robiła mu zastrzyki, dwukrotnie oddała krew do transfuzji.
W chwilach przytomności Żyznowski dyktowal jej swoją ostatnią powieść Z podglebia, która mocno przypominała ich losy. Bohater książki popełnia samobójstwo, ale przedtem stwierdza: “…miłość do zboczenia – wszystko to ją wywlokło w chorobę świętości”.

Żyznowski poprosił swoją żonę (w Paryżu wzięli cichy ślub) o skrócenie cierpień. Poinstruowal ją jak posługiwać się rewolwerem browning.

Stanisława: Czy dla niego nie ma już ratunku?
Doktor Roussy (posępnie): Jest.
Stanisława (z odrobiną nadziei): Jaki to ratunek?
Doktor Roussy: Jedyny jaki mu jeszcze pozostał.
Stanisława: Na miłość boską…
Doktor Roussy: Tym ratunkiem jest śmierć. Wtedy przestanie cierpieć.
…
Stanisława:… czy choremu można w większym niż dotychczas stopniu ulżyć. Mam na myśli bóle.
Doktor Roussy: To właściwie przekracza nasze możliwości. Otrzymuje zastrzyki i to jest wszystko.
Stanisława: Chyba więc już wrócę do niego.
Doktor Roussy: Oczywiście, a może pani ma jakieś specjalne życzenia?
Stanisława: Jakie na przykład panie doktorze?
Doktor Roussy: Rozumiem. Przykro mi bardzo, ale będę musiał panią pożegnać.

Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem.

Nad ranem 15 lipca 1924 roku Stanisława zabiła ukochanego strzałem w głowę.

Następne kilka miesięcy spędziła w paryskim więzieniu. Skracała sobie czas robiąc na drutach kaftanik dla właśnie narodzonego bratanka Zdzisława.

Proces rozpoczął się na początku lutego 1925 roku…

Ława przysięgłych potrzebowala zaledwie 5 minut by wydać wyrok uniewinniający. Aktorka przyjęła wyrok zupełnie obojętnie.
Pozostała w Paryżu jeszcze kilka miesięcy, towarzyszyła jej młodsza siostra Lucyna. Duchowym wsparciem służył ksiądz Augustyn Jakubisiak.

Po powrocie do Polski próbowała wrócić na scenę.
“W październiku 1926 zaczęła próby w Teatrze Małym w sztuce Paula Raynala Pod Łukiem Triumfalnym w reżyserii Węgierki. „Lecz prasa – wspominał Janusz Warnecki – rozpętała ohydną wrzawę brutalnie przypominając tragedię aktorki. Umińska załamała się ponownie i ustąpiła ze sceny, z wielką, niepowetowaną stratą dla sztuki”. Najpewniej nie potrafiłaby grać ze świadomością, że w każdej roli towarzyszy jej sensacyjne zainteresowanie widowni”. – Źródła (2)

17 marca 1927 roku Stanisława Umińska wstąpiła do Stowarzyszenia Sióstr Samarytanek, którego ideą była troska o osoby najbardziej upośledzone.

“Umińska przyjęła imię zakonne Benigna i podjęła najpierw pracę w szpitalach skórno-wenerycznych św. Józefa w Lublinie i św. Łazarza w Warszawie. Potem skierowano ją do zakładów dla dzieci upośledzonych umysłowo.” – Źródła (2) .

“Była zawsze zadumana, poważna, bardzo rzadko uśmiech zjawiał się na jej twarzy.– wspominała Cecylia Młodawska, kierowniczka zakładu specjalnego dla chłopców w Karolinie – Była nadzwyczaj uczynna, niezmiernie dobra dla wszystkich, pełna głębokiego uczucia, wyrozumiałości, poświęcenia, a pokorą, nie uniżonością, przewyższała stokroć wszystkie siostry. Ogólnie bardzo kochana, a dzieci przepadały za nią; pisała im różne wierszyki, opowiadała bajeczki, prowadziła urozmaicone zabawy, zajęcia. Dzieci nazywały ją ‘aniołem’. W zakonie pełniła różne funkcje. […] był to człowiek nieprzeciętny o nadzwyczajnym charakterze”. Źródła (2) .

