W Kaliningradzie czyli Królewcu

Jednak są dżentelmeni na świecie! Gdy napisłam, że autorzy blogowi mi się porozjeżdżali na urlopy albo nawet – popadli w lenistwo, odwrotną wręcz pocztą z Monachium i z Australii przybyły dwa wpisy, od Zbycha i od Lecha.  W kolejności w jakiej nadchodziły wpisy, zostaną natychmiast wchłonięte przez adminkę. Zbych dziś, Lech – jutro! A przy okazji – jakie świetne teksty. Dziękuję, Panowie!

Zbigniew Milewicz

Cztery dni śledzia

W więziennej grypserze śledź to policjant prowadzący przesłuchanie, a w mojej – osobistej także reporter, który za czymś chodzi, nawet jeżeli dokładnie nie wie za czym. Zaczął mój pies, tak długo szczekał, warczał, a później dla odmiany skomlał i przymilnie łasił się do mnie, że wreszcie mu uległem. Była to ruska sobaka, która mi od dawna w duszy siedzi i kiedy jej nie nakarmię, przynajmniej od czasu do czasu, wyje, jak głupia.

W Kaliningradzie nigdy jeszcze nie byłem, choć on blisko, za miedzą. Z Berlina, w linii powietrznej to 527 kilometrów, a z Gdańska, drogą S22 tylko 163. Jadę ze Śląska, na polski, świeżo wydany paszport, z wizą, która zezwala mi na dwutygodniowy pobyt w Rosyjskiej Federacji. Dzięki szybkiemu pociągowi Pendolino droga na Wybrzeże zajmuje zaledwie 5,5 godziny, stamtąd do celu podróży pojadę dłużej, choć odległość będzie prawie trzykrotnie mniejsza. Gdański dworzec PKS jest komfortowo zlokalizowany na tyłach kolejowego, mam godzinę do odjazdu autobusu, starczy jej na odnalezienie salonu Orange i na zarejestrowanie mojej starej karty telefonicznej prepaid. Słowem wychodzę z cienia anonimowych abonentów i w duchu obowiązującej od 25 lipca ustawy antyterrorystycznej włączam  się do walki z międzynarodowym złem.

Kupuję kanapki na drogę i Wyborczą, w której na temat tej rejestracji czytam, że jeżeli mimo wszystko chcemy zachować anonimowość, wystarczy wejść na jeden z serwisów ogłoszeniowych i wyszukać zarejestrowane karty SIM. Ceny zaczynają się od 20 zł. za sztukę. Przepisy nie wprowadzają żadnego ograniczenia w ilości kart, które mogą być zarejestrowane na jedną osobę (…) Czy legalne jest sprzedawanie zarejestrowanych kart? Urząd Komunikacji Elektronicznej wyjaśnia, że przepisy nie regulują tej kwestii, podobnie, jak dalszego ich anonimowego zakupu, a więc delikatnie mówiąc nowa ustawa nie ma merytorycznie większego znaczenia. Obowiązek rejestrowania wszystkich abonentów sieci telefonicznych istnieje m.in. we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Danii i Indiach, ale szereg krajów nie zdecydowało się na jego wprowadzenie, albo z niego zrezygnowało, ponieważ doprowadził on do upowszechnienia kradzieży numerów oraz tożsamości, przez co niewinne osoby miały później problemy z wymiarem sprawiedliwości. Inaczej mówiąc, rejestracja stała się raczej mirażem, niż gwarantem bezpieczeństwa.

Ruch autobusowy między Gdańskiem i Kaliningradem obsługują wyłącznie rosyjscy przewoźnicy, w sezonie letnim mają po trzy kursy dziennie i bilet kosztuje 50 złotych w kasie PKS, albo czterysta kilkadziesiąt rubli u kierowcy, ale on bierze zwyczajowo pięćset od łebka. Parze młodych Niemców, którzy widocznie nie po raz pierwszy podróżują tą linią, nie podoba się ten zwyczaj, próbują coś wynegocjować u wąsacza za kierownicą, ale ten gotów jest tylko ich wysadzić za najbliższym skrzyżowaniem. Przed odjazdem jeszcze raz sprawdza bilety wszystkim pasażerom i interesuje go, czy są w autobusie Ukraińcy. Jakaś blondynka w średnim wieku podnosi niepewnie rękę, wąsacz zatrzymuje na niej wzrok. Pyta o innych innostrancow, melduje się para drobiazgowych Niemców, jakiś Litwin i ja, jeden Polak. Reszta pasażerów to Rosjanie, pracujący w Polsce, w przygranicznej strefie, albo jeżdżący tam w interesach. W Elblągu wsiada polski biznessman w koszuli od Bossa, bermudach i oryginalnych adidasach, z dwoma smartfonami  i kilkoma puszkami piwa, który przez całą dalszą drogę  będzie prowadził głośno i wyraźnie  ważne rozmowy handlowe z branży motoryzacyjnej. Głownie po polsku, ale i – trzeba mu przyznać – całkiem poprawnie po rosyjsku.

Przez przebudowę drogi między Gdańskiem i Elblągiem, na granicę polsko-rosyjską w Gronowie-Mamonowie docieramy z dwugodzinnym opóźnieniem. Na przejściu pusto, mały ruch graniczny dalej zawieszony z woli polskich władz,  wyłącznie na Ukrainę można po staremu jeździć. Polscy pogranicznicy sprawdzają  dokumenty podróżne, bagaże zainteresują dopiero Rosjan, po  odprawie paszportowej. Są profesjonalnie skrupulatni, ale uprzejmi, nie widzę tej typowej dla poprzedniego systemu, ostentacyjnej demonstracji władzy, której doświadczyłem jeszcze dziewięć lat temu w podróży do Moskwy i na Daleki Wschód. Kilku pasażerów, w tym polski handlowiec, musi otworzyć swoje walizy, parę z nich dodatkowo obwącha owczarek z ekipy antynarkotykowej, jest w porządku, możemy jechać dalej.

W hotelu Berlin, położonym wygodnie blisko dworca autobusowego, pojawiam się późnym wieczorem. Moja rezerwacja tutaj stoi pod znakiem zapytania, bo właściwie jej nie mam. Aby uzyskać wizę, katowickie biuro pośrednictwa drogą elektroniczną zapewniło mi w Berlinie pobyt, ale kiedy dostałem stempel, anulowało voucher. Tak zwyczajowo postępujemy, na pewno znajdzie Pan sobie sam coś lepszego, tańszego – powiedziała miła pani z biura przy odbiorze zawizowanego paszportu. Kiedy stwierdziłem, że na pięć minut przed podróżą na pewno już niczego nie znajdę, solennie obiecała mi przesłać smsem parę dobrych adresów noclegowych w Kaliningradzie, ale się tego nie doczekałem. Świecę więc oczami przed hotelową recepcjonistką, tłumaczę całą historię i okazuje się, że kobieta doskonale wszystko rozumie i nie muszę się denerwować. Rezerwacja online była dla mnie po 25 Euro za noc, czyli niezbyt drogo, za tyle nie może mi niestety teraz sprzedać pokoju, ale ze zniżką dla seniora, za 31 Euro się da. I jak tu takich dziewczyn nie lubić. Pokój jest dwuosobowy do mojej dyspozycji, z telewizorem, lodówką, klimatyzacją i węzłem sanitarnym, czyściutki, przestronny. Tylko pobliska, hałaśliwa jak się niebawem okaże, stacja części zamiennych do transportu miejskiego działa do późna w nocy i wcześnie rano zaczyna pracę, ale nie ma róży bez kolców.

Nazajutrz rano pogoda się już psuje, zamiast słońca, które towarzyszyło mi w drodze, leje. Przygotowany i na taką opcję, ruszam w miasto, autobusem za 18 rubli, które kasuje, jak za dawnych, dobrych czasów w Polsce, konduktorka. W metrze i autobusie charakterystyczny zapach pochmielija – pisał w jednej ze swoich reporterskich opowieści o Rosji Mariusz Wilk. Niestety nic nie czuję, może się coś zmieniło w mentalności Rosjan, a może to przez tych parę wódek, które wczoraj sam łyknąłem wieczorem przy kolacji, w hotelowym barze. Na mieście wiszą jeszcze plakaty z jubileuszu siedemdziesięcioleciolecia kaliningradskoj oblasti, który świętowano zasadniczo w lipcu tego roku. Obchody zaczęły się jednak już w lutym, od Święta Długiej Kiełbasy, najsmaczniejszej, zimowej zabawy, kiedy to oprócz poczęstunku na gości czekały m.in. wystawy lalkarzy i konkursy karnawałowych przebierańców, uliczni artyści i ludowi twórcy. W kwietniu odbył się Dzień Śledzia (jednak jestem w kursie) w Muzeum Światowego Oceanu, kulinarna orgia i zarazem degustacja wszelkich możliwych rybnych smaków. W maju –  Międzynarodowy Festiwal Sztuki „Bałtyckie Sezony“ i Międzynarodowa Wystawa Turystyczna „Pro Turyzm 2016“, później m.in. Dzień Rybaka i Ogólnorosyjskie Młodzieżowe Forum Oświatowe „Bałtycki Artek – 2016” oraz liczne zawody sportowe i festiwale piosenki. Organizatorzy obchodów adresowali je w równym stopniu dla miejscowych mieszkańców, jak i dla turystów z zewnątrz, którzy zjechali nie tylko z całej Rosji, ale i z Zachodu, głównie z Niemiec, i zasilili zawsze głodny, miejski budżet.

