Pomniki (2)

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.2

PRAWY BRZEG…

Po roku od wyruszenia na front z nad Oki, przemierzeniu ponad półtora tysiąca kilometrów, dwudniowym starciu z Niemcami pod Lenino i licznych starciach o mniejszym zasięgu, ci którzy przeżyli, dotarli do Warszawy na prawy brzeg Wisły. Po drugiej stronie rzeki zobaczyli walczące miasto w płomieniach.

kosciuszkowcy 1a

Wyzwolenie Pragi przez wojska polskie i radzieckie we wrześniu 1944
Wikimedia Commons

Żołnierze byli mocno zdezorientowani tym, co się działo. I o ile zwykle byli informowani przez oficerów, poinstruowanych przez sztaby, o bieżącej sytuacji, tym razem było – milczenie. „Góra była zażenowana, zakłopotana, nie wiedzieli jak reagować” – wspomina Władysław Tykociński, wówczas podporucznik Armii Berlinga.

W końcu zaczęto urządzać pogadanki. Mówiono o „polskich powstaniach narodowych wzniecanych przez siły dążące do przemian społecznych przy oporze hamujących grup wstecznych” – mało konkretnie jednym słowem. Tak też przedstawiano Powstanie Warszawskie. Podkreślano natomiast bardzo mocno i wyraźnie, że „jedyną siłą przeciwną Niemcom jest Armia Ludowa, bo Armię Krajową interesują tylko rozgrywki polityczne”. Polacy nie dowierzali tej dwulicowości propagandy, ale wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, jak potężna będzie ona w skutkach.   Polacy rwali się do walki lecz… nie było rozkazu.

PRZEPRAWA PRZEZ WISŁĘ…

W końcu padł rozkaz przeprawy przez Wisłę. Od 16 do 19 września, w ramach 4 nocnych akcji, przez rzekę przeprawiało się łącznie – 1873 żołnierzy /3 DP przy wsparciu artylerii i 2 Pułku Nocnych Bom­bowców „Kraków”/.
Dla Niemców strategicznym punktem było zatrzymanie przeprawy przez Wisłę gdyż bali się rosyjskiej potęgi stojącej na drugim brzegu – jak historia pokazuje, zupełnie niesłusznie. Przy trzeciej przeprawie oświetlali już Wisłę i jej prawy brzeg, wobec czego generał Berling rozkazał użyć zasłony dymnej. 

kosciuszkowcy 2a

Forsowanie przeszkody wodnej.
http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/powstanie/przyczolek.html

„Po chwili wiosła poszły w ruch i popłynęliśmy, nic przed sobą nie widząc, bo Wisła była zadymiona. Ponton co pewien czas wchodził na mieliznę i wtedy wskakiwaliśmy do wody, by go przeciągnąć. Wszystko to odbywało się pod silnym ogniem niemieckiej broni maszynowej, moździerzy i artylerii. Niemcy widząc zadymiony odcinek, byli pewni, że coś się tam dzieje, i pokryli go silnym ogniem. W wyniku tego ognia już przy wsiadaniu były straty. Został zabity szef kompanii” – opowiada Adam Czyżkowski, który był w jednym z pontonów.

Żołnierze polscy z niepokojem i zdumieniem przypatrywali się Armii Czerwonej. „Myśleliśmy, że otrzymamy pełne wsparcie ze strony Rosjan (…) ale artyleria tylko czasem się odzywała, jakby dla demonstracji, a nad miastem tylko czasem się pojawiały kukuruźniki do zrzutów, to robiło przygnębiające wrażenie” – wspomina weteran Tykociński.

NA LEWYM BRZEGU…

Tych, którym udało się przeprawić – przywitało piekło. „Berlingowcy” w dużej mierze byli Kresowiakami. Nie brakowało im odwagi i woli walki, ale nie potrafili walczyć w zabudowanym terenie miasta, którego wcześniej nigdy nie widzieli. Ginęli jeden po drugim, nie pojedynczy żołnierze, ale całe drużyny.  “Nasi z nawyku próbują na zajętych pozycjach okopywać się, a tu wszędzie bruk i asfalt. Powstańcy śmieją się i dziwują, że nie umiemy walczyć w mieście tak jak oni. (…) Chłopcy ze Wschodu gubią się w zajętych domostwach i nie potrafią się sprawnie po nich poruszać. Początkowo miotają się to tu, to tam w panicznym podnieceniu, gdyż wróg jest wszędzie, a tu trudno trafić tam, gdzie trzeba. Plątanina pokoi, klatek schodowych, piwnic i strychów oraz różnych dobudówek i nadbudówek stanowi nowość dla ludzi przywykłych walczyć zgodnie z regulaminami wojskowymi na otwartej przestrzeni” – wspomina Tadeusz Targoński, żołnierz 3 batalionu 9 pp.

Nadzieja wstąpiła w żołnierzy, gdy niebo pokryło się amerykańskimi samolotami. Przez blisko pół godziny nad Czerniakowem przelatywało 107 B-17 zwanych „Latającymi Fortecami”. Myślano, że to długo oczekiwanie wsparcie „Polskiej Brygady Spadochronowej” – ale – to były zrzuty żywności, które nie po raz pierwszy spadły na tereny zajęte przez Niemców… Znów nadzieja zgasła.

kosciuszkowcy 3a

„Berlingowcy” w niewoli
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/09/15/na-pomoc-powstanczej-warszawie-desant-berlingowcow/

Ci, którzy nie zostali zabici od razu, dostawali się do niewoli. Jednych rozstrzeliwali SS-mani, drudzy, którzy mieli więcej szczęścia, zachowali należny im statut – jeńca. Były próby przebicia się do Śródmieścia, w większości skazane na porażkę, wobec czego jedyną szansą dla żołnierzy było wycofanie się z powrotem na prawy brzeg.

c.d.n.

Reblog d. przedruk: Porada życiowa!

Wszyscy czytajcie! I to po wielokroć! Dawno nie czytałam tak mądrego tekstu o tym, jak sobie radzić w życiu codziennym! A mianowicie

jak się nie kłócić!

kurszcze

Podstawowy błąd atrybucji

Podstawowy błąd atrybucji
Data publikacji: 24 czerwca 2016

Artur Giza-Zwierzchowski, terapeuta par i małżeństw
Pracownia Psychoedukacji
przy ul. Jagiellońskiej w Szczecinie

Psychologia społeczna niejednokrotnie wyświadcza swoją dziedziną nieocenione usługi. Dzieje się tak dzięki badaniom prowadzącym do wyjaśniania pewnych prawidłowości ludzkich zachowań. Jedno z jej odkryć, pochodzących jeszcze z lat 70 ub. wieku, wciąż pozostaje zbyt mało nagłośnione, tym bardziej, że może przyczynić się do obniżenia poziomu napięcia w związkach.

Podstawowy błąd atrybucji – o nim właśnie mowa – jest rodzajem zniekształcenia poznawczego, którego doświadczamy bardzo często analizując zachowania innych ludzi. Niestety niejednokrotnie dotyczy to także naszych najbliższych. W swej istocie podstawowy błąd atrybucji polega na tym, że oceniane przez nas zachowanie innych osób tłumaczymy jako wynik wewnętrznych cech charakteru tych osób. W przeciwieństwie do własnych zachowań, dla których zwykle bez najmniejszej trudności jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie w postaci zewnętrznych uwarunkowań niezwiązanych z naszymi cechami charakteru. Na przykład jeśli znajomy spóźnia się na spotkanie, to najprawdopodobniej jest spóźnialskim, niezwracającym uwagi na innych wokół siebie. Lecz jeśli to my nie jesteśmy punktualni, to z pewnością jest to wynikiem tego, że spóźnił się autobus, lub auto nie było zatankowane i musieliśmy jeszcze czekać w kolejce do dystrybutora. Czyż nie brzmi to znajomo w odniesieniu do przeróżnych sytuacji z życia związków? Ileż to razy podczas konfliktów w relacji mamy okazję usłyszeć z ust najbliższych dogłębną i bezlitosną ocenę naszych cech wewnętrznych niejednokrotnie wspartą dodatkowo teorią o dziedziczeniu biologicznym lub społecznym. “Jesteś leniem i bałaganiarzem i nic dziwnego, skoro rodzice cię nie nauczyli porządku, ale ja mam już tego dosyć.” W chwili takiej nie będzie miało najmniejszego znaczenia to, że regularnie odkurzacie, myjecie naczynia, rozwieszacie pranie i robicie zakupy. Nie zostanie także zauważone to, że mieliście akurat gorszy dzień w pracy, rozchorowało się dziecko lub domowe zwierzęta przedsięwzięły spisek przeciwko domowemu ładowi. To wszystko na nic. Na nic także próby wyjaśniania i argumentowania, prowadzą one tylko do dalszych konstatacji waszego wewnętrznego ustroju charakterologicznego. Usłyszycie więc najprawdopodobniej: „No tak, oczywiście ty zawsze jesteś taki święty, nigdy nie przyznasz się do winy zawsze znajdziesz wymówkę”. Co właściwie stawia was na z gruntu przegranej pozycji, albo nadal będziecie się tłumaczyć, potwierdzając powyższą tezę, albo zamilkniecie niemo przyznając rację interlokutorowi. Cóż, zatem pozostaje nam łagodna próba upowszechniania wiedzy na temat podstawowego błędu atrybucji, najlepiej w chwilach wolnych od obciążeń stanem konfliktu, podyskutować na ten temat bez zbędnych emocji. Dzięki temu w momencie, kiedy mimowolnie sięgniemy po ten sprawdzony mechanizm, będziemy mieli szansę uświadomienia sobie tego faktu i zastosowania racjonalnej korekty naszego postrzegania i reagowania. Nawet jeśli nie od razu się uda, to strategia taka powtarzana kilkukrotnie przyniesie w końcu pożądany skutek.

Masz pytanie do terapeuty par i małżeństw? Prześlij je pocztą na adres redakcja@kurier.szczecin.pl.

Fot. Robert Wojciechowski, Ryszard Pakieser

Reblog: Pani Irenka 4

Karolina Kuszyk

Pis i Kot

Oj, pani, u nas też zmiany, ale dobre. Nasz Dawidek teraz dziewczynę ma. Karolinkę. O, jak raz byli, kawa jeszcze stoi. Ładna dziewczynka, nie powiem. Chudzinka tylko straszna, ale jak tak patrzę, to widzę, że to teraz mężczyznom podoba się. Dawniej to kobieta taka bardziej w sobie musiała być, a teraz czym chudsza to tym lepiej.

Dawidek to ją aż w Norwegii zapoznał, jak tam był na budowach robić. Ona tam za tłumaczkę była, bo talent do tych różnych języków ma, i szprecha jakby się tam urodziła. Tak Dawidek mówi. A tam Polaków to jest a jest, i muszą się jakoś dogadać przecież z tymi miejscowymi, to Karolinka zawsze zajęcie miała, i zarobek też całkiem do rzeczy. I tam oni się zapoznali, no i zaraz okazało się, że oboje z tego samego miasta. Wyobraża pani sobie? I tak mi opowiadają, pani, kawę piją, on jej tak ładnie cukier podaje, elegancko. To ja mówię, o, to już chyba przeznaczenie musiało być, prawda, Dawidek? A ta Karolinka to tylko się zaczerwieniła, za rękę wnuczka mojego ściska i tak patrzy na niego, a on też zaraz po same uszy czerwony, no mówię pani, dwa gołąbeczki po prostu.

Ale ja widzę, że ona taka dziewczynka, jak to mówią, zbuntowana, a jej ojciec to znowu taki, że zawsze do kościoła, z księżmi, szafarz komunii świętej i w ogóle taki patryjota, jak to teraz się ich narobiło, wie pani, te miesięcznice, żołnierze ci wyklęci, te sztandary, to wszystko. No a córka teraz ciągle z Dawidkiem na te marsze, pikniki, kody, polityki, aborcje, no i raz dwa nieszczęście w rodzinie gotowe, bo ten jej ojciec strasznie zły i jej zakazał. Ale ona dalej chodzi, mówi, pani Ireno, pełnoletnia jestem, po maturze, wolno mi, nie będzie mi ojciec nakazywał, co mam robić a co nie. Zamknąć mnie w domu nie zamknie.

I też jemu nie podoba się, że ona w tym Grinpisie jest, za tą puszczą, co tak teraz wycinają, i jeszcze za tymi zwierzątkami, wiem, bo mi wszystko z Dawidkiem przetłumaczyli, o co tam chodzi, że ten Grinpis się nie zgadza, że te kury tak po tych klatkach ściśnięte jedna na drugiej, że się ruszyć nie mogą ani nic, że te hodowle takie wielkie, że te cielaczki krowom zaraz po porodzie odbierają, no wszystko, wszystko, samych takich strasznych rzeczy mi naopowiadali, aż im w końcu mówię, a dajcie już dzieci spokój, bo spać w nocy nie będę mogła. I pewnie dzisiaj tabletkę będę musiała wziąść na spanie, tylko żeby mi się czasem te kury bez piór nie przyśniły. Ale ja w ogóle tego nie wiedziałam, pani, że to aż tak strasznie po tych hodowlach, jak patrzę na dziennik, to tam takich rzeczy wcale nie mówią, tylko Pis i Kot, Kot i Pis, i znowu na abarot, pani. Ale się ich spytałam, czy ten Grinpis to znowu ma coś wspólnego z tym Pisem, no bo nazwy przecież podobne, ale chyba nie, bo tylko się śmiali, a Dawidek mówi tak do tej Karolinki, widzisz, mówiłem ci, że moja babcia jak czasem tekst puści. Tekst puści. Tak jakoś mówi teraz ta młodzież, że nie wiadomo, o co im chodzi dokładnie. Ale tyle zrozumiałam, że Pis i Grinpis to całkiem co innego. A jeszcze w dodatku ten Bretpiks teraz nastał, to już się człowiek całkiem pogubić może z tymi nazwami.

kawa_szklanka-211x300

No, ale długo nie byli, kawę wypili i zaraz poszli, bo tam pod tego magdonalda mieli iść zaplanowane, bo tam dzisiaj protest, podobnież to mięso co tam sprzedają w tych bułkach to też z tych zwierząt biednych zamęczonych. Ja to tam nigdy nie byłam, pani. Po barach, restauracjach to żeśmy z Kazikiem nigdy nie chodzili. Domowe jedzenie najlepsze. I babciu, Dawidek mówi, lecimy najpierw tam, a potem zaraz na ten Kot. Ale następnym razem jak przyjdą, to już ich na obiad przytrzymam, bo mi się ta cała Karolinka strasznie spodobała. Pierogów im zrobię, z jagodami. Pierogi z jagodami każdy lubi.

Wpisane, usunięte, przywrócone (po części)

Konrad Sałagan

Te cztery zdjęcia to ilustracje do tekstu opublikowanego 7 lipca 2016 roku, a potem, na życzenie autora, usuniętego, a który próbujemy teraz oboje, Autor i ja – przywrócić Czytelnikom, a może nawet – potomności. Na razie udało się nam odzyskać ilustracje, zatytułowane:

Wehikuł
Anatomia
Rzutnik
Przybornik

Jest 10 września 2020 roku. Tekstu wciąż jeszcze szukamy, ale nie traćmy nadziei – może uda się go odzyskać. A był świetny.

Listy z Australii

Lech Milewski

Jerilderie letter

Jerilderie to niewielka miejscowość na pograniczu stanów Wiktoria i Nowa Południowa Walia, 315 km na północ od Melbourne.

8 lutego 1879 roku do miasteczka zawitał Ned Kelly ze swoją bandą. Mieszkańcy Jerilderie dobrze znali tę groźną twarz…

Takie plakaty pojawiły się we wszystkich miejscowościach w tych okolicach i nie bez powodu. W październiku poprzedniego roku banda Neda Kelly zastrzeliła trzech policjantów. Miesiąc później obrabowała bank w miejscowości Euroa.

Do Jerilderie trafili przypadkiem. Ned Kelly dowiedział sie, że niejaki Sullivan doniósł na policję, że spotkał Neda w pociągu. To trzeba było koniecznie wyjaśnić i Ned ze swoją bandą przewędrowali w tym celu setki kilometrów. Zupełnie przypadkiem znaleźli się w pobliżu Jerilderie i uznali, że pora uzupełnić kasę.

Najpierw odwiedzili posterunek policji, uwięzili załogę (2 policjantów) w policyjnym areszcie i skonfiskowali wszelką broń. To była sobota. W niedzielę rano żona jednego z policjantów zajmowała się dekorowaniem ołtarza przed mszą. Ned Kelly dopilnował żeby wykonała to zadanie, po czym zamknął ją na policyjnym posterunku.

W poniedziałek bandyci dali konie do podkucia, następnie udali się do stacji telegraficznej, przecięli kable i uwięzili operatorów. Kolejny punkt to bank, gdzie znaleźli ponad  £2,100. Przy okazji spalili kilka ksiąg hipotecznych w nadziei, że uwolnią dłużników od spłat długów. Niestety kopie wszystkich dokumentów znajdowały się w centrali banku w Melbourne.

Po wizycie w banku bandyci zajrzeli do pubu i zafundowali napoje wszystkim, którzy się tam znajdowali. Jednocześnie Ned zrelacjonował krzywdy, jakich doświadczył ze strony policji. Pełna relacja, zawarta w liście, została przekazana do lokalnej gazety celem publikacji. Niestety, redaktor gazety zdołał uciec. Niejaki Living, księgowy obrabowanego banku, który towarzyszył bandytom podczas tej wizyty, podjął się dostarczyć list do redakcji w dogodniejszym czasie. Nie dotrzymał tej obietnicy, dostarczył list do centrali banku w Melbourne, a ta przekazała list policji.

List zawierał 56 stron rękopisu…

Jest to opis licznych niesprawiedliwości, których Ned i jego rodzina doznali ze strony sąsiadów i policji. Poniżej fragment pierwszego z opisywanych przypadków. Zwracam uwagę na wyszukane słownictwo – to napisał człowiek, który ukończył tylko 3 klasy szkoły podstawowej.

“…that same day me and my uncle was cutting calves Gould wrapped up a note and a pair of the calves testicles and gave them to me to give them to Mrs McCormack. I did not see her and I gave the parcel to a boy to give to her when she would come instead of giving it to her he gave it to her husband consequently McCormack said he would summons me I told him neither me or Gould used their horse. he said I was a liar & he could welt me or any of my breed I was about 14 years of age but accepted the challenge and dismounting when Mrs McCormack struck my horse in the flank with a bullock’s shin it jumped forward and my fist came in collision with McCormack’s nose and caused him to loose his equillibrium and fall prostrate I tied up my horse to finish the battle but McCormack got up and ran to the Police camp…”

Poniżej moje tłumaczenie…

“… tego samego dnia ja i mój wujek porcjowaliśmy cielaki Gould zapakował notatkę i parę cielęcych jąder i dał mi żeby dać je pani McCormack. Nie spotkałem jej i dałem paczkę chłopcu żeby jej dał kiedy przyjdzie zamiast dać jej dał jej mężowi w rezultacie McCormach powiedział że pozwie mnie powiedziałem mu że ani ja ani Gould nie używaliśmy jego konia. on powiedział że jestem kłamcą i może obić mnie albo każdego z mojego gatunku miałem około 14 lat ale podjąłem wyzwanie i zsiadałem z konia gdy pani McCormack uderzyła mojego konia w bok byczym goleniem koń skoczył i moja pięść weszła w kolizję z nosem McCormacka i spowodowała że stracił równowagę i padł na twarz uwiązałem konia żeby dokończyć walkę ale McCormack podniósł się i pobiegł na policję…”

Rezultat – 3 miesiące więzienia. Trzy tygodnie później Ned Kelly powędrował do więzienia na trzy lata za posiadanie konia pochodzącego z kradzieży.

Kilka słów wprowadzenia…
Ojciec Neda, John Kelly, pochodził z Irlandii. Do Australii trafił w wieku 22 lat jako zesłaniec za kradzież dwóch świń. Po 7 latach odzyskał wolność, trochę pracował, w wolnym czasie poszukiwał złota, z powodzeniem, co pozwoliło mu zakupić niewielką farmę. Jednak jego głównym źródłem utrzymania była kradzież bydła.
W wieku lat 30 ożenił się z Ellen Quinn, Ned Kelly był ich trzecim dzieckiem. W sumie urodziło się im ośmioro dzieci. John Kelly nadal zajmował się kradzieżą. Po kolejnym pobycie na ciężkich robotach zmarł z wycieńczenia.

Rodzina Kelly przeprowadziła się do miejscowości Greta gdzie osiedli na 36 hektarach nieużytków. Od początku spory z sąsiadami, oskarżenia o kradzieże koni i bydła. Jeden z nich opisany w cytowanym wyżej fragmencie listu.

Przełomowym wydarzeniem był pewien incydent – tym razem chodziło o brata Neda, Dana Kelly, oskarżonego o kradzież koni. Policjant Aleksander Fitzpatrick, niezgodnie z instrukcją, która nakazywała, aby w tego rodzaju akcjach brało udział co najmniej dwóch policjantów, odwiedził dom rodziny Kelly, mając nadzieję, że zastanie tam Dana. Oczekiwania sprawdziły się. Od tego momentu relacje zainteresowanych stron diametralnie się różnią.

Według Fitzpatricka pozwolił on Danowi dokończyć obiad i wtedy zaskoczył go Ned Kelly, który postrzelił go w dłoń, po czym cała rodzina rzuciła się na niego i pobiła do nieprzytomności. Gdy odzyskał przytomność, Ned wyjął mu kulę rewolwerową z dłoni i po uzyskaniu obietnicy, że sprawa pozostanie między nimi, wypuścił.

Według Neda, po pierwsze był on w tym czasie 200 mil od domu. Po drugie Fitzpatrick nie miał ze sobą nakazu aresztowania Dana i Ellen Kelly (matka) nie zgodziła się na areszt. Fitzpatrick wyjął rewolwer, lecz Dan Kelly odwrócił jego uwagę mówiąc, że widzi przez okno jak nadjeżdża Ned. Gdy Fitzpatrick spojrzał w okno, cała rodzina rzuciła się na niego i rozbroiła go, być może wtedy skaleczył sobie dłoń.

Fitzpatrick złożył na policji oświadczenie, że został postrzelony przez Neda i pobity przez Dana, Ellen i jeszcze dwie osoby. Sąd dał wiarę relacji policjanta, mimo że lekarz, który go zbadał po tym incydencie stwierdził, że policjant był pijany a rana nie wygląda na postrzał z rewolweru. Wyrok: Ellen Kelly trzy lata ciężkich robót, dwaj pozostali oskarżeni zostali skazani na sześć lat ciężkich robót. Sędzia oświadczył, że gdyby podsądnym był Ned Kelly, zostałby skazany na 15 lat.

Od tej chwili bracia Ned i Dan musieli przebywać w ukryciu. Komentarz Neda:
“…Fitzpatrick will be the cause of greater slaughter to the Union Jack than Saint Patrick was to the snakes and toads in Ireland“.

“…Fitzpatrick będzie przyczyną większej rzezi w Imperium Brytyjskim niż Święty Patryk był dla węży i żab w Irlandii“.

W następnych tygodniach do Neda i Dana dołączyło dwóch przyjaciół. Mieszkali w lesie w górzystej okolicy. Pod koniec października 1877 czyli pół roku incydencie z Fitzpatrickiem, policja otrzymała informację o miejscu ich pobytu. Do lasu udało się czterech policjantów w cywilnych ubraniach. Zachowywali się zbyt głośno i Ned Kelly z towarzyszami podkradli się do ich obozu. Zastali dwóch policjantów, którzy gotowali sobie herbatę.
Ned Kelly zawołał: nie ruszać się, ręce do góry!
McIntyre nie miał przy sobie broni więc posłusznie podniósł ręce do góry. Lonigan sięgnął po rewolwer i próbował ukryć się za drzewem, został zastrzelony.
Po krótkim oczekiwaniu usłyszeli głosy zbliżających się dwóch pozostałych policjantów. McIntyre na polecenie Neda wyszedł do nich i ostrzegł Kennedy’ego: sierżancie, radzę zsiąść z konia i poddać się, jesteście okrążeni.
Wtórował mu Ned Kelly: ręce do góry!
Sierżant Kennedy uznał to za żart, uśmiechnął się i położył dłoń na rewolwerze. Strzał w jego kierunku był niecelny. Teraz już wiedział, że to nie żarty, zsiadł z konia i prosił o darowanie życia. Policjant Scanlan usiłował uciekać, został zastrzelony. McIntyre wykorzystał zamieszanie, wskoczył na konia Kennedy’ego i uciekł. Teraz z kolei Kennedy próbował uciec, ale został zastrzelony.

W centrum Melbourne, niedaleko Shrine of Remembrance, tutejszego pomnika nieznanego żołnierza, znajduje się pomnik ku czci policjantów, którzy stracili życie na służbie…

Sprawdzam…

25 października 1878 – Michael Kennedy, Thomas Lonigan, Michael Scanlan.

Dwa tygodnie później banda Neda napadła na bank w miejscowości Euroa. To była bardzo precyzyjnie zaplanowana i wykonana akcja. Łup – £2,000.

Kolejna akcja to opisany na wstępie napad na bank w Jerilderie. Rząd zwiększył nagrodę…

Nie ma wiele informacji na temat działalności bandy przez następny rok. Legenda głosi, że pomagali wielu osobom znajdującym się w biedzie – Australijski Janosik.
Ned Kelly zyskał sobie popularność, gdy policja aresztowała grupę jego sympatyków. To wzbudziło zainteresowanie prasy i przychylność ludzi.

27 czerwca 1880 roku banda zastrzeliła informatora policji i napadła na miasteczko Glenrowan. Następnego dnia, w niedzielę, zgromadzili około 60 osób w pubie i zafundowali im przyjęcie. Bandyci spodziewali się interwencji policji i aby ją udaremnić rozkręcili szyny kolejowe. Zgubiła ich jednak pewność siebie. Jeden z przymusowych gości, przebywający w pubie z żoną i dzieckiem, poprosił o wypuszczenie. Zamiast, jak obiecał, udać się na wypoczynek do domu, pobiegł wzdłuż torów i zdołał zatrzymać policyjny pociąg tuż przed wykolejeniem.

To był już poniedziałek rano. Bandyci, nieźle zamroczeni alkoholem, przecenili swoje możliwości. Ich pewność siebie zwiększał fakt, że zrobili sobie żelazne zbroje…

Policja otoczyła pub i zaczęła się regularna bitwa. Ned został trafiony w stopę, rękę i dłoń i wycofał się do lasu. Jednak po pewnym czasie wrócił i otwarcie stawił czoła policji w zbroi ważącej ponad 40 kg. Został postrzelony kilkakrotnie w nogi i obezwładniony.

Bitwa trwała nadal. Większości osób zgromadzonych w pubie udało się wydostać na wolność. Ostatecznie policja podpaliła pub, wszyscy bandyci zginęli.

Proces Neda odbył się 28-29 października 1880 roku, wyrok – kara śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano 11 listopada. Matka Neda przebywała jeszcze w więzieniu.

Kilka miesięcy po wykonaniu wyroku powołano Królewską Komisję (Royal Commission) w celu zbadania działania policji w stanie Wiktoria. Komisja wykryła wiele przypadków nadużycia władzy.

Ned Kelly stał się legendarną postacią i zainpirował wielu twórców – rzeźbiarzy, pisarzy, malarzy…

Osobiście gorąco polecam książkę – True History of the Kelly Gang – autor Peter Carey – KLIK. Książka zdobyła w 2001 roku Booker Prize – literackiego Nobla dla książek napisanych w języku angielskim. Książka została przetłumaczona na polski – KLIK.

Rzeźba Neda Kelly pojawiła się nawet przed polskim domem w Melbourne…

To dom córki naszych dobrych znajomych, Polaków, i jej męża, z pochodzenia Duńczyka. W tym miejscu rósł ogromny cedr. Rada miejska poleciła go wyciąć, ale oni wpadli na pomysł żeby wykorzystać pień jako materiał na rzeźbę.
Rzeźba wywołała sporo kontrowersji – KLIK. Niektórym się podobała, niektórzy byli oburzeni, że to gloryfikowanie mordercy. My odwiedziliśmy ten dom w okresie szczytu zainteresowania. Wąska ulica w spokojnej dzielnicy była zablokowana przez samochody. Sąsiedzi załamywali ręce – nie możemy dojechać ani wyjechać z domu.
Najwięcej zimnej krwi wykazał sześcioletni syn gospodarzy – wywiesił tabliczkę: Opłata za fotografię $2 – i natychmiast po powrocie ze szkoły inkasował należność.
Polak i taki chytry? Jednak imię Christian sugeruje, że to duński charakter.

A co się stało z tytułowym listem?
Jak wspominałem został przekazany policji, która opublikowała niektóre, starannie wyselekcjonowane, fragmenty.
Pełen, nieozenzurowany, tekst listu został opublikowany dopiero w 1930 roku, 50 lat po egzekucji autora.

Oto ostatnie zdania listu…

…all those that have reason to fear me had better sell out and give £10 out of every hundred to the widow and orphan fund and do not attempt to reside in Victoria but as short a time as possible after reading this notice neglect this and abide by the consequence which shall be worse than rust in wheat in Victoria or the drought of a dry season to the grasshoppers in N.S.Wales I do not wish to give the order full force without giving timely warning but I am a Widow’s Son, outlawed and my orders must be obeyed.

…wszyscy którzy mają powód, aby się mnie bać niech lepiej sprzedadzą co mają i dadzą £10 z każdej setki na fundusz wdów i sierot i nie usiłują mieszkać w Wiktorii, ale (jeśli) tak szybko jak to możliwe po przeczytaniu tego listu zignorują go to poniosą konsekwencje które będa gorsze niż rdza pszenicy w Wiktorii albo susza dla koników polnych w N.P. Walii ja nie chcę egzekwować poleceń na siłę bez dania uprzedniego ostrzeżenia ale jestem Synem Wdowy, wyjętym spod prawa i moje polecenia muszą być wykonane.

Źródła:

1. Jerilderie Letter – wikipedia – KLIK.
2. Pełen tekst listu – KLIK.
3. Ned Kelly – wikipedia – KLIK.

Viva Polonia!

Ewa Maria Slaska

Relacje moich koleżanek

Relacja 1.

W mieście, które w tym roku jest stolicą kulturalną Europy, w pięknym starym hotelu ze starymi niemieckimi tradycjami (był to na przełomie tamtych wieków i do końca wojny słynny etablissement Vier Jahreszeiten), a więc w Hotelu Polonia, na ulicy Piłsudskiego, znajduje się w foyer secesyjnie wystylizowana tablica informacyjna.

hotel-polonia-pilsudzki

Jedna z naszych autorek, osoba często “bywała” we Wrocławiu, już kilkakrotnie zwracała obsłudze hotelowej uwagę, że na tablicy po niemiecku zostało umieszczone błędnie napisane nazwisko marszałka, które na tablicach polskiej i angielskiej zostało zapisane prawidłowo. Tym razem przypomniała pani w recepcji, że już dwukrotnie sugerowała, żeby to zmienić, bo to jednak wstyd. Na to tym razem pani recepcjonistka, podkreślając, że oczywiście hotel dołożył wszelkich starań, powiedziała, że nic tu nie trzeba zmieniać, bo tak się właśnie to nazwisko pisze po niemiecku…

No cóż: tu, proszę, Marszałek Józef Piłsudski w niemieckiej Wikipedii.

Relacja 2.

W mieście, które szczyci się tym, że bardziej kocha pisarza Güntera Grassa niż jego niemiecka ojczyzna, w dzielnicy, którą autor opiewał – Langfuhr Wrzeszcz – postawiono kiedyś tzw. ławeczkę Grassa. Ten mały po lewej, to oczywiście Oskar Mazerath, bohater Blaszanego bębenka.

G.Grass+Oskar

Autorka zdjęcia wysłała je do kilku lokalnych instytucji pytając, czy nie wypadałoby jednak “umyć nóg” pisarzowi, bo to trochę wstyd. Nikt nie odpowiedział i nie zareagował.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego pisarzowi tak zzieleniały nogi, bo w końcu on akurat siedzi na tej ławeczce dopiero od października ubiegłego roku, przedtem przez 15 lat leżał w magazynach. Samą ławeczkę bowiem, z figurą małego bębnisty, postawiono już, jako się rzekło, w roku 2002. Wkrótce na pobliskiej fontannie ustawiono drugą osobistość znaną czytelnikom Trylogii Gdańskiej czyli Tullę Pokriefke. Ich autorem jest prof. Sławoj Ostrowski, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pomnik samego Grassa miał być odsłonięty równocześnie z pomnikiem Oskara. Jednak w ostatniej chwili pisarz rozmyślił się i wycofał zgodę na ustawienie mu pomnika za życia. Władze Gdańska postanowiły uszanować wolę noblisty, a gotowa rzeźba trafiła do jednego z miejskich magazynów. Rzeźbę ustawiono więc dopiero teraz, już po śmierci gdańskiego noblisty, w 88 rocznicę urodzin Güntera Grassa.

Grass zmarł 13 kwietnia 2015 roku.

Figury są odlane z brązu, a brąz, stop miedzi i cyny w proporcjach 90-10, ma to do siebie, że jest odporny na korozje. Nie to, żeby nigdy nie korodował, oczywiście zielenieje, ale trwa to latami… A tu tymczasem zielone nogi pisarza i to po kilku zaledwie miesiącach wysiadywania na świeżym powietrzu, mogłyby sugerować, że coś było nie tak z odlewem i że wilgoć wżera się stanowczo za szybko. Hmmm…

Piłsudzki na zielonych nogach…

Przenikania w kawiarni Opery Berlińskiej w letni wieczór

Tomaszowi Fetzkiemu z zaproszeniem na pojutrze do Berlina

Ewa Maria Slaska

Afrodyta z kablem elektrycznym

Trochę ponad rok temu opublikowałam tu wpis, zatytułowany Przenikania w Barze Zakątek. Muszę go tu przypomnieć, bo kilka dni temu coś podobnego przydarzyło mi się w Berlinie. Popijałam wino z wodą (nie można ciągle nie pić wina, to obraza rzucona w twarz radości życia w Berlinie) i czekałam w kawiarni letniej Opery Berlińskiej na Dorotę Cygan, z którą iść miałyśmy (i poszłyśmy) na Uprowadzenie z seraju Mozarta. To pierwsza opera języka niemieckiego, co jest jasnym powodem, dla którego germanista koniecznie powinien obejrzeć tę sztukę.  Podobno interesujące wykonanie, a to już powód dla którego również blogerka powinna…

Jest jednak lato, można by pójść nad jezioro, do parku na lody, a my tymczasem do opery…

Mam na sobie sukieneczkę, którą niemcy nazywają Fummel, a my – szmatka, pantofelki na obcasie, rajstopki, nie mogę więc nosić ze sobą dużej torby, a książka, którą aktualnie czytam liczy ponad 500 stron… O żydowskim chłopaku z Wrocławia, który stał się motorem życia literackiego w Boliwii! Nazywał się Guttentag (i jest to też tytuł książki) i jego rodzina pochodziła z miasteczka, które się dziś nazywa Dobrodzień…

Przed wyjściem szukam więc książczyny, która by pasowała do torebeczki, pasującej do szmatki…

Arnold Słucki, Eklogi i psalmodie, Czytelnik 1966. “Mój” Arnold Słucki, już kilka razy o nim pisałam (TU i TU), opowiadałam o nim podczas różnych prelekcji… Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko.

W dzisiejszych czasach Słucki jest zapewne równie odsądzony od czci i wiary jak inni lewicowi artyści, pisarze, naukowcy… Zacytuję tu sama siebie:

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić „ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory („serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: „(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

To ciasto, które innym rosło na pośmiertne podziwy, jemu chyba urosło na zapomnienie. Gdy szuka się go w internecie pojawiają się tylko książki antykwaryczne, najstarsza chyba – Ziemia jaśnieje – z roku 1950, Słońce nasz towarzysz, 1951, Spotkania z roku 1952, Poranek z roku 1953,  Eklogi i psalmodie, 1966, Targ w Dziworaju, rok 1967,  cały czas lata 50 i 60, prawie co roku mu coś wydawano, potem się naraził i uciekł, i przypomnieć go można było dopiero wtedy, gdy upadający PRL odpuścił autorom zakazanym, i pojawiły się w księgarniach książki Gombrowicza, Hłaski i Słuckiego… Biografia Anioła z roku 1982.

To o tym pośmiertnym i wyciągającym poetę z niepamięci zbiorze napisał nieznany autor informacji na portalu Lubimy czytać:

Niniejsza księga wierszy jest spłatą długu pamięci, jaką winniśmy Arnoldowi Słuckiemu, poecie, który żył i tworzył wśród nas w ciągu dwudziestu kilku lat powojennych, a potem – tęskniąc za Polską – umarł na obczyźnie.

Dodajmy, umarł w skrajnej nędzy.

Wydaje mi się, że nikt już nigdy więcej go nie wydał. Odszedł w zapomnienie, a ja zupełnie bez powodu zabieram go ze sobą w torebce do opery. Niech zobaczy trochę świata.  Jest 28 czerwca 2016 roku. Stoję przy stoliku i popijam wino, bo ja przyszłam, jak zwykle, za wcześnie, a Dorota przyjdzie, jak zwykle, na ostatnią chwilę…

Strona 16, Ekloga współczesna…

Sprawdzam w sieci: sjp ekloga. 1. «pogodny utwór poetycki opiewający uroki życia wiejskiego».

W biały dzień
tkliwe jaskółki
             nad brzegiem Mozeli
wiły w nas gniazda,
zapewniam was,
             to właśnie, jeżeli
porzucała nas wyobraźnia
                               niby zbiegów w todze z przytułku,
to była w tym ręka historii,
a stała tam rzymska łaźnia
z czerwonym sztandarem wetkniętym
                                              w omszały dach,
a dach był jak gwiazda.
M e m e n t o   m o r i,
rzekłem,
stara kobieta szła, żuła chleb
                                 i pracując żuchwami
wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna

I w tym momencie podniosłam głowę znad książki, a pomiędzy stolikami szła w niebieskim kitlu sprzątaczka, trzymała w garści szufelkę i zmiotkę na długich trzonkach i… naprawdę … wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna, a mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo jeszcze nigdy nie spotkałam Ariadny sprzątaczki, zamiatającej kawiarnię na świeżym powietrzu, podczas, gdy goście wciąż jeszcze stoją wokół wysokich stolików, gawędząc w mowie Gotów i popijając wino znad Mozeli, a gdy za dziesięć minut dzwonek wezwie nas wszystkich do środka, będzie dość czasu i okazji, aby nikomu nie przeszkadzając, posprzątać podwórko operowej kawiarni. Więc wiedziałam, że ona nie jest sprzątaczką z firmy Gegenbauer tylko zjawą, która wyszła z wiersza Słuckiego i sprząta świat wokół mnie, tak jak Ariadna co poniedziałek sprzątała labirynt odkurzaczem.

śmierć tu była, mimo wszystko, paradna,
promenada rozbrzmiewała gwarem
i trzeba się było wsłuchać, jak elektroluks rozmawia z Cezarem,
a szum krzewów na Pangejskich wzgórzach,
to w tracką zieleń Ismaru,
Szofer błękitny od smaru
chwalił dziewczęta okolicy:
                    Czemu nie sprawisz
o, Wenus…
                Eils! Skapia matia ia
                                         drinkan! –
klął mową Gotów duch z koszar
i śmiała się śmiechem białym jak śmierć
jeszcze żywa
Prześliczna Rzymska Rudowłosa.
I jakże trudno już było dostojną tu układać poezję,
zmierzch był Brutusa wieczerzą po klęsce,
i pani, co włada Knidos i Pafos,
werwę nam odjęła i patos.
Słowa będące mostami nad wieczystą rozłąką rzeczy
straciły swoją sprężystoćć
i nie było w nich żywych poruszeń,
jakby cały pejzaż im jawnie zaprzeczył
i Eneasz znowu był parweniuszem.
Śmierdział na jardy tanim alkoholem
made in Roma,
bardziej podobny do starca z Korycji,
gdy go sklął po łacinie Czas – sierżant policji.
I on się im tylko odgrażał:
– Na zdrowie, dawajcie jeść!
                                        Dawjcie pić!
i była to niby chrypliwa ekloga,
nad którą zastanawiają się
                            uczeni wieków,
co niby drzazga siedzi w człowieku;
który nie chce być ni aniołem, ni szpakiem,
i rzuca się z tasakiem
na Boga.

On nawet natrząsa się z szczęśliwca Glaukosa
i z cudownego władzy kpi ziela,
odurza go aut cierpka jońska rosa
i patrzcie, oto ciągnąc szlauch przez promenadę,
już mnie oskarża o zdradę
spraw potocznych.

A ja mu wciąż, że z Mozeli
widziałem wszystko,
świadek naoczny,
maszyna do trawienia szczelnych snów
i jaw ułomnych,
jeżeli ———

Dzwonek wezwał nas do wnętrza, ciągnąc szlauch przez promenadę, przeszła obok mnie raz jeszcze Ariadna w niebieskim kitlu, z niebieską szufelką i szczotką, Dorota wyszła mi naprzeciw z wnętrza budynku i poszłyśmy na operę, która jest najlepszą operą, jaką w życiu widziałam!

orgiaomilosci

Więc też koniecznie idźcie. Opera jest po niemiecku, ale artyści ciągle przeskakują z niemieckiego na angielski, a u góry nad głowami lecą teksty arii i po niemiecku, i po angielsku, a poza tym, to i tak bez znaczenia, bo wszystko można zrozumieć, gdy śpiewając o miłości i wierności nawaleni kokainą aktorzy i statyści, goli całkiem lub tylko na pół, uprawiają na naszych oczach orgiastyczną promiskuityczną miłość, gdzie nic, ale to nic jednak nie naruszy dobrego smaku pań z Dolnej Saksonii, a wspaniała śpiewaczka koloraturowa grająca Konstancję, trenując rozpaczliwe wrzaski do mikrofonu, przechodzi przed nami ciągnąc kabel przez scenę jak Ariadna sznur elektroluksu przez labirynty Knossos nad Mozelą.


Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)

Niemiecka gra muzyczna w trzech aktach KV 384
Tekst wg Christopha Friedricha Bretznera – Gottlieb Stephanie d. J.
Prapremiera 16 lipca 1782 – Hoftheater Wien
Premiera w Deutsche Oper Berlin 17 czerwca 2016

Zalecany od 16 lat

Po niemiecku, z nadtytułami po angielsku i niemiecku

Został jeszcze tylko jeden występ w tym sezonie, pojutrze, środa 6 lipca
Bilety w cenie od 50 do 130 euro

W podróży

Tomasz Fetzki

W cieniu zakwitających rozbójników

Dokąd, ach dokąd powiodły Viatora czeskie gościńce, gdy już przetoczył się przez turnovską eschatologiczną estakadę? Na wschód! Ale i tam wciąż się Wędrowiec na eschatologiczne, ostateczne, zaświatowe sprawy natykał. Zaś o tym co widział, teraz opowie.

Sprawy były zaświatowe, ale niekoniecznie. Zaświat bowiem doczesnością nasiąka, gdy mitra z koroną, a ołtarz z tronem w sojusz wchodzi. Oznaki takiej unii są zwykle liczne i łatwe do zaobserwowanie. Czasem aż karykaturalnie łatwe.

Łącznik między farą a pałacem Księcia Pana. Warto mieć dobre układy z Bogiem. Najlepiej z tym właściwym, na którego akurat trwa koniunktura. Urocze, nie?

Co z takich niebezpiecznych związków może wyniknąć? Ot, choćby jeden z najgłupszych i kompletnie absurdalnych, a przy tym najokrutniejszych europejskich konfliktów zbrojnych. Wojna Trzydziestoletnia. Niezwykła, wybuchowa mieszanka szczerego fanatyzmu religijnego (każącego mordować innowierców) z wyrachowanym wykorzystaniem tegoż zapału zelotów (przez cynicznych polityków: królów, książąt, cesarzy). A skutki? Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie niemal całego Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (już gdzieś, kiedyś, użył Viator tej frazy, ale powtarza ją, bo jest smakowita i o geniusz się ociera; no sami przyznajcie: soldateska gruntownie zdemoralizowana wieloletnią wojaczką). I tak trzydzieści lat niemal bez przerwy. Całe pokolenie, które nie znało innego świata prócz wojny, strachu, głodu i śmierci. Tyle ofiar, tyle cierpienia, a wszystko po to, by na końcu stwierdzić, że przecież właściwie to… można żyć razem. Świat się nie zawali, jeżeli w tym czy owym miasteczku będą sobie stały dwie świątynie zamiast jednej.

Czasy wojen (najchętniej widziane domowe!) sprzyjają ludziom bezwzględnym. Ambitnym, chciwym i okrutnym awanturnikom. Karierowiczom, którzy cynicznie wystawią każdego sojusznika. Arywistom, co złożą każde wyznanie wiary: takie, jakie aktualnie jest najbardziej przydatne. Wojna sprzyja rozbójnikom. A jeśli dodatkowo natura obdarzyła takiego typka jakimś autentycznym talentem, zwłaszcza militarnym, to wtedy niechybnie i nad wszelką miarę obłowi się on dobytkiem i zaszczytami! Z prostego szlachetki przedzierzgnie w naczelnego wodza cesarskiej armii i suwerena na kilku księstwach. W Księcia Pana. Jak komuś takiemu na imię Albrecht z Valdštejna, to doprawdy nic trudnego. Jego armia żyła nie żołdu, tylko z łupów. Co to znaczyło dla bezbronnej ludności
prowincji, w których wojowali chłopcy księcia Albrechta?
Łatwo odgadnąć.

Oto on, rozbójnik i watażka co się zowie, Książę Pan Albrecht Eusebius Venzeslaus von Wallenstein, we własnej spiżowej osobie. Na dziedzińcu pałacu, tego samego, co ze świątynią łącznikiem jest skomunikowany. Dobre układy z odpowiednim Bogiem. I sam Cesarz łaską darzy. A Cysorz ma wszak klawe życie. Jego kamaryli też na niczym nie zbywa. Przynajmniej do czasu…

A że potem, z nadmiaru ambicji i chciwości, nóżka się podwinęła? Że Książę Pan stracił wszystko, łącznie z życiem? No trudno, hazard to hazard!

Bo szczęście dopisuje tylko do czasu. Bo w końcu, posądzony o zdradę, książę Albrecht zakłuty zostanie przez cesarskich oficerów. Zresztą: marna w tym pociecha! Co rozbójnik zdążył zagarnąć, to strawił. Życia, obrabowanym przez jego żołnierzy i zmarłym z głodu ludziom, nikt nie wróci. Cierpień zgwałconym dziewczynom nikt nie wynagrodzi. Hulał bandzior, aż trafił na sprytniejszych od siebie. I tyle!

Choć pałac Księcia Pana (ten po prawej; fara widoczna tuż za nim) piękny, knedliki w restauracji ulokowanej w arkadach świetne, a cały rynek robi naprawdę imponujące wrażenie, czas ruszać dalej. Zbóje czekają.

Wciąż na wschód. Wioska po wiosce miga za szybą auta. Kamenice, Ostroměř, Bilsko u Hořic, Klenice, Sadowa… Moment! TA Sadowa? Mais, bien sûr, ta właśnie!

Bitwa. Zbójnickie porachunki. O cóż poszło? Ano o to, kto ważniejszy, kto prestiżem większym błyszczeć powinien, wokół kogo zjednoczą się niemieckojęzyczne kraje i kraiki. Kto godniejszy: Habsburgowie czy Hohenzollernowie? Kto pierwszym wśród władców: Franz Joseph I czy Wilhelm I? Kto zdolniejszym wodzem: Helmut von Moltke czy Ludwig von Benedek?

Jasne, Otton von Bismarck to nie kreatura pokroju Wallensteina, ale mąż stanu i swoje zasługi ma. Lecz wywołać konflikt (zwany potem wojną austriacko-pruską), poświęcić życie dziesiątek tysięcy młodych mężczyzn, tylko po to, by dać po nosku Austriakom i wybić im z głowy chęć jednoczenia Niemiec? Ma to w sobie coś z bandyterki, zbójectwa, czy jak go tam zwał… Bo kto dał Ottonowi prawo do decydowania o losie tylu ludzi. No kto?!!

I co się tak Viator przyczepił do Sadowej? Czy sprawił to fakt, że dziś mija dokładnie 150 lat od tej bitwy? Nie tylko to, ani nawet – nie przede wszystkim to.

Nie zamierza Pielgrzym porywać się na dokładne przedstawienie przebiegu batalii, która przesądziła o wyniku całej wojny. Wyniku korzystnym dla Prusaków. Nie zamierza, bo jest dyletantem. Cywilem z krwi i kości. Od wojska się skutecznie wymigał, nawet jako bażant nie spędził ani jednego dnia w koszarach. Zresztą, inni już o tym starciu pisali. Całkiem dobrze. Poczytajcie choćby TUTAJ, jeśli taka wasza wola.

Dlatego się Viator do Sadowej przyczepił, że wydarzenia 3 lipca 1866 roku mają wyraźny i silny wpływ na lasy naszych pradziadków, dziadków i rodziców. I na nasze także. Bo pomyślcie sami: co by się stało, gdyby Niemców zjednoczył poczciwy Franciszek Józef, a nie Żelazny Kanclerz? Gdyby nie zwycięstwo pod Sadową, wybuchłaby zwycięska dla Prus wojna z Francją w 1870 roku? Nastałaby II Rzesza? Wybuchłaby I Wojna Światowa? Odzyskałaby Polska niepodległość? Urządziłby nas psychopatyczny austriacki kapral, żerujący na poczuciu niesprawiedliwości, jakim dla Niemiec był Traktat Wersalski? Weszłaby Armia Czerwona i utknęła na prawie 50 lat? Mielibyśmy problem ze spuścizną Okrągłego Stołu? Efekt motyla, psia jego mać!

Dlaczego o dziejach naszej ojczyzny decydują chorobliwie ambitni rozbójnicy? Dlaczego o naszym losie przesądziły sławetne odtylcowe karabiny Dreysego, dzięki którym pruski piechur mógł oddać cztery strzały w czasie, gdy austriacki był w stanie wystrzelić tylko raz? Rozbój w biały dzień.

Nie miał Viator wiele czasu na szukanie śladów bitwy. Ale to i owo jednak znalazł.

Pomnik, wystawiony przez żołnierzy jednego z pruskich regimentów, ku czci poległych kolegów. Z okazji trzydziestej rocznicy bitwy.

Ach, te pomniki wojenne! Elegancja. Orły, wieńce laurowe, napisy ze złotych liter skomponowane. A powinny być obcięte ręce i nogi, wyprute bagnetami flaki i sępy, krążące nad pobojowiskiem i szykujące się do sutej uczty. Wtedy może spełniły by te monumenty swą rolę i nikt by więcej nie wpadł na pomysł zbójowania.

No, trochę chyba Viator przesadził. Poległym cześć i chwała się należy. Więc może orzeł i sęp pospołu? Szacunek się odda, a i przestrogi nie zabraknie?

Niestety, czy statua pruska czy austriacka, wśród ptactwa zdecydowanie dominują orły.

Na horyzoncie forteca Königgrätz, czyli współczesny Hradec Králové. Aż pod mury tej twierdzy gonili Prusacy rozbite pułki austriackie.

W heroicznym boju za Cesarza i ojczyznę poległym oficerom i żołnierzom I cesarsko-królewskiego korpusu armijnego. Za Cisaře… No przecież wspominał Viator, że Cysorz to ma klawe życie!

Bo co taki Cysorz, czy Kanclerz ryzykował? Obaj bili się dzielnie do ostatniego tchnienia… swych poddanych. A ich ktoś spytał o opinię? Interesowało kogoś, że pod Sadową Polacy z Szamotuł czy Pszczyny mordują Polaków z Krakowa lub Lwowa? W imię potęgi Prus, a na pohybel Austrii? Quatsch!

Wiecie co? Patrzy Viator na to wszystko i dochodzi do wniosku, że jeśli już musi tolerować rozbójników wokół siebie, wybiera Rumcajsa. Bo ten pałac Księcia Pana to… w Jiczynie stoi.

Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.