Źródła:
1. Siostra współczucia – Palestra 7-8/2004 – KLIK
2. Prof. Lidia Kuchtówna – Portrety teatralne – Stanisława Umińska
3. Marta Grzywacz – Miłość i eutanazja – gazeta.pl – KLIK – artykuł opublikowany w 90 rocznicę tragedii w paryskim szpitalu
4. Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik
5. Jak mnie kochasz to mnie zabij – KLIK

Santiago de Compostela. Melide

Ewa Maria Slaska

Wtorek, 2 października 2007 roku

Okazuje się, że muszę jednak zdradzić czytelnikom pewną tajemnicę, dotąd zgrabnie ukrywaną – otóż wędruję BEZ śpiwora. Wszyscy mają, tylko ja nie. Ale śpiwór jest duży i waży, nawet jeśli jest lekki, a ja jestem mała, chuda (no, wtedy byłam chuda) i nie mam w ogóle siły. To co mnie prowadzi i w Drodze, i w życiu to siła woli, a nie siła fizyczna. Ważę 55 kilo, mój plecak nie powinien więc przekroczyć wagi 5,5 kilograma, a i tak noszę 7 kilo. Mam chyba najlżejszy plecak z jakim może wędrować pielgrzym i nie zmuszam siły woli, by mi nosiła śpiwór. W schroniskach zawsze były koce i jak dotąd nigdy jeszcze nie odczułam dotkliwie, że jestem wyposażona gorzej niż inni.

Ale jest jesień, noce stają się chłodne, a w Hospital da Cruz nie ma hospitalera. Umościłam sobie leże z płóciennego śpiwora (to mam ze sobą!), chusty i peleryny, wkładam rajstopy, spodnie, dwa podkoszulki i sweter i wtedy pojawia się hospitalera. Ona. Nie mówi w żadnym języku. Manta, pytam. No tenga, odpowiada. Aha, nie ma. Już się odwracam na pięcie, gdy kobieta zatrzymuje mnie. Esperar! Jednak, co to znaczy kobieta! Empatia i myślenie o innych wbudowane już w łonie matki. Po chwili prznosi mi ogromny… obrus koronkowy! Waży chyba ze dwa kilo, składamy go wspólnie do wielkości koca! Cudownie! Maravillosamente!

W schronisku tokowisko. Dwie Szwajcarki i ja wycofujemy się do kuchni. Trzy starsze panie otoczone masą rozbuchanej młodzieży w różnym wieku, bo są i starsi. Jedna z moich towarzyszek, piękna, szczupła czarnowłosa, zawsze starannie uczesana (ciekawe, jak ona to robi, bo ja zawsze jestem potargana) i zawsze wieczorem w długiej spódnicy, mówi: Ich freue mich, dass ich an der Bälzerei da nicht mehr teil haben muss.  Cieszę się, że nie muszę już brać udziału w tych tańcach godowych. To odpowiedź pięknej czarnowłosej demonicy na zdanie kozłowatego gnoma: Du bist eine alte Frau.

Po dwóch dniach w Galicji i pierwszym na ostatniej setce kilometrów już widać nowe zasady rządzące pielgrzymowaniem. Z ubikacji zniknął papier toaletowy, w schroniskach nie ma kocy, książek, jedzenia pozostawionego przez innych wędrowców, gorącej wody, kawy, herbaty, czasem nie ma już nawet naczyń… Ale za to wioski na ostatnich stu kilometrach nie cuchną krowim gnojem! Nie wiem jak i dlaczego, bo krowy nadal są, choć trochę inne – nie ma już tych brązowych, a pojawiły się swojskie czarno-białe.

Jestem osobą, która boi się krów. Naprawdę i symbolicznie. Krowy to mój postrach. Tymczasem w Galicji nie ma mowy o tym, że można by się bać krów, bo są wszędzie. Idę drogą i nagle czuję za uchem ciepły oddech. Z jakiejś bocznej drogi wyszła krowa i teraz idziemy razem, ramię w ramię.

Na ostatnich stu kilometrach skończyła się magia Drogi, nie tylko dlatego że słupki uporczywie jak metronom odmierzają kilometry, czas i twoje własne tempo. Wszystko jest uregulowane i nie ma już magicznej zabawy wędrowców z drogą, krzyżyków z patyków i traw, figur z kamieni, przywiązanych do drzewa wstążek, napisów. Jedyne, co pozostało, to tradycyjne spichlerze zbożowe, ustawione na wysokich słupach w ochronie przed myszami.

