Każdy umiera w samotności

Lech Milewski

Samotna śmierć Hansa Fallady

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, że jest zmęczona obchodem, ale również dlatego, że ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa piętra wyżej musi za chwilę oddać ten list Quanglom…
Przedtem jeszcze, piętro niżej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii – Ewa Kluge ciągle jeszcze nie rozeznaje stanowisk. W każdym razie u Persicków trzeba witać się wołając “heil Hitler” i dobrze uważać, co się mówi.
Uważać trzeba, oczywiście wszędzie…
… zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz mężczyzna o ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.
Tłumaczył – Jerzy Rawicz.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej – 1956

Powyższą książkę kupiła moja Matka, która dobrze pamiętała autora jeszcze sprzed wojny. Przede wszystkim książkę Co dalej szary człowieku (Kleiner Mann, was nun?) – świetny obraz czasów depresji lat 1929-1931.

Książka Hansa Fallady spodobała mi się od pierwszego wejrzenia – wartki język, żywa akcja, duża część książki rozgrywa się w berlińskim półświatku co przypominało mi utwory Bertolda Brechta, Ericha Kästnera a przede wszystkim mistrza reportażu – Egona Erwina Kischa.
Nic dziwnego, podobnie jak oni Hans Fallada był reprezentantem kierunku Neue Sachlichtkeit – KLIK.

Hans Fallada

Hans Fallada – KLIK, prawdziwe nazwisko Rudolf Ditzen, urodził się w 1897 roku w dość dobrze sytuowanej rodzinie.
Wypadek drogowy w wieku lat 16, którego wynikiem była długa kuracja z użyciem dużej ilości leków uśmierzających ból, miał chyba decydujący wpływ na dalsze życie pisarza. Samotność, depresja, uzależnienie od środków przeciwbólowych, doprowadziło go do myśli o samobójstwie. W wieku lat 18, rok 1911, wraz z przyjacielem zdecydowali popełnić samobójstwo, aby jednak nadać mu bardziej stylowy character postanowili zainscenizować je w formie pojedynku.
Rezultat był fatalny – przyjaciel Hansa spudłował, Hans trafił skutecznie. Próbował jeszcze sam się zastrzelić, ale to mu sie nie udało. Sąd uznał go za niepoczytalnego i uniewinnił od zarzutu morderstwa. Tak zaczął się regularny kontakt z instytucjami psychiatrycznymi.
W sanatorium psychiatrycznym zetknął się z pracą na roli i to stało się jego rezerwowym zawodem.

Po zakończeniu I Wojny Światowej Fallada nie mógł już liczyć na pomoc finansową rodziców i znalazł zatrudnienie jako pracownik rolny.
W roku 1920 opublikował pierwszą książkę. W tym samym czasie został skazany na sześć miesięcy więzienia za drobne kradzieże, gdyż jego zarobki nie wystarczaly na pokrycie kosztów uzalenienia od morfiny.
W roku 1926 ponownie wylądował w więzieniu za szereg kradzieży spowodowanych uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Od uzależnienia uwolnił się po kuracji odwykowej w 1928 roku. Rok później ożenił się i jego życie potoczyło sie lepiej – pracował w redakcjach cenionych wydawnictw, publikował artykuły i eseje.
W tym okresie zainteresował się problematyką społeczno-ekonomiczną. Wynikiem była książka Bauern, Bonzen und Bomben, która zyskała mu opinię obiecującego talentu nie wahajacego się podejmowania kontrowesyjnych tematów. Wkrótce później przyszla książka Cóż dalej szary człowieku?, która była wielkim sukcesem czytelniczym i finasowym. Niestety sukcesowi towarzyszyło załamanie nerwowe spowodowane nasilaniem się nazizmu.

Wprawdzie twórczość Fallady nie zawierała niczego co mogłoby nie podobać się Nazistom to jednak fakt, że książka Cóż dalej szary człowieku? została sfilmowana w USA przez żydowskiego producenta spowodował, że Gestapo zainteresowało się Falladą. W 1934 roku został aresztowany w wyniku fałszywego donosu. Z braku dowodów wypuszczona go z aresztu, ale rok później znalazł się na liście niepożądanych autorów.

Przeniósł się na spokojniejszy grunt, zajął się pisaniem książek dla dzieci.

Opublikowana w 1937 rou książka Wolf unter Wölfen (Wilk pośród wilków) pozwoliła mu wrócić na poważną arenę – hitlerowcy odebrali książkę jako ostrą krytykę Republiki Weimarskiej, bardzo pochlebnie ocenił ją sam Józef Goebbels. To zainteresowanie stało się kolejnym problemem, gdyż Goebbels zasugerował napisanie książki z wątkiem antysemickim. Równocześnie nadeszło rządowe zamówienie książki o życiu w Niemczech bezpośrednio przed rokiem 1933.

W wyniku tego zamówienia powstała książka Żelazny Gustaw. Goebbels po przejrzeniu rękopisu zasugerował, aby nieco wydłużyć czas akcji i pokazać, jak dojście nazistów do władzy pomogło rozwiązać wszelkie problemy. Fallada długo borykał się z tym zadaniem. W końcu skapitulował i dodał rodział, w którym syn bohatera powieści zostaje stormtrooperem – KLIK – i to robi z niego prawdziwego człowieka.
Fallada miał duże wyrzuty sumienia z powodu tego kompromisu, w kilku publikacjach próbował wytłumczyć się ze swojej słabości.

Wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową. Jednak jego stan psychiczny znacznie się pogorszył i wrócił do morfiny. Towarzyszyła mu w tym żona, która, jak się okazało, była jeszcze bardziej niż on uzależniona. Skończyło się na roztrwonieniu całego jej majątku i klinice odwykowej.
Większą część ostatniego roku życia spędził w klinikach i tam właśnie powstała jesienią 1946 roku jego najsłynniejsza książka – Jeder stirbt fur sich allein – Każdy umiera w samotności. Napisał ją podobno w ciągu 24 dni.

W 1948 roku książkę przetłumaczono na rosyjski i szwedzki, dwa lata później na polski, na angielski… dopiero w roku 2009. Okazała się bestsellerem, wkrótce sprzedano na rynku anglojęzycznym 200,000 egzemplarzy, co spowodowało wznowienia innych książek pisarza.

Strona tytułowa książki prezentowana na wstępie wpisu to już rok 1956, drugie wydanie. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać innych książek tego autora.
Cóż dalej szary człowieku? – to był niewątpliwie ten sam Fallada, ale książka nie mogła dorównać intensywnością ostatniej książce pisarza.
Pijak – relacja nałogowego alkoholika. To był dla mnie szok. Oczywiście znajomy był mi widok sporej ilości zataczających się mężczyzn po sobotniej wypłacie. Słuchałem licznych opowieści o nałogowych alkoholikach, ale teraz przeczytałem relację kogoś, kto znał to od podszewki, do tego kogoś, kto umiał w sposób przejmujący to opisać.

