To że Warszawa w XVII wieku zaczęła pełnić funkcję stolicy – powszechnie wiadomo. Stało się tak za sprawą Zygmunta III Wazy, który po pożarze Wawelu potrzebował nowej siedziby a także z powodu sejmów polsko-litewskich, dla których najlepszą siedzibą okazał się warszawski Zamek Książąt Mazowieckich – usytuowany w połowie drogi między Krakowem a Wilnem.
A jak było ze stołecznością Warszawy? Przypatrzmy się dokładniej.
Otóż król Zygmunt III Waza, któremu to warszawiacy zawdzięczają ustołecznienie ich miasta, nie był wcale pierwszym władcą rezydującym na Zamku. Czynili tak już wcześniej Zygmunt August i Stefan Batory, sprowadzając się czasowo do Warszawy w trakcie prowadzenia wojny z Rosją. Zygmunt III Waza do Warszawy nie przeniósł się od razu, zaraz po pożarze na Wawelu. Musiał czekać aż 16 lat, do 1611 roku gdyż Zamek Książąt Mazowieckich (obecnie Zamek Królewski), był właśnie w trakcie gruntownej przebudowy – projekt zakładał barokową bryłę z pięciokątnym dziedzińcem wewnętrznym i trzema bramami, usytuowanymi na osiach prostopadłych. Tak zmodernizowany Zamek jak i całe jego otoczenie musiało robić na warszawiakach duże wrażenie, bo tak pisał o Warszawie Adam Jarzębski, autor pierwszego przewodnika po mieście, z 1643 roku.
Panie, gdym wszedł właśnie w Rynek, Pięknym widział tam budynek, (…)Barzo kamienice śliczne, W Rynku, także i uliczne, Błyszczą się od złota prawie, Nie masz takich w Czersku, Rawie.
A jakie wrażenie robiła Warszawa na przyjezdnych?
Jeśli oprzemy się na XVIII-wiecznej Encyklopedii Diderota – to raczej nie najlepsze. Znajdziemy tam taki opis:
To zwykła dziura, zamieszkana przez kupców i rzemieślników. Choć jest stolicą nie posiada nawet kurii biskupiej.
Bellotto Canaletto. Plac zamkowy, po prawej stronie – kamienica Johna.
Ale nawet po wstępnym zakończeniu budowy i przeprowadzce króla nie wszystkie urzędy państwowe przeniosły się do Warszawy. I tak – Trybunały Koronne miały nadal siedziby w Lublinie, Piotrkowie i Łucku (Wołyń), Trybunał Skarbowy pozostał w Radomiu, a Skarb Koronny i urząd Prymasa – w Krakowie. Główny kościół, do którego uczęszczali na Msze święte królowie, czyli dzisiejsza bazylika archikatedralna, doczekała się tego awansu dopiero w 1798 roku. Do tego czasu pozostawała tylko kolegiatą.
Kolejnym utrudnieniem, z którym Warszawa musiała się zmierzyć na swojej drodze do stołeczności, były „jurydyki”, a więc prywatne miasteczka należące do króla, magnaterii lub duchowieństwa. Warszawa w prawidłowym tego słowa znaczeniu była jedną z jurydyk, obejmującą obecne Stare Miasto i była „oblepiona” pozostałymi miasteczkami, których było około 20. Każda z jurydyk rządziła się samodzielnie a władza państwowa w zakresie porządku i bezpieczeństwa ograniczała się do przestrzeni – a dokładniej mili – od aktualnego miejsca zamieszkania króla. To znacznie utrudniało rozwój Warszawy jako miasta stołecznego i odróżniało ją od innych stolic europejskich. Jeżeli jeszcze zważymy na fakt, iż królowie lubili zmieniać swoje siedziby… mamy do czynienia z miastem gdzie prawo zmienia się w zależności od tego gdzie król się budzi i gdzie zasypia… A gdzie zatem budzili się i zasypiali owi monarchowie? Rezydowali we wspomnianym już Zamku Królewskim, w Wilanowie, w Pałacu Saskim i Łazienkach Królewskich.
Bellotto Canaletto. Elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1764 roku na Woli
W kwestii ceremonii państwowych Warszawa również odbiegała od innych stolic, gdyż większość kluczowych dla państwa uroczystości miała miejsce w Krakowie. W Warszawie odbywały się co prawda wszystkie wolne elekcje, lecz koronacje, dużo ważniejsze rangą, przeprowadzane były Wawelu. Wyjątek stanowiły cztery koronacje, królów: Stanisława Leszczyńskiego (1705 rok) i Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764 rok) a także żon królewskich: Cecylii Renaty – żony Władysława IV Wazy (1637 rok) i Eleonory Marii Habsburg – żony Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1670 rok). Miała miejsce też piąta koronacja, niechlubna dla państwa polskiego, pewnie z tego powodu często pomijana w opracowaniach, koronacja cara Mikołaja I Romanowa (1829).
