Gra cieni (2)

Viktoria Korb

Jakarta

Wychodząc z lotniska musiałam przetrzeć oczy: tłumy, tłumy i tłumy, morze ludzi czekających przed budynkiem i napierających na bariery.
Światowe przeludnienie, to, o czym się w miarę obojętnie czyta, nagle ciałem się stało.
Gdy jechałam do hotelu razem z, jak się okazało, Nurjo, asystentem Fakira i moim, zżerała mnie dalej ciekawość. Jak będę się tu czuła, co mi się tu przydarzy? Po kilku spojrzeniach na rozległe, zadrzewione aleje zdecydowałam, że będzie mi się tutaj podobać. Na ulicach panował absolutny rozgardiasz i dopiero po dłuższym wpatrywaniu udało mi się zorientować, że teoretycznie ruch uliczny jest lewostronny.
Wreszcie dotarliśmy do hotelu Sahid Jaya, należącego, jak szepnął z przekąsem Nurjo, do żony prezydenta. Hotel jest przestronny i pełen luksusu – hotele Europy wyglądają wobec niego jak przytułki Armii Zbawienia.

Do pokoju wkroczył boy hotelowy:
– Mam, czy mam otworzyć pani łóżko?
Zabrzmiało to nad wyraz obleśnie, ale zgodziłam się. Więc “otworzył”, uplasował na poduszce czekoladkę i wyszedł. Wyglądałam z okna swego pokoju na siódmym piętrze i patrzyłam na główną arterię Jakarty, zwaną na tym odcinku jalan Jeneral Sudirman. Wyjrzałam też na druga stronę, gdzie na dachu rozprzestrzeniał się basen, otoczony zwierzęco-ludzkimi posagami. Teraz byłam już pewna, że będę zafascynowana tym krajem. Nad miastem wisiała surrealistyczna atmosfera, coś z obrazów Hieronima Boscha. Ten artysta odegrał ważną rolę w moim małżeństwie z Wernerem, symbolizując naszą ucieczkę od znienawidzonej codzienności. W Indonezji nie trzeba było uciekać od banału, sama była krainą ucieczki, ogrodem rozkoszy, pełnym dziwnych kreatur.
Rano zamówiłam śniadanie do pokoju:
– Poproszę herbatę, sok z grapefruita i dwa jajka na miękko.
– Dwa jajka? – zdziwił się boy.
– Tak, dwa jajka.
– A ile tam jest osób, Mam?
– Jedna.
– A więc jedno jajko, w porządku Mam, zaraz przyniesiemy.
Poddałam się. Byłam przecież pracowniczką ONZ, tolerancyjną wobec innych kultur, a nie na przykład holenderskim kolonialistą. Jeśli więc na głowę przypada jedno jajko, to trzeba to zaakceptować, choć byłam prawie pewna, że w Indonezji nie ma racjonowania.
Boy przybył, przyniósł wszystko jak zamówione i… dwa jajka. Odłożyłam jednak rozwiązanie zagadki na później, bo już była siódma i musiałam wziąć prysznic. A przedtem znaleźć sposób, żeby przy tym nie zarazić się amebą! Jak wiadomo, ameba została wynaleziona w tej części świata, prawdopodobnie w Nepalu i zamieszkuje głównie w nieprzegotowanej wodzie.
Znajomy lekarz w Berlinie zapewniał mnie, że problem z amebą jest identyczny jak z bombą atomową. Poniżej masy krytycznej bomba nie może wybuchnąć, a ameba skutecznie zaatakować. Dopiero po wypiciu na przykład całej szklanki skażonej wody zagnieżdżają się w nas te nieuleczalne pierwotniaki. Mimo że nie całkiem przekonana, postanowiłam być dzielna i po prostu wziąć prysznic, bez takich zabezpieczeń jak na przykład zaklejenie sobie ust plastrem. Następnie też myśląc “raz kozie śmierć” bohatersko umyłam zęby wodą z kranu, nie folgując takim radom znawców tropików, jak mycie ich wodą mineralną czy whisky.
Ale i tak jadąc do pracy czułam się jak pijana. Jednak niełatwo jest przenieść się na równik. Przed budynkiem ONZ stał strażnik tylko po to, by zatrzymywać setki rykszy, rowerów, motocykli oraz samochodów i umożliwić nam wjazd do bramy i na parking. Czteropiętrowy budynek mieścił się też na głównej osi Jakarty i otoczony był luksusowymi hotelami na przemian z resztkami slumsów, chatami i cuchnącą, otwartą kanalizacją. W hali wejściowej siedziała uśmiechnięta recepcjonistka, pani Kusni, jak podawał jej identyfikator, a po lewej stronie zauważyłam stołówkę. Niebieskie strzałki wskazywały drogę do biur poszczególnych podorganizacji fachowych ONZ. I tu widać było, że higiena jest problemem numer jeden – sprzątacz z firmy Bucinco krążył  nieprzerwanie, myjąc podłogi.
Na korytarzach stały ogromne pojemniki z zimną i wrzącą wodą mineralną.
Drzwi biurowe na ogół były otwarte na oścież, amerykańskim zwyczajem przejętym przez ONZ. Miał on wspomagać komunikację, ale może też i kontrolę przez szefów – przemknęło mi przez głowę. Szofer wprowadził mnie do gabinetu Fakira, który odezwał się w doskonałym angielskim:
– Gloria? Witaj! Hilda, proszę podaj nam herbatę.
Dziobata indonezyjska sekretarka skinęła głową i wyszła bez słowa. Fakir Hak, pełniący funkcję szefa PIP w Indonezji, czyli MIAU Main Industrial Advisor of UN, był krępym mężczyzną w średnim wieku o bykowatym sex-appealu. Na środkowym palcu pobłyskiwał wielki syntetyczny szafir. Miał bujne wąsy i przypominał mi Stalina, choć był niewątpliwie bardziej przystojny.
Po uprzejmościowej rozmówce przy herbacie wysłano mnie w szaleńczy obieg po administracji, każąc wypełniać nieskończoną ilość wniosków o karty tożsamości od rządu i ONZ, pozwolenie na bezcłowy zakup samochodu, kartę do sklepu bezcłowego, kartę wstępu na lotnisko, specjalny fotel “menadżerski” i inne nudziarstwa. Na szczęście jako dyplomaci ONZ nie potrzebowaliśmy chociaż pozwolenia na pobyt, które było niemal niemożliwe do otrzymania. Dowiedziałam się, że urzędujemy od 7. 30 do 15. 30.
Rozejrzałam się po moim biurze, zwanym po indonezyjsku: kantor. Nieźle – uznałam.
Wspólny przedpokój, gdzie siedziały dwie sekretarki, prowadził w lewo do biura Fakira, a w prawo do mnie. Pośrodku urzędował Nurjo w oszklonym pomieszczeniu, przypominającym klatkę. Ucieszyłam się, że ja nie muszę siedzieć wyeksponowana w przejrzystej witrynie, lecz mogę schronić się w dużym, odizolowanym pokoju. Jednocześnie uświadomiłam sobie podrzędny status “sił lokalnych”. Przyniesiono mój fotel “menadżerski” i zauważyłam, że Nurjo takiego nie miał – następna manifestacja hierarchii.
Wtedy to przyszedł po mnie Fakir i zaproponował  kawę w moim hotelu. Wyjaśnił z ledwie ukrytą dumą, że nie może na razie zaprosić mnie do domu, bo jego żona jest w zaawansowanej ciąży.
– Ach, to ciekawe – udałam zainteresowanie zastanawiając się, jak wypada zareagować na taką nowinę.
Wreszcie przypomniałam sobie stosowne pytanie na okoliczność prokreacji:
– Czy to wasze pierwsze dziecko?
– Skąd – obruszył się Fakir. – Szóste.
Gdy otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, wyjaśnił:
– Widzisz, my mamy tylko jednego syna.
– Aha – mruknęłam i spojrzałam na niego tępo.
Fakir wyjaśniał:
– Gdy chcieliśmy mieć następnych, rodziły się nam same dziewczynki. Musimy więc próbować dalej, aż Allah się zlituje i ześle nam następnego męskiego potomka.
Następnego dnia pokornie i bez dyskusji zamówiłam jedno jajko na śniadanie i znowu dostałam dwa.

W naszym międzynarodowym przedstawicielstwie z angielskim językiem roboczym, Fakir wyznaczył mi kilka pomniejszych projektów oraz tak zwaną “pipeline”, projekty w przygotowaniu. Z braku zapewnionego finansowania były one raczej niesprecyzowane i mogły długo lub nawet na zawsze pozostać sztuką dla sztuki. Najwyraźniej była to moja ośla łączka.
Fakir zapytał też, czy umiem pisać na maszynie. Skłamałam, że nie, pamiętając ostrzeżenie Dolores, żeby to robić tylko w domu i to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Było powszechną tajemnicą w tak zwanym “Systemie”, że każda kobieta, która wyda się z ta umiejętnością, może szybko zostać obrócona przez szefów w sekretarkę.
Mój pierwszy list służbowy napisałam do “szanownego pana Butel”. Na szczęście Nurjo, który to zauważył, uświadomił mnie, że “Butel” to teleksowy skrót od “Bureau of Telecommunication”.
– Guten Tag – rozległ się jakiś głos od progu i niezwykle długa postać z plastykowym kubkiem z herbatą w ręku wślizgnęła się do pokoju i spojrzała na mnie rybim okiem.
– Guten Tag – burknęłam zdumiona.
– Nazywam się Ruppert von Brodatsch. Jestem asystentem ambasadora i Reprezentanta Programów UN, szefa wszystkich zatrudnionych tu w ONZ, zwanego w skrócie RZEP. Witam cię jako pierwszą rodaczkę w naszym biurze i zapraszam na kolację.
Jak zwykle gdy zbliżali się do mnie nieznani Niemcy, miałam mieszane uczucia. Przecież byłam fałszywą rodaczką. Znałam ich starannie ukrywane zdziwienie, gdy odzywałam się po niemiecku z polskim akcentem. Następnie musiałam czekać na okazję do wtrącenia na pozór obojętnie oczekiwanego przez rozmówcę wyjaśnienia tej zagadki. Zarazem i oni, i ja udawaliśmy, że jest najnormalniejszą rzeczą na świecie, że Niemcy mają polski akcent.
“Ależ Bawarczycy też mają specyficzny akcent” – dodawali niektórzy.
Przy Niemcach poniżej pięćdziesiątki nie trzeba było chociaż łamać sobie głowy nad słynnym pytaniem – “Był czy nie był” czy też “na ile był?”, jak w przypadku ich rodziców.
Na szczęście, Ruppert należał już  do młodszego pokolenia. Za to, w odróżnieniu od poprzedniej generacji, Polska była dla niego raczej egzotyczną krainą. Ale z drugiej strony, kto w Niemczech nie pochodzi z Polski?
Nienawidziłam tego momentu wyjaśnień, postanowiłam więc poczekać z tym do kolacji. W międzyczasie wzmocnię się psychicznie. Nie byliśmy już w Niemczech, gdzie byłam obojniakiem, cielakiem o dwóch głowach. Znajdowaliśmy się na neutralnym terenie, w kraju, którym mało kto wiedział, gdzie leżą Polska czy Niemcy, a co dopiero znał ich wzajemne uwikłania! A w naszej międzynarodowej organizacji nie było dziwniejsze pochodzenie z Polski niż z Libanu, Burmy, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Może  nawet i lepiej było pochodzić z kraju, który nie miał milionów ludzi na sumieniu.