Niemcy odbywają swoje sentymentalne podróże na ziemie, które zamieszkiwali niegdyś ich przodkowie, od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r., kiedy to obszar Królewca przestał być strefą militarną, całkowicie zamkniętą. Kurt z Wuppertalu, któremu pomagam kupić piwo w hotelowym barze, już po wieczornym zamknięciu, ma wizę rosyjską tylko na trzy dni. Dziarski 77-latek zaplanował sobie, że w tym czasie dotrze swoim terenowym samochodem na koniec rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej, na granicę z Litwą, gdzie się urodził. Popatrzy, zrobi zdjęcia, weźmie do auta trochę tamtej ziemi, pooddycha znowu tamtym powietrzem, którego nie zapomniał od dzieciństwa i wróci do Niemiec. To jest jego pierwszy przyjazd do Königsberg i chyba ostatni. Nie chce opowiadać o gehennie wypędzenia, musi zachować siły na podróż, powie mi tylko, że wtedy, w drodze na Zachód, którą odbywali pieszo, zmarła mu mama i młodsza siostrzyczka. Jak znajdzie swój rodzinny dom? Ma wszystko zapisane i w pamięci, samego domu już pewnie nie ma, może ta wieś też już nie istnieje, ale musi to miejsce jeszcze raz w swoim życiu zobaczyć. Najważniesze, żeby mu pozwolili tam dojechać, to jest strefa nadgraniczna. Życzę mu tego z serca.

Starej, wojskowej twierdzy Königsberg praktycznie już nie ma. Powstała w XIII w., na ziemi, należącej do pogańskich Prusów, których wyciął w pień Zakon Krzyżacki (przypomnijmy, że jego pełna nazwa brzmiała Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), po tym jak książę Konrad I mazowiecki podarował im łaskawie ziemię chełmińską. Siedem wieków później lotnictwo brytyjskie bombami fosforowymi spaliło centrum miasta. To, co ocalało, zniszczyła Armia Czerwona wiosną 1945 roku, w czasie szturmu na Królewiec. Na mocy postanowień Konferencji Poczdamskiej miasto wraz otaczającym je rejonem zostało przekazane Związkowi Radzieckiemu i otrzymało nazwę Kaliningrad, na cześć nieżyjącego, bliskiego współpracownika Stalina. Ruiny centrum zostały rozebrane na cegły, które wykorzystano do odbudowy radzieckich miast, zniszczonych w czasie wojny. Nowym gospodarzom brakowało pomysłu na to miasto, w latach 50 rozważano nawet koncepcję, czy nie przekazać go zaprzyjaźnionej NRD, ale zostało. W latach 60 powstały pierwsze, kilkupiętrowe budynki z prefabrykatów, według typowych projektów, co upodobniło Kaliningrad do wielu innych miast ZSRR. Nie do końca wszakże, bo zostały tam liczne pamiątki przeszłości.

Z pożogi wojennej ocalały m.in. dawny główny dworzec kolejowy, siedem miejskich bram Królewca i neogotycki kościół Świętej Rodziny, którego osobliwością było, że odprawiano w nim ceremonie ślubów i chrzcin, ale nigdy pogrzebów. Ostały się: część z siedmiu mostów nad królewiecką rzeką Pregołą, Königsberger Dom w Kneiphof i wreszcie grób najsłynniejszego mieszkańca miasta, uznawanego za ojca filozofii klasycznej, Emanuela Kanta. W roku 2005 jego imię otrzymał Kaliningradzki Uniwersytet Państwowy, mieszczący się na dawnym Placu Paradnym, w odbudowanym z wojennych zniszczeń gmachu nowej Albertiny, najstarszego, XVI wiecznego uniwersytetu Prus, w którym Kant nauczał.

W Królewcu pełno jest miejsc z cytatami wybitnego myśliciela, głównie po rosyjsku, jeden, umieszczony na ławeczce, przed wejściem do ZOO, zwrócił moją szczególną uwagę.

kantklein

“Postępujcie tak, aby każdy wasz uczynek mógł być potraktowany, jak obowiązująca wszystkich reguła”. Immanuel Kant

Ale będę szczery, nie dla Kanta przyjechałem nad Pregołę, a może właśnie na odwrót, właśnie dla jego Krytyki czystego rozumu.

kant2kleinZ Saszą, która mieszka w niedalekim Czerniachowsku, znamy się z internetu i przyjaźnie korespondujemy już ładnych parę lat, więc pora poznać się osobiście. Ma parę godzin wolnego czasu, przyjedzie do Kaliningradu. Wiekowo mogłaby być moją córką, ale przecież nie jest, występuje w jednym z lepszych zespołów folklorystycznych kaliningradskoj obłasti, ma rozpiętość głosu od altu poprzez mezzosopran do sopranu i w związku z tym często śpiewa partie solowe. Łączą nas więc między innymi pasje muzyczne. Z wykształcenia jest pedagogiem, pracuje w handlu, prywatnie – matka dwóch dorastających chłopców. Zapraszam ją na obiad do stylowej restauracji niedaleko centralnego Placu Zwycięstwa, pod nazwą Sało i borschch. Karmią znakomicie, głównie po ukraińsku, na odchodnym słyszymy do pobachenija, a więc rosyjski wróg publiczny nr 1 jest wszechobecny i nie zamierza się ukrywać w jakichś zakamarkach.

Mam ochotę skoczyć na dzień-dwa do St. Petersburga, to przecież zaraz za rogiem. Niestety, z Kaliningradu odchodzi tam tylko jeden pociąg na dzień, a podróż trwa (trzymajcie się) 25 godzin i na najbliższy tydzień biletów wolnych brak. Na dworcu kolejowym działa agencja lotnicza, jest jeszcze jedno wolne miejsce na jutrzejszy lot nad Newę, ale kosztuje on… 41 tysięcy rubli, przy dalszych przelotach np. do Moskwy, za które płaci się tylko 4 tysiące. Umom Rossii nie ponjat`… przypomina mi się wiersz poety Tiutczewa. W czwartym dniu kończę więc pobyt w mieście nad Pregołą i autobusem, trzymając cały czas paszport w zębach (bo bez niego nie sprzedadzą ci w Rosji biletu do autobusu, a kierowca nie wpuści do środka ) dojeżdżam do Gdańska, gdzie kończy się akurat Jarmark Dominikański. Docieramy tam niestety także z kilkugodzinnym opóźnieniem, przez rosyjską turystkę, przyłapaną na próbie przemycenia przez polską granicę trzech kartonów papierosów. Nie miała czym zapłacić kary i gdyby nie przyszedł jej z pomocą jakiś jej młody zjemjlak, który w ciemno zgodził się założyć kasę, pewnie do dzisiaj tkwiłbym w Gronowie.

Wehikuł czasu

Ewa Maria Slaska i Róża Gałecka

Jedno z tych spotkań…

których się nie spodziewasz, a które na długo zapadną ci w pamięć. Jestem w Sopocie, mój przyjaciel Krzysztof podjeżdża po mnie samochodem.

Pojedziemy do mojej kuzynki, mówi.
Ależ oczywiście, odpowiadam, bo ja zawsze odpowiadam, że ależ oczywiście, jeśli mam się z kimś spotkać, o kim nic nie wiem.

Wjeżdżamy na ulicę Polanki, skręcamy w prawo, w lewo… Dzwoni komórka, odbieram, Lidia, omawiamy wpis na niedzielę, a w międzyczasie Krzysztof i ja wchodzimy do jakiegoś domu, na schodki, do sieni, dzwonimy, ktoś otwiera, no tak mówię, w piątek muszę mieć materiał, witam się, to Ewa Maria Slaska, mówi Krzysztof, koniecznie w piątek, mówię, bo potem nie wiem, czy będzie łącze z internetem, zasadniczo wciąż nie ma, dzień dobry, przepraszam, to pa, na razie i …

Och!