Car Mikołaj choć był zaborcą i co do tego nikt nie ma wątpliwości, równocześnie przysłużył się stołeczności Warszawy, nadając jej oficjalną rangę stolicy, w aktach prawnych Konstytucji z 1815 roku! Jednakże wybuch powstania listopadowego i detronizacja cara z pozycji króla Polski, zaowocowała odebraniem Królestwu Polskiemu Konstytucji a zatem Warszawa znów oficjalnie stolicą nie była…
Dopiero w niepodległej Polsce – doczekała się tego tytułu.
Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…
Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie
Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.
Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867 powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.
Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.
Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.
Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.
Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.
Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.
Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.
Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.
Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.
Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.
Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.
Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:
October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.
Po prawej – holenderska lalka.
Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934. Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.
Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.
W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).
Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.
Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to Kisch – KLIK.
W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.
Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.
W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.
Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.
Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.
W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.
Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.
Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.
12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.
Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.
To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.
Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…
A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.
Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.
A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.
Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.
Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.
Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.
Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.
W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.
Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.
Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.
Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.
Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.
Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.
Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.
Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…
Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.
Patrioten essen keinen Parmesan
Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.
Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.
Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.
Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…
Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?
Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.
Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…
Dezyderata, czyli natręctwo kojące (ot, taki skromny oksymoron…)
Zasiada Viator za stolikiem kawiarnianym w jednym z miasteczek Wielkiego Księstwa Merkantylii i Arrogantii. Kelner przez sztuczny uśmieszek cedzi: Vous desirez, monsieur?
No właśnie, czegóż by Pielgrzym pragnął? Tutaj tego nie dostanie. To, co oferują, jest przesolone, nieświeże, kwaśne, zwietrzałe, twarde, suche i przeterminowane, lub, w najlepszym razie, mdłe. Szkoda fatygi. A kafejka pełna! Gwar, zabawa i radosna konsumpcja trwają se w najlepsze. Nie to, żeby Viator wyniośle trwał ponad wszystkim, co niegodne jego wyrafinowanego gustu. Nic z tych rzeczy! Ale absmak, gorycz w ustach… Niestety, nie uda się. Czaruj innych, kelnerku z zębami solidnie potraktowanymi wybielaczem!
Wszystkie knajpki przy rynku i reprezentacyjnych arteriach oblężone przez orły, sokoły, lwy tudzież tygrysy, pawie i papugi. Głośne i napastliwe, można by rzec – są udręką ducha. Dla Wędrowca miejsca tutaj brak. Viator, między nieudaczniki życiowe policzon, mknie jakąś intuicją chorą wiedziony tam, gdzie swój azyl znalazły bezbronne i zagubione łosie oraz osły. Do piwnicy… pod Baranami.
Dopiero w niej znajduje to, co rzeczywiście winno być pragniętym. Oczywiste to prawdy? Tak! Banalna treść? W rzeczy samej! I cóż z tego? Siedzi umęczony Pielgrzym w piwnicznym półmroku i chłonie te słowa. Od dwudziestu kilku lat chłonie i zawsze z doskonałym dla duchowej równowagi skutkiem.
Zanim posłuchamy, jedno spostrzeżenie à part. Jeszcze nastolatkiem będący i Dezyderatę czytający, miał Viator (czy raczej Mały Jaś Wędrowniczek) pewien problem. Zbyt nowocześnie od strony formalnej, jak na datowane 1692 rok, brzmiały mu słowa utworu. Składał to wszakże na karb niedostatków stylistycznych tłumacza. Dziś wie (Cioteczka Wikipedia jasno o tym mówi) że utwór jest znacznie młodszy. I cóż z tego? Odarty z patyny czasu traci coś ze swej trafności? Niczego nie traci. Raczej zyskuje. Viator na primier szczególnie aktualnie odczuwa tę frazę: Przyjmuj spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Ciekawe czemu?
telewizji nie mogę oglądać już… za dużo wszystkiego… czytać gazety? po co… lepiej spojrzeć na przepływające chmury… i na księżyc nocą – gdy już chmury przepłyną i niebo czyste
(Na moje życzenie Autor wczoraj zrobił zdjęcie chmur – bo uważam, że robi ładne zdjącia chmur)
A może sięgnąć do tego, co inni przeżyli…
Posłuchajcie czytając.
Salina Baniewicz
(matka Antoniego Baniewicza ps. “Wilczyński”, Powstańca Warszawy 1944)
ZA PRĘDKO…
Znowu zakwitły drzewa obficie,
W powietrzu unosi sie zapach bzu
I chociaż wszędzie pulsuje życie –
Spokojny smutek rozlany jest tu.
Tu nieszczęśliwe, samotne matki
Nie słyszą wiwatów, okrzyków, braw;
Tutaj na grobach bawią sie bratki
Wśród szmaragdowych pachnących traw.
Wonna konwalia w ukryciu rosnie
Perłowe dzwoneczki chowając w cień,
Który je chłodem pieści zazdrośnie
W pogodny, ciepły, wiosenny dzien.
