Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka

 

Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016

Subiektywny bardak na skos I

Tomasz Fetzki

Dobre wychowanie to balast i przekleństwo. Prosi Szefowa Blogu: opisz tę naszą podróż. Normalnie by człowiek coś chamowato odburknął, przypomniał, że przecież do znudzenia powtarza, iż źródło inspiracji mu wyschło. Ale co? Kobiecie odmówisz? – pyta sumienie, czy raczej uciążliwe superego. Kurde, nie odmówię. I teraz się człowiek musi męczyć.

O tej podróży już kiedyś Wędrowiec TUTAJ wspominał. Warto jednak dodać kilka istotnych informacji. W Lublinie Viator (któremu towarzyszyła wierna i najwspanialsza pod słońcem Viatorka) wraz z Szefową Blogu na konferencji naukowej opowiadał o naukowo- i kulturowotwórczych aspektach blogowania (tak, tak, na to się porwaliśmy!)
I wymyślił sobie, że skoro już zajechał tak daleko, to wracając zobaczy kilka miejsc, których dotąd nie miał okazji odwiedzić, a które odwiedzić trzeba, przecinając Polskę na skos – od Lublina do Świebodzina. Że zaś Viatorka i Szefowa Blogu nie miały nic naprzeciwko, a wręcz z entuzjazmem przyjęły tę propozycję, decyzja została podjęta.

Viator Fetzki zasiadł do pisania, nie Karl Baedeker. Przeto nie oczekujcie systematycznego opisu trasy, zabytków, historii. Możecie jedynie liczyć na ciąg asocjacji i refleksji, jakie odwiedzane miejsca wzbudziły w głowie Pielgrzyma. A że ta głowa kryje prawdziwy śmietnik wiedzy różnorodnego kalibru, różnej wagi i rozmaitej wartości, przeto i ciąg asocjacyj chwilami zaczyna przypominać wielki bardak. Trudno. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Aha, jeszcze jedno! Zebrało się tego tyle, że tekst trzeba było podzielić na kilka odcinków. Konkretnie – na trzy.

***

Wstajemy skoro świt. Obfite śniadanie (bo w trasie nie będzie czasu na obiad) spożywamy w pośpiechu (gdyż czas goni) i w drogę. Wczesnym wieczorem musimy być w Zielonej Górze: kupiliśmy bilety na koncert Piwnicy pod Baranami i nie ma takiej opcji, byśmy się spóźnili. Opuszczamy pensjonat na przedmieściach Świdnika. Usytuowany tuż przy drodze ekspresowej ku Chełmowi wiodącej. Częścią tej ekspresówki jest obwodnica Lublina, nie było przeto potrzeby przedzierania się przez miasto. Parę kilometrów wygodnej dwupasmówki, potem zjazd i zakręt w prawo, znaczy się – na północ. Jeszcze kilkanaście minut i dojeżdżamy do pierwszego celu naszej wędrówki.

Viator zaczyna nucić piosenkę, którą usłyszał pierwszy raz jakieś trzydzieści lat temu i, z nie do końca zrozumiałych względów, pamięta świetnie do dziś. Ot, bardak w łepetynie. Piosenkę o Lubartowie, do którego dziś zawitał wreszcie po raz pierwszy. Jedzie więc ulicami miasteczka i podśpiewuje: Oj wej, w Lubartowie, najpiękniejszy w świecie świat! Piosenka w sumie głupawa (w tamtych latach Rosiewicza stać było na znacznie więcej, co niejednokrotnie udowadniał), ale właściwie sympatyczna. I ten szmonces: wszyscy chętnie lubią czosnek. No, urocze. Nie ma co się tu wykazywać rewolucyjną czujnością i doszukiwać złych intencji. Zresztą, ponoć byli tacy, którzy nawet Sęk Dziewońskiego i Michnikowskiego oskarżali o antysemityzm. Sęk… A pamiętacie, jak on się zaczyna? Viatorowy łeb zachował i ten szczegół, aby teraz go wyrzucić na powierzchnię:

Hallo! Proszę pani, ja poproszę zamiejscową: Lubartów czydzieści czy!  

Jakaś magia tkwi w tej nazwie, nieprawdaż? Zanim zanucicie piosnkę z Wędrowcem, posłuchajcie jeszcze dwóch uwag. Raz, że filmik dość dobrze oddaje charakter miasteczka, zwłaszcza piękno Pałacu Sanguszków i parku przypałacowego. Trójka Podróżników obejrzała je sobie uważnie, choć tylko przez okna samochodu – wszak czas goni. Dwa: w pewnym momencie klipu (około 1 min. 20 sek.) fotografia lotnicza prezentuje meandry Wieprza, nad którym leży Lubartów. Podróżnicy rzeki nie widzieli, ale ten Wieprz jeszcze kilkakrotnie powróci w naszej opowieści. No, to posłuchajmy:

Ale nie ma na filmie innego ważnego lubartowskiego zabytku. Takiego, że Viator, mimo limitów czasowych, musiał, bodaj na chwilę, wysiąść z samochodu. Kapucyński kościół pw. św. Wawrzyńca. Pośpiech pośpiechem, a barok toskański barokiem toskańskim.

1a-b-lub

Znajduje się bowiem w bardaku Viatora także ogromny sentyment dla tego stylu: barokowa, a przecież po franciszkańsku skromna bryła świątyni, ołtarz bez nadmiaru zdobień, a przy tym w kolorach surowego drewna, bez śladu polichromii… Można by patrzeć bez końca. Ale czas nagli.

Dalej na północ. Przekraczamy most na Wieprzu i wjeżdżamy do kolejnego miasteczka nabrzmiałego znaczeniami.

2-lubKock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.

Trochę się pokręcili (autem, rzecz jasna) po miasteczku, pełni admiracji podumali przed Pałacem Jabłonowskich (oficyny piękniejsze chyba, niż budynek główny). Na szukanie Domu Cadyka Morgensterna czasu już nie stało. Pole bitwy czeka! Tylko której? Wszak na przestrzeni 120 lat pod Kockiem rozegrało się ich aż sześć! Najważniejsze są jednak, przynajmniej w przekonaniu Pielgrzyma, dwie: pierwsza i ostatnia. Anno Domini 1809 roku w potyczce z Austriakami poległ tutaj pułkownik Berek Joselewicz. Ktoś ma ochotę kwestionować szczerość patriotyzmu starozakonnego kawalerzysty, walczącego za Polskę pod Kościuszką, Dąbrowskim i Kniaziewiczem? Serce się rwie, by podjechać te kilka marnych kilometrów ku Białobrzegom i mogiłę Pułkownika odnaleźć, ale czas… Czas bezlitosny! Odwiedźmy więc chociaż pomnik bohatera ostatniej z bitew: generała Franciszka Kleeberga!

3-lub

Pomnik stoi w pobliżu cmentarza, na którym pochowano żołnierzy poległych w październiku 1939 roku, w ostatniej bitwie ostatniego regularnego oddziału armii II Rzeczpospolitej. Prochy Generała który, jak powszechnie wiadomo (przecież nie tylko Viator słuchał i czytał o tych sprawach) zmarł w niemieckiej niewoli, spoczęły wśród jego podkomendnych w roku 1969. Na odwiedziny cmentarza czasu oczywiście nie było, lecz przed pomnikiem (piękny ten pomnik pod względem artystycznym; dalsza wędrówka przekona nas, że nie zawsze tak być musi, niestety) Trójka Podróżników chwilę podumała.