Nie wiem, jak się to stało, ale nagle jestem w pokoju mojej teściowej przed 50 laty, w Poznaniu, gdy obie z Ewą (tą drugą Ewą Marią Slaską, choć wtedy to ona była ta pierwsza, a ja się nazywałam Ewa Bogucka) właśnie zaczynałyśmy studia, ale jestem też na tak zwanej “Batorówce” we Wrzeszczu na ulicy Batorego, w pokoju prababci, ponad 60 lat temu…

hortensjeroza

Jest jednak inaczej, bo u Teściowej i Prababci wszędzie na ścianach wisiały obrazy, ale tu są po prostu wszędzie. Martwe natury, krajobrazy, morze, łodzie, drzewa, ulica w deszczu, tu czerwony parasol, a tu zielony…

lustroroza

Róża maluje, mówi Krzysztof, i pisze wiersze…

Jestem oczarowana, oszołomiona, szczęśliwa, ale też chce mi się płakać. Czegoś mi nagle brak, czegoś żal, żebym ja tylko wiedziała czego… Wiem, że to moja wina, coś zaprzepaściłam, coś przepuściłam przez palce, coś mi uciekło… Już nie piszę wierszy, już nie jestem dobra, już nie wierzę, że można się doskonalić… Ach, bzdury tu wypisuję, każdy ma inne życie, nie mogę mieszkać w takim pokoju, nie mogę mieć takiej wiary i ufności w spojrzeniu, nie mogę… bo ja muszę coś innego, dokądś się muszę spieszyć, coś muszę załatwić… Biegiem, biegiem, umrę w biegu…

Ale teraz, przez chwilę jestem w tym dziwnym miejscu, w pokoju Bzowej Babuleńki, wyniesiona poza czas i miejsce…

Na fotelu w czarodziejskim pokoju u Róży…

kubekroza

Róża Gałecka

Obłoki

Owiewają mnie obłoki
i nie wiem czy one
spływają do mnie
czy podnoszą mnie wzwyż
zbyt lekkie by dotknąć ich słowem
a tak dotykalnie obecne
że przedmioty tracą
swą tożsamość
by w nich się roztapiać

światów przenikanie
trzymam w dłoni
jak bezradny pędzel
przed pustą sztalugą
która prosi o obraz
jak nie napisany wiersz
który prosi o słowo

 

Reblog z siebie samej (2)

Lato, komputery szczerzą zęby, jak się do nich podchodzi, do internetu droga długa i wyboista (dosłownie – ale za to pełna grzybów), autorzy, naprawdę, po prostu leniwi, choć niektórzy używają na określenie swego lenistwa wyrafinowanych sformułowań w stylu – źródło inwencji przypominać ma wyschniętą kuciapkę! – a tu człowiek nieprzezorny czyli ja, nie przygotował sią na taką okoliczność. Uprzedzam więc, że do końca wakacji (czyli do najbliższej niedzieli) jak ktoś czegoś nie przyśle, będą same odgrzewane kotlety… Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że o ach, sięgnę po tekst, który opublikowałyśmy pięć lat temu na naszym wspólnym wesołym, rodzinno-kulinarno- literackim blogu pt. Jak udusić kurę... Zajrzałam więc, by sprawdzić, cóż tam tego dnia było i znalazłam informację, że 24 sierpnia pięć lat temu też była środa (dla tych, co znają się na kalendarzu nie jest to pewnie wielkie zaskoczenie, po prostu dwa razy rok przestępny w międzyczasie, ale miło), a ponadto okazało się, że tego dnia ukazał się mój własny wpis (trudno, myślałam, że będzie czyjś, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota – mój) i to na temat INWENCJI!

Dedykuję więc ten wpis autorowi, który narzeka, że mu wyschło źródło inwencji 🙂

Ewa Maria Slaska

Inwencje

Czasem bywa tak, że nie wstanę z łóżka, dopóki nie wiem, jak się ubiorę. Niekiedy, zwłaszcza jeśli mają być goście na obiedzie, dopóki nie wiem, co ugotuję. Mam dobrą pamięć, wiem więc, co miałam na sobie trzy lata temu, kiedy po raz ostatni spotkałam się z panią Profesor, która ma dziś przyjść na obiad, i co jadłyśmy. Nawet po 20 latach pamiętam pewien poranek, kiedy przed wstaniem wymyśliłam tort jarzynowy na wegetariańskie urodziny. Teraz doszedł mi jeszcze ten blog. Też nie wstanę bez inspiracji. Jedna z autorek wczoraj się wypowiadała, druga, po powrocie z urlopu wpadła zapewne w wir pracy i nic nie podesłała, ewidentnie to moja kolej, żeby coś napisać o poranku. Długo zatem nie mogłam wstać, przerzucając w głowie inspirujące książki i inne pomysły, aż zerwałam się niemal z okrzykiem, gdy przypomniałam sobie, że przecież już od dawna chciałam coś napisać o Louise Erdrich (nie ma o niej wpisu w polskiej Wikipedii), znakomitej etno-amerykańsko-indiańskiej pisarce z Minneapolis, która pisze po prostu rewelacyjnie, a o której istnieniu dowiedziałam się od Inspiratorki tego blogu (chwała jej za to!).

Gdy w zeszłym roku przyznano Nobla literackiego Hercie Müller, cieszyłam się oczywiście, bo kobieta i pisarka poniekąd etniczna, a na pewno emigrantka i jeszcze na dodatek dość młoda (są z Erdrich równolatkami), ale byłam zdania, że wszystkie (WSZYSTKIE) te cechy znaleźli by i u Louise Erdrich, a to moja prywatna i bezkonkurencyjna kandydatka do ataku na ten niemal męski szaniec, jakim jest Nobel, forteca, gdzie co pewien czas zapadają wprawdzie przedziwne decyzje dotyczące talentu, wieku, pochodzenia narodowego i, rzadziej, płci nagrodzonych autorów, ale która w moim pojęciu nadal jest męska i zależy od produkcji dynamitu do celów wojennych.

Właściwie to wcale mi na tym Noblu dla moich ulubionych pisarzy nie zależy, Lorca nie dostał Nobla, Rilke też nie, dostał za to sto lat temu pewien niemiecki pisarz, Paul Heyse, o którym nawet Niemcy nic nie wiedzą.

Wróćmy jednak do naszych baranów. Kilka powieści Erdrich pojawiło się już po polsku, i coś tam pewnie da się kupić w internecie, choć pobieżna kontrola wykazała, że w amazonce był w ofercie “Klub śpiewających rzeźników” za złotych polskich 7, jednak “towar” okazał się niedostepny. Ale to nieważne, moja inspiracja kulinarna i tak pochodzi z ostatniej, nieprzetłumaczonej powieści Erdrich, “Shadow Tag” (2010). Mąż przygotowuje na kolację suflet z sera, świeżą bagietkę i sałatę z młodych liści szpinaku z gruszkami. Do tego lekko schłodzone białe wino. Według norm stosowanych na tym blogu to menu na pewno świadczy o tym, że Erdrich zapewne umie gotować, a bez wątpienia, wie jak komponować posiłki.

Poczatkującym w gotowaniu pannom powiem, że suflet z sera to najwyższa szkoła jazdy i nie należy się przerażać, jeśli nie wyjdzie. podpowiadam więc na wszelki wypadek, że w tej pięknej, lekkostrawnej kolacji o literackich inspiracjach, suflet spokojnie można zastąpić omletem z serem.

A więc suflet: Ubić trzy białka na najsztywniejszą pianę pod słońcem. Dodać szczyptę soli, 100 gramów drobno pokruszonego sera typu lazur, 3 żółtka, łyżkę miękkiego masła osełkowego. Formę szklaną posmarować masłem, posypać delikatną bułką tartą. Wlać masę na suflet do formy, ostrożnie wstawić do nagrzanego do 180° pieca, zapiekać ok. 45 minut, cały czas się modląc. Wyjąć i natychmiast podawać na stół!!!!

Uwaga z 24 sierpnia 2016 roku:

Wpisy na tamtym blogu, a był to blog dla (umownie traktowanych) Panien, prowadzony przez Panny (i Lecha!), zawsze zawierały jakiś przepis (najczęściej kulinarny, ale bywało, że dotyczył np. sprzątania), a kończyły się zawsze zagadką literacką. Tego dnia zagadka brzmiała:

Literatura polska też ma w swych rejestrach pisarza indiańskiego pochodzenia. Mieszkał w Trójmieście, bywał nawet u nas w domu i w albumach rodzinnych pozostało zdjęcie mężczyzny we wspaniałym pióropuszu.

Co to za pisarz, co napisał, jakie są jego indiańskie korzenie?

***

Zagadkę bezkonkurencyjnie wygrała Panna o ksywce: Frusty.

Pisarz z zagadki to Stanisław Supłatowicz zwany po indiańsku Sat-Okh – Długie Pióro, pisarz, artysta i gawędziarz.

Podaję linka do pracy magisterskiej na temat Sat-Okha. Niesamowita postać : )

http://www.indianie.eco.pl/litera/sat-okh1.html

Jego twórczość:

* “Ziemia słonych skał” (1958)

* “Biały mustang” (1959)

* “Dorogi schodjatsja” (w jęz. ros., wspólnie z Antoniną Leonidovną Rasulovą) (1973)

* “Powstanie człowieka” (1981)

* “Fort nad Athabaską” (wspólnie z Yackta-Oya) (1985)

* “Biały Mustang.Baśnie i legendy indiańskie” (1987)

* “Głos prerii” (1990)

* “Tajemnica Rzeki Bobrów” (1996)

* “Serce Chippewaya” (1999)

* “Walczący Lenapa” (2001)

Zdjecia Sat-Okha w tym miejscu:

http://www.huuskaluta.com.pl/sat_okh/index.php

Ach, jeszcze dopowiedzenie o jego indiańskich korzeniach cytatem:

‘Urodził się, jak sam twierdził, w “ukrytej wiosce” Indian w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie. Był synem Polki, nauczycielki i uciekinierki z Syberii, Stanisławy Supłatowicz, oraz Leoo-Karko-Ono-Ma (Wysokiego Orła) – Indianina, wojennego wodza plemienia Shawnee (Szawanezów, Szaunisów).’

