Reblog: O muzyce i polityce

michalkurierBogdan Twardochleb i Michał Talma-Sutt

przedruk z Kuriera Szczecińskiego 13 lipca 2016

Debata o Polsce debatą o Europie

– NA RAZIE jest nas niewielu, ale zrobiliśmy już w Berlinie kilka dużych manifestacji, pierwszą – 19 grudnie ubiegłego roku. Otwarcie mówimy, co nam się w Polsce nie podoba i będziemy to robić nadal – zapewnia Michał Talma-Sutt, współtwórca Komitetu Obrony Demokracji w Berlinie.

Ma 47 lat, urodził się w Łodzi, jest kompozytorem. Studiował w rodzinnym mieście, potem w Paryżu, Stuttgarcie i Karlsruhe. Dwukrotnie zdobywał najwyższe nagrody w konkursach Międzynarodowej Trybuny Muzyki Elektronicznej, był stypendystą Fundacji Witolda Lutosławskiego, dyrektorem artystycznym II Międzynarodowego Festiwalu Musica Elektronica Nova we Wrocławiu. W Berlinie mieszka od 2001 roku. Jego utwory były wykonywane podczas Warszawskiej Jesieni, są prezentowane w Polsce, Niemczech, Austrii, w wielu innych krajach aż po Republikę Południowej Afryki.

***

Berliński KOD utrzymuje stałe kontakty z KOD-em w Warszawie. Jest częścią ruchu KOD-Polonia Niemcy. Polonijne KOD-y są też w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, tworzą się innych miastach.

– Bardzo aktywna jest grupa w Kolonii, ostatnio dołączył Heidelberg, grupa z uniwersytetu. Mamy swój newsletter, który prowadzą świetne dziewczyny z Kolonii – mówi Michał Talma-Sutt w kawiarence na Gendarmenmarkt w Berlinie.

Berliński KOD współpracuje ze stowarzyszeniem Mitte 21, którego prezesem jest Łukasz Szopa, 43-letni poeta urodzony w Tychach.Od 1987 roku mieszkał w Wiedniu, potem w USA, a od kilkunastu lat mieszka w Berlinie. Jest autorem tomów wierszy, antologii, esejów o m.in. o poezji i sztuce krajów dawnej Jugosławii. Publikował i publikuje w Polsce, Niemczech, Chorwacji, Bośni-Hercegowinie.

Michał Talma-Sutt jest w zarządzie stowarzyszenia Mitte 21, grupującego ludzi, którzy nie chcą być bierni wobec narastania w Europie nacjonalizmów i populizmów.

– Orientujemy się na środek XXI wieku, stąd nasza nazwa: Mitte 21. Gdy w Berlinie był prezydent Andrzej Duda, manifest stowarzyszenia wręczyliśmy jego małżonce – mówi Michał Talma-Sutt.

Podkreśla, że berlińscy KOD-erzy nie negują wyniku wyborów w Polsce. Czym innym jest jednak stosunek do sposobu sprawowania władzy przez parlamentarną większość.

– To możemy negować i negujemy. Jasno stoimy na stanowisku, że w państwie demokratycznym nie wolno łamać trójpodziału władz, poddawać Trybunału Konstytucyjnego kontroli polityków i skupiać nadmiaru władzy w rękach poszczególnych osób, na przykład ministra Ziobry, którego działania z poprzednich czasów dobrze pamiętamy. Jeśli dodać do tego zmiany w polskich mediach publicznych, zmiany w oświacie, czy uprawnienia, jakie ustawa antyterrorystyczna daje tajnym służbom, stawiając je poza kontrolą, to można mieć obawy, do czego to wszystko może prowadzić.

* * *

Berliński KOD zorganizował już kilka demonstracji przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, lecz – jak mówi Michał Talma-Sutt – nie chce jedynie krytykować, lecz chce rozszerzać zasięg debaty publicznej o sytuacji w Polsce.

– W samym KOD-zie w Warszawie ludzie nie zdają sobie sprawy, co zrobili. Jeśli opowiadam Niemcom, że na ulice Warszawy KOD wyprowadził 50 tysięcy ludzi, mówią, że to niemożliwe. Tu nikomu by się to nie udało. Dlatego uważam, że KOD mógłby być liderem ruchów demokratycznych w Europie, które muszą się obudzić. W przeciwnym razie ruchy narodowe i nacjonalistyczne nas zdominują.

W Berlinie jest sporo różnych organizacji i grup polskich, powstają nowe. Z reguły nie są wielkie. Od dawna działa Klub Gazety Polskiej, niedawno powstał Klub Tygodnika Powszechnego. Polacy uczestniczą m.in. w debatach, organizowanych w ramach tzw. Poli-Tisch, czyli „stolika politycznego”. Kilka tygodni temu była w Berlinie debata o Polsce, w której wzięli udział: publicysta „Polityki” Adam Krzemiński, Monika Sierdzka, była szefowa publicystyki w TVP 2 oraz prawicowy publicysta Cezary Gmyz.

– Powinniśmy zapraszać inne opcje, żeby nie było tak, że dyskutujemy tylko we własnym sosie, bo wtedy nic nie zmienimy. Trzeba zacząć walczyć o innych ludzi, chociaż z niektórymi nie ma rozmowy: powtarzają mantry, dyskusji nie da się prowadzić, ręce opadają. W Berlinie jest duża grupa zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, przychodzą na otwarte spotkania, lecz są też tacy, którzy głosowali na PiS na znak protestu przeciwko polityce poprzedniej ekipy. Z nimi trzeba rozmawiać, można ich przekonywać – podkreśla Michał Talma-Sutt.

Dodaje, że zarówno berliński KOD, jak i stowarzyszenie Mitte 21 to ruch obywateli, którym nie podoba się to, co dzieje się w Polsce.

– Nie jestem malkontentem – mówi – bo cóż z tego, że będziemy tylko narzekać, to niczego nie zmieni. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy prowadzić konkretne działania, szerzyć informacje o tym, co dzieje się w Polsce, próbować docierać do tutejszych Polaków. Jednocześnie trzeba myśleć o stworzeniu nowego systemu ekonomicznego dla Europy, bo dysproporcje między beneficjentami obecnego sytemu, których jest coraz mniej, a pozostałymi ludźmi, są coraz większe. Uważam, że trzeba pójść w stronę demokracji głębokiej, oddawać coraz więcej kompetencji jak najniżej, rozbudowywać społeczeństwo obywatelskie, które zmuszałoby ludzi do większej aktywności, bo wiedzieliby, że mogą więcej decydować o sobie. Brexit pokazał, że jeśli Europa chce przetrwać, musi zrobić reformy. Pokazał, że jeśli partie demokratyczne i ruchy obywatelskie nie zagospodarowują przestrzeni ludzi niezadowolonych, wtedy zagospodarowują je populiści. To stało się także w Polsce. Tylko że populiści, jak Prawo i Sprawiedliwość, nie mają żadnego pomysłu, co zrobić z władzą poza tym, żeby dojść do władzy. Dlatego robią z władzą, co chcą, co im się podoba. To są problemy, których łatwo się nie rozwiąże, ale trzeba próbować.

– Czy identyfikuje się pan z jakąś partią, która działa w Polsce?

– Mam z tym duży problem. Rozmawialiśmy o tym w Berlinie z Mateuszem Kijowskim. Główne partie w Niemczech są bardzo liczne, mocno zorganizowane, mają wielu członków, silne zaplecze, są stale obecne nie tylko w życiu politycznym, lecz w szeroko rozumianym codziennym życiu społecznym. W Polsce jest zupełnie inaczej, partie są kadrowe. Przez ćwierć wieku po przemianach demokratycznych peerelowska bierność nie została niestety zmieniona w aktywność. To było dobre dla kadrowych partii, ale teraz mamy tego skutki.

* * *

KOD w Berlinie dopiero się organizuje i we współpracy z Mitte 21 konstruuje projekty przyszłych działań.

– Na razie nie powiem więcej, żeby nie zapeszyć. Wszystko mocniej ruszy po wakacjach – zapewnia Michał Talma-Sutt.

***
O Michale i jego muzyce TU

Letni wiatr

Andrzej Rejman

na początku miał być tytuł “letni niespokojny wiatr”
chciałem uniknąć słowa samego w sobie niespokojnego…
jednak w tym wietrze było coś, jakieś echo wydarzeń…

tyle się dzieje, że nie sposób nawet komentować…
spojrzałem więc w chmury – bo człowiek chyba jednak powinien szukać spokoju…
może to kwestia wieku zresztą, albo jakichś cech wrodzonych?
są ludzie, którzy poszukują niepokoju – i może dlatego wybuchają wojny?

a może są czasy wojny i czasy pokoju?

Starcy i dzieci

29 czerwca pojawiły się w mediach zapowiedzi kolejnych dobrych zmian, jakie zaprowadzi nowy rząd –
Szokujący pomysł PiS! Uderzy w seniorów? Specjaliści tłumaczą

Ośrodki dla seniorów mają zostać odseparowane od domów dziecka i pogotowi opiekuńczych. Taki pomysł mają politycy Prawa i Sprawiedliwości. Chcą zmienić obecne przepisy tak, by dzieci z placówek nie miały kontaktu ze starszymi osobami.

Członkowie partii rządzącej uważają, że styczność ze starością źle wpływa na rozwój emocjonalny dzieci. Stąd plan oddzielenia domów opieki od placówek dla dzieci. – Wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny – tłumaczą pomysłodawcy zmian.
Nowe przepisy miałyby zagwarantować, że kształtowanie postaw dzieci będzie bardziej odpowiednie niż teraz. “Fakt” rozmawiał na ten temat z kilkoma psychologami. Ich zdaniem, separacja najmłodszego i starszego pokolenia byłaby wielkim błędem. Na Zachodzie dąży się do tego, by dzieci przebywały z seniorami. Obie strony tylko korzystają na takich kontaktach. Zdaniem PiS, najwyraźniej nie.

EMS: Jestem pisarką, zapewne nie jestem predystynowana do tego, by takie sugestie komentować. Przywołam więc tylko teksty literackie, o których myślę nieustannie, odkąd przeczytałam to doniesienie.

Proza: Alphonse Daudet, Listy z mojego młyna, Staruszkowie (cytuję z wydania biblioteki lingwisty z 1921 roku, tłumacz nieznany)

Listy z mlyna 00-doppel

listyzmlyna-staruszkowie

Poezja I: Katarzyna Krenz, Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci Castelo de Vide, Convento de São Francisco
wiersz był już TU na blogu, ale muszę go przypomnieć Czytelnikom, po prostu muszę!

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

KK: No rzeczywiście, te teksty pasują, a ja mam jeszcze coś, czego nikt jeszcze nie widział, nie czytał. Bo otóż Roma Cielątkowska, po przeczytaniu mojego wiersza, tego portugalskiego z domu straców i niewidomych dzieci, napisała “Rewers” – tym razem z Ukrainy. Chyba  tym mocniejszy, że dzieci w tym “jej” domu były OPUSZCZONE, same! Bez rodziców, wychowawców czy choćby… staruszków. Projekt ustawy? Wszyscy czujemy podobnie, dlatego komentarz wydaje się zbędny. Może tylko jedna uwaga: pomysłodawcy tej ustawy nie dostrzegli, że jest to pomysł obusieczny, bo pozbawiając dzieci widoku starości, jednocześnie osieroconym, chorym i opuszczonym dzieciom zabiorą ostatnią szansę na bliskość.

Poezja II: Romana Cielątkowska: Rewers: Raport z wizyty w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci

Ławriw – klasztor Bazylianów, maj 2010

W Imia Swiatoj Trojcy,
Połoniny moje, otwórzcie swe ramiona
Cerkiew okopana z zewnątrz
i od środka.

Obnażone szczątki
i obdarzone rozpisy ścian
Samotna ikona bojkowa
czeka na odpuszczenie i ciąg dalszy – nieutulona.

Dotyk budynku zakonu
wbija się w cerkiew
posępnie.
Cisza, zamknięcie –
głuchoniemych cienie
i wołania szepty.
Niezborne rany
tych, co nie mogli się sprzeciwić i zapłakać.
Rynsztok łaziebny i
kłębowisko rusztowań łóżek
z paskami dla niepokornych
zalęgnięte w chłodzie suteryny
czekają wybawienia
spragnieni ciepła i płomienia świec.

Stoją tak obok siebie
puste:
Nienamodlona cerkiew
Dom
Dzieci

Świat równoległy z zielenią świetlistą
łąk umajonych, świergotem ptaków,
radosnym brzękiem pszczół,
opadających w ciepłym wietrze
bladoróżowych płatków kwitnących w sadzie
jabłoni i śliw –
udaje, jak co roku, że nic się nie stało…

Od Redakcji:

O Romie Katarzyna Krenz pisała TU we wpisie Odeszli, więc jeszcze tylko dodatkowa informacja: prawa autorskie do wiersza Romany Cielątkowskiej należą do jej córki – © Katarzyna Cielątkowska.

Reblog: Martha Walter

We already had here some reblogs from that wonderful blog by f.e. HERE. This time my sister Kasia, seeing pictures of our picknic “ladies for ladies” in Berlin send me that link writing:

Po prostu zobaczyłam te obrazy i pomyślałam: i nic się nie zmieniło. Są ludzie złej woli i w odpowiedzi na to pojawiają sią ludzie dobrej woli, a między nimi “oni” – uchodźcy, emigranci, tułacze. I to wszystko w nawiązaniu do Waszego piknikowego działania. Jakby nic się nie zmieniło: dzieci i rowerki, kobiety w chustach zatroskane o ciepło, chleb i dach nad głową.

IMG_6759

Our picnic on 1oth of July in Berlin with about hundred women living permamently in Berlin (mostly Poles) and about two hundreds of refugees women and their children. The soul of that event was Anna Alboth from Family without border.
Foto Jagoda Woźniak.

It’s About Time

Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights.

Tuesday, July 12, 2016

Immigration as seen by American Martha Walter 1875-1976

Landing Room at Ellis Island

America is a country of immigrants.  During the 20s, American Impressionist Martha Walter, known for her carefree beach scenes, painted powerful views of immigrants entering the United States. In 1922, Walter spent months painting what became her most celebrated images, a series of 36 works depicting the thousands of immigrants kept in detention on Ellis Island, awaiting entry into the United States. In contrast to her happy beach scenes, the Ellis Island paintings portray the harsh realities of immigrant family life, especially the trials of mothers and babies. The dreadful, crowded conditions inspired a group of 22 paintings that were exhibited that year in the Galerie Georges Petit in Paris.  The French government selected one for the permanent collection of the Musée de Luxembourg. The series subsequently appeared in 1923 at the Art Institute of Chicago.

 Just Off the Ship Ellis Island

Babies’ Health Station No 4

Babies’ Health Station No 14

Babies’ Health Station No 5

Babies’ Health Station

Babies’ Health Station


Czech Immigrants


Italian Section, Detention Room, Ellis Island

Italian, Jewish, and Yugoslav Mothers and Children Waiting

Italians in Detention Room

Jewish Mothers and Babies

Jews and Slavs Waiting

Just Off the Ship

Waiting Room

Crowded Detention Room

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Kasza, cukier, bluzka, klocek…

Krystyna Koziewicz

Oj, mamuśki, mamuśki

Impulsem do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami są moje obserwacje dziecięcego świata widziane okiem seniorki. Przebywam dużo z wnukami i widzę, że w miarę szybko otwierają się na rozmowy, wyrażają emocjonalnie własne zdanie, marzenia, plany. Tak naprawdę mają tyle do powiedzenia, że głowa mała. Nasze wspólne rozmowy zawsze traktujemy poważnie, niekiedy nie przyznaję racji, staram się korygować i popierać stanowisko mamy, taty, nauczycielki. Zaskakują mnie jednak niezwykle trafną krytyką życia dorosłych, którzy popełniają błędy na oczach dzieci. Jednak żadne z nich nie odważy się zabrać głosu w tej sprawie, kochają rodziców bezgranicznie, co nie znaczy, że bezkrytyczne. Z babcią jest inaczej… można powierzyć wszystkie tajemnice. I tym sposobem zmierzam do celu. Nie opisuję tutaj żadnych odkrywczych rewelacji, ale to co mnie zasmuca to naga rzeczywistość bez retuszu.

Otóż, co najmniej raz do roku podczas letnich wakacji zabieram wnuki do siebie do Berlina, żeby wiedziały i poczuły, że należę do ich rodziny. Nie są ze mną na co dzień, więc staram się rekompensować deficyty intensywnie przez dłuższy okres czasu.

Dzieci, oczywiście, cieszą się bycia z babcią, lubimy się, rodzice też mają wiele powodów do zadowolenia. Obcowanie w wielopokoleniowej rodzinie to skarb, dar losu, marzenie wielu ludzi. Nigdy nie zauważyłam, żeby dzieci cierpiały z powodu wakacyjnego braku najbliższych. Wręcz odwrotnie, cieszą się z poluzowania norm, zasad, jakie zazwyczaj obowiązują w domu, co wcale nie oznacza, że im na wszystko pozwalam. Wolności maja tyle, ile sprawia im radość, a mnie bez kłopotu przychodzi. Zawieramy rodzaj umowy, co im wolno, a czego nie, ta forma okazuje się skuteczna, wtedy dzieci doskonale wdrażają ustalone przepisy, bo je znają.

Dzieci bez rodziców czują się świetnie, już tak nie tęsknią, jak wtedy, kiedy jeszcze były małe. Po prostu czują luz, swobodę u babci, która pozwala im być sobą, prezentują się w całej krasie ze wszystkimi nabytymi umiejętnościami. Zdolne to pokolenie jest i dobrze wychowywane – trzeba przyznać.

No cóż, mamuśki z reguły są święcie przekonane o swojej racji odnośnie wychowywania i odżywiania dzieci. Przywieziono mi więc z Polski produkty ekologiczne, które mam wykorzystywać do babcinych potraw. Są kasze, słodycze, kisiele, suszone owoce (w lecie!) i warzywa na pierwsze dni pobytu. Ekologiczne, oczywiście. Przy okazji nasłuchałam się wykładu o szkodliwości jedzenia z tanich sklepów, przez co nabawiłam się wrażenia, że niedługo umrę z zatrucia i ze mną cały świat.

Wzięłam sobie do serca ostrzeżenia, jeśli chodzi o dzieci. No i zaczęło się… proponuję dzieciom na obiad warzywa z kaszą i cielęcinę w sosie śmietankowym . Dzieciaki zrobiły dziwną minę, pewnie nie zachwyciłam ich propozycją… pytam więc, co chciałyby na obiad?

– Babciu tylko nie warzywa… mamy dość marchewki, brokolii, cukinii, kalafiora, kaszy jaglanej, gryczanej, soczewicy… wymieniają nazwy kasz, niczym pracownicy ze sklepu spożywczego.

Nie będę zdradzać tajemnicy, z jakim apetytem wcinały moje obiadki, podwieczorki i śniadanka. Zawsze z dokładką, zwłaszcza zupy. To wszystko, co mama przywiozła pewnie zabierze z powrotem do domu.

A wcale się nie opychają słodyczami, od czasu do czasu rączki sięgają do koszyka ze smakołykami, które same sobie wybrały w sklepie. Je, ale nie jest żarłoczny.

dzieciatka

Ciekawe, bo w domu niejadek, a w przedszkolu, szkoda gadać. Przypomniałam sobie pewną przedszkolną wycieczkę do lasu. Pojechałam razem z nim, zabierając co nieco do plecaka. Inni rodzice też. Kiedy dzieci zasiadły do stołu pełnego rozmaitych potraw, mój wnuczek rzucił się na jedzenie, niczym pies do miski i zgarniał łapczywie wszystko, zapychając buzię. Byłam w szoku, nie wierzyłam, że dziecko może być do tego stopnia łapczywe. Zapytałam nauczycielkę, czy wnuczek w przedszkolu też się tak zachowuje? Potwierdziła, zjada wszystko, zawsze prosi o dokładkę i wyjada od innych dzieci niejadków pozostawione porcje. W przedszkolu wszystko mu smakuje, u babci też, a w domu? Niejadek!

Z mojej strony nie będzie puenty, proszę samemu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego?

P.S. (od Autorki) Ponoć seniorzy mają negatywny wpływ na dzieci i młodzież – czytam ostatnio w prasie polskiej. Głupich stwierdzeń jakiegoś idioty pewnie bez własnej rodziny, oderwanego od świata realnego nie mam zamiaru komentować.

P.S. (od Redaktorki) Zawsze to samo – fanatyzm w sprawie dobrego jest nadal fanatyzmem. Jestem za tym, żebyśmy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, jedli zdrowo. Jestem za tym, żebymy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, nosili ekologiczną odzież, bardzo bym była za tym, żebyśmyto  lub tamto… Ale bardzo nie lubię fanatyzmu, nawet w najlepszej sprawie…

 

 

Pomniki (2)

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.2

PRAWY BRZEG…

Po roku od wyruszenia na front z nad Oki, przemierzeniu ponad półtora tysiąca kilometrów, dwudniowym starciu z Niemcami pod Lenino i licznych starciach o mniejszym zasięgu, ci którzy przeżyli, dotarli do Warszawy na prawy brzeg Wisły. Po drugiej stronie rzeki zobaczyli walczące miasto w płomieniach.

kosciuszkowcy 1a

Wyzwolenie Pragi przez wojska polskie i radzieckie we wrześniu 1944
Wikimedia Commons

Żołnierze byli mocno zdezorientowani tym, co się działo. I o ile zwykle byli informowani przez oficerów, poinstruowanych przez sztaby, o bieżącej sytuacji, tym razem było – milczenie. „Góra była zażenowana, zakłopotana, nie wiedzieli jak reagować” – wspomina Władysław Tykociński, wówczas podporucznik Armii Berlinga.

W końcu zaczęto urządzać pogadanki. Mówiono o „polskich powstaniach narodowych wzniecanych przez siły dążące do przemian społecznych przy oporze hamujących grup wstecznych” – mało konkretnie jednym słowem. Tak też przedstawiano Powstanie Warszawskie. Podkreślano natomiast bardzo mocno i wyraźnie, że „jedyną siłą przeciwną Niemcom jest Armia Ludowa, bo Armię Krajową interesują tylko rozgrywki polityczne”. Polacy nie dowierzali tej dwulicowości propagandy, ale wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, jak potężna będzie ona w skutkach.   Polacy rwali się do walki lecz… nie było rozkazu.

PRZEPRAWA PRZEZ WISŁĘ…

W końcu padł rozkaz przeprawy przez Wisłę. Od 16 do 19 września, w ramach 4 nocnych akcji, przez rzekę przeprawiało się łącznie – 1873 żołnierzy /3 DP przy wsparciu artylerii i 2 Pułku Nocnych Bom­bowców „Kraków”/.
Dla Niemców strategicznym punktem było zatrzymanie przeprawy przez Wisłę gdyż bali się rosyjskiej potęgi stojącej na drugim brzegu – jak historia pokazuje, zupełnie niesłusznie. Przy trzeciej przeprawie oświetlali już Wisłę i jej prawy brzeg, wobec czego generał Berling rozkazał użyć zasłony dymnej. 

kosciuszkowcy 2a

Forsowanie przeszkody wodnej.
http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/powstanie/przyczolek.html

„Po chwili wiosła poszły w ruch i popłynęliśmy, nic przed sobą nie widząc, bo Wisła była zadymiona. Ponton co pewien czas wchodził na mieliznę i wtedy wskakiwaliśmy do wody, by go przeciągnąć. Wszystko to odbywało się pod silnym ogniem niemieckiej broni maszynowej, moździerzy i artylerii. Niemcy widząc zadymiony odcinek, byli pewni, że coś się tam dzieje, i pokryli go silnym ogniem. W wyniku tego ognia już przy wsiadaniu były straty. Został zabity szef kompanii” – opowiada Adam Czyżkowski, który był w jednym z pontonów.

Żołnierze polscy z niepokojem i zdumieniem przypatrywali się Armii Czerwonej. „Myśleliśmy, że otrzymamy pełne wsparcie ze strony Rosjan (…) ale artyleria tylko czasem się odzywała, jakby dla demonstracji, a nad miastem tylko czasem się pojawiały kukuruźniki do zrzutów, to robiło przygnębiające wrażenie” – wspomina weteran Tykociński.

NA LEWYM BRZEGU…

Tych, którym udało się przeprawić – przywitało piekło. „Berlingowcy” w dużej mierze byli Kresowiakami. Nie brakowało im odwagi i woli walki, ale nie potrafili walczyć w zabudowanym terenie miasta, którego wcześniej nigdy nie widzieli. Ginęli jeden po drugim, nie pojedynczy żołnierze, ale całe drużyny.  “Nasi z nawyku próbują na zajętych pozycjach okopywać się, a tu wszędzie bruk i asfalt. Powstańcy śmieją się i dziwują, że nie umiemy walczyć w mieście tak jak oni. (…) Chłopcy ze Wschodu gubią się w zajętych domostwach i nie potrafią się sprawnie po nich poruszać. Początkowo miotają się to tu, to tam w panicznym podnieceniu, gdyż wróg jest wszędzie, a tu trudno trafić tam, gdzie trzeba. Plątanina pokoi, klatek schodowych, piwnic i strychów oraz różnych dobudówek i nadbudówek stanowi nowość dla ludzi przywykłych walczyć zgodnie z regulaminami wojskowymi na otwartej przestrzeni” – wspomina Tadeusz Targoński, żołnierz 3 batalionu 9 pp.

Nadzieja wstąpiła w żołnierzy, gdy niebo pokryło się amerykańskimi samolotami. Przez blisko pół godziny nad Czerniakowem przelatywało 107 B-17 zwanych „Latającymi Fortecami”. Myślano, że to długo oczekiwanie wsparcie „Polskiej Brygady Spadochronowej” – ale – to były zrzuty żywności, które nie po raz pierwszy spadły na tereny zajęte przez Niemców… Znów nadzieja zgasła.

kosciuszkowcy 3a

„Berlingowcy” w niewoli
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/09/15/na-pomoc-powstanczej-warszawie-desant-berlingowcow/

Ci, którzy nie zostali zabici od razu, dostawali się do niewoli. Jednych rozstrzeliwali SS-mani, drudzy, którzy mieli więcej szczęścia, zachowali należny im statut – jeńca. Były próby przebicia się do Śródmieścia, w większości skazane na porażkę, wobec czego jedyną szansą dla żołnierzy było wycofanie się z powrotem na prawy brzeg.

c.d.n.

Reblog d. przedruk: Porada życiowa!

Wszyscy czytajcie! I to po wielokroć! Dawno nie czytałam tak mądrego tekstu o tym, jak sobie radzić w życiu codziennym! A mianowicie

jak się nie kłócić!

kurszcze

Podstawowy błąd atrybucji

Podstawowy błąd atrybucji
Data publikacji: 24 czerwca 2016

Artur Giza-Zwierzchowski, terapeuta par i małżeństw
Pracownia Psychoedukacji
przy ul. Jagiellońskiej w Szczecinie

Psychologia społeczna niejednokrotnie wyświadcza swoją dziedziną nieocenione usługi. Dzieje się tak dzięki badaniom prowadzącym do wyjaśniania pewnych prawidłowości ludzkich zachowań. Jedno z jej odkryć, pochodzących jeszcze z lat 70 ub. wieku, wciąż pozostaje zbyt mało nagłośnione, tym bardziej, że może przyczynić się do obniżenia poziomu napięcia w związkach.

Podstawowy błąd atrybucji – o nim właśnie mowa – jest rodzajem zniekształcenia poznawczego, którego doświadczamy bardzo często analizując zachowania innych ludzi. Niestety niejednokrotnie dotyczy to także naszych najbliższych. W swej istocie podstawowy błąd atrybucji polega na tym, że oceniane przez nas zachowanie innych osób tłumaczymy jako wynik wewnętrznych cech charakteru tych osób. W przeciwieństwie do własnych zachowań, dla których zwykle bez najmniejszej trudności jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie w postaci zewnętrznych uwarunkowań niezwiązanych z naszymi cechami charakteru. Na przykład jeśli znajomy spóźnia się na spotkanie, to najprawdopodobniej jest spóźnialskim, niezwracającym uwagi na innych wokół siebie. Lecz jeśli to my nie jesteśmy punktualni, to z pewnością jest to wynikiem tego, że spóźnił się autobus, lub auto nie było zatankowane i musieliśmy jeszcze czekać w kolejce do dystrybutora. Czyż nie brzmi to znajomo w odniesieniu do przeróżnych sytuacji z życia związków? Ileż to razy podczas konfliktów w relacji mamy okazję usłyszeć z ust najbliższych dogłębną i bezlitosną ocenę naszych cech wewnętrznych niejednokrotnie wspartą dodatkowo teorią o dziedziczeniu biologicznym lub społecznym. “Jesteś leniem i bałaganiarzem i nic dziwnego, skoro rodzice cię nie nauczyli porządku, ale ja mam już tego dosyć.” W chwili takiej nie będzie miało najmniejszego znaczenia to, że regularnie odkurzacie, myjecie naczynia, rozwieszacie pranie i robicie zakupy. Nie zostanie także zauważone to, że mieliście akurat gorszy dzień w pracy, rozchorowało się dziecko lub domowe zwierzęta przedsięwzięły spisek przeciwko domowemu ładowi. To wszystko na nic. Na nic także próby wyjaśniania i argumentowania, prowadzą one tylko do dalszych konstatacji waszego wewnętrznego ustroju charakterologicznego. Usłyszycie więc najprawdopodobniej: „No tak, oczywiście ty zawsze jesteś taki święty, nigdy nie przyznasz się do winy zawsze znajdziesz wymówkę”. Co właściwie stawia was na z gruntu przegranej pozycji, albo nadal będziecie się tłumaczyć, potwierdzając powyższą tezę, albo zamilkniecie niemo przyznając rację interlokutorowi. Cóż, zatem pozostaje nam łagodna próba upowszechniania wiedzy na temat podstawowego błędu atrybucji, najlepiej w chwilach wolnych od obciążeń stanem konfliktu, podyskutować na ten temat bez zbędnych emocji. Dzięki temu w momencie, kiedy mimowolnie sięgniemy po ten sprawdzony mechanizm, będziemy mieli szansę uświadomienia sobie tego faktu i zastosowania racjonalnej korekty naszego postrzegania i reagowania. Nawet jeśli nie od razu się uda, to strategia taka powtarzana kilkukrotnie przyniesie w końcu pożądany skutek.

Masz pytanie do terapeuty par i małżeństw? Prześlij je pocztą na adres redakcja@kurier.szczecin.pl.

Fot. Robert Wojciechowski, Ryszard Pakieser

Reblog: Pani Irenka 4

Karolina Kuszyk

Pis i Kot

Oj, pani, u nas też zmiany, ale dobre. Nasz Dawidek teraz dziewczynę ma. Karolinkę. O, jak raz byli, kawa jeszcze stoi. Ładna dziewczynka, nie powiem. Chudzinka tylko straszna, ale jak tak patrzę, to widzę, że to teraz mężczyznom podoba się. Dawniej to kobieta taka bardziej w sobie musiała być, a teraz czym chudsza to tym lepiej.

Dawidek to ją aż w Norwegii zapoznał, jak tam był na budowach robić. Ona tam za tłumaczkę była, bo talent do tych różnych języków ma, i szprecha jakby się tam urodziła. Tak Dawidek mówi. A tam Polaków to jest a jest, i muszą się jakoś dogadać przecież z tymi miejscowymi, to Karolinka zawsze zajęcie miała, i zarobek też całkiem do rzeczy. I tam oni się zapoznali, no i zaraz okazało się, że oboje z tego samego miasta. Wyobraża pani sobie? I tak mi opowiadają, pani, kawę piją, on jej tak ładnie cukier podaje, elegancko. To ja mówię, o, to już chyba przeznaczenie musiało być, prawda, Dawidek? A ta Karolinka to tylko się zaczerwieniła, za rękę wnuczka mojego ściska i tak patrzy na niego, a on też zaraz po same uszy czerwony, no mówię pani, dwa gołąbeczki po prostu.

Ale ja widzę, że ona taka dziewczynka, jak to mówią, zbuntowana, a jej ojciec to znowu taki, że zawsze do kościoła, z księżmi, szafarz komunii świętej i w ogóle taki patryjota, jak to teraz się ich narobiło, wie pani, te miesięcznice, żołnierze ci wyklęci, te sztandary, to wszystko. No a córka teraz ciągle z Dawidkiem na te marsze, pikniki, kody, polityki, aborcje, no i raz dwa nieszczęście w rodzinie gotowe, bo ten jej ojciec strasznie zły i jej zakazał. Ale ona dalej chodzi, mówi, pani Ireno, pełnoletnia jestem, po maturze, wolno mi, nie będzie mi ojciec nakazywał, co mam robić a co nie. Zamknąć mnie w domu nie zamknie.

I też jemu nie podoba się, że ona w tym Grinpisie jest, za tą puszczą, co tak teraz wycinają, i jeszcze za tymi zwierzątkami, wiem, bo mi wszystko z Dawidkiem przetłumaczyli, o co tam chodzi, że ten Grinpis się nie zgadza, że te kury tak po tych klatkach ściśnięte jedna na drugiej, że się ruszyć nie mogą ani nic, że te hodowle takie wielkie, że te cielaczki krowom zaraz po porodzie odbierają, no wszystko, wszystko, samych takich strasznych rzeczy mi naopowiadali, aż im w końcu mówię, a dajcie już dzieci spokój, bo spać w nocy nie będę mogła. I pewnie dzisiaj tabletkę będę musiała wziąść na spanie, tylko żeby mi się czasem te kury bez piór nie przyśniły. Ale ja w ogóle tego nie wiedziałam, pani, że to aż tak strasznie po tych hodowlach, jak patrzę na dziennik, to tam takich rzeczy wcale nie mówią, tylko Pis i Kot, Kot i Pis, i znowu na abarot, pani. Ale się ich spytałam, czy ten Grinpis to znowu ma coś wspólnego z tym Pisem, no bo nazwy przecież podobne, ale chyba nie, bo tylko się śmiali, a Dawidek mówi tak do tej Karolinki, widzisz, mówiłem ci, że moja babcia jak czasem tekst puści. Tekst puści. Tak jakoś mówi teraz ta młodzież, że nie wiadomo, o co im chodzi dokładnie. Ale tyle zrozumiałam, że Pis i Grinpis to całkiem co innego. A jeszcze w dodatku ten Bretpiks teraz nastał, to już się człowiek całkiem pogubić może z tymi nazwami.

kawa_szklanka-211x300

No, ale długo nie byli, kawę wypili i zaraz poszli, bo tam pod tego magdonalda mieli iść zaplanowane, bo tam dzisiaj protest, podobnież to mięso co tam sprzedają w tych bułkach to też z tych zwierząt biednych zamęczonych. Ja to tam nigdy nie byłam, pani. Po barach, restauracjach to żeśmy z Kazikiem nigdy nie chodzili. Domowe jedzenie najlepsze. I babciu, Dawidek mówi, lecimy najpierw tam, a potem zaraz na ten Kot. Ale następnym razem jak przyjdą, to już ich na obiad przytrzymam, bo mi się ta cała Karolinka strasznie spodobała. Pierogów im zrobię, z jagodami. Pierogi z jagodami każdy lubi.