Do lektury Każdy umiera w samotności wracałem kilkakrotnie.
Już podczas studiów, na lektoracie języka niemieckiego, rozmawiałem o tej książce w moją lektorką.
– Gdy Rosjanie zajęłi Niemcy Wschodnie – opowiadała – przydzielali ludzi do różnych robót. Gdy przyszła kolej na Falladę zapytali go o zawód – pisarz. No to będziesz przychodził codziennie do ratusza i pisał książkę. I tak, w ciągu kilku miesięcy, napisał swoją najlepszą książkę

Prawda okazała się ciekawsza. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało Falladę w Feldberu w Meklemburgii. Dzięki protekcji pisarza o komunistycznych przekonaniach – Johannesa Bechera – KLIK – zyskał duży respekt u nowych władz i mianowano go burmistrzem miasta, którą to funkcję pełnił ponad rok.
Jak wspominałem wyżej książka Każdy umiera w samotności powstała w klinice odwykowej.
Johannes Becher zasugerował Falladzie tematykę książki – dostarczył mu akta Gestapo dotyczące Otto i Elizy Hampel, małżeństwa, które po utracie na froncie bliskiego kuzyna zaczęło pisać i rozrzucać po mieście karty wzywające ludność do oporu.

Fallada we wstępie do książki pisze:
Wydarzenia opisane w tej książce odpowiadają w ogólnych zarysach treści aktów gestapo, dotyczących nielegalnej działalności pewnego berlińskiego małżeństwa robotniczego w latach 1940-1942. Odpowiadają tylko w ogólnych zarysach – powieść ma bowiem swe własne prawa…

Wracam do książki. Gdzie to ja skończyłem? Aha, Ewa Kluge dostarczyla urzędowy, pisany na maszynie, list. Zgodnie z jej przewidywaniami zakłócił on całkowicie życie spokojnej i pracowitej rodziny. Rezultatem jest karta zaczynająca się słowami:
Matko! Fuehrer zamordował mojego syna…

Już kilka godzin po podrzuceniu karta trafia w ręce doświadczonego oficera Gestapo, komisarza Eschericha…
– Gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał kartę, siedziałby od kluczem po dwudziestu czterech godzinach…

Komisarz się mylił, upór i desperacja prostych ludzi okazały się silniejsze od logiki godnej Sherlocka Holmesa i niemieckiej skrupulatności. Sprawa ciągnie się grubo ponad rok, a w międzyczasie wkraczamy w świat oszustów, donosicieli, partyjnych karierowiczów.

Dopiero kilka miesięcy temu poszukałem w internecie informacji o życiu autora i teraz wiem, że większość opisywanych sytuacji i osobników autor przeżył lub poznał osobiście.
Właściwie jest mi to obojętne. Na potrzeby tego wpisu szukałem tylko kilku cytatów i utknąłem na dobre – przeczytałem książkę od deski do deski raz jeszcze, mimo że czytałem ją już wiele razy.

Nie mogę się więc oprzeć pokusie zacytawania jedego, charakterystycznego fragmentu:

– Baldur – błagał (swojego syna) znów stary. – Nie wiesz co to za dom. Głodzą człowieka na śmierć, a pielęgniarze wciąż biją. I inni chorzy też mnie biją.
(…)

– Zdarzają się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasem starszy pielęgniarz daje chorym, który trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem jak to się nazywa. Ale po tym ludzie muszą ciągle rzygać. Aż duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle…

Reakcja syna:
… Mój ojciec dostał taki zastrzyk…
Lekarz zawołał: – To jest wykluczone!…
– Panie doktorze, byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan pielęgniarzowi, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, że tak powiem, uspokojony do domu…

Zawsze jednak jest ucieczka:
… Wróciwszy do swego gabinetu lekarz ciężko opadł na fotel. Czuł, że drży na całym ciele i że zimny pot zrasza mu czoło… Wstał, podszedł do szafki z medykamentami. Powoli wyjąż strzykawkę…
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku… Zmrużył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością i było mu dobrze na sercu.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.

Na zakończenie wrócę jeszcze do spóżnionego o 63 lata tłumaczenia książki na angielski.
Po piewsze przyczyna. Wydaje mi się, że była nią cenzura, fakt, że książkę napisał pisarz namaszczony przez komunistycznego dygnitarza – protektor Fallady, Johannes Becher, w momecie publkacji książki, był ministrem kultury NRD.
Ciekawe, że w roku 1940, czyli już podczas wojny, Anglicy nie mieli problemu z wydaniem innej książki Fallady – Żelazny Gustaw – tak, tej pisanej pod protekcją ministra propagandy hitlerowskich Niemiec.
Inna rzecz, że tutaj z kolei mocno napracowała się angielska cenzura. W zgodnym z oryginałem wydaniu w roku chyba 2013 przywrócono około 85,000 usuniętych pierwotnie słów – KLIK.

Ksiązka Każdy umiera w samotności była oczywiście przed wydaniem ocenzurowana w NRD, ale według mnie nie spowodowało to żadnej istotnej zmiany oryginalnego tekstu. Według angielskich źródeł, w wydanej w 1947 roku wersji wszystkie postacie są zdecydowanie czarno-białe, w oryginale są nieco bardziej zróżnicowane.
Moja uwaga – w tej książce nikt nie jest biały/czysty.

Po drugie – tytuł. Tytuł oryginału to: Jeder stirbt fur sich allein. Polskie tłumaczenie – Każdy umiera w samotności – wydawało mi się właściwe dopóki nie dowiedziałem się, że Anglicy przetłumaczyli to na: Alone in Berlin (Sam w Berlinie). Na rynku amerykańskim książka ukazała się pod tytułem – Everyone dies alone, który odpowiada polskiemu tłumaczeniu.
Alone in Berlin – to dziwny pomysł – to zabija całą dramaturgię oryginalnego tytułu, ale… czy w książce ludzie umierają w samotności? Fizycznie jednak nie. I do tego te słowa: für sich – dla siebie. Czy to miało znaczyć – każdy umiera dla siebie samego, na swoje własne konto?
Bardzo proszę osoby używające niemieckiego na co dzień o komentarz.

A jak zmarł Hans Fallada?
W klinice odwykowej, w lutym 1947 roku. Jego najlepsza książka ukazała się już po jego śmierci.

PS. Na hasło stormtrooper google odpowiada – Gwiezdne Wojny – KLIK.

Co czytano w getcie?

Jakie piękne pytanie!

Co czytano w gettach?

Seminarium naukowe

W czerwcu 1942 Emanuel Ringelblum konstatował:

Co czyta ludność? Temat ten ciekawi każdego Żyda, a po wojnie będzie interesował świat. Świat zapyta: Co myśleli ludzie z Musa-Dah, [ludzie] z getta warszawskiego, którzy rozumieli, że nie ominie ich śmierć […]. Czytają pamiętniki Lloyda George’a, powieści światowej literatury o poprzedniej wojnie światowej itp., czytają z upodobaniem te strony, na których opisany jest rok 1918, klęska Niemiec.