Słońce przesiewa złote promienie
Przez młodą zieleń wysokich drzew…
I budzi sie nagle tęskne wspomnienie.
Jak kiedys gdzieś dawno słyszany śpiew.
Powaga śmierci w ciszę się wtłacza;
Wzrok wbity w ziemie, nie siega w dal;
Świadomość – bolesne zmczenie otacza;
Z napisów na płytach wyziera żal.
Unicestwiając śmierc wszystkich jednoczy –
biednych, bogatych, dobrych i złych…
Piasek zalepił ich martwe oczy
I głos ich smiały na zawsze ścichł.
Tuz obok starca – młodzieniec leży;
Zdawałoby się, że nie ma tu klas…
Lecz oto szeregi mogił żołnierzy –
za prędko je zniszczył bezwzględny czas.
Czyż w naszych sercach nic nie zostało
Dla tych, co ginęli we własnej krwi?
Na polu bitew męstwo konało,
By dziś mogły dla nas zakwitnąć bzy…
1951
PAJĘCZYNA
W gasnącym świetle wczorajszych dni
Umiera przeszłość skrwawiona…
Zwisa nad oknem pajęcza sieć
podarta, postrzępiona.
Niedawno ja pająk misternie snuł,
Pracował zawzięcie, gorliwie,
Czatując z ukrycia, czyhał na łup
I zdobycz porywał łapczywie.
Tak było wczoraj, bo teraz już
Nie ma pająka na ścianie
I niepotrzebny pajęczyn strzęp
Wkrótce zmieciony zostanie.
Człowiek, dla siebie budując dom
Z betonu albo z granitu –
Chciałby w nim zawsze szczęśliwie żyć
Spokojnie, wśród dobrobytu.
Lecz życia ludzkiego mozolny trud
W przestworzach też się rozpłynie,
I zginie w wieczności po nim ślad,
Jak po tej pajęczynie.
Czas całe globy kruszy na pył
I z pyłu tworzy planety…
W gasnącym świetle minionych chwil
przeszłość umiera … niestety.
1950
NIE WARTO…
Nie warto myślami sięgać daleko,
fantazją nimi kierować.
Nie warto być pewnym, że życia krótkiego
uda się nie zmarnować.
Nie warto prawdy szukać w zwątpieniu,
nie warto wątpić w młodości,
gdy siły jeszcze nie wyczerpane
i serce pełne ufności.
Nie warto za wiele wymagać od losu
i walczyć z przeznaczeniem.
Nie warto płomienia ludzkiej niezgody
Próbować gasić sumieniem.
Nie warto się martwić, że sen o szczęściu
zostanie przerwany brutalnie
przez rzeczywistość, która na nowo
umysłem zawładnie realnie.
Nad zagadnieniem buty po śmierci
nie warto na próżno się biedzić,
bo tego żaden filozof, czy mędrzec
nie może na pewno wiedzieć.
Nie warto marzenia pieścić nadzieją,
Żeby zawodu nie doznać;
Lepiej wytrwale dążyć do celu
Potęgę nauki poznać.
Nie warto iść ciągle i zawsze pod górę,
by w przepaść się nie stoczyć;
bezpieczniej zamieszkać wśród pól w dolinie
i dom swój opieką otoczyć.
Po pracy długiej, mozolnej – nie warto
czekać na ciszę wytchnienia,
które przychodzi zwykle za późno,
nie dając ukojenia.
Nie warto się cieszyć, że dzień wczorajszy
Już nigdy nie powróci,
Bo teraźniejszość wroga, bezwzględna
Tę radość złośliwie ukróci.
Nie warto kołatać do drzwi zamkniętych
Dla smutnych i opuszczonych
I opowiadać nikomu nie warto
O latach w udręce spędzonych.
Nie warto zapomnieć o tych, co siebie
Na stosie ofiarnym złożyli,
Którzy największa odwagą – jedynie
Nieznaną mogiłę zdobyli.
Nie warto wierzyć, że sprawiedliwość
Krzywdy wynagrodzi.
Nie warto żałować, że w mrok nieistnienia
Samotne życie odchodzi.
Nie warto się dziwić, że człowiek zwyczajny
Nie dopomoże w potrzebie,
Lecz przede wszystkim pamiętać należy:
Nie warto żyć tylko dla siebie.
Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…
Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.
Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.
Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.
Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.
Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de BottonHow Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.
Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.
Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.
34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem
Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.
Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?
W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213
Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.
Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.
O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.
Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.
* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.