Ruppert przyjechał po mnie do hotelu, mimo że mieszkał na drugim końcu miasta – o ile Jakarta w ogóle ma koniec. Jechaliśmy główną arterią która zaczyna się koło budynku ONZ jako jalan Thamrin, następnie zmienia nazwę na Jeneral Sudirman kolo Sahid Jaya i na końcu zwana jest jalan Fatmawati, na cześć ostatniej żony Sukarno. Jadąc ulica pełną straganów i warungów – jadłodajni składających się z paru krzeseł i drągów obwieszonych płachtami oraz znachorów – dukunów, całą kolorową i rozświetloną jarzącymi się karbidówkami, chłonęłam czar orientu i zaczynałam rozumieć określenie “malownicza nędza”.
Pojęłam, że w Indonezji nie potrzeba kina, telewizji ani innych namiastek życia. Aby zobaczyć widowisko i czary, wystarczy wyjść na ulicę. Była przy tym tylko jedna przeszkoda – brak chodników. Bogaci jeździli, a biedni nikogo nie interesowali. Ale na szczęście poza centralnymi dzielnicami nie było też odgraniczonych jezdni i można było poruszać się jak się chce. Od czasu do czasu przebiegała niemal pod kołami samochodu jednoosobowa chodząca restauracja. Jej właściciel nosił w garnkach zawieszonych na bambusowym pręcie na ramionach gorącą zupę, makaron i dodatki. Wymagało to od właściciela, czyli zarazem kucharza, kelnera i środka lokomocji w jednej osobie, lekkiego truchtu o specjalnym, posuwistym rytmie na wyprostowanych nogach, który amortyzował wstrząsy. Tylko wtedy zupy nie wylewały się. Na skinienie ręki rozpościerał swe skarby na ziemi i podawał potrawę. Podziwiałam tę mistrzowską akrobatykę w samobójczym ruchu Jakarty, gdzie nikt nie zatrzymywał się, aby umożliwić komukolwiek przejście przez jezdnię.
– Uff, dojechaliśmy – Ruppert odetchnął po pół godzinie z ulgą. –To jest jalan Madrasah, nazwana tak od pobliskiej madrasy, szkoły islamu. A ta dzielnica nazywa się Cilandak.
Nagle uświadomiłam sobie zmysłowo, że właśnie zaczęłam pracę w największym muzułmańskim kraju świata.
Małżonka Rupperta, Silvia, powitała nas, leżąc malowniczo na skraju dużego kwadratowego wgłębienia w marmurowej podłodze, w którym stał stolik z napojami. W drugim kącie ogromnego salonu kwitnął ogród nawadniany przez spore wycięcie w suficie. Dom von Brodatschów miał obok salonów, pomieszczeń dla służby i ogrodu z tarasem tylko cztery sypialnie, co, jak zaznaczył Ruppert, ambasada niemiecka uznała za domowisko na skraju nędzy.
– Z jakiej racji ambasada wsadza nos do waszych sypialni? – zdziwiłam się.
– Niemcy uważają płace w ONZ za zbyt niskie i dofinansowują swym obywatelom mieszkania, jeśli ambasada potwierdzi, że nie jest ono zbyt luksusowe – zachichotał Ruppert.
– Wprawdzie te dopłaty są sprzeczne z zasadą równości urzędników międzynarodowych ustaloną jeszcze przez poprzedniczkę ONZ, Ligę Narodów, jednak robi to kilka bogatych państw.
Szybko odkryłam, że Ruppert i jego żona, jak wielu Niemców przebywających długo za granica, byli na większym luzie niż ich rodacy w kraju. Wyjaśnienia na temat mego akcentu i życiorysu przebiegły więc szybko i bezboleśnie.
Rozpływałam się z upału, do czego wydatnie przyczyniało się moje ubranie – obowiązujący w Berlinie mundurek, czyli jeansy i bawełniana koszulka. Nie dotarło do mnie jeszcze, że w tropikach nawet wśród Niemców dozwolone jest zdjęcie tego uniformu. Patrzyłam z zazdrością na Silvię w przewiewnej sukience.
Ruppert nie brał mego biadolenia poważnie:
– Przyzwyczaisz się… Jak widzisz, my nawet nie mamy klimatyzacji w salonie. Dużo gorsze od upałów są tajfuny. Kiedyś wpadłem w taki podmuch lecąc samolotem w Bangla Desh, gdzie ostatnio pracowałem. Po tym, jak obróciło nas parę razy do góry nogami, musiałem latami brać Valium. Piłem też jak gąbka.
– Teraz też sobie chyba nie żałujesz? – spojrzałam na liczne butelki wina.
– Ale nie ma porównania z tym, co wtedy żłopał – obruszyła się Silvia. – Zresztą nie on jeden. Wielu ludzi w “systemie ONZ” i innych “expats”, cudzoziemskich rezydentów, jest na skraju alkoholizmu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem:
– Wśród takiej elity?
– Za dużo stresów – jęknęła Silvia i łyknęła haust białego wina. – Wieczne przenosiny z kraju do kraju, dopasowywanie się do nowego otoczenia i ludzi. A jak do tego jeszcze dojdą konflikty w małżeństwie albo w biurze…Słyszałam, że masz pracować z Fakirem?
Przytaknęłam i zapytałam, czy go zna.
– Pewnie, jest naszym sąsiadem. Poza tym spotykamy go na różnych oficjalnych przyjęciach
– I co?
Silvia wzdrygnęła się:
– Strasznie śliski typ. Po rozmowie z nim czuję się, jakbym była naoliwiona i musiała się wykąpać.
– Nie uprzedzaj jej do szefa – zaprotestował Ruppert.
– Już w Wiedniu dano mi do zrozumienia, że nie jest łatwy – odrzekłam. – Ale przecież studiował w USA, jest kompetentny i niegłupi. Chyba z inteligentnym człowiekiem zawsze można się dogadać? Przecież istnieją też racjonalne argumenty.
– Wiara w racjonalność to niemiecka mania, która osiągnęła swoje szczyty za nazizmu – zawyrokował Ruppert. – A co do intelektu, to nie ma nic gorszego niż inteligentny przeciwnik.
– Czemu przeciwnik? Mógłby się na przykład ucieszyć, jeśli pomogę mu poprawić napięte stosunki z Wiedniem. Dawali mi do zrozumienia, że coś tam nie gra.
– Centrale mają tendencję do niedoceniania problemów z funkcjonowaniem “w buszu”…
Pojęłam, że chyba niełatwo jest znaleźć swoje miejsce między młotem centrali a kowadłem “biura polowego”, ale służące z jedzeniem i zaproszenie do stołu odwróciło moja uwagę.
Zwróciłam się ku nieznanej potrawie i poprosiłam o wyjaśnienie.
–Wyrafinowanie gotowany i smażony ryz, makaron z krewetkami i różnościami, typowa indonezyjska potrawa – wyjaśniła Silvia.
Patrząc na talerz przypomniałam sobie o śniadaniu:
– A właśnie, w hotelu dręczy mnie zagadka kulinarna. Pozwalają mi zamówić tylko jedno jajo, a w końcu przynoszą dwa. Niepojęte!
Ruppert wyjaśnił wreszcie tę tajemnicę:
– Znaczy to tyle, że dwójka to najmniejsza niepodzielna jednostka w indonezyjskiej kulturze, nastawionej na klan i grupę. Każdy rzemieślnik przychodzi do klienta z kolegą, każda służąca szukająca zajęcia z krewną.
– Tak więc, zamawiając jedną jednostkę jajka, zamawiam dwa egzemplarze?
– Dokładnie. A dlaczego nie? Skoro komputery funkcjonują systemem dwójkowym, to czemu nie ludzie?
Ten argument mnie przekonał.
– A propos służących, to czy zaczęłaś już szukać domu? – dopytywała się Silvia.
Westchnęłam żałośnie, że lada dzień się za to wezmę…
Ruppert zaproponował mi na to mieszkanie u nich przez święta Bożego Narodzenia, wyjeżdżali bowiem na Bali.
Podziękowałam, ale wątpiłam, bym mogła poradzić sobie z gospodarstwem w tak mi jeszcze obcym kraju.
– Nasza kucharka Citi i sprzątaczka Alba robią wszystko same. Powiedz tylko wieczorem, co chcesz jeść następnego dnia. Jeśli czegoś potrzebujesz, wyjdź na taras i syknij “Citi”, a ona się zaraz zjawi. Noszone ciuchy rzuć na podłogę, następnego dnia będą wisiały wyprane i wyprasowane w szafie – tłumaczyła mi rozbawiona moją ignorancją Silvia.
– Co za serwis!– podziwiałam. – Szczególnie, że trzeba tu kompletnie zmieniać przepocone ubranie dwa razy dziennie.
Ruppert zarzekał się:
– Nasz styl życie uchodzi na nader skromny. Większość cudzoziemców i bogatych tubylców ma więcej służby, a do tego prywatnego szofera obok biurowego oraz ogrodnika pełniącego też funkcje jagi, czyli stróża nocnego.
Uznałam to za przesadę, a Ruppert dodał:
– Wielu też nie trudzi się otwieraniem bramy wjazdowej jak ja, nawet jeśli wracają późną nocą. Służba musi na nich czekać tylko w tym celu, mimo, że wstaje o piątej rano na pierwsze modły.
Małżonka wtrąciła:
– Ale nie od razu tak się wypośrodkowaliśmy. Na początku jego kariery, gdy byliśmy w Czadzie, Ruppert miał jeszcze pełno pryncypiów – nie chciał “żyć jak neokolonialista”. Robiliśmy więc wszystko sami.
Pokręciła ironicznie głową:
– To okazało się to niewykonalne i przyjęliśmy boya. Boy jednak ledwie co robił, a do tego Ruppert kazał mi go uczyć francuskiego!
Podziwiałam ich szlachetne postępowanie.
– Niestety nasz boy okazał się znacznie mniej szlachetny i podał nas do sądu, twierdząc, że przez dwa lata nie płaciliśmy mu pensji. Mieliśmy przez to kupę zachodu, bo nie braliśmy od niego pokwitowań, ale za to Ruppert chwała Bogu pozbył się swych żelaznych zasad i skrupułów – uświadomiła mnie Silvia.
Ruppert spojrzał na nią  krzywo, ale zawyrokował, że nawet zagorzali lewicowcy oprócz kompletnych fanatyków szybko dostosowują się do panującego systemu.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając berlińskie pokolenie “rewolucjonistów `68”, a Silvia dodała:
– Ci natomiast, którzy chcą żyć w Trzecim Świecie “jak prosty naród”, łapią błyskawicznie miejscowe syfy, bo nie są na nie uodpornieni.
– Mało tego, tubylcy wcale nie łakną wokół siebie białych próbujących ich małpować. Wolą, żeby każdy był dalej sobą i trzymał się trybu życia swej klasy – poparł ją Ruppert
Byłam sceptyczna:
– Ja wprawdzie zawsze wolę mieć służbę, niż jej nie mieć, bo nienawidzę sprzątania i pichcenia, ale czy naprawdę tak trudno tu bez niej przeżyć?
– Szybko zrozumiesz, że jest to praktycznie niemożliwe. A twoi sąsiedzi dziwnie by na ciebie patrzyli, gdybyś myła ubikację…
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on zamyślił się i zaproponował zapoznanie mnie z Felicitas, która też szukała domu. Może zechciałybyśmy zamieszkać razem.
– Felicitas? – uniosłam brwi do góry.
Ruppert pospieszył z wyjaśnieniem: – To Filipinka, która wyszła za mąż za Polaka z Ameryki, zatrudnionego w ONZ w Nowym Jorku. Potem został przeniesiony do Etiopii i tam zabity podczas napadu rabunkowego. Felicitas została sama z niemowlęciem przy piersi. Jak zwykle w takich przypadkach ONZ natychmiast ją zatrudniła, z kolei w Indonezji, jako sekretarkę w biurze Komisarza do Spraw Uchodźców.

ciąg dalszy nastąpi

Pożegnanie z Prezydentem

pozegnanie_Prezydenta_PAP_Jacek_Turczykfot PAP/Jacek Turczyk

____________________________________________________________________________________

Andrzej Rejman

Słowa tworzą świat

– ktoś bardzo mądry to powiedział. Dodam – dobre słowa tworzą dobry świat, złe słowa – zły świat. Dobrych słów nigdy nie za dużo, a tym razem będą to słowa podziękowania dla Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za Jego pięcioletnią służbę dla Polski.

Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu należy się wielkie podziękowanie, za to, że potrafił bezpiecznie przeprowadzić Kraj w okresie burz i naporów z różnych stron – i pełnił swą misję spokojnie, godnie i przewidywalnie.

Był Prezydentem dialogu i porozumienia, a także Prezydentem stabilności i normalności.

Natomiast to, co czeka nas w najbliższym czasie – jest wielką niewiadomą. Ale widać już, że ludzie są zdezorientowani – wiele środowisk wiąże olbrzymie nadzieje z nowym Prezydentem, co przesłania im racjonalne i rozumne spojrzenie na rzeczywistość. A rzeczywistość – zwłaszcza jeśli chodzi o dyskusję publiczną – jest przesycona z jednej strony – nieuzasadnioną merytorycznie kontestacją dotychczasowej władzy, z drugiej zaś olbrzymią radykalizacją ocen i oczekiwań społecznych. Na ile wynika to z koniunkturalizmu, a na ile z rzeczywistego niezrozumienia sytuacji i z marzeń “ponad stan” – nie wiadomo.
Nawet środowiska umiarkowane, jak się wydaje – bez rzeczowej dyskusji oddają pole.

Uważam jednak, że jest mimo wszystko wielka szansa na rozsądny skład przyszłego parlamentu – oparty o rzeczywisty rozkład sympatii społecznych w naszym Kraju.

Polska nie jest skrajna. Polska jest mądra i umiarkowana. Ale żeby to wykazać, frekwencja wyborcza musi być wyższa niż przeciętna, i ludzie nie powinni bać się swoich poglądów.

Mogą bowiem wrócić czasy, gdy piętnować się będzie wyrazicieli innych poglądów niż “jedynie słuszne”, co byłoby wielkim zagrożeniem demokracji.

Na koniec przytoczę dwa podziękowania dla Pana Prezydenta Komorowskiego, swoje i Joanny Kasperskiej, z którą zainicjowaliśmy działanie nieformalnej grupy na rzecz Polski Zgody i Przyzwoitości.