Pozdro! Hawk!

A tu cytat z Louise Erdrich z “The Painted Drum” z poprzedniej kuchni Ewy (wisiał na ścianie, przepisany ręcznie przez Pannę Inspiratorkę) od kilku lat stale mi towarzyszy… Dziękuję za niego :-)))

“Life will break you. Nobody can protect you from that, and living alone won’t either, for solitude will also break you with its yearning. You have to love. You have to feel. It is the reason you are here on earth. You are here to risk your heart. You are here to be swallowed up. And when it happens that you are broken, or betrayed, or left, or hurt, or death brushes near, let yourself sit by an apple tree and listen to the apples falling all around you in heaps, wasting their sweetness. Tell yourself you tasted as many as you could.”

Z książki nie wydanej

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Ewa Maria Slaska

Umarła

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Minęło 20 lat. (Uwaga – tekst napisany był rok temu – przedwczoraj minęło 21 lat)

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku. Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe, w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Reblog z siebie samej

Nie ma łącza, robię co mogę, reblog tekstu sprzed 3 lat

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
xxxxxxxxxxxxxxxxxautor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Reblog: Sardynia

Jacek Pałasiński

14 sierpnia 2016

W oczekiwaniu na prom wjechałem na malownicze wzgórze na wschód od Porto Torres. Wpatrywałem się w wyraźnie nakreśloną linię horyzontu: na dole ciemny błękit, urozmaicony pojawiającymi się i znikającymi białymi kędziorkami fal, a powyżej nieśmiało zabarwioną na niebiesko biel. Lubię się wpatrywać w morze; dostarcza mi to cichej rozkoszy. Coś mi jednak w tym niezmiennym krajobrazie przeszkadzało, wytężyłem wzrok: ależ tak, to była Korsyka, jeden z najpiękniejszych fragmentów lądu, jaki znam. Ledwie-ledwie poszarzała biel nieba.

Moja sardyńska przygoda dobiega końca. Jeszcze kilka godzin i zaokrętuję się na prom, który, opływając Korsykę od Zachodu, zawiezie mnie do Genui. Jednego wnuka wcześnie rano odprawiłem na samolot, drugi został oswajać się z morzem i plażą; na razie się ich boi, ale z każdym dniem coraz mniej. Młode pokolenia uczą się mówić. Co powiedzą, jak już się nauczą? Coś mądrego, dobrego, czystego? Czy jak zwykle?

Niewiele się naużywałem, bo głównie siedziałem w ciemnej dziupli (bo chłodniej) i pisałem. Raz poszedłem na piękną plażę, by utwierdzić się w przekonaniu, że odkąd ludzkość wynalazła baseny morze jest raczej do oglądania. Były ogromne bałwany, zanurzyłem nogi, wiatr wypiaskował mi twarz jak z kerchera i uznałem, że dosyć. Zadawałem się natomiast z ciekawymi ludźmi z najmniej rozwiniętej części wyspy, może lepiej: z jednej z wielu zaniedbanych części tego skrawka Unii Europejskiej. W Polsce takiej biedy nie ma; a tu – są z nią za pan brat od stuleci. Biednie, brzydko, niezbyt czysto. Drogi jak zbombardowane. Po środku krzywo wybetonowane kanały; to pewnie nad rurami od metanu. Z jakichś powodów w całym kraju kładzie się je pod szosami, rujnując doszczętnie nawierzchnię. Firmy, które wygrały przetarg zapewne zobowiązywały się do naprawienia szkód, ale nich ich nie sprawdzał, nikt nie wymagał. Ogólnowłoski slogan, zawieszony na płotach, odgradzających rowy, ryte w jezdniach brzmiał: „E’ arrivato il metano azzurro” – „Nadchodzi błękitny metan”. Błękitny nie jak metan, ale jak kolor Włoch… Zrujnowali drogi w całym kraju. Gdzieniegdzie już się z tym uporali, bo to w końcu 20 lat, jak kładą te rury, ale nie na Sardynii; tu jest bieda. Zadekretowana, utrwalona tradycją, niezmienna bieda’ była jest i będzie, nie warto o nią kruszyć kopii.

Może dlatego sardyńskie miasteczka, te które leżą wewnątrz lądu należą do najbrzydszych nad całym Morzem Śródziemnym. Brzydkie i przygnębiające. Zwłaszcza w zestawieniu ze splendorem cudnego i czystego morza i majestatem wszelkiego rodzaju gór. Z Sardynii był prezydent Francesco Cossiga, był sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej Enrico Berlinguer; nic nie zmienili. Na Sardynii jest bieda i już. Wyciąga rękę do państwa, a państwo daje od niechcenia, byle co i byle jak; w końcu to niewielki region Italii, z dala od kontynentu, przynosi więcej kłopotów niż zysków.

Koło 1800 roku król Sardynii i Piemontu wydał bezterminowe koncesje na wydobycie z tutejszych gór ołowiu i cynku firmom francuskim i belgijskim. Przez 150 lar zamieniono tutejsze góry w szwajcarski ser, wyryto setki kilometrów sztolni i korytarzy. Przy udziale Polaków, dodajmy; po Pierwszej Światowej internowanych jeńców, po Drugiej Światowej z ochotników ze śląska. Ostatni polski inżynier i górnik zginęli tu, kopiąc sztolnię, nie dalej jak 15 lat temu.
Z całego tego wydobytego stąd bogactwa nic nie zostało na Sardynii. Nie budowano dróg; tylko kolejki do wywożenia surowca w pobliże morza; tam stawiano piece, które z grubsza oddzielały surowiec od skały. Najpierw kobiety stwardniałymi rękami to rozdzielały na taśmie, a potem podpływały małe łodzie, zabierały nieforemne wytopki i przewoziły na łodzie większe. Te odbijały, załadowane, w kierunku jeszcze większych a te z kolei w kierunku dalekich portów, ale nie sardyńskich. 1500 osób zginęło w tych kopalniach w niespełna 150 lat. O: ojciec Bruna, ojciec Sergia… W tych kopalniach Sardyńczycy się rodzili tu pracowali i tu umierali. Żeby się nie buntowali, budowano im kaplice, szkoły i boiska; kopalnia dbała o wszystkie elementarne potrzeby rodzin pracowników. Zarobki były głodowe, ale były, a gdzie indziej nie było nic. Nie ruszali się spod swoich chałupek, byle jak postawionych w pobliżu kopalń, bo po co? Ginęli, to ginęli, chorowali, to chorowali; takie sardyńskie życie, jedyna alternatywa to paść kozy, ale kozy kosztują; trzeba je kupić albo odziedziczyć…

W 1950 r. zasoby się wyczerpały i zagraniczne spółki kopalnie zamknęły. Całe pokolenie Sardyńczyków nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Państwo usiłowało przez 20-30 lat utrzymać nierentowne kopalnie przy życiu, potem powiedziało „pas”. No i koniec. Pozostały podziurawione jak robaczywy grzyb góry i setki okropnych struktur hutniczych, pobudowanych bezpośrednio na brzegu morza. Skruszały, leżą w gruzach. Całe miasteczka zostały porzucone, albo nie ma po nich śladu, albo, tu i ówdzie sterczą w niebo jeszcze jakieś ruiny.

W trosce o piękno środowiska zakazano budować struktur turystycznych. Z troski o środowisko. To największe bogactwo tej przecudnej ziemi leży odłogiem, jest brudnawe i zasyfione, ale środowisko triumfuje. Tylko na Północnym Wschodzie – Golfo degli Aranci, Porto Rotondo, Porto Cervo – kiedyś ze względów politycznych dano te ziemie w pacht Adze Khanowi; dziś to raj milionerów z Rosji, Berlusconiego, Mirka i jego Topolanka i innych snobistycznych bogaczy lub znajomych bogaczy. Ja nie sądzę, żeby tamte tereny straciły na tej koncesji. Sądzę, że jeśli władze regionu chcą chronić środowisko, to niech zaczną od sprzątania, od bonifikacji tysięcy czynnych jeszcze zbiorników zatrutych arszenikiem, tlenkami aluminium czy innymi chemikaliami, które każdej wiosny, kiedy i tutaj, nad tę suchą ziemię przychodzi deszcz, przelewają się, tworząc ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców, dwu i czteronożnych, a także dla roślin.