O czym myślały Viatorowa i Blogu Szefowa, tego Wędrowiec nie wie. On sam rozważał nietuzinkową postać Generała i jego dzieło. Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Charkowie. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć. Nie ma rady: Piwnica pod Baranami czeka, ale pole bitwy odwiedzić trzeba. Serokomla, Konorzatka, Wola Gułowska. Tak się Trójka Podróżników zapamiętała w tym objeździe, że się ostatecznie trochę zgubiła. Dobrze! OK! Viator się zgubił. Wjechał w takie bezdroża, że na chwilę nawet asfaltu zabrakło. Ale warto było: okolica piękna. Zresztą, ostatecznie szczęśliwie udało się odnaleźć trakt. Kierunek zachód. Dęblin majaczy na horyzoncie.

Ciąg dalszy za tydzień

Grzybobranie

Może jeszcze zdążymy z autorem na grzyby, w listopadzie na pewno jeszcze coś się znajdzie, a filozofować, jak widać, można zawsze i wszędzie.

Roman Brodowski

W promieniach powolnie budzącego się wczesnojesiennego słońca, siedzieliśmy na skraju lasu obok siebie, Przed nami roztaczał się iście sielankowy widok wiejskiej rzeczywistości. Pofałdowany morenowy teren, widniejące na planie nieba wielokolorowe czupryny drzew i wisząca nad pożniwnymi polami poranna mgła, przypominały mi nieco przedgórze polskich Bieszczad.

To dziwne ale… tyle razy jako dziecko przychodziłem tu z rodzicami, przyjaciółmi, a niekiedy sam, na grzyby, orzechy czy też tak lubiane przez moją mamę, dziko rosnące jeżyny, ale nigdy nie zwracałem uwagi na uroki tego jakże romantycznego przecież miejsca.

Myślę że wówczas, w tamtym, pozostałym we wspomnieniach czasie, nie tylko ja, ale i nikt z moich rówieśników nie nadawał temu miejscu jakiejś szczególnej wagi. Wówczas był to zwyczajny las, zwyczajny drzewostan. Teraz jednak ten zagajnik oddalony o niecałe cztery kilometry od moich kochanych Pszczółek, rozpoczynający sobowidzki kompleks leśny, zwany przez nas potocznie, „Klemplinami”, wydaje się oazą spokoju, przykładem doskonałości boskiego dzieła i …, przedsionkiem rajskiego ogrodu, za którym nie powinno być już nic oprócz wiecznej (opisywanej nam podczas lekcji religii przez naszego mistrza teologii, pszczółkowskiego proboszcza) szczęśliwości niebios.

Maria spojrzała na nieco zachmurzone niebo, tak jakby za chwilę miało się na nim coś ważnego pojawić. Nie zwracając na mnie uwagi liczyła coś szeptem. Do moich uszu płynęły ledwo słyszalne cyfry: pięć, siedem, jedenaście, szesnaście… Nagle umilkła. Wydawało mi się, że powoli pogrążała się w tajemniczy świat nostalgii, by w końcu, odcięta od rzeczywistości parawanem niebytu, zniknąć, pozostawiając siedzący przy mnie jej fizyczny obraz filozoficznej zadumy.

Obserwując ją dyskretnie, poszukiwałem tamtej, szesnastoletniej, o długich ciemnoblond warkoczach, zawsze uśmiechniętej, energicznej dziewczyny, gotowej z matczyną troską rozwiązywać problemy naszego niedoskonałego świata, tamtej, z czasów naszej beztroskiej młodości.

Myślałem o dniu naszego ostatniego spotkania. Jak na pełnoformatowym, zawieszonym w wolnej przestrzeni, ekranie, mocą wyobraźni zobaczyłem dwoje dorosłych dzieciaków stojących obok siebie na przystanku autobusowym. Z pewnością było to w lecie, oboje ubrani są tak na lato ubrani. Ona w wielokolorowej, lnianej sukience, on w dżinsowych spodniach i jasnej koszuli z krótkimi rękawami. Oni to oczywiście – my. Tak, to na pewno była ciepła, sierpniowa sobota. Chyba nawet ostatnia przed moim wyjazdem do internatu. Pamiętam, że padał drobniutki deszcz. Poprzedniego dnia spotkałem Marię w Pszczółkach, tuż obok naszego kościoła. Przyjechała z rodzinnego Kolnika na zakupy. Porozmawialiśmy chwilę, zaprosiła mnie na wspólną wycieczkę do trójmiasta, a właściwie do Oliwy i Sopotu, gdzie na stancji mieszkała jej siostra. Chociaż była ode nas starsza, znałem ją dobrze. Też chodziła do naszej podstawówki. Postanowiliśmy ją odwiedzić i razem nią spędzić ten dzień. Pamiętam, że nie zastaliśmy jej w domu.

Tyle już lat od tamtego spotkania minęło. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć. Zresztą, czy to takie ważne, ile? Ważne jest to, że niczego nie zapomniałem. Może nie ze szczegółami, ale pamiętam jej głos, naszą rozmowę i… ten deszcz, wystukujący rytmicznie jakiegoś marsza w rozłożone ponad głowami parasole. Jeszcze teraz słyszę szum morza i dźwięk uderzających o piaszczysty brzeg fal. Czuję ten długi spacer we dwoje po sopockiej plaży. Szliśmy po mokrym piasku, pozwalając morzu, by czasem obmywało nam bose stopy chłodną, słoną wodą. Podziwiając bezkres Bałtyku, opowiadaliśmy sobie o naszych doświadczeniach z pierwszego roku naszej nowej rzeczywistości, w której to, na przedprożu dorosłego życia, uczęszczając do różnych szkół, żyliśmy z dala od siebie. Wspominaliśmy naszych przyjaciół, nasze dobre i złe chwile, naszych nauczycieli i nasz wciąż jeszcze odchodzący do skarbczyka pamięci okres ostatnich kilku wspólnie przeżytych lat w ławkach naszego powszechniaka. Nie widzieliśmy się zaledwie rok, a wspomnień mieliśmy tyle, jakbyśmy się nie widzieli przysłowiowe pół wieku. I chyba nie było w tym przesady, bo Maria w ten rok zmieniła się bardzo mocno. Może nie tyle fizycznie, bo te zmiany zachodzą w powolnym procesie, ale intelektualnie, emocjonalnie i duchowo. Wydawało mi się, że z szybkością przekraczającą barierę dźwięku przeszła na podób motyli wewnętrzną metamorfozę. Słuchałem mojej rówieśniczki, a jakbym słyszał bogatą w życiowe doświadczenie, w pełni poglądowo ukształtowaną a nade wszystko, zaprzysiężoną swojemu Bogu, dorosłą osobę.

Maria z pewnością należy do jednej z tych z nielicznych osób, których z zainteresowaniem i to bez przerywania (co jest w moim niezbyt kulturalnym zwyczaju) potrafię cierpliwie słuchać . Myślę, że była tą, która wzbudziła we mnie potrzebę samookreślenia i zachęciła, bym odpowiedział sobie na pytanie, kim tak naprawdę chcę być?

Myślę, że właśnie ta, wypełniona być może przesadnie metafizyką, rozmowa, będąca połączeniem wizji życia obarczonego chorobami, wojnami, nienawiścią, problemami egzystencjonalnymi i wszelkimi plagami zła ziemskiego bytu z jednej strony, a sensem cierpienia będącego niepojętym elementem bożego zamysłu , stanowiącym przepustką do wiecznego dostatku dobra, zwanego Rajem, z drugiej, stała się dla mnie drogowskazem wyznaczającym kierunek mojego dalszego rozwoju intelektualnego.

Chociaż od tamtego spotkania w moim życiu wydarzyło się wiele rzeczy, nadal poszukuję mej ziemskiej tożsamości, tak tej fizycznej jak i ideowej. Wciąż nie wiem, kto lub co stworzył formę mojego człowieczeństwa. Ewolucja to czy dzieło istoty wyższej? Rozumowo skłaniam się ku koncepcji darwinowskiego przypadku , ale instynkt, czy może bardziej – potrzeba wiary, podpowiada mi coś zupełnie innego.