Podziękowania:

Kończy urzędowanie prezydent Bronisław Komorowski. Pożegnamy go uczestnicząc w odprawianej w jego intencji mszy w kościele Wizytek w Warszawie. Po mszy mamy nadzieję wyrazić oklaskami aprobatę dla jego 5 letniej prezydentury. Prezydentury, która nie była łatwa wobec ostrych bezpardonowych ataków opozycji, rozgoryczonej katastrofą smoleńską. Mimo to pan Bronisław Komorowski umiał zachować godność i szacunek dla wszystkich Polaków, niezależnie od ich preferencji politycznych. Umiał łączyć, a nie dzielić swoich rodaków. Był skromny, zawsze na miejscu. Dążył do dialogu wewnątrz i na zewnątrz naszego kraju. Wspierał w swoich programach polską rodzinę, starał się nikogo nie pomijać i nie faworyzować. Powołał Radę Dialogu Społecznego, po to by siły rządowe, związki zawodowe i pracodawcy umiały ze sobą współpracować i wypracowywać słuszny kompromis. Stworzył tez Forum Debaty Publicznej w spornych kwestiach. Podpisał, mocno kontrowersyjną dla niektórych, ustawę o leczeniu niepłodności metodą in vitro, podkreślając przy tym: “nie jestem prezydentem ludzkich sumień”. W sumie podpisał ponad 900 ustaw, a 26 projektów ustaw zaproponował sam.

Największą zaletą odchodzącego prezydenta była jego gotowość do dialogu i dążenie do zgody. Oby jego następca umiał skorzystać z tej jakże ważnej lekcji.

Joanna Kasperska, aktorka, 6 sierpnia 2015

 

***

Dziękuję Panie Prezydencie za Pana mądre i stabilne pięć lat prezydentury, za zaangażowanie na rzecz pomyślności i wielkości mojego Kraju, Polski, o której wolność i niepodległość walczyli m.in. moi i Pana przodkowie. Kraj nasz rozwija się, pięknieje z każdym dniem. Jest jeszcze wiele problemów do rozwiązania, ale gołym okiem widoczny jest olbrzymi skok cywilizacyjny. Dziękuję przede wszystkim za Pana otwartość, szerokie spojrzenie i wrażliwość na problemy społeczne, godne reprezentowanie Kraju za granicą, łączenie różnych środowisk, wsłuchiwanie się w różne opinie, w imię wspólnoty budowania i rozwoju. Ponieważ głosowałem na Pana, jest mi żal, że nie poprowadzi Pan już Polski w następnych latach. Będę jednak z uwagą śledził pracę Pana następcy, choć popierające go środowiska reprezentują zupełnie mi obce poglądy i metody działania. Chciałbym, (choć wiem, że to będzie pewnie trudne) aby nowy Prezydent nie obawiał się zaczerpnąć także z Pana doświadczeń i osiągnięć, zaczerpnąć z Pana wizji Polski – wizji Polski nowoczesnej, stabilnej, różnorodnej, tolerancyjnej, Polski wspólnoty celów i działania, Polski ponad podziałami, Polski europejskiej, Polski łączącej talenty ludzi i, chciałoby się powiedzieć, Polski Jagiellońskiej. Bo o taką Polskę Pan walczył, taką Polskę Pan budował i o taką Polskę została kiedyś przelana krew.

Andrzej Rejman, kompozytor, 4 sierpnia 2015

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc

 

Jolanda po raz drugi

Była już TU, dziś jeszcze raz:

Lidia Głuchowska

Jolanda Jeklin, Transformacja

W Galerii Artoteki Grafiki w Bibliotece Sztuki w Zielonej Górze otwarta została niedawno wystawa dyplomowa Jolandy Jeklin. Jest ona zwieńczeniem jej studiów malarskich w Instytucie Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego w Zielonej Górze pod kierunkiem prof. Stanisława Kortyki i w pracowni uzupełniającej dr hab. Normana Smużniaka.

1 IMG_1558
Ta wyjątkowo spójna optycznie, harmonijna prezentacja obejmuje 26 prac, w tym przede wszystkim obrazy z serii Miasta powstałe w latach 2013-2015. Ich temperatura barwna zdaje się narastać w kierunku centrum ekspozycji, gdzie umieszczony jest utrzymany w gamie pulsującego oranżu akryl na płótnie NY (New York, 2014). Na kolejnej ścianie w spokojniejszych kompozycjach, inspirowanych pejzażem i rytmem fal temperatura jest już bardziej wychłodzona, by wreszcie w ostatniej części wystawy ulec całkowitemu wyciszeniu w monochromatycznych na poły graficznych pracach w barwie naturalnego lnu i ecru rozjaśnionego koronkową warstwą bieli.
W ekspozycji dominują wyobrażenia abstrakcyjne, spośród których najwcześniejsze,takie jak wspomniany już obraz NY czy LA (Los Angeles, 2014) przywołują odległe skojarzenia z twórczością Paula Klee.

2 Jolanda Jeklin NY20143 a2Jolanda Jeklin LA2013W nieco późniejszych pracach pojawiają się efekty wibracji i pulsowania powierzchni malarskiej czy utrzymane w fuksjowej i błękitnej tonacji w dolnych partiach i jaśniejące ku górze, pointylistyczne kompozycje z efektem pikselowania w skali makro (Harmony I, Harmony, II, 2015, il. 4)

4 Harmony_1Są one wyobrażeniem poznanej osobiście, bądź jedynie wyobrażonej, energii zmieniających sie miejsc życia artystki. W jej najnowszym obrazie, o zagadkowym tytule, w horyzontalny rytm pasm błękitu, turkusu i lazuru wpisane są znaki odsyłające do symboliki religijnej oraz drobny zarys drewnianego kościoła, reminiscencja z gór Słowenii, gdzie znajduje się dom malarki. (Faith, 2015).

6Swoistym aneksem do pokazu malarstwa są trzy grupy mandal należących do serii Concentration, Eco (2015) i Winter Journey.

8 IMG_6340 aNa pozór trudno zrozumieć ich związek z główną częścią wystawy, z obrazami w intensywnych barwach i o horyzontalnej, kompozycji. Odmienna jest po pierwsze technika wykonania. Te nad wyraz misternie wycięte linoryty można wszak odbijać wielokrotnie. A jednak nie ma tu dwóch prac identycznych. Zarówno sam druk, jak i tło należące opracowane są z wykorzystaniem efektów nierównomiernego cieniowania i wysycenia farby. Ponadto nad mechanicznym z pozoru sposobem ich tworzenia góruje eksperyment. Zwłaszcza opracowane na sposób malarski tło prac z serii Winter Journey powstaje wskutek kilkudniowego barwienia lnianych płócień w słoweńskim winie. Nie tylko każda seria prac, lecz i każde podobrazie, zależnie od gatunku wina, jest zatem odmienne od pozostałych, a o strukturze powstałych na nim organicznych abstrakcji w znacznym stopniu decyduje przypadek. Tak jak ekspresjoniści i surrealiści, by wspomnieć tylko Edvarda Muncha czy Maxa Ernsta, Jolanda Jeklin autorem części efektów malarskich w swych pracach czyni samą naturę.
Artystka wyjaśnia, iż idealna forma koła w wyobrażeniu mandal, opisywana choćby przez Junga, ze zróźnicowanymi, choć nieodmiennie symetrycznymi, centrycznie opracowanymi motywami, ma oddziaływanie (auto)terapeutyczne. Odsyła ona do wyobrażenia o człowieku jako monadzie, z filozofii, z Leibniza. Z pozoru niemal identyczne, a przecież różniące się mnóstwem szczegółów, mandale postrzega ona jak oglądane jakby w zbliżeniu jednostki ludzkie, w jej wizerunkach miast przedstawione z oddali i roztopione w zatomizowanej pulsującej płaszczyźnie. Z jednej matrycy powstaje więc wiele nieidentycznych mandal, jak nieidentyczni, choć w pewien sposób podobni są przedstawiciele gatunku ludzkiego.

9aKluczem do wystawy jest obraz w technice mieszanej z elementami kolażu, przedstawiający bezgłowy korpus – zwrócone ku dołowi torso. Ta androgyniczna, nieco dekoracyjna mandala, zatytułowana Contemplation (2014). Koronkowa aplikacja nałożona jest tu na cieniowane, pastelowe tło w barwach piasku, nieba i morza, wyobrażające różne żywioły. Praca ta spina w jedność obrazów miast i mandal, ukazując w różnej skali to samo zjawisko – człowieka jako jednostkę niknącą w morzu podobych mu, lecz przecież tak odmiennych istot, w żywiołowym rytmie różniących się energią, choć z pozoru bliźniaczych metropolii.

Wystawa: Jolanda Jeklin. Transformacja
14.07.-30.08. 2015
Galeria Artoteki Grafiki
Biblioteka Sztuki
Wydział Artystyczny
Uniwersytet Zielonogórski
ul. Wiśniowa 10
Zielona Góra

Lista ilustracji
1. Transformacja, wystawa dyplomowa Jolandy Jeklin, Galeria Artoteki Grafiki w Bibliotece Sztuki, Wydział Artystyczny, Uniwersytet Zielonogórski, 14.07.2015 (fragment).
2. Jolanda Jeklin, L.A (Los Angeles ), 2013,100 x 140 cm.
3. Jolanda Jeklin, N.Y (New York), akryl na płótnie, 2014, 150 x 120 cm.
4. Jolanda Jeklin, Harmony I, akryl na płótnie, 2015, 100 x120 cm.
5. Jolanda Jeklin, Faith, olej na płótnie, 2015, 120 x 90 cm (fragment)
6. Jolanda Jeklin, cztery prace z serii Eco, linoryt, technika mieszana, 2015, 140 x 140 cm.
7. Jolanda Jeklin, prace Contemplation, technika mieszana, kolaż, 2014, 60 x 90 cm.

Reblog: Nowa polska proza z Podhala

Mariusz Koperski

Śmierć samobójcy

ROZDZIAŁ I

Wyłączył latarkę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze minuta” – obliczył szybko. Odczekał chwilę, a potem zmrużył oczy, tak że światło, które rozbłysło w tym momencie, nie oślepiło go. „Banalna sztuczka, kto się na to nabierze? Wystarczy, że ktoś obserwuje mieszkanie przez kilka dni. Od razu wpadnie na to, że w domu nie ma żywego ducha, kiedy włącza i wyłącza się światło” – ze spokojem podszedł do nieudolnej próby zabezpieczenia domu przed włamaniem. Ale dla niego tym lepiej. Nie musiał marnować czasu na rozbrajanie alarmu, na którym zaoszczędził właściciel, no i mógł dowoli poruszać się po mieszkaniu przy zapalonym świetle nie wzbudzając podejrzeń. Musiał tylko uważać, by nie zbliżać się do okien od strony ulicy.

Rozejrzał się wokół. Uwielbiał drewniane domy. Wciągnął powietrze nosem. Ten był całkiem nowy i wyraźnie wyczuwało się jeszcze zapach drewna. Wywoływał miłe skojarzenie z sosnowym lasem. Z trudem powstrzymał się, by nie przeciągnąć palcami po grubych belkach tworzących ściany domu.

Stał w wejściu do dużego pokoju pełniącego najwyraźniej rolę salonu. Duża, czarna, skórzana kanapa na środku, przed nią mały stolik ze szklanym blatem, a dalej 32-calowy telewizor starego typu. Poza tym mnóstwo drobnych mebli i drobiazgów, które razem nie tworzyły jakiejś spójnej estetycznie całości, ale w połączeniu z ciepłem bijącym od drewnianych ścian, skutecznie budowały atmosferę przytulności.

Spojrzał w górę. Pod sufitem, przez całą szerokość salonu, przeciągnięto grubą, drewnianą belkę zdobioną rzeźbieniami z motywami ludowymi i jakimś napisem. Zmrużył oczy, ale mimo wysiłku nie udało mu się go odczytać. „To będzie dobre miejsce. W sam raz” – pomyślał uśmiechając się. Ponownie spojrzał na zegarek. Miał dokładnie dwie godziny i piętnaście minut do momentu, kiedy wyłącznik czasowy przywróci w mieszkaniu całkowitą ciemność.

Właściwie to miał być teraz na urlopie – siedzieć w jakiejś kafejce w jednym z urokliwych miasteczek Toskanii, popijać espresso lub prosecco i patrzeć na różne wcielenia Moniki Belucci. Już był spakowany i gotowy do wyjazdu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten, któremu się nie odmawia. Przyjął zlecenie, nawet słowem nie wspominając o planowanym urlopie. Taka praca. Przez chwilę myślał nawet, żeby zrezygnować z honorarium, ale doszedł do wniosku, że byłoby to chyba przesadnym lizusostwem i przystał na swoją zwykłą stawkę. Pewnym pocieszeniem było miejsce, gdzie miało dojść do realizacji zlecenia – Zakopane. Dawno tu nie był. Lata całe. To nie to samo, co Toskania, ale też jakaś namiastka urlopu.