Temat „co czytano w getcie” istotnie jest interesujący, a nie doczekał się jeszcze całościowego studium. O jednej z bohaterek fikcyjnej prozy Eva Weaver pisze: „Wertowała kolejne książki, w szczególności Baśnie tysiąca i jednej nocy. Czytała je wszystkie” (przeł. Magda Witkowska). W niefikcyjnej relacji Władysław Dov Kornblum wymieniał: Mały Lord, Książę i żebrak, Sława, Chata wuja Toma. W niemalże wszystkich dokumentach osobistych znajdują się passusy poświęcone lekturom. Justyna Kowalska-Leder, badając dziennik Reni Knoll, zauważyła:

Być może martwota getta, jego odcięcie od przyrody, tłumaczy nieco czytelnicze gusta Reni, na przykład jej zachwyt nad Pojednaniem Heleny Zakrzewskiej […] czy literaturą skandynawską. […] Pod notatką wyrażającą zachwyt Ryszardem Lwie Serce Waltera Scotta Renia umieszcza fragment Kupca weneckiego:

Alboż to Żyd nie ma oczu,
nie ma rąk, organów, zmysłów,
namiętności?

Zapraszamy do udziału w seminarium naukowym, organizowanym przez Żydowski Instytut Historyczny, Instytut Slawistyki PAN i Fundację Józefa Rotblata. Odbędzie się ono we wtorek 14 czerwca 2016 o godzinie 13 w siedzibie Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Zgłoszenia prosimy wysyłać do 30 kwietnia na adres koordynatorki: joannamroszak@gmail.com

Joanna Roszak

Fundacja Józefa Rotblata, Instytut Slawistyki PAN

Straszne rocznice 2

Zbigniew Milewicz

Czarnobyl

Nikt sobie na Śląsku specjalnie tym głowy nie zaprzątał. Pieprznęło u ruskich, ich zmartwienie, poza tym to było daleko, ile się tego pyłu do nas mogło dostać. Mieliśmy swój – kopalniany, hutniczy, z zakładów chemicznych, cała tablica Mendelejewa wisiała w powietrzu, człowiek był uodporniony na różne świństwa. Internetu jeszcze wtedy nikt nie miał, a cóż wielkiego mogła napisać Trybuna Robotnicza, albo Ludu na ten temat…? Zdarzyła się awaria elektrowni, wszystko jest u towarzyszy radzieckich pod kontrolą, już sprzątają zresztą, więc nie ma co panikować. Dopiero, jak kazali wszystkim przyjść z dzieciakami do przychodni, żeby wypiły Płyn Lugola, to zacząłem się zastanawiać nad powagą sytuacji. A kiedy w drodze na Pomorze, na jakąś konferencję naukową PAX-u, zobaczyłem, że na jezdni co parę metrów leżą martwe ptaki, pomyślałem: to też może być przez tę elektrownię.

Trzydzieści lat temu, 26 kwietnia 1986 r. doszło do katastrofy w Czarnobylu na Ukrainie. O godz. 01.23, w reaktorze jądrowym jednego z bloków energetycznych miejscowej elektrowni atomowej eksplodował wodór, co wywołało pożar i emisję substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX w. Razem z awarią elektrowni jądrowej Fukushima została zakwalifikowana do siódmego, najwyższego stopnia w skali INES. Skażenie promieniotwórcze objęło bezpośrednio obszar od 125000 do 146000 km.kw terenu na pograniczu Ukrainy, Białorusi i Rosji, a chmura radioaktywna wyemitowana z uszkodzonego reaktora rozprzestrzeniła się po całej Europie. Z terenów, które najmocniej ucierpiały ewakuowano i przesiedlono ponad 350000 osób.

Budowę elektrowni rozpoczęto w latach 70 ubiegłego wieku. Za główną przyczynę katastrofy uznano błędy konstrukcyjne reaktora, który służył celom militarnym. Produkował pluton i miał konstrukcję modułową, która w razie awarii sprzyjała rozszczelnianiu, przy jednoczesnym samoczynnym wzroście mocy reaktora. Przyczyną wtórną były błędy proceduralne, na które podobnie, jak w przypadku wad konstrukcyjnych położono wówczas polityczną pieczęć milczenia. Po katastrofie władze Związku Radzieckiego obarczyły winą głównie operatorów reaktora.

25 kwietnia 1986 roku personel obsługujący czwarty blok energetyczny prowadził przygotowania do testu, które nieoczekiwanie zastopowała awaria w pobliskiej, smoleńskiej elektrowni. Aby sprostać potrzebom wieczornego szczytu, dyspozycja mocy w Kijowie wydała nakaz przesunięcia testu na wczesne godziny nocne następnego dnia. Do tego czasu reaktor miał wspomagać system zasilania. Według przepisów ów eksperyment powinni wykonać dwa lata wcześniej, przed oddaniem reaktora do eksploatacji, ale elektrownia pod naciskiem politbiura podjęła dzielne zobowiązanie, że szybciej uwinie się z reaktorem, więc test odłożono na później. W ogóle nie można go było uniknąć, bo do projektu w ostatniej chwili zostały wprowadzone zmiany i należało sprawdzić, czy zdadzą one egzamin. Może by i zdały, gdyby nocna zmiana wiedziała dokładnie, co powinna robić. Pierwotnie miała ona tylko czuwać nad systemem chłodzenia wyłączonego już reaktora, bo do samego testu przygotowana była dzienna zmiana, pod nadzorem grupy specjalistów. Może wtedy eksperyment, z Bożą pomocą, udałoby się jakoś pomyślnie przeprowadzić, ale przez feralny Smoleńsk tamtych już dawno nie było w pracy. O północy popołudniowa zmiana przekazała nocnej dokumenty z opisami procedur, pełne ręcznych poprawek i skreśleń, zespół ekspertów, zmęczony bezczynnym oczekiwaniem od rana chyba nie miał za bardzo ochoty na to, by tłumaczyć ludziom, o co generalnie i w szczegółach w tym teście chodzi, a na dodatek operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora był młody inżynier z trzymiesięcznym stażem pracy.

Nie podejmuję się opisu skomplikowanych, technicznych szczegółów, które bezpośrednio doprowadziły do katastrofy. Powiem tylko, że ten test w opisanych warunkach nie mógł się udać. Doszło do dwóch silnych eksplozji. Poziom promieniowania radioaktywnego w Czarnobylu był 500 razy silniejszy, niż po zrzuceniu bomby atomowej w Hiroszimie. Jego tragiczne, globalne skutki można będzie oszacować dopiero w przyszłości. Radioaktywny izotop Cezu 137 rozkłada się połowicznie dopiero po 30 latach a izotop Strontu po 29. Potrzeba 300 lat aby na skażonym terenie życie wróciło do stanu sprzed katastrofy.