Pewnie, nie można powtórzyć dzikiej gonitwy do cementowania plaż, jak to miało miejsce w Hiszpanii, poważna władza powinna umieć sobie z tym poradzić. Ba, poważna władza…
Jakimś cudem, mimo panującego zakazu, ten i ów dostaje zezwolenie na budowę „mieszkaniową”, tj mini-domki szeregowe, po 50 m2 każdy, na dwóch piętrach i ze schodami, które liczą się do metrażu. Można taki kupić już za 100 tysięcy euro. Chętnych nie brakuje. Ale zaraz potem odkrywa się, że tu nie ma wody, więc trzeba ją zamawiać w wielkich bidonach za słone pieniądze. Potem okazuje się że domki stoją na piasku, więc mają tendencję do wyłamywania się z „szeregu”. I że są wykonane tak tandetnie, że nie mija rok, a trzeba całość znów tynkować od zewnątrz i wewnątrz. Sporo jest takich osiedli-widm porzuconych, których mieszkańcy prawują się z budowniczym, który już tymczasem zdążył zbankrutować.
Ale w miasteczkach ludzie sprzyjają takim bezecnym inicjatywom budowlanym, bo to przecież trochę miejsc pracy, choćby na krótko…
Ciao, piękna, kochana, zaklęta i przeklęta Sardynio…

***
W tej samej podróży włoskiej, tyle że dziesięć dni wcześniej autor zjadł…

…arcydzieło, kucharzom innych nacji niedostępne, ba, kucharzom z innych regionów: polentę z grzybami. Poezja!
Polenta to w 95 przypadkach na sto niejadalna, niesmaczna grduła z mąki kukurydzianej i wody, zaparzona we wrzątku jak kuskus, albo zapieczona w piekarniku. Cokolwiek z nią zrobisz – grdułą pozostanie. No, ale te pięć na sto razy… Och jej! Była z pieca, ale nie za sucha, ze skorupką, ale tylko z wierzchu, nie za grubą, właśnie taką, jaka potrzebna jest, by bez zapadania utrzymać na wierzchu dobrze dobraną mieszankę mocno posiekanych grzybów, uduszonych osobno, bez żadnego beszamelu ani śmietany, sama oliwa i grzyby we własnym sosie, a na to… Drobniutko pokrojony, cienki jak bibułka boczek, podsmażony praktycznie na sucho, tak, żeby miło chrupał wśród grzybków. A na wierzchu – kilkanaście płatków parmezanu. Kieliszek dobrego, czerwonego wina z Trentino, blend merlota z cabernetem, czyli sangiovese z cannaiolo nero po tutejszemu coronat opus.

***

Przyznaję jako administratorka bloga, że nie wiedziałam, o co chodzi z tym metanem, ale sprawdziłam, oczywiście wiedziałam, że jest to gaz i wiedziałam też, że są samochody na gaz, ale nie wiedziałam, że to samochody na metan… uczymy się całe życie. A Włosi ponoć rzeczywiście lubią metan i niemały w tym udziała FIATa. Więcej TU.

Stuart 6

Joanna Trümner

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Musical „The Sound of Music”

Pożegnanie

Rok szkolny dobiegał końca, a wraz z nim kończyła się roczna umowa Stuarta na pracę w szkole. W tydzień po rozdaniu świadectw, w upalny czerwcowy wieczór w udekorowanej girlandami i balonami auli szkolnej odbył się bal absolwentów szkoły w Walton. Poubierani w garnitury chłopcy i dziewczęta w sukniach balowych sprawiali na Stuarcie wrażenie starszych i bardziej dojrzałych. Przypomniał mu się jego pierwszy dzień pracy, kiedy stanął przed klasą i zapisując na tablicy swoje nazwisko, powtarzał w myśli słowa „dasz sobie radę, dasz sobie radę!” oraz moment, w którym strach odjął mu na chwilę mowę. Tych kilkanaście miesięcy minęło bardzo szybko, z biegiem czasu uczniowie nabrali do niego zaufania, przychodzili do niego z prośbą o rady, opowiadali mu o problemach z rodzicami i przyjaciółmi, o pierwszych miłościach i rozczarowaniach. Podczas tych rozmów Stuart poznał tak szczere i intymne fakty z ich życia, że czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że niedługo opuści swoich uczniów na zawsze. Kim będą ci młodzi ludzie za dziesięć lat – pod koniec czerwca 1981 roku – komu uda się zrealizować plany, złapać w ręce odrobinę szczęścia, kto odważy się wyjechać z tego śpiącego przez większą część roku miasteczka?

Myśli Stuarta przerwały dźwięki piosenki „Climb every mountain” i mimo, że nie lubił tej patetycznej, zbyt często słyszanej piosenki z musicalu, musiał w duchu przyznać, że jej słowa oddają wszystko to, czego życzył młodym ludziom w dniu, w którym zaczynają dorosłe życie.

Młodzież przygotowała dyplomy dla nauczycieli, których chciała szczególnie wyróżnić. Był wśród nich dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia, dyplom dla najbardziej sprawiedliwego nauczyciela i dyplom dla najbardziej lubianego, który wręczono Stuartowi przy dźwiękach jego piosenki „How long is soon”, śpiewanej na scenie przez jego czterech byłych uczniów. Ta prosta, wpadająca w ucho melodia – pierwszy sukces muzyczny Stuarta będzie przez wiele lat trwałym śladem jego pracy w tej szkole.

Dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia wręczono nauczycielowi angielskiego – Williamowi. Stuart nieraz zastanawiał się, jak temu cichemu, niepozornemu młodemu mężczyźnie udało się dotrzeć do młodzieży i zainteresować ją literaturą. Może w chwili, kiedy stał przed klasą i cytował zdania z tysięcy przeczytanych przez siebie książek albo recytował wiersze, zmieniał się w inną osobę? Stuart z zaskoczeniem zobaczył swoją młodszą siostrę Eve w towarzystwie Williama, byli tak zajęci rozmową i zapatrzeni w siebie, że uczucie, które ich łączyło nie było dla nikogo zagadką. Co ten chudy, nieśmiały chłopak w drucianych okularach, tak niepozorny i cichy, że Stuart przez cały okres pracy w szkole, zamienił z nim jedynie kilka słów, znalazł w jego siostrze? Jak mogły się zejść dwie tak bardzo oddalone od siebie planety – ten delikatny, nieobecny duchem chłopak, który przedkładał świat książek nad świat ludzi i głośna, dominująca, wiecznie narzekająca i bardzo przyziemna Eve? O czym potrafili godzinami rozmawiać, czym zafascynowała go ta pełna żalu do życia, losu, rodziców, Stuarta i Kate, nienawidząca swojej pracy w szpitalu i nieufna wobiec ludzi kobieta?

Z inicjatywy Williama powstało w szkole prężnie działające kółko teatralne, wystawiające sztuki Szekspira na plaży. Spektakle ściągały w lecie tłumy turystów, a za zarobione na biletach wstępu pieniądze uczestnicy kółka sfinansowali swój kilkudniowy pobyt w Londynie i zastąpili prowizoryczne, uszyte ze starych ubrań i firan kostiumy i dekoracje nowymi rekwizytami. Patrząc na swoją zatopioną w rozmowie z Williamem siostrę Stuart zrozumiał nagle, dla kogo matka spędzała teraz godziny przy maszynie do szycia.

Jego rodzinny dom zmienił się w ostatnich miesiącach nie do poznania – świeżo pomalowane ściany i nowe meble wprowadziły przytulną atmosferę, na ścianie w kuchni zawisł arkusz brystolu ze zdjęciami wszystkich członków rodziny i słowami „Każdy dzień jest jak nowe życie”. Rodzice coraz częściej wybierali się na długie spacery nad morzem, z których wracali trzymając się za ręce – matka odnajdywała siebie sprzed załamania nerwowego.

Dzień podróży do Australii zbliżał się wielkimi krokami, w dwa dni przed odlotem Stuart przyjechał do Londynu. Zatrzymał się u Stuarta-seniora i Briana. Wieczorem dołączyła do nich Kate i wspólnie spędzili kilka godzin na zakupach. W drodze do Londynu Stuart układał w głowie odpowiednie słowa, którymi chciał podziękować wujkowi i jego partnerowi za wieloletnią pomoc. Ale kiedy przyszedł ostatni wspólny wieczór przed odlotem, wszystkie ułożone w głowie słowa brzmiały tak patetyczne i wyobrzymione, że powiedział tylko: „dziękuję za wszystko”, myśląc równocześnie o tym, o ile łatwiej wymawia się rzeczy mało istotne, czy też słowa pełne gniewu i złości.

Do odlotu zostały jeszcze dwie godziny, Stuart z nudów obserwował współpasażerów podróży i młodą dziewczynę, blokującą od dłuższego czasu budkę telefoniczną, przez ściany kabiny słyszał jej podniesiony głos, który powoli zaczął zmieniać się w płacz. Gdy zapłakana dziewczyna trzasnęła w końcu słuchawką i wpuściła czekających w kolejce ludzi, Stuart poczuł nagle tak silną potrzebę usłyszenia głosu Ann, że jak w transie ustawił się na końcu kolejki. Tak bardzo chciał jeszcze raz, chociaż przez chwilę usłyszeć jej głos. Głos, od którego niedługo będą go dzielić tysiące kilometrów. Po trzecim sygnale usłyszał „Ann Warren” i jej oddech w słuchawce. „Ann Warren, kto mówi?”, a po chwili „Odkładam słuchawkę, proszę zadzwonić jeszcze raz, bo nic nie słychać””.

Teraz Stuart był gotowy do podróży na inny kontynent.

Sydney

Sydney przyjęło go przejmującym chłodem i deszczem – dlaczego właściwie był pewny, że w Australii zawsze świeci słońce, a ludzie chodzą do biur w krótkich spodenkach i T-shirtach? – Jak niewiele wiedział o kontynencie, który będzie teraz jego domem. Na lotnisku rozpoznał w tłumie Iana, trzymającego w ręku kartkę „Welcome home”. Jego przyjaciel w ogóle się nie zmienił w ciągu minionego roku – ta sama poskręcana czupryna i uśmiech, którego nie można nie odwzajemnić.