Włożył lateksowe rękawiczki. „No dobrze, dowiedzmy się, kim naprawdę jest pan Rylski” – zastanowił się, przekraczając próg salonu. Bardzo lubił tę fazę swojej pracy. Przygotowanie. Rozpoznanie. Poznanie. Poznanie drugiego człowieka. Ofiary. Sama egzekucja to finał i w pewnym sensie formalność. Ale trzeba do niej doprowadzić. Poznawanie drugiego człowieka, odkrywanie jego tajemnic i słabości, to było w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Zawsze bardzo dokładnie przygotowywał się. Wszystko miało być zaplanowane ze szczegółami. Jak najmniej improwizacji, jak najwięcej perfekcjonizmu. Czasami chyba przesadzał, ale z drugiej strony wiedział, że w tej profesji błąd może wiele kosztować. Życie lub wolność.

Takie nastawienie do pracy przyniosło w końcu efekty. Od kilku lat dostawał tylko specjalne zlecenia. Szczególne przypadki, wymagające wyrafinowania i wyobraźni. Nie był zwykłym „cynglem” na usługach jakiejś mafii, rzeźnikiem, któremu zabijanie i zadawanie bólu ofiarom sprawia przyjemność. Wzywano go tylko wtedy, kiedy chodziło o coś więcej niż likwidację osoby, sprawiającej kłopoty. Dla niego było to jak osobliwa sztuka teatralna, która miał wyreżyserować. Jego zadaniem było pokierowanie aktorami spektaklu w ten sposób, by doszło do oczekiwanego finału. „Jestem artystą” – myślał o sobie, ale nigdy tego na głos nie mówił, bojąc się, że ktoś poczyta to za arogancję. Wolał uchodzić za chłodnego i powściągliwego. I tak się rzeczywiście działo.

Na lewo od wejścia znajdował się piękny kominek z ciemnozielonych kafli. Na kominku stało kilka fotografii w ramkach. Największa przedstawiała trzyosobową rodzinę, najwyraźniej małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rozpoznał Rylskiego. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem, krótkie blond włosy z wyraźnie widocznymi już zakolami. Uśmiechał się do obiektywu obejmując żonę i syna. Chłopiec podnosił głowę spoglądając na ojca. Kobieta wtulała się z czułością w ramię mężczyzny. Wzruszające. Rodzinna idylla, która jeśli wciąż trwa, skończy się za jego sprawą.

Na ścianie obok kominka wisiały oprawione zdjęcia Rylskiego z dawnymi osobistościami świata politycznego. Byli prezydenci, byli premierzy i byli wielcy opozycjoniści. Tylko niektórzy z nich utrzymywali się ciągle jeszcze na powierzchni, sławę wielu rozwiał bezlitosny wiatr historii. Zagwizdał z podziwu. „No, no, pan redaktor był kiedyś prawdziwą gwiazdą. A kim jesteś teraz, panie Rylski? Kim jesteś naprawdę?”.

Po salonie przyszedł czas na inne pomieszczenia. Na parterze znajdował się jeszcze gabinet Rylskiego. Stało tu duże biurko z ciemnego drewna, a dwie ze ścian były zastawione regałami pełnymi książek. Zatrzymał się na chwilę przy kilku półkach z beletrystyką. Książki dużo mówią o człowieku, nawet jeśli ich nie ma. Mimowolnie uśmiechnął się widząc tam swoje ulubione Życie. Instrukcja obsługi Perec’a. Obok stało siedem tomów W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Z piątego wystawała kolorowa zakładka. „Brawo” – pomyślał. – „Ja doszedłem tylko do czwartego. Ciekawe, czy ktoś przeczytał wszystkie siedem?”. Poczuł nagłą sympatię do dziennikarza. Wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało mu się już wcześniej polubić swoją ofiarę. Ale i tak w końcu robił swoje. Taka praca.

Na biurku panował twórczy bałagan. Mnóstwo wycinków prasowych, wydruków z komputera, kserówek. Na tych ścianach, które nie były zastawione książkami, wisiały oprawione w antyramy artykuły podpisane nazwiskiem Rylskiego i zdjęcia. Przyjrzał się temu dość dokładnie, ale nie znalazł nic ciekawego. Również wnętrze biurka nie zawierało niczego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu zlecenia.

Wszedł na piętro. Znajdowały się tu dwie sypialnie, jedna małżeńska z dużym podwójnym łóżkiem na drewnianej ramie, druga była właściwie pokojem dziecinnym. Automatyczne włączniki światła były podłączone tylko do dwóch lamp znajdujących się na parterze w salonie, wyjął więc z kieszeni małą latarkę.

W sypialni małżeńskiej już na pierwszy rzut oka coś się nie zgadzało. Podszedł do dużej szafy z klejonego, sosnowego drewna i otworzył ją. Od razu zauważył, czego brakowało. Były koszule, krawaty, garnitury, męska bielizna. Ale ani śladu damskiej garderoby. Zamknął starannie szafę i wyszedł z sypialni. Także w pokoju dziecinnym było coś zastanawiającego. Sam nie miał dzieci, ale wiedział dobrze, że nienaganny porządek, jaki tu zastał, nie jest czymś normalnym. Mnóstwo zabawek ustawionych porządnie na dwóch małych regałach, łóżeczko wzorowo pościelone jak na obozie harcerskim, nie, tak nie wyglądają pokoje chłopców w tym wieku. Wszystko wskazywało więc na to, że Rylski mieszkał tu sam. Żona z dzieckiem wyprowadziła się z jakiegoś powodu i on musiał ten powód poznać.

Stanął na chwilę na środku dziecięcego pokoju i zamknął oczy. Dotarły do niego stłumione odgłosy miasta żyjącego swoim wakacyjnym rytmem. Strzępy dyskotekowej melodii z jakiejś imprezy „open air”, pojedyncze pohukiwanie samochodowych klaksonów, śmiechy ludzi, którzy korzystali z atmosfery letniej, urlopowej niefrasobliwości i cieszyli się, że choć przez parę dni mogą zapomnieć o szarej codzienności. „Zakopane! Jestem w Zakopanem. Jestem w pępku świata!” – nie pamiętał już, skąd znał to określenie miasta pod Giewontem.

Nagle pośród tych dźwięków pojawił się całkiem blisko odgłos trzaśnięcia zamykanej furtki i chwilę potem usłyszał kroki na schodach prowadzących na ganek. Otworzył oczy, wyłączył latarkę i zamarł w oczekiwaniu. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i wszedł do holu. Spojrzał na zegarek. „Tylko bez paniki! Jeszcze chwila. Chwila powinna wystarczyć” – uspokajał sam siebie. Kilka sekund później w całym domu zgasło światło, na dole ktoś potknął się o coś lub w coś uderzył, a męski głos zaklął:  – Cholera jasna z tym światłem!

Dwie dziewczyny z cmentarza w Gatow (2)

Ewa Maria Slaska

Tam gdzie rosną miłorzęby…

Pisałam już o dziewczynach z cmentarza w Gatow, ale zrobiłam to jak zwykły dziennikarz – sprawdziłam, co znajdę w internecie i z tego, co znalazłam, ułożyłam wpis. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że normalnie tak nie pracuję i że jeżeli piszę o otaczającej mnie rzeczywistości, to zawsze przecież sprawdzam, jak ona wygląda. W każdym razie staram się sprawdzić. Gatow nie dawało mi więc spokoju. To bardzo odległa część miasta i na dojazd tam trzeba poświęcić kilka godzin. Raz już dotarłam nawet do Spandau, leżącego na odległych zachodnich rubieżach miasta i poczciwie poczekałam pół godziny na autobus jadący do Poczdamu przez Gatow, a gdy wreszcie podjechał, lunął tak potworny deszcz, że choćbym nawet znalazła cmentarz i groby, to i tak raczej utopiłabym aparat niż zrobiła jakąkolwiek fotę. Wróciłam więc do domu. Jak niepyszna.

Po raz drugi dotarłam do Spandau 23 lipca, bo miałam na 19 bilety na koncert Van Morrisona w Szpandawskiej Cytadeli. Tym razem pogoda dopisała. I szczęście też. Cmentarz jest wielki i pusty, i nie ma tam żadnych informacji, ponad to, co być musi. Są ogłoszenia, plan i pożółkła kartka o Yun I-sang (1917–1995), koreańskim muzyku, najbardziej prominentnej osobistości, którą tu pochowano. Nigdy o nim nie słyszałam, co oznacza zapewne, że nie słyszałam też niczego, co skomponował, tymczasem lista jego kompozycji jest długa, poczynając od kompozycji solowych a na czterech operach kończąc.

***
Kręcę się niepewnie przy wejściu na cmentarz, nie bardzo wiem, dokąd mam iść. W internecie znalazłam numer kwatery, gdzie pochowano Hatun Sürücü, ale nigdzie nie ma informacji, gdzie leży anonimowa syryjska uciekinierka z dzieckiem. Pytam dwoje czy troje ludzi wychodzących z cmentarza. Nikt nic nie wie. Wreszcie rezygnuję z prób dowiedzenia się czegokolwiek, idę w prawo i na sam koniec cmentarza, bo tam leży Hatun.

gatow-hatunJuż po wizycie na cmentarzu, ale jeszcze zanim opublikuję ten wpis, w berlińskim brukowcu pojawi się 29 lipca imię Hatun i informacja, że jej brat-morderca, który mieszka teraz w Istambule i prowadzi tam budkę z jedzeniem oraz pracuje dorywczo jako bodyguard, został niedawno – podobno przez pomyłkę – zatrudniony jako ochroniarz podczas jakiejś uroczystości urządzanej przez Ambasadę RFN w Turcji. Chyba dość poważne zaniedbanie, na ale cóż, każdy robi błędy, nawet Bóg…

Chodzę po cmentarzu mając nadzieję, że przez przypadek znajdę też  grób owej Syryjki. Zakładam, że jest nowy i że będzie go łatwo odróżnić. Założenie słuszne, ale nie do końca, bo ani po drodze, ani tam gdzie leży Hatun, nie ma nowych grobów. Nie ma też nikogo, kogo można zapytać.

Wracam, przy wyjściu spotykam Araba w bojówkach i zielonej koszuli. Nie wiem dlaczego, ale dochodzę do wniosku, że to pracownik cmentarza. Pomyliłam się. Nie jest pracownikiem cmentarza i nic nie wie o grobie. Idę dalej, niezadowolona z siebie, marny ze mnie dziennikarz, skoro nie umiem znaleźć miejsca, o którym niespełna miesiąc temu trąbiła cała prasa niemiecka. Pytam w kwiaciarni. Sprzedawczyni marszczy czoło, zamyśla się wyraziście, wreszcie mówi, na samym końcu, po lewej stronie, tam są nowe groby. Być może jest to kwatera 11 A. Wracam, nie ma, nie ma nowych grobów, nie ma tabliczek, trzej grabarze, którzy kopią nowy grób też nic nie wiedzą. I wtedy z daleka widzę “mojego” Araba w zielonej koszulce. Obok stoi jakiś drugi, w koszuli w kratę. Obaj machają bardzo podekscytowani. Już wiem, że znaleźli dla mnie ten grób. Wcale mnie to nie dziwi. Zapytałam, rzuciłam pytanie w przestrzeń, i grób się znalazł. Jak masz do zrobienia coś ważnego, to świat się tak właśnie spolegliwie układa.

Dróżki nie utwardzone, pełne kałuż po porannym deszczu. Błoto. Idę. Arab w koszuli w kratę prowadzi mnie kawałek dalej. Tu, mówi. Tu ona leży. A obok jej dziecko.

gatow-syryjka-2grobyWyższy grób to Mama, niższy – dziecko.
Niech odpoczywają w pokoju.

Nie ma żadnej informacji ani napisu. Nadal nie wiem, jak się dziewczyna nazywała. Nie wiem nawet, czy to na pewno jej grób. Ale wtedy widzę, że przy obu mogiłach posadzono drzewka miłorzębu japońskiego. Symboliczne drzewo, nie tylko zresztą w Berlinie, symbol zmartwychwstania i sił natury zdolnych pokonać zło, sprawione przez ludzi. W Berlinie powszechnie używany przez osoby zaangażowane politycznie. Kiwam głową, dziękując mojemu przewodnikowi. Tak, to na pewno tu.

gatow-gingko-grob gatow-gingko

Kwatera 12-A-20 i 21

Gra cieni (1)

Gra cieni to powieść o Indonezji. Viktoria Korb pracowała przez kilka lat w różnych organizacjach ONZ-u. Mimo, że wiele z jej przygód i obserwacji opiera się na doświadczeniach z tego czasu, wszystkie osoby występujące w tekście są wymyślone, a ich podobieństwa do realnych postaci są przypadkowe, lub charakterystyczne dla pewnego typu osób z organizacji międzynarodowych.