Wkrótce po wybuchu pożaru – czytamy w relacjach z miejsca tragedii – na miejsce przybyła straż pożarna. Pierwsza stawiła się brygada pod komendą porucznika Władimira Prawika, który zmarł 11 maja 1986 w wyniku choroby popromiennej. Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami, a możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek to coś więcej niż zwykły pożar instalacji elektrycznych. „Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział”.

Grigorij Chmiel, kierowca jednego z wozów pożarniczych, relacjonuje później:

Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. „Czy to jest grafit?” – zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. „Jest gorący” – powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść…
O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia. W pojazdach nie było wody, więc Misza napełnił zbiorniki i wycelowaliśmy strumień w górę. Potem ci chłopcy, którzy niedługo potem umarli, poszli na dach – Waszczyk Kolia, Wołodia Prawik i inni… Wspięli się po drabinie… i nie widziałem ich więcej.

Ugaszenie płonącego grafitu było bardzo trudne. Potrzeba było do tego kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu zrzucanych ze śmigłowców (głównie Mi-26, i mniejszych Mi-8 – ich załogi były tylko prowizorycznie zabezpieczone przed skutkami promieniowania). Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym ruiny reaktora.

Kiedy zakończono zrzucanie ładunków, nastąpił poważny kryzys. Reaktor był tak zbudowany, że pod jego podstawą, grubą na metr warstwą betonu, znajdowały się zbiorniki rozbryzgowe na wodę z ewentualnych wycieków. W razie przedostania się stopionej masy do tych zbiorników, mógł nastąpić kolejny wybuch, powodując jeszcze większe skażenie. Ponieważ prawdopodobieństwo takiego zdarzenia szacowano na 10-15%, przedsięwzięto akcję zapobiegawczą. Ściągnięto setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.

Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), zamiast tego postanowiono wybudować w tym miejscu „poduszkę betonową”, aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki (Prypeć i Czarnobyl leżą w pobliżu mokradeł), użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra – w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196 °C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. 13 maja grupa 450 górników sprowadzonych specjalnie z Tuły (ze względu na podobne warunki gruntowe) rozpoczęła kopanie tunelu o długości 150 metrów. Ukończono go po 36 dniach pracy w trzygodzinnych szychtach (w celu ograniczenia napromieniowania). Górnicy w tym okresie otrzymali dawkę 40-80 rem, w ciągu kilku kolejnych lat 170 z nich zmarło.

Po 10 dniach pierwotna, betonowa podstawa reaktora przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zabezpieczonego „betonową poduszką” zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest na chwilę obecną technicznie niemożliwe.

Blok 4, stan z roku 2006

W grudniu 1986 roku, po 6 miesiącach dochodzenia, przeprowadzono badania wewnątrz betonowego sarkofagu, gdzie odkryto wysoce radioaktywną substancję w pomieszczeniach poniżej reaktora. Ważąca kilkaset ton bryła została nazwana „stopą słonia” z powodu swojej pomarszczonej powierzchni. Bryła ta jest spiekiem piasku, szkła i dużych ilości radioaktywnego paliwa, które wydostało się z reaktora. Przez betonowy sufit pomieszczeń pod reaktorem przedostała się lawa roztopionych szczątków oraz wcześniej nieznana substancja krystaliczna, która została nazwana czarnobylitem.

Kontrowersje budzi szacowana liczba ofiar. Greenpeace podaje ogólną liczbę 100000 ofiar śmiertelnych Czarnobyla. 134 spośród ratowników, którzy przybyli do płonącego reaktora zachorowało na chorobę popromienną, z czego 28 zmarło w ciągu kilku dni lub tygodni. Organizacja WHO utrzymuje, że około 2200 pracowników elektrowni i członków ekip ratowniczych straciło życie na skutek katastrofy. Raport Lekarzy Przeciw Wojnie Nuklearnej szacuje liczbę wypadków raka tarczycy powstałych z powodu katastrofy na 10 000 i sądzi, że istnieje możliwość kolejnych 50 000 przypadków, do tego doszło do 10 000 deformacji płodów i śmierci 5000 niemowląt. Jednak do tej pory nie zaobserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków wśród dzieci urodzonych po awarii. Związek Czarnobyla, organizacja zrzeszająca likwidatorów elektrowni, podaje, że 10% z 600 000 osób pracujących przy tym procesie już nie żyje (20 lat po tragedii), a kolejnych 165 000 jest niepełnosprawnych. Z kolei prof. Wade Allison z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacował ilość śmierci nowotworowych z powodu Czarnobyla na 81. Współcześnie status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu posiada 1 milion dzieci i 2 miliony dorosłych.

Trudno jest ustalić całkowity koszt ekonomiczny katastrofy. Według Michaiła Gorbaczowa, ZSRR wydał 18 mld rubli (w tym czasie równowartość 18 mld dolarów) na działania związane z zamknięciem i dekontaminację. Na Białorusi całkowity koszt przez 30 lat szacuje się na 235 miliardów dolarów (wartość dolara z 2005). Bieżące koszty są dobrze znane – z raportu Forum Czarnobyla 2003-2005 wynika, że 5-7% wydatków budżetowych na Ukrainie jest nadal związane z katastrofą w Czarnobylu. Politycznie miała ona wielkie znaczenie dla realizacji nowej polityki sowieckiej głasnosti i sprzyjała zacieśnieniu stosunków ZSRR-USA pod koniec zimnej wojny, ale była jednocześnie przysłowiowym gwoździem do trumny Kraju Rad. Pomogła Ukrainie wybić się na niepodległość.

Pocztówki z Wilna

 Andrzej Rejman

31a_1pozdrowienia_z_Wilna1

Wśród pocztówek znalezionych w archiwach rodzinnych jest jedna szczególnie ładna, bo z otwierającą się harmonijką widoczków… Pocztówka pochodzi z lat trzydziestych i wysłana została 8 grudnia 1937 roku z Dukszt do Warszawy.

31a_3pocztowka_z_Wilna2 31a_2pocztowka_z_Wilna131a_4pocztowka_z_Wilna3

Potem nie było już tak pięknie, pocztówkowo, Wilno było miastem równie mocno dotkniętym skutkami wojny, co reszta kraju, a może nawet bardziej, bo wciąż znajdowało się w ogniu frontów i ścierających się interesów wielu państw.

Jak pisze Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” we wspomnieniach wydanych przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w 1991 r. (Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach”) :

W tych ciężkich czasach ludzie garnęli się do Matki Boskiej, “co w Ostrej świeci Bramie”, patronki tych ziem. O każdej porze dnia, na ulicy, i chodnikach pod murem i arkadami klęczały tłumy wpatrzone w Tę, która nigdy nikogo nie opuściła. Ilekroć było mi ciężko na duszy, szłam modlić się tam z nadzieją i błaganiem. Może w tym samym miejscu modlił się kiedyś Promienisty?…

***
Krótkie wspomnienie Wilna tych czasów uzupełnia córka Heleny Stankiewiczowej – Krystyna, której wypowiedź zarejestrowałem w kwietniu 2016 r.:

Krystyna Stankiewicz wspomina w swej wypowiedzi m.in. rodzinę profesora Henryka Niewodniczańskiego, który urodził się 10 grudnia 1900 w Wilnie, zmarł 20 grudnia 1968 w Krakowie – polski fizyk, specjalista w fizyce jądrowej, twórca i dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie (od 1988 noszącym jego imię). Profesor fizyki na uniwersytetach: poznańskim (1937-1939), wrocławskim (1945-1946), Jagiellońskim (od 1946), członek PAU i PAN.

Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Wiosenne lektury

Andrzej Rejman

Motto własne: “Najpierw WIOSNA, potem reszta”

Ze zbiorów wyciągam ładną pocztówkę, na odwrocie której nieźle trzymają się naklejone 70 lat temu dwa “Bieruty” (pocztówka przedwojenna, ale zapisana i wysłana już po wojnie…)

1_Rapacki_Wiosna

Na pocztówce napisy:
Malarstwo Polskie
Józef Rapacki, Rok w krajobrazie Polskim
Un an dans les paysages polonais
Maj                                               Mai
Wyd. “Galerja Polska” Kraków
Naśladownictwo zastrzeżone

***

Ze stosu książek do przeczytania wyciągam “Szkice Piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego.

Otwieram na przypadkowej stronie (a kto miałby czas czytać od początku!)

Przebiegam wzrokiem po tekście.

Bobkowski pisze:

…Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, pietnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja.

Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami.

Jeśli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim w znaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.

Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczytałów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty.

Te fundamenty o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne , jak wszystkie fundamenty na świecie.

Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej.

Jestem “grudniak” i “zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem.

I nic nigdy nie napawało mnie wielkim strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych “przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

Ktoś mi opowiadał, że lotnicy amerykańscy za każdy nalot na Niemcy otrzymują specjalną premię i że każdy członek załogi bombowca, który po dwudziestu pięciu nalotach wróci cało i zdrowo, dostaje ileś tam dolarów i może wracać do Stanów Zjednoczonych. Wojna jest dla niego skończona i po herbacie.

Chciałbym widzieć Polaka, który słysząc to w pierwszej chwili nie zasłoniłby twarzy wstydliwie i nie był “do głębi” ( my zawsze “do głębi” – nic taniej) oburzony.

Nawet mnie wydało się w pierwszej chwili coś nie tego. Bo niby obowiązkiem dobrego Polaka jest tak długo latać, aż go zestrzelą na chwałę ojczyźnie. Jak można łączyć pojęcie “forsy” za poświęceniem się za ojczyznę? Amerykanie mają rację. Każdy z nas po cichu to przyznaje, ale broń Boże głośno. Hipokryzja na punkcie Polski i Ojczyzny ( przez wielkie “O”, – nic taniej) jest u nas zboczeniem narodowym. Hipokryzja ojczyźniana wpędza nas w tę zaściankowość całej naszej kultury, której w gruncie rzeczy nikt nie rozumie. Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak nasz pisarz napisze coś, i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów) to on jest zły Polak.

Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku.

I nie o strzechach i malwach. I pomimo, że zrobił dla Polski więcej reklamy, niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, “że nie wrócił”.

Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo, żyć tam, gdzie mu się najlepiej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom są wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej, niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się z świątobliwym oburzeniem “kosmopolita”, czyli prawie – Żyd! A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? …

Andrzej Bobkowski, Szkice Piórkiem (Francja 1940-1944) Instytut Literacki Paryż 1957. s. 236-237

***

2._Bobkowski_Szkice_Piorkiem_1

 3._Bobkowski_szkice_piorkiem1

No tak… rzecz znana i powszechnie omawiana, przy każdym nieomal spotkaniu Polaków.

Jednak nurtuje mnie wciąż kwestia – czy nie dałoby się jakoś pogodzić tych dwóch Polsk?

Tej prawdziwej (od: prawdziwi Polacy) i kosmopolitycznej (od: cała reszta), nazwijmy dla uproszczenia.

Pogodzić dla chwały Ojczyzny, oczywiście (sam piszę przez duże “O”, bo może nie jestem aż takim kosmopolitą jak Bobkowski? – w końcu zostałem w Warszawie…)

Pewnie trzeba byłoby wznieść się porządnie w przestworza i zobaczyć Ojczyznę z bardzo dalekiej perspektywy.

Wyobraziłem sobie statek kosmiczny, w którym siedzą wysłani na Marsa (z ekspedycją, nie na zesłanie!) dwaj Polacy (dla uproszczenia – płci męskiej), o różnych, wręcz przeciwstawnych poglądach. Można snuć rozważania, czy w obliczu lądowania na Marsie – pogodziliby się lub zbliżyli poglądy – a może stałoby się to tuż zaraz po oderwaniu się od Ziemi?

Dyskusję taką i ewentualne rozwinięcie tematu poddaję pod rozwagę naukowcom różnych specjalności, pisarzom, poetom i czytelnikom niniejszego tekstu.

PS. Czytelniku drogi, tam jest u Bobkowskiego takie słowo – ryczytały. To nie Andrzej Rejman się rąbnął i nie ja jako administratorka – przepuściłam. To Andrzej Bobkowski tak napisał, a Jerzy Giedroyc, Redaktor Wspaniały – przepuścił:

Bobkowski_11_ryczytaly

 

Różnica pomiędzy tym co może być, a tym co już jest

Ze wszystkich artystek płci wszelakiej, jakie znam, Aleksandra jest najbardziej kobietą. Dlatego to ją poprosiłam o wypowiedź na temat tego, co w sprawie aborcji dzieje się obecnie w Polsce.

rechtslage_abtreibung_welt

legenda mapa aborcjiAleksandra Hołownia

O aborcji

Fundamentaliści religijni konsekwentnie pozbawiają kobiety wszelkich praw. Watykan nie stanowi tu wyjątku. „W kościele katolickim pogarda dla kobiet zaczyna się od zakonnic będących na samym dole hierarchii. Niektórzy księża mówią, że zakonnice to współczesne niewolnice”…(1)

Jan Sarna w swym eseju Kościół i Kobiety pisze: „Kościół przez wieki miał duży wpływ na prawa stanowione w Europie, a więc i na wrogi stosunek do kobiet”. Erazm z Rotterdamu mówił, że „nauki tak nie pasują do kobiety, jak siodło do wołu…” Lekceważenie kobiet widoczne jest wyraźnie za czasów Augustyna, a Tomasz z Akwinu jeszcze to pogłębił, uważając że „Kobieta to zwierzęca niedoskonałość. Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”. Negatywny stosunek kościoła do kobiet nie uległ zmianie w naszych czasach. Jan Paweł II w liście pasterskim „Ordinatio sacerdotalis” twierdził, że jest niedopuszczalne i niezgodne z zamysłem Boga, aby kobieta mogła otrzymać święcenia kapłańskie. Pismo Święte wyraźnie mówi, że kobieta została przeznaczona na „pomoc człowiekowi”.(2)

alex (1)

