Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Tomasz Fetzki

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Jest niewielka, niepozorna i na dobrą sprawę można ją przeoczyć. Nic nie wskazuje na to, że do wybuchu ostatniej wojny ta osada nad Strwiążem, dopływem Dniestru, była jedną z największych i najbogatszych wsi w okolicy. Właściwie małym miasteczkiem: niemal półtora tysiąca mieszkańców, kościół, cerkiew, synagoga, ukraińska spółdzielnia przetwórstwa drzewnego, biblioteka oraz świetlica, polskie gniazdo organizacji Sokół. Wszystko dzięki doskonałemu położeniu, a zwłaszcza stacji kolejowej obsługującej tak ruch pasażerski jak i towarowy. Potem nadciągnęła zawierucha wojenna, część mieszkańców zginęła, część mniej lub bardziej dobrowolnie wyjechała, zaś w 1945 roku wioska znalazła się w strefie nadgranicznej… tyle, że po sowieckiej stronie granicy, która przecięła też linię kolejową, niwecząc jej znaczenie. Gdy zaś przyszedł roku 1951, w wyniku braterskiej wymiany terytoriów między naszym krajem a ZSRR (złoża węgla wokół Sokala w zamian za dzikie nieużytki okolic Ustrzyk Dolnych i Lutowisk; aż się prosi, by, wraz z Mozambickimi czworaczkami, zawołać: wy nam węgiel, my wam banana!) Krościenko – gdyż o nim oczywiście mowa – znalazło się na powrót w Polsce, ale znów w pobliżu granicy, która przebiega teraz niecały kilometr na wschód od wsi. I w tym kierunku podąża Viator, lecz na Ukrainę się nie wybiera. Nie tym razem, bo teraz ma na uwadze inny cel, który go już zresztą od dawna przyciągał, tylko jakoś tak dotąd nie złożyło się. Skądinąd, rozleniwiony faktem zamieszkiwania w strefie Schengen, od kilku lat nie może się Wędrowiec zebrać w sobie i wyrobić nowego paszportu.

Zatrzymać się trzeba zaraz za wioską. Oznakowanie, jakkolwiek niepozorne, jednak istnieje. Mały placyk typu klepisko, żadnego utwardzenia. Tam zostawia Viator samochód i pozostałe dwieście metrów pokonuje piechotą. Ścieżka zarośnięta i zaniedbana, ponadto trzeba naprawdę uważać, bo z obu jej stron rosną gąszcza wysokiego na ponad dwa metry barszczu Sosnowskiego. Monstrualne baldachy chwieją się przy najlżejszych podmuchach wiatru, grożąc poparzeniem. Ale czymże jest uraz spowodowany przez kontakt z Heracleum sosnowskyi, skoro w powietrzu unosi się coraz silniej zapach ukąszenia heglowskiego!

Jesteśmy na miejscu. Brama w miarę solidna, ale na szczęście furtka otwarta: nie będzie musiał Viator szukać dziury w płocie, tak, jak kilka dni wcześniej zmuszony był uczynić, aby się dostać na teren bejt-olam w Bobowej. Bo wejść tam musiał – innej opcji nie było. Tutaj bez problemu przekracza bramę, ozdobioną dwiema biało-błękitnymi chorągiewkami; dla pełnej jasności: miniaturami greckiej flagi państwowej.

Barwy narodowe Hellady gdzieś pośród beskidzkiej zieleni.

Cmentarz, by użyć ryzykownego sformułowania, czasy świetności ma już za sobą. Regularne pochówki ustały prawie czterdzieści lat temu, choć znaleźć można i groby XXI-wieczne. Trawa tudzież inne zielsko pleni się tutaj swobodnie i radośnie. Ale nagrobki zachowały się, generalnie, w przyzwoitym stanie. Napisy można odczytać bez problemu.

Bez problemu, o ile się, rzecz jasna, zna alfabet grecki. A jeśli nie, to też nie ma sprawy, bo większość inskrypcji oddano również łacinką.

Czas najwyższy, aby się Viator wytłumaczył z ewokowania woni heglizmu, którą jakoby da się tu wyczuć. Rzecz w tym, iż Grecy w Krościenku nie wzięli się przecież znikąd ani bez przyczyny.

Lata 1946-1949 nie były dla Hellady epoką wytchnienia po okrutnej nazistowskiej okupacji. Dwa różne pomysły na urządzenie państwa i społeczeństwa stały się przyczyną krwawego starcia, zwanego grecką wojną domową. Jak w wielu innych konfliktach tamtej złej, chorej na ideologię i nienawiść epoki, zwarły się w boju siły monarchistycznej prawicy z republikańską (a często komunistyczną) lewicą. Obie strony, tak jak wcześniej miało to miejsce choćby w Hiszpanii, stosowały terror, żadna nie wyszła z tych zmagań czysta. Armia królewska, dzięki poparciu Wielkiej Brytanii i USA, ostatecznie zwyciężyła. Liczni, naprawdę liczni czerwoni wraz z rodzinami musieli opuścić ojczyznę. Niemal piętnaście tysięcy z nich przybyło do Polski, zatrzymując się głównie na Dolnym Śląsku, zwłaszcza w Zgorzelcu. Po wspomnianej już tak zwanej korekcie granicy pewną ich część osiedlono w Krościenku i okolicznych wioskach. Niby dlatego, że górzyste okolice miałby im przypominać rodzinną Tesalię czy Macedonię, łagodząc gryzącą nostalgię. Inna rzecz, że coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić, a dobrowolnie mało kto chciał wtedy tutaj przyjechać.

Zamieszkali przeto wśród podkarpackich pagórków, założyli spółdzielnię rolniczą Nea Dzoi czyli Nowe Życie, hodowali owce, uprawiali ziemię i próbowali sobie rzeczywiście życie na nowo ułożyć. Dominowali w miejscowym pejzażu społecznym do roku 1974, gdy większość z nich, korzystają z politycznych przemian w Grecji, wróciła do starej ojczyzny.

Niektórzy twierdzą, że świadomość, zdolność myślenia i refleksji, to nasze błogosławieństwo, inni – że przekleństwo. Jedno jest pewne: dar to uciążliwy i męczący. Stoi Viator pośród greckich nagrobków i myśli, myśli… choć wie, że odpowiedzi na swe pytania nie znajdzie. Bo jak sprawiedliwie i uczciwie zważyć, rozsądzić oraz ocenić tamte zwariowane czasy, trudne wybory życiowe, zaangażowanie, poświęcenie i ofiarę? Nie chodzi o oczywiste, jednoznacznie godne potępienia biografie czerwonych katów i cynicznych komunistycznych oprawców; dyskusja o nich jest zbędna. Ale co począć z tysiącami, jeżeli nie milionami tych, którzy szczerze wierzyli w nowy, lepszy świat i o niego walczyli? Gdyby wiedzieli wtedy to, co my wiemy dzisiaj, może wybraliby inaczej. A może nie. Zmarnowali najlepsze lata czy też nie? Powinni się wstydzić, czy przeciwnie – mają powody do dumy?

Kiedy myślimy o greckich komunistach i innych lewicowcach, musimy pamiętać o kilku ważnych sprawach. O ile chcemy, by nasza ocena była choć w miarę sprawiedliwa. Przede wszystkim spróbujmy się wczuć w ich sytuację: co my byśmy zrobili, gdybyśmy mieli okazję patrzeć, jak degeneraci, którzy jeszcze niedawno przez kilka lat gorliwie wysługiwali się hitlerowskim okupantom, uczestnicząc w prześladowaniu własnego narodu, teraz, jakby nigdy nic się nie stało, wracają do łask, więcej – stają się podporą nowego ładu? Po której byśmy stanęli stronie? A te szuje jeszcze kilka razy pokazały, na co je stać! Długo nie mogli przyjąć do wiadomości, że ich czas minął. Wszak ostatnim, excusez le mot, odbiciem tej czkawki, wybitnie sfermentowanej i nieświeżej, były jeszcze rządy czarnych pułkowników. To dopiero po ich upadku emigranci mogli bezpiecznie powrócić do domu. I o tym zapominać nie wolno. Poza tym warto mieć świadomość, że bojownicy Demokratycznej Armii Grecji w żadnym razie nie mogą być nazwani sowieckimi pachołkami. Walczyli na własny rachunek. Cień górala kremlowskiego tutaj nie straszył, bowiem ten, który palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa, a słowo mu z ust pudowym ciężarem upada, do spraw greckich się nie mieszał, oddając kraj aliantom zachodnim; dość miał do połknięcia i strawienia terenów bardziej na północ.

W centrum Krościenka wznosi się niepozorny pomnik. Postawili go miejscowi Grecy; przyjrzyjmy się, czyją pamięć sławi.

NIKOS BELOJANNIS CZŁONEK KC KPG
DZIAŁACZ MIĘDZYNARODOWEGO RUCHU ROBOTNICZEGO
BOHATER NARODU GRECKIEGO URODZ. 1915
STRACONY 30.III.1952
PRZEZ REAKCYJNY RZĄD GRECKI

Z Krościenkiem Nikos może i nie miał wiele wspólnego, ale z Polską jak najbardziej: tutaj przebywał czas jakiś jako emigrant. Mógł sobie bezpiecznie mieszkać dalej, ale tęsknota i poświęcenie sprawie pchnęły go do powrotu. A w ojczyźnie czekał na niego ustawiony polityczny proces i egzekucja, mimo, że na całym świecie protestowali przeciw niej ludzie, których często trudno posądzić o najmniejszą choćby sympatię dla komunizmu. Powszechnie znana jest wszak znamienna refleksja prawosławnego arcybiskupa Aten, Spirydona: Jestem głęboko poruszony etyczną wielkością Belojannisa. Przewyższa nawet tę u pierwszych chrześcijan, jeśli zważyć, że Belojannis nie wierzy w istnienie życia po życiu.