Viktoria Korb

Z Berlina do Jakarty

Motto: »Peter’s Perfect People Palliative«

Each of us is a mixture of good qualities and some, perhaps, not so – good qualities. In considering our fellowman we should remember his good qualities and realize that his faults onły prove that he is, after all, a human being. We should refrain from making harsh judgements of a person just because he happens to be a dirty, rotten, no good son-of-a-bitch.
Thomas L. Martin, Jr.: Malice in Blunderland, 1980, s. 36

1. ŻEGNAJ BERLINIE!

– Kiedy odbył się ostatni stosunek płciowy? – zapytał adwokat inkwizytorsko.
– Przed rokiem, skłamałam szybko, by mój niemiecki mąż Werner nie zdążył przyznać się, że zaledwie trzy tygodnie temu.
Wprawdzie przyrzekł, że będzie kooperował, ale miałam wątpliwości, czy dotrzyma słowa.
– Świetnie – pokiwał głową adwokat. – Po roku nie ma problemów z sądem.
Podał nam coś do podpisania, po czym Werner nagle wybiegł z kancelarii ze łzami w oczach.
– Czy on pani unika? – zdziwił się prawnik.
– Nie, wręcz przeciwnie.
Pożegnałam się i wyszłam, sama bliska płaczu, na zachodnio-berlińską ulicę. Koniec wielkiej miłości. Gdy tylko znalazłam się w domu zadzwonił Werner, który już zdążył wziąć się w karby:
– Wybacz, że tak nagle zwiałem. Czy mogę cię zaprosić na wieczór do knajpy?
– Tak mamy zacząć rozwód? Ale niech będzie – mimo wszystko poczułam się wzruszona.

Po dość smętnej kolacji Werner odprowadził mnie do naszego wspólnego dotąd mieszkania i niejako w sposób naturalny tam za mną wszedł. Głupio byłoby się certować, więc wyciągnęłam butelkę wina.
– Późno już – zrobiłam subtelną aluzję po godzinie.
– Zostanę na noc – zdecydował Werner.
– Nie.
– Tak – powtórzył i walnął pięścią w stół dokumentując swoje prawa jeszcze-małżonka.
I znowu dałam się zaskoczyć, zahipnotyzować i uwieść. Nic dziwnego, seks między nami był zawsze fenomenalny, a agresja potrafiła nawet dodać mu namiętności.
Ale czy po to się rozwodzę, żeby zostać kochanką swego byłego męża in spe? Co za szczęście, że jutro wyjeżdżam na drugi koniec świata, w przeciwnym razie dalej byśmy się rozchodzili i schodzili miotani miłością i nienawiścią. Ostatnio nieco zobojętniałam na te powtarzające się od lat podniety i rozwodem chciałam przeciąć ten nasz prywatny węzeł gordyjski . Nie wierzyłam już w żadne “poprawianie się” ani “dopasowywanie się”. Ni jego, ni swoje.

Rano Werner zapytał agresywnie:
– Będziesz do mnie pisać?
– Nie wiem.
– Kocham cię i zawsze będę cię kochał. Nikt nie biedzie cię tak uwielbiał jak ja.

Brzmiało to jak klątwa, a co najgorsze chyba prawdziwa. Niemniej byłam niezłomna po sześcioletniej szarpaninie. Wywołała ją nagła przemiana Wernera, który po ślubie z obyczajowego rewolucjonisty zmienił się w obsesyjnie zazdrosnego tyrana, i to bez żadnego powodu.
Nie zgodziłam się, by odwiózł mnie na lotnisko.
W myślach byłam już w drodze przez Wiedeń do Indonezji, do pracy w agencji ONZ, UN Programme of Industrial Progress, w skrócie UN PIP, do której zarekrutowała mnie kubańska emigrantka Dolores Delgado. W przeciwieństwie do mej ostatniej podróży do Wiednia, kiedy emigrowałam z Polski, był to triumfalny powrót na białym koniu.

Teraz czułam się jak na rauszu, co odbiło się także w zawadiackim wyrazie twarzy w mym oenzetowskim paszporcie, zwanym Laissez-Passer.
Wreszcie niebiańska nomenklatura była dla mnie łaskawa! Spojrzałam w lustro. Czy zmieniłam się radykalnie? Nie całkiem – włosy nadal półdługie i blond, oczy nadal zielone, cera różowawa, nos spory z garbkiem. Wciąż dość drobna. I ciągle jeszcze młodziutka. Ale stop – pewna zmiana była – jakbym podrosła! A co najmniej trzymałam się prościej.

2. ODLOT

Tego szarego, listopadowego poranka opuściłam mój dom wraz z siostrą i Kocicą, która zdołała w ostatniej chwili wyszabrować ode mnie radio z magnetofonem.
Kocica, starszawy polski gej, zadający się głównie z wygłodniałym seksualnie tureckimi i arabskimi ”Gastarbeiterami”, miała bowiem za cel życiowy unikanie wszelkiej harówy. Poza okazyjnymi pracami żyła więc ze świadczeń socjalnych i datków znajomych. W krytycznych momentach ratowała się gotowaniem pożywnych zupek, które przedłużała w nieskończoność wodą, sycąc nimi także swych wygłodniałych kochanków.
W tym towarzystwie udałam się do autobusu na lotnisko Schönefeld we Wschodnim Berlinie. Byłam przyzwyczajona do przekraczania granicy niemiecko-niemieckiej. Niemniej nadal odczuwałam egzotyczny dreszcz, gdy musiałam poddać się kontroli mężczyzn w szarych mundurach i czapkach wehrmachtowskiego kroju, którzy w otoczeniu zapór antyczołgowych i drutu kolczastego prowadzili na linach wilczury
I zawsze to samo, stereotypowe pytanie:
– Czy ma pani broń, amunicje, krótkofalówkę?
– Nie, a są mi potrzebne? Jest tu tak niebezpiecznie?
Urzędnik wykrzywił się.
Na lotnisku podeszłam dziarsko do kontroli z moim niemieckim paszportem. Wtedy moja biżuteria zaczęła podzwaniać w torebce i przerażona, że zaczną mnie przeszukiwać i przegapię samolot, rzuciłam na stół Laissez-Passer. Choć jeszcze słabo stałam na dyplomatycznych nogach, zaryzykowałam uwagę: – Nie macie prawa mnie kontrolować jako dyplomatki ONZ.
Zirytowany celnik zapytał, dlaczego go nie pokazałam od razu, a ja poznałam magiczne działanie tego dokumentu.
Po locie w roztrzęsionym samolocie Interflugu pojechałam do hotelu, zamówionego dla mnie i mych kolegów przez ONZ. Po tygodniowym treningu mieliśmy udać się do różnych krajów Trzeciego Świata.
W zapyziałym hotelu w zramolałym Wiedniu nie zanosiło się na podniecający wieczór.
Za to przy śniadaniu obserwowało mnie z widocznym zainteresowaniem dwóch młodych mężczyzn.
Jeden z nich zapytał po angielsku: – Też z Programme of Industrial Progress, PIP?
– Skąd wiecie? – zdumiałam się.
– Hm, widocznie zamieniamy się już w znany typ międzynarodowego urzędnika, rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka dookoła świata. Ja mam na imię Arne, a to mój kolega Paul. Jesteśmy Holendrami. A ty? Skąd jesteś i dokąd idziesz?
– Jestem z Niemiec, ale pochodzę z Polski i jadę do Indonezji.
– Jakże ci zazdroszczę – jęknął z zachwytu przeraźliwie brzydki Arne. – Musisz koniecznie pójść do hotelu Sahid Jaya i posłuchać muzyki na gamelanie jak ja to robiłem w czasie wakacji. Dlaczego mnie tam nie wyślą? – zakończył dramatycznie.
– Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Może dlatego, że jesteś Holendrem, a więc byłym kolonialistą. A dokąd cię wysyłają? – Na Filipiny.
– A ciebie? – zapytałam przystojnego Paula.
– Republika Dominikańska.
– Dokładnie przeciwległy kąt świata od nas – pokiwał głowa Arne i zaproponował naszej grupie, która w międzyczasie rozmnożyła się do pełnej dziewiątki, by łapać taksówkę do ONZ.
Powiewając dumnie naszymi Laissez-Passer w stronę ochroniarzy wkroczyliśmy do wiedeńskiego sanktuarium ONZ i … stanęliśmy bezradni wobec tego szklanego kolosa.
Dokąd iść i co to w ogóle jest? Piętro “minus trzy”, parkingi, bezcłowy supermarket, kioski, banki, kina, restauracje, kawiarnie, bary, służba medyczna, serwis fotograficzny, poczta zwykła, dyplomatyczna i pneumatyczna. Thomas Cook, biblioteki, archiwa, błyskawiczne, dzwoniące windy, służba bezpieczeństwa – głównie ogromni Murzyni w operetkowych niebieskich mundurach pełnych złoceń. Wózki z kawą jeżdżące po kilometrowych korytarzach, biegający nerwowo ludzie z aluminiowymi walizkami.
Szybkie zapytania: – Jak leci? oraz powszechna odpowiedź: – Przeżywam.
Wycieczki dziatek szkolnych. Młodzieniec w szortach biega na przełaj po korytarzach w imię jakiegoś dobroczynnego celu, jak głosi napis na jego koszulce.
– Tu trzeba by jeździć na hulajnodze! – wykrzykuje Paul.
Faktycznie mija nas dziwny pojazd, niestety najwyraźniej zastrzeżony dla załogi technicznej. “Prywatne spotkanie Interpolu z Komisją ONZ do spraw narkotyków”, głosi napis na następnych drzwiach.
– Jak to prywatne? Czy każdy może się tu zagnieździć? – pytam Dolores.
– Prywatne, to znaczy bez publiczności i protokołu – tłumaczy. – Ściśle tajne.
Widzimy, że dostaliśmy się do jakiegoś niecodziennego, autarkicznego świata, który niewiele ma wspólnego z naszym dotychczasowym życiem i tym, co dzieje się poza jego szklanymi ścianami.
Szybko odkrywamy, że gubienie się jest specjalnością ONZ w skali światowej. Gubią się pracownicy, eksperci, misje, stypendyści, wizyty państwowe, poczta, teleksy, listy, adresy, walizki, samochody i mózgi. A odszukiwanie się dookoła globu jest jednym z bardziej absorbujących zajęć personelu.

Poznałam wreszcie moje dwie koleżanki, wysportowaną Szwajcarkę Christine i Helgę z Niemiec. Ta proporcja, trzy kobiety, wobec sześciu mężczyzn, wywołuje nawet u nich krytyczne komentarze.
Dolores broni się, że, jesteśmy pionierkami, po których przyjdą następne.
Ja usiłuję powstrzymać się od komentarzy, na szczęście wychowałam się w Polsce, gdzie emancypacja kobiet była nieporównywalna z Zachodem. Po wylądowaniu w Zachodniej Europie przeżyłam wręcz szok, wobec niemieckiego traktowania kobiet, szczególnie słynnego 3K – czyli “Kinder, Küche, Kirche”, czyli Dzieci, Kuchnia i Kościół. Gdy szukałam pierwszej pracy w Kolonii, przydzielono mnie do działu kobiet, bo Urząd Pracy był podzielony na męski i kobiecy, i zaproponowano mi kurs pisania na maszynie… Na szczęście kierowniczka działu była na tyle przytomna, że skierowała mnie do działu mężczyzn. Tak więc zostałam facetem i kierownik działu, pochodzący ze Śląska, szybko znalazł mi pracę.
Helga tez mało nadaje się na pionierkę. Ma pełno sztucznych kwiatów w cherlawych włoskach, a ich pielęgnacja zajmuje jej cały wolny czas, który reszta z nas spędza na intensywnych rozmowach. Nasze tempo życia przyspiesza się kilkakrotnie.
Pytam Christine: – Czy loki są warte wyłączenia się z tak przedniej grupy?
– A skąd! Do tego przez te ciągłe ondulacje ona nigdy nie wie, co się dzieje i gdzie. To jest taka baba… taka baba… – dławiła się ze złości.
– No jaka baba? – zapytałam zniecierpliwiona .
– Taka … baba bez jaj – wykrztusiła wreszcie Christine.
– Baba bez jaj, to rzeczywiście ohyda – zgodziłam się. – A teraz chodźmy na ceremonię przedstawiania nas ambasadorom akredytowanym przy ONZ.

Ambasadorowie podkreślili zgodnie ogromne nadzieje, jakie ONZ pokłada w młodych APO – Associate Program Officer, czyli w nas. Dostaliśmy umowy na rok, które z pewnością będą przedłużone o następny – przysięgała Dolores. Helga miała szczególnie dużo kwiatków na głowie.
Po ceremonii Dolores zabrała nas na wino i uświadomiła, że “istotą naszej pracy jest bycie jak bogini o stu rękach.”
W hotelu, już zżyci i w szampańskich humorach, poszliśmy na następne drinki do pokoju Arne. Śmieliśmy się tak głośno, że portier zagroził wyrzuceniem nas na bruk. Gdy koło trzeciej nad ranem rozchodziliśmy się, Paul poszedł w ślad za mną, po czym wciągnął mnie do swego pokoju i łoża. Chętnie na to pozwoliłam. Spędziliśmy upojny poranek na zakończenie euforycznej nocy.
Po przebudzeniu powiedział: – Na pewno nie jesteś taka słodka, na jaką wyglądasz.
– Nie – przyznałam się.
– To dobrze, bo ja zawsze bałem się zaangażować – spojrzał na mnie badawczo.
Milczałam. Co mnie obchodzą jego strachy, skoro za kilka dni jedziemy w dwa różne końce świata? Zresztą od czasu mego małżeństwa z obsesyjnie zazdrosnym Wernerem, najlepiej czułam się właśnie z kochankami, którzy nazajutrz wyjeżdżali na przykład do Nowej Zelandii.