Dlaczego politycy katolickich krajów europejskich, którzy znają przecież niehumanitarne i niesprawiedliwe stanowisko Kościoła, nadal kooperują z Watykanem, a nawet pozwalają rodzimym arcybiskupom i biskupom na współtworzenie praw? Episkopat pertraktujący obecnie z polskim rządem, dąży do wprowadzenia w życie ustawy, zniewalającej kobiety do przymusowego macierzyństwa. Kilka dni temu dostałam maila z prośbą o podpisanie petycji w sprawie ochrony życia każdego dziecka. Autorzy petycji pisali:

Batalia o ochronę życia dla każdego dziecka, zarówno przed urodzeniem jak i po urodzeniu ruszyła na nowo… Stwierdziłam, że w tym przewrotnym zdaniu chodzi o poparcie dla zakazu aborcji. Osobiście zabijanie dzieci po przyjściu na świat uznaję za morderstwo. Natomiast przerwanie niechcianej ciąży do 12 tygodnia ma dla mnie swoje uzasadnienie. Nie trzeba chyba wyjaśniać, ile nieszczęścia powoduje przypadkowe zajście w ciążę, wywołane choćby gwałtem, kazirodztwem lub po prostu bezmyślnością. Całkowite zakazanie aborcji zwiększa zagrożenie życia kobiet. Szukające pomocy, zdesperowane kobiety narażają zdrowie w celu pozbycia się płodu nawet za cenę więzienia. Przepisy karzące kobiety oraz lekarzy za usuwanie ciąży są bezpodstawne. Otóż Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organisation)(3) oraz Guttmacher Institut(4) udowodniły, że aborcja jest bezpieczna i mniej wyniszcza organizm niż poród. Wcale nie wpływa na powstanie raka piersi ani na bezpłodność. Odwrotnie – przeprowadzona pod opieką lekarską zmniejsza ryzyko komplikacji do 1%. Podczas gdy zabiegi przerywania ciąży odbyte w nielegalnych, mało higienicznych warunkach powodują rocznie śmierć 80 tysięcy kobiet i przyczyniają się do osierocenia 220 tysięcy dzieci. Embrion to nie gotowy człowiek tylko zarodek, zawierający potencjał ludzkiego życia. Istnieje przecież różnica pomiędzy tym co może być, a tym co już jest. Do 12 tygodnia ciąży ból i świadomość zarodka nie są rozwinięte. Przeciwnicy aborcji oraz kościoły katolickie często używają drastycznych zdjęć z usunięć ciąży, nie odając, że są to usunięcia późnych ciąż. Poza tym fałszywe wyniki badań współpracujących z kościołem instytutów demonizują syndrom post aborcyjny i patologizują kobiety, który znajdują się przecież w emocjonalnym konflikcie.

alex (4)

W 2016 roku w Polsce episkopat wydał absurdalne, agresywne oświadczenia dotyczące pełnej ochrony życia człowieka:

W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych. Prosimy parlamentarzystów i rządzących, aby podjęli inicjatywy ustawodawcze oraz uruchomili programy, które zapewniłyby konkretną pomoc dla rodziców dzieci chorych, niepełnosprawnych i poczętych w wyniku gwałtu. Wszystkich Polaków prosimy o modlitwę w intencji pełnej ochrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci zarówno w naszej Ojczyźnie, jak i poza jej granicami…

Celowe wplątanie jubileuszu Chrztu Polski ma pobudzić patriotycznych katolików do działania popierających pełną ustawę antyaborcyjną. Plan przewiduje „wzbogacenie” kodeksu karnego o nowy artykuł, “zabójstwo prenatalne”, który miałby zostać obłożony karą od 3 miesięcy do 5 lat. Zabronione mają być również wszelkie środki antykoncepcyjne, zapobiegające niepożądanym ciążom, spirale, kondomy, tabletki a także wykrywające prawidłowy przebieg cięży badania ultrasonograficzne usg.

alexdoppel2

Moim zdaniem kler i wierni reprezentują wsteczny światopogląd. Dbając o naturalną prokreację zbytnio idealizują świat, pogrążając się w nierealności. A ich pojęcie “ochrony życia” dotyczy prób przywrócenia “starego porządku” świata, związanego z całkowitym panowaniem nad kobietami. Zatrzymajmy te rosnące wpływy polityczno społeczne tych reakcyjnych, zacofanych konserwatywnych sił.

Domagajmy się:

– Wprowadzenia edukacji seksualnej dla wszystkich
– Upowszechnienia śodków antykoncepcjnych
– Dostępu bez recepty do pigułki powodującej wczesne poronienie tkz “morning after pill”
– Nieograniczonego dostępu do legalnej aborcji
– Pełnego uznania wszystkich form współżycia
– Pomocy państwowej dla tych, którzy zdecydują się na dziecko
– Prawa do samodecydowania o własnej seksualnej tożsamości.

alex (5)Utopie religijne dążące do idealnego współgrania wszechświata i natury odbiegają od rzeczywistości. „Najpierw człowiek potem religia”, orzekli europejscy chrześcijanie w Hiszpani, Włoszech, Francji, Irlandii. Masowe protesty przeciw ustawom antyaborcyjnym odniosły sukces w Hiszpanii (5,6) we Włoszech (7) oraz Irlandii (8). W europejskich krajach katolickich pigułka „morning after pill” jest dostępna w aptekach bez recepty a aborcję zalegalizowano do 12 tygodnia ciąży. (9) Czy Polska będzie jedynym krajem w Europie bezkrytycznie respektującym wolę kościoła? Czy pogodzimy się z rozwojem techniki i manipulacji genetycznych? Dziś usunięcie ciąży nie musi już być zabiegiem chirurgicznym.

Wynaleziono tabletki bez komplikacji przerywające wczesne ciążę -”morning after pill”. Poza tym od lat trwają eksperymenty dotyczące wiecznego życia. Jednym z nich jest klonowanie. Rodzą się dzieci z probówki. A kobiety w ogóle nie muszą korzystać z usług partnera. Wpajany latami przez publikatory model: mamusia, tatuś, dziecko nie zawsze się sprawdza. I tak na przykład moja duńska znajoma kupiła sobie spermę w banku. Za pomocą sztucznego zapłodnienia została samotną szczęśliwą i dobrą matką z wyboru. W dobie dzisiejszej nie musimy też same rodzić własnego potomstwa. W tym celu możemy wynająć cudze łono. Tak właśnie uczyniła lubiana amerykanka, aktorka Sarah Jessica Parker („Seks w wielkim mieście”) (10).