Po raz kolejny spojrzałem na siedzącą w bezruchu postać i mimo woli nasunęły mi się, kolejne pytania. Jaka ona jest dzisiaj, po tylu latach? Jak zagospodarowała swój dar teologicznego postrzegania świata? Ile oddała siebie innym i ile w zamian od innych otrzymała?

Maria jakby wyczuwając moje pytania, uśmiechnęła się do mnie i niespodziewanie zaczęła opowiadać.

Jej religijna postawa, zakotwiczona w silnych podstawach teologii, jej wiara w to, o czym mówiła podczas tamtego, sobotniego spaceru, pomimo wielu przeciwności losu nie zachwiały jej przekonania, że żyjemy w doskonałym, unipolarnym, harmonijnym świecie pod rządami Wszechmocnego. Maria była pewna, że jej świat nastąpi, o czym informują pisma kanoniczne, po „Dniu Sądu Ostatecznego” i dlatego już dzisiaj, w oczekiwaniu, dba o to, by jej „lampa oliwna” ani na moment nie przygasła.

 

Po ukończeniu liceum rozpoczęła studia teologiczne, po czym oddała się posłudze dla jej jedynej prawdziwej miłości – Boga. Wstąpiła do cywilnego zakonu sióstr „Niepokalanej Matki Kościoła”, by, tak to sformułowała, wspomagać misjonarzy w dziele ewangelizacji.

Dzięki tej przynależności, mogła przekazywać swoją wiedzę o tym co stanowiło sens jej życia – biblijną triadę wartości – „wiarę , nadzieję i miłość” tym, którzy tego potrzebowali, a w szczególności dzieciom. Kilka lat pracowała jako nauczycielka religii, czy jak kto woli, katechetka, w naszych Pszczółkach.

I chociaż ciężka choroba, która przykuła ją do łóżka, nie pozwoliła jej na samorealizację w takim stopniu, by mogła o sobie powiedzieć „Jestem całkowicie spełniona”, nadal walczy o czystość swojej „Niepokalanej Wiary”.

Słuchając jej zwierzeń, czułem, jak moja wewnętrzna przestrzeń wypełnia się empatią, wzruszeniem i własną niemocą. Brakowało mi słów. Pełen podziwu dla tej słabej, a jednocześnie silnej siłą woli walki o ideały, pryncypia i zasady, doświadczonej przez los kobiety, utwierdzałem się w przekonaniu, że jest święta. Oczywiście, to moja własna interpretacja tego słowa, święty to nie przedrostek imienia, to nie tytuł nadawany przez Papieża, i nie dostępująca zaszczytu przebywania w niebiańskim otoczeniu duchowych dzieci Boga postać, wybrana przez społeczność kościoła, dla potrzeb gloryfikacji, ale właśnie ci maluczcy, pokorni, tacy jak ona, uważani często przez innych, za nadinterpretatorów, nawiedzonych czy fanatyków. Dla mnie to właśnie oni stanowią pierwiastek etyczno moralnej i ideowej świętości.

– Dziwne, ale z zasady tak jak filozofia, tak i teologia, nie potrafią znaleźć wspólnego pierwiastka, i nas więc, dwie religijno-poglądowe antypody powinno wiele różnić. Tymczasem my potrafimy ze sobą rozmawiać, rozumiemy się nawzajem, jesteśmy obok siebie jak dwie duchowo bliskie osoby – powiedziała Maria na zakończenie.
– Bo, odpowiedziałem, zarówno Teologia, jak i Filozofia religii, podobnie jak cała chrześcijańska kultura wywodzą się od tego samego korzenia. Wędrujemy różnymi drogami, poszukujemy źródła naszego pochodzenia w różnych miejscach, nadając naszym misjom szczególnego znaczenia. Wy teolodzy we wszystko, co dotyczy poszukiwania celu naszej ziemskiej wędrówki i ma związek z teizmem, wierzycie a priori, tworzycie dogmaty, opieracie swój duchowy rozwój na tradycji i wierzeniach kultur dawno wymarłych. A przecież tak naprawdę wszyscy umieramy w pełnej niewiedzy tego, co nas czeka poza granicą naszego ziemskiego bytu. Tak, wy teolodzy z założenia wiecie, co tam jest. Jesteście przekonani o słuszności waszych przekonań, twierdzicie, że wasza prawda jest tą jedyną. My zaś, filozofowie, ciągle wątpimy, poszukujemy, dowodzimy słuszności naszej jakże kruchej wiedzy. Także w sprawach wiary. Korzystając z waszych doświadczeń, z bazy pism kanonicznych, czy też apokryficznych, badając genezę i przebieg historyczny tworzenia kultury chrześcijańskiej, staramy się pojąć to, co dla was , od początku jest pojęte. – Ale my przecież Mario – dodałem, gładząc jej ciepłą dłoń – rozmawiamy ze sobą jak dwoje przyjaciół i z szacunku do siebie potrafimy to w tak sympatyczny sposób czynić.

Spojrzałem na rozjaśnione pierwszymi słonecznymi promieniami niebo i w mrok brzozowego zagajnika u naszych stóp, by wskazując palcem w przypadkowy punkt, stwierdzić, tam, pod tym drzewem rośnie wspaniały kozak.
– Jesteś tego pewien?, zapytała z przekorą Maria, wybuchnęła śmiechem, wzięła koszyk do ręki i ruszyła we wskazanym prze ze mnie kierunku.
– Tym razem to ja wierzę…, że coś znajdziemy. Ty natomiast wątpisz i dlatego idziesz sprawdzić, czy mam rację, dodałem i podążyłem za nią, karmiąc oczy pięknem otaczającego nas lasu.

Opowiadanie dedykowane M. L. Berlin, 27. 11. 2

Przychodzimy, odchodzimy 1

Krystyna Koziewicz

Śmierć na emigracji

Kiedy patrzysz na człowieka życzliwym okiem, widzisz same zalety… podziwiasz nie tylko urodę, ale styl życia, pięknie urządzone mieszkanie, przeczytane książki, dalekie podróże, intratny zawód, posiadaną wiedzę oraz szlachetne wartości przekazywane innym. Te wszystkie cechy brzmią tak olśniewające, że człowiek zaczyna sam siebie karcić, że nie potrafi błyszczeć, dobrze zaprezentować i pchać się przed szereg. Normalny człowiek akceptuje, że wśród nas są lepsi, mądrzejsi i zdolniejsi, bo przecież nie każdy miał szanse czy warunki, żeby się doskonalić. I tak wydawałoby się na zewnątrz mamy piękna twarz, wooow…, a co skrywamy w środku ciała? Zaraz bedzie o tym mowa…

Pewnie ktoś zapyta, a dlaczego taki enigmatyczny wstęp do tytułu artykułu: śmierć emigranta. Bo to się naprawdę zdarzyło, piszę pod wpływem emocji, na gorąco. Tak, umarł Polak na emigracji! Ojciec, brat, eks małżonek, kolega. Umarł pewnie w cierpieniach, bo choroba była straszna. Trudno mieć do kogokolwiek pretensje, że go nie zauważaliśmy, sam się izolował, o problemach nie mówił, a kiedy zapytano zawsze odpowiadał, że ok.

OK.

Zmarł w samotności i była to naturalna śmierć – o czym powiadomiła policja, która przeze mnie, bo to ja jestem eks małżonką, szukała najbliższych członków rodziny. Byłam w szoku, oczywiście, przekazałam posiadane informacje, które pozwoliły odnaleźć jego córkę, zamieszkałą w Monachium i siostrę w Holandii. Najbliższe osoby, w tym wypadku – każda z nich żyła w innym kraju, innym mieście.

Ja zresztą też na własną rękę, poprzez internet, szukałam łączności do obu kobiet. Ucieszona, że znalazłam adres jednej z nich, wysłałam maila, potem zatelefonowałam, zero reakcji. Także policja ją znalazła, nawiązali kontakt, ale córka jako bezrobotna i biedna nie zorganizuje ojcu pogrzebu. A więc to miasto dokona pochówku, anonimowo.

Już raz przeżyłam podobna historię z piłkarzem Kazimierzem Polakiem http://blog-polonia.pl/wspomnienie-o-pilkarzu/.

Polak. Nomen omen…

Ale teraz myślę o moim byłym mężu, o Bartku. Gdyby nie miał nikogo, dobrze… Lorka i Mozart też nie mieli grobu, nie trzeba mieć grobu, nie o ten kawałek miejsca na cmentarzu chodzi, tylko o pamięć. Bartek ma córkę, kochał ją, opłacał jej studia artystyczne, teraz już nie, bo skończyła, jest specjalistą, anonsuje się w sieci, że wykonuje Wohnungseinrichtung. Urządza wnętrza mieszkalne. Oglądam piękne zdjęcia, wnętrza jej mieszkania niczym z bajki, jak wyjęte z ekskluzywnego katalogu. Tak, tak rozpoznaję ją, to ona jest na zdjeciu. Nie chce mi się wierzyć, że nie chce własnemu ojcu zorganizować godny człowieka pochówku. Przecież musi być szlachetnym człowiekiem z darem boskim – artysta o wielkiej wrażliwości i ta buzia… taka śliczna…

Nic nie rozumiem.

Szukam siostry… w internecie nie ma jej nazwiska, nie ma na facebooku. Dzwonię do polskiej ambasady, do znajomych w Holandii z prośbą o pomoc. Słyszę dobre rady, ale dalej działam na własna rękę. O co mi właściwie chodzi? Po co to robię?

Żeby zmarłego na emigracji Polaka nie pochowano na psim polu.

Myślę sobie, siostra na pewno nie pozwoli, by jedynego brata pogrzebano w nieznanym miejscu. Dzwonię do Haarlemu na policję, policja jednak nie odnajduje nikogo o podanym nazwisku, ale… znajduje nazwisko i imię matki zmarłego, która jest zanotowana w komputerze. Ja wiem, że już nie żyje od dwóch lat, ale pewnie tam mieszka i siostra. Niestety, szczegółów nie znam. Od poszukiwań jest policja. Odnajdzie? A jak nie? A jak i ona odmówi?

Czarny scenariusz… Zostanie pochowany w Berlinie, anonimowo, tak, ale przecież w miejscu, które będzie znane. Podam tu adres, może ktoś przyjdzie, może go godnie pożegnamy.

Spoczywaj w spokoju!

bartekklein

Foto: Ania

Stuart 11

Joanna Trümner

It must have been love but it’s over now
It must have been good but I lost it somehow
It must have been love but it’s over now
From the moment we touched till the time had run out

To musiała być miłość, ale już się skończyła
I musiała być dobra, ale gdzieś się zgubiła
To musiała być miłość, ale już się skończyła
Od chwili, kiedy się dotknęliśmy, do chwili, kiedy przeminął jej czas

 Roxette

Pożegnanie z Iris

Przyjaźń polega na słowach, których nie trzeba wypowiadać, żeby druga, bliska nam osoba wiedziała, co się z nami dzieje i co czujemy. Ian nigdy nie zapytał Stuarta, dlaczego zamazał wpis pod datą 25 maja na ściennym kalendarzu w kuchni grubym, czarnym flamastrem. A Stuart nie dopytywał się, na czyj ślub przyjaciel wybiera się za miesiąc do Anglii. Dopiero, gdy odprowadził Iana na lotnisko, dotarło do niego, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł – zaoszczędzone pieniądze powoli się kończyły, bez podjęcia pracy mógł utrzymać się najwyżej jeszcze przez pół roku, jego wielka miłość stanie za kilka dni na ślubnym kobiercu w Cardiff, a kobieta, o której nieustannie myślał, na pewno czuje się dotknięta i rozczarowana, i nie chce do widzieć na oczy.

W drodze z lotniska do domu poczuł nagle tak silną potrzebę zobaczenia Iris, że wysiadł z kolejki i ruszył w stronę szpitala, w którym pracowała. W głowie układał słowa, od których mógłby zacząć rozmowę i zastanawiał się, czym mógłby wytłumaczyć to, że nie pojawił się na spotkaniu i że nie szukał jej do tej pory.

„A może się jednak ucieszy na mój widok?”, przeszło mu przez głowę. „Przecież tak długo ze sobą rozmawialiśmy, może uda się to jeszcze jakoś wyprostować?” Po dwóch godzinach czekania przed szpitalem wrócił do domu. Ten smutny wieczór, pierwszy wieczór nieobecności Iana, spędził z gitarą i muzyka pomogła mu odpędzić od siebie niedobre myśli aż do chwili, kiedy mieszkający piętro nad nim sąsiad zastukał do drzwi i poprosił o ciszę.

Od tego dnia Stuart codziennie wystawał w bezpiecznej odległości pod szpitalem i z drugiej strony ulicy obserwował opuszczających budynek ludzi. Po kilkunastu dniach rozpoznał w końcu Iris w grupie zajętych rozmową kobiet. Miała na sobie granatową sukienkę w białe groszki i włosy spięte w koński ogon. Stuart nie mógł od niej oderwać wzroku, rzeczywistość przerosła jego wyobrażenia. Iris była ładniejsza i wyglądała na o wiele młodszą od kobiety z obrazu, który nosił w pamięci. „Aż nie chce się wierzyć, że ludzie komuś tak młodemu oddają w ręce swoje życie” – pomyślał, chowając się za róg. „To nie jest moja liga, przecież ja nie mógłbym takiej kobiecie nic zaoferować”, pomyślał w drodze do domu i doszedł do wniosku, że nie będzie jej już więcej szukał.

Berlin Zachodni

Life is what happens to you while you’re busy making other plans.
Życie to to, co się wydarza, kiedy jesteś zajęty robieniem innych planów

John Lennon, Beautiful Boy

Koniec znajomości, która mogłaby przerodzić się w coś o wiele większego, wyzwolił w Stuarcie ukryte siły – kolejnych kilka dni spędził na układaniu planów i stawianiu sobie celów na przyszłe miesiące. Czas było zacząć zarabiać, zdecydował więc, że zacznie szukać pracy w szkole, a karierę muzyczną odłoży na później. Zaczął jednak, tak jak przykazałby mu każdy poradnik rozwiązywania problemów, kupiony za bezcen na wyprzedaży, od pozbywania się zbędnych przedmiotów, porządkowania mieszkania i przestawiania mebli. Był tak zmęczony porządkami, że zasnął, zanim na dworze zrobiło się zupełnie ciemno. Z głębokiego snu obudził go telefon. „To musi być ktoś z Europy, mam nadzieję, że nic złego się nie stało”, pomyślał, szukając po omacku aparatu. W słuchawce usłyszał głos Kate: „Mam właśnie przerwę obiadową i od razu chcę Ci przekazać dobre wiadomości. Udało mi się załatwić dla ciebie kilka koncertów w Berlinie, najlepiej gdybyś tu przyjechał na dwa, albo trzy miesiące. British Council zapłaci za przelot, a mieszkać możesz u mnie. Zastanów się i daj mi koniecznie znać jeszcze w tym tygodniu”. W kilka dni później Stuart oddzwonił do siostry, a pod koniec października wybrał się w drogę do Berlina. Cieszył się na spotkanie z Kate i był ciekaw, co go czeka w nowym mieście i jak publiczność odbierze jego piosenki w nieznanym dla siebie języku. Zajął miejsce w samolocie i z ulgą dostrzegł, że jego współpasażerami podróży są kilkuletni chłopiec, grzecznie rysujący kredkami obrazki w książeczce do malowania, i jego matka.

Przez lata, gdy mieszkał na innym kontynencie, zapomniał, jak wygląda jesień – ponury, deszczowy dzień i ogołocone z liści drzewa, które zobaczył z okna samolotu podczas lądowania w Berlinie, uzmysłowiły mu, że znalazł się w Europie. Z głośników na lotnisku docierał do niego dziwnie w jego uszach brzmiący, gardłowy język, z którego nie udało mu się zrozumieć ani jednego słowa. Kate odebrała go z lotniska i w drodze do jej mieszkania w dzielnicy Charlottenburg Stuart poczuł, jak powoli ustępuje dziwne uczucie obcości. Z okna taksówki obserwował piękne, stare budynki i ulice pełne młodych ludzi. W chwili, gdy wyjmował gitarę z bagażnika taksówki wiedział już, że będzie szczęśliwy w tym mieście, które w pierwszej chwili sprawiło wrażenie miejsca szarego i ponurego. Kate dzieliła duże mieszkanie na Charlottenburgu z dwoma koleżankami z British Council. Brat zamieszkał w pokoju gościnnym i od chwili, kiedy przekroczył próg mieszkania siostry, czuł się tam jak u siebie w domu. W dzień po jego przylocie do Berlina dziewczyny zorganizowały party i zaprosiły swych nowych przyjaciół. Poznał też Wernera, człowieka przez którego Kate tak dobrze czuła się w tym mieście. Werner był studentem fizyki i jednym z uczniów Kate w British Council. Po kilku minutach rozmowy Stuart złośliwie pomyślał, że lekcje angielskiego prowadzone przez jego siostrę w przypadku Wernera niewiele przyniosły. Nowy chłopak siostry nie przypadł mu do gustu i potwierdził wszystkie uprzedzenia, z którymi Stuart przyjechał do Niemiec. Nie mógł zrozumieć, co jego siostra zobaczyła w tym prawie dwumetrowym, sztywnym mężczyźnie, który nigdy się nie uśmiechał? A Kate, rozmawiająca ze swoim chłopakiem w obcym języku stawała się inną, obcą osobą. Przez cały wieczór unikał rozmowy z Wernerem, za to szybko nawiązał kontakt z pozostałymi gośćmi na imprezie.

Berlin przyjął go bardzo dobrze, z planowanych siedmiu koncertów zrobiło się dwadzieścia, Stuart co drugi dzień występował w pełnych salach, klubach czy restauracjach. Po raz pierwszy od miesięcy miał wrażenie, że idzie właściwą drogą i nie wyobrażał sobie życia bez tych spotkań ze słuchaczami, którzy siedząc w półmroku, w milczeniu słuchali historii, jakie im Stuart opowiadał piosenkami.

Tygodnie do świąt Bożego Narodzenia minęły szybko, Stuart nawiązał wiele znajomości i spędzał przedpołudnia na poznawaniu Berlina, a wieczory na koncertach. W dzień przed wigilią rodzeństwo wspólnie wyjechało do Walton. Rano ulice pokryły się śniegiem i patrząc na to czyste, białe i niepoznane do końca miasto, Stuart poczuł smutek na myśl o tym, że je opuszcza. Z lotniska zadzwonił do rodziców, żeby potwierdzić, że on i Kate będą wieczorem w domu i usłyszał prośbę ojca: „Pomożesz mi kupić choinkę”. „Tylko nie za dużą, ty zawsze przesadzasz, tato”, odpowiedział Stuart pamiętając ostatnie wspólnie spędzane święta, kiedy drzewko z trudnością udało się ustawić w ciasnej jadalni rodziców. Lot z Berlina do Londynu trwał niecałe dwie godziny i w porównaniu z ponad dobową podróżą z Sydney był jak wycieczka za miasto. Mimo to Stuart wsiadał do samolotu pełen dziwnego niepokoju. Kiedy wkrótce po starcie w samolocie na kilka minut zgasło światło, Stuarta zaczęła ogarniać panika.

W czasie, kiedy Kate i Stuart znajdowali się nad Morzem Północnym, ich ojciec dostał zawału serca i zmarł podczas wycierania szklanki po piwie na oczach klientów pubu. Kiedy rodzeństwo dotarło do domu, zastało matkę, Eve i Williama, czekających na samochód pogrzebowy, który miał zabrać z pubu zwłoki ojca. „Dlaczego na nas nie zaczekałeś, tato?”, zapytała bezradnie zapłakana Kate. Stuart natomiast niedługo odczuwał smutek z powodu niespodziewanej śmierci ojca, a zastąpiła go nienawiść do pubu, tego wielkiego życiowego projektu ojca, którego realizacja pochłonęła tyle sił, że stała się najprawdopodobniej główną przyczyną jego śmierci.

Stuart z zawstydzeniem myślał o swojej banalnej i nic nie znaczącej ostatniej rozmowie z ojcem, o tej absurdalnej śmierci wśród podpitych klientów i niepozmywanych szklanek po piwie, i zastanwiał się, dlaczego ojciec z takim uporem nie chciał zrezygnować z prowadzenia pubu i zająć się inną, spokojniejszą i mniej absorbującą pracą. Komu chciał udowodnić, że ten pub zacznie w końcu przynosić duże pieniądze? „A może muzyka jest dla mnie tym samym, czym dla niego była własna knajpa? Może jest to jedna z tych obsesji, które nie przynoszą tylko stracone złudzenia i samotność? Może dziedziczę po nim gen wiecznego nieudacznika?”, zastanawiał się, wiedząc, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi.

Cdn.

 

Reblog: Miasto, które wstało z grobu

Katarzyna Krenz

L’Aquila Terremoto

Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

L’Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d’Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają.

aquilla1-2

Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową.

aquilla-3-4
Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś… Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

aquilla-5-6
Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem: czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce.

aquilla-7-8

Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii.

Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów.
Obraz za mgłą hotelowej szyby.

aquilla-9-10

nocny autobus zatrzymuje się
na przystanku nikt nie stoi

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem

na papierze ryżowym

***

Wiersz Katarzyny Krenz Japońska akwarela II, 26 września 2016
Zdjęcia Katarzyny Krenz

Tadeusz Chyła

Zbigniew Milewicz

Ostatni cesarz ballady

Artysta dzisiaj skończyłby 83 lata, będzie to więc mały prezent urodzinowy dla jego fanów i młodszych czytelników, którzy o nim może tylko słyszeli. W sierpniu b.r. portal culture.pl zamieścił obszerny materiał o Tadeuszu Chyle, autorstwa Janusza R. Kowalczyka, idealny dla mnie na ściągę.

***

Solenizant pochodził z Sopotu i z wykształcenia był artystą malarzem, uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne i scenografię. Po ukończeniu Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni-Orłowie dostał się do pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego na Wydziale Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, dyplom uzyskał w 1961 r. W tej samej pracowni dyplom robiła także Alina Ronczewska-Afanasjew, siostra bliźniaczka aktora Ryszarda Ronczewskiego. Kolegą z roku był również Jacek Fedorowicz, który tak wspominał ówczesne zwyczaje: “Mówienie z akcentem wileńskim należało do rytuału szkoły. Mówili tym akcentem nie tylko wszyscy kresowiacy, ale i Tadeusz Chyła – rodowity sopocianin, dla którego najbardziej położonym na wschód miastem, które w życiu odwiedził, był Tczew.” [„Ja, jako wykopalisko”, Warszawa 2011].

Jego kariera muzyczna i kabaretowa rozpoczęła się w 1954 r. w studenckim teatrze Bim-Bom w Gdańsku, gdzie śpiewał swoje ballady. Aktor i reżyser Ryszard Ronczewski wspomina, że mówili o nim Chyłeńka, bo sam wszystko zdrabniał. Brał chlebaczek, kroił kromeczkę, smarował ją masełkiem i dżemikiem… Był to człowiek niebywale skromny. Wspaniały facet. Taki, którego będzie brakowało.

Zawsze w czarnym swetrze, który stanowił jego uniform, z nieodłączną gitarą. Do tego ujmujący sposób bycia i nieśmiały uśmiech. Bardzo grzeczny! Nawet sam do siebie mówił pieszczotliwie: Tadzieńku! Na przykład: Tadzieńku, bądź uprzejmy i zamów sobie […] jednego ‘harcerzyka’. Ale pamiętaj, że jeden ‘harcerzyk’ to jeden ‘harcerzyk’, a nie cały zastęp. Harcerzykami ‘Tadzieńku’ nazywał cocktail, cały przyrządzony na zielono. To znaczy żubrówka zmieszana z czystą wódką z dodatkiem cytryny, pepermintu […] i czegoś tam jeszcze – co ‘Tadzieńku’ uważał za swój wynalazek i podobno opatentował.
[Zbigniew Adrjański, “Kalejdoskop estradowy 1944–1989”, Warszawa 2002]

Bim-Bom powstał z inicjatywy studentów PWSSP, do których dołączyli m.in. studenci Politechniki Gdańskiej oraz grupa z Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie z Bobkiem Kobielą na czele. Opiekę artystyczną nad nimi sprawował Zbigniew Cybulski, wówczas aktor Teatru Wybrzeże. W Bim-Bomie występowali Wowo Bielicki, Jacek Fedorowicz, Kalina Jędrusik… Chyła prezentował się w większości przedstawień, ale nie wymienia się go wśród głównych twórców zespołu, bo – jak twierdzą jego znajomi – nie należał do ludzi, którzy pchają się na pierwszy plan. Publiczność była nim oczarowana.

Jednym z tych czarodziejów [Bim-Bomu] był student malarstwa z Wyższej Szkoły Plastycznej w Sopocie – Tadeusz Chyła. W pelerynie, z gitarą, jakby zszedł z mansardy niegdysiejszej cyganerii, odśpiewał balladę o księżniczce i karocy. Była w tym nostalgia za czymś, co minęło. […] Uszczęśliwiony Chyła kłaniał się jak podwórkowy bard. Gdy ciepło zaciągnął z lwowska: – Ta całuji wam rączki, kochani, i z rozkoszu zabisuji na waszą cześć – dostał wielkie brawa.
[Jarosław Abramow-Newerly, “Lwy STS-u”, Warszawa 2005]

Prześmiewcza twórczość Chyły i jego przyjaciół idealnie oddawała nastrój politycznej odwilży, której pierwsze symptomy dało się odczuć po śmierci Stalina. Październik 1956 roku przyniósł dalsze zmiany poluźniające polityczny gorset. Studencki teatrzyk Bim-Bom koncertował w kraju i za granicą. A wraz z nimi Chyła, przemierzający wraz z zespołem Austrię, Belgię, Francję, Holandię i Niemiecką Republikę Demokratyczną.

We wrześniu 1957 roku znalazł się w dwunastce artystów Bim-Bomu, którzy otrzymali zaproszenie na występy w Paryżu. Mieszkali w miasteczku studenckim, grali w Beaux-Arts. Wyposzczeni cywilizacyjnie artyści spoza wschodniej kurtyny mierzyli się z niepowtarzalną atmosferą obrzydzanego im przez lata “zgniłego Zachodu”.

Najmniejsze opory w posługiwaniu się francuskim miał Tadzio Chyła i jednocześnie znał najmniej słów francuskich z nas wszystkich. Ale kochał ten język. Podchodził wciąż do Francuzów i pytał: – Ułe ru Szanzelize? Francuz odpowiadał, gestykulując. Tadzio na to: – Chwileczkę, pan poczeka. Hanka! Jak jest dziękuję? – Mersi. – Mersi za informację. – I szedł w przeciwnym kierunku. Francuz go doganiał i zatrzymywał. Pytał, gdzie właściwie Tadzio chce iść. Tadzio tymczasem zapominał, jak pytać o ulicę, i zapominał, o jaką.
[Jacek Fedorowicz, “Ja jako wykopalisko”, Warszawa 2011]

Reszta zespołu starała się przeprosić Francuza za kolegę, który wcale nie szuka żadnej ulicy, tylko czasem lubi porozmawiać sobie po francusku.

W Bim-Bomie poznał swoją pierwszą żonę, Barbarę Michałowską i zaczął komponować melodie do swoich piosenek. Miał swój udział w przedstawieniach legendarnego teatrzyku rąk Co-To i powstaniu kabaretu literackiego To-Tu. Był w nim kompozytorem i wykonawcą ballad do przewrotnych tekstów Jerzego Afanasjewa, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Ludwika Jerzego Kerna, Andrzeja Waligórskiego. Wkrótce potem Chyła i Michałowska zdecydowali się na występy estradowe. W czasach przedtelewizyjnych były one dość popularne. Wieńczyły wiele oficjalnych akademii, jako tzw. część artystyczna, co dla większości ich uczestników było jedynym kontaktem z masową rozrywką.

Kiedy więc Tadzio Chyła powiedział: ‘Stary. Ty będziesz moim konferansjerem’, odrzekłem, że nie będę bo nie mam najmniejszego zamiaru kiedykolwiek w życiu występować na estradzie. Tadzio nie przyjął tego do wiadomości, tylko długo i cierpliwie tłumaczył mi, na czym polega występ estradowy i czym się różni od występu w teatrze – wspomina Jacek Fedorowicz. No i uległ koledze; jego pierwszy samodzielny “numer estradowy” polegał na parodii śpiewania “po polsku z angielska”, z nienagannym akcentem amerykańskim w polskim tekście, “co dawało efekt dość zabawny”. Z uwagi na zasługi Tadeusza Chyły dla polskiej estrady, towarzysząca mu ekipa zwykła mawiać, że w odróżnieniu od typowej chałtury, oni robią jej wyższą odmianę – “Chyłturę”.

Do legendy estradowej przeszedł występ Tadeusza Chyły na jednym z pierwszych Festiwali Polskiej Piosenki w Opolu. Wspomina Jacek Fedorowicz:

W czasie koncertu w nieosłoniętym podówczas amfiteatrze lunął potworny deszcz. Publiczność wpadła w panikę i mało brakowało, żeby kilka tysięcy ludzi wzajemnie się stratowało. Pełniłem tam funkcję konferansjera. Udało mi się jakoś opanować publiczność, ponieważ wyszedłem na scenę bez parasola i dałem publiczności do zrozumienia, że właściwie nic się nie stało, a że trochę kropi, to nic, koncert za chwilę potoczy się dalej. Wróciłem za kulisy i wyjaśniłem sytuację: gremialnej ucieczki nie będzie, ale pod warunkiem, że ktoś z solistów wyjdzie na estradę. Odpowiedziało mi głuche milczenie. Żadna w gwiazd […] nie miała zamiaru narażać fryzury. Zdając sobie sprawę z grozy sytuacji, wpadłem w szał i obrzuciłem cały skład wykonawczy koncertu stekiem najgorszych wyzwisk. […] usłyszał [to] Chyła, który siedział gdzieś w kącie garderoby ze swoim zespołem. Skrzyknęli się i po chwili już byli na estradzie. Co Tadzio na tej estradzie wyrabiał, nie wiem, wątpię, żeby śpiewał, bo nie przypuszczam, aby ktoś umiał śpiewać pływając. W każdym razie był tam i pokazał publiczności, że nie ma co wiać przed oberwaniem chmury, skoro wykonawcy nie przerywają koncertu.