Dotychczas we “wpisach grobowych” zajmowały nas historie grobów i pochowanych w nich ludzi, ale oczywiście i same cmentarze mają swoją historię…
Izabela Lewandowska
Gmina żydowska w Barczewie*
Powolne osiedlanie się kupców żydowskich na terytorium Prus Wschodnich datuje się już od XV w. Koleje ich losów są zmienne, raz ich przepędzano, innym znów razem pozwalano się im osiedlać, by płacili podatki i wzbogacali skarb panującego. Dopiero rewolucja francuska i Oświecenie, a następnie epoka napoleońska, wraz z jej radykalnymi ustawami antyfeudalnymi i obywatelskimi, spowodowała przyznanie Żydom swobody osiedlania się w Prusach. Jedną z pierwszych ustaw była ordynacja miejska z 19 listopada 1808 r., a następnie ustawa z marca 1812 r., która dawała im prawo stania się obywatelami państwa pruskiego, osiedlania się we wszystkich miastach, nabywania i posiadania nieruchomości, a jednocześnie nakładała obowiązek służby wojskowej.
Żydowska gmina w Barczewie została założona na podstawie ustawy z dnia 23 Lipca 1847 r., pomimo że Żydów nie było nawet 24. Zachowany w Olsztyńskim Archiwum Statut Gminy Żydowskiej z 30 lipca 1861 r. wspomina już synagogę. Stąd można przypuszczać, że powstała ona w połowie XIX w. W 1870 r. założono cmentarz. W stosunku do roku 1890 pisano w leksykonie Brockhausa, T. 16: „Wartenburg, miasto w powiecie Olsztyn, u ujścia rzeki Kośnej (rzeki Kiermas) do Pisy w zagłębieniu doliny wschodniopruskiej krainy przy linii kolejowej Schneidemühl-Thorn-Insterburg (Piła-Toruń-Czerniachowsk) pruskich kolei państwowych, w 1890 r. 4736 zwłaszcza mieszkańców katolickich pośród nich 648 ewangelików i 98 Izraelitów”.
Sytuacja zmieniła się w 1910 r., kiedy to powiat olsztyński miejski został odłączony od starego powiatu olsztyński ego. W nowo powstałym powiecie olsztyńskim był tylko jeden okręg synagogalny ¬ Wartenburg, gdzie w 130 gminach mieszkali tylko pojedynczy Żydzi. Mała gmina żydowska w mieście Wartenburg liczyła w 1925 r. 56 członków, w 1933 r. – 40, a w 1939 r. było tu już tylko 23 Żydów“. Ich malejąca liczba była wynikiem niesprzyjającej atmosfery i ogólnej niechęci. (…) Złe nastroje powodowały, iż żydowscy kupcy systematycznie sprzedawali swoje sklepy i przeprowadzali sie do Berlina.
Losy żydowskiego cmentarza
Kirkut został założony w 1871 r. na terenie o powierzchni 0,10 ha, przy dawniejszej ulicy Dobromiejskiej 48 (dziś ul. Warmińska), naprzeciwko przedsiębiorcy budowlanego Kensbocka. Teren ogrodzono wysokim płotem i wybudowano drewnianą kostnicę. Drewniany dom przedpogrzebowy usadowiony był także przy tej ulicy w sąsiedztwie budynków mieszkalnych.
Horst Tuguntke, który mieszkał w Barczewie przed wojna około 50 metrów od cmentarza, opowiada, że znał każdą dziurę w płocie i obserwował z zewnątrz niejeden żydowski pogrzeb. Na cmentarzu nie było wielu starych drzew, bowiem rok czy dwa lata przed wojną, w czerwcu w dniu św. Antoniego, kiedy w mieście odbywał się odpust, przeszedł ulicą Dobromiejska, nazywaną wtedy Maruńskim Przedmieściem [od wsi Maruny] straszny wicher. Poczynił on na cmentarzu i w najbliższym otoczeniu wiele szkód, które jednak szybko naprawiono. Ostatni pochówek miał miejsce w 1940 r. Rozpoczęło się bezczeszczenie ogrodzeń i demolowanie nagrobków. W 1942 r. nagrobki żydowskie – pełne często najwyższego kunsztu artystycznego – zaczęto przerabiać na pomniki dla poległych żołnierzy niemieckich, a co gorsze materiałowo wykorzystywano jako płyty do utwardzania dróg“. Po 1945 r. na cmentarzu przetrwało jeszcze ponad sto dobrze zachowanych nagrobków. Były to proste, pionowe płyty z kamienia naturalnego, piaskowca, czarnego granitu, niektóre z ornamentyką, zakończone w kształcie łuku. Zawierały inskrypcje w języku hebrajskim i niemieckim. Po wojnie, przed połową lat siedemdziesiątych XX w., tak opisywano nekropolię: „cmentarz położony jest na wzgórzu przy ulicy Warmińskiej wiodącej od strony Marun. Otoczony płotem z żelaznej siatki, brama zamknięta, przy bramie tabliczka: „Cmentarz żydowski”. Jedynie z przodu i z tyłu trochę wolnej przestrzeni. Część nagrobków zdewastowana (…).