Pójdźmy z duchem czasu a religia niech zostanie gdzieś na boku. Potraktujmy Watykan jak skansen minionych epok.

alexdoppel1

Przypisy:

  1. http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,19645426,dokad-ida-nieposluszne-zakonnice.html?disableRedirects=true
  2. http://www.humanizm.net.pl/kik.htm
  3. http://www.who.int/en/
  4. https://www.guttmacher.org/

5. https://www.angloinfo.com/spain/how-to/page/spain-healthcare-pregnancy-birth-termination-abortion

6. https://www.opendemocracy.net/5050/liz-cooper/abortion-rights-victory-for-women-in-spain

7. http://www.katholisches.info/2016/01/19/gender-ideologie-in-italien-wird-dagegen-mobil-gemacht-obwohl-der-papst-es-nicht-will/

8. http://derstandard.at/2000027911077/Es-regt-sich-Widerstand-gegen-das-irische-Abtreibungsverbot

9. https://www.loc.gov/law/help/abortion-legislation/europe.php

10. http://www.pbs.org/now/shows/538/
https://en.wikipedia.org/wiki/Emergency_contraceptive_availability_by_country#Poland

Droga. Wystawa w Löcknitz.

Już tu kilka dni temu pisałam o spotkaniu w Löcknitz. Spotkanie, podobnie jak cały dwudniowy wyjazd do tego nadgranicznego miasta, bardzo mi się podobało, szkoda więc, że towarzyszyły mu różne nieprzyjemne sytuacje. Dziś jednak przede wszystkim o jasnych i optymistycznych sprawach, zaobserwowanych w Löcknitz.

burg (2)-kl

Ewa Maria Slaska

Wystawa, zamek, kościół, uchodźcy

kosciol2a-kl

perspektywa (z małej litery!) – świetny projekt nadgraniczny, prowadzony przez niemieckiego historyka, socjologa i politologa Nielsa Gatzke i Agnieszkę Misiuk, polską germanistkę. Perspektywą wyznaczoną przez perspektywę jest demokratyczne społeczeństwo obywatelskie. Odpowiadają na propozycje oddolne i sami je inicjują. Działają na pograniczu, w mieście i regionie, gdzie w ostatnich latach zamieszkało wielu Polaków, w ich programie znalazły się więc też propozycje integracyjne, lokalne i ponadgraniczne.

nielsagnieszka

Oczywiście realne życie nie jest aż tak jasnozielone jak…

Neonaziści w Löcknitz od kilku lat ostro protestują przeciwko obecności Polaków w Brandenburgii i Meklemburgii, a co gorsza sprzymierzyli się z narodowcami w Szczecinie. Dziennikarz szczeciński, Bogdan Twardochleb, opowiadając nam w lutym tego roku o stosunkach polsko-niemieckich, tak jak się je widzi ze Szczecina, z dużą troską opowiadał o wspólnej demonstracji neonazistów niemieckich i polskich narodowców w Szczecinie…

Wobec napływu uchodźców arabskich do Niemiec, których umieszczono również w Löcknitz  i okolicy, front porozumienia się przesunął, i teraz Polacy zaczynają być widziani jako “nasi” i szuka się w nich sprzymierzeńców w proteście przeciwko przybyszom z Azji i Afryki.

Twórcy perspektywy są zaniepokojeni taką perspektywą. Martwi ich też, że spośród kilkudziesięciu rodzin mieszkających w Löcknitz  i okolicy, tylko dwie zaangażowały się pomoc uchodźcom. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, wiem jednak, że ci zaangażowani, których poznałam, są po prostu nadzwyczajni.

Wystawa

To oni, wolontariusze polscy i niemieccy, wspólnie zorganizowali wystawę, którą można było obejrzeć wieczorem po moim spotkaniu, w siedzibie Regionu Pomerania.

wystawa (1)-kl

Towarzyszył jej taki tekst:

Najgorszym więzieniem jest zamknięte serce
Karol Wojtyła

Wyobraź sobie człowieka

Jest jeszcze młody, może przed trzydziestką, ma żonę i dzieci. Jest programistą, lekarzem, fryzjerem albo mechanikiem. Kocha swoją rodzinę i swą pracę. Małe miasteczko w którym żyje, jest od pokoleń małą ojczyzną jego rodziny.

Pewnego dnia, gdy wracał z pracy swoją ulicą, jego świat nagle się zawalił. I już nic nie było takie jak dawniej. W miejscu, gdzie kiedyś stał jego dom, ział krater wypełniony stertą dymiących gruzów. Sąsiedzi biegali z krzykiem, gestykulując. Na ulicy leżało kilka małych brudnych zawiniątek, nienaturalnie małych. Nie musiał nawet im się przyglądać, by wiedzieć, że to jego martwa żona i trójka jego dzieci – bliźniaki i to najmłodsze, trzyletnie.

Bezsensowna wojna domowa, która od lat targała jego krajem, upomniała się o nowe ofiary – tym razem o całą jego rodzinę, wszystko co miał, oprócz jego własnego życia i tego, co miał na sobie.

Pomyślał: byłoby lepiej, gdybym też umarł.

Wyobraź sobie tego człowieka teraz, gdy wraz z setkami podobnych sobie ucieka tygodniami. Głodny, brudny, zrozpaczony. Jest wyczerpany, zmarznięty, często płacze. Bezwzględni przestępcy wydarli mu ostatni grosz, aby mógł na zardzewiałej łajbie dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Miał szczęście, bo razem z dwiema setkami innych dotarł na brzeg. Tam gdzie nie ma wojny, ale spokoju też nie. W kraju, do którego dotarł, nie ma dla niego miejsca, musi iść dalej. Jest noc, gdy wrzeszczący żołnierze i policjanci z gumowymi pałkami zaganiają go i trzydziestu innych do autokaru i wywożą w nieznanym kierunku.

Wyobraź sobie tego człowieka, który po tygodniach ucieczki, głodu, pragnienia, strachu, chłodu, bezdomności, poniewierki, wrogości, bicia, kopniaków, żebrania i błagania, znajduje się w miejscu, gdzie nie rozumie ani gestów, ani mowy, nie potrafi odczytać pisma i gdzie ludzie nie są wcale serdeczni i gościnni jak w jego ojczyźnie, ale ponurzy, zamknięci i wręcz wrodzy, mimo że nie zaznali ani wojny, ani głodu, nie muszą znosić samowoli i gwałtu i najwyraźniej korzystają z zamożności swojego kraju.

Owszem czasem trafiają się na jego drodze ludzie uczynni i naprawdę przyjaźni. Ale często bywają i tacy, którzy najchętniej przepędziliby go stąd albo zrobili coś jeszcze gorszego. Rozmawia z uchodźcami, którzy są tu już dłużej niż on, ale wciąż niewiele może zrozumieć z tego nowego świata.

A to jest właśnie miejsce w którym ma zacząć swoje nowe życie. Musi się śpieszyć: nauczyć nowego języka, odszyfrować obcy alfabet, zorientować się w obcym otoczeniu i dopasować do nowego społeczeństwa. Na opłakiwanie utraconych bliskich czasu już nie starcza.

I teraz wyobraź sobie, że tym człowiekiem jesteś Ty.