Mały pokoik Iana w schronisku młodzieżowym na George Street z piętrowym łóżkiem i wspólną dla całego piętra kuchnią i łazienką na korytarzu stał się domem Stuarta na następnych kilka miesięcy pobytu w Sydney. Pierwsza noc w nowym mieście minęła na piciu przywiezionego z Londynu ginu i opowiadaniu o minionych miesiącach. Ian zorganizował pierwszy koncert Stuarta, który miał się odbyć już za tydzień w klubie oddalonym zaledwie o kilka domów od schroniska – miejscu, które zdaniem Iana było jednym z najlepszych adresów w Sydney, prawdziwą kuźnią talentów.

Kolejnych kilka dni Stuart spędził na uregulowaniu spraw pobytowych, podczas wizyty w urzędzie zatrudnienia dowiedział się, że ze swoim dyplomem znajdzie bez problemu pracę nauczyciela w każdym zakątku Australii, ale to na razie nie było dla niego żadną opcją.

W trzeci dzień pobytu zaczął szukać sklepów z gitarami. Chodząc godzinami po ulicach Sydney, tak podobnych do zakątków znanych mu z Londynu, że gdyby nie inna roślinność i unoszący się w powietrzu zapach morza, myślałby, że wciąż tam jest, udało mu się kupić nową gitarę. Siadł na ławce w Ogrodzie Botanicznym i zagrał na niej kilka akordów, które przerwał nagle odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech. Śmiech tak przeraźliwy i przypominający mu o strachu przed niepowodzeniem, że długo nie mógł się uspokoić. Dopiero kiedy zobaczył siedzącego na drzewie nieznanego ptaka, przypomniał sobie, że to kukabura, kukabura chichotliwa.

Knajpa, bo trudno ją było nazwać klubem, w której odbył się pierwszy koncert Stuarta, była zadymionym i świecącym pustkami lokalem i po jednoznacznym spojrzeniu, które Ian wymienił z kelnerką, Stuart zrozumiał, że padł ofiarą wiecznego optymizmu przyjaciela, a kontakty w scenie muzycznej Sydney były po prostu kolejnymi wpisami w notesie jego zdobyczy. Mimo to koncert skończył się sukcesem, Stuart musiał kilkakrotnie bisować i pod koniec wieczoru doszedł do wniosku, że nawet przy niewielkim zarobku to wcale niezły początek. Z honorarium w wysokości 100 dolarów musiał zgodnie z umową oddać 30 Ianowi za jego „kontakty”. W miarę upływu tygodni Stuart miał więcej występów w knajpach, a w rekordowym szóstym tygodniu zarobił 600 dolarów (z czego 200 należało do Iana). Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak daleka jest jeszcze droga do sal zapełnionych tysiącami słuchaczy. Przywiezione z Walton oszczędności starczą jeszcze tylko na kilka miesięcy, ale coś trzeba będzie zmienić w życiu, tym bardziej, że denerwował go pokój z piętrowym łóżkiem i brak miejsca, w którym mógłby ćwiczyć i komponować.

Cdn.

Fotografie

Andrzej Rejman

Smoleńsk, katastrofa samolotu i portrety…

Sierpień to nie tylko miesiąc Powstania, ale też półmetek wakacji, sezon wypoczynku i skupienia się na czytaniu, oglądaniu, wspominaniu.

Wbrew dosyć oczywistej (w 2016 roku), wydawałoby się sugestii w tytule co do treści niniejszej refleksji – dziś będzie krótka impresja o fotografii.

Wszyscy w rodzinie lubili robić zdjęcia. W dzisiejszych czasach nie jest to już zajęcie wymagające jakichś specjalnych zabiegów, ale kiedyś trzeba było mieć odpowiedni sprzęt, potem żmudnie zdjęcia wywołać itp.

Niektóre ze zdjęć z tamtego okresu są niezwykle czytelne, dokładne i wyraziste. Widać najmniejsze źdźbła trawy, tafla wody – jak prawdziwa, szczegóły doskonale widoczne.

Dziś przedstawiam kilka zdjęć które wpadły mi “w oko”, przy przeglądaniu szuflady z archiwaliami rodzinnymi.

Jedno z nich podpisane: Smoleńsk 1912 fot S.H. zostało zrobione z pociągu przez Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego

fot_1._._Smolensk._Widok_z_pociagu_1912_fot_Stanislaw_Do

Prawdopodobnie St. Hrebnicki udawał się z Moskwy do domu swoich rodziców w Raju (północno-wschodnia Wileńszczyzna), i zrobił zdjęcie z okna pociągu.

fot_2_szybowiec_po_katastrofie_przy_ul_Rakowieckiej

Podpisane na odwrocie: katastrofa szybowcowa przy ulicy Rakowieckiej (fot St. Doktorowicz- Hrebnicki)

Znalazłem w Internecie coś na ten temat:

http://warszawa.fotopolska.eu/74677,foto.html

Jak wynika z opisu w dniu 4 VI 1936 r. w Warszawie szybowiec Akademickiego Aeroklubu, holowany przez samolot, podczas przelotu nad miastem na wysokości 400 m uległ katastrofie z powodu oderwania się części skrzydła i runął na dach budynku koszar I pułku artylerii przeciwlotniczej przy ul. Rakowieckiej, rozbijając się. Pilot szybowcowy Edmund Szatkowski, student politechniki warszawskiej, poniósł śmierć.

Hrebniccy mieszkali wtedy przy Rakowieckiej 4, nieopodal znajdowało się lotnisko na Polu Mokotowskim.

W “Wikipedii” czytam:

Po odzyskaniu niepodległości już w roku 1919 to na tym lotnisku tworzył się zalążek polskiego lotnictwa wojskowego, przemysłu lotniczego i instytutów badawczych związanych z lotnictwem. Już w 1918 planowano zlikwidowanie lotniska, które znajdowało się w granicach miasta i ograniczało jego rozwój na rzecz lotnisk sportowego na Bielanach, wojskowego na Okęciu i komunikacyjnego na Gocławiu.

Od 1920 z lotniska mokotowskiego odbywały się regularne loty pasażerskie (towarzystwa: “Franco Rumaine”, “Aerolloyd”, “Aerolot” i ostatecznie PLL “LOT”), a w 1929 tu powstał polski przewoźnik Polskie Linie Lotnicze “LOT”, od 1930 oficjalnie przyjęty do IATA z kodem LO. Odbywały się stąd początkowo regularne loty międzynarodowe do Bukaresztu, później do Aten, Bejrutu i Helsinek. W 1927 założono tu Akademicki Aeroklub Warszawski.

***
Na koniec trzy piękne zdjęcia portretowe zrobione przez znanego fotografa Stefana Zyberk-Platera, znajomego rodziny Stankiewiczów, przedstawiające Helenę z Zanów Stankiewiczową oraz jej męża Kazimierza.

Helena foto3-4

Helena z Zanów Stankiewiczowa

fot_5._Kazimierz_Stankiewicz_maz_Heleny_fot_S_Zyberk_PlaKazimierz Stankiewicz mąż Heleny

W “Wikipedii” czytamy o autorze zdjęć:

Stefan Plater-Zyberk (ur. 31 lipca 1891 w Kurtowianach, gub. kowieńska, zm. 9 lutego 1943 w Auschwitz-Birkenau) – fotografik, artysta malarz. Syn hr. Ludwika Wiktora i Teresy Marii hr. Zamoyskiej. Ukończył gimnazjum w Wilnie. Podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Ryskiej (1912-16), w trakcie których został przyjęty do korporacji akademickiej Arkonia. Dyplom uzyskał na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
W latach 1919-20 był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej w Kownie, więzionym następnie przez władze litewskie. 22 czerwca 1934 poślubił Hannę Krystynę Gacką. Podczas II wojny światowej aresztowany przez Gestapo i przewieziony na Pawiak. Po śledztwie, 17 stycznia 1943 r. wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Rozstrzelany, zginął 9 lutego 1943 roku.

c.d.n.

Kangur na śniegu

Lech Milewski

Znak

Podobne znaki można często spotkać przy australijskich drogach, choćby ten…

Znak

Jednak ten z mojej kolekcji jedzie na nartach.

Narty w Australii?
Oczywiście. Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w Australii powierzchnia pokryta w zimie śniegiem jest większa niż Szwajcaria.

Wkrótce po osiedleniu się w Australii zorientowaliśmy się, że sporo osób ze “starej” emigracji uprawia narciarstwo. Polski klub narciarski Tatry był jednym z pierwszych w Mt Buller, najpopularnieszym resorcie narciarskim w stanie Wiktoria…

Tatry
Proszę kliknąć w zdjęcie aby dowiędzieć się więcej o klubie.