Na początku lat siedemdziesiątych Ministerstwo Gospodarki Komunalnej zwróciło uwagę na konieczność wzmożonego działania w zakresie spraw związanych z utrzymaniem cmentarzy i przeznaczeniem terenów cmentarnych na inny cel. Podkreślano przy tym, że sprawy te mają poważny akcent polityczny. W związku z ogólną sugestią zarysowaną przez Ministerstwo Prezydium WRN wystosowało pisma do Powiatowych Rad Narodowych uzasadniając: „Sytuacja w tym zakresie na terenie naszego województwa jest szczególnie zaniedbana. Świadczy o tym istnienie na terenie województwa bardzo dużej ilości cmentarzy nieużytkowanych, w stosunku do których nie zostały podjęte decyzje o zamknięciu, bądź likwidacji. Cmentarze te mimo przeprowadzonych w ubiegłych latach renowacji są zaniedbane i w wielu wypadkach utraciły charakter cmentarzy. W najbliższych latach podejmowane działania winny iść w tym kierunku, aby ilość takich nieczynnych i zaniedbanych cmentarzy zmniejszyć do minimum przez prawne zamknięcie i przeznaczenie terenów cmentarnych na inne cele. W tym zakresie należy jednak przestrzegać przepisów zawartych w Ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. O cmentarzach i chowaniu zmarłych (Dz.U. Nr 11, poz 62) W dalszym ciągu pisano, że Prezydium WRN zostało zobowiązane przez Ministerstwo Gospodarki Komunalnej do przyjęcia na lata 1972-1975 znacznie szerszego programu porządkowania cmentarzy.
Zwracano uwagę, że środki z budżetów terenowych mogą być niewystarczające, więc istnieje możliwość otrzymania specjalnej dotacji z Ministerstwa Gospodarki Komunalnej pod warunkiem pełnego zabezpieczenia wykonawstwa. Odręcznie dopisano, jakie cmentarze mają być poddane renowacji, a jakie zlikwidowane w poszczególnych miejscowościach i latach. I tak cmentarze do renowacji to Barczewo – katolicki i ewangelicki 1972 (…) do likwidacji – Barczewo żydowski 1973. Rzeczywiście w sprawozdaniu Wydziału Gospodarki Komunalnej, Przestrzennej i Ochrony Środowiska Powiatowej Rady Narodowej napisano, że „prace porządkowe przy cmentarzach nieczynnych w roku 1973 miały miejsce na terenie m. Barczewa i Olsztynka. Prace te prowadzone były w ramach posiadanych środków finansowych na wydatki bieżące jak również w czynie społecznym. W następnych latach prace te były kontynuowane, co może potwierdzać fakt, że są różne opinie na temat daty likwidacji cmentarza żydowskiego – jedni podają rok 1973, inni 1975. Na terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego przeprowadzono lustrację zarówno czynnych, jak i nieczynnych cmentarzy i stwierdzono sporo niedociągnięć w konserwacji i należytym utrzymaniu tych obiektów. Dyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie mgr Stefan Piątczak skierował w tej sprawie pismo do Naczelnika Powiatu w Olsztynie argumentując, iż cmentarze: „wymagają przeprowadzenia niezbędnych prac porządkowo-konserwacyjnych. W związku z tym proszę Obywatela Naczelnika o wydanie stosownych poleceń odpowiedzialnym jednostkom w celu uporządkowania wszystkich cmentarzy na terenie powiatu. Do akcji porządkowania, oprócz odpowiedzialnych pracowników gospodarki komunalnej, należałoby włączyć w ramach czynów społecznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież szkolną”. Efektem tego było zbadanie sytuacji miejsc pochówku in situ przez odpowiednie organa lokalne. Na temat cmentarza żydowskiego w Barczewie napisano w piśmie poufnym z dnia 3 lipca 1974 r.: „Obiekt został zamknięty zarządzeniem Ministra z 1961 r. Według przestrzennego zagospodarowania m. Barczewa teren cmentarza przeznaczony jest pod budownictwo mieszkaniowe. Ogrodzenie w dobrym stanie z siatki 3/4 pow. pod nagrobkami, nagrobki w dobrym stanie częściowo z kamienia naturalnego, częściowo z betonu“. Sprawa likwidacji cmentarza jednak przeciągała się. Dwa lata później ponownie wymieniano korespondencję dotyczącą tego kirkutu. Urząd Miasta i Gminy Barczewo zawiadamiał Urząd Wojewódzki w Olsztynie, „że zgodnie z przepisami art. 6 ust. 3 ustawy z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych wystąpiono do Ob. Wojewody Olsztyńskiega o zezwolenie na likwidację cmentarzy oraz użycie tychże cmentarzy na inny cel. Dotychczasowe cmentarze – jak pisano w piśmie – zostaną zagospodarowane jako zieleńce dostępne dla publiczności. Cmentarz Ewangelicki i Żydowski w obecnym stanie są bardzo zaniedbane, nie widać śladów pielęgnacji mogił, obramowanie mogił i płyty nagrobkowe są częściowo potłuczone i rozrzucone, stanowi to w całości wielkie rumowisko gruzu.