Na ostatnich kilometrach przed Santiago de Compostela wyraźnie widać, że Camino to przemysł turystyczny, a po drodze idą tylko turyści. Nikt już wspólnie nie gotuje, nie siedzi się wieczorem razem na przyzbie, nie gawędzi, nie śpiewa. Nie ma chłopaków z gitarami. Drogowskazy prowadzą do hosteli położonych poza wsią, a skąd nieobeznany z życiem pielgrzym ma wiedzieć, że gdyby się oderwał od drogowskazów i po prostu poszedł do wioski, to przy kościele znalazłby być może jeszcze schronisko takie, jakie przedtem wszędzie spotykał na drodze. Ale i to nie zawsze, bo niekiedy maszyny noclegowe wypchnęły już z wiosek tradycyjne schroniska kościelne.

Te nowe schroniska nie są nawet specjalnie drogie, nie kosztują wprawdzie co łaska i nie ma już wszechobecnej przedtem ceny 5 euro, ale ich cena jest jeszcze do przyjęcia, 7-8, czasem 10 euro. Schroniska są sterylnie czyste, ale nie ma w nich dbałości o wędrowca i poczucia wspólnoty.

Smutno już teraz i w drodze, i wieczorem, tęskno za takimi schroniskami jak Belorado, Bercianos, St. Nicolaus czy Ruitelan, a te tutaj jeszcze jakoś tak ulokowano, że jutro trzeba przejść 30 kilometrów, a ostatniego dnia tylko 20, i nie można sobie tego ułożyć inaczej. Po drodze nie ma sklepów, czyli musisz, Wędrowcze, jeść w barach i restauracjach, a kawa, którą ci tu zaoferują i która zawsze już kosztuje 1 euro, nie ma przejrzystości bursztynu i zapachu mokki, lecz urąga swojej nazwie.

Ciekawe, że przyroda współgra z ludzkimi czynami, bo zmieniły się też rzeki. Zniknęły czyste, szybkie potoki górskie, pojawiły się szerokie, leniwe rzeki o czarnej wodzie. Na ostatnie 50 kilometrów wchodzisz do Hadesu, Wędrowcze.

Uwaga, fotka z internetu, ta postawna blondynka to nie ja

Z obserwatorium zwykłej baby…

Krystyna Koziewicz

Ten pierwszy raz

Moja jesień życia upływa często na przywoływaniu wspomnień z przeszłości, wtedy gmeram w pamięci, która przepuszcza życie przez sito i zostawia tylko to, co sama uznała za szczególnie ważne. Tym niemniej – przeżyte chwile nie giną, niektóre ślady znikają na długo, ale nigdy nie wiadomo, kiedy i dlaczego wybudzą się z przeszłości? Im odleglejsze są wspomnienia, tym częściej retuszują przykrości naszego życia i jest to bardzo dobre dla higieny mózgu. Ta sama zasada sprawia, że przyjemności są przekoloryzowane i całe szczęście, bo przynajmniej jest się z czego cieszyć.

Tak to niekiedy jest, gdy w głowie pojawia się uparta myśl o kimś lub o czymś. Za każdym „słowem” kryje się jakieś „ty” a wraz z nimi przeżycia.

Koniec wstępu!

O tej porze roku, kiedy zimowe miesiące nie zachęcają do dłuższego wychodzenia z domu, wtulamy się w ciepły kocyk i jeśli nie czytamy książki czy gazety, to oglądamy telewizję albo po prostu rozmyślamy, o czasie teraźniejszym i tym przeszłym. Przyszłość bywa zawsze pod znakiem zapytania, lepiej więc o niej w dzisiejszych niespokojnych czasach nie myśleć!

W lutym młodych ludzi ogarnia szaleństwo z powodu zbliżających się Walentynek, dnia świętego Walentego – czyli święta zakochanych. Nasze pokolenie ma raczej dystans to tego dnia, natomiast młodzi już nie. Owszem, co niektórzy mężczyźni są trendy kupują swojej ślubnej czy przyjaciółce prezencik lub wręczają serduszkowce co nieco. Wszak nie wypada samemu nie wręczać, kiedy wokół biegają po mieście panie i panowie z bukiecikami.

Ulegając czarowi święta zakochanych, zaczęłam szperać we wspomnieniach i tak oto przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek, moje pierwsze przejawy zakochania.