Narty w Australii…
Dla nas, przyzwyczajonych do długiego czekania na wyciągi narciarskie w Polsce, zdecydowanym plusem była duża ilość wyciągów.
Minusów jest dużo wiecej.
Dojazd, najbliższy Melbourne Mt Buller to ponad 200 km samochodem. Ostatnie 20 km to górska droga, na której prawie zawsze trzeba zakładać łańcuchy na koła.
Krótkie zjazdy. To zrozumiałe – szczyt Mt Buller leży na wysokości 1.800 m, śnieg rzadko utrzymuje się na wysokościach poniżej 1.700 m.
Kapryśna pogoda. W dzień temperatury w górach są często dodatnie. To powoduje intensywne parowanie śniegu. Rezultatem są częste mgły.
Jednak pozostaliśmy wierni tradycji i prawie każdej zimy spędzaliśmy kilka dni na nartach.

W lipcu któregoś tam roku wypadły moje 50 urodziny.
– Urodziny, powiedz kogo chciałbyś zaprosić – przypominała żona – urządzimy przyjęcie.
– Czy mógłbym obchodzić te urodziny tak, jakbym chciał?
– O tym właśnie mówię. Zaprosimy gości, urządzimy przyjęcie.
– Ale czy mogłbym obchodzić TE urodziny tak, jakbym chciał?
– ????
– Wezmę tydzień urlopu i pojadę na Mt Buller na narty. Wy dojedziecie do mnie w piątek z urodzinowym tortem. Gośćmi urodzinowymi będą osoby, które w tym dniu będą w Tatrach.

I tak właśnie się stało.
Wypożyczyłem narty, kupiłem bilet na wyciąg na cały tydzień. Następnego dnia przyszła mgła i silna wichura, wyciągi zamknięte. Zwrócili mi pieniądze za bilet. Poszedłem do wypożyczalni oddać narty.
– Może wymienisz je na narty terenowe (touring skis)? – zaproponowali.
– A gdzie ja na nich będę jeździć?
– Wszędzie – padła prorocza odpowiedź.

Wypożyczyłem. Następne trzy dni spędziłem włócząc się na nartach po lesie.
Było cicho…

Cicho

pięknie…

Pięknie

suto zastawione stoły…

Stoły

W piątek wróciło słońce, dojechała rodzina z tortem, urodzinowi goście dopisali. Weekend spędziliśmy na nartach zjazdowych, ale niepokój został zasiany. Przypomniała mi się dziecięca fascynacja wyprawami Nansena i Amundsena, opowieści Matki o pobytach Rodziców w Zakopanem…

Zakopane 1939Wkrótce wsponienia nabrały realnego charakteru – dowiedziałem się, że w górskiej osadzie Falls Creek, w ostatnią sobotę sierpnia rozegrany został międzynarodowy maraton narciarski – Kangaroo Hoppet – KLIK. Co więcej, drugie miejsce w tym wyścigu zajęła polska narciarka – Dorota Dziadkowiec (*).
Postanowiłem wrócić do tematu w następnym sezonie narciarskim.

Ani się spostrzegłem, a nadszedł kolejny sierpień. 42 kilometry na nartach? To przekraczało moją wyobraźnię, na szczęście organizatorzy oferowali również wyścigi na dystansach 21 km i 7 km.
Zdecydowałem się na 21 km, w wyprawie towarzyszyła mi córka – Ania – na dystansie 7 km. To już zdjęcie na mecie…

lechaniameta

Narty wypożyczone. Strój narciarski jak się patrzy – czapka marusarka, flanelowa koszula, wełniana kamizelka, wełniane rękawiczki, tylko spodnie musiałem dokupić.

Wyścig był dla mnie zupełnym zaskoczeniem – idealnie przygotowane trasy, narciarze w kolorowych strojach z tworzyw sztucznych, na dodatek wiele osób jechało na nartach jak na łyżwach. Wydawało mi się to dziwne jednak jechali zdecydowanie szybciej niż narciarze tradycyjni. Jednak przekrzywiona czapka niezbicie dowodzi, że i ja jechałem bardzo szybko.
Wyścig na dystansie maratońskim wygrali Szwajcarka i Norweg – powiało wielkim światem.
Przy okazji odszyfrowałem dziwną nazwę wyścigu – Kangaroo Hoppet.
– Co znaczy Hoppet?
Okazało się, że nasz wyścig należy do serii międzynarodowych maratonów narciarskich – WorldLoppet – KLIK. Loppet znaczy po szwedzku trasa – w domyśle narciarska. W Australii takie słowo z niczym się nie skojarzy, co innego hoppet – kangurzy skok.

Maratony w Szwecji, Włoszech, Kanadzie, Japonii – poczułem, że mi rośnie apetyt na narciarstwo.
Tak się dziwnie złożyło, że swój pierwszy maraton narciarski przebiegłem we Włoszech, już na nartach łyżwowych. Siedem miesięcy później powtórzyłem ten wyczyn w Australii…

Hoppet 94Ania i Michał wystartowali na dystansie 21 km…

Hoppet AniaHoppet Michał
Podczas tego wyścigu w południe temperatura przekroczyła +10 C. W kolejnych latach różnie bywało. Czasem słońce, czasem mgła i śnieżyca…

Hoppet słońce Hoppet mgła

Kangaroo Hoppet to jeden z nielicznych wyścigów narciarskich, który nigdy nie został odwołany. Przyczyna jest oczywista – nie można zrobić zawodu narciarzom, którzy przybyli z tak daleka na narty do Australii. Administracja WorldLoppet jest wyrozumiała, przymyka oczy, gdy trasa maratonu jest znacznie krótsza niż oficjalne minimum – 42 km.

Na zdjęciu w mgle widać polskiego orzełka na moim skafandrze, na zdjęciu w słońcu na mojej prawej nodze są sylwetki kangurów. To znak, że wyruszyłem na międzynarodowe trasy. Seria Worldloppet liczyła wtedy 14 wyścigów, każdy w innym kraju. Zawodnik, który ukończył 10 z tych wyścigów otrzymywał tytuł Worldloppet Master i piękny medal…

Medal

Dwa kolejne sezony i ja rówież stałem się posiadaczem takiego medalu.
Odpowiedź, że na nartach terenowych można jeździć wszędzie, określiłem jako proroczą. Mnie te narty zawiodły aż do 16 krajów.

Każdy wyścig z serii Worldloppet to była osobna przygoda. Oficjalnie występowałem jako Australijczyk, ale w USA rozpoznali mnie po akcencie i, jako jedynego Polaka, poprosili o wystąpienie w paradzie otwarcia…

Polak w USA

Oczywiście co roku brałem udział w Kangaroo Hoppet. Któregoś roku na pełnym maratońskim dystansie towarzyszyli mi Ania, Michał i mój zięć Peter.

Na zdjęciu otwierającym ten wpis widać, że główny kangur upstrzony jest małymi kangurkami – 12 znaczków otrzymanych za ukończone maratony.
Tylko 12, trzynastka była pechowa. Pogoda była paskudna – mgła, ciepło, popadywał deszcz, narty słabo się ślizgały w torach wypełnionych wodą. Mimo to byłem pewien, że powoli dojadę do mety. To organizatorzy nie wytrzymali. Właśnie mijałem punkt kontrolny gdy huknął piorun a z nieba polały się strumienie wody – STOP – przerywamy wyścig.
Nie oponowałem, za rok będzie kolejny. Nie było, tym razem zdrowie zaprotestowało.

Jednak w międzyczasie zdołałem zaliczyć wszystkie wyścigi w serii Worldloppet i na dodatek nasz polski Bieg Piastów, który wtedy jeszcze nie zaliczał się do tej serii.

Znowu sierpień, Kangaroo Hoppet odbędzie się po raz 26. Mnie pozostały już tylko wspomnienia.

* Na zlinkowaniej we wpisie stronie wikipedii podani są zwycięzcy/zwyciężczynie wszystkich Hoppetów, Doroty Dziadkowiec tam brak. To błąd, pamiętam doskonale ówczesne relacje prasowe, zresztą rozmawiałem z nią na ten temat osobiście. Również oficjalna strona wyścigu potwierdza jej drugie miejsce – KLIK.

Rowery i rowerzyści

Ewa Maria Slaska

… czyli obyczaje ludu polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku

Rower, jak wiadomo, jest środkiem komunikacji, rozrywką, sportem, zabawką, obiektem szpanowania i sposobem na zdrowie, rower zapewnia życie zrównoważone ekologicznie, szczupłą sylwetkę, oszczędność w wydatkach na komunikację miejską… Myślę, że można by dalej wyliczać. W styczniu, z wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, dowiedzieliśmy się, że rower to symbol orientacji politycznej, a przy tej okazji znawcy przypomnieli, że już przed wojnami, drugą i pierwszą, tak było i cykliści a dokładniej, jak twierdzili Słonimski i Tuwim, masoni, Żydzi i cykliści, odpowiadali za mnóstwo rzeczy, które dla konserwatysty były obrzydliwością. Zresztą jak w Biblii, że przypomnę mój ulubiony fragment z Księgi Kapłańskiej:

Spośród ptaków będziecie mieli w obrzydzeniu i nie będziecie ich jedli, bo są obrzydliwością, następujące: orzeł, sęp czarny, orzeł morski, wszelkie gatunki kani i sokołów, wszelkie gatunki kruków, struś, sowa, mewa, wszelkie gatunki jastrzębi, puszczyk, kormoran, ibis, łabędź, pelikan, ścierwik, bocian, wszelkie gatunki czapli, dudek i nietoperz.

