Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki

EMS: O Stanisławie Kubickim pisaliśmy tu już wielokrotnie, przede wszystkim dr Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka jego życia i twórczości i propagatorka jego dzieł w Polsce, w Niemczech, w Europie i na świecie. Hermann Stöhr pojawia się na tym blogu po raz pierwszy, natomiast już od wielu lat jego biografią zajmuje się znana berlińska instytucja, związana z Domem Demokracji (Haus der Demokratie), a mianowicie Friedensbibliothek / Antikriegsmuseum. Biblioteka Pokojowa przygotowała i wciąż aktualizuje wystawę o nim. Pierwszą wersję tej wystawy prezentowały w Szczecinie Biblioteka Pokoju w Berlinie, Dom im. Dietricha Boenhoffera w Szczecinie, oraz Stowarzyszenie (któremu od roku przewodniczę) Städtepartner Stettin – Partnerstwo Szczecin – Friedrichshain/ Kreuzberg. Dziś z inicjatywy tego Stowarzyszenia otwarta zostanie dwuczęściowa wystawa o tych dwóch niezwykłych ludziach, którzy się nigdy nie poznali i których pozornie wszystko dzieliło – narodowość, religia i profesja, a jednak łączyło ich zaangażowanie społeczne, działanie na pograniczu polsko-niemieckim i głęboki pacyfizm, a najbardziej dramatycznym znakiem równania między nimi stała się męczeńska śmierć z rąk nazistów. Hermann Stöhr był pierwszym Niemcem straconym za odmowę służby wojskowej, Stanisław Kubicki, działacz AK, został zamęczony na śmierć w więzieniu Pawiak w Warszawie.

stoehr-kubicki-zapr

Bogdan Twardochleb, dziennikarz Kuriera Szczecińskiego pisze na stronie Książnicy:

Książnica Pomorska – Wydarzenia

 Data: 28 października – 25 listopada 2016

Miejsce: Hol przy Czytelni Głównej, wenisaż: 28.10, godz. 12.00

28 października 2016 r. o godz. 12.00 otwarte zostaną dwie paralelne wystawy: “Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – Stanisław Kubicki (1889-1942) i polska awangarda w Niemczech oraz “NIE, które na pewno NIE znaczy” – Hermann Stöhr  (1898-1940).

Hermann Stöhr  urodził się 4 stycznia 1898 r. w Szczecinie – został stracony przez hitlerowców 21 czerwca 1940 r. w Berlinie-Plötzensee. Był protestanckim teologiem, publicystą, wydawcą, doktorem nauk o państwie, działaczem niemieckich i międzynarodowych ruchów społecznych i pomocowych, pacyfistą. W Szczecinie mieszkał najpierw przy dzisiejszej ul. Unisławy 7, później przy ul. Juliana Tuwima 12. W sierpniu 1939 r. odmówił stawienia się do armii i nie przyjął karty mobilizacyjnej. 31 sierpnia 1939 r. został aresztowany i po procesach skazany na śmierć „za osłabianie siły bojowej państwa”.

Stanisław Kubicki urodził się w polskiej rodzinie w dniu 20 stycznia 1889 r. w Ziegenhain (Hesja) – został zamęczony na śmierć przez hitlerowców w czerwcu  1942 r. w więzieniu gestapo na Pawiaku. Nie jest znana ani data śmierci, ani miejsce pochówku.

Był malarzem i poetą, ekspresjonistą, członkiem grup Bunt i Zdrój, mieszkał w Berlinie i Poznaniu, w czasie wojny działał w AK, wypełniał misje między Warszawą a Berlinem. Gestapo aresztowało go w Warszawie, gdy przyszedł na pogrzeb przyjaciela, poety ze „Zdroju”, żołnierza AK, Jerzego Hulewicza.

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki prawdopodobnie się nie znali i nigdy nie spotkali. W ich życiorysach i losach jest jednak wiele znaczących wątków wspólnych. Ma to rangę symbolu.

Obaj angażowali się na rzecz na rzecz ludzi biednych i wykluczonych, bliski był im pacyfizm, byli głęboko religijni w duchu chrześcijańskim, występowali na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego, czynnie przeciwstawili się nazizmowi, za co zapłacili życiem.

W Berlinie jest pl. Hermanna Stöhra i stoi kamień, który go upamiętnia. Kamień pamięci (Stolperstein) umieszczono przed berlińskim domem Stanisława Kubickiego. Inicjatorami byli uczniowie jednej ze szkół w dzielnicy Neukölln.

Wystawę o Hermannie Stöhrze przygotowała berlińska Friedensbibliothek (Antikriegsmuseum), a wystawę o Stanisławie Kubickim – Uniwersytet Zielonogórski. Kuratorem pierwszej jest Jochen Schmidt z Friedensbibliothek, który odnalazł wiele materiałów, związanych z Hermannem Stöhrem i pamiątek po nim, drugiej – dr Lidia Głuchowska, autorka głównych opracowań o Stanisławie Kubickim.

Inicjatorem wspólnego zaprezentowania obu wystaw w Szczecinie jest Städtepartner Stettin e.V., stowarzyszenie partnerskie Szczecina, działające w Berlinie (Friedrichshain-Kreuzberg). Na otwarcie przyjadą członkowie stowarzyszenia z jego przewodniczącą, Ewą Marią Slaską.

EMS: Nasze Stowarzyszenie zamierza kontynuować te działania. W maju 2017 roku podwójna wystawa o Hermanie Stöhrze i Stanisławie Kubickim zostanie zaprezentowana w pomieszczeniach Ratusza Kreuzberg w Berlinie. Z tej okazji ma również powstać film o działaniach Hermanna Stöhra, zorganizowane zostaną otwarte dla publiczności spacery śladami obu naszych bohaterów w Szczecinie i Berlinie. Docelowo Stowarzyszenie chciałoby uzyskać upamiętnienie ich obu w nazwach ulic
w obu miastach.

Da capo al fine

or Nieuleczalnie żywa

Nieuleczalnie żywa means not curable alive in a grammatically female form, which is a quotation from title of the book of poems of Calisian poet Urszula Zybura, edited 1986.

Nine sheets of Longina Poterek

The exhibition of 9 „sheets“ with application images of 9 stages of female life. From the young and naive „Green Heads“, through being „In Love“ up to the most important moment in a woman´s life – the „Great Explosion“. It is a story of a process of a girl getting mature, becoming a woman. Nine stages, like nine months of a pregnancy – a period of becoming naturally mature, when a woman explores herself and realises who she really is.

exhibition1-3

It was made on puropse – to show this story on real “sheets” – very intimate pieces of textile, that everybody has in his own bed. The relation between intimate, personal objects, life-stages of a woman and common feelings, shared emotions, gives a melange in which many women can find their own stories.

lp_1lp_2lp_3lp_4lp_5lp_6lp_7lp_8lp_9

 

 

Wpis o Marysi

Andrzej Rejman

Gdzie teraz jesteś Marysiu?

Często zastanawiam się nad ulotnością wszystkiego, nieuniknionym przemijaniem ludzi, rzeczy, spraw…

Była kiedyś taka dziewczynka. Marysia Stankiewiczówna.

Urodziła się w 1927 roku w Berżenikach, w domu rodzinnym, w powiecie święciańskim, w województwie wileńskim, na północno-wschodnich Kresach Rzeczpospolitej.

Dziś czytamy:

Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim. (Republika Litewska, dopisek A.R.) Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki. Wikipedia 22.10.2016

Marysia miała swoje marzenia, smutki i radości, drobne, dziecięce jeszcze plany, może wybiegała myślami w przyszłość? Czy myślała jaki świat będzie za lat osiemdziesiąt?

A świat za lat osiemdziesiąt, to świat kresu życia jej siostry Krysi, urodzonej cztery lata później. Krysia (dla mnie – ciocia Krysia) wspominała czas spędzony w Berżenikach jako kilka najwspanialszych lat swojego życia. Potem już nigdy nie było tak pięknie.

Mama obu dziewczynek – Helena Stankiewiczowa – pisze w swych wspomnieniach:

“Marysia była bardzo dobrym dzieckiem. Pomagała chorym. Stolarzowi Stanisławowi Zienkiewiczowi, który umierał na gruźlicę stawiała bańki. Pochowała na cmentarzu jego maleńką, kilkutygodniową zaledwie córeczkę Helenkę. Któż mógł przypuszczać, że w miesiąc później ją pochowamy. Marysia miała dobre serce i nigdy nie przysparzała nam zmartwień. Była już bardzo chora, gdy powiedziała:

– Mamusiu, zanieś mój złoty pierścionek do Ostrej Bramy i poproś Matkę Bożą, żebym mogła jeszcze trochę pożyć.

Modliłam się za nią gorąco. Wywiązało się zapalenie opon mózgowych na tle grużliczym. Chorobę przywlekli Sowieci, którzy wygnali nas z domu. Ale najboleśniejsze było to, że w dużym pokoju, w którym Marysia umierała, już nazajutrz Sowieci grali na harmoszce i kazali tańczyć, bo zwycięzcom się nie odmawia. Szydzili, że nie ma na co czekać, bo Polski już nie będzie. …Tłumaczyłam im, że nie tańczę, bo dopiero co straciłam ukochane dziecko. Ale oni dalej tańczyli i nie pozwalali wyjść z salonu… Nasza córeczka poszła własną drogą do stóp Matki Bożej, swojej patronki…. Odeszła, żeby zaznać szczęścia w niebie…

*** Jak Marysiu jest Ci tam w niebie? ***

Helena Stankiewiczowa wspomina dalej:

…Kiedy jechaliśmy do Dukszt saniami (grudzień1940, kilka miesięcy po śmierci Marysi, po uwolnieniu jej ojca z więzienia, przyp. A.R.) Kazimierz opowiedział mi sen, jaki miał w więzieniu. Nie mógł zasnąć w dusznej, zatłoczonej do granic możliwości celi i naraz wydało mu się że w oknie widzi Marysiutkę. A ona tak do niego powiedziała:

– Niech się tatuś nie martwi, ja proszę Pana Boga, żeby tatę wypuścili…

I wypuścili, potem znów uwięzili, ale ponownie wypuścili i wrócił do Ojczyzny, do Warszawy, do rodziny – przeżył swą pierworodną córkę o prawie pół wieku.

(fragmenty wspomnień – W. Wiśniewski, Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Pani na Berżenikach, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Marysia Stankiewiczówna zmarła w dzień swych trzynastych urodzin. Została pochowana w Duksztach obok Adama Hrebnickiego, grób niestety nie przetrwał. Będąc tam co roku, zapalamy pod murkiem znicz.

fot_11_miejsce_spoczynku_marysi_na_cmentarzu_w_starych_d

***

Małgorzata Hrebnicka (kuzynka Stankiewiczów) napisała w dzienniku czasu wojny – w sierpniu 1940 roku:

16/VIII

Od c. Julci pocztówka. Marysieńka nie żyje! Boże!

20/VIII

Pochowana 9/VIII w 13-tą rocznicę swych urodzin na rodzinnym cmentarzu w Duksztach. Biała sukienka i welon i mnóstwo mnóstwo kwiatów. Przed paru laty, pamiętam jak matka powiedziała, że własnoręcznie będzie upinać welon do ślubu na główkach swoich córek. Biedna Hala!….

 ***

fot_1_berzeniki

Berżeniki nad jeziorem Berżenickim, fot ok 1930

fot_1_berzeniki_dom_rodzinny_marysiDom rodzinny

fot_2_pierworodna_corka_marysia_z_mamaMama z pierworodną córeczką

fot_3_z_mama_i_siostraZ mamą i siostrą

fot_4_z_lalkaZ lalką

fot_5_z_mama_i_siostra_krysiaZ mamą i siostrą – trochę starsza

fot_6_na_kolanach_u_tatyNa kolanach u taty

fot_7_powazna_na_sankachPoważna na sankach

fot_8_marysia_z_ukochanym_psem_berzenikiZ ukochanym psem

fot_9_i_komunia_swPierwsza Komunia Święta

fot_10_z_wlasnego_albumu_z_podpisamiZ własnego albumu z własnym komentarzem

Fotografie ze zbiorów rodzinnych, Andrzej Rejman (c) 2016

 

 

 

Parasolki Umbrellas Regenschirme

Wir protestieren heute wieder!

We do protest today again!

Protestujemy! Znowu!

23.10.2016 13:00-15:00 Warschauer Brücke Berlin

Bring your (black) umbrellas! Przynieście (czarne) parasolki! Bringt eure (schwarze) Regenschirme mit!

black-clip-umbrella
Schreibt euren Spruch drauf! Write your slogan! Napiszcie swoje hasło!
Zeichne eure Skizze! Namalujcie coś! Make your own picture!

PiS-Off

cupzgmaxyaartez

parasolkix

paniirenkaparasolkakl

parasolki6 parasolki1 parasolki2 parasolki3 parasolki4

klukos

black-clip-umbrellaKto się boi czarnej baby? piosenka /ein Protestsong (auf Polnisch) / Polish Protestsong

black-clip-umbrella

parasolki5

Reblog: Pocałunek Judasza

giotto_-_scrovegni_-_-31-_-_kiss_of_judasKrzysztof Ruchniewicz

Historyczna hipokryzja czy schizofrenia?

Z zainteresowaniem wysłuchałem wywiadu z Martinem Sanderem, niemieckim dziennikarzem, specjalizującym się w sprawach polskich. Często odwiedza on nasze księgarnie, można powiedzieć, że śledzi rynek książki historycznej. Wszak historia to nasza narodowa pasja, nieprawdaż? To, co Polacy czytają (a czyta ich mniejszość…), jest ważne. Sander zauważył, że na półkach polskich księgarni prezentowana jest spora liczba (ponadprzeciętna?) publikacji autorstwa nazistów lub autorów sprzyjających nazizmowi. Ponieważ dysponuję teraz pewną ilością wolnego czasu, rozejrzałem się po ofercie księgarń i wydawnictw, które można zaliczyć do prawicowych lub skrajnie prawicowych. Nie będę wymieniać ich nazw, by nie mieć dylematu robienia reklamy. Ich oferta jest niemała. Znaleźć tam można pozycje bardzo różne: od literatury religijnej po – tak ją określę – antysemicką, ksenofobiczną, antyeuropejską, i – tak, trzeba to powiedzieć – nazistowską. Autorzy stron nie kryją się z tym specjalnie. Mają się nawet za obrońców wolnego słowa i instytucje wspierające swobodne wyrabianie sobie przez czytelników własnego zdania. Brak zdecydowanych działań ze strony państwa, które w końcu powinno przestrzegać zasad konstytucyjnych, powoduje, że istnieje milczące przyzwolenie na tego rodzaju literaturę i jej popularyzację. Stoi to w rażącej opozycji do działań tegoż państwa, które wytrwale tropi używanie tzw. wadliwych kodów pamięci w mediach zagranicznych.

Jak bumerang powraca w dyskusjach na tematy polsko-niemieckie, zwłaszcza po prawej stronie naszego spektrum politycznego, sprawa pokazywanego przed laty niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ czy używania (nie jest ważne czy celowo, czy z głupoty) tzw. błędnych kodów pamięci, jakim jest zwrot „polskie obozy koncentracyjne“. I powiedzmy od razu. W obu przypadkach krytyka jest uzasadniona, aczkolwiek rzadko odnosi się do proporcji i kontekstu tych przypadków. Mam nawet wrażenie, że je wyolbrzymia. Ile razy można w końcu przywoływać jeden, nie najlepszy serial? Ile razy można zarzucać Niemcom ów fatalny zwrot, którego o wiele częściej używają np. Amerykanie?

Jednocześnie nie znalazłem – choć może źle szukałem – żadnego słowa oburzenia z powodu druku po polsku wielu publikacji nazistów lub też osób z nimi sympatyzujących. Bez problemu można zakupić opracowania pseudohistoryczne poświęcone dziejom Europy, poszczególnych postaci historycznych, jednostek niemieckiego Wehrmachtu czy SS, publikacje o wydźwięku antysemickim czy ksenofobicznym. Przed kilkoma tygodniami jedna z gazet codziennych podniosła alarm z powodu umieszczenia w czołowych sieciach księgarskich w kraju publikacji jednego z belgijskich nazistów. Publikację wycofano wprawdzie z księgarnianego obiegu, ale bez problemu można ją kupić w internecie. Jej wydawca stwierdził m.in.:

(…) Chęć poznania poglądów ludzi, którzy byli blisko Hitlera. Większość z nich po wojnie Niemców mówi: to nie my, to Hitler. A tak naprawdę może myślą jak Degrell, tylko ze względów osobistych, koniunkturalnych nie mówią o tym głośno? Otóż Degrell ma odwagę mówić. Mało tego, nie uważał, że zrobił coś złego stojąc u boku Hitlera i chciał swojego procesu w Belgii, w której zaocznie skazano go na karę śmierci. Postrzegam go jako głos całego pokolenia Niemców, którzy poparli Hitlera w wyborach i w całej tej wojnie. Otóż nigdy nie zrozumiemy dlaczego nazizm uwiódł całe pokolenie nie tylko Niemców, jak się okazuje, bez wydawania tego typu książek.

Naprawdę bez wynurzeń Degrella wydanych po polsku nie zobaczymy istoty nazizmu?

Po lekturze tego listu zacząłem się zastanawiać, skąd u autora wzięło się to przeświadczenie, że Hitler wszystkich uwiódł i że Degrell może być – jak pisze ów wydawca – „głosem całego pokolenia Niemców“. Warto przypomnieć autorowi, że od końca lat 50. przewaliła się przez Republikę Federalną Niemiec dyskusja o odpowiedzialności Niemców za zbrodnie, nikt dzisiaj przy zdrowych zmysłach nie podważa istnienia tych zbrodni ani Holokaustu, nie wspominając o komorach gazowych w obozach koncentracyjnych. W publikacjach wspomnianego autora, którego tak broni wydawca, śladów tej dyskusji nie ma, do końca swego życia pozostał przy swoich poglądach. Na jakiej podstawie uważa się go za osobę reprezentatywną? Bo stereotyp i osobista niechęć podpowiadają komuś, że każdy Niemiec to tak naprawdę nazista?

I tu warto poruszyć na koniec wątek, który przywołano w obszernej recenzji ostatniej książki Degrella, jaka ukazała się po polsku. Pod koniec jej autor, Michał Gadziński, stwierdził:

Tak rozbudowana prezentacja autora wydaje mi się konieczna. Leon Degrelle nie jest bowiem postacią powszechnie w Polsce znaną, a musimy mieć świadomość, z czyją książką mamy do czynienia. Ktoś mógłby się obruszyć – czy godzi się w Polsce wydawać dzieła nazisty (w rodzinnej Belgii pisma Degrelle’a znalazły się po wojnie na cenzurowanym)? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Trudno bowiem poznawać historię uznając z góry część źródeł za niesłuszne. Zresztą skoro w Niemczech publikuje się już opatrzone komentarzem historycznym „Mein Kampf” (i moim zdaniem słusznie), to dlaczego nie wydawać książek Degrelle’a?

Myślę, że autor nie wie o czym mówi. W przypadku „Mein Kampf“, na które się powołuje, chodzi o naukowe wydanie, dzieło szanowanej placówki naukowej, opatrzone licznymi przypisami, objaśnieniami i dodatkowymi tekstami, które pokazują, co się kryje pod podszewką wynurzeń przyszłego wodza III Rzeszy. W publikacji polskiego wydawnictwa nie ma ani wstępu zawodowego historyka, ani naukowych przypisów. Trudno więc mówić w tym przypadku o krytycznym wydaniu książki. Raczej o rzuceniu ekscytującego w opinii wydawcy materiału czytelnikom niekoniecznie przygotowanym do takiej lektury. W innym miejscu ten sam recenzent zdradza swe zafascynowanie Degrellem:

Atrakcyjności książce dodaje fakt tego, że pisana jest w sposób subiektywny z konkretnego punktu widzenia. Mam wrażenie, że większość prac o Wielkiej Wojnie pisana jest z perspektywy państw alianckich. Warto czasem poznać nieco inny punkt widzenia. – i szybciutko zastrzega się – Muszę jednak poczynić zastrzeżenie, że lekturę polecam jedynie osobom obeznanym z faktografią historyczną oraz warsztatem pracy historyka. Nie wszystkie opinie i interpretacje Degrelle’a można brać za dobrą monetę, a niewyrobiony czytelnik łatwo może ulec urokowi jego pasjonującego stylu.

Niemożliwe, naprawdę? A może by tak, idąc podobnym tokiem rozumowania, zacząć przybliżać czytelnikom teksty piewców proletariackiej rewolucji, a nie tylko refleksje miłośników płowowłosych Aryjczyków? Wszak kawał XX w. ukształtowany został przez reżym bolszewików.

Do czego potrzebni są więc historycy, ich prace, cała ta dłubanina po archiwach i bibliotekach? Wystarczy rzucić coś na maszynę drukarską, w pseudowstępie wpisać zdanie na temat możliwego fałszywego odczytania źródła, ale generalnie uznać, że to nie sprawa wydawcy, co i w jakiej formie dostarcza czytelnikowi. I co z tego później wyniknie. Ważne, że jakiś fascynat wyłoży nieco gotówki, by poznać wielkie, przemilczane (przez paskudną poprawność polityczną) źródło. Główkę ma otwartą i często wiedzą nie skażoną (oj, szkolna edukacjo historyczna!) Skoro wszystko można relatywizować (są dwa równorzędne stanowiska, wybierajcie proszę!), to nasza praca staje się bezprzedmiotowa.

A co z tą historyczną hipokryzją w podejściu do używania tzw. błędnych kodów pamięci poza granicami naszego kraju? Czy tolerując w przestrzeni publicznej takie teksty, ale też symbole, wypowiedzi i, niestety, także czyny, nie podkopujemy sami swojego statusu tych, co to „first to fight”, synów (i córek) „kraju bez Quislinga”? A co, jeśli choć kilku czytelników w pryszczatym wieku pomyśli sobie, no tak, nazista, ale w sumie miał chłop trochę racji… A może przykrycie się patriotyczną kołderką (w sprzedaży w różnych wzorach) zapewni nam spokój sumienia i sen bez koszmarów?

Tekst zilustrowałem fragmentem fresku Giotta z Kaplicy Scrovegnich w Padwie pt. pocałunek Judasza.

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Stuart 10

Joanna Trümner

Spadek

Na lotnisku w Sydney Stuart czekał na Iana. „Czy życie jest wiecznym dejá vu, składanką z z powtarzających się scen i miejsc? Młody, zdolny piosenkarz znowu rusza w drogę do sławy?”, zastanawiał się, przypominając sobie, że już dwa razy stał na tym lotnisku. Po raz ostatni był tu przed kiloma miesiącami, na początku drogi do Wellington, która, jak się okazało, była tylko ślepym zaułkiem. Kurczowo trzymał w ręku rulonik z plakatem, zapowiadającym przedstawienie „Jesus Star Superstar” w Wellington, z nadzieją, że trzyma w ręku klucz do dalszej kariery. Z myśli wyrwała go nieznajoma, starsza kobieta, która podeszła do niego i poprosiła o autograf: „Widziałam Pana w roli Jezusa, wspaniały spektakl. Gdzie będzie Pan teraz występował?” „Mam kilka planów, ale to jeszcze nic konkretnego”, odpowiedział Stuart, z zawstydzeniem myśląc o tym, że nie ma przecież żadnego planu na przyszłość. Tę niezręczną rozmowę przerwało pojawienie się Iana, który zaraz po odejściu starszej kobiety złośliwie skomentował: „Widzę, że nie możesz się uratować od wielbicielek!” Stuart przyjrzał się przyjacielowi i stwierdził, że cieszy się, iż po kilkumiesięcznej nieobecności wrócił do domu.

Siedzieli do późna w nocy w zastawionym dziwnymi, podniszczonymi i zbyt dużymi meblami mieszkaniu Iana w północnej części miasta. Pili ulubiony dżin z tonikiem i rozmawiali. „Żebym nie zapomniał, Chang mówił, że w schronisku szukał cię ktoś z domu starców w Watsons Bay, masz się tam koniecznie pokazać zaraz po powrocie. Może jakaś kolejna wielbicielka?”, dodał z przekąsem. Ustalili, że zamieszkają razem i będą dzielili się kosztami. Stuart zaproponował zakup nowych, wygodniejszych mebli, starając się równocześnie nie krytykować przyjaciela za dotychczasowe umeblowanie mieszkania. Po dżinie przyszła kolej na trawkę, którą Ian nazywał „poznanym dzięki Changowi eliksirem szczęścia”. Kiedy w końcu zasnęli ze zmęczenia w oparach marihuany za oknami budził się kolejny dzień. Na szczęście była to niedziela i Ian miał cały dzień na zregnerowanie sił przed pracą.

W poniedziałek Stuart wybrał się do domu starców w Watsons Bay. W hallu piętrowego budynku uderzył go zapomniany przez kilka miesięcy nieobecności zapach starości. Zajrzał do pokoju zajęć dziennych, w którym przy stolikach siedziało kilku znanych mu mieszkańców domu. „Kiedy będziemy znowu śpiewać?”, zapytała siędząca na wózku inwalidzkim kobieta, której nazwiska Stuart nie potrafił sobie przypomnieć. W drodze do gabinetu dyrektora zastanawiał się, dlaczego tak pilnie miał się tutaj pokazać. Z zakoczeniem usłyszał, że otrzymał dwadzieścia tysięcy dolarów w spadku po jednym z mieszkańców domu starców, zmarłym przed miesiącem Tomie Stepley. Stuart dobrze pamiętał Toma i ich wspólne długie rozmowy, rozmowy, które w przeciwieństwie do kontaktów z innymi mieszkańcami tego domu, nigdy go nie nudziły. Tom był chirurgiem i wiele lat życia spędził na pracy dla humanitarnej organizacji OXFAM na południu Afryki. Opowiadał Stuartowi o tym, jak docierał do oddalonych wiosek w Beninie, Togo i Nigerii, jak przeprowadzał operacje na kuchennych stołach, jak trzeba było pertraktować z miejscowymi szamanami, o walce z zabobonami, korupcji i wiecznej walce z wiatrakami i o tym, że nie udało mu się poznać kobiety, gotowej dzielić z nim życie.

W drodze do kancelarii notariusza w centrum Sydney, u którego Tom zdeponował swój testament, Stuart myślał o niespodziewanym spadku. Jak smutne są życiorysy, które tak się kończą, kiedy dorobek życia oddaje się obcym ludziom. Tom do ostatniego ich spotkania zachował trzeźwy umysł, musiał być bardzo samotny w otoczeniu, w którym większość osób odpłynęła myślami w przeszłość i cofała się w czasie”. W kancelarii notariusz podał mu czek i krótki list. „Drogi Stuarcie, bardzo żałuję, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Patrząc na Ciebie zawsze myślałem, że chciałbym mieć takiego syna. Dziękuję za Twoją muzykę, dała mi wiele szczęśliwych chwil. Mam nadzieję, że moje pieniądze pomogą Ci zrealizować plany. Bardzo cieszę się, że miałem okazję Cię poznać, Twój Tom”.

Stuart znowu koncertował w Sydney, a regularnie raz w tygodniu jeździł do domu starców w Watsons Bay, gdzie prowadził zajęcia z mieszkańcami. Czuł, że spadek po Tomie go do tego zobowiązuje. Mimo że podróż do Watsons Bay pochłaniała dużo czasu, przez kolejne miesiące Stuart nie opuścił ani jednego spotkania. Oszczędności, przywiezione z Wellington i spadek pomogły mu intensywnie zająć się pisaniem nowych utworów.

Iris

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Nina Simone

Nadszedł maj i Stuart pojechał do Walton na ślub starszej siostry, Eve. Tak, jak przewidywała Kate, cała uroczystość była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Rodzina odgrywała jedynie rolę pionków w reżyserowanym przez Eve ślubie i weselu. Starsza siostra przywitała go stwierdzeniem, że musi koniecznie zgolić brodę, bo strasznie niechlujnie wygląda. Na brodę, którą zaczął zapuszczać w dniu, kiedy stał się Jezusem w Wellington i która go nieco postarzała, nie było miejsca w scenariuszu Eve.

Stuart korzystał z każdej chwili, żeby spędzić czas z rodzicami i nadrobić miesiące rozłąki. Cieszył się, że na starość rodzice znaleźli siebie i że wspólnie potrafili żartować z wprowadzanego przez Eve reżimu i nerwowej atmosfery wokół ślubu. Cieszył się również ze spotkania ze Stuartem-seniorem i Brianem, który przestał był w międzyczasie w Walton personą non grata. W przygotowaniach do ślubu najmniej obecny i istotny był pan młody, William, na którego twarzy pojawiał się czasami tak zagubiony wyraz, że Stuart wcale nie zdziwiłby się, gdyby przyszły szwagier w decydującym momencie w urzędzie stanu cywilnego powiedział „nie!” W dwa dni po weselu Stuart ruszył w drogę powrotną.

Lot z Hong Kongu do Sydney potwornie się dłużył. W pewnym momencie sąsiadka zasnęła i położyła głowę na jego ramieniu. W tym geście było coś tak intymnego, że Stuart przyjrzał się z jej z zainteresowaniem. Po pewnym czasie kobieta obudziła się i spojrzała zażenowana. Zaczęli rozmawiać i czas do końca podróży przestał się dłużyć. Iris była o kilka lat starsza od Stuarta. Wracała do Sydney z kilkudniowego sympozjum anastezjologów w Londynie. „Niczego nowego się nie dowiedziałam, ale miło było przez kilka dni pooddychać londyńskim powietrzem”, skomentowała tygodniowy pobyt w Anglii. Przyjechała z Londynu do Sydney przed pięcioma laty, podążając za wielką miłością. Miłość przetrwała jednak zaledwie dwa lata i skończyła się rozwodem. Iris zadecydowała, że pozostanie w Australii – powrót do domu oznaczałby dużą porażkę. Nie wyobrażała sobie powrotu i obowiązkowych wizyt u trzech sióstr, które miały udane małżeństwa i dzieci. Nie chciała słuchać ciągłych pytań i rad i za wszelką cenę próbowała udowodnić sobie, że da sobie sama radę w nowym państwie. Nostryfikowała dyplom i znalazła pracę jako anastezjolożka w dużym szpitalu w Sydney.

Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej Stuart czuł, że ogarnia go dziwne ciepło i pragnienie, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. Miał wrażenie, że są sami w samolocie, w hermetycznej kapsułce prowadzą na wysokości dziesięciu tysięcy metrów jedną z najpiękniejszych rozmów, jakie przeprowadził w życiu. Zanim rozstali się na lotnisku w Sydney, umówili się w sobotę na Martins Place.

Kiedy dotarł do mieszkania na dużym ściennym kalendarzu w kuchni zapisał przy dacie 26 maja 1973: Martins Place, 18.00, Iris. W sobotę w nocy spał bardzo niespokojnie, śniło mu się, że spaceruje po czarnych chmurach, a w chwili, kiedy we śnie potknął się i zaczął spadać w ciemność, zbudził się, zlany potem. Za oknami nieprzerwanie padał deszcz, w miarę mijających godzin Stuart czuł narastający niepokój, strach przed spotkaniem, które może go rozczarować i lęk przed tym, że ktoś znowu może go zranić. O szóstej wyciągnął z szuflady pod telewizorem czwartego skręta z marihuaną z żelaznych zapasów Iana. Palił i myślał o Iris, która w tej chwili stała na Martins Place, chroniła się przed deszczem i niecierpliwie spoglądała na zegarek. Kiedy zdecyduje się na powrót do domu, zawiedziona randką, do której nie doszło i Stuartem? W chwili, kiedy Ian otworzył drzwi od mieszkania, jego przyjaciel był na takim haju, że już nie myśleł o upokorzeniu, które sprawił poznanej w samolocie kobiecie.

cdn.

Śniadania literackie: Joyce

Pierwsza wersja tego wpisu ukazała się kilka lat temu na blogu Jak udusić kurę…, tu jednak tak dalece rozszerzyłam ten tekst, że nie traktuję go już jako reblogu. Ale oczywiście każdy może tam zajrzeć: Bloomsday

Ewa Maria Slaska

16 czerwca w Dublinie

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday czyli całodzienną wędrówkę po mieście śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, bohaterów Ulissesa Jamesa Joyce’a. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w Ulissesie. Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce’a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia… nerki wieprzowej.

Wikipedia Commons!!!
“Ciocia Wiki” pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna, myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla Molly. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.

(…)

Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem, trzy, cztery, dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Długacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.

Może Molly będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może, raz, kiedyś.
Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:
– Idę na róg. Wrócę za minutę.
A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:
– Nie chcesz czegoś na śniadanie?
Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:
– Nnn.
Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.

(…)

Przeszedł na słoneczną stronę ulicy. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.

(…)

Zatrzymał się przed oknem wystawowym Długacza, wpatrzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Piętnaście pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.
Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny sąsiadów. Czy ona ją też kupi, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzepkich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbronieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łupnięciu.
Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał poplamionymi, serdeloróżowymi palcami.
Zdrowe mięso jak u jałówki karmionej w oborze. Uniósł stronicę ze stosu pociętych gazet. Wzorowa farma w Kinnereth nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego. Może stać się idealnym zimowym sanatorium. Mojżesz Montefiore. Zdawało mi się, że on. Wiejski dom, otoczony murem, bydło pasące się za mgiełką. Odsunął od siebie gazetę: interesujące: przybliżył ją znów, czytając, bydło pasące się za mgiełką, szeleszcząca strona. Młoda biała jałówka. Owe poranki na targu bydlęcym, trzody ryczące w zagrodach, znakowane owce, chlap i klap łajna, hodowcy w podkutych butach, ciężko stąpający po podściółce, uderzają dłońmi w nabite mięsem zady, ta jest pierwszorzędna, nie ostrugane kije w ich dłoniach. Cierpliwie trzymał stronę ukosem, poskramiając zmysły i pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzywiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.
Rzeźnik pochwycił dwie stronice ze stosu, zawinął w nie jej pierwszorzędne serdelki i zrobił czerwony grymas.
– Proszę, moja panienko, powiedział.
Uśmiechając się zuchwale, podała monetę w wysuniętej grubej garści.
– Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Co dla pana, proszę?
Pan Bloom wskazał prędko. Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami.
Przyjemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące.
Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekceważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zadowolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccies Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny serdelek. Och, proszę, Panie Policjancie, zagubiłam się w lesie.
– Trzy pensy, poproszę.
Dłoń jego przyjęła wilgotny, pulchny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem wyciągnęła trzy pensy z kieszeni spodni i położyła je na gumowej podstawce. Leżały, zostały szybko odczytane i szybko wsunięte, krążek po krążku, do szufladki kasy.
– Dziękuję panu. Do następnego razu.
Punkciki skwapliwego ognia w lisich oczach podziękowały mu. Po chwili odwrócił spojrzenie. Nie: lepiej nie: do następnego razu.
– Do widzenia, powiedział odchodząc.
– Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. Co za różnica?

Molly leży jeszcze w łóżku, Leopold kończy przygotowywać śniadanie

– Pospiesz się z tą herbatą, powiedziała. Usycham.
– Imbryk się gotuje, powiedział.
Gdy schodził kuchennymi schodami, zawołała:
– Poldy!
– Co?
– Wyparz imbryczek.
Gotowała się z pewnością: pióropusz pary z dzióbka. Wyparzył i opłukał imbryczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek masła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Rozsypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szeroką filiżankę, fałszywe Crown Derby.
(…)
Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, łyżeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryczka.
Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka.
– Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała.

Molly jadła na śniadanie chleb z masłem, ale Leopold Bloom – nerkę wieprzową.  Ciężkostrawne, tłuste mięso to typowa cecha śniadań z Wysp. Choć smakosze powiedzą na pewno, że ani podsmażany bekon ani dobrze przyrządzona nerka nie są tłuste. Takie śniadanie angielskie składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • nerka wieprzowa;
  • dwa jajka sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown – podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Zresztą Stefan Dedalus, drugi z bohaterów “Ulissesa”, też je takie wyspiarskie śniadanie, tylko oczywiście w skromniejszej wersji, odpowiedniej dla studenckiej kieszeni…

W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i  odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w  miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i  opary smażonego boczku. (…)  Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając.
Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. (…)
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.

Znam doskonale śniadanie angielskie, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki – same Irlandki, jedna Włoszka i ja – mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel. Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o’clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet – zręcznie podsuwając tacę – jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy?

Silly Billy 3: we go around the world

We start in Germany

Ela Kargol, Berlin

elakargolbilly

Andy Klukos Berlin (click to listen)

andyklukos-billy

Bookstore Buchbund Berlin

buchbund

Art Galery art.endart Berlin-Wedding – pic shot by vernissage Alexandra Fly

billyartendart

Next step – Poland (we go eastwards around the world)

Monika Saczyńska, Warsaw (did you ever see Billy like that?)

billy-monika

Then Australia and Canada

Lech Milewski, Sydney

 

Polish Bookstore, Ottawa, Canada

 

Anybody in Russia, India or Japan? Honolulu?

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia

Lech Milewski

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia na przełomie 1782-83 roku.

Salieri przeczytał list polecający, porozmawiał uprzejmie, poprosił o podanie adresu i obiecał skontaktować się, gdy będzie trzeba.
Potrzeba nadeszła dopiero za kilka miesięcy. Przez ten czas da Ponte żył w biedzie, na szczęście dzięki protekcji przyjaciół z Wenecji i Treviso znalazł ludzi, którzy go utrzymywali.
Wreszcie nadeszło wezwanie od Salieriego, a wkrótce potem spotkanie z cesarzem – Józefem II.

Jożefowi II warto poświęcić kilka słów. Był on najstarszym synem cesarzowej Marii Teresy i od dziecka przygotowywano go do przejęcia po niej tronu. Edukacja prowadzono duchu Oświecenia.
W roku 1765, w wieku 24 lat, został koronowany we Frankfurcie na Cesarza Świętego Imperium Rzymskiego. Przez 15 lat piastował to stanowisko wspólnie z matką, jako regent.
Po śmierci Marii Teresy – 29.10.1780 – zaczął panować samodzielnie i wprowadził wiele radykalnych reform – tolerancja religijna (Maria Teresa była zaciekłą przeciwniczką Żydów i prostestantów), ograniczenie roli kościoła, zniesienie feudalizmu i restrykcji w handlu, reformę systemu prawnego, likwidację cenzury, poparcie dla nauki. Był przy tym zwolennikiem władzy absolutnej i żywił przekonanie, że jego ród jest przeznaczony do sprawowanie takiej roli.
Wprowadzanie reform nie było łatwe, spotkały się z silnym sprzeciwem, wymagały wiele wysiłku i negocjacji. Na przykład likwidacja feudalizmu, która nie powiodła sie na Węgrzech. W Galicji chyba nawet nie próbowano jej wprowadzać. Do tego skomplikowana sytuacja międzynarodowa – konflikt z Prusami, wojna z Turcją. Zadziwiające, że przy tych wszystkich obowiązkąch Józef II znajdował tyle czasu na zajmowanie się sztuką, szczególnie muzyką.
Już po roku samodzielnego sprawowania władzy zdecydował się restaurować włoską opera na cesarskim dworze, właśnie w tym okresie spotkał się z Lorenzo da Ponte.
Więcej szczegółów tutaj – KLIK.

Da Ponte zrobił bardzo dobre wrażenie na cesarzu, który przyjął go na stanowisko poety cesarskich teatrów z bardzo dobrą pensją – 1200 florenów – i zachowaniem licznych swobód twórczych takich jak prawa autorskie i możliwość przymowania zleceń z innych źródeł.
Pierwsze służbowe zlecenie przyszło od Salieriego, efektem była opera Il ricco d’una giorno – Bogacz na jeden dzień. Salieri był zadowolony z libretta, jednak publiczność oceniła operę bardzo źle.
Cesarz nie był tak krytyczny, chciał zobaczyć następną operę autorstwa da Ponte.
Następną operą była Il burbero di buon cuore – Mruk o dobrym sercu – oparta na sztuce Goldoniego. Kompozytorem muzyki był Vinzente Martin y Soler.
Ta opera odniosła duży sukces ku satysfakcji cesarza, który podwyższył da Ponte pensję. Należało iść za ciosem, ale kto ma być kompozytorem?

Salieri, po niepowodzeniu Il ricco d’una giorno, związał się z Giambattista Casti i razem z nim stworzyli kilka oper.
Dość przypadkowo nawinął się W. A. Mozart. Mozart nie miał zbyt wielkiego doświadczenia operowego. Ostatnią jego operą było napisane w roku 1782 Uprowadzenie z Seraju, które cieszyło się umiarkowanym powodzeniem.
Teraz przyszła kolej na operę włoską. Zaczęli pracę nad operą według pomysłu Mozarta, ale po napisaniu uwertury i kilku arii zrezygnowali.

W tym czasie powodzeniem u wiedeńskiej publiczności cieszyła się opera Paisiello – Cyrulik Sewilski oparta na sztuce Pierre’a Beumarchais. Ten sam autor napisał ciąg dalszy Cyrulika – Wesele Figara. Mozart postanowił napisać operę opartą na tej sztuce.
Czytelników, którym Cyrulik Sewilski kojarzy się z Rossinim, uspokajam – mają rację. Rossini napisał w roku 1816 Cyrulika Sewilskiego, który nadal cieszy się wielkim powodzeniem. Cyrulik autorstwa Paisiello poszedł w niepamięć, ale nie tak szybko. Podczas premiery opery Rossiniego zwolennicy Paisiella zorganizowali bardzo gwałtowny protest. Dopiero drugie przedstawienie osiągnęło pełen sukces.

Mozart prawdopodobnie nie znał, albo nie potrafił ocenić, treści Wesela Figara. Jej istotnym elementem jest krytyka uprzywilejowanej roli arystokracji. Nawet w Wiedniu rządzonym przez postępowego Józefa II ta sztuka była zakazana.
Niektórzy uważali ją za zwiastuna Rewolucji Francuskiej (1789). Danton powiedział o niej – likwidacja szlachetnie urodzonych.
Hrabia Wetzlar – sympatyk do Ponte i wielbiciel Mozarta – sugerował, że należy się nastawić na wystawienie opery w Paryżu lub Londynie i był gotów to sfinansować.
Da Ponte zapewnił go, że w jego libretcie sztuka zostanie skrócona i zmodyfikowana na tyle, że nie przysporzy żadnych problemów. Co istotne to zdołał o tym przekonać cesarza.

Mozart uważał, że w operze słowa są córą muzyki i bardzo się angażował w tworzenie libretta. Da Ponte dodał do tego sceniczną formę, dowcip i osobowość głównych postaci.
O wpływie Mozarta na kształt libretta może świadczyć statystyka – w librettach da Ponte dla innych kompozytorów arie stanowią 65% czasu trwania opery, u Mozarta – poniżej 50%.

Premiera opery 1 maja 1786 roku była wielkim sukcesem. Jeszcze większy sukces opera osiągnęła w Pradze, gdzie została wystawiona w styczniu 1787 roku. Efektem było zamówienie kolejnej opery tych samych autorów. W Pradze istniała tradycja wystawiania premier kolejnych operowych wersji historii pewnego rozpustnika. Do tego czasu wystawiono już dwie. Logiczne było, że u Mozarta zamówili właśnie Don Giovanniego.
Mozart odwiedził Pragę w styczniu 1787 roku, z okazji wykonania jego Symfonii nr 38, z tego powodu nosi ona nazwę Symfonii Praskiej.

Póki co Da Ponte kontynuował współpracę z Martinem y Soler – ich wspólna opera Una cosa rara – KLIK – była ogromnym sukcesem. Ciekawe, że główną postacią męską w tej operze jest uwodziciel – książę Don Giovanni. Drugim istotnym faktem jest, że opera bardzo spodobała się najmłodszej siostrze cesarza – Marii Antoninie.
Podczas pisania tej opery zgłosili się do Lorenzo Salieri a po nim Mozart – z zamówieniem opery Don Giovanni.
Da Ponte cieszył się ogromnym powodzeniem – odrobina statystyki – w 1786 roku wystawiono w Wiedniu 32 opery w tym 10 to były opery nowe, 6 z nich miało libretta autorstwa Lorenzo da Ponte.

Cesarz Józef II śmiał się, że da Ponte nie da sobie rady z trzema operami naraz. Da Ponte odpowiedział: operę dla Mozarta będe pisał w nocy, inspiracją będzie Piekło Dantego, dla Martina y Soler będę pisał rano czytając Petrarkę, dla Salieriego – wieczorem – przy lekturze Torquato Tasso.
Być może natchnienia dodawało mu również zauroczenie 16-letnią córką gospodyni domu, w którym mieszkał.
W pamiętnikach wspomina, że pracował 12 godzin dziennie, a piękna panna musiała cały czas przebywać w pobliżu, w sąsiednim pokoju, aby móc przynieść mu napoje lub owoce. Czasem, często, musiała po prostu być blisko niego, czytać książkę lub patrzeć przez okno.

Przy tej okazji należy chyba wspomnieć, że również w Wiedniu życie uczuciowe Lorenzo da Ponte kwitło. Jego ukochaną była Adriana da Bene zwana La Ferrarese – KLIK. Mozart uważał ją za śpiewaczkę drugiej kategorii, cesarz Józef uważał, że jest brzydka, Lorenzo da Ponte w dużej mierze się z nimi zgadzał, ale jednak serce nie sługa – zakochał się. Był to znowu romans pełen emocji – zdrad i awantur. Istotne jest, że wystąpiła w pierwszoplanowych rolach w Weselu Figara i Cosi fan tutte.

Skoro zszedłem na tematy życia osobistego, to wspomnę również pewną słabość Mozarta. Były nią żakiety. Nawet wiedeńczyków szokowały swoim krojem, intensywnymi kolorami, wykończeniem.
Poniżej fragment listu Mozarta do baronessy von Waldstatten:
… piękny czerwony żakiet bezlitośnie łaskocze moje serce. Gdzie można go kupić i za ile? Muszę mieć taki żakiet żeby był warty moich zabiegów, żeby dostać do niego te guziki, o ktorych nie mogę zapomnieć – widziałem je w sklepie z guzikami Brendau, naprzeciw Milano na Kohlmarkt. Biały, z macicy perłowej z białymi kamieniami na krawędzi i żółtym w środku…
Baronessa aluzję zrozumiała – żakiet z wymarzonymi guzikami dostarczono kompozytorowi w ciągu kilku dni.
Sprawdziłem na internecie – na Targu Węglowym w Wiedniu nie ma obecnie sklepu Brendau ani sklepu Milano. Najnowsze fasony z Mediolanu oferuje Dolce & Gabbana.
Poniżej scena z filmu Amadeus, też ciekawy żakiet…

Amadeus

Wracam do tematu – Don Giovanni – opera, od której ta seria wpisów się rozpoczęła.
Opowieść o rozpustniku, którego podboje zakończyły się wizytą kamiennego gościa, została po raz pierwszy spisana około roku 1630 przez Tirso de Molina.
Inspirowała ona wielu twórców, najbardziej znana jest zapewne sztuka Moliera – Don Juan.

Dla Mozarta była to okazja do włączenia do opery muzyki poważnej a nawet pełnej grozy. Salieri dodał do tego wiele żartobliwych akcentów. Według mnie właśnie to połączenie buffa-seria nadaje operze wyjątkowy smak.
Wesele Figara i Cosi fan tutte są według mnie lepsze muzycznie, ale jeśli chodzi o operę jako całość to pierwszeństwo daję Don Giovanniemu.

Termin premiery ustalono na 14 października 1787, gdyż na ten dzień zaplanowana była wizyta w Pradze Marii Teresy – bratanicy cesarza Józefa.
Mozart nie był w stanie dotrzymać tego terminu, gdyż zamówienie dotarło bardzo późno. Podobno zostało złośliwie przetrzymane w dworskiej kancelarii. W rezultacie 14 października zamiast Don Giovanniego wystawiono Wesele Figara.
Aby nadrobić opóźnienie Mozart i da Ponte w październiku 1787 roku przebywali już w Pradze. Odwiedził ich tam najbardziej stosowny gość – Giacomo Casanova. Nie ulega wątpliwości, że jego liczne i powszechnie znane podboje miłosne zostały wykorzystane w operze.
Casanova wspomina w pamiętnikach, że orkiestra opery w Pradze była zdenerwowana opóźnieniem w tworzeniu opery. Mozart codziennie dostarczał fragmenty kompozycji na kolejne próby i zdesperowani członkowie orkiestry uwięzili go w pokoju i obiecali wypuścić dopiero jak dostarczy kompletną partyturę. Casanova twierdzi, że uwolnił Mozarta z “aresztu”.
Faktem jest, że uwertura do opery została napisana w przedzień jej premiery – proszę posłuchać – KLIK .
Chyba dopiero w 1948 roku, podczas przeglądania archiwów zamku książąt Waldsteinów w Duchcovie, znaleziono dokumenty Casanovy, który tam mieszkał i pracował do śmierci. Wśród nich znajdowały się szkice dwóch scen drugiego aktu Don Giovanniego, które zostały wykorzystane w operze.
Warto zauważyć, że Da Ponte w tym samym okresie współpracował z Salierim i był często wzywany przez niego do Wiednia. W tej sytuacji pomoc librecisty amatora była bardzo pomocna.

Poniżej zamek w Duchcovie – ostatnia przystań Casanovy…

Duchcov

Premiera Don Giovanniego odbyła się 29 października 1787 roku i była ogromnym sukcesem. Da Ponte nie był na premierze, kilka dni wcześniej został wezwany przez Salieriego do Wiednia.
Praga była tak oczarowana muzyką Mozarta, że proponowano mu przeniesienie się tam na stałe.
Nie przyjął tej propozycji. Po pierwsze Praga była tylko prowincjonalną stolicą, brakowało arystokracji, która była w Wiedniu jego głównym sponsorem. Istotny pewnie był również fakt, że w tym czasie zmarł Christoph Wilibald Gluck, dyrektor muzyczny na cesarskim dworze w Wiedniu i cesarz Józef II zaproponował to stanowisko Mozartowi – dożywotnio – z pensją 800 florenów rocznie, znacznie mniej niż wynosiło wynagrodzenie Glucka czy Da Ponte.
Warto wyjaśnić, że dyrektor muzyki nie miał nic wspólnego z operą, zajmował się doborem muzyki na dworskie imprezy, czasem komponował tańce na bale, a zatem nie stanowił konkurencji dla Salieriego.
Wykorzystam tę okazję żeby nieco rozwiać mit o niechęci Salieriego do Mozarta, ich wzajemnej konkurencji a nawet podejrzenie, że Salieri przyczynił się do śmierci Mozarta.
Ten ostatni paszkwil to – jakżeby inaczej – wina Putina…
…to znaczy Puszkina, Aleksandra, ale w obecnych czasach Putin lepiej się rymuje.
W 1830 roku Aleksander Puszkin napisał sztukę Mozart i Salieri, w której ten ostatni truje Mozarta. To bardzo dobrze wpisywało się w klimat romantycznych tragedii i stało się powszechnym przekonaniem.

Wróćmy do opery. Premiera Don Giovanniego odbyła się w Wiedniu w maju 1788 roku i została przyjęta z pewnym zaskoczeniem. Cesarz pocieszał Mozarta – wiedeńczykom jeszcze nie urosły zęby do zgryzienia tej opery. Zresztą Wesele Figara, ktorego premiera była wielkim sukcesem, też nie zyskało wielkiej popularności. Podczas życia Mozarta wykonano je 15 razy.
W sumie, w latach 1785-90, opery Mozarta wystawiono w Wiedniu 25 razy. Czołówkę kompozytorów operowych stanowili: Paisiello – 160 spektakli, Salieri – 138, Cimarosa – 124.

Rok 1788 – Austria toczyła wojnę z Turcją i w skarbie zaczęło brakować pieniędzy. Cesarz Józef nosił się z zamiarem zamknięcia opery. Lorenzo da Ponte poprosił o pozwolenie znalezienia sponsorów, którzy sfinansują operę. Znalazł dość szybko, opera została uratowna. Być może w rewanżu cesarz zamówił u duetu Mozart-da Ponte kolejną operę – Cosi fan tutte.
Wybór tematu dość zaskakujący – naiwna intryga dobra dla teatrzyku marionetek. Jednak duet autorów zabrał się do pracy z entuzjazmem. Sprawa stała się poważna, gdy zmęczony trudami wojny z Turcją cesarz zapadł na poważną chorobę. Koniec roku 1790. Trzeba się spieszyć, żeby wystawić operę jak najszybciej, niech nie daj Boże cesarz umrze, to cały wysiłek pójdzie do kosza.
Zdążyli – premiera Cosi fan tutte odbyła się w styczniu 1790 roku, Józef II zmarł 20 lutego. W sumie wystawiono operę 4 razy i nie cieszyła się powodzeniem. Zła passa Cosi fan tutte trwała przez cały wiek XIX. Środowiska protestanckie uważały, że jest wulgarna i relatywizuje tradycyjną moralność. W rezultacie wystawiano tylko jej fragmenty uzupełniane wstawkami z innych oper. Premiera opery w USA odbyła się dopiero około 1920 roku.

Rok 1791 – ostatni rok życia Mozarta – zapomnijmy na chwilę o Lorenzo da Ponte.
W tym roku napisał on dwie opery – La clemenza di Tito – znowu zamówienie z Pragi – na ceremonię koronowania Leopolda, następcy cesarza Józefa II, na króla Czech. Libretto napisał wspominany już w tym cyklu przyjaciel Lorenza da Ponte – Mazzola. Premiera odbyła się 6 października 1791 roku, kilka godzin po koronacji Leopolda. W kolejnych latach opera cieszyła się dużym powodzeniem, była pierwszą opera Mozarta wystawioną w Londynie (1806).
W tym samym czasie Mozart pracował nad Czarodziejskim Fletem zamówionym przez Emanuela Schikanedera, który napisał libretto, wystawił operę w swoim teatrze i na premierze (30 września 1791) wystąpił w roli Papageno.
Opera została przyjęta bardzo dobrze, w ciągu roku po premierze została wystawiona ponad 100 razy. Niestety Mozart już wtedy nie żył – zmarł 5 grudnia 1791 roku.

Ostatnie dwa miesiące życia Mozarta są nieco zagadkowe. Nie mam tu na myśli tajemniczego klienta, który zamówił Requiem, pozostaję przy sprawach codziennych – brak pieniędzy. Zachowało się wiele listów kompozytora z prośbami o pożyczenie pieniędzy i odroczenie terminów spłat długów. A co się stało z dożywotnią pensją, z honorariami za Łaskawość Tytusa i za Czarodziejski Flet?
Tragedii dopełnia legenda o pochówku we wspólnym grobie dla biedaków.
To ostatnie to całkowita pomyłka,  jest to błędna interpretacja terminu – grób komunalny. Taki grób, w przeciwieństwie do grobów prywatnych, był po dziesięciu latach przekazywany administracji cmentarza.
W tamtych czasach prywatne groby kupowała tylko arystokracja i bardzo bogaci mieszczanie. Klasy średnie zadowalały się grobem komunalnym i na ogół po dziesięciu latach nie wykupowały go na własność. Tak właśnie stało się z grobem Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Poniżej pomnik na przypuszczalnym miejscu grobu Mozarta na St Marxer Friedhof w Wiedniu…

Grób Mozarta

Wracam do tematu.
Lorenzo da Ponte był jednym z niewielu, którzy wykazali się lojalnością w stosunku do cesarza Józefa II w ostatnich godzinach jego życia i po śmierci. Wszyscy na dworze wiedzieli, że następca Józefa – Leopold II – zazdrościł starszemu bratu i czekał na objęcie po nim tronu.
Dworacy się nie mylą. Lorenzo da Ponte popadł w niełaskę i wkrótce stracił posadę. Nieco wcześniej porzuciła go jego ukochana Ferrarese i wyjechała do Wenecji. Nie minęło wiele czasu, a nie wpuszczono go na cesarski dwór.
Wyjechał do ostatniej przystani wielu wygnańców – do Triestu.

Zakończenie w następnym odcinku.

Żródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard, Londyn 1929
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Rodney Bolt – The libretist of Venice