Wspomnę tylko, że dawniej było całkiem inaczej. Na randki chłopak przychodził zawsze z jakąś miłą niespodzianką, rzadko z gołą ręką. Gdzieś tam w zanadrzu, za plecami skrywał niespodziankę w postaci zerwanego po drodze kwiatka lub zakupionej w kwiaciarni różyczki. Oficjalnie nie witano się całuskami, ten intymny akt był skrywany i zarezerwowany wyłącznie dla dwojga ludzi. Publiczne całowanie się było mocno piętnowane, bo co by ludzie powiedzieli? – powtarzała moja babcia.

I tak odtwarzając obrazy z młodości przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek i właśnie o nim postanowiłam napisać na Blog Ewy z okazji Św. Walentego – patrona zakochanych.

Może to temat niepoważny dla mego wieku, ale co tam? Przecież ten dzień trąci słodkim infantylizmem, nieprawdaż?

Wracajmy do wspomnień…

A było to tak! Każdego roku na wakacje jeździłam do babci Ani na wieś. W roku pierwszego zakochania miałam 13 lat. Do sąsiadów za płotem przyjechało dwóch studentów z Krakowa, którzy często grywali w piłkę. Jak to z piłką często bywa, wpadła nie tam gdzie była wyznaczona bramka, a daleko obok. No i wpadła do babcinego ogródka, początek naszej znajomości rozwiązał więc sam przypadek, los można by rzec. Od tego momentu zaczęła się nasza wspólna wakacyjna przygoda. Razem chodziliśmy do lasu na jagody, kąpaliśmy się w rzece, zrywaliśmy porzeczki, czereśnie, wiśnie lub godzinami przesiadywaliśmy na ganku.

Ich było dwóch, a ja jedna. Mieli to samo imię – Andrzej.

Pewnego razu pojawił się w naszej zagrodzie tylko jeden Andrzej, ten wyższy, bo mniejszy poszedł do miasta na pocztę. Siedziałam na długich belach drzew. Rozweselony kolega dosiadł się, chyba trochę zbyt blisko. Dziwnie się zachowywał, za bardzo kierował wzrok prosto w oczy i wcale nie wyglądało na to, że chodzi mu o kolor. Patrzył zupełnie inaczej niż zwykle. Wtedy po raz pierwszy poczułam w sercu coś takiego jak zauroczenie. Wstydziłam się jednak dać odczuć, by się nie kapnął.

Nie pamiętam, bym do tego czasu patrzyła na chłopaka takim wzrokiem. Przysuwał się do mnie coraz bliżej i bliżej, aż w pewnym momencie o mało nie wylądowałam na trawie. Zabezpieczając mnie przed upadkiem, chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie, cmokając w prosto w usta. No i stało się to, czego się najmniej spodziewałam. Zaczął mocno przyciskać usta, że brakowało mi tchu. Wystraszona, przerażona wyrwałam się w jego rąk, bo zrobiło mi się strasznie gorąco, a usta zaczęły rozgrzewać się, jak farelka. Szybko pobiegłam do pokoju, sprawdzając w lustrze, czy czasem babcia nie zmiarkuje, co zrobiłam? Na szczęście nie było śladu. Przyjemność jednak odczuwałam i to sobie na zawsze zapamiętałam…

krysia-buziakiDrugi Andrzej był mniej śmiały, choć wyczuwałam, że był mną bardziej zainteresowany. Po wakacjach tylko z tym drugim kontynuowałam znajomość, a przetrwała ona okres szkoły średniej aż do ukończenia studiów.

Zasypywał mnie listami, od czasu do czasu odwiedzał mnie w internacie, akademiku. Byłam nawet na świętach u jego rodziców, ale nie wyszła nam nasza wspólna przyszłość. Po tej wizycie kontakt urwał się prawie na pół wieku.

To jeszcze nie koniec naszej historii.

Traf chciał, że dwa lata temu brałam udział w warsztatach niedaleko Krakowa. Napisałam na stary adres wiadomość, że będę w tych i tych dniach tam i tam. Czas mijał, a on się nie pojawiał.

Przyszedł jednak! Byłam w holu na przerwie. W pewnym momencie podszedł do mnie nieznany mi mężczyzna, pytając, czy wiem, gdzie jest pani… i tu wymienił moje nazwisko. Kiedy oznajmiłam, że to ja, zaraz po oczach rozpoznałam dawnego Andrzeja. Oczywiście ucieszyłam się ze spotkania, on chyba też?