Manfred Häusler

Wolontariusz z ośrodka dla uchodźców w Plöwen, pod polską granicą

I takie pokazywała zdjęcia. Zdjęcia zrobili sami uchodźcy, zapewne, choć nie spytałam, przy pomocy tych komórek, które im się tak “wytyka”, nie pamiętając, że jest to najczęściej jedyny kontakt tych ludzi ze światem, tym który opuścili, i tym, do którego zmierzali. I że najczęściej był to ich jedyny drogowskaz, mapa, atlas i kompas. Myślę sobie, że uciekający przed Zagładą Żydzi wystawili by pomnik inżynierom, gdyby takie produkty myśli inżynieryjnej jak komórka i nawigator istniały już w latach 30 i 40 XX wieku.

wystawa (6)-kl

wystawa (9)-kl

wystawa (8)-kl

Niestety, wystawę można było zobaczyć tylko przez kilka godzin, po czym została zwinięta i schowana. Ale można ją od organizatorów wypożyczyć.

Wypożyczmy więc!

I ostatnia myśl. Na wystawie widać kobiety! Na zdjęciach ale i w realu!

onanawystawie

Zdjęcie powyżej Bogna Czałczyńska. Dziękuję! Pozostałe zdjęcia z wystawy, zamek i kościół – ja. Zdjęcia Agnieszki i Nielsa, flyer perspektywy oraz zdjęcia neonazistów niemieckich podczas wspólnej demonstracji w Szczecinie – znalazłam w sieci, dziękuję więc sieci.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Straszne rocznice

Zbigniew Milewicz

San Francisco rok 1906

Równo 110 lat temu, 18 kwietnia 1906 roku, o godzinie 5:12, w 130 roku od chwili założenia miasta, przez San Francisco i północną Kalifornię przetoczyła się Apokalipsa. Najbardziej ucierpiało miasto, któremu patronował Biedaczyna z Asyżu, od czasu kalifornijskiej gorączki złota pyszniące się mianem największego na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu, bogate Frisco. Epicentrum trzęsienia Ziemi znajdowało się niedaleko brzegu Pacyfiku, około trzech kilometrów od miasta; obszar epicentralny biegł wąskim pasem, wzdłuż uskoku San Andreas na północ i na południe, na długości 296 mil. Trzęsienie trwało 65 sekund, miało charakter pulsacyjny i było odczuwalne od Oregonu do Los Angeles, a więc na długości 1170 km, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a także w głębi kraju, do miejscowości Winnemucca w centralnej Nevadzie. Tak zwane wstrząsy wtórne notowano w tym rejonie jeszcze przez półtora roku. Kataklizm i spowodowane nim pożary, zapamiętano, jako jedną z najgorszych naturalnych katastrof w historii Stanów Zjednoczonych.

O jej ofiarach i szczegółach, opowiada w przejmujący sposób, ustami świadków, książka zatytułowana: „ Największe katastrofy w dziejach świata”, której autorem jest Rodney Castleden. Oto dwa opisy:

Byłem świadkiem scen, których nigdy nie chciałbym więcej oglądać. Świtało. Spojrzałem w górę. Spadające kamienie wypełniały przestrzeń, a wszędzie dookoła ginęli pod nimi ludzie. Wielkie budynki trzęsły się i falowały. Co chwila słychać było grzmoty, podobne w brzmieniu do stu dział odpalanych w jednym momencie. Potem wystrzeliły strumienie ognia, a po nich znów wybuchy.
Zapytałem stojącego obok mężczyznę, co się dzieje. Zanim zdążył mi odpowiedzieć, spadło na niego z tysiąc cegieł, pod którymi zginął. Jakaś kobieta rzuciła mi się na szyję. Odepchnąłem ją i uciekłem. Dokoła mnie budynki trzęsły się w posadach, a naokoło strzelały płomienie. Gdy tak biegłem, mijałem ludzi płaczących, modlących się i wzywających pomocy. Myślałem, że oto nadszedł koniec świata. Wtedy napotkałem katolickiego księdza, który powiedział: „Musimy się dostać do promu”. Znał drogę, więc popędziliśmy w dół Market Street. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypełzali spod gruzu. Setki ludzi pędziło w dół ulicy, a w każdej chwili spadał na nich gruz. W niektórych miejscach ulice popękały, a szczeliny biegły we wszystkich kierunkach. Widziałem jak w dół Market Street gnało oszalałe ze strachu bydło. Przykucnąłem w pobliżu chwiejącego się budynku i zauważyłem, że nadbiegające zwierzęta zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię. Kiedy wszystkie już przepadły, podszedłem bliżej i odkryłem, że faktycznie runęły w głąb szerokiej szczeliny w powierzchni ulicy. Strach i przerażające sceny odbierały mi zmysły.

…piętrowy budynek zawalił się z hukiem. Płomienie omiotły Market Street i dopadły stojący tam, nowo wybudowany, ognioodporny budynek, Miejscami ulice obniżyły się o trzy, cztery stopy. Gdzie indziej pojawiły się wysokie na cztery, pięć stóp wybrzuszenia. Wagony tramwajowe powyginały się na wszelkie możliwe sposoby. Wszędzie poniewierały się kable elektryczne. Budynki zawalały się w całości lub odpadały ich frontowe części, a ulice wkrótce wypełniły się cegłami i ogniem. Powozy z zaprzęgniętymi do nich końmi (o tej porze były to głównie wozy sprzedawców dowożących towar), kierowcy i zawartości wozów – wszystko leżało na ulicach, martwe, przygniecione przez cegły i kamienie. Warsztaty i duże domy handlowe zostały albo zupełnie zniszczone, albo ściany ich były wybrzuszone, wykręcone i przesunięte o dwie lub trzy stopy od swego dotychczasowego położenia, ciągle jeszcze stojące, lecz całe popękane.

Frisco wróciło do życia w szybkim, amerykańskim stylu. Dziewięć lat po trzęsieniu ziemi zorganizowano tam już imponującą rozmiarami wystawę p.t. „Panama – Pacific International Exposition”, poświęconą budowie Kanału Panamskiego. Podczas II wojny światowej miasto było bazą ekspedycyjną dla tysięcy żołnierzy walczących na Pacyfiku, stąd odpływały do boju alianckie okręty. Po wojnie do San Francisco dotarły tysiące emigrantów i byłych żołnierzy, zaczął się kolejny boom budowlany. W 1967 r. zorganizowano tam po raz pierwszy tzw. Lato Miłości, które z czasem wyrobiło aglomeracji opinię miasta liberalnego. Dziś miasto to duży, ponad 850 tysięczny ośrodek, znany m.in. z licznych atrakcji turystycznych, takich, jak most Golden Gate, słynne tramwaje linowe, pokonujące strome wzgórza i ulice, czy ciężkie więzienie Alcatraz, zresztą od kilkudziesięciu lat już nieczynne. Miasto, bardzo zróżnicowane kulturowo i etnicznie, z przewagą społeczności azjatyckich i latynoskich, posiadające wiele także wiele uniwersytetów.