Niewątpliwie liczni mieszkańcy Krościenka znali Belojannisa osobiście. Ich zdaniem zasłużył na pomnik. Nie tylko ich zdaniem: monumentów Nikosa powstało więcej. Ewo Mario, wy tam w Berlinie też macie takowy, nieprawdaż? (Ależ tak – proszę bardzo – na dziedzińcu Wyższej Szkoły Technicznej w dzielnicy Treptow, czyli na terenie dawnego Berlina Wschodniego – EMS)

4 NikosZdjęcie Belojannisa wykonane podczas procesu. Sławny Mężczyzna z goździkiem, inspiracja dla wielu artystów, zwłaszcza dla Picassa.

I jak oceniać takich ludzi, ich biografie, wybory życiowe, ideały? Nic tu nie jest proste ani łatwe. Viator tego nie rozstrzygnie. Czy ktoś uczciwie powie, że potrafi?

Jedno wszakże uczucie rodzi się w Viatorze z całą pewnością na greckim cmentarzu w Krościenku. I to pomimo świadomości kontrowersji oraz zażenowania, jakie może budzić znajdująca się tam symbolika. Szacunek. Dla wierności dochowanej ideałom.

Mia dzon dosmene eton agona – całe moje życie jest walką (Mirka, dzięki!) Tak chciał być zapamiętany Ewgenis Cironis, takim go przeto pamiętajmy. A gwiazda i tak odpadła, więc nie przywiązujmy do niej wagi.

Ale Ewgenis to jeszcze nic! Ostatecznie odszedł młodo, może i nie miał czasu, by się rozczarować. Co innego ten naprawdę spiżowy komunista, który zmarł w Krościenku w wieku 75 lat. Od pewnego czasu można było bezpiecznie wracać pod błękitne niebo Hellady, lecz dla niego było już na to chyba zbyt późno, zapewne ze względu na wiek. Ale swą wiarę zachował do końca. Szacunek!

Chodzi o nagrobek pośrodku. Symbolika aż bije po oczach. Przynajmniej Viatora. A was?

Jeszcze jedno, na koniec. Przypatrzcie się krzyżowi na sąsiednim nagrobku. Można razem? Można!

Czy WIECZNY, tego Viator nie wie; ale ODPOCZYNEK – z całą pewnością. Zasłużyli.

 

 

Z sadów Pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 6

Andrzej Rejman

Jeszcze o Powstaniu Warszawskim

Antoni_Baniewiczna fot. Antoni Baniewicz

O Powstaniu mógłbym pisać jeszcze długo, ale kończy się sierpień, miesiąc powstańczy, i mimo, iż Powstanie trwało jeszcze do października, wypada zakończyć ten cykl właśnie teraz.
Można i trzeba napisać tym razem o Antonim Baniewiczu, który zginął ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu, na Placu Henkla.
Po jego śmierci – matka, Salina ze Stachowskich Baniewiczowa, napisała do swego syna dziesiątki wzruszających wierszy, przesyconych niewypowiedzianym smutkiem, cierpieniem i rezygnacją.
Kilka z nich przytaczam:

W OSAMOTNIENIU

Nie widzisz synku, jak w blasku księżyca
Lśni bladą poświata warszawska ulica
Jak gwiazdy się złocą na ciemnym niebie
I nie wiesz jedyny, jak brak jest Ciebie.

Zawsze i wszędzie, bo nawet we śnie
Twą nieobecność odczuwam boleśnie;
Lecz w chwilach ekstazy – krótkimi błyskami
Przesuwa się przeszłość przed mymi oczami;

To uśmiech Twój młody w oddali zabłyśnie,
Umarłą radością na ustach zawiśnie;
To wzrok Twój wnikliwie zajrzy do duszy
I jasnym spojrzeniem cierpienia rozprószy;

To niespodziewany ruch Twojej reki
wskaże skąd płyną akordów dźwięki…
I głos Twój usłyszę w znajomej piosence…
I serce zapłonie w niemej podzięce…

A potem raptownie świadomość powraca
I drogi Twój obraz we mgle sie zatraca,
I słowo Twe ginie w złowrogim milczeniu,
I znowu trwam dalej w osamotnieniu.

Warszawa, 1951 r.

ŻYCIE

Życie, jak akord – dopóki dźwięczy,
Dopóty śpiewa o pięknie,
Dopóki się skrzypek grając nie zmęczy
Dopóki struna nie pęknie.

Życie, jak okręt burzami miotany,
Ogromnym płomieniem właśnie,
Po chwili małą iskierka z oddali
Żarząc się – nagle zgaśnie.

W ogniu tym płoną młodzieńcze wierzenia,
Wysiłki, porywy, nadzieje,
A potem popioły ludzkiego istnienia
Czas po cmentarzach rozwieje.

Życie przemija, jak obłok w lazurach
Gnany przeznaczeń wiatrami,
Aż się zupełnie rozpłynie w chmurach,
Lub deszczem zapłacze czasami.

Życie przemija, jak wonny kwiat róży
Zerwany dla czyjejś swawoli;
Następnie, rzucony do brudnej kałuży,
Zdeptany – umiera powoli.

Życie przemija, jak sen niespokojny,
Jak myśl rannego żołnierza,
Chociaż on ginie w pogromie wojny,
Lecz dalej walczyć zamierza.

Życie przemija wśród majaczenia
Pospolitego człowieka,
Który przed wizja krwawego wspomnienia
W panicznym strachu ucieka;

Który za złudnym szczęściem w pogoni
Gnie się, jak trzcina wiotka;
Którego żaden wróg nie dogoni
I żaden przyjaciel nie spotka.

Warszawa, 1950 r.

TY I JA

Było nas tylko dwoje:
Ja i ty
Nas omotały zwoje
Krwawych dni.

Nam nie oszczędziły losy
Mgieł i burz
I naszych ofiar stosy
Spłonęły już.

Wzdłuż naszej drogi legły
Ślady kul,
A naszej doli strzegły
Rozpacz i ból.

Rozwiały się synku, Twoje
Wiośniane sny…
Było nas tylko dwoje
Ja i ty.

Wsłuchując się w dziwne dźwięki
Dalekich ech,
Słyszę w nich ciche jęki
i głośny śmiech

Słyszę w nich szał powstania
Szyderstwa zgrzyt,
I krzyk, gdy śmierć pochłania
Zwycięstwa mit.

Po Tobie biedne moje
Serce łka…
Było nas tylko dwoje:
Ty i ja.

Warszawa, 1/VIII/1949

CHCIAŁABYM…

Jak kropelka przejrzysta, przez ocean wchłonięta –
Rozpłynęło się twoje odbicie,
Bo o Tobie Syneczku już nikt nie pamięta,
Nawet ta, którąś kochał nad życie.

Tylko serce moje, chore, sterane,
Samotne – tęskni i boli,
Jedynie w nim są skoncentrowane
Wspomnienia o twojej doli.

Niedługo już syneczku, imię Twoje jasne
Będzie się błąkać po świecie
Gdyż wkrótce zapewne i ja wreszcie zasnę,
A czas szybko w nicość nas zmiecie.

Kirem żałobnym twa młodość okryta,
W krwi bohaterskiej skąpana,
W szaleńczej walce o wolność zabita,
Zniknęła, jak fata morgana.

Chciałabym jednak, by po wielu latach
Z tych smutnych wierszy właśnie,
Obraz Twój się wynurzył w purpurze i kwiatach,
Jak piękne, cudowne baśnie.

Byś znowu na ziemię wówczas powrócił,
Zamieszkał w rodaków westchnieniu,
I żebyś to, coś w boju porzucił –
Odzyskał w ich polskim sumieniu.

Warszawa,1949 r.
________________________________________________________________
Salina Baniewicz (ze Stachowskich), matka Antoniego Baniewicza, który walczył i zginął na Żoliborzu ostatniego dnia Powstania Warszawskiego.
Zmarła w 1976 r., pochowana na Powązkach.
Salina Baniewicz mieszkała przed wojną na Żoliborzu, po wojnie w budynku narożnym na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła II i Al. Solidarności.
Wszystkie zapiski, listy i dokumenty znalazły się po jej śmierci w Archiwum Państwowym Miasta St.Warszawy pod sygn. 345/72/1670/0 Zbiór Saliny Baniewicz 1948-1976.

Pierwsze kopie maszynopisu swoich wierszy oraz pierwsze wydanie wydanej tuż po wojnie krótkiej broszurki poświęconej poległemu synowi, Salina Baniewicz przekazała Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci, z którą łączyła ją przyjaźń jeszcze sprzed okupacji.

ANTONI Adam B A N I E W I C Z (1923-1944)
(pseud. WILCZYŃSKI), jedyny syn Juliusza i Saliny ze Stachowskich, urodził się 11 listopada 1923 roku.

Od wczesnego dzieciństwa rósł i uczył się w Warszawie, na Żoliborzu.

Po ukończeniu prywatnej szkoły powszechnej sióstr Zmartwychwstanek, był wychowankiem Gimnazjum im. ks. J. Poniatowskiego.

Wakacje, spędzane przeważnie w górach (obóz „Beskid” YMCA), lub nad Wigrami, zapoznawały go z pięknem przyrody polskiej, wzmacniały fizycznie, doskonaliły w sporcie pływania.

Wojna zastała go we wrześniu 1939 roku jeszcze jako 15-letniego ucznia z promocją do klasy IV.
Lata okupacji to okres bezustannej, nerwowej, ofiarnej pracy konspiracyjnej, której poświęcał dużo energii i czasu, jednocześnie kształcąc się na kompletach, zorganizowanych przez profesorów gimnazjum na Żoliborzu (IV klasa, a potem dwie licealne).

Wiara w słuszność i świętość sprawy, wielkie umiłowanie umęczonego kraju, wreszcie chęć zemsty za pomordowanych przyjaciół – dodawały mu sił i odwagi. Jakże często idąc na spotkanie śmierci, słyszał życzliwe przestrogi wiernych mu towarzyszy, żeby był ostrożniejszy, żeby tak bardzo nie narażał życia swego.