Początek naszej rozmowy nie kleił się, ale po chwili wszystko było po staremu. Dużo opowiadaliśmy o swoim udanym i nieudanym życiu. Przyznał sie, że byłam w jego życiu tą jedyną, z którą chciał się ożenić. Po tym wyznaniu cały dzień miałam z „głowy”, podekscytowana rozmyślałam o moich życiowych wyborach. Było… minęło…

***
Wracając wspomnieniami do pierwszego pocałunku, z ciekawości zapytałam znajomych, co oni przeżywali i co z tego zapamiętali? Otóż, znajoma mając 11 lat bawiła się na podwórku z kolegą Marynkiem. Mieszkali w tym samym bloku, więc często razem wracali do domu. Któregoś razu niespodziewanie przycisnął ją do siebie i pocałował w usta. Wystraszona, szybko pobiegła do mamy i z drżącym głosem zapytała, ”czy się z tego urodzi dziecko, bo mnie Marynek pocałował?”

Z kolei kolega Marek mając 14 lat grywał z koleżanką szkolną w ping ponga. Po jakimś czasie dziewczyna zaczęła częstować go ciastkami, czekoladkami, sokami owocowymi. Wieczorami siadywali razem na ławce. Pewnego razu nieoczekiwanie usiadła mu na kolanach i zaczęła go namiętnie całować. Jak sam powiada – było mu wtedy tak bardzo przyjemnie, że od tej pory gnał na spotkania, by zażywać rozkoszy pocałunków.

Całkiem odmienne odczucia przy pierwszym pocałunku miał znajomy – Władek. Nie odczuwał żadnej przyjemności. Wręcz odwrotnie, już od samego początku ogarnęło go obrzydzenie. Od tej pory unikał kobiecych ust jak diabeł święconej wody. Czasami tylko, jeśli bardzo zależało mu na kobiecie, zmuszał się do całowania, ale za każdym razem mocno wycierał usta. Niechęć do całowania w usta pozostała mu do dzisiaj.

Zapytałam jeszcze innych, ale twierdzili, iż nie było to dla nich nic szczególnego, byli raczej wystraszeni po szybkim i krótkim akcie cmoknięcia. Wystraszeni, każdy uciekał w swoją stronę.

Trudno się dziwić, że nie wszyscy pamiętają swoje pierwsze uniesienia, ale jeśli macie ochotę się nimi podzielić, to proszę bardzo…

***

Dwa PS od Redakcji

1/ Krysia zapytała i mnie o pierwszy pocałunek – niestety ze wstydem muszę przyznać, że nie mam pojęcia z kim i kiedy. Podejrzewam, że mogło to się zdarzyć na opisanej TU prywatce. Natomiast bardzo dobrze pamiętam pierwszego chłopaka, w którym się zakochałam. Miałam cztery lata, a on się nazywał Andrzej Jagodziński! Pamiętam jak dziś! Siedzieliśmy w przedszkolu na podłodze i turlaliśmy do siebie piłkę. Andrzej miał ciemne włosy i ciemne oczka. 

2/ Farelka – Krysia użyła słowa farelka, a ja myślałam, że to jakiś jej śląski regionalizm, tymczasem Wikipedia podaje po prostu, że jest to termowentylator.  No proszę.

 

Nie jesteśmy sami na świecie

Mirka opisywała już tu cały swój rok 1944, teraz skoncentrowała się tylko na maleńkim fragmencie tego, co się wtedy zdarzyło…

…pierwsze dni w celi

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do “budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to,co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie “wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w “cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała “gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła  gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, “pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: “w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie

***

Droga Autorko, oto znalezione w Wikipedii wyjaśnienie nazwy “Serbia”: Budynek wzniesiony został w latach 1830-1835 z przeznaczeniem na więzienie kryminalne dla kobiet. W latach 1877-1878 mieścił się tu szpital wojskowy, a od prowadzonej wtedy wojny rosyjsko-tureckiej (tzw. serbskiej) uzyskał swą obiegową nazwę.
Na zdjęciu poniżej jest to ten wolnostojący budynek w głębi po lewej.

