Pro Patria 2

Andrzej Rejman

Motto: “Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś wyjątkowym, złotym okresie dziejów (…) ja przegrałem swoje życie. Nie udało mi się powołać do życia dużego związku federacyjnego, z którym świat musiałby się liczyć. “

(Józef Piłsudski w 1925 r. w rozmowie z płk. Januszem Głuchowskim)

pilsudski_z_corkami_i_zona_w_druskiennikach_okfot. Marszałek Piłsudski, z żoną i córkami w Druskiennikach, fot Leon Baranowski, Druskienniki, 1924 (ze zbiorów rodzinnych)

***

Cytat na wstępie pozornie luźno związany jest z dzisiejszym tematem, jednak niepokojąco pasuje mi do czasów obecnych. Chociaż – rodzajem “dużego związku federacyjnego” o którym marzył Piłsudski mogłaby w jakimś sensie być unia państw europejskich. Mamy teraz taką… Ale co z nią będzie?

***

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem kolejnego (po dr Marcinie Woyczyńskim) lekarza z otoczenia Marszałka Piłsudskiego –
dr Mieczysława Michałowicza, który leczył m.in. jego córki.

Impulsem do pogłębienia wiedzy o dr Michałowiczu jest fakt, iż moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, wymienia Michałowicza w swoich dziennikach z lat 1923-39 aż kilkadziesiąt razy!

Powodem tego było wątłe zdrowie jej syna Kazimierza, mojego wuja (1922-1944). Wizyty u dr Michałowicza były tak częste, przypadłości na które cierpiał mały Kazik – liczne, a pochwały jego skutecznego leczenia tak entuzjastyczne, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się postaci Doktora.

W materiałach biograficznych, które znajduję, dr Michałowicz jawi się jako człowiek wielkiego charakteru, społecznik, demokrata, wolnomyśliciel, który łączył swe obowiązki na rzecz chorych z działalnością społeczną na rzecz kraju.

michalowicz_zdjecieProfesor Michałowicz (przy dziecku) na obchodzie (prawdopodobnie w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie) źródło: http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

Mieczysław Michałowicz urodził się w Petersburgu w 1876 roku.

Był synem urzędnika państwowego Tytusa Edwarda Michałowicza i Zofii z domu Hryckiewicz. Od początku bardzo aktywny politycznie – w 1896 przystąpił do PPS, brał udział w rewolucji 1905. W PPS działał do 1906.

Ukończył rosyjską Akademię Wojskowo-Lekarską, a następnie podjął pracę w zawodzie lekarza. Po kilku latach postanowił wyspecjalizować się w dziedzinie pediatrii, studiował w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Strasburgu i u prof. Jana Raczyńskiego we Lwowie.

We Lwowie otrzymał pracę w Gimnazjum Żeńskim im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie prowadził lekcje z higieny i ratownictwa. Był także wolontariuszem w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie Lwowskim. Idąc w ślady Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz doktorów Serkowskiego w Łodzi i Starkiewicza w Busku-Zdroju, stał się współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, systematycznie dożywiającego dzieci pochodzące z niezamożnych rodzin robotniczych.

W założonym przez siebie później towarzystwie „Trzeźwość” prowadził aktywną walkę z alkoholizmem.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku został zmobilizowany do służby sanitarnej w armii austriackiej i jako lekarz wojskowy pełnił funkcję ordynatora szpitali garnizonowych kolejno w Krakowie i Ołomuńcu na Morawach, gdzie zżył się z miejscową ludnością.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wraz z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, będąc oficerem WP w stopniu pułkownika, był starszym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych wojskowego Szpitala Ujazdowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym prowadził prace badawcze dotyczące opieki nad dzieckiem. Od 1920 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1927 profesorem zwyczajnym, potem kolejno rektorem i prorektorem. Wykładał również na warszawskiej Akademii Medycznej, był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1935–1938 był senatorem wybranym przez sanację, pod koniec II RP uniezależnił się od obozu piłsudczykowskiego i został współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego. (na podstawie Wikipedii)

w innym miejscu czytam:

Michałowicz był zdecydowanym przeciwnikiem stosowania fizycznej przemocy wobec posłów uwięzionych w Berezie Kartuskiej. W 1930 roku wraz z trzynastoma wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego podpisał oświadczenie w sprawie wszczęcia śledztwa przez właściwe organa państwowe dotyczącego „sprawy brzeskiej” i stosowanych środków wobec tam osadzonych. Będąc zwolennikiem tolerancji, protestował po wprowadzeniu w 1937 roku getta ławkowego. Gdy w audytorium Kliniki Chorób Dziecięcych prezes Koła Medyków zwrócił się do prof. Michałowicza w sprawie oddzielnych miejsc dla Żydów, ten w czasie swojego wykładu wygłosił następujące oświadczenie: „Od pewnego czasu spodziewałem się zainterpelowania (do) mnie w tej sprawie. Wolno Jego Magnificencji Panu Rektorowi, jako wybranemu przez nas, profesorów, gospodarzowi, mieć w tej sprawie swoje zdanie. Ale wolno też senatorowi Rzeczypospolitej Polskiej, który przysięgał na Konstytucję, przestrzegać przepisów. Skoro Pan Bóg nie wahał się włożyć duszy Swego Syna w ciało Semity, to nie jest ludzką rzeczą rozstrzygać, kto jest lepszy, a kto gorszy. Wiem, że Semici są nieszczęśliwi jak roślina pozbawiona swego naturalnego podłoża, rzucona przy drodze. Wierzę, że w Palestynie, gdzie teraz pali się ziemia pod nogami i krwią trzeba ją okupywać, nastąpi ich odrodzenie. Póki Konstytucja nie jest obalona, to ja nie będę jej obalał. Mówię to jako wierny obywatel Państwa i w sumieniu swym chcę zostać wiernym chrześcijaninem”

Podczas wojny profesor Michałowicz był więziony przez hitlerowców. Po półrocznym areszcie na Pawiaku przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Majdanku a w kwietniu 1944 roku do Gross-Rosen. W lutym 1945 roku wraz z dużą grupą współwięźniów został ewakuowany do obozu koncentracyjnego w Litomierzycach. Relacje pamiętnikarskie współwięźniów, z którymi prof. Michałowicz przebywał w obozach koncentracyjnych, jednoznacznie mówią o jego pogodnym usposobieniu i nieustannym niesieniu pomocy, gdzie w bardzo trudnych, a niekiedy beznadziejnych warunkach bytowych zawsze starał się wspierać tych, którzy załamali się psychicznie, pomagając tym samym przetrwać im najgorsze chwile.

Po wojnie powrócił do zniszczonej Warszawy i zamieszkał wraz z żoną w nie zniszczonej części budynku kliniki przy ul. Litewskiej. Zaangażował się w reaktywację Stronnictwa Demokratycznego, był prezesem Rady Naczelnej SD w latach 1945–1949, posłem do KRN i do Sejmu Ustawodawczego.

Ze Stanisławą Jaczynowską miał syna Jerzego Władysława (1903-1936) − piłkarza i lekkoatletę, autora prac zakresu wychowania, lekarza pediatrę – ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak ojciec wspierał i rozwijał sport wśród klasy robotniczej. Niestety Jerzy Władysław zmarł przedwcześnie, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy to w trakcie zaznajamiania się z pracą oddziału zakaźnego w szpitalu dziecięcym zaraził się szkarlatyną.

Profesor Mieczysław Michałowicz zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat, 22 listopada 1965 roku w Warszawie.

(na podstawie: http://www.medrodzinna.pl/wp-content/uploads/2014/10/mr_2014_152-155.pdf)

***

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim dzienniku przedwojennym:

1928 rok

“…Zachowajcie poezję, opanujcie prozę” – zwrócił się w swym przemówieniu do matek – Profesor Michałowicz (w Filharmonii) w pierwszym dniu “Tygodnia Dziecka”. Odczyt zrobił na mnie głęboko estetyczne wrażenie. Promieniowało serce człowieka wielkiego uczucia i wielkiej duszy! Piękny odczyt!…

…Byłam na odczycie profesora Michałowicza pt. “Higiena dziecka nerwowego”. Ciekawy. Monotonia życia, otaczająca przyroda, najlepiej wpływają na nerwy. Kojąco wpływa – zielony kolor…

…Posłałam prof. Michałowiczowi kosz kwiatów – białych lewkonii, wodnych lilii i amarantowych róż…

***

Szukając materiałów o dr Michałowiczu natrafiłem również na dyskusję nad dekomunizacją ulic – przyczynkiem do dyskusji był pomysł zmiany nazwy ulicy profesora Michałowicza w Dąbrowie k. Warszawy …. tu można poczytać – http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

No i tu refleksja – że wszystko się pięknie łączy i przeplata – losy ludzi, Piłsudski, Michałowicz, mądrość i głupota…

A na koniec jeszcze inny, ciekawy cytat Marszałka:

“Gdy myślę o dziejach