W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ukryć nikogo ani nic schować, uczył się, przygotowując się do egzaminów w podchorążówce.

Powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się tamże komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji.

Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11), pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka.

Mijały długie, straszne lata niewoli i zwyrodniałego barbarzyństwa hitlerowskiego, wchłaniając najpiękniejszą młodość, najszlachetniejsze porywy, siejąc śmierć, zniszczenie i zagładę. Podczas masowych łapanek, tortur, egzekucji pałało bezsilną żądzą odwetu biedne serce Antosia.
Pierwsze wystrzały powstańcze 1 sierpnia 1944r. zastają go z plecakiem na ramionach, gotowego nieść swe młode życie w ofierze.

Z początku kwaterą jego jest tzw. ‘FENIX’ na placu Wilsona, potem – dolny Żoliborz (ul. Promyka), skąd po kilku tygodniach krwawych walk i wypadów, po zbombardowaniu i zrównaniu z ziemią tej dzielnicy, pluton jego zostaje przeniesiony w okolice O.P.L.-a.
Szerzy się epidemia czerwonki. Ciężko chory, w gorączce – przychodzi do domu, mając zwolnienie lekarza wojskowego na 6 dni… lecz po dwóch dniach wraca do towarzyszy broni, chwiejąc się i zataczając z osłabienia.
Głodny, spragniony, wyczerpany – potrzebuje snu i wytchnienia. Zmęczone oczy beznadziejnie śledzą krążące nisko samoloty. Dłonie bezradnie ściskają karabin i granaty – przerażająco małe, niepotrzebne zabawki wobec rozrywających się dookoła bomb i pocisków ogromnych.
W pobliżu płonie dom, na wpół już zburzony, a w nim nieszczęśliwa matka, prawie nieprzytomna z rozpaczy i trwogi o swego jedynaka, wzywa go i błogosławi. Lecz on nie odejdzie stąd, on wytrwa tu do końca.

Otoczona murem ziejących ogniem czołgów, wśród gradu kul, wśród ogłuszającego huku dział morza płomieni, walczy jeszcze garstka powstańców.

Żeby umożliwić odwrót i ocalenie znajdującym się w klasztorze rozbitkom, dwaj chłopcy („Wilczyński” i „Ernest”), w opuszczonym przy placu Henkla okopie usiłują powstrzymać to ostatnie natarcie. Lecz na ratunek im nikt już nie spieszy i nikt nie widzi męczarni ich konania…
Złączeni bezgranicznym poświęceniem, odwagą, braterstwem przelanej razem krwi, porzuceni, samotni, nie pogrzebani, leżą cicho i spokojnie obok siebie, nie zrywając się do boju na odgłos wroga, nie doznając upokorzenia z powodu strasznej klęski, nie czując już krzywd żadnych, ani bólu…

Tak poległ w przededniu kapitulacji Żoliborza 29 września 1944r., dwudziestoletni Antek BANIEWICZ – „Wilczyński”, nazywany „Promykiem Plutonu”.
I otuliła go w jednej ze zbiorowych mogił ta smutna, szara ziemia żoliborska, po której biegał, będąc małym dzieckiem, którą kochał, którą napoił swoja serdeczną krwią, w obronie której zginął…

Ekshumacja w jesieni 1946 r. przerzuca go już po raz ostatni – na kwaterę „Żywiciela” na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Salina Baniewicz
(fragment broszury wydanej prywatnie przez matkę Powstańca w 1948 roku)

Grob_Baniewiczow_na_Powazkach_w_Warszawie_fot_lata_60teGrób rodziny Baniewiczów
i Stachowskich na warszawskich Powązkach (fotografia wykonana jeszcze przed śmiercią Saliny Baniewicz)

Przedruk: My, Żydzi polscy

Nie ma najmniejszego powodu, dla którego właśnie dziś umieściłam ten tekst na blogu. Nie ma rocznicy, nie ma okazji. Jest tylko uporczywa, od jakiegoś czasu nurtująca myśl, że ta nienawiść do Innych jest ta sama, że ją znamy, że już była… Wtedy byli Żydzi, dziś muzułmanie…

Julian Tuwim

Matce w Polsce lub najukochańszemu jej cieniowi

1.

… Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba. To moja ściśle prywatna
sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani
wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. Nie dzielę Polaków na
“rodowitych” i “nierodowitych”, pozostawiając to rodowitym
i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom.
Dzielę Polaków, jak Żydów i jak inne narody, na mądrych i
głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, interesujących i nudnych, krzywdzonych i krzywdzących, gentelmenów
i nie-gentelmenów etc. Dzielę też Polaków na faszystów i kontr-
faszystów. Te dwa obozy nie są oczywiście jednolite, każdy z
nich mieni się odcieniami barw o rozmaitym zgęszczeniu. Ale
linia podziału na pewno istnieje, a wkrótce da się całkiem
wyraźnie przeprowadzić. Odcienie zostaną odcieniami, lecz
barwa samej linii zjaskrawieje i pogłębi się w zdecydowany sposób.

Mógłbym powiedzieć, że w płaszczyźnie politycznej dzielę
Polaków na antysemitów i antyfaszystów. Bo faszyzm to zawsze
antysemityzm. Antysemityzm jest międzynarodowym językiem faszystów.

2.

Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej
narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal
prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez “mistycznej” przyprawy. Być Polakiem – to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem.
Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego, że oddycha.
Polak – bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem,
nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z
wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej
rajskie rozkosze zapewniano.
Polak – bo dla czułego przesądu, którego żadną racją ani logiką
nie potrafię wytłumaczyć, pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła
i wessała ziemia polska, nie żadna inna.
Polak – bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano;
bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono; bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek; bo gdy przyszedł pierwszy
wstrząs poezji, to wyładował się polskimi słowami; bo to co w
życiu stało się najważniejsze – twórczość poetycka – jest nie do
pomyślenia w żadnym innym języku, choćbym nim jak najbieglej mówił.
Polak – bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej
miłości i po polsku bełkotałem o jej szczęściu i burzach.
Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż
palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i
Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie
potrafię uzasadnić.
Polak – bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad narodowych.
Polak – bo moja nienawiść do faszystów polskich jest większa,
niż do faszystów innych narodowości. I uważam to wszystko za
bardzo poważną cechę.

3.

Na to słyszę głosy: “Dobrze. Ale jeżeli Polak, to w takim razie
dlaczego “My, ŻYDZI”? Służę odpowiedzią: Z POWODU KRWI. –
“Więc rasizm?” – Nie. Wcale nie rasizm. Wprost przeciwnie.
Dwojaka jest ta krew: ta w żyłach i ta z żył. Pierwsza jest
sokiem cielesnym, więc badanie jej należy do fizjologów. Kto
tej krwi przypisuje jakieś inne, poza organicznymi, specjalne
właściwości i tajemnicze moce, ten, jak to widzimy, w konsekwencji
obraca miasta w zgliszcza, wyrzyna miliony ludzi i wreszcie,
jak to zobaczymy, sprowadza rzeź na własny swój szczep.
Druga krew – to ta właśnie, którą ów herszt międzynarodowego
faszyzmu wytacza z ludzkości, aby zadokumentować tryumf swojej
juchy nad moją juchą – krew niewinnie pomordowanych milionów
ludzi, krew nie ukryta w arteriach, lecz krew ujawniona. Takiej
powodzi męczeńskiej krwi nie było jeszcze jak świat światem, a
krew Żydów (nie “krew żydowska”) najszerszymi i najgłębszymi
płynie strumieniami. Zczerniałe jej potoki zlewają się już w
burzliwą pienistą rzekę –

I W TYM OTO NOWYM JORDANIE PRZYJMUJĘ
CHRZEST NAD CHRZTY: KRWAWE, GORĄCE, MĘCZENNICZE
BRATERSTWO Z ŻYDAMI.
Przyjmijcie mnie, Bracia, do tej zaszczytnej wspólnoty
Niewinnie Przelanej Krwi. Do tej gminy, do tego kościoła chcę
od dziś należeć.
Ta RANGA – ranga Żyda Doloris Causa – niechaj bedzie
udzielona polskiemu poecie przez naród, który go wydał. Nie za
żadne zasługi, bo ich przed wami nie mam. Będę to uważał za
awans i najwyższą nagrodę za tych parę wierszy polskich, które
mnie może przeżyją i pamięć o których związana będzie z moim
imieniem – imieniem Żyda polskiego. Mojej polskości.
Ale przede wszystkim – Polak dlatego, że tak mi się podoba.

4.

Na opaskach, jakie nosiliście w ghetcie, wymalowana była gwiazda
Dawida. Wierzę w taką Polskę, w której ta gwiazda, ta z opasek,
stanie się jednym z najwyższych odznaczeń, udzielanym najwalecz-
niejszym żołnierzom i oficerom polskim. Będą ją oni z dumą
nosili na piersi obok dawnego Virtuti Militari…

…
Kościołowi narodowych pamiątek przybędzie jeszcze jedna. Będziemy tam prowadzić dzieci i opowiadać o najpotworniejszym w dziejach świata męczeństwie ludzi. W centrum tego pomnika, którego tragizm uwydatnią otaczające go nowoczesne, da Bóg, Szklane Domy odbudowanego miasta, płonąć będzie nigdy nie gasnący ogień.
Przechodnie zdejmować będą przed nim kapelusze.
A kto chrześcijanin – przeżegna się znakiem krzyża…
Więc z dumą, z żałobną dumą będziemy nosić tę rangę, wszystkie
inne zaćmiewającą – rangę Żyda Polskiego – my cudem i przypadkiem pozostali przy życiu. Z dumą? Powiedzmy raczej ze skruchą i żrącym wstydem. Bo przypadła nam ona za waszą chwałę, Odkupiciele!…

5.

My, Żydzi Polscy… My, wiecznie żywi – to znaczy ci, którzy
zginęli w ghettach i obozach, i my widma – to znaczy ci, którzy z
za mórz i oceanów wrócimy do kraju i będziemy straszyć śród ruin
swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby-to
zachowanych dusz.
My, prawda grobów, i my złuda istnienia; my miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby-nietrupów; my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła; my kirkut, jakiego dzieje
nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie zmyje się ani śladów naszej krwi ani piętna grzechów świata wobec nas.
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich
mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano – tylko za to, że jesteśmy Żydami.
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów.
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie
przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego – i wystarczyło tej jednej śmierci, aby stał się Bogiem. Jaka religia
urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w
ostatniej rozpaczy ramion?

My, Szlojmy, Srule, Mośki, parchy, bejlisy, gudłaje – my których
imiona i przezwiska prześcigną w dostojności brzmienia wszelkich
Achillesów, Chrobrych i Ryszardów o Lwich Sercach.
My, znowu w katakumbach – w “bunkrach” pod brukiem Warszawy,
człapiący w smrodzie ścieków, ku zdziwieniu naszych kompanów – szczurów.
My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z powietrza domostw; my żołnierze wolności i honoru…
“Jojne, idź na wojnę!” Poszedł, szanowni panowie i zginął za Polskę.
My, którym “twierdzą był każdy próg” każdego walącego się na nas domu.
My, Żydzi polscy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze
dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni,
z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą staroświecką dwururką…
“A zna szanowny pan dowcip o Żydzie-gajowym? Pyszny! Żyd jucha,
uważa pan, wypalił i ze strachu w portki zrobił! Ha, ha!”
My, Hiobowie, my Nioby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych
żydowskich Urszulek…
My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych, pręgami pokrytych zwłok.
My – krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że go najdalsze wieki
usłyszą. My Lament, my Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachamim, którego echo stulecie będzie stuleciu przekazywać.
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym
użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją, lepiej smakował chleb wolności.
My, makabryczny rezerwat, my, ostatni Mohikanie, niedobitki rzezi,
które jakiś nowy Barnum może obwozić po świecie, obwieszczając
na pstrych plakatach! “Niesłychane widowisko! The biggest sensation in the world! Żydzi polscy – żywi i prawdziwi!” My, Gabinet Okropności, Schreckenskammer, Chambre des Tortures! “Osoby nerwowe uprasza się o opuszczenie sali!”

My, nad rzekami zamorskich krain siedzący i płaczący, jak ongi
nad rzekami Babilonu. Po całym okręgu świata płacze Rachel dzieci
swoje, aleć ich nie masz! Nad rzeką Hudson, nad Tamizą, nad Eufratem, Nilem, Gangesem i Jordanem błąkamy się w rozproszeniu naszym wołając “Wisło! Wisło! Wisło! Matko rodzona! Szara Wisło, nie od brzasku różowa, ale od krwi!”
My, którzy nawet grobów dzieci naszych i matek nie odnajdziemy –
tak się warstwami poukładają, tak się na całą ojczyznę wszerz
rozpostrą w jedno pogrzebanie! I nie będzie upatrzonego miejsca,
żebyś mógł na nim kwiaty położyć, ale, jak siewca ziarno, będziesz
je szerokim rozmachem rąk rozrzucał. Może przypadkiem trafisz.
My, Żydzi polscy… My, legenda, krwią i łzami ociekająca. Kto
wie, czy jej nie trzeba będzie pisać bibilijnymi wersetami:
“Oby rylcem żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę wydrążona
była” (Hiob XIX, 24)… My, apokaliptyczne studium dziejów. My
Jeremiaszowe Treny”!

…”Leży na ziemi po ulicach dziecię i starzec, panny moje i
młodzieńcy moi polegli od miecza; pobiłeś ich w dzień
zapalczywości twojej, pomordowałeś ich a nie sfolgowałeś”…

…”Wrzucili do dołu żywot mój, a przywalili mnie kamieniem.
Wezbrały wody nad głową moją i rzekłem: Jużci po mnie!…
Wzywam imienia Twego, o Panie, z dołu bardzo głębokiego…
Widzisz, o Panie, bezprawie, które mi się dzieje, osądź-że
sprawę moją… Oddajże im nagrodę, Panie, według sprawy rąk ich!
Dajże im zatwardziałe serce i przekleństwo swe na nich! Goń ich
w zapalczywości, a zgładź ich, aby nie byli pod niebem Twoim,
O Panie!” (Treny Jeremiaszowe, III).

Z zapisków stróża (3)

Zbigniew Milewicz

Fetysze

W portierni wraca temat kradzieży wśród sprzątaczek. Franz uważa, że mają dobrą okazję, aby wynieść coś z Domu przed otwarciem, albo po zamknięciu interesu. Brak personelu, klientów, nikt im nie patrzy na ręce, tylko kamery, a okazja czyni złodzieja. Na szczęście większość kobiet z niej nie korzysta, ale nikomu nie można wierzyć na ładne oczy.

– Kilka lat temu – mówi – pracowała tutaj niejaka Eryka, kobieta około pięćdziesiątki. Sprzątała stoiska z drogimi kosmetykami, zawsze uprzejma, rozmowna, sama otwierała przed ochraniarzem torebkę, pokazywała, co w niej ma, nigdy nie było zastrzeżeń. Domowi detektywi, sprawdzający nagrania kamer pewnego dnia nabrali jednak podejrzeń, że kradnie. Zatrzymali ją przy wyjściu z Domu, poddali osobistej kontroli i okazało się, że mieli rację. W szerokiej spódnicy miała wszyte od środka kieszenie, a w nich flakony z perfumami za kilka tysięcy euro. Kiedy kripo zrewidowało jej dom, w piwnicy znaleziono prawdziwy magazyn luksusowych pachnideł, którymi można byłoby zapełnić dużą perfumerię.
– Handlowała nimi pokątnie? – pytam.
Franz nie wiedział, co z nimi robiła, ale pewnie sprzedawała je ludziom po dobrej cenie. Pamięta natomiast, że zawsze ubierała się w takie obszerne ciuchy, jak Cyganka.
– Była Cyganką?
– Nie, rdzenną Niemką. – Zatrudniała ją renomowana putzfirma, w której pracowali sami Niemcy, obsługiwała ona markowe perfumerie, między innymi Louisa Vuittona przy Maximilianstrasse, Diora, Gucci`ego i im podobne. Chyba w trzech z tych miejsc pracowała i Eryka. Poszła siedzieć, wytoczono jej proces, ale nie wiem, jak się zakończył. Udowodniono jej w każdym razie, że kradła od lat.

Dla czytelników spoza Monachium: handlowa Maximilianstrasse przy operze, uchodzi za najdroższą, najbardziej snobistyczną ulicę w tym mieście. Zanim Erykę umieszczono w areszcie, została dyscyplinarnie zwolniona z pracy, co przyjęła jako rażącą niesprawiedliwość. Przynajmniej tego Vuittona mógł mi pan zostawić – powiedziała z wyrzutem szefowi.

Na grubszą skalę kradł w Domu kierownik działu remontów. Za firmowe pieniądze wyposażył swoją willę pod Monachium w marmurowe posadzki i luksusowe wnętrza, płacił rzemieślnikom za robociznę ze służbowego konta, ale to już także stara historia. Franz, w czasach, kiedy pracował jako kierowca i konwojent w browarze Spatena, również mógł się nieuczciwie wzbogacić. Procedury wydawania towaru z magazynów były znacznie prostsze niż obecnie, przy bramie wyjazdowej nikt specjalnie nie kontrolował ładunku, niektórzy koledzy z tego korzystali, on nie umiał. Okazja czyni złodzieja, ale nie z każdego. Poza tym, jak kraść, to miliony, mówią. Były dyrektor Spatena wyciągnął je z nielegalnych prowizji, uzyskanych od dzierżawców nieruchomości browaru – restauracji, kawiarń, dyskotek. Miał władzę nad nimi i z niej korzystał, a ponieważ prywatnie był mężem córki właściciela browaru, sprawie ukręcono dyskretnie łeb.

Fetysze mają nad człowiekiem władzę. W pierwszym rzędzie są to pieniądze, w drugim obecnie, na bank, smartfony i iphony. Jadę metrem do pracy, albo wracam z niej i wszędzie widzę to samo, bez względu na wiek i płeć: twarze bez wyrazu, pochylone nad elektronicznymi modlitewnikami, w uszach słuchawki, zero kontaktu z otoczeniem, aktywne tylko kciuki. Po co im dziesięć palców u rąk ? – zastanawiam się. Wystarczą przecież dwa. Jeżeli świat pójdzie w swoim rozwoju dalej w tym samym kierunku co teraz, to może przyszłe pokolenia będą dwupalczaste, ale za to każdy urodzi się już z osobistym telefonem komórkowym najnowszej generacji. Ludzi z książką, albo gazetą w ręku w metrze jak na lekarstwo. Kto siedzi i tylko myśli sobie o tym albo owym, jest już dziwadłem, a to właśnie moje ulubione zajęcie w metrze. Pewnie znacie ten stary dowcip, ale jeżeli nie wszyscy, to go przypomnę:

– Baco, co najchętniej robicie, jak macie wolny czas? – pyta turysta górala.
– Ano, wtedy sobie siedzę na przyzbie i myślę.
– A jak nie macie czasu?
– To se tylko siedze.

Siedzę sobie kiedyś i ja, nie na przyzbie, a w wagonie, w drodze na wieczorną zmianę, na Schwabingu, aż tu wsiada może dwudziestoletni, śniady chłopak, o zdecydowanie nienordyckich rysach twarzy. Ubrany jest w dżinsy, koszulkę polo, w ręce smartfon, albo iphon, a więc norma. W metrze o tej porze pustawo, chłopak siada w środku wagonu, twarzą do mnie i zaczyna robić coś, czego nie rozumiem. Mianowicie wkłada telefon do ust i zaczyna nadgryzać go, jak pies kość. Wykonuje przy tym tak idiotyczne miny, że mam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale się powstrzymuję, bo nie wiem, jak wtedy tamten zareaguje. Jeżeli jest psychicznie chory, to może zrobić coś nieobliczalnego. Po chwili wyjmuje telefon z ust i jego mimika normalnieje, ale za moment ponownie pakuje gadżet między zęby i mam wrażenie, że zaraz zacznie szczekać. Może wyprodukowano telefony smakowe, a ja nic o tym nie wiem… Nieomal przegapiam stację, na której zwykle wysiadam.

Swój telefon komórkowy, jak zwykle, zostawiłem w domu, nie pamiętam, kiedy ostatni raz z niego korzystałem, nie ma nade mną władzy, ale to się może lada dzień skończyć. Słyszałem, że Bundestag, podobnie, jak parlamenty innych krajów Unii Europejskiej, pracuje pilnie nad ustawą, zabraniającą obywatelom poruszania się po mieście (i po wsi także) bez telefonu komórkowego. Kiedy znajdziesz się w domu, on także będzie musiał ci towarzyszyć. Ma to bezpośredni związek z postępującą inwigilacją społeczeństwa przez władzę, z rosnącym brakiem zaufania do obywateli. W internecie krąży filmik, pokazujący, gdzie w każdej baterii Samsunga umieszczony jest chip podsłuchowy, jednocześnie lokalizujący właściciela telefonu. Można go podobno usunąć i telefon dalej działa. Czy tak jest faktycznie, nie wiem, nie sprawdzałem i mało mnie to obchodzi. Przyzwyczaiłem się do myszy i karaluchów w swojej pracy, to jedną pluskwą nie będę sobie zawracał głowy. Jeżeli jednak wszyscy jesteśmy zapluskwieni, to jest już pewien problem.

Reblog: Uszyte w Polsce

banerKOWczorajszy raport Fundacji Clean Clothes Polska

25 sierpnia 2015 r.

Informacja prasowa

Uszyte w Polsce, ale w jakich warunkach?

Głodowe płace, ciężkie warunki pracy czy praca przymusowa w nadgodzinach – tak wygląda praca w fabrykach odzieżowych w Azji oraz… w Polsce. Sytuacja szwaczek jest bardzo trudna. Jak bardzo – pokazuje raport „Uszyte w Polsce”, przygotowany przez Fundację Kupuj Odpowiedzialnie (FKO).

W polskim przemyśle odzieżowym zatrudnionych jest prawie 100 tysięcy osób. Większość z nich to kobiety. Zarabiają przeciętnie około 1546,52 zł netto. Czy wystarcza to na godne życie?
Wyniki analizy, rozmowy z pracownicami i zdrowy rozsądek mówią, że nie.

„W 8 godzin trzeba wyrobić plan. Ciągle straszą, że się nie wyrabiamy, i że nie wiadomo, jak długo będą zamówienia. A jak nam się nie podoba to on nas nie zmusza, możemy się zwolnić’”.

uszytewpolsce.1Wyniki badań pokazują, że Polska znajduje się w grupie krajów Unii Europejskiej o najwyższej stopie ubóstwa wśród osób pracujących. Problem ten jest zwłaszcza widoczny z przemyśle odzieżowym zdominowanym przez zatrudnianie kobiet – często jedynych żywicielek w gospodarstwie domowym. Jak wygląda ich życie? Mimo ciężkiej pracy zdarza się, że dochód oscyluje wokół minimum egzystencjalnego.

Istnieją fabryki, gdzie pracownice czują się wykorzystywane i zastraszone. Uderzająca jest wyrażana przez nie bezsilność wobec kierownictwa nastawionego na „szukanie oszczędności”. W wielu zakładach powstał system podnoszenia wydajności pracownic bez bezpośredniej motywacji płacowej – oparty na strachu przed utratą pracy, w wyniku niewyrabiania wyśrubowanych norm, bądź z powodu zamknięcia zakładu.

uszytewpolsce„Problemem nie był brak zamówień! Nie! Pracy było po pachy, byle robić bez urlopu, za najmniejsze pieniądze i zostać po godzinach i cicho siedzieć. Z tej ciężkiej pracy komuś się dobrze żyło. Wiadomo, że z każdej sztuki więcej, zysk jest większy, ciśnie się do końca.”

Chociaż znane są też nieliczne zakłady, w których utrzymana jest względnie wysoka płaca i przyzwoite warunki pracy, samo umiejscowienie produkcji w Polsce – jak przekonuje autorka raportu – nie jest żadną gwarancją zabezpieczenia nawet najbardziej podstawowych potrzeb pracownic. FKO wskazuje, że zapewnienie godnej płacy i uczciwych warunków zatrudnienia w fabrykach odzieżowych w Polsce to bardzo konkretny krok, który może zdecydowanie poprawić poziom życia wielu kobiet i ich rodzin.

Raport „Uszyte w Polsce” dostępny jest pod linkiem: http://goo.gl/lwBYqQ

Osoby do kontaktu:

Anna Paluszek
tel. : +48 508 349 598
e-mail: anna@ekonsument.pl 
Katarzyna Salus
Tel.: +48 604 478 418
e-mail: katarzyna@ekonsument.pl 

 

Tajemnica cmentarza w Radomsku

Tomasz Fetzki

Bejt-olam, czyli dom wieczności, czyli cmentarz żydowski, popularnie zwany kirkutem. Jest ich w Polsce około tysiąca: starszych i młodszych, rozmaitej wielkości, w różnym stopniu zachowanych. Każdy godzien odkrycia, toteż Viator odwiedził ich już wiele. Ale bejt-olam w Radomsku jest pośród nich, z pewnych względów, wyjątkowy. Zastanawiał się Wędrowiec, czy do publicznej wiadomości podawać to, co tam odkrył, a co intymności dotyka. Ale skoro ktoś sam umieścił to na widoku… Miał zapewne intencję, aby rzecz była szerzej poznana.

Radomszczański cmentarz warto odwiedzić nie tylko ze względu na tajemnicę, jaką skrywa, a którą za chwilę Viator przedstawi. Można w nim bowiem czytać jak w książce dzieje polskich Żydów. Oto, przemieszczając się z jego starszej, zachodniej części, na wschód, obserwujemy, jak zmieniał się kształt macew oraz ich okazałość, jak przekształcały się artystyczne motywy sepulkralne, jak miejsce świętego, liturgicznego języka hebrajskiego zajmował jidysz: mame-loszn, język matczyny; by w końcu zauważyć coraz częstsze inskrypcje wykute po polsku – dowód postępującej asymilacji.

Starsza, dziewiętnastowieczna część cmentarza. Napisy na płytach nagrobnych kute w czcigodnym języku hebrajskim.

Młodsze, dwudziestowieczne kwatery. Inskrypcje na macewach już zazwyczaj w codziennym, świeckim jidysz, a czasem nawet po polsku.

W najnowszej części nekropolii polskojęzyczne nagrobki wręcz przeważają. Kontrastując ostro z napisem hebrajskim, umieszczonym nad wejściem do ohelu kryjącego groby rodu Rabinowiczów, dynastii radomszczańskich cadyków.

Inskrypcja na grobowcu głosi: Baal Tiferet Szlomo zecher cadik liwrocha, czyli Błogiej pamięci bogobojny, dzierżący imię Tiferet Szlomo (podziękowania dla Pani Borzymińskiej!) – to Salomon Rabinowicz, założyciel dynastii.
A nagrobki na pierwszym planie, jak wspomniano, opatrzone polskimi napisami.

Wejdźmy na chwilę do tego ohelu. Jako się rzekło, wiele kirkutów odwiedził Viator, ale takich macew, jakie odkrył w radomszczańskim grobowcu, nie widział dotąd nigdzie. Zawsze sądził, że żydowskie płyty nagrobne są jednobarwne, koloru skały, z której je wyciosano.

Nagrobki rodu Rabinowiczów. Nie tylko, że polichromowane, ale jak jaskrawo!

Właściwie wnętrze sanktuarium, kolorowe macewy, stosy karteczek z prośbami do świętych mężów, to temat na osobną gawędę. Ale nie dlatego opowiada Viator o swej wizycie w Radomsku. Nie przede wszystkim dlatego. Po cóż więc?

Opuśćmy grobowiec i przyjrzyjmy się jeszcze raz polskojęzycznym nagrobkom stojącym w jego sąsiedztwie. A zwłaszcza jednemu z nich. Właściwie nie macewa to, ale epitafium.

Ś. P. PAULA NEST
ZMARŁA DN 20 KWIETNIA 1986 R.
WYBACZ MI ŻE NIE DOTRZYMAŁEM
SŁOWA I TO MNIE BARDZO NIEPOKOI
CIEBIE TUTAJ NIE MA TY LEŻYSZ
W OBCEJ ZIEMI. MYŚLAMI NIE STOJĘ
NA MIEJSCU BO WE MNIE BIJĄ FALE
I CORAZ TO NOWE OBRAZY.
KAŻDY OTWIERA MNIE GŁEBIEJ
KAŻDY ODCHODZĄC OBMYWA MNIE
I WYDZIERA COŚ Z SERCA
SPLATAM DŁONIE BŁAGALNIE.
JAKŻE MOCNO KOCHAŁEM CIEBIE
TĄ, KTÓRĄ TERAZ W KAŻDEJ CHWILI
UWIELBIAM TAK JAK KIEDYŚ.
ZAWSZE JESTEM Z TOBĄ
I POZOSTAJĘ W GŁĘBOKIM ŻALU.
KOCHANEJ POLI
MOJEJ NAJDROŻSZEJ ŻONIE
NATHAN – JAN NEST

Co, oprócz świadectwa wielkiej, pięknej miłości, kryje poetycka inskrypcja? Jaką tajemnicę? Viator nie byłby sobą, gdyby bodaj nie spróbował jej rozwikłać. Nawiązał już jeden znaczący kontakt, być może uda się dzięki niemu rozświetlić mroki radomszczańskiego sekretu; jeżeli tak się stanie, Wędrowiec poinformuje o tym Czytelników. Na razie szuka po omacku… no, może nie całkiem. Wpadł bowiem na pewien trop, przekopując zasoby Wielkiej Sieci.

Jakie słowo dał swej żonie Natan Nest? Czy nie chodziło przypadkiem o odzyskanie kogoś, kogo oboje zagubili w dniach Apokalipsy? Kogo zza oceanu przybył szukać kilkanaście lat potem? Bez skutku zresztą, choć niebo i ziemię poruszył.

Historię tę można poznać w całości w Gazecie Częstochowskiej numer 17 z roku 1960, na stronie 9. Przywołajmy to, co w relacji Ocalonego najważniejsze. Słyszeliście na pewno już wiele takich opowieści, ale przeczytajcie i tą. Warto.

„… Po wkroczeniu hitlerowskich zbirów wygnano nas do ghetta. Zaczęły się akcje, gnębienie i morderstwa. Potem otoczono ghetto. Cudem z żoną umknęliśmy z tego piekła. Zaczęła się wędrówka. Kobieta na wsi, która nas przyjęła i uratowała była dla nas matką i pozostanie nią do końca życia”

(…) Zygmunt M. mieszkał kiedyś razem w jednym podwórku z Nestami. Pewnego dnia Nest zjawił się u M. i oznajmił, że jego żona, Pola jest w ciąży i lada dzień spodziewa się rozwiązania. – Uciekamy, panie M. – powiedział pobladły Nest. Muszę za wszelką cenę ratować Polę i dziecko… Mam tylko do pana prośbę. Niech pan jakoś przeprowadzi nas do bezpiecznego miejsca, żebyśmy mogli się wydostać z miasta… Tego wieczora Nestowie przemierzyli drogę z Radomska do Kocierzowów… Potem znaleźli się we Fryszerce. Właścicielka tamtejszego majątku nie rozmawiała długo z Nestem. – Mówi pan, panie Nest, że chce się pan ukryć. Że pańska żona spodziewa się dziecka… – Proszę bardzo, panie Nest, jeżeli ma pan złoto, wszystko jakoś załatwimy… Ale Nestowie nie mieli złota. Mieli tylko iskrę nadziei, że uda im się wyrwać śmierci. Że nie zabiją ich, zanim urodzi się dziecko. Wtedy losem żydowskiego małżeństwa zajęła się prosta, wiejska kobieta, którą Nest nazywać będzie do śmierci matką. Józefa Straszewska służyła we dworze w Fryszerce. To ona okazała się cichą bohaterką. U siebie, w maleńkim pokoiku, znajdującym się na uboczu zabudowań majątkowych, ukryła Nestów. Dziś ten fakt wydaje się bardzo prosty. Ale wtedy… – Tylko ja mogłam to zrobić – mówi Straszewska. – Do mojego pomieszczenia nikt specjalnie nie zaglądał. Czy się bałam? To nie był tylko strach. To była sprawa życia i śmierci moich dzieci, moich najbliższych, gdyby hitlerowcy wykryli Nestów. Ratowałam ludzi, którzy wyrwali się z rąk oprawców…

Natan Nest pisze:

„… Żona moja była w ciąży. Byłem zmuszony wyjść z ukrycia w poszukiwaniu akuszerki. Skierowano mnie do pani Wiśniewskiej w Radomsku…”

Nestowa urodziła po kilku dniach, w domu położnej Wiśniewskiej, syna. Potem przybył po nią Nest. Po nią i po dziecko. Mieli zamiar przenieść je do miejsca ukrycia.

„… Dziś trudno mi powiedzieć jak to się stało, że nie chwycili nas hitlerowcy. Przecież od Radomska do Fryszerki to kawał drogi. Nie mógłbym powiedzieć, co wtedy czułem. Tyle lat minęło. Ale to było przecież nasze pierwsze dziecko. To wszystko robiliśmy dla niego. Ryzyko? Nie, to były chwile, których pełnej treści nie można podać. Chcieliśmy zabrać dziecko od Wiśniewskiej, bo w tym samym czasie córka Straszewskiej również urodziła dziecko. Po krótkiej naradzie powiedzieli, żeby przynieść naszego syna. Mieli zameldować, że córka Straszewskiej urodziła bliźnięta. Ale pani Wiśniewska nalegała, żeby tego nie robić. Mówiła „zostawcie dziecko u mnie. Starajcie się sami jakoś ukryć. Znałam przecież Waszych rodziców. Skończy się wojna, zapłacicie za pobyt dziecka i odbierzecie je sobie…”

(…) Nadszedł rok 1945…

„… I znów nie umiem oddać nastroju tamtych dni, dni wolności, w roku 1945. To było zbyt wielkie przeżycie. Oślepiło nas… Udaliśmy się zaraz do pani Wiśniewskiej. Cieszyła się nami, że żyjemy, że przetrwaliśmy. Kiedy zapytaliśmy o dziecko, powiedziała nam, że żyje, że jest na wsi pod Radomskiem. – Ładny chłopczyk – mówiła – biega już, śmieje się, widziałam go dwa tygodnie temu. Płakaliśmy z żoną. To było przed wieczorem. Ponieważ wolno było chodzić tylko do 20-ej, Wiśniewska powiedziała: – Przyjdźcie jutro. Pójdziemy po dziecko. To były słowa, które nam zostały w uszach do dziś…”

Ale następna wizyta nie przyniosła rezultatu. Ani wiele dalszych. Wiśniewska wymawiała się różnymi powodami i zwlekała z pójściem po dziecko. Mijały tygodnie. Nestów ogarniała coraz większa rozpacz. (…) Po kilku tygodniach Wiśniewska nagle zmieniła wersję. Oświadczyła, że wysłała dziecko Nestów do Warszawy. Tam zginęło ono w czasie bombardowania. Potem drzwi mieszkania Wiśniewskiej nie otworzyły się już przed Nestami…

„… To było w kwietniu. Byliśmy bliscy obłędu. Zameldowałem o tym wszystkim władzom śledczym. Byliśmy razem z Wiśniewską na przesłuchaniu. Kręciła. Kłamała. Ale potem przyznała się. Powiedziała, że dała dziecko kobiecie ze wsi, która do niej nosiła mleko. Potem mówiła, że jest chora, żeby ją puścić z przesłuchania do domu. Kazała mi przyjść za dwa dni. W poniedziałek…”

Nest poszedł. Wtedy Wiśniewska oświadczyła mu wprost. – Ja się tam niczego nie boję. Jak mnie wsadzą, to mnie wsadzą. W tym samym czasie Nestowie zaczęli otrzymywać anonimy, w których zawarte były niedwuznaczne groźby. Nadchodziło ich coraz więcej. Coraz groźniejszych. Trudno było ustalić autora. Wreszcie Nest domyślił się, kto nim jest. Spotkał go kiedyś teść Wiśniewskiej, K. i powiedział otwarcie: – Panie Nest, chce pan być dobrym obywatelem? To siedź pan spokojnie… A kiedy, mimo tych pogróżek, Nest nie ustawał w poszukiwaniu dziecka, K. oświadczył mu pewnego dnia, że go zabije… W 1945 roku Nestowie opuścili Polskę i udali się do Stanów Zjednoczonych. Mijały lata…

(…) Zeznanie Nesta, identyczne z tym, jakie złożył piętnaście lat temu, jest pierwszym w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta”. Tak, morderstwa. Jeżeli bowiem w dalszym ciągu nie natrafi się na nić, która zaprowadzi przedstawicieli władz śledczych do miejsca, gdzie przebywa chłopiec, trzeba przyjąć drugą alternatywę. Innej bowiem nie może być (…). Następuje moment najważniejszy. Zeznania ma złożyć Wiśniewska. Jest to w tej tragicznej historii świadek koronny, najważniejszy. Ona tylko najlepiej wie, jak potoczyły się losy dziecka. Ona kilkoma słowami może rozwikłać całą dramatyczną zagadkę. Ale Wiśniewska dochodzi w swych zeznaniach tylko do jednego punktu…

– W maju, 1943 roku, zjawiła się w moim mieszkaniu kobieta, którą znałam jeszcze z czasów przedwojennych. Była kosmetyczką. Wiedziałam, że jest Żydówką. Powiedziała mi, że chce urodzić u mnie dziecko, że ukrywają się z mężem kilkanaście kilometrów od Radomska. Wyraziłam zgodę. Po dwóch dniach Nestowa urodziła syna. Niedługo potem przybył Nest. Oświadczyli mi, że nie zależy im na dziecku, żebym zrobiła z nim, co chcę. Im chodzi tylko o uratowanie własnego życia. (…) Postawmy pytanie, które zresztą nieodparcie się nasuwa: kto (…) mówi prawdę, a kto kłamie? Świadków nie ma. Są tylko dwie zaineresowane strony. Za prawdziwością zeznań Nesta przemawia żelazna konsekwencja, z jaką powtarza on od piętnastu lat, niezmiennie, te same fakty, podczas gdy Wiśniewska zmienia wyjaśnienia. Ale te względy przemawiające za Nestem dla prawa są tylko domysłami. Prawo wymaga dowodów.

(…) Nadchodzi nowa, sensacyjna wiadomość. Wynika z niej, że w roku 1943 w posesji nr 10 przy ulicy Przedborskiej, a więc w domu sąsiadującym z tym, w którym mieszkała Wiśniewska, odnaleziono w czasie remontu kuchennego pieca rozkładające się zwłoki noworodka chłopca. Śledztwo skręca w tym kierunku. Zeznaje znów wiele osób. Wreszcie, po żmudnych dociekaniach i mrówczej pracy wywiadowców ustala się ponad wątpliwość, że wypadek miał miejsce w lutym 1943 roku, a wiec kilka tygodni przed urodzeniem się małego Nesta. Wyniki przesłuchań okazują się bez wartości. Śledztwo w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta” pozostawione zostaje bez dalszego biegu.

Wojna zabrała miliony istnień ludzkich. (…) Ale wojna nie tylko zabijała. To brzmi niesamowicie, ale częstokroć gorszymi od śmierci, która wyrywała z grona żywych jednostki na zawsze, były tragedie takie, jak Nestów. Tragedie przynoszące ból i rozpacz na całe lata, przynoszące rozpaczliwe wizje i domysły.

Wiśniewska nie poniosłaby żadnej odpowiedzialności, nawet wtedy gdyby, ratując własne życie, zmuszona była pozbawić opieki pozostawione u niej dziecko i narazić je na śmierć. Groza okupacji nie uznawała żadnych praw. Łamała najwyższe nawet wartości ludzkie. I Wiśniewska, i Nestowie zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że los dziecka nie zależy tylko od nich. Zależał w dużej mierze od szczęścia. (…) Ale Wiśniewska uczyniła Nesta, jego żonę na zawsze ludźmi nieszczęśliwymi. Zaszczepiła w ich dusze bolesną, targającą sumieniami wieczną nadzieję…

Ufff… wystarczy! Chciałoby się zapytać: Ile w każdym z nas jest Straszewskiej, a ile Wiśniewskiej? Aż korci, żeby zawołać: Między Straszewską a Wiśniewską rozpięta jest nasze egzystencja! I po co to pajacowanie? Ano, pod maską błazna ponoć najłatwiej ukryć łzy.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – cz 5.

Andrzej Rejman

Jeszcze jeden dokument z tamtych czasów –

Przyjaciółki – łączniczki przysypane gruzem podczas bombardowania na początku września 1944 ulicy Miodowej 23 (szpital powstańczy) – rozdzielone i ewakuowane – jedna do szpitala w willi “Gloria” w Milanówku (“Elżbieta”), druga (“Rysia”) do szpitalika w willi “Zalesie”.

Oryginalny_list_Rysi_Lutostanskiej_do_Julii_Hrebnickiej_List “Rysi” (Marii Lutostańskiej) do “Elżbiety” (Julci Doktorowicz-Hrebnickiej) –
4 października 1944

Kochana Elżbieto!

Jestem w Milanówku, w willi Zalesie. Warunki ogromnie prymitywne. Ze szpitala wolskiego nic mi nie dali poza kocem, leżę więc na sienniku bez poduszki, na ziemi. Lekarstw tu żadnych nie ma. Wzdycham więc do wygód szpitala wolskiego. Siostry tylko są tu uprzejmiejsze. Zdrowie moje bez widocznych zmian. Temp. do 38 st. a czasem nawet jak wczoraj – 39. Bardzo jestem ciekawa jak Ty się czujesz, chciałabym do Ciebie się dostać. Czy to jest możliwe? Czy możesz zrobić coś w tym względzie? Mila została jeszcze w Warszawie. Cały dzień kręci się między chorymi.

Całuję Cię serdecznie.

Rysia.

4.X.44

***
Obie przeżyły wojnę.

Julia Hrebnicka (“Elżbieta”) – wróciła przez Opoczno i Kraków do Warszawy i podjęła po wojnie pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, gdzie zajmowała się badaniami pyłków roślin w pokładach węgla brunatnego.

Jakie były powojenne losy “Rysi” nie wiem. Może ktoś wie?

http://www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Maria_Penno

Warszawa_ok_1946_stoi_Julia_HrebnickaJulia Doktorowicz-Hrebnicka już z protezą stopy – w zrujnowanej Warszawie – około 1946 roku, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Ta Slaska ciągle o kotach…

Ewa Maria Slaska

No tak…

…ale teraz mam na swoje usprawiedliwienie, że kotów już dawno nie było, że lato i upał, że sezon ogórkowy, no i wreszcie, i jest to być może argument najważniejszy, że Schyzia skończyła właśnie 20 lat i muszę jej sprawić jakiś prezent urodzinyowy.

Dla tych, którzy nie pamiętają, Schyzia to moja kotka i ma na imię tak, jak onegdaj kotka Witkacego, o której ponoć Witkacy miał napisać w dzienniku, że “prawdą jest, że kotka moja, Schyzia, powiła kocięta, natomiast nie jest prawdą, co głoszą złe języki, że kocięta te podobne są do mnie”. Nie odpowiadam ani za prawdziwość tego cytatu, ani za nadanie kotu imienia (w)skazującgo, bo za imię i cytat odpowiada mój ówczesny narzeczony. Byłam przez dwa tygodnie w pracy poza Berlinem, zostało więc ustalone, że narzeczony, osobisty zresztą, odbierze kotkę od młodej panny, która ją przywiezie ze wsi, i będzie się nią, kotką nie panną, zajmował do mojego powrotu. Gdy wróciłam, kot miał już imię i przyczepioną do imienia opowieść.

umywalka-kotMała byłam.

A ponieważ jest lato, upał i urodziny kota, wpis będzie o kotach na sezon ogórkowy czyli kotach wmalowanych w malarstwo światowe.

Nic tu nie warto dodawać, bo kot (w)malowany jaki jest, każdy widzi. Może tylko maleńka uwaga – gruby rudy kot (ma na imię Zaratrustra) pojawia się w wielu innych przeróbkach malarstwa światowego na kocie, ja wybrałam tylko renesans i nawet nie wszystko. Reszta w sieci. Albo kiedyś, dawno, u nas na blogu.

dama-lisakotekmichalaaniola2
kotekmichalaaniola
primaverazkotemI na zakończenie prawdziwy kot renesansowy, namalowany przez Pietera Brueghla Starszego – fragment obrazu Przysłowia niederlandzkie (1559).

A to rzeczony kot. Uzbrojony po zęby wojak (tot de tanden gewapend) przywiązuje kotu dzwonek – de kat de bel aanbindt.

O co tu chodzi? Co oznacza to przysłowie? Będzie nagroda. Na pewno coś o sztuce, ale raczej nie o kotach.

Jak być dobrym?

Ewa Maria Slaska

Rozważania o wszystkim i o niczym

Jak być dobrym? How to be good? Powieść Nicka Hornby. Znalazłam ją, w tym właśnie wydaniu, na ulicy i bardzo mi się nie podobała. Absurdalna historia o tym, że, choćbyśmy oddawali nie wiadomo ile własnego majątku, czasu i przestrzeni życiowej, i tak nigdy nie będziemy dobrzy, nigdy nie zdołamy być sprawiedliwi, nigdy nie podzielimy się naprawdę, a w końcu ciężar bycia dobrym zmusi nas do powrotu do dawnego życia.

Bezradność.

Doprowadzona do absurdu i nudna historia, niegodna autora świetnych recenzji i zabawnej powieści O chłopcu, jednak trafnie oddająca dylemat, przed którym stajemy każdego dnia. Bo zasadniczo jesteśmy dobrzy i chcielibyśmy, żeby świat też był dobry. A nie jest. Robimy więc, co możemy. Staramy się i zawsze na jakimś szwie pruje się nasza sukienka dobrej istoty. Bo nie możemy, nie mamy siły ani czasu, żeby być dobrym w ogóle.  Bo tego za dużo, bo trzeba by ogarnąć Dobrem przez duże D i stosunki międzyludzkie, i ekologię, i sprawiedliwość dziejową… Jak jesteśmy dobrzy w jednej dziedzinie, to w innej nam szwankuje. Dlatego, gdy kupuję pomidory, gruszki, czosnek, fasolkę i ćwikłę na targu ekologicznym, i okazuje się, że brakuje mi 3 centów, muszę oddać jednego pomidora… Po prostu prujemy się na szwach.

Łatwiej zobaczyć te sprute szwy u innych, najpierw więc inni, a dopiero potem ja.

Mam koleżankę angażującą się w protesty przeciw manipulacjom genetycznym żywności. Protestuje też przeciwko doświadczeniom na zwierzętach. Gdy jednak zachorowała, a choroba zaczęła jej sprawiać nieznośny ból, sprowadziła za duże pieniądze z Ekwadoru szamańskie leki produkowane ze świnek morskich… Inna, zaangażowana w likwidację lotniska w środku miasta, bo służy tylko bogatym, gdy powiedziałam jej, że Donbas padł, odparła, że przecież tylko zostały opanowane główne budynki… Jeszcze inna bardzo się interesuje leczeniem za pomocą zdrowego jedzenia, ale nie chce się spotykać z chorymi, bo mają złą karmę… (Nota bene – przedni i niezamierzony żart językowy). Pewien ważny działacz, bogaty jak trzech nababów, ma usta pełne frazesów o patriotyzmie i pomocy, ale gdy zimą w okresie konfrontacji na majdanie zbieramy pieniądze dla Ukrainy – nie daje ani grosza…

No, ale przecież jesteśmy dobrzy. Ja na przykład sortuję śmieci i mam czas dla ludzi, jeśli potrzebują pomocy. Jestem wegetarianką, nie dorabiam się i nie jestem zawistna. Tak mi się wydaje. Ale… Gdzie sprzeniewierzam się samej sobie? Zapewne nie tylko wtedy, gdy bezmyślnie wrzucam baterie do kosza na śmieci ogólne, albo nie dość dokładnie myję owoce. W setkach spraw jestem nie taka, jak trzeba, i mówię nie to, co trzeba. Na pewno tak jest, skoro świat na około wciąż mnie krytykuje.

To wszystko działania pozorne i nic nie kosztują, co najwyżej płacimy w sklepach ze zdrową żywnością trzy razy drożej za ryż i to przez nas, wegetarian, marchewka będzie niedługo droższa niż kiełbasa.

Bohaterowie Hornby’ego idą znacznie dalej, bo to, okazuje się, profetyczna książka. Przyjmują pod własny dach uciekinierów i namawiają do tego sąsiadów. I wszystko się źle kończy. Oczywiście, źle się kończy. Łatwiej nie jeść flaczków niż podzielić życie z Obcym.

To wciąż jeszcze, na razie wyimaginowana sytuacja, a nasze potknięcia na drodze do Dobrego są błahe, ale gdy na wyspach greckich jest 120 tysięcy uciekinierów, a drugie tyle atakuje kanał La Manche, a gdzieś przecież muszą mieszkać, coś jeść i coś pić, to sytuacja przestaje być wyimaginowana, a błahe powody do myślenia, że jest się dobrym przestają mieć znaczenie. Bo zabawa się skończyła, bo już nie o zdrową pietruszkę chodzi i nie o ochronę gniazdowisk czyżyka polnego, tylko o nagą egzystencję. Bardzo mnie to wszystko martwi, bo jeśli ja sama nie potrafię się sprawdzić, jeżeli nie potrafimy się sprawdzić,  jako weganie sortujący śmieci, to jacy się okażemy za chwilę?

Z zapisków stróża (2)

Zbigniew Milewicz

Władza

Dwa domy, w których pracuję, różnią się od siebie pod każdym względem. Na Schwabingu nie obowiązuje mnie żaden uniform, zwyczajnie mam zamknąć albo otworzyć wszystkie drzwi, żeby personel przygotował się do pracy, czasami nocą przypilnować rzemieślników, którym zlecono jakąś przebudowę bądź remont, zdarza się, że towarzyszę jakiejś inwentaryzacji. Dom w centrum miasta stawia mi dodatkowe wymagania: muszę nosić czarne spodnie, białą koszulę, firmowy krawat plus identyfikator ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem oraz napisem Wachmann. Zanim rano zabiorę się za uruchamianie podjazdów na piętra, sprawdzanie wind i otwieranie portali, z tysiąc razy powiem też guten Morgen.

zbychSłużę pomocą portierowi, który jest zajęty innymi obowiązkami i nie ma czasu sprawdzać, czy każdy wchodzący do Domu wejściem służbowym, dysponuje takimi uprawnieniami. O tym zaś decyduje elektronika, czytnik kart osobistych – kiedy zapala się zielone światełko, człowiek może wejść do pracy, kiedy czerwone, coś jest z nim nie tak i wtedy kieruję go do kolegi-portiera. Poddają się tej procedurze bez szemrania, w kapitalizmie każdy chce pracować, bo musi, a często tak mu się do tej roboty śpieszy, że nie kasuje karty, tylko korzysta z otwartych drzwi i stróż musi mu nogę podstawić, żeby się cwaniak wykopyrtnął i nie wdarł bezprawnie do środka. Żartuję oczywiście, nie jestem bramkarzem w jakiejś tam podrzędnej spelunie i obowiązuje mnie pełna kultura. Zastawiam zatem brzuchem wejście i grzecznie pytam panią X albo pana Y, dlaczegóż to nie wypełnili swojego podstawowego, pracowniczego obowiązku o poranku. Prawda, nie zawsze zdążę to zrobić, w Domu pracuje w większości młody i gibki personel, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby któryś z delikwentów pokazał mi, znikając na horyzoncie, środkowy palec. Jest więc ogólnie pozytywnie na tym stanowisku pracy.

Wieczorem pracownicy wychodzą stąd tą samą drogą, każdy uruchamia jokera, zainstalowanego przy drzwiach, elektroniczny przycisk losowego wyboru ludzi do kontroli. Przy zielonym światełku można bez sprawdzania wyjść na ulicę, czerwone nakazuje pokazać zawartość torebki albo plecaka, do osobistych kontroli nie jesteśmy upoważnieni. Tylko ludzie z brygad sprzątających Dom wyłączeni są z tej zielono-czerwonej gry losowej, stoją najniżej w hierarchii personalnej i wszyscy bez wyjątku muszą pokazać przed wyjściem na zewnątrz zawartość podręcznego bagażu. Na ogół są to kobiety, cudzoziemki, słabo mówiące po niemiecku, zaglądam do ich torebek, albo plastikowych siatek i nigdy nie znajduję żadnych drogocennych pereł ani perfum od Coty`ego, czasami tylko jakieś butelki po coli, które ktoś wyrzucił do śmietnika. Dyrekcja Domu jeszcze przymyka oko na to, że je wynoszą na zewnątrz, ale i to się już niebawem skończy. Parę dni temu za usiłowanie wyniesienia używanego kartonu z kontenera w magazynie starsza Etiopka w trybie natychmiastowym straciła pracę. Przestępny czyn zarejestrowała kamera, do akcji natychmiast wkroczyli miejscowi detektywi, przyjechała policja i nazajutrz od jej koleżanek, zawsze rozszczebiotanych, jak papużki, wiało już tylko wielkim smutkiem.

Parę osób na mocy niepisanych praw ma tutaj wolny wjazd. Należą one do ścisłego kierownictwa Domu, a dwie urzędniczki są tak mikrego wzrostu, że nie sięgają ręką czytnika. Z rozpoznaniem tych pań nie miałem problemu, ale skąd w pierwszym tygodniu pracy mogłem wiedzieć, że facet w zmokniętym kombinezonie motocyklowym, zaciągający się łapczywie ostatnim dymem, któremu stanąłem na drodze, to główny boss.

– Nie przejmuj się, Sibi – pocieszył mnie Franz – on na pewno się ucieszył, że dobrze pilnujesz drzwi.

Franz jest w Domu portierem z kilkuletnim stażem, miałem nadzieję, że się nie myli. Wcześniej pracował w browarze Spatena jako kierowca i konwojent, dostarczał popularne, monachijskie piwo do sklepów, restauracji i dyskotek, dopóki nie wysiadło mu zdrowie. Jak na rdzennego Bawarczyka przystało, miał muzyczny talent i w czasie wolnym od pracy grywał na gitarze w knajpianych kapelach, pod golonkę, pod nóżkę, ale to już też historia. Nie pamięta, kiedy ostatni raz miał gitarę w ręce, a wszystko z powodu jednej jego zakochanej fanki i zazdrosnej żony. Zmienił muzyczne hobby na zbieranie ziół; koło pobliskiego Freisingu, gdzie mieszka, są piękne, czyste łąki, na których wiosną kwitnie np. czosnek niedźwiedzi. Jakże on jest pyszny, dostałem od Franza po koleżeńsku pęczek, nie mogłem nie zrewanżować mu się później papierosami z Polski.

Thomas, zmiennik Franza, pochodzi z Chemnitz. Miał ukończone studia uniwersyteckie na wydziałach historii i anglistyki w Heidelbergu oraz lata pracy zawodowej, spędzonej głównie w szkolnictwie. Ten belfer wychodzi z niego przy różnych okazjach, ale ogólnie tworzymy zgrany zespół. Najlepiej w centralnym Domu orientuje się Albrecht, z racji najdłuższego stażu stróżowania, zna tu wszystkie zakamarki i tajne przejścia. Jest najbardziej techniczny z nas wszystkich, w domu posiada warsztat mechaniczny, którego mogą mu pozazdrościć profesjonaliści i jednocześnie nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Gra biegle na kilku instrumentach klawiszowych, stara się uczestniczyć we wszystkich ważniejszych koncertach muzyki poważnej w mieście, wiecznie rozpacza, że tak rzadko na nich bywamy, więc nie dokuczamy mu zbyt mocno za jego słabość do własnej płci, której się zresztą nie wypiera. Wszyscy lubimy żarty, bez tego w branży ochraniarskiej nie da się normalnie pracować. Najweselszy jest Abdel, Tunezyjczyk, mierzący ponad dwa metry wzrostu, z generacji mojego młodszego syna, który wnosił zdecydowanie ożywczego ducha do naszego grona seniorów. Miał żonę Niemkę i w perspektywie uzyskanie niemieckiego obywatelstwa, do tego czasu miał zamiar się dorobić. Przynajmniej raz w kwartale chwat ciągnął za sobą do Tunisu ze dwa samochody lepszej klasy, kasował za nie pieniądze i inwestował w następny zakup. Jeszcze dziesięć lat temu okazjonalnie bawiłem się w to samo, a kiedy po powrocie z Polski ledwo zwracały mi się koszta, to się cieszyłem.

w przedpokojuNic tak jednak człowieka nie dowartościowuje, jak przynajmniej odrobina władzy. Mogłem nie wpuścić do Domu samego dyrektora albo powiedzieć pracownikowi uprzejmie, lecz stanowczo: proszę jeszcze raz skasować kartę, bo światełko się nie zapaliło. Kiedy indziej występowałem w roli łaskawcy i przymykałem oko, kiedy śliczna brunetka z Prady zostawiła swój identyfikator w innej torebce, ale za to jakim uśmiechem dziękowała mi później za wyrozumiałość… Miałem władzę nad klientami, przestępującymi z nogi na nogę przed drzwiami wejściowymi, aż nadejdzie upragniona dziesiąta, mogłem im w przypływie dobrego humoru skrócić ten czas o parę sekund (a przy okazji trochę zwiększyć dochody Domu), albo i nie. Kiedy tupnę w posadzkę w magazynie, na Schwabingu, uciekają przede mną myszy, albo i nie, muchy przeganiam Bildem ze swojej kanciapy, gdybym nie miał nad nimi władzy, zignorowałyby go przecież i dały się zabić.

Tylko karaluchy mają mnie w nosie (choć nie wiem, czy posiadają taką część ciała), zauważyłem to w czasie pewnej wizytacji z Centrali. Było po jakiejś większej ulewie, goście poprosili mnie, bym otworzył im podziemny parking, bo zamierzali już odjechać i wtedy dranie zaatakowały nas całym szwadronem. Miały pod górkę, my przeciwnie, ale to ludzie dali za wygraną. Kobiety stanęły jak wryte w miejscu i zaczęły z przerażenia piszczeć, mężczyźni uskoczyli pod ścianę, kto wie, może to była tylko konkurencja, przebrana za karakony, ale zamach stanu się udał. Nie musisz być powabny ani przyjemny w obejściu, jak masz waleczny szwadron, cel do osiągnięcia i wolę zwycięstwa, to je zdobędziesz.