(…) Celem uzyskania zezwolenia na likwidację cmentarzy i użycie tych terenów na inny cel przed upływem 40 lat od ostatniego pochówku, niezbędne są opinie na temat jednostek. W związku z powyższym Urząd Miasta i Gminy Barczewo uprzejmie prosi o wydanie opinii w tej sprawie. Pismo dotyczyło także nieużytkowanego cmentarza katolickiego. Zostało ono skierowane do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Wydziału do spraw Wyznań Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej oraz Wojewódzkiej Komisji Planowania z prośbą o wypowiedzenie się w tej sprawie. WKZ przesłał to pismo dalej do Muzeum Warmii i Mazur z prośbą o penetrację terenu i opinię. Muzeum przeprowadziło oględziny tych trzech cmentarzy i 12 kwietnia 1976 r. poinformowało konserwatora, iż „w przypadku likwidacji wspomnianych cmentarzy należałoby zabezpieczyć na rzecz muzeum. Cmentarz katolicki : ok. 15 krzyży żeliwnych lub żelaznych; cmentarz izraelicki: 15 nagrobków kamiennych z XIX i XX w., 5 nagrobków marmurowych z XX w. oznaczonych numerami naniesionymi prawdopodobnie przez zarząd cmentarza ; cmentarz ewangelicki: 3 krzyże żelazne, 1 nagrobek w kształcie porcelanowego pulpitu. Wszystkie te obiekty Muzeum Warmii i Mazur oznakuje w najbliższym czasie białą farbą sygnaturą MM tak, aby mogły być w każdej chwili zidentyfikowane. Dyrekcja Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie przeznacza na zmagazynowanie wymienionych obiektów i dla krzyży i nagrobka z cmentarzy katolickiego i ewangelickiego – teren składnicy muzealnej koło kościoła po-ewangelickiego w Barczewie, dla nagrobków z cmentarza izraelickiego – teren zieleńca przy bożnicy w Barczewie. Okazało się, że żadne macewy po likwidacji cmentarza żydowskiego nie znalazły się przy bożnicy, a wszystkie nagrobki przez trzydzieści cztery lata stały na placu, który wraz z kościołem ewangelicko- augsburskim służył za składnicę zabytków ruchomych Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie (do 2009 r., kiedy składnicę zlikwidowano, a kościół ewangelicki oddano pod zarząd miastu Barczewo). Na podstawie protokołu spisanego 13 lipca 1976 r. w sprawie przekazania nieodpłatnego nagrobków zabytkowych pochodzących z likwidacji cmentarzy w Barczewie przez Zarząd Zieleni Miejskich w Olsztynie dla Muzeum Mazurskiego w Olsztynie można stwierdzić, iż „trzyosobowa komisja zgodnie z decyzją Naczelnika Miasta i Gminy Barczewo pismo nr 491/l/76, z dnia 2 czerwca 1976 r., będąc na cmentarzu dokonała przekazania nagrobków zabytkowych dla Muzeum, które zostały przez komisję przeliczone, obmierzone, a następnie 21 nagrobków przez ZZM przetransportowano na plac składowania w Barczewie”. W protokole zaznaczono, że z cmentarza ewangelickiego Muzeum pobrało 2 sztuki krzyży metalowych ozdobnych. Naczelnikiem Miasta i Gminy Barczewo, który podjął decyzję o wyzbyciu się min. zabytkowych nagrobków był pan Stanisław Borys (1976-1979. Wojciech Zendrowski, barczewski historyk podaje, iż część macew trafiła do Olsztyna, kilka zakopano w pobliskiej żwirowni, a inne przetransportowano do Biskupca. Większością pozostałych macew zaopiekowali się przedsiębiorczy kamieniarze. W rozmowie z dziennikarzem „Gazety Warmii i Mazur” w 1995 r. Marian Sawicki, w latach siedemdziesiątych członek władz Barczewa, stwierdził „Ten cmentarz był w dobrym stanie. Zaczęło się po przyjściu na naczelnika gminy Henryka Wariasa. On jakiś antycmentarny był, trzy cmentarze zlikwidował. Były sprzeciwy ze strony społeczeństwa, ale cmentarze podlegały opiece komunalnej. Po likwidacji powiatów służby komunalne przeniesiono do Olsztyna. Wzięli więc i rozebrali. Robili to tak szybciutko, że nie można było interweniować. Żona wtedy w kulturze pracowała. Kilka macew przy kościele ewangelickim ułożono, resztę gdzieś wywieźli. To na pewno nie była normalna decyzja, nawet Niemcy uszanowali przecież ten cmentarz”. Także Zdzisław Liberda, mieszkaniec przy ul. Warmińskiej, mówił „Pamiętam jak go zlikwidowali. Nagrobki powywracali i wywieźli. Co z tym zrobili, nie wiem, naprzód tu śmietnik postawili, potem na tym cmentarzu były chlewy i szopy. Potem je przesunęli dalej, a śmietnik został.”