Przemiany (Wandlungen)

Dariusz Kacprzak Przemiany / Wandlungen

auf deutsch siehe: wandlungen-in-stettin

GPS_18596 CorinthLovis Corinth, Odyseusz i Nauzykaa, 1918, litografia, papier, 378 x 507 (453 x 561), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa, zorganizowana przy współpracy Fundacji Ernsta Barlach w Güstrow, prezentuje wielowątkową panoramę sztuki niemieckiej drugiej połowy XIX i pierwszych dekad XX wieku. Sztuka ta rozwijała się w wielu ówczesnych centrach twórczych – Monachium, Düsseldorfie, Berlinie, Dreźnie, Wiedniu, Stuttgarcie, jak i w wielu odległych od nich koloniach artystycznych, reprezentujących rozmaite tendencje, kierunki i prądy artystyczne – od późnego romantyzmu przez symbolizm, impresjonizm w swej szczególnej niemieckiej odmianie, wyróżniający się na tle europejskim niemiecki ekspresjonizm po właściwy dla kraju nad Renem, Łabą i Szprewą nurt Nowej Rzeczowości.

GPS_18265 NoldeEmil Nolde, Hamburg. Pomost portowy, nie wcześniej niż 1914 (według wersji 1910), akwaforta, akwatinta, gruby papier welinowy, 312 x 412 (450 x 650), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Na wystawie obejrzeć można grafiki wyszystkich wybitnych artystów niemieckich, jak Maks Liebermann, Käthe Kollwitz, Maks Klinger, Lovis Corinth, Maks Pechstein, Maks Slevogt, Emil Orlik, Egon Schiele, Otto Hettner, Emil Nolde, Ernst Barlach, Alfred Kubia, Paul Klee, Alexander Kanoldt.

Autorzy wystawy piszą, że oferują one wędrówkę po zakamarkach niemieckiej duszy, której przewodnikiem mianowany został Ernst Barlach, a ściślej – jego cztery książki opublikowane w berlińskiej oficynie Paula Cassirera. Ich tytuły – traktowane zarówno dosłownie jak i metaforycznie – stały się inspiracją dla autorów polsko-niemieckiego przedsięwzięcia oraz określiły dukt myśli nad wystawą i publikacją: „Przemiany Boga”, „Czas wojny i niedoli”, „Do radości” oraz “Głowa”.

GPS_18226 kollwitzKäthe Kollwitz, Śmierć z kobietą na kolanach, 1920/1921, drzeworyt, papier czerpany, 241 x 287 (340×460), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Grafiki w cyklu „Przemiany Boga” to panteistyczne dostrzeganie Boga we wszelkich przejawach istnienia świata w sztuce – materialnego i duchowego, ludzkiego i pejzażowego. Wśród wybranych kompozycji cyklu „Czas wojny i niedoli” znalazły się charakterystyczne dla sztuki przełomu XIX i XX wieku prace opowiadające o sytuacjach egzystencjalnych, w których człowiek osaczony jest przez niszczycielskie siły fizyczne i moralne. W cyklu „Do radości” umieszczono różnie rozumiane obrazy świata idelistycznego od sielanki inspirowanej kulturą antyczną,  poprzez biblijny raj, po namiastkę raju czyli egzotyczne podróże. W cyklu „Głowa” zaś obok portretów uczonych i artystów znajdują się twarze osób nieznanych, czasem anonimowych.

GPS_18206 OrlikArtyści przełomu wieków nie szukają nowej ideologii, zajmuje ich raczej poszukiwanie nowej formy, która jest najważniejszym wyznacznikiem nowych grup i formacji. Secesja to nie przewrót ideologiczny, to walka o własne, indywidualne, nowe sposoby wyrazu, wyzwolone ze sztywnego gorsetu konwenansu i mieszczańskich upodobań. Artysta szuka inspiracji poza konwencja, w innym miejscu, w innym czasie.

Emil Orlik, Feluka na Nilu,1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby papier welinowy w tonie kremowym, 297 x 199 (399 x 293), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa stanowi swego rodzaju kontynuację projektu „1913. Święto wiosny”, gdyż w dużym stopniu oparta jest na dziełach grafiki zgromadzonych przez Waltera Riezlera, pierwszego dyrektora szczecińskiego muzeum, admiratora i propagatora twórczości współczesnych mu awangardowych niemieckich artystów.

***
Wystawie towarzyszy bogato ilustrowany dwujęzyczny katalog, który prezentuje sylwetki artystów, a poprzez ich losy zarysowuje panoramę życia twórczego w Europie Środkowej na przełomie XIX i XX wieku.

GPS_18245 KanoldtAlexander Kanoldt, Hiddensee IV, 1927, litografia, cienki papier japoński, 303 x 454 (373 x 514), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak