Z zapisków stróża (5)

Zbigniew Milewicz

Krwawy lipiec

Lato w pełni, ludzie się wczasują, tylko Zły nigdy nie ma urlopu. Można odnieść wrażenie, że w sezonie urlopowym pracuje wręcz na zdwojonych obrotach, żeby zepsuć człowiekowi zasłużony odpoczynek. Ostatnio działa w dokładnych, czterodniowych odstępach czasu: 14 lipca ma miejsce rzeź w Nicei, 18 – w pociągu pod Würzburgiem uciekinier z Afganistanu przy pomocy siekiery i noża ciężko rani turystów z Hongkongu, a 22 dochodzi do tragedii w Monachium, mniej więcej cztery kilometry od osiedla, na którym mieszkam. Jest więc coraz bliżej.

Dowiaduję się o strzelaninie via Berlin, od starszego syna, który na bieżąco śledzi newsy w swoim iphonie i zaraz dzwoni do mnie, żeby się zorientować, czy ze starym wszystko w porządku. Później kolejno zgłaszają się młodszy syn i córka, z tym samym pytaniem, czy żyję, na szczęście żadnego z nich nie ma w tym czasie w Monachium. Firma ochraniarska, w której dorabiam do emerytury, sprawuje pieczę również nad centrum handlowym OEZ, pod którym zabójca zastrzelił z pistoletu dziewięć osób. Tego dnia, zgodnie z planem pracy, byłem w innym obiekcie, na rannej zmianie, gdzie w pobliżu też znajduje się McDonald. Nie lubię jedzenia z tej sieci, ale czasami kupuję sobie tam kawę i gdyby mi przyszło pracować na wieczornej zmianie w Olimpiaeinkaufszentrum, to być może zaszedłbym do miejscowego Mc- a i później już nie odebrałbym tych wszystkich telefonów. Co komu pisane…

Zły działa globalnie i czasami można się go spodziewać. Kiedy w pierwszej połowie lipca, w Luizjanie i Minnesocie biali policjanci zabijają z błahych powodów dwóch Afroamerykanów, w Dallas, podczas demonstracji zorganizowanej w związku z tymi wydarzeniami, ciemnoskórzy snajperzy likwidują w rewanżu pięciu stróżów prawa, białych oczywiście. A kiedy na nadmorskiej promenadzie nicejskiego kurortu tłum bawi się z okazji narodowego święta Francji, to wręcz prosi się, żeby policja profesjonalnie zaryglowała ten teren, bo okazja do zepsucia zabawy jest ogromna, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tego nie robi. Człowiekiem, który bohatersko zajedzie drogę rozpędzonej ciężarówce śmierci, będzie niepozorny kierowca skutera o imieniu Franc, pracujący na miejscowym lotnisku. Pochodzący z irańsko-niemieckiej rodziny Ali David S., otworzył ogień do swoich ofiar na monachijskim Moosachu dokładnie w piątą rocznicę masakry dokonanej przez Breivika, norweskiego prawicowego ekstremistę, który w imię ochrony swojego kraju przed islamizacją zabił 77 osób. W pokoju osiemnastolatka znaleziono dowody dużego zainteresowania sprawcy tą postacią, jak i ogólnie wcześniej dokonanymi w świecie przez różnych psychopatów zbiorowymi morderstwami, ich osobowościami, taktyce policji w prowadzeniu śledztw, etc. W większości sprawcy byli młodociani i wykonywali egzekucje w szkołach, na rówieśnikach i nauczycielach. Wyczerpujące informacje na ten temat czerpał głównie z przetłumaczonej na niemiecki książki amerykańskiego psychologa, Petera Langmana, zatytułowanej „Amok im Kopf“.

Już w kilka godzin po dokonanej zbrodni, kiedy zidentyfikowano dziesiąte zwłoki, leżące w bocznej uliczce nieopodal OEZ, jako należące do sprawcy, policja orzekła, że najprawdopodobniej jego czyn nie miał charakteru politycznego. Uznano za mało prawdopodobne pogłoski o możliwych powiązaniach S. z neonazistami albo z tzw. Państwem Islamskim. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu w głowę – stwierdzono, dodając, że był… leworęczny. W sobotę przybyło w mediach informacji. Pokazano sąsiadów rodziny S. z Maxvorstadt, którzy dziwili się, jak taki miły i grzeczny młody człowiek mógł z zimną krwią zamordować dziewięć osób, głównie swoich rówieśników, ale i dzieciaków. Jak na krótko przed zbrodnią podstępnie wabił swoje ofiary przez fejsa na jedzonko do McDonalda. Mieszkał z rodzicami i młodszym bratem we wspólnym mieszkaniu, ojciec był taksówkarzem. Maxvorstadt należy do zamożniejszych, monachijskich dzielnic, tu przeprowadzili się niedawno z dużo biedniejszego Moosach, gdzie Ali uczęszczał do średniej szkoły. Był w niej podobno ofiarą mobbingu i nie lepiej wiodło mu się w nowej szkole. Nieliczni jego koledzy określają go mianem spokojnego, zamkniętego w sobie odludka, którego poza komputerowymi grami siłowymi niewiele interesowało. Trochę z nimi przesadzał – mówią.

Czyżby więc postanowił się za ten mobbing zemścić, nie wirtualnie, ale realnie? Śledztwo pewnie wykaże, jaki miał kontakt z rodzicami, z młodszym bratem, co o nim w sumie wiedzieli. Stwierdzono, że w swoim czasie leczył się na depresję, nic ponadto.

Żywię naiwną nadzieję, że w kolejny czwarty dzień lipca nic szczególnie złego się nam nie przytrafi, że limit nieszczęść na ten miesiąc jest wyczerpany, ale przed nami jeszcze Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Dla dobrych ludzi będzie to okazja do zademonstrowania pozytywnych wartości, dla służb porządkowych – zdolności do ich ochrony, ale Zły może też się upomnieć o swój ogarek, więc nie lekceważmy jego inteligencji. W Doniecku już nie udaje, że śpi, bratobójcza wojna o wschodnią Ukrainę rozgorzała ze wzmożoną siłą.

Krysieńka z Rudy Śląskiej, z którą się znamy i lubimy już tak długo, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają, także martwiła się o mnie. Napisz cykl porad, jak sobie radzić w dzisiejszym, złym świecie – zaproponowała w smsie. Hmmm… łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Jedno jest pewne, egoizmem ewentualnie można coś wygrać, kiedy życie toczy się gładko i w miarę przewidywalnie, a po schodach na pewno łatwiej się wchodzi nie samemu. Funkcję poręczy pełni ramię i serce drugiego człowieka, raz moje, raz twoje :-).

Cygan, Jagiełło i Slaska patrzą na sztukę

Ewa Maria Slaska

Byłyśmy w muzeum. Umówiłyśmy się z Dorotą, weszłyśmy więc pod sam koniec muzealnego dnia pracy – bo z Dorotą tak się właśnie wszędzie chodzi – jeszcze nie jest całkiem za późno, ale zawsze na ostatnią chwilę, choć w tym wypadku ta chwila to była jednak prawie cała porządna godzina. Ostatnia godzina urzędowania, co potem jeden ze strażników dał nam porządnie odczuć. Miał wypisane nie tylko na niezadowolonej buźce, ale też na krzepkich ramionach i rozzłoszczonych plecach, że nie wiadomo na jaką cholerę baby w ogóle chodzą do muzeum, a na dodatek wtedy, gdy porządny człowiek chce iść do domu, one muszą jeszcze do toalety! No zgroza wielka!

20160713_173725_resized

To my trzy wyobrażając sobie herbatę w cudownych płaskich i przezroczystych filiżankach w Bröhan Museum na wystawie Francja przeciw Niemcom! Sprawdzam w sieci – nie jednak Niemcy przeciw Francji!

Art Deco kontra Jugendstil. Spór artystyczny rozpoczęty na przełomie wieków (tamtych, rzecz jasna) i ciągnący się aż do lat 30, kiedy to Le Corbusier, Francuz zresztą, połączył zwaśnionych i zawistnych o sławę konkurenta projektantów, wprowadzając na kilka dziesięcioleci unifikujący wszystko modernizm.

Ale oczywiście Niemcy przeciwko Francji to też nader aktualne nawiązanie do piłki nożnej. Odważne, bo wystawę otworzono w kwietniu, a więc na długo przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy, kiedy wcale jeszcze nie było pewne, że Francja i Niemcy w ogóle ze sobą zagrają, a już na pewno nie, że bój to będzie ostatni, o prawo do złota… No cóż, w końcu i tak obie strony go nie dostały…

Interesujące, powiedziała Dorota, jak zamysł badawczy pozwala tych niewiele rzeczy, które się posiada, tak poprzestawiać, żeby zrobić nową wystawę, nową reklamę i nowy marketing, jednym słowem Art Nouveau.

Tym niemniej i muzeum nie najgorzej nas zaskoczyło.

20160713_171818_resized

Przed chwilą spadło i przykleili gaferem, mówi Dorota, jutro przykleją porządnie. Nie, odpowiada Elżbieta, patrzcie… No, zaiste.

20160713_171102_resized_1

Biegamy od sali do sali, wszędzie kartki z cytatami z epoki przylepione niebieskim gaferem. Gaffer Tape. Blau. Ciekawe jak to się nazywa po polsku?

Dlaczego? Dlaczego? Jesteśmy we trzy, należy nam się potrójne zdumienie. Dlaczego?
Może, mówi Dorota, twórcy wystawy chcieli nam pokazać, że ten spór estetyczny trwa do dziś. Ale niemożliwe, oponuję, przecież chyba nie ma związku czasowego ani technologicznego między secesją a srebrną taśmą klejącą (to oficjalna polska nazwa). Choć czy ja wiem… może jakiś jest, bo jak potem sprawdzę to wprawdzie srebrną taśmę wymyślono podczas II wojny światowej, ale tę przezroczystą, biurową już w latach 30.  W Ameryce ta srebrna nazywała się duct tape.

W sieci znajduję stronkę, co można zrobić przy użyciu duckt tape. Na przykład… zdjęcie rentgenowskie. Znajduję też niezły cytat, który wprawdzie wcale nie pasuje do naszej wizyty w muzeum, ale co tam…

Duct tape – srebrna mocna taśma. W Polsce średnio znana, zaś w USA jest obiektem kultu. Jak powiedział Walt Kowalski (Clint Eastwood) w filmie “Gran Torino” do młodego chłopaka: “Weź te trzy rzeczy – trochę WD-40 (spray olejowy), kombinerki i rolkę srebrnej taśmy. Każdy porządny mężczyzna da radę tym naprawić większość usterek.”

Srebrna taśma klejąca skleiła kiedyś błotnik w pojeździe księżycowym, ale można też  zrobić sobie srebrne spodnie (a zatem i niebieskie, skoro istnieje niebieski duct tape):

Koniec zwiedzania. Wychodzimy w poczuciu totalnego nie-rozumienia świata. I przegranej własnych możliwości intelektualnych. Kto, po co i dlaczego na pięknej wystawie pełnej pięknych rzeczy poprzyklejał kartki niebieską duct tape?

Szukam w sieci. Owszem często pojawia się informacja, że kartki z cytatami  uzupełniają eksponaty i dopełniają narrację. Ale ani słowa o niebieskim gafferze.

000EineFrau

Eine Frau von Geschmack könnte sich schwerlich in dieser bedrückenden Atmosphäre aufhalten.

Kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem odnajdzie się w tej przygnębiającej atmosferze.

Słowa te napisał jeden z najbardziej znanych krytyków sztuki, Louis Vauxcelles, (Francuz rzecz jasna) o pracach z tzw. warsztatu monachijskiego wystawianych w paryskim Salonie Jesiennym w roku 1910. Ten cytat rzeczywiście oddaje sedno konfliktu estetycznego między Francją (piękno, indywidualny dobry smak, dekoratywność) a Niemcami (użytkowość, oszczędność, masowa produkcja przemysłowa).

No dobrze, nadzwyczaj ciekawe. Ale ta cholerna taśma. W końcu nie wytrzymuję i dzwonię do muzeum. Pan Kurator jest setnie ubawiony: i to panią w tej wystawie najbardziej zainteresowało? o tym zamierza pani pisać?

No tak, odpowiadam, jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć i rozumieć. Akceptuję swoją niemożność zrozumienia sensu operacji finansowych, ale w dziedzinach humanistycznych zazwyczaj jednak rozumiem, o co chodzi. A tu nie.

Może pani zauważyła, odpowiada poważnie Pan Kurator, że nie ustawialiśmy na wystawie mini wnętrz, nie chcieliśmy byście państwo zachwycali się estetyką przestrzeni. Widz powinien całą swą uwagę skierować na wystawiane obiekty. I ocenić je obiektywnie.

Obiektywne obiekty. OK.

Ach tak… Dziękuję. Informuję, że osiągnęliście państwo efekt odwrotny do zamierzonego. Obiekty przestały się liczyć. Jako kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem zrozumiałam, po co wam była ta cholerna taśma? Chyba jednak wylaliście dziecko razem z kąpielą…

Reblog: Wardzia

Krzysztof Nodar Ciemnołoński. To jego blog. Pisze o sobie, że jest PolakoGruzinem, jest związany z Kaukazem i zajmuje się turystyką. Nie pytajcie, dlaczego “zaprzyjaźniliśmy się” na Facebooku, bo nie wiem. Coś mnie zainteresowało, może on sam i to wspaniałe nazwisko, może coś, o czym akurat napisał a FB mi akurat podsunął pod nos, a może jednak jest to ta Azja, która, jak już pisałam, od jakiegoś czasu “chodzi za mną” i nie daje spać. Tatarskie dziedzictwo po ojcu, po prababci…

ვარძია czyli Wardzia – najważniejszy zabytek Gruzji

Muszę się publicznie przyznać, że uwielbiam program „Starożytni Kosmici” emitowany m.in. w stacji History. Wieczorami po skończonej pracy odpalam serię odcinków na Youtube, z pełną premedytacją oglądam i w końcu od nagromadzenia zbitek słownych, w stylu „niektórzy wierzą…”, „niektórzy sądzą…”, „zdaniem zwolenników teorii o starożytnych astronautach….”, dramatycznie akcentowanych przez lektora z zatkanym nosem jak najlepsze mantry… zasypiam.

To moja idealna dobranocka, która sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną, wszędzie tam, gdzie jestem, zawsze tam gdzie bywam.

Dzięki tej fascynującej produkcji dowiedziałem się o istnieniu Derinkuyu, ukrytego pod ziemią skalnego miasta w Kapadocji, na terenie dzisiejszej Turcji, które, według badaczy natchnionych wizją prehistorycznych ufoludków, powstało przed Zlodowaceniem. Świadczyłoby to, że jesteśmy na tej planecie dłużej niż dotychczas sądzono. Jeśli nie ludzie to kto je zbudował, jakoś trudno mi wyobrazić sobie przodków dzisiejszych Turków?

Narracja wiesza się w kosmicznym suspensie, następuje przerwa na reklamę albo ładuje mi się internet w jakimś hotelu w Gruzji… i wtedy na ekranie pojawia się TEN Grek.

I-am-not-sayingWedług klasycznej nauki Derinkuyu zostało wydrążone w miękkich tufowych skałach w VIII wieku p.n.e. W odległej od Kapadocji centralnej Gruzji nieco później, bo w V wieku p.n.e powstało opisywane już przeze mnie Uplisciche, które w przeciwieństwie do tureckiego wzoru stworzono na powierzchni niewielkiego masywu górskiego. Kolejnym skalnym arcydziełem jest położony w Gruzji Wschodniej na styku Gruzji i Azerbejdżanu kompleks klasztorów Dawid Garedża z VI wieku n.e. Każdy z tych oszałamiających zabytków od Kapadocji aż po gruzińską półpustynię na pewno wpłynął na zbudowaną na przełomie XII i XIII wieku Wardzię, którą śmiało można nazwać najważniejszym zabytkiem w kraju.

Zwiedzanie Wardzii

Z Achalciche trasa prowadzi wzdłuż życiodajnej rzeki Mtkwari. Największa rzeka w Gruzji bierze swój początek na Wyżynie Armeńskiej w Turcji, prowadzi przez Gruzję i Azerbejdżan do Morza Kaspijskiego. Na jej trasie jest tyle do obejrzenia, że można napisać przewodnik „szlakiem Mtkwari”.

Droga jest niezwykle malownicza, zaczyna się zaraz za Achalciche, mijam pola gdzie rosną najlepsze gruzińskie ziemniaki a później banner z czołgiem. To znak, że w pobliżu stacjonują jednostki zmechanizowane. Stąd można odbić do zespołu klasztornego i pałacowego Sapara. Jesteśmy na pograniczu, jak zwykle na Kaukazie. Niby wielki region ale taki maleńki, 20 km do Turcji, 80 do Armenii. W zamierzchłych czasach przewalały się tędy armie perskie, mongolskie i tureckie a pobliską twierdzę Chertwisi (II w p.n.e), zgodnie z legendą, zdobył Aleksander Macedoński. Ogromny obiekt militarny pomimo długoletnich starań o objęcie ochroną przez UNESCO jest pozostawiony sam sobie, za murami porządku strzegą krowy, osły i jeden dochodzący mnich, który opiekuje się lokalną kapliczką.

Twierdza ChertwisiPrzyjeżdżam tu od 8 lat i nic się nie zmieniło. „Zamczysko” jak straszyło tak dalej straszy pustką i zaniedbaniem ale wiem, że przyjdzie dzień, w którym władze przypomną sobie o potencjale tego miejsca. Podobnie było z twierdzą Udżarma w Kachetii, gdzie wreszcie od roku płaci się za wejście a miejsce przyciąga kolejnych turystów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ogóle strasznie mnie denerwuje gdy czytam opinie turystów-ekspertów, którzy po siedmiu dniach w Gruzji twierdzą, że jest już zadeptana. To nieprawda, jest jeszcze od cholery miejsc, których nikt nie widział, mnóstwo pomijanych czy niesłusznie uważanych za nieatrakcyjne. Zresztą wystarczy sobie porównać Kaukaz z typowym wakacyjnym & masowym kierunkiem. Świat i ludzie! Turystyka to jedyna szansa dla mojego ukochanego kraju a szufladkowanie jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Oczywiście nie tylko Gruzja boryka się z podobnymi schematami myślowymi, jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia, że chyba zostanę wyznawcą jakiegoś modelu religijnego, który uznaje reinkarnację.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobrze, od 2007 roku jest kilka zmian na tej trasie. Drogę w całości pokryto asfaltem i 60 kilometrów od Achalciche do Wardzii pokonuje się już w dopuszczalnym czasie. Na trasie gruzińsko-tureckimi siłami wybudowano również nową elektrownię wodną. Widziałem postępy od pierwszego dnia budowy. W miasteczku Aspindza, typowej gruzińskiej przelotówce, która słynie tylko ze średniowiecznej bitwy, przez całą długość poprowadzono płot z otoczaków okraszony okrągłymi lampkami. Ładnie to wygląda.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPo drodze mijam jeszcze zniszczony plac, przed którym wiele lat temu widniała tabliczka, że był to Targ Niewolników. Naprzeciwko dzisiaj jest szkoła. Ciekawa korelacja

Wreszcie wzdłuż masywu górskiego widać coraz więcej wydrążonych w skale jam. Zwykle jadę tędy około 9 rano. Nie dogania mnie żaden autokar z wycieczką z Polski ponieważ większość biur lokuje swoich klientów w górskim Bakuriani obok Bordżomi. Stamtąd jest około dwie godziny do Wardzii. Daleko.

Na parkingu przed restauracją jak zwykle do południa będą pustki. W 80% przypadków zwiedzanie zaczynamy jako pierwsi, nie ma tam nikogo poza moimi grupami i dopiero po przerwie na kawę do mety dobijają inne firmy. Pozdrawiamy się z pilotami i kierowcami z konkurencji. To mały światek, znamy się i (raczej) lubimy nawzajem. Prawda?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWardzia wygląda jak mrowisko albo kopiec termitów w przekroju z podręcznika do biologii. Wrażenie jest piorunujące, tym bardziej jeśli porównamy to, co widzimy na przykład z egipskimi piramidami. Ogromnym zaskoczeniem dla odwiedzających jest fakt, że korytarze i pomieszczenia zostały wydrążone wewnątrz zbocza górskiego Eruszeli. W związku z tym, że tego typu budowle były bardzo popularne od Kapadocji aż po Gruzję znowu napomknę o tym, że dziwne jest, że te dzieła powstały przy pomocy ludzkich rąk. Musieli w tym maczać palce starożytni astronauci from the outer space! Budowę rozpoczęto za panowania króla Jerzego III w 1184 roku a ukończono w 1213 roku za czasów legendarnej królowej Tamar, najwybitniejszej władczyni na Kaukazie, otoczonej „od zawsze” religijnym kultem. Przez kolejne 80 lat miasto było niewidoczne z zewnątrz i dawało schronienie nawet 60 tysiącom ludzi jednocześnie! Wśród labiryntu ponad 3000 sal, na 13 piętrach, funkcjonowały szkoła, szpital, spichlerze i winiarnie (podstawa handlu), znajdowały się tu także sale mieszkalne, stajnie i oczywiście klasztor oraz sala tronowa. Wardzia była samowystarczalnym ośrodkiem miejskim, z rozbudowanym system nawadniania dzięki poprowadzonym wewnątrz rynnom i sąsiedztwu rzeki Mtkwari.

ucry9Trzęsienie ziemi w 1293 roku spowodowało osunięcie się naruszonej warstwy skał jakby ktoś odkroił wielkie plastry i ujawniło istnienie miasta. Ostateczny cios spadł w 1551 roku podczas najazdu Persów, gdy wyrżnięto w pień mieszkających w Wardzii mnichów i wywieziono wszystkie kosztowności. Później terenami Gruzji Południowej zawładnęli Turcy i zasiedzieli się praktycznie aż do wojny turecko-rosyjskiej w 1829 roku.

Dopiero w latach 70 ubiegłego wieku do Wardzii powrócili mnisi i dziś tylko oni żyją tutaj i czasem widać ich snujących się po okolicy jak cienie.

W cerkwi obowiązują surowe zasady – kobiety zakrywają głowę i biodra a mężczyźni muszą mieć długie spodnie. Należy także pamiętać, by nie fotografować mnichów bo zwyczajnie sobie tego nie życzą.

Słowo o królowej Tamar (თამარ მეფე)

Queen_Tamar_(crop)Legendarna Tamar (1160-1216), prawnuczka króla Dawida Budowniczego, który zapoczątkował gruziński Złoty Wiek, rządziła Gruzją od 1184 roku. Była pierwszą i w zasadzie ostatnią (jej córka nie zdążyła specjalnie porządzić…) królową w historii kraju, która władała samodzielnie. Nazywano ją „królem królów i królową królowych” – Tamar Mepe (Mefe). By ukrócić naciski arystokracji, której nie podobało się, że najważniejsze stanowisko w państwie piastuje kobieta, wyszła za mąż za księcia Jerzego Rusina (Jurija Bogolubskiego). Małżeństwo nie układało się i Tamar doprowadziła do rozwodu. Kolejnym wybrankiem był książę Davit Soslan z osetyńskiej linii Bagrationich, z którym również nie podzieliła się władzą. W wyniku działań wojennych na terytorium północnej Persji około 1210 roku Gruzja powiększyła swój zasięg terytorialny o setki kilometrów. Również za czasów królowej Tamar Gruzja pomogła utworzyć zależne Cesarstwo Trapezuntu, funkcjonujące aż do drugiej połowy XV wieku na terytorium dzisiejszej Turcji, w rejonie miasta Trabzon.

Badacze twierdzą, że królowa Tamar ukochała Wardzię i spędzała tu czas jak zwykła mniszka według surowych reguł zakonnych, przechadzając się boso po korytarzach i śpiąc na kamieniach.

Według legendy najwybitniejszy gruziński wieszcz narodowy i skarbnik na dworze królewskim Shota Rustaveli, autor najważniejszego poematu epickiego „Rycerz w tygrysiej skórze” był beznadziejnie zakochany w królowej. Czy z wzajemnością, tego nie wiadomo, ale w różnych okresach snuto wiele domysłów. Druga legenda dotyczy śmierci władczyni. Zgodnie z nią Tamar została pochowana w trumnie wypełnionej miodem i żeby zmylić wrogów wyruszyło w różnych kierunkach dwanaście orszaków pogrzebowych. Kolejna legenda wskazuje miejsce pochówku w pobliżu Davita Budowniczego w klasztorze Gelati. Jak jest dokładnie, gdzie kończą się fakty a zaczyna mit, tego do dzisiaj nie rozstrzygnięto.

Idziemy na skraj a niebo jest tuż (Siekiera)

Wejście kosztuje 3 gel (6 zł) za osobę a za dodatkowe 1 gel (2 zł) można podjechać część trasy marszrutką. Potem zaczynają się schody, którymi dochodzi się do dobudowanego na zewnątrz portalu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWystarczy spojrzeć na drugą stronę i wyobrazić sobie, że w XII wieku tak właśnie wyglądała z zewnątrz Wardzia. Armie ciągnące wzdłuż rzeki pewnie niejednokrotnie mijały terytorium miasta w ogóle nie wiedząc o jego istnieniu.

Dopiero później odsłoniła się widoczna poniżej pasieka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMiasto pokonuje się w poprzek od lewej do prawej. Wchodzimy przez portal, zaglądamy do kolejnych sal, potem po schodach przeskakujemy na wyższe piętro gdzie zachowały się przepiękne freski i tutaj znajduje się cerkiew Wniebowstąpienia Matki Boskiej, w której namalowano postacie fundatorów Wardzii – króla Jerzego III i jego córki Tamar. Następnie wejściem po lewej stronie zapuszczamy się do tunelu, który prowadzi nas jakieś dwa piętra do góry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAPięknie wprawione okienko w części, w której mieszkają mnisi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATunelem przed siebie, panie przodem :).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
I już jesteśmy po drugiej stronie skąd schodzi się tunelem do wyjścia przy rzece.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADobrze jest na wycieczkę do Wardzii zabrać dobre buty a nie marne klapeczki. Schody przy zejściu są mało bezpieczne i słabo zabezpieczone zresztą jak cały teren kompleksu. Tym bardziej jeśli chcecie poświęcić więcej czasu na zwiedzanie niż standardową godzinę i zapuścić się do większej ilości sal gdzie nie ma żadnych barierek.

Przez kilka lat sugerowałem nawet, by brać latarki, bo w środku światła jest zdecydowanie za mało.

I jeszcze jedna uwaga – uważajcie na głowę. Miałem kiedyś na wycieczce pana, który cały wyjazd nie pił, trzymał się na uboczu, nie bawił „po gruzińsku”. Gdy w Wardzii uderzył się w głowę, coś mu się przestawiło na właściwe tory i od tego dnia pił, palił i podszczypywał dziewczyny!

DSC_0295

Ostatni rzut oka z oddali… Opcje przejazdu w stronę Tbilisi są dwie więc jeszcze tutaj zawitamy. Tym razem wracamy tą samą drogą, przez Achalciche i Bordżomi, dalej autostradą do Gori, wieczorem kolacja w Mcchecie, gdzie czekać będzie pikantna zupa fasolowa Lobio, którą je się z dodatkiem ostrej papryki i sera, do tego kukurydziane placki mczadi oraz pierożki chinkali, do których najlepsze jest piwo, ale i tak skończy się na kilku dzbanach czerwonego wina. Tak to się robi w Gruzji.


Furia mać!

_20160718_085617Alicja Molenda

Sylwia Kubryńska – felietonistka „Wysokich Obcasów”, prowadzi „Najlepszy blog na świecie”, autorka powieści „Last Minute” oraz „Kobieta (dość) doskonała” i „Furia Mać!”

Moja Furia (Mać)

Sylwię Kubryńską podczytuję już od jakiegoś czasu: jej felietony w „Wysokich Obcasach”, wpisy na jej blogu zawsze trafione w dziesiątkę, celne spostrzeżenia, odważne i bezkompromisowe wypowiedzi, pełne humoru opisy absurdów naszej rzeczywistości. Od razu ją polubiłam. Poczułam siostrzaną duszę, moje alter ego.

 

Alicja Molenda z książką Sylwii

Kubryńska nie przebiera w słowach, nie owija w bawełnę, ukazując w ostrym świetle damsko-męskie tarapaty i wielce wątpliwe uroki świata polskiej polityki, z którym przyszło nam się dzisiaj zmierzyć.

„Furia Mać!” była prezentem od córki (mojej) na Dzień Mamy. Jakże celnym! Połknęłam w jeden dzień (noc?). Jakbym czytała swój pamiętnik, którego nigdy nie miałam czasu napisać. Albo nie wiedziałam, jak. Cholera, to ja? Nie całkiem, ale prawie.

Moje córki, jak to kobiety, przeżywają swoje mniejsze i większe furie, tak jak je przeżywały nasze matki, babcie, przyjaciółki, koleżanki. Każda kobieta na planecie Ziemia doświadcza wkurwu jak furia mać! Nie jestem wyjątkiem. Nieraz go doświadczyłam i chyba nie ma temu końca. A co, nie mamy po temu powodów?!

Bohaterka „Furii Mać!” podwójne ma oblicze, Magdy i Leny. Ta ostatnia pojawia się rzadko, scenę wypełnia Magda, naładowana emocjami, najczęściej złymi do granic wytrzymałości. Co dzień wpada w furię na widok rozrzuconych męskich skarpetek lub na telefon nie w porę. Samowystarczalna choć tej samowystarczalności nie znosi. Chodząca bomba zegarowa.

Wystarczy słowo powiedziane nie tak jak trzeba, nie takie jak trzeba spojrzenie, by eksplodowała i zalała wszystko wkurwem.

Ale jest przy niej wiernie Lena, jej Anioł Stróż. Jej drugie Ja. Jej ratunek.
W najgorszych chwilach furii zjawia się niczym Zbawiciel.
Lena trzeźwa, łagodna i rozsądna, znająca odpowiedź na każde pytanie.
Lena, która umie poradzić sobie łatwo z najtrudniejszym zadaniem.
Lena umiejąca wybrnąć z każdej sytuacji, rozprawić się z każdym draniem.

sylwia K

Sylwia Kubryńska

Lecz w „Furii Mać!” jej mało, wiecznie wkurwiona Magda rzadko pozwala jej dojść do głosu. Być może „Magd” jest wśród nas dużo więcej niż „Len”, gdyż taką rolę świat nam częściej przypisuje? Nie mamy siły wybić się na Lenę, w roli Magdy wypalamy się do cna.

Czytajcie tę książkę, Panie i Panowie! Mężczyźni zorientują się być może lepiej w zawiłościach kobiecej natury i zrozumieją to, co w zachowaniach kobiet wydaje im się irracjonalne. Zaś kobietom uświadomi ona, że w swych frustracjach nie są osamotnione.

Furia czasem jest niesprawiedliwa i wali na oślep. Ale swoje wie, pod spodem: to, co w życiu najważniejsze, to bliskość i miłość drugiej osoby. Sylwi Kubryńskiej/Magdzie furia rzadko pozwala na wykrztuszenie tego, o czym marzy, a o czym wie Lena, lecz czasem to przeziera przez jej nieustający gniew:

„Wiadomo tylko, że jest źle i bardzo chce się przytulić do kogoś, kogo się kocha. To takie proste”.


Moja fascynacja Furią na tym się nie kończy.

Mam ogromną przyjemność zawiadomić Państwa, że Sylwia Kubryńska zjawi się niebawem w Berlinie na promocji jej książki „Furia Mać!”, 2 września 2016.

Dziękuję wszystkim osobom, które udzieliły mi wsparcia w realizacji projektu tego wieczoru autorskiego:

– Ewie Marii Slaskiej za pomoc organizacyjną i włączenie moejgo pomysłu do jej projektu “prezentacja autorów jej bloga”!

– Wydawnictwu KLAK Verlag i Jörgowi Beckenowi, za to że przyłączył się do tej inicjatywy

– Christine Zigler za jej nieocenioną pomoc oraz udostępnienie nam sali w Regenbogencafe

– Wydawnictwu Czwarta Strona za współpracę i pomoc w organizacji tego wydarzenia

– Stefanowi Riegerowi za redakcję i wsparcie

– oraz wszystkim, których nie wymieniłam, a którzy dzielnie mi kibicowali

plakatsylwia
Plakat Christine Ziegler

Reblog: O muzyce i polityce

michalkurierBogdan Twardochleb i Michał Talma-Sutt

przedruk z Kuriera Szczecińskiego 13 lipca 2016

Debata o Polsce debatą o Europie

– NA RAZIE jest nas niewielu, ale zrobiliśmy już w Berlinie kilka dużych manifestacji, pierwszą – 19 grudnie ubiegłego roku. Otwarcie mówimy, co nam się w Polsce nie podoba i będziemy to robić nadal – zapewnia Michał Talma-Sutt, współtwórca Komitetu Obrony Demokracji w Berlinie.

Ma 47 lat, urodził się w Łodzi, jest kompozytorem. Studiował w rodzinnym mieście, potem w Paryżu, Stuttgarcie i Karlsruhe. Dwukrotnie zdobywał najwyższe nagrody w konkursach Międzynarodowej Trybuny Muzyki Elektronicznej, był stypendystą Fundacji Witolda Lutosławskiego, dyrektorem artystycznym II Międzynarodowego Festiwalu Musica Elektronica Nova we Wrocławiu. W Berlinie mieszka od 2001 roku. Jego utwory były wykonywane podczas Warszawskiej Jesieni, są prezentowane w Polsce, Niemczech, Austrii, w wielu innych krajach aż po Republikę Południowej Afryki.

***

Berliński KOD utrzymuje stałe kontakty z KOD-em w Warszawie. Jest częścią ruchu KOD-Polonia Niemcy. Polonijne KOD-y są też w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, tworzą się innych miastach.

– Bardzo aktywna jest grupa w Kolonii, ostatnio dołączył Heidelberg, grupa z uniwersytetu. Mamy swój newsletter, który prowadzą świetne dziewczyny z Kolonii – mówi Michał Talma-Sutt w kawiarence na Gendarmenmarkt w Berlinie.

Berliński KOD współpracuje ze stowarzyszeniem Mitte 21, którego prezesem jest Łukasz Szopa, 43-letni poeta urodzony w Tychach.Od 1987 roku mieszkał w Wiedniu, potem w USA, a od kilkunastu lat mieszka w Berlinie. Jest autorem tomów wierszy, antologii, esejów o m.in. o poezji i sztuce krajów dawnej Jugosławii. Publikował i publikuje w Polsce, Niemczech, Chorwacji, Bośni-Hercegowinie.

Michał Talma-Sutt jest w zarządzie stowarzyszenia Mitte 21, grupującego ludzi, którzy nie chcą być bierni wobec narastania w Europie nacjonalizmów i populizmów.

– Orientujemy się na środek XXI wieku, stąd nasza nazwa: Mitte 21. Gdy w Berlinie był prezydent Andrzej Duda, manifest stowarzyszenia wręczyliśmy jego małżonce – mówi Michał Talma-Sutt.

Podkreśla, że berlińscy KOD-erzy nie negują wyniku wyborów w Polsce. Czym innym jest jednak stosunek do sposobu sprawowania władzy przez parlamentarną większość.

– To możemy negować i negujemy. Jasno stoimy na stanowisku, że w państwie demokratycznym nie wolno łamać trójpodziału władz, poddawać Trybunału Konstytucyjnego kontroli polityków i skupiać nadmiaru władzy w rękach poszczególnych osób, na przykład ministra Ziobry, którego działania z poprzednich czasów dobrze pamiętamy. Jeśli dodać do tego zmiany w polskich mediach publicznych, zmiany w oświacie, czy uprawnienia, jakie ustawa antyterrorystyczna daje tajnym służbom, stawiając je poza kontrolą, to można mieć obawy, do czego to wszystko może prowadzić.

* * *

Berliński KOD zorganizował już kilka demonstracji przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, lecz – jak mówi Michał Talma-Sutt – nie chce jedynie krytykować, lecz chce rozszerzać zasięg debaty publicznej o sytuacji w Polsce.

– W samym KOD-zie w Warszawie ludzie nie zdają sobie sprawy, co zrobili. Jeśli opowiadam Niemcom, że na ulice Warszawy KOD wyprowadził 50 tysięcy ludzi, mówią, że to niemożliwe. Tu nikomu by się to nie udało. Dlatego uważam, że KOD mógłby być liderem ruchów demokratycznych w Europie, które muszą się obudzić. W przeciwnym razie ruchy narodowe i nacjonalistyczne nas zdominują.

W Berlinie jest sporo różnych organizacji i grup polskich, powstają nowe. Z reguły nie są wielkie. Od dawna działa Klub Gazety Polskiej, niedawno powstał Klub Tygodnika Powszechnego. Polacy uczestniczą m.in. w debatach, organizowanych w ramach tzw. Poli-Tisch, czyli „stolika politycznego”. Kilka tygodni temu była w Berlinie debata o Polsce, w której wzięli udział: publicysta „Polityki” Adam Krzemiński, Monika Sierdzka, była szefowa publicystyki w TVP 2 oraz prawicowy publicysta Cezary Gmyz.

– Powinniśmy zapraszać inne opcje, żeby nie było tak, że dyskutujemy tylko we własnym sosie, bo wtedy nic nie zmienimy. Trzeba zacząć walczyć o innych ludzi, chociaż z niektórymi nie ma rozmowy: powtarzają mantry, dyskusji nie da się prowadzić, ręce opadają. W Berlinie jest duża grupa zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, przychodzą na otwarte spotkania, lecz są też tacy, którzy głosowali na PiS na znak protestu przeciwko polityce poprzedniej ekipy. Z nimi trzeba rozmawiać, można ich przekonywać – podkreśla Michał Talma-Sutt.

Dodaje, że zarówno berliński KOD, jak i stowarzyszenie Mitte 21 to ruch obywateli, którym nie podoba się to, co dzieje się w Polsce.

– Nie jestem malkontentem – mówi – bo cóż z tego, że będziemy tylko narzekać, to niczego nie zmieni. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy prowadzić konkretne działania, szerzyć informacje o tym, co dzieje się w Polsce, próbować docierać do tutejszych Polaków. Jednocześnie trzeba myśleć o stworzeniu nowego systemu ekonomicznego dla Europy, bo dysproporcje między beneficjentami obecnego sytemu, których jest coraz mniej, a pozostałymi ludźmi, są coraz większe. Uważam, że trzeba pójść w stronę demokracji głębokiej, oddawać coraz więcej kompetencji jak najniżej, rozbudowywać społeczeństwo obywatelskie, które zmuszałoby ludzi do większej aktywności, bo wiedzieliby, że mogą więcej decydować o sobie. Brexit pokazał, że jeśli Europa chce przetrwać, musi zrobić reformy. Pokazał, że jeśli partie demokratyczne i ruchy obywatelskie nie zagospodarowują przestrzeni ludzi niezadowolonych, wtedy zagospodarowują je populiści. To stało się także w Polsce. Tylko że populiści, jak Prawo i Sprawiedliwość, nie mają żadnego pomysłu, co zrobić z władzą poza tym, żeby dojść do władzy. Dlatego robią z władzą, co chcą, co im się podoba. To są problemy, których łatwo się nie rozwiąże, ale trzeba próbować.

– Czy identyfikuje się pan z jakąś partią, która działa w Polsce?

– Mam z tym duży problem. Rozmawialiśmy o tym w Berlinie z Mateuszem Kijowskim. Główne partie w Niemczech są bardzo liczne, mocno zorganizowane, mają wielu członków, silne zaplecze, są stale obecne nie tylko w życiu politycznym, lecz w szeroko rozumianym codziennym życiu społecznym. W Polsce jest zupełnie inaczej, partie są kadrowe. Przez ćwierć wieku po przemianach demokratycznych peerelowska bierność nie została niestety zmieniona w aktywność. To było dobre dla kadrowych partii, ale teraz mamy tego skutki.

* * *

KOD w Berlinie dopiero się organizuje i we współpracy z Mitte 21 konstruuje projekty przyszłych działań.

– Na razie nie powiem więcej, żeby nie zapeszyć. Wszystko mocniej ruszy po wakacjach – zapewnia Michał Talma-Sutt.

***
O Michale i jego muzyce TU

Letni wiatr

Andrzej Rejman

na początku miał być tytuł “letni niespokojny wiatr”
chciałem uniknąć słowa samego w sobie niespokojnego…
jednak w tym wietrze było coś, jakieś echo wydarzeń…

tyle się dzieje, że nie sposób nawet komentować…
spojrzałem więc w chmury – bo człowiek chyba jednak powinien szukać spokoju…
może to kwestia wieku zresztą, albo jakichś cech wrodzonych?
są ludzie, którzy poszukują niepokoju – i może dlatego wybuchają wojny?

a może są czasy wojny i czasy pokoju?

Starcy i dzieci

29 czerwca pojawiły się w mediach zapowiedzi kolejnych dobrych zmian, jakie zaprowadzi nowy rząd –
Szokujący pomysł PiS! Uderzy w seniorów? Specjaliści tłumaczą

Ośrodki dla seniorów mają zostać odseparowane od domów dziecka i pogotowi opiekuńczych. Taki pomysł mają politycy Prawa i Sprawiedliwości. Chcą zmienić obecne przepisy tak, by dzieci z placówek nie miały kontaktu ze starszymi osobami.

Członkowie partii rządzącej uważają, że styczność ze starością źle wpływa na rozwój emocjonalny dzieci. Stąd plan oddzielenia domów opieki od placówek dla dzieci. – Wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny – tłumaczą pomysłodawcy zmian.
Nowe przepisy miałyby zagwarantować, że kształtowanie postaw dzieci będzie bardziej odpowiednie niż teraz. “Fakt” rozmawiał na ten temat z kilkoma psychologami. Ich zdaniem, separacja najmłodszego i starszego pokolenia byłaby wielkim błędem. Na Zachodzie dąży się do tego, by dzieci przebywały z seniorami. Obie strony tylko korzystają na takich kontaktach. Zdaniem PiS, najwyraźniej nie.

EMS: Jestem pisarką, zapewne nie jestem predystynowana do tego, by takie sugestie komentować. Przywołam więc tylko teksty literackie, o których myślę nieustannie, odkąd przeczytałam to doniesienie.

Proza: Alphonse Daudet, Listy z mojego młyna, Staruszkowie (cytuję z wydania biblioteki lingwisty z 1921 roku, tłumacz nieznany)

Listy z mlyna 00-doppel

listyzmlyna-staruszkowie

Poezja I: Katarzyna Krenz, Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci Castelo de Vide, Convento de São Francisco
wiersz był już TU na blogu, ale muszę go przypomnieć Czytelnikom, po prostu muszę!

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

KK: No rzeczywiście, te teksty pasują, a ja mam jeszcze coś, czego nikt jeszcze nie widział, nie czytał. Bo otóż Roma Cielątkowska, po przeczytaniu mojego wiersza, tego portugalskiego z domu straców i niewidomych dzieci, napisała “Rewers” – tym razem z Ukrainy. Chyba  tym mocniejszy, że dzieci w tym “jej” domu były OPUSZCZONE, same! Bez rodziców, wychowawców czy choćby… staruszków. Projekt ustawy? Wszyscy czujemy podobnie, dlatego komentarz wydaje się zbędny. Może tylko jedna uwaga: pomysłodawcy tej ustawy nie dostrzegli, że jest to pomysł obusieczny, bo pozbawiając dzieci widoku starości, jednocześnie osieroconym, chorym i opuszczonym dzieciom zabiorą ostatnią szansę na bliskość.

Poezja II: Romana Cielątkowska: Rewers: Raport z wizyty w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci

Ławriw – klasztor Bazylianów, maj 2010

W Imia Swiatoj Trojcy,
Połoniny moje, otwórzcie swe ramiona
Cerkiew okopana z zewnątrz
i od środka.

Obnażone szczątki
i obdarzone rozpisy ścian
Samotna ikona bojkowa
czeka na odpuszczenie i ciąg dalszy – nieutulona.

Dotyk budynku zakonu
wbija się w cerkiew
posępnie.
Cisza, zamknięcie –
głuchoniemych cienie
i wołania szepty.
Niezborne rany
tych, co nie mogli się sprzeciwić i zapłakać.
Rynsztok łaziebny i
kłębowisko rusztowań łóżek
z paskami dla niepokornych
zalęgnięte w chłodzie suteryny
czekają wybawienia
spragnieni ciepła i płomienia świec.

Stoją tak obok siebie
puste:
Nienamodlona cerkiew
Dom
Dzieci

Świat równoległy z zielenią świetlistą
łąk umajonych, świergotem ptaków,
radosnym brzękiem pszczół,
opadających w ciepłym wietrze
bladoróżowych płatków kwitnących w sadzie
jabłoni i śliw –
udaje, jak co roku, że nic się nie stało…

Od Redakcji:

O Romie Katarzyna Krenz pisała TU we wpisie Odeszli, więc jeszcze tylko dodatkowa informacja: prawa autorskie do wiersza Romany Cielątkowskiej należą do jej córki – © Katarzyna Cielątkowska.

Reblog: Martha Walter

We already had here some reblogs from that wonderful blog by f.e. HERE. This time my sister Kasia, seeing pictures of our picknic “ladies for ladies” in Berlin send me that link writing:

Po prostu zobaczyłam te obrazy i pomyślałam: i nic się nie zmieniło. Są ludzie złej woli i w odpowiedzi na to pojawiają sią ludzie dobrej woli, a między nimi “oni” – uchodźcy, emigranci, tułacze. I to wszystko w nawiązaniu do Waszego piknikowego działania. Jakby nic się nie zmieniło: dzieci i rowerki, kobiety w chustach zatroskane o ciepło, chleb i dach nad głową.

IMG_6759

Our picnic on 1oth of July in Berlin with about hundred women living permamently in Berlin (mostly Poles) and about two hundreds of refugees women and their children. The soul of that event was Anna Alboth from Family without border.
Foto Jagoda Woźniak.

It’s About Time

Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights.

Tuesday, July 12, 2016

Immigration as seen by American Martha Walter 1875-1976

Landing Room at Ellis Island

America is a country of immigrants.  During the 20s, American Impressionist Martha Walter, known for her carefree beach scenes, painted powerful views of immigrants entering the United States. In 1922, Walter spent months painting what became her most celebrated images, a series of 36 works depicting the thousands of immigrants kept in detention on Ellis Island, awaiting entry into the United States. In contrast to her happy beach scenes, the Ellis Island paintings portray the harsh realities of immigrant family life, especially the trials of mothers and babies. The dreadful, crowded conditions inspired a group of 22 paintings that were exhibited that year in the Galerie Georges Petit in Paris.  The French government selected one for the permanent collection of the Musée de Luxembourg. The series subsequently appeared in 1923 at the Art Institute of Chicago.

 Just Off the Ship Ellis Island

Babies’ Health Station No 4

Babies’ Health Station No 14

Babies’ Health Station No 5

Babies’ Health Station

Babies’ Health Station


Czech Immigrants


Italian Section, Detention Room, Ellis Island

Italian, Jewish, and Yugoslav Mothers and Children Waiting

Italians in Detention Room

Jewish Mothers and Babies

Jews and Slavs Waiting

Just Off the Ship

Waiting Room

Crowded Detention Room

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Kasza, cukier, bluzka, klocek…

Krystyna Koziewicz

Oj, mamuśki, mamuśki

Impulsem do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami są moje obserwacje dziecięcego świata widziane okiem seniorki. Przebywam dużo z wnukami i widzę, że w miarę szybko otwierają się na rozmowy, wyrażają emocjonalnie własne zdanie, marzenia, plany. Tak naprawdę mają tyle do powiedzenia, że głowa mała. Nasze wspólne rozmowy zawsze traktujemy poważnie, niekiedy nie przyznaję racji, staram się korygować i popierać stanowisko mamy, taty, nauczycielki. Zaskakują mnie jednak niezwykle trafną krytyką życia dorosłych, którzy popełniają błędy na oczach dzieci. Jednak żadne z nich nie odważy się zabrać głosu w tej sprawie, kochają rodziców bezgranicznie, co nie znaczy, że bezkrytyczne. Z babcią jest inaczej… można powierzyć wszystkie tajemnice. I tym sposobem zmierzam do celu. Nie opisuję tutaj żadnych odkrywczych rewelacji, ale to co mnie zasmuca to naga rzeczywistość bez retuszu.

Otóż, co najmniej raz do roku podczas letnich wakacji zabieram wnuki do siebie do Berlina, żeby wiedziały i poczuły, że należę do ich rodziny. Nie są ze mną na co dzień, więc staram się rekompensować deficyty intensywnie przez dłuższy okres czasu.

Dzieci, oczywiście, cieszą się bycia z babcią, lubimy się, rodzice też mają wiele powodów do zadowolenia. Obcowanie w wielopokoleniowej rodzinie to skarb, dar losu, marzenie wielu ludzi. Nigdy nie zauważyłam, żeby dzieci cierpiały z powodu wakacyjnego braku najbliższych. Wręcz odwrotnie, cieszą się z poluzowania norm, zasad, jakie zazwyczaj obowiązują w domu, co wcale nie oznacza, że im na wszystko pozwalam. Wolności maja tyle, ile sprawia im radość, a mnie bez kłopotu przychodzi. Zawieramy rodzaj umowy, co im wolno, a czego nie, ta forma okazuje się skuteczna, wtedy dzieci doskonale wdrażają ustalone przepisy, bo je znają.

Dzieci bez rodziców czują się świetnie, już tak nie tęsknią, jak wtedy, kiedy jeszcze były małe. Po prostu czują luz, swobodę u babci, która pozwala im być sobą, prezentują się w całej krasie ze wszystkimi nabytymi umiejętnościami. Zdolne to pokolenie jest i dobrze wychowywane – trzeba przyznać.

No cóż, mamuśki z reguły są święcie przekonane o swojej racji odnośnie wychowywania i odżywiania dzieci. Przywieziono mi więc z Polski produkty ekologiczne, które mam wykorzystywać do babcinych potraw. Są kasze, słodycze, kisiele, suszone owoce (w lecie!) i warzywa na pierwsze dni pobytu. Ekologiczne, oczywiście. Przy okazji nasłuchałam się wykładu o szkodliwości jedzenia z tanich sklepów, przez co nabawiłam się wrażenia, że niedługo umrę z zatrucia i ze mną cały świat.

Wzięłam sobie do serca ostrzeżenia, jeśli chodzi o dzieci. No i zaczęło się… proponuję dzieciom na obiad warzywa z kaszą i cielęcinę w sosie śmietankowym . Dzieciaki zrobiły dziwną minę, pewnie nie zachwyciłam ich propozycją… pytam więc, co chciałyby na obiad?

– Babciu tylko nie warzywa… mamy dość marchewki, brokolii, cukinii, kalafiora, kaszy jaglanej, gryczanej, soczewicy… wymieniają nazwy kasz, niczym pracownicy ze sklepu spożywczego.

Nie będę zdradzać tajemnicy, z jakim apetytem wcinały moje obiadki, podwieczorki i śniadanka. Zawsze z dokładką, zwłaszcza zupy. To wszystko, co mama przywiozła pewnie zabierze z powrotem do domu.

A wcale się nie opychają słodyczami, od czasu do czasu rączki sięgają do koszyka ze smakołykami, które same sobie wybrały w sklepie. Je, ale nie jest żarłoczny.

dzieciatka

Ciekawe, bo w domu niejadek, a w przedszkolu, szkoda gadać. Przypomniałam sobie pewną przedszkolną wycieczkę do lasu. Pojechałam razem z nim, zabierając co nieco do plecaka. Inni rodzice też. Kiedy dzieci zasiadły do stołu pełnego rozmaitych potraw, mój wnuczek rzucił się na jedzenie, niczym pies do miski i zgarniał łapczywie wszystko, zapychając buzię. Byłam w szoku, nie wierzyłam, że dziecko może być do tego stopnia łapczywe. Zapytałam nauczycielkę, czy wnuczek w przedszkolu też się tak zachowuje? Potwierdziła, zjada wszystko, zawsze prosi o dokładkę i wyjada od innych dzieci niejadków pozostawione porcje. W przedszkolu wszystko mu smakuje, u babci też, a w domu? Niejadek!

Z mojej strony nie będzie puenty, proszę samemu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego?

P.S. (od Autorki) Ponoć seniorzy mają negatywny wpływ na dzieci i młodzież – czytam ostatnio w prasie polskiej. Głupich stwierdzeń jakiegoś idioty pewnie bez własnej rodziny, oderwanego od świata realnego nie mam zamiaru komentować.

P.S. (od Redaktorki) Zawsze to samo – fanatyzm w sprawie dobrego jest nadal fanatyzmem. Jestem za tym, żebyśmy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, jedli zdrowo. Jestem za tym, żebymy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, nosili ekologiczną odzież, bardzo bym była za tym, żebyśmyto  lub tamto… Ale bardzo nie lubię fanatyzmu, nawet w najlepszej sprawie…