Po usunięciu miejsc pochówku na terenie dawnego cmentarza urządzono park miejski, z czasem coraz bardziej zaniedbany, o czym świadczyły postawione tam śmietniki. Bez odpowiedniej informacji, ludzie powoli zapominali, że miejscu temu należy się godny szacunek. Być może, gdyby społeczeństwo Barczewa dobitniej reagowało na likwidację cmentarza, nie doszłoby do tego. Ale ludzie zajęci byli swoimi sprawami i troską o zabezpieczenie podstawowych życiowych potrzeb i nie chcieli wzbudzać podejrzeń. Mieszkaniec Barczewa, Edward Cyfus powiedział: „Cztery lata miałem, kiedy przeprowadziliśmy się do Barczewa, a mieszkałem do końca 1981 r. Cmentarzyk był malutki, zaniedbany, z jakimiś krzywymi macewami, na ulicy Warmińskiej. Opuszczony, parę macew, i to wszystko. Daleko było od nas. Widziałem go tylko czasami, przechodząc tamtędy do jakiegoś kolegi i mamy koleżanka mieszkała na ulicy Warmińskiej. Kiedyś jako mały chłopiec wszedłem zobaczyć, co tam jest. Potem już nic o tym nie słyszałem. Dopiero 11 listopada 1976 r. szef Urzędu do Spraw Wyznań wystosował pismo do Wojewódzkich Wydziałów do spraw Wyznań, że „władze państwowe stoją na gruncie zachowania wszystkich istniejących cmentarzy żydowskich. W praktyce oznacza to zakaz naruszania, likwidacji bądź przeznaczania na inne cele aktualnie istniejących cmentarzy tego wyznania, a równocześnie zobowiązuje do dbałości o zabezpieczenie należnego wystroju zewnętrznego zgodnie z charakterem miejsca i obiektu.
Odpowiedzią na to było postawienie na terenie kirkutu kamienia pamiątkowego. W Iatach siedemdziesiątych, jak wspomina mieszkanka Barczewa Gertruda Nikadon – głaz taki postawiono z inicjatywy Ratusza. Wykonał go Andrzej Czerniak, który robił nagrobki. W lutym 1984 r. Generalny Konserwator Zabytków Dyrektor Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków doc. dr Andrzej Gruszecki wysłał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie pismo z prośbą „O przesłanie w terminie do 20 Iutego 1984 r. materiałów dotyczących finansowania obiektów kultu hebrajskiego wg załączonego wzoru. Obiekty te należy podać w podziale na: a) Synagogi kultowo czynne, b) synagogi – użytkowane dla celów kultury, c) cmentarze, d) Judaika, e) ewentualnie inne. Efektem była Iista zaledwie czterech obiektów z terenu ówczesnego województwa olsztyńskiego. Były to w Olsztynie: 1) dawna synagoga przy zbiegu ul. Kołłątaja i Okopowej adaptowana i przebudowana w okresie międzywojennym na budynek mieszkalny; 2) kaplica cmentarna żydowska, przy ul. Zyndrama z Maszkowic nr 2, wzniesiona wg projektu Eryka Mendelsona; 3) dawna synagoga w Barczewie przy ul. Kościuszki, zajmowana przez Stowarzyszenie Społeczno-KuIturalne, Odział w Barczewie i Muzeum Tkactwa Artystycznego; 4) dawna bożnica w Dąbrównie z początku XX w., użytkowana jako magazyny. Za tym poszły dalsze działania skupione na opracowaniu dokumentacji historycznej dotyczącej synagog i kirkutów z terenu województwa olsztyńskiego, które wojewódzki konserwator zabytków Lucjan Czubiel zlecił inż. Mirosławowi WaIoszkowi i WaIdemarowi Kisielowi.
Latem 2010 roku autorka niniejszego tekstu oraz z Edward Cyfus, Warmiak pochodzący z Barczewa, odnaleźli składowane macewy z cmentarza żydowskiego w Barczewie przy budynku dyrekcji Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej w Stębarku. Inskrypcje na macewach z szarego i czarnego granitu, w większości wyszczerbionych lub wręcz połamanych na kilka części, w języku niemieckim lub hebrajskim, są trudne do odczytania. Z niektórych udało się wydobyć nazwiska zmarłych (…).
Po wstępnych ustaleniach z ówczesnym dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur, Januszem Cygańskim, podległym mu wówczas kierownikiem oddziału w Stębarku Szymonem Drejem, burmistrzem miasta Barczewa Lechem Nikowskim Krystyną Ster, prezesem barczewskiego oddziału Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze”, będącym właścicielem synagogi barczewskiej – macewy mają niebawem wrócić na swoje miejsce. Najprawdopodobniej będzie to lapidarium przy synagodze lub cmentarzu ewangelickim w Barczewie.