Biegaliśmy całymi dniami po siedzibie UN PIP, która jako młoda podorganizacja, była szczególnie dynamiczna.
W biegu rozmawiałam też po polsku z Włochem Florianem Kowalskim, który nadzorował przygotowanie indonezyjskiego projektu “Reforma przedsiębiorstw”. Nie odważyłam się go zapytać, jakim cudem został Włochem. Prawdopodobnie “znalazł się” tam w czasie wojny. Polskie losy – pomyślałam. Dał mi polskim sposobem otwartą kopertę z poufnym listem do mego przyszłego szefa w Jakarcie. Wiedziałam, rzecz jasna, że wypadało list zakleić na jego oczach, ale tego nie zrobiłam. Wytrzymałam z zimną krwią jego świdrujące spojrzenie i przeczytałam pismo już na korytarzu. Kowalski opisywał tam porażkę starego teamu i przyrzekał, że tym razem wyśle do Indonezji “naprawdę dobrego eksperta”.
Z powrotem do maratonu – teraz szczepiono nas na wszystkie możliwe i niemożliwe choroby. Odmówiłam zaszczepienia się na żółtę febrę, wiedząc, że dostaje się jej tylko od bawienia się z małpami. Nie miałam zamiaru bawić się z małpami. Skąd miałam wiedzieć, że one zamierzały bawić się z mną?
Za to zażądałam od lekarza przepisania mi pigułki antykoncepcyjnej: – ONZ chyba nie chce, żeby przez nią zaszła w ciążę?
– W żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić – parsknął śmiechem pan doktor i wypisał mi receptę.

Dolores prowadziła zajęcia razem z Argentyńczykiem Raulem oraz Urugwajczykiem Carlosem, niechybnie jej kochankiem, jak jednogłośnie orzekli moi koledzy. Niemniej elegancki Francuz Alan mocno podejrzewał Dolores także o apetyt na Helgę.
Z kolei sama Helga najwyraźniej zagięła parol na Carlosa. Alan twierdził, że “przypadkiem przeczytał” w osobistych notatkach Dolores z wywiadów z nami, które leżały na stole, takie uwagi, jak “sexy”, “męski uścisk dłoni”. Wolałam nie zdradzać kolegom iż, mimo że nie wiem, jak wypadł mój uścisk dłoni, byłam jedyną osobą, której Dolores pozwoliła wybrać kraj docelowy. Wprawdzie nie wyszło to całkiem tak jak chciałam, bo wolałabym Indie, ale prawie… A moją teoretyczną gotowością wyjazdu do Jemenu, zaimponowałam nawet tej doświadczonej emancypantce. Nie żebym pchała się gdzieś, gdzie kobiecie jest naprawdę ciężko, ale pojęłam już dawno po praktyce na Cyprze i rozmowach z doświadczonymi ludźmi, że im bardziej kraj “rozwinięty”, tym nudniejszy.
Byłam więc wdzięczna Dolores, że zatrudniła mnie w ONZ i umożliwiła ucieczkę ze znienawidzonego między innymi przez moje nieudane małżeństwo Berlina.
Dolores była przekonana, że świetnie sobie poradzę. Podczas gdy potencjalnych niemieckich pracodawców odstraszał mój nieortodoksyjny życiorys, w Trzecim Świecie tym bardziej potrafię zabłysnąć – twierdziła. Natomiast ukochani w Europie drobnomieszczanie, nie mieli tam jej zdaniem najmniejszych szans!
Tkliwie wspomniałam więc Niemiecki Instytut Polityki Rozwojowej, który też doceniał takie zalety i przyjął licznych kursantów wyciągniętych z wieloosobowych materaców w komunach Kreuzberga. Próbowałam odgadnąć przyczyny uprzywilejowanego potraktowania mnie przez Instytut, a potem przez Dolores. Oczywiście! byłam przecież dla nich gratką – puknęłam się w głowę z nagła olśniona. Umożliwiłam im bowiem postęp w wypełnianiu niemieckiej kwoty zatrudnienia w ONZ, nie obarczając go przy tym następnym urzędnikiem z “brakiem umiejętności społecznej komunikacji”. Ten “lack of social communication skills” u Niemców, znany gdzie indziej po prostu jako “niemiecka buta”, był szeroko omawiany w publikacjach oenzetowskich i niemieckich jako powód notorycznego nie wypełniania ich kwoty narodowościowej.

Dolores zakomunikowała nam zjadliwie, że ambasada Niemiec chce wziąć udział w naszym szkoleniu i zaprasza niemieckich uczestników na następny dzień, zmuszając ją do zwolnienia nas z zajęć.
Chcąc nie chcąc musieliśmy na to przystać. Towarzyszył nam Herr Kraut, akredytowany przy UN PIP. Ambasador Hoffmann, którego przemówienia według Dolores znane były w Wiedniu jako “Opowieści Hoffmanna”, zrzucił jakieś akta na podłogę, byśmy mogli usiąść przy stole.
Herr Kraut usiłował je usłużnie podnieść, na co ambasador zaprotestował: – Ależ proszę je zostawić, ja lubię pracować na podłodze.
Ambasador był faktycznie rozmowny i dawał nam dobre rady jak przeżyć w tropikach. W szczególności radził nam zabrać odpowiedni zapas bielizny wysokiej jakości.
Gdy ambasador skończył z naszymi majtkami, Herr Kraut zaprosił nas na obiad do jednej z restauracji w VIC, zwanej ”Blue Danube”. Przyzwyczajeni byliśmy już do tej dziwacznej, angielskiej nazwy modrego Dunaju. Herr Kraut zwracał się przy obiedzie szczególnie do “obu dam” ale na szczęście wdzięki Helgi przeważyły i odwlekły jego uwagę od Frau Korb. Odetchnęłam z ulgą, gdy obiad się skończył. Za kilka dni będzie koniec z niemiecką “przytulnością”.

Po sześciu dniach i nocach w euforii ledwie zipaliśmy, a jeszcze czekał nas wieczór pożegnalny w Heurige, pijalni wina. Czuliśmy się już częścią ONZ, zniknął dystans wobec starszych kolegów. Helga już zupełnie bezwstydnie flirtowała z Carlosem. Dolores pieszczotliwie pogłaskała mnie po obnażonym karku, zanim wygłosiła mowę pożegnalną:
– Uważajcie. Jak już raz dostaniecie tej choroby ONZ-owskiej, nie potraficie się już od niej uwolnić. Ale ONZ też będzie waszą Alma Mater, która was nie porzuci.
Zamyśliliśmy się. Zabrzmiało to jak przyjęcie do tajnego sprzysiężenia, loży masońskiej czy innego braterstwa.
Nagle rozległ się trzeźwy głos Ame:
– Ale ja nie chcę żadnej Alma Mater. Mam własną matkę i zupełnie mi to wystarczy. Nie chcę zresztą z powrotem do brzucha.
Ja natomiast słuchałam Dolores w upojeniu, mając nadzieję, że to prawda i że odnajdę w ONZ-cie ponadnarodową ojczyznę, zamiast tej, która została mi brutalnie odebrana przed laty. Poczułam też ogromną sympatię do Indonezji, która miała zostać “moim krajem” i z którą miałam się zindentytikować przez dekret, choć jeszcze niedawno nie byłam pewna, na jakim kontynencie leży.

3. BANGKOK
Postanowiliśmy z Arne lecieć razem do Bangkoku, potem nasze drogi mały się rozejść. Gdy wysiedliśmy z zatłoczonego australijskiego samolotu, pełnego modlących się nieprzerwanie greckich babć, skarżyłam się, że nie wyłączono jeszcze jego motorów: – Nadal buchają żarem!
– Obawiam się – roześmiał się Ame – że to jest normalna temperatura, w której spędzisz następne dwa lata!
Po przejściu bez kolejki i kontroli dyplomatyczną ścieżką pojechaliśmy klimatyzowaną limuzyną do pobliskiego hotelu “Złoty Smok”. Siedzenia w toaletach były wysterylizowane i zapieczętowane. Nic dziwnego. Poszliśmy na suto zakrapianą kolację, ale wykończeni jetlagiem szybko wróciliśmy do swych pokoi.
Rozbierając się uświadomiłam sobie, że rozstaję się z jedyną znaną mi w tej części świata osobą. W ataku paniki dumałam co zrobić, żeby ten moment odsunąć, czyli nie spędzić tej nocy samej. Nie ma rady, stwierdziłam. Jedynym rozwiązaniem jest uwiedzenie Arne, który zresztą nieco mnie podrywał.
Konsekwentnie wyszłam więc na korytarz i zastukałam do jego drzwi.
– Co się stało? – zapytał wyrwany ze snu i poirytowany.
Najwyraźniej nie pojął mych intencji, bo i skąd, a na flirt nie było już czasu. Gorączkowo zastanawiałam się, jak się wytłumaczyć. Przeklinałam przy tym swoje polskie wychowanie, nastawione na obronę przed jurnymi samcami, a nie na robienie im awansów wymaganych w Zachodniej Europie. Bąkając, że chciałam sprawdzić, czy mój zegarek prawidłowo chodzi, wycofałam się rakiem.
Dopiero następnego ranka, zdałam sobie sprawę gdzie się znalazłam – Orient!
W samolocie siedziałam obok młodego Indonezyjczyka, podniecona pierwszym kontaktem z tubylcem starałam się być szczególnie miła i taktowna, by uszanować jego kulturę, przede wszystkim słynną “azjatycką rezerwę”. Okazało się to o dziwo zupełnie zbędne – tubylec był nad wyraz rozmowny i szybko wystąpił z agresywną krytyką swego rządu.
Zbliżając się do Jakarty, niegdyś legendarnej Batavii, lecieliśmy bardzo nisko i rzuciły mi się w oczy czerwone dachy małych domków. Ach, przecież Arne opowiadał, że gdy Indonezja była holenderską kolonią, wszystkie budynki musiały być pokryte taką dachówką, sprowadzaną z Holandii.
Lotnisko, na którym brawurowo wylądowało nasze Jumbo, otoczone było przez pola ryżowe. Gdy wysiadłam z samolotu brudna, przegrzana i spocona zastanawiałam się, kto mnie odbierze i jaki okaże się mój szef, Fakir Hak. Był Pakistańczykiem, jak wyjawił mi Raul i dodał, że ma miłą osobowość, “którą sobie starannie wypracował”. Niemniej spod niej musiała przebijać chyba dalej ta prawdziwa, mniej przyjemna. Dolores zaznaczyła bowiem kilkakrotnie, bym pisała do niej “osobiste i poufne” listy, gdybym miała z nim problemy.

W hali lotniska ujrzałam tablicę z napisem “zawiadomienia ONZ”, spod której wyłonił się uśmiechnięty, niski Indonezyjczyk:
– Madame Korb?
Skinęłam głowa i rozejrzałam się wokół. Prawie wszyscy na lotnisku byli równie drobni, jak mój rozmówca. Dotąd raczej mała, zostałam nagle niemal olbrzymką jak Guliwer w kraju Liliputów.
Człowieczek błyskawicznie przeciągnął mnie przez kontrolę paszportową i zdrowotną, podczas gdy inni pasażerowie pocili się w kolejkach, bliscy omdlenia. Potem dobiło do nas jeszcze dwóch tubylców, którzy eskortowali mnie do służbowej limuzyny, wręczając mi po drodze list mego nowego przełożonego:

“Droga Glorio, jakąż ulgą jest powitanie Pani w Indonezji po nie kończących się mękach oczekiwania! Mam nadzieję, że Pani pobyt tutaj będzie równie przyjemny co pożyteczny.
Niestety nie mogę przyjechać po Panią na lotnisko, ponieważ jak zwykle w weekend poświęcam się modłom. Jutro o ósmej rano przyjedzie po panią szofer, aby zawieźć ją do biura. Wtedy nareszcie poznamy się osobiście. Szczerze oddany
Fakir Hak”

ciąg dalszy za tydzień

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego (3)

Andrzej Rejman                  1._miasto_2015_wwa (1)

 

Warszawa 2015 rejon Ronda “Radosława”

Warszawa, koniec lipca 2015. Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania. Upał! Będzie burza!

Przeszedłem ulicami miasta, którego miało już nie być, miasta, które miało definitywnie zostać wymazane z mapy świata.