Kolejnym ucieleśnieniem Chyłtury było założenie w 1968 roku śpiewającego kabaretu Silna Grupa pod Wezwaniem, o czym tak wspominał Kazimierz Grześkowiak:

Siedziałem kiedyś w kawiarni z Tadziem Chyłą, dosiadło do nas takie wielkie, grube, łyse, czyli Jacek Nieżychowski i powiedział: dlaczego wy właściwie nie śpiewacie razem. Popatrzyliśmy sobie w oczy i tak powstała Silna Grupa. Zespół działał cztery lata, o trzy za długo.
[Waldemar Sulisz, “Odyniec”, “Dziennik Wschodni”, 18 sierpnia 1995]

Oprócz Chyły grupę tę tworzyli: Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 roku.

O jego popularności świadczyły obiegowe dowcipy. Na przykład:

Do sklepu z płytami wchodzi klient i pyta:
– Czy są nagrania Chyły?
– Nie ma – odpowiada sprzedawca.
– A były?
– Też nie ma.

Jego piosenki śpiewała cała Polska. Prywatnie jednak nie wszystko grało. Druga żona Chyły, śliczna Rosjanka Gala, wyjechała do Paryża, gdzie popełniła samobójstwo. W jednej z warszawskich cerkwi odprawiono po jej śmierci mszę żałobną. Załamany Chyła przesadził z alkoholem i podczas nabożeństwa ledwo trzymał się na nogach. Anna, jego trzecia żona, opiekowała się mężem do końca.

W towarzystwie siadał gdzieś z boku, brał gitarę, coś tam brzdąkał, śpiewał. Należał do ludzi uczuciowych, ale tę uczuciowość ukrywał pod kożuchem obojętności – dodaje Ryszard Ronczewski. – Chyłeńka miał ogromne serce. Wszystko, co robił, robił z uczuciem. Tacy ludzie, jak Chyła, występują w jednym egzemplarzu. Nadal jest jeden Wojciech Młynarski. Równie pojedyncza była Agnieszka Osiecka, był też jeden Jacek Kaczmarski. I teraz dołączył do nich Chyłeńka.
[Dorota Abramowicz, “Ballada o Chyłeńce już skończona”, “Dziennik Bałtycki”, 28 lutego 2014]

Przestał występować. Jego muzyka poszła w zapomnienie. W 2008 roku płytę z własnymi wersjami piosenek Silnej Grupy pod Wezwaniem wydał Kazik Staszewski (“Silny Kazik pod Wezwaniem”).

W  maju 2014 roku Galeria U w Domu Kultury Stokłosy na warszawskim Ursynowie przygotowała wystawę malarstwa Tadeusza Chyły z okazji jego osiemdziesiątych urodzin. Niestety artysta nie doczekał jej otwarcia. Dwa miesiące wcześniej, 23 lutego 2014, Tadeusz Chyła zmarł.

Znaliśmy go wszyscy z obrazów – pisała w katalogu do wystawy jej kurator Blanka Wyszyńska-Walczak. – Tych utkanych nutami i ciepłym głosem. Każda ze skomponowanych i wykonanych przez niego ballad w wyobraźni słuchacza powoływała do życia kolorowy świat. Sceny odmalowane w ‘Cysorzu co ma klawe życie’, ‘W śnie psa’, ‘Mariolli’ i dziesiątkach innych przenikał subtelny humor i liryczny nastrój. W wywiadach Tadeusz Chyła wielokrotnie podkreślał, że w swojej pracy estradowej czuje się malarzem tworzącym obrazy dla słuchaczy. Nie było to ubieranie w piękne słowa działań artysty, lecz ich rzeczywiste sedno. Albowiem Tadeusz Chyła był z wykształcenia malarzem i osobą o wrażliwości charakterystycznej dla ludzi pędzla. Wystawa ‘Tadeusz Chyła – liryczny kolorysta’ to niezwykła okazja, aby zobaczyć aż czterdzieści płócien artysty. Powstałe na przestrzeni kilkudziesięciu lat obrazy zostały zebrane z kolekcji prywatnych. O niezwykłości tego zbioru decyduje nie tylko przekrojowy charakter, ale przede wszystkim przyczyna powstania dzieł. Przez całe swoje życie malował przede wszystkim z wewnętrznej potrzeby. Kiedyś zwierzył się swojej żonie, że traktuje to zajęcie jak modlitwę. To było jego osobiste widzenie piękna świata, kontakt z absolutem. W warstwie inspiracji i przekazu powstały czysto intymne dzieła, nie zabiegające o odbiorcę i popularność. Takie natężenie osobistego podejścia można odnaleźć wśród malarzy naiwnych, lecz w odróżnieniu od nich Tadeusz Chyła był całkowicie świadomym artystą, tworzącym w pełni dojrzałe dzieła sztuki. Jego obrazy przemawiają do nas językiem lirycznym i subtelnym, obdarzone wysmakowanym kolorytem nabierają lekko magicznego wyrazu. Odnajdziemy w nich świat i wrażliwość, jaką znamy z utworów Tadeusza Chyły barda.

Mało kto wiedział o tym, że Tadeusz Chyła malował obrazy przez całe życie. Nawet koledzy ze studiów jak Jacek Fedorowicz, czy prof. Włodzimierz Łajming nie wiedzieli, że tak było. Jednak w wywiadach Tadeusz Chyła często podkreślał, że bardziej czuje się malarzem niż bardem.

***

Tyle portal culture.pl o artyście, pod którego w czasach swojej młodości, z racji pewnego fizycznego podobieństwa, chętnie się podszywałem. Tadzia już niestety nie ma, ja jeszcze jestem, też Tadeusz – z bierzmowania, ale przecież nie zaśpiewam tak, jak on żadnej jego ballady, choćbym się starał jak nie wiem co.

Tak śpiewał… (zaczynamy od Ballady o mumii, a potem poleci po kolei – w sumie 20 ballad)

Festiwal piosenki natrętnej X

Tomasz Fetzki

Kicy bidy i bokha, czyli natręctwo poza nadzieją

Przychodzi Viator do biura, gdzie Viatorka zwija i jeszcze przez kilka najbliższych tygodni zwijać będzie swą działalność, zanim odejdzie z dumnie uniesioną głową. Zwija i słucha muzyki. Podoba się Viatorowi ta muzyka, ale nie jest pewien jej kompozytora ani tytułu. Zgaduje przeto: Carmina Burana? Nie. Cóż więc, do diaska? Ta melodia, ten nastrój… Moment! No jasne – Preisner! Oczywiście, mój Viatorze.

I w tym momencie nieszczęsny, przeładowany balastem mniej lub bardziej wartościowych wspomnień, łeb Pielgrzyma produkuje asocjację. Podsuwa jeszcze inny utwór innego kompozytora. Inny, choć w nastroju zbliżony, a przy tym piękny i wart wspominania, nawet natrętnego. Ostatniemi laty, dzięki filmowi Papusza stała się ta pieśń nawet dość znana (w niektórych kręgach przynajmniej). Ale Viator wypina dumnie pierś, czuje się jak weteran, niemal tak, jakby wraz z Pierwszą Kadrową wymaszerował ongiś z Oleandrów. BO ON WŁASNĄ OSOBĄ BYŁ W NOC ŚWIĘTOJAŃSKĄ 1994 ROKU NA KRAKOWSKICH BŁONIACH I SŁUCHAŁ, I OGLĄDAŁ, PRAWYKONANIE HARF PAPUSZY! Ze swoją ukochaną Młodszą Siostrzyczką i jej najlepszą przyjaciółką, taką od zawsze i na zawsze.

Byli tam i chłonęli. Muzyka potężna, scenografia przytłaczająca (twórczość Hasiora przypadła skądinąd Viatorowi do gustu od wczesnej młodości; widocznie współgrała dobrze z jego pokręconą psychiką), któżby tam myślał wówczas o cykaniu fotek. A teraz nawet w Wielkiej Sieci trudno znaleźć zdjęcia z tego koncertu. Wtedy, o ile pamięć Wędrowca nie myli, najbardziej spodobał mu się utwór Traden Roma – Jadą Cyganie. Można go sobie posłuchać i zobaczyć, jak to wyglądało.

Za to bez żadnej wątpliwości Viator pamięta, iż był wówczas w tym szczególnym momencie swego jeszcze dość młodego, choć już dorosłego istnienia, gdy człowiek po raz pierwszy na serio zdaje sobie sprawę, że życie nie jest obietnicą beztroski, że lekko nie będzie, bo głuchy jest los i nadaremnie wzywasz go.

Co się od tamtego czasu zmieniło? Chyba tylko to, iż dziś Viator czuje się bogatszy o tę wiedzę, że los jest nie tylko głuchy, ale także ślepy, głupi i parchaty. Viatorka zwija swą działalność, przyjaciele na zawsze dawno gdzieś się zawieruszyli…

I jedynie wędrówka trwa. W taborze wygnańców, którzy tego losu nie wybierali. A wokół kicy bidy i bokha, ileż bied, ile głodów! Trwa wędrówka, przy dźwiękach natrętnej pieśni. Nie w beznadziei, ale w bez – nadziei. Nie w rozpaczy, lecz w gorzkiej i spokojnej świadomości, iż wiedzie donikąd. A warte uwagi jest tylko piękno. Gdy zaś połączą się dwa piękna – poezja Bronisławy Wajs i muzyka mistrza Jana czy Kantego, nie pamiętam tego… Drogi nie wskażą, ale nogi jakby mniej kamienne.

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki

EMS: O Stanisławie Kubickim pisaliśmy tu już wielokrotnie, przede wszystkim dr Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka jego życia i twórczości i propagatorka jego dzieł w Polsce, w Niemczech, w Europie i na świecie. Hermann Stöhr pojawia się na tym blogu po raz pierwszy, natomiast już od wielu lat jego biografią zajmuje się znana berlińska instytucja, związana z Domem Demokracji (Haus der Demokratie), a mianowicie Friedensbibliothek / Antikriegsmuseum. Biblioteka Pokojowa przygotowała i wciąż aktualizuje wystawę o nim. Pierwszą wersję tej wystawy prezentowały w Szczecinie Biblioteka Pokoju w Berlinie, Dom im. Dietricha Boenhoffera w Szczecinie, oraz Stowarzyszenie (któremu od roku przewodniczę) Städtepartner Stettin – Partnerstwo Szczecin – Friedrichshain/ Kreuzberg. Dziś z inicjatywy tego Stowarzyszenia otwarta zostanie dwuczęściowa wystawa o tych dwóch niezwykłych ludziach, którzy się nigdy nie poznali i których pozornie wszystko dzieliło – narodowość, religia i profesja, a jednak łączyło ich zaangażowanie społeczne, działanie na pograniczu polsko-niemieckim i głęboki pacyfizm, a najbardziej dramatycznym znakiem równania między nimi stała się męczeńska śmierć z rąk nazistów. Hermann Stöhr był pierwszym Niemcem straconym za odmowę służby wojskowej, Stanisław Kubicki, działacz AK, został zamęczony na śmierć w więzieniu Pawiak w Warszawie.

stoehr-kubicki-zapr

Bogdan Twardochleb, dziennikarz Kuriera Szczecińskiego pisze na stronie Książnicy:

Książnica Pomorska – Wydarzenia

 Data: 28 października – 25 listopada 2016

Miejsce: Hol przy Czytelni Głównej, wenisaż: 28.10, godz. 12.00

28 października 2016 r. o godz. 12.00 otwarte zostaną dwie paralelne wystawy: “Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – Stanisław Kubicki (1889-1942) i polska awangarda w Niemczech oraz “NIE, które na pewno NIE znaczy” – Hermann Stöhr  (1898-1940).

Hermann Stöhr  urodził się 4 stycznia 1898 r. w Szczecinie – został stracony przez hitlerowców 21 czerwca 1940 r. w Berlinie-Plötzensee. Był protestanckim teologiem, publicystą, wydawcą, doktorem nauk o państwie, działaczem niemieckich i międzynarodowych ruchów społecznych i pomocowych, pacyfistą. W Szczecinie mieszkał najpierw przy dzisiejszej ul. Unisławy 7, później przy ul. Juliana Tuwima 12. W sierpniu 1939 r. odmówił stawienia się do armii i nie przyjął karty mobilizacyjnej. 31 sierpnia 1939 r. został aresztowany i po procesach skazany na śmierć „za osłabianie siły bojowej państwa”.

Stanisław Kubicki urodził się w polskiej rodzinie w dniu 20 stycznia 1889 r. w Ziegenhain (Hesja) – został zamęczony na śmierć przez hitlerowców w czerwcu  1942 r. w więzieniu gestapo na Pawiaku. Nie jest znana ani data śmierci, ani miejsce pochówku.

Był malarzem i poetą, ekspresjonistą, członkiem grup Bunt i Zdrój, mieszkał w Berlinie i Poznaniu, w czasie wojny działał w AK, wypełniał misje między Warszawą a Berlinem. Gestapo aresztowało go w Warszawie, gdy przyszedł na pogrzeb przyjaciela, poety ze „Zdroju”, żołnierza AK, Jerzego Hulewicza.

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki prawdopodobnie się nie znali i nigdy nie spotkali. W ich życiorysach i losach jest jednak wiele znaczących wątków wspólnych. Ma to rangę symbolu.

Obaj angażowali się na rzecz na rzecz ludzi biednych i wykluczonych, bliski był im pacyfizm, byli głęboko religijni w duchu chrześcijańskim, występowali na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego, czynnie przeciwstawili się nazizmowi, za co zapłacili życiem.

W Berlinie jest pl. Hermanna Stöhra i stoi kamień, który go upamiętnia. Kamień pamięci (Stolperstein) umieszczono przed berlińskim domem Stanisława Kubickiego. Inicjatorami byli uczniowie jednej ze szkół w dzielnicy Neukölln.

Wystawę o Hermannie Stöhrze przygotowała berlińska Friedensbibliothek (Antikriegsmuseum), a wystawę o Stanisławie Kubickim – Uniwersytet Zielonogórski. Kuratorem pierwszej jest Jochen Schmidt z Friedensbibliothek, który odnalazł wiele materiałów, związanych z Hermannem Stöhrem i pamiątek po nim, drugiej – dr Lidia Głuchowska, autorka głównych opracowań o Stanisławie Kubickim.

Inicjatorem wspólnego zaprezentowania obu wystaw w Szczecinie jest Städtepartner Stettin e.V., stowarzyszenie partnerskie Szczecina, działające w Berlinie (Friedrichshain-Kreuzberg). Na otwarcie przyjadą członkowie stowarzyszenia z jego przewodniczącą, Ewą Marią Slaską.

EMS: Nasze Stowarzyszenie zamierza kontynuować te działania. W maju 2017 roku podwójna wystawa o Hermanie Stöhrze i Stanisławie Kubickim zostanie zaprezentowana w pomieszczeniach Ratusza Kreuzberg w Berlinie. Z tej okazji ma również powstać film o działaniach Hermanna Stöhra, zorganizowane zostaną otwarte dla publiczności spacery śladami obu naszych bohaterów w Szczecinie i Berlinie. Docelowo Stowarzyszenie chciałoby uzyskać upamiętnienie ich obu w nazwach ulic
w obu miastach.