*Fragment artykułu, Dziedzictwo żydowskie w Barczewie, opublikowanego w Dialogu kultur, wydawca Forum Dialogu Publicznego, Olsztyn 2013
Wychodzące w Monachium czasopismo polonijne Moje Miasto poświęciło artystce całą piątą stronę. Budzi skrajne emocje. Jedni Beaty nie cierpią, inni są zauroczeni, osobiście należę do tych drugich, muszę się więc pilnować, żeby nie ukręcić tutaj o niej waty cukrowej.
Śpiewamy w tym samym chórze parafialnym przy Polskiej Misji Katolickiej. Przed ostatnią, kwietniową próbą daje mi obejrzeć filmik nakręcony telefonem komórkowym, z przygotowań do jej wernisażu. Na planie muzyczne trio: Leszek Żądło gra na saksofonie, Małgorzata Szewczyk na flecie i Jolanta Szczelkun na akordeonie, akompaniują Beacie, która śpiewa swoje wiersze. Muzykę ułożyła sama. Na ścianach wisi już parę jej obrazów. Jest wyraźnie podekscytowana tym artystycznym przedsięwzięciem, któremu patronuje Konsulat Generalny RP w Monachium. Wypali, czy nie… Przyjdziesz? – pyta. – Jasne – obiecuję.
Niestety w ostatniej chwili muszę zmienić plany i na wystawę docieram z tygodniowym poślizgiem. Ekspozycja nosi tytuł: Wewnętrzne światy – międzymistyką i erotyką i mieści się w dwóch, średniej wielkości pomieszczeniach przy pryncypialnej Prinzregentenstrasse. W pierwszym króluje Eros, w drugim chrześcijański Bóg, dla wielu dwa antagonistyczne światy, trudne z sobą do pogodzenia. Może dlatego do tej pory żaden z księży z monachijskiej misji, w której Beata dwoi się i troi, między innymi jako psałterzystka, nie zaszczycił wystawy swoją wizytą.
– Czy można pogodzić świętość i grzech? – zastanawia się retorycznie autorka. – Skoro Bóg stworzył nas mężczyznami i kobietami, a później kazał rozmnażać się i czynić sobie ziemię poddaną, to dotykamy rzeczy świętych. Miłość oblubieńcza Boga do człowieka i miłość małżonków są w moim odczuciu sobie bardzo bliskie. Dają pełnię szczęścia. Mistyka to bezpośrednie połączenie duszy z Bogiem. Poprzez akt małżeński następuje najściślejsze zjednoczenie kobiety i mężczyzny. Ale erotyka to szersze pojęcie, tu jest miejsce na zachwyt, radość i tajemnicę. Bóg też jest tajemnicą.
Jest zadowolona z otwarcia wystawy, której dokonał osobiście konsul ds. Polonii, Aleksander Korybut-Woroniecki, z jej odbioru. Z frekwencją zwiedzających bywa różnie, ale ci, którzy przychodzą zostawiają później miłe wpisy w księdze gości. Do obrazów dołączone są wiersze Beaty, poetycko „komentujące“ ich treść, po polsku i niemiecku. Autorką tłumaczeń jest Nina Kozłowska.
Boską tajemnicą pozostanie, dlaczego Ten na Górze tak nierówno podzielił talenty wśród ludzi. Może więc dlatego niektórzy Beaty zazdrośnie nie lubią, że taka po renesansowemu wszechstronna. Z wykształcenia jest architektem, po Politechnice Warszawskiej, ma otwarty przewód doktorski na Wydziale Architektury TU w Monachium, pisze wiersze, maluje, śpiewa /w 30 rocznicę stanu wojennego wystąpiła nad Isarą z udanym recitalem piosenek Kaczmarskiego i Gintrowskiego/, dokumentuje aparatem fotograficznym i piórem życie misji, robi dekoracje na parafialne uroczystości… Zapracowała więc na ten Złoty Krzyż Zasługi, który niedawno wręczył jej w Monachium Prezydent Andrzej Duda. Poza tym jest właścicielką firmy BM Kunst, w ramach której poza malowaniem obrazów zajmuje się m.in. restauracją cudzych dzieł i projektowaniem. Prywatnie zaś ma męża i dwójkę dzieci w wieku 9 i 13 lat, którzy mieszkają w Warszawie.
– Co dzieci mają z takiej matki? – pytają “życzliwi”.
Myślę, że najlepiej je o to osobiście zapytać. Ale najpierw zachęcam wszystkich, kto jeszcze nie był, a lubi niekonwencjonalną sztukę do zwiedzenia wystawy, bo warto.
*** Próbka poezji autorki.
Pąki Istnień
Jak pąki Istnień
Co Duchem spowite
Jak ciało nieme
Nagością okryte
Jak Tajemnica
Co się rozpoczyna
Tak życiem wytrwa
w Miłości przyczyna
W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.
Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.
Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.
Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.
Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.
Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.
Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.
Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.
Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.
Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.
Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.
Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.
I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.