Ulice roześmiane, rozedrgane, na Krakowskim Przedmieściu słyszy się głównie języki obce… przepełnione kawiarnie, Japończycy fotografują tablice poświęcone Powstańcom…

Idąc ulicą Miodową – przeszedłem obok – przeoczyłem właściwie to miejsce – Miodowa 23.

2._Warszawa_Miodowa_23_fot_St_Hrebnicki_ok_1946Zburzony fragment ulicy Miodowej 23, fot Stanisław Hrebnicki ok r. 1946

Tu właśnie 1 września 1944 roku po bombardowaniu szpitala – z gruzów wyciągano pozostałych żywych rannych – między innymi moją mamę, łączniczkę “Elżbietę”.

Komendantką szpitala polowego była dr Zofia Maternowska (“Przemysława”),

Z opowiadań rodzinnych wiem, że o mało nie rozstrzelali wszystkich, ale ranni Niemcy, którzy byli w szpitalu poświadczyli o ich dobrym traktowaniu, co uratowało wszystkich rannych.

Z innych opowieści rodzinnych wynika, że “Elżbieta”, znająca dobrze niemiecki starała się (co podobno się nawet udało) powiadomić jednego z dowodzących akcją Niemców, o przypadkowo usłyszanej przez nią rozmowy w języku rosyjskim (może żołnierze RONA?), o zamiarze likwidacji rannych…

Fragmenty wspomnień Stanisława Tyskiego (listopad 1971 r.):

… W Powstaniu “Elżbieta” pełniła funkcję łączniczki sztabowej ppłk. “Radosława”…

W czasie walk na Starym Mieście… została ranna, ugodzona odłamkami granatu w głowę i pierś. Rany na szczęście okazały się niegroźne, po kilku dniach czując się rekonwalescentką “Elżbieta” włączyła się do pomocy służbie sanitarnej …Tymczasem na Starym Mieście sytuacja Powstańców stawała się coraz bardziej krytyczna… zdecydowano ewakuację kanałami do Śródmieścia… W szpitalu odwiedzał “Elżbietę” pewien oficer, z którym zaprzyjaźniła się w czasie walk (prawdopodobnie był to “Klara”, Stanisław Wierzyński, przyp. mój)… po jego namowach, nastrój ewakuacji udzielił się także “Elżbiecie”. Szykowała się do opuszczenia szpitala. Wtem usłyszała zwrócone pod jej adresem zapytanie jednej z ciężej rannych koleżanek, “czy i ty także nas opuszczasz?” W jednej chwili “Elżbieta” uświadamia sobie w pełni moralną stronę tego zagadnienia. Postanawia pozostać z rannymi. Nie pomogły prośby i nalegania gotowego do drogi, zaprzyjaźnionego oficera. Nie miała także decydującego znaczenia otwierająca się przed Nią perspektywa dalszej czynnej walki, perspektywa życia, którego uosobieniem była ona sama. “Elżbieta” pozostała w szpitalu. Nastrój panujący tam wówczas obrazowo przedstawił Stanisław Podlewski w książce “Przemarsz przez piekło”.

Następnego ranka samoloty niemieckie zrzuciły na szpital około 8 bomb. Byli zabici i ranni. “Elżbieta” i “Rysia”, koleżanki z pracy konspiracyjnej, obie łączniczki sztabowe ppłk “Radosława”, uległy przysypaniu. Odłam zawalonego stropu zmiażdżył im stopy – jednej prawą, drugiej – lewą…

Dalej Stanisław Tyski wspomina:

…Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po natrafieniu na ślad Julci (“Elżbiety”, przyp. mój) w Milanówku, odwiedziłem ją w szpitalu. Był to 15 października 1944 roku. W olbrzymiej sali, na siennikach rozpostartych na ziemi leżało kilkadziesiąt okaleczonych dziewcząt. Wśród nich ujrzałem Julcię, ze wzruszenia bladą jak papier… Zaraz na wstępie rozmowy zobowiązała mnie do dania jej bezwzględnie szczerej odpowiedzi na pytanie, które zamierza mi postawić. Nurtowała ją wewnętrzna rozterka – czy pozostając z rannymi w szpitalu postąpiła słusznie? Czy nie należało raczej przedzierać się do Śródmieścia, aby dalej walczyć? Czy pozostanie w szpitalu nie może być poczytane za dezercję, przypłaconą kalectwem, na które naraziła się z irracjonalnych względów. Zapewniłem ją, że w moim przekonaniu podjęła decyzję słuszną i dojrzałą – po prostu godną człowieka – inaczej postąpić nie mogła. Zdawała sobie bowiem doskonale sprawę z tragizmu odczuć ciężej rannych kolegów, będących zdawało się w beznadziejnym położeniu. Nie do wszystkich sytuacji w życiu można przykładać wyłącznie miarę wartości racjonalnych, skoro życie człowieka wypełnione jest w znacznym stopniu treścią duchową, moralną. Po tej dramatycznej wymianie myśli Julcia z ulgą, głęboko odetchnęła, jakby zdjęto z Niej wielki ciężar, tym razem przygniatający nie ciało tej bohaterskiej dziewczyny – a duszę.
Dowództwo Armii Krajowej jednoznacznie oceniło zachowanie się “Elżbiety” w szpitalu – przyznano Jej Krzyż Virtuti Militari za wysokiej rangi osobiste męstwo na polu walki.

(skrót powyższych wspomnień Stanisława Tyskiego został opublikowany w tygodniku “Stolica” w 1971 roku pod tytułem “Nasza Elżbietka”, przyp. mój.)

Stanisław Tyski (1913-2002) – geolog

W latach 1940-1944 działał w konspiracji jako ppor. Stefan, następnie Tomek, jako szef wyszkolenia w Związku Odwetu przy Komendzie Głównej ZWZ, przekształconego w 1942 w Kierownictwo Dywersji Kedyw, gdzie był współtwórcą i organizatorem kursów sabotażowo-dywersyjnych. W 1943 nominowany na podporucznika, został zastępcą dowódcy szkolenia. W przeddzień Powstania Warszawskiego, w lipcu 1944, wraz ze Stefanem Zbigniewem Różyckim w skrzyniach przygotowanych przez Niemców do ewakuacji wymienił materiały naukowe na makulaturę, a później wraz z kilkoma geologami ukrył je pod ziemią na terenie Instytutu… (Wikipedia) … dalej w życiorysie S.T. w Wikipedii jest chyba jakaś nieścisłość, ale to sprawa do wyjaśnienia przy innej okazji…

3_Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_1 (1) 4._Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_2

Kartka “Elżbiety” ze szpitala w Milanówku do Stanisława Tyskiego (ze zbiorów rodzinnych)

***

List do rodziców wysłany przez Julię Hrebnicką (“Elżbietę”) w październiku 1944 z Milanówka

Najdrożsi moi!

Nareszcie Was odnalazłam. Skąd wzięliście się w Opocznie?
Co z Kazikiem?
Ja leżę ranna w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Milanówku –
przewieźli mnie tu przed paru dniami ze szpitala warszawskiego.
Niestety muszę się przyznać, że amputowali mi stopę.
Ale nie martwcie się – to cud Boski, że w ogóle żyję i resztę nóg i rąk
mam w porządku – z pod tak strasznych gruzów mnie wyciągnięto.
Operację zrobili 7 września.
Gojenie na dobrej drodze – ale jeszcze nie wstaję. Opatrunki teraz co 3-4 dzień.

Odnalazłam Weinzieherów w Komorowie i trochę koleżanek tutaj i oni się mną opiekują. Tu pielęgniarką jest Bożenka.

Jeżeli p. Karasińska jest z Wami, to powiedzcie jej, że widziałam Hankę w końcu sierpnia w okolicy Długa-Miodowa. Pewno dostaniecie depeszę od dra Bocheńskiego o mnie, bo pisałam do niego.

Czy Papciółko może przyjechać mnie odwiedzić?
Zupełnie nie orientuję się, czy to możliwe.
Ale tak chciałabym kogoś z Was zobaczyć!

Tylko naprawdę nie martwcie się – bo tu jest zupełnie możliwie, a głupią nogą nie ma się co przejmować – ja się tylko cieszę, że żyję i że tu jest zielono i spokojnie.

Całuję bardzo, bardzo mocno,

Julcia

***

Zbigniew Zygmunt Ziemięcki – ps. Gałązka”
1. oficer Kedywu K.G. A.K.
napisane w Choroszczy 12.10 1973 roku
(dotychczas prawdopodobnie nigdzie nie publikowane)

O “Elżbiecie” – Julii Doktorowicz- Hrebnickiej jeszcze słów kilka.

“Nasza Elżbietka” (nawiązanie do artykułu Stanisława Tyskiego o tym tytule zamieszczonego w “Stolicy” w 1971 roku, przyp. mój. A.R.) – to tytuł szeroko pojęty. Nasza – to znaczy i nas rannych, którzy przebywaliśmy z Nią razem w szpitaliku na Krzywym Kole. Autor wspomnienia w nr 39 “Stolicy” Stanisław Tyski ożywił w pamięci tamte dni, rozjaśnił obrazy zdarzeń i przeżyć, które pragnąłbym przekazać czytelnikom.

Ppłk. “Radosław” ranny na Powązkach 11 sierpnia 1944 r. został przeniesiony do mieszkania “Krzysia” (Tyszkiewicza) na Krzywym Kole i w ten sposób powstał szpitalik prowadzony przez szefową łączności Kedywu K.G. “Przemysławę” (dr Zofię Maternowską).

Wszyscy z bliskiego otoczenia ppłk. “Radosława” po zranieniu byli przenoszeni na Krzywe Koło. Ranny 13 sierpnia przy rozpoznawaniu pozycji nieprzyjaciela na ulicy Inflanckiej odłamkiem moździerza salwowego w lewa nogę nie pozwoliłem podkomendnym odnieść się do szpitala. Poleciłem przeniesienie mnie na drugie piętro kamieniczki przy ulicy Długiej, narożnik Barokowej. Nie znosiłem nastroju piwnicy i szpitala. Moja łączniczka bojowa “Nina” (Wyleżyńska) i łącznik “Wojsław” (nazwiska nie pamiętam) – dostarczali na żywo informacje o losach 1-szej kompanii batalionu “Miotła”, plutonu “Niedźwiedzi” i Grup Szturmowych. 16 sierpnia kamieniczka, w której leżałem i miałem miejsce dowodzenia została trafiona pociskiem z działa kolejowego 600mm. Zostałem żywcem przysypany zerwaną ścianą szczytową i sufitem z poszyciem dachowym. Nieobecna w tym momencie “Nina” po przybyciu na miejsce wskazała żołnierzom miejsce gdzie mogę leżeć pod gruzami i wspólnie z nimi odkopała mnie. Po zastosowaniu sztucznego oddychania przywrócono mnie do przytomności i z pomocą rannego por. “Brzozy” (Wacław Micuta) zaprowadzono z ogromnymi trudnościami do szpitalika na Krzywe Koło. Tak wiec 16 sierpnia znalazłem się na Krzywym Kole.

Po minięciu szoku, zorientowałem się, że leżę na podłodze w dużym pokoju z całym szeregiem oficerów i łączniczek.

Na jednym łóżku przy wejściu ppłk. “Radosław”, dalej ppłk Kmita” (Sztompka), por “Brzoza”, por “Julek” (nazwiska nie pamiętam), plut. podchorąży “Lewandowski” (nazwiska nie pamiętam), plut. podch. “Miecz”(Kurzyna) i inni oraz łączniczki “Wiktoria” (Borczyk), “Scarlett” (Tonchu Tu) i pod oknem wychodzącym w stronę Wisły, na fotelu “Elżbieta” (Doktorowicz-Hrebnicka).

Nie na ścisłych informacjach opiera się Pan Tyski mówiąc, że była lekko ranna. “Elżbieta” była poważnie kontuzjowana – nie wolno jej było się poruszać.

“Elżbietę” poznałem jeszcze na Woli na terenie zdobytego Monopolu przy ulicy Dzielnej.

W szpitaliku przy ulicy Dzielnej doktor “Przemysława” dokonywała cudów medycznych nie mając wyposażenia w narzędzia chirurgiczne ani w środki opatrunkowe. Mnie wyciągnęła odłamek z piszczela obcęgami ślusarskimi.

“Elżbieta” była pierwsza, która mnie pocieszyła, mówiąc: – “Panie poruczniku, jak widzę nie dał się Pan”.

Jej pogodne usposobienie i pełna optymizmu postawa były kojące. W czasie codziennych opatrunków nigdy nie wydała jęku.

Położenie nasze na Starym Mieście było coraz tragiczniejsze. Kamieniczka, w której mieścił się szpitalik, była ostrzeliwana z czołgów od strony Wisły. Były chwile, że widoczność w pokoju malała do zera. Nie było widać własnej dłoni wyciągniętej na długość ramienia. Pod wpływem trafień pocisków wapno odpadało od ścian i rozpylało się, tworząc w pokoju mgłę wapienną.

“Elżbieta” leżała przy oknie. Nigdy się na nic nie skarżyła. Miała także chwile osobistej satysfakcji.

Oto 22 sierpnia przyniesiono ppłk. “Radosławowi” listę awansową i odznaczeniową Jego ugrupowania.

Sam ppłk. “Radosław” gratulował “Elżbiecie” odznaczenia Krzyżem Walecznych.

25 sierpnia cala kamieniczka zadrżała. Zaniepokojony zwlokłem się ze swego legowiska i o kuli pokuśtykałem na uliczkę Krzywe Koło. Widok był przerażający. Trzy pociski moździerza salwowego (tzw “szafa”) trafiły w ścianę szczytową, wzniecając pożar. Zachodziła konieczność natychmiastowego gaszenia. Jedynym sprawnym i w pełni sił oficerem był ppor. “Wileński” (Horodyński), który zorganizował grupę cywilów z moją pomocą i ugasił pożar.

Po kilkunastu minutach wróciłem do szpitalika. Wśród rannych panowała panika. I nagle odzywa się spokojny i górujący nad wszystkimi głos “Elżbiety”: “Prawda Poruczniku, że nic się nie stało?” Nic, absolutnie nic.

Tak, “Elżbieta” była optymistką.

Odwiedzał ją por. “Klara (Wierzyński), oficer Kedywu K.G. Rozmowy toczyły się zawsze w nastroju pogodnym.

Od 26 sierpnia zaczął odwiedzać ppłk. “Radosława” dowódca Grupy “Północ” płk. “Wachnowski” (Ziemski). Rozmowy prowadzone półgłosem nie dały się przed rannymi ukryć. Płk “Wachnowski” namawiał ppłk. “Radosława” do powrotu na linię do podniesienia morale walczących.

28 sierpnia ppłk “Radosław” opuścił szpitalik apelując do nas, aby kto czuje się na siłach poszedł za jego przykładem.

29 sierpnia wbrew protestom “Przemysławy” szykowałem sie do powrotu na linię. Niestety moja nieodłączna łączniczka bojowa “Nina” zaległa z 40 stopniowa gorączką. Zwróciłem się do “Elżbiety”, która w dalszym ciągu leżała unieruchomiona, z apelem, aby na “Ninę” uważała.

“Elżbietę” spotkałem dopiero w 1946 roku w Krakowie, na ulicy.

Oto, czego się dowiedziałem – “Przemysława” 31 sierpnia z pozostałymi pod jej opieką rannymi przeniosła się do szpitala na ulicę Miodową 23, wyrażając niezłomne postanowienie nie ewakuowania się do Śródmieścia, a pozostanie z rannymi. Była to decyzja bohaterska, bo wiadomo było, że Niemcy w dotychczas opanowanych szpitalach powstańczych zabijali nie tylko rannych, ale i personel medyczny.

“Elżbieta” na Miodowej włączyła się natychmiast do służby sanitarnej, wobec braku dostatecznej liczby personelu. Nie udało się por. “Klarze” namówić Jej do przejścia kanałami na Śródmieście. Przykład “Przemysławy” zapalił zawsze gotową do ofiar Julię do nie opuszczenia rannych. Była to odwaga, granicząca z determinacją.

Reszta wspomnień Stanisława Tyskiego zgadza się. Nieszczęście chciało, że na jednym łóżku leżały – “Elżbieta” z “Rysią” (Maria Lutostańska), moją łączniczką z Woli, z Monopolu.

Wierność przyjaźni Julii ze mną wyrażona w ciągłej, nieustającej korespondencji w okresie prawie 10 lat, aż do nieodżałowanej śmierci, jest przyczyną, dlaczego uważam to wspomnienie za hołd pamięci bohaterskiej Polce.
***

Julia Hrebnicka  (1944)

Nie boli…nie…
Rozpływa się
W zielonej mgle
Zielony kask…

Uklęknął polny kwiat
Pod ciężką kroplą krwi,
O Dobry Święty Piotrze
Do nieba otwórz drzwi…

Zadźwięczał w sadzie ptak
I zadrżał wiatr…
Nadchodzi noc…
Idzie dusza żołnierza młodego
W światłość wiekuistą
Weź ją pod swą opiekę
Matko Boża
Matko Najświętsza,
Matko Przeczysta.

Uwolnić Asię Bibi / Freiheit für Asia Bibi

Für meine deutsche Leser – sieh’ in Wikipedia, wer Asia Bibi ist und was ihr droht


asiabibi1asiabibi2

Sekcja polska organizacji CitizenGo, która zajmuje się sprawą Asii Bibi, stworzyła film o Asii Bibii. Film znajduje się na płycie DVD dołączonej do kartki pocztowej, która ma dotrzeć do tych, którzy mają wpływ na uwolnienie kobiety.

Wysyłajmy i rozdawajmy kartki z filmem wszystkim ludziom sumienia.
Działamy międzynarodowo!

Nasza inicjatywa odbywa się jednocześnie we wszystkich krajach Europy.

***

23 lipca bliscy Asii Bibi poinformowali CitizenGO o wyniku rozprawy w Sądzie Najwyższym w Islamabadzie, który uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Lahore z października zeszłego roku i przejął sprawę do rozpoznania. To oznacza, że Sąd Najwyższy zbada sprawę na nowo i że w tej chwili nie obowiązuje wyrok śmierci wydany na Asię Bibi. Ciągle jest oskarżona, lecz według pakistańskiego prawa – nie można jej teraz zamordować.

Asia Bibi mogłaby opuścić więzienie (ale nie kraj) do czasu kolejnej rozprawy w Sądzie Najwyższym (jej termin nie jest jeszcze znany), lecz wraz z rodziną i prawnikami zdecydowała się na pozostanie w więzieniu do ostatecznego wyroku, ponieważ tam jest bezpieczniejsza. Poza więzieniem mogłaby zostać natychmiast zamordowana (wyznaczono nawet nagrodę w wysokości ok. 5000 $ dla tego, kto ją zabije). Rodzina uznała, że życie Asii Bibi jest ważniejsze od bolesnej rozłąki…

Ciągle podpisujmy petycję, a jeśli już to zrobiliśmy, poprośmy znajomych o podpisanie!
Nasze podpisy mają sens. Pozwalają – choć trochę – równoważyć nacisk tych, którzy chcą Asię Bibi zamordować.

Podpisz petycję

Dziękuję
Magdalena Korzekwa

Dyrektor CitizenGO Polska

Tu Radio Armii Krajowej 99,5 FM

Remigiusz Pigłowski

Tego dnia Ambasadę Francji opuszczałem w pełnym pospiechu, gdyż miałem pilną sprawę na mieście. Wychodząc z budynku zauważyłem otwierające się wrota placówki, przed którymi czekał na wyjazd służbowy Peugot ambasady. Wydobywające się spod kół kłęby dymu oraz nerwowy oddech silnika dawały do zrozumienia, że nie tylko ja mam pilna sprawę do załatwienia dziś na mieście. Bez chwili zastanowienia zapukałem w szybę, a Maciek, kierowca ambasady, bez słów zrozumiał moje intencje, precyzując jednakże, że nie jedzie daleko, że tylko do metra Politechnika, ale mnie to urządzało tym bardziej, że prócz bezspornego zysku czasowego gdzieś podświadomie zawsze marzyłem o przejażdżce samochodem na niebieskich blachach z naklejką CD.

A może moja spontaniczna decyzja wynikała po prostu z zamiłowania do ryzyka; może chciałem przez to udowodnić, że ja się nie boję jeździć z kierowcą, który cierpi na Parkinsona, może chciałem przez to zakomunikować mu, że nie jest z nim tak źle, że pomimo iż koledzy z jego działu wolą jeździć taksówką w trosce o własne bezpieczeństwo, jest jeszcze ktoś, kto chętnie wsiądzie do jego Peugota?

– Chłopakowi zostały dwa lata do emerytury i mimo Parkinsona nikt go stąd nie będzie wypieprzać. Ale mi kurde też zostały dwa lata i dlatego wolę zamawiać taksówkę – podsumował kiedyś w mało dyplomatyczny sposób Bernard, radca do spraw ekonomicznych, nałogowy palacz cygaretek, gustujący tylko w białych winach, co jak na Francuza zdaje się być rzadkością.

Brama otwarta – ruszamy! No to będzie się działo – myślę sobie – pełen lans w dyplomatycznym aucie z kierowcą z Parkinsonem. Zamarzyłem sobie, że gdyby tak przejechać przez Plac Zbawiciela, może nawet ze dwie rundki zrobić przy otwartych szybach z francuską muzyką w tle, a może by nawet poprosić Maćka, aby się na chwilę zatrzymał w zatoczce pod Planem B pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy, to dopiero byłoby entrée!

Przyjazd na Plac Zbawiciela białą kolarzówką bez szprych czy na wytatuowanej deskorolce są już passe. Czas wymyślić cos nowego i zdaję się, że mam argumenty. Niestety mój szofer ma z góry ustaloną trasę dojazdu do metra Politechnika, a w radiu miast transowych dźwięków rozbrzmiewa zażarta dyskusja, czy Stalin celowo wstrzymywał ofensywę podczas Powstania Warszawskiego. Na skrzyżowaniu Pięknej z Alejami Ujazdowskimi Maciek pogłośnił radioodbiornik, uściślając, że to jego ulubiona stacja – Radio Armii Krajowej 99.5 FM. Następnie stwierdził, że ta audycja jest powtórką, ale on chętnie raz jeszcze posłucha o okrucieństwach Stalina i cierpieniach warszawiaków. Miałem wrażenie, że to biczowanie się dramatem Powstania paradoksalnie dawało mu jakąś niewytłumaczalna radość, zinterpretowałem to nawet jako pewien rodzaj perwersji, o którą nigdy wcześniej nie mógł bym go podejrzewać.

Czekając na zielone światło kątem oka zauważyłem Bernarda. Skręcił w lewo w kierunku Placu na Rozdrożu. Szedł nerwowym krokiem z cygaretką w ustach, a jego vintagowa teczka nienaturalnie ciążyla mu w ręku. Gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały, Bernard lekko skinął glową w miom kierunku.

– To znak do rozpoczęcia akcji – pomyślałem. Koniecznie musimy skręcić w lewo, bo z Alei Róż wyjedzie zaraz opel Franza Kutchery! Po wschodniej stronie Alei widzę także Panią Basię z sekcji konsularnej – przewiesza biały sweter na prawą rękę. Tymczasem Bernard bezradnie siłuje się z zamkiem teczki… Cóż za rekonstrukcja! Maciek na pewno się zgodzi na zmianę trasy. O ile pamiętam, operacja ta była najważniejszą zakończoną sukcesem akcją bojową AK, wymierzoną w wysokiego funkcjonariusza niemieckiego aparatu. A potem, gdy już skręcimy w Aleję Róż, nie będzie wyboru i aby dojechać do metra Politechnika nieubłagalnie przejedziemy przez Plac Zbawiciela.

Odżyły przez chwilę nadzieje na lans pod Planem B jednakże Maciej nie dosłyszał mojej propozycji, zahipnotyzowany dyskusją historyków dystyngowanym tempem opuścił skrzyżowanie, kierując się prosto na plac Konstytucji.

Przyznać muszę, że nawet przez chwilę nie odczuwałem zagrożenia, wynikającego z niesprawności ruchowej Macka, jego jazda była płynna a skupiona twarz dawała dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Jedynie na samym początku, tuż zanim wyruszyliśmy spod Ambasady Francji, byłem lekko przerażony na widok roztańczonej ręki na drążku zmiany biegów. Wyglądało to tak, jakby kierowca w jednej sekundzie chciał wcisnąć wszystkie biegi na raz, jednakże w trakcie jazdy okazało się, że Maciek pomimo swojej ułomności całkiem sprawnie operuje dźwignią.

I gdy już powoli godziłem się z tym, że nic się nie wydarzy, że nie będzie spektakularnego przejazdu przez Plac Zbawiciela, że podróż z kierowcą cierpiącym na zaawansowanego Parkinsona okazała się najbezpieczniejszą w świecie, wtedy właśnie, na skrzyżowaniu Pięknej z Marszałkowską przy zapalonym już czerwonym świetle Maciek brawurowym manewrem objechał czekające na skręt samochody i przy pełnych obrotach silnika skręcił w lewo w Marszałkowską tuż przed nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami.

Tymczasem w radiu AK historycy zgodnie dochodzą do wniosku, że Stalin z pełną premedytacją wstrzymał ofensywę, aby wykrwawić miasto. Na koniec prowadzący audycję dziennikarz okrasza owocną dyskuję powstańczym hitem muzycznym. Mija jeszcze parę chwil po czym na wysokości Waryńskiego wyduszam z siebie.

– Maćku, nie uważasz ze to było ryzykowne, przecież te auta zatrzymały się w ostatniej chwili?

– Nie denerwuj się Arkadiusz, niebieskie blachy. Nikt by nie ryzykował – odpowiedział spokojnym głosem, po czym skręcił w Nowowiejską.