Bardzo lubiłam zasadę, że nie wolno jeść dudka, i dopiero po latach dowiedziałam się, że to dlatego że dudki wydzielają jakąś smrodliwą substancję, a nie dlatego że ładne i że każdy dudek ma swój czubek. Ministra Waszczykowskiego niewątpliwie cała Polska zaliczyła do czubków i na pewno nie będziemy go jeść. W noworocznym wywiadzie dla niemieckiego Bilda szef polskiego MSZ w trzech zdaniach załatwił nas wszystkich, bo nawet jeśli ktoś, jak ja, nie jeździ na rowerze, to na każdego z nas znalazł się jakiś haczyk, a nawet hak:

Poprzedni rząd realizował w mediach określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami.

Internet i życie polityczne zakotłowały się od rowerów, wiatraków energetycznych i marchewek.
Ostatnio  rower znowu wrócił na arenę polityczną. Postanowiono bowiem, jeżdżąc na rowerze, zaprotestować przeciw temu, że pani Premier nie opublikowała wyroku Trybunału Konstytucyjnego:

Podobno termin 150 dni mijał szóstego sierpnia, w każdym razie to w tym dniu zorganizowano akcję nazwanę: 150 dni – CAŁY ŚWIAT LICZY.  A KOD_LA ocenił ją jako akcję ogólnoświatową a nawet galaktyczną:

Rozważamy zmianę nazwy CAŁA GALAKTYKA LICZY. Nie dajmy się ciemnej stronie mocy i niech moc będzie z wami.

Protestujący KODerzy po zakończonej akcji na tle Ambasady RP w Berlinie, 6 sierpnia 2016 roku.

Ja też tam byłam, nie jeździłam wprawdzie na rowerze, bo, jako się rzekło, nie umiem, ale liczyłam okrążenia i jako pierwsza gratulowałam temu, kto wykonał 150 rundę czyli redaktorowi Tyblewskiemu z audycji polskiej radia Funkhaus Europa.

Łukasz Szopa z KOD_Berlin tak opisał ten ewent:

Dziś w ramach wspólnej akcji “150 dni PRZEKROCZENIA terminu publikacji wyroku TK” KOD Berlin zorganizował pod Ambasadą RP w Berlinie akcję protestacyjną “150 RUND ROWEREM wokół ambasady!”
Przybyło około 20 osób, w tym ponad połowa rowerzystów (dzięki za pomysł panie Waszczykowski!), by pokazać, że Polacy wcale nie zapomnieli, iż rząd RP i odpowiedzialna za to pani premier Beata Szydło od 150 dni łamie konstytucję nie publikując wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016.
Pogoda dopisała idealnie (nie za ciepło, około 20 stopni, chmurki, chwilami kilka kropelek orzeźwiającego deszczyku), i wspólnie wzięliśmy się za okrążenia wokół ambasady (jedno około 800 m – jak wyliczyła uprzejma berlińska policja), razem, solidarnie, ale niekoniecznie jako peleton, by wspólnie zaliczyć 150 okrążeń.
Każde zaliczone przez rowerzyst(k)ę okrążenie honorowane było legendarnym już dzwonkiem w rękach Ewy, podczas gdy skrupulatna Ela dokładnie liczyła okrążenia. Czasami co aktywniejsi rowerzyści mijając budynek ambasady wołali “BEATA DRUKUJ!”, “NASZ TRYBUNAŁ – WASZ PREZES!” albo też “TRYBUNAŁ STANU TO NIE WCZASY!”
Po około godzinie udało się, usłyszeliśmy finalne “Sto pięćdziesiąt”, gdy Jacek z radia Funkhaus Europa minął ambasadę.

DZIĘKUJEMY WSZSTKIM, BYŁO MIŁO, ZDROWO, A PRZEDE WSZYSTKIM BYŁO TO WAŻNE!!!

Tak, zgadzam się, było słodko i miło, tak słodko i miło, że mi na czas jakiś odebrało rozum… Ale, póki co, mój rozum zawsze posłusznie wraca na posterunek i wali mnie po głowie (i niestety po niewczasie) za sentymentalizm, głupotę i płochą skłonność do tego, żeby było słodko i miło. Goyi to się potwory budziły, gdy rozum spał, trzeba uważać, kiedy “słodko i miło” też okaże się monstrum.

Takich sytuacji, żeby było “słodko i miło” tworzyliśmy w ostatnich miesiącach wiele – pikniki, pikiety, dowcipy, teatr, piosenka, groteska… Poczucie humoru jako środek protestu, sałatka z serem feta i sernik, żaba i szczur na głowie…

 

Tak tak, nie wypieram się, też tam jestem czy też, jeśli tylko mogłam, też tam byłam. Widać gołym okiem. I zawsze byłam zdania, że nawet jak jest nas mało, to jednak dajemy znak. Opowiadamy się. Przypominamy. Widać nas. Miałam nawet ulubionego KODera, który podczas pierwszej KODowskiej demonstracji stanął w grudniu 2015 SAM przed ambasadą RP w Portugalii! Nazywa się Kamil Otto Walter-Popławski.

A jednak… Mea culpa. Nie pomyślałam PRZED, pomyślałam dopiero PO! Zawsze myślę do piero PO, nie jestem, obawiam się, Prometeą, ale niestety – durną Epimeteą.

A teraz moje argumenty do dyskusji z tą beznadziejną Slaską, która lubi, żeby było “słodko i miło”, i jeszcze na dodatek dowcipnie, sformułowane PO akcji przed Ambasadą RP 6 sierpnia.

  1. Wyjaśnienie, dlaczego to robimy było dość pokrętne. 150 dni NIE publikowania, które miały oznaczać, że należy się mandat za przekroczenie – jednak w domyśle prędkości a nie dni – to konstrukcja myślowa trudna do wyjaśnienia. Poczułam to najlepiej, gdy trzeba było sens tego, co robimy, wytumaczyć i przetłumaczyć Niemcom. Tłumacz zawsze wyłapuje błędy logiczne wypowiedzi! Nie ma innego wyjścia, bo póki nie zrozumie logiki, nie wie, co tłumaczyć…
  2. Akcja była bez sensu, bo jaki sens ma żądanie od rządu RP, by opublikował wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed pół roku, skoro w międzyczasie, chyłkiem, pomiędzy szczytem NATO a Światowymi Dniami Młodzieży, 30 lipca i ten rząd, i ten prezydent uchwalili i podpisali nowa uchwałę o TK?
  3. Wszystkie nasze akcje, nie tylko te z założenia małe, śmieszne i prześmiewcze, ale i te duże i poważne, poprawiają nam humor i przypominają wprawdzie światu (a nawet galaktykom), że o coś nam chodzi i mówimy NIE, ale w samej POLSCE niestety nie mają najmniejszego znaczenia. Podobnie jak opinie Komisji Weneckiej i Unii. Pies szczeka, karawana idzie dalej.
  4. Karawana idzie dalej i jest coraz gorzej, coraz więcej brei, budyniu i kisielu.
  5. To oznacza, że trzeba się brać za inne metody. Myśleć, tworzyć teorie i scenariusze, ale też formować zalążki siatek konspiracyjnych i edukacyjnych. Nie tygodniami formułowane manifesty o tym, że ważna jest dla nas edukacyjna przestrzeń wolności, tylko pragmatyczne i obowiązujące ustalenie zasad działania: jak wybierać młodych ludzi, pracowników, urzędników? jak ich kształcić? CO im mówić? Praca u podstaw. Praca organiczna. Konspiracja. Bibuła. Latający uniwersytet. Wszechnica obywatelska. Nowy drugi i trzeci obieg, i to nie (tylko) internetowy, bo internet można zlikwidować jednym ruchem ręki (patrz Chiny). Inne pozainternetowo-komórkowe sposoby komunikacji.
  6. Ale to wszystko nic w porównaniu z najgorszą naszą winą, jaka stała się naszym udziałem podczas tej słodkiej i miłej akcji rozrywkowej. TURCJA! TURCJA!
    Od wielu miesięcy trąbimy o podobieństwach między Erdoganem, Orbanem i Kaczyńskim, a to, jeśli nie ma być tylko retoryką, oznacza, że uważamy, iż zaostrzanie kursu antydemokracyjnego i ograniczanie wolności obywatelskich, jest groźne i prowadzi do KATASTROFY.
    W Turcji ta katastrofa się zdarzyła, tysiące opozycjonistów gniją w więzieniach, dzieją się gwałty, tortury i bezprawie. Dla PiSu nadzwyczajna gratka, bo wygrał na punkty nie czyniąc nic. Po prostu doczekał chwili, gdy NASZ argument obrócił się przeciwko nam i odbiera nam część i tak przecież skromnego poparcia społecznego. Ludzie myślą, a jak myślą, to się boją. Póki można było dyskutować o polityce, rowerach i pietruszce z pozycji bezpieczej akcji pod opieką policji, wychodziło na ulice sporo ludzi (sporo, ale nie powalająco dużo!).  Gdy porównywany do Kaczyńskiego dyktator zamęcza opozycjonistów na śmierć, będziemy się bali i będziemy mieli rację… 
    A my NIC!
    A my o Turcji ani słowa. Wstyd!

    A my sobie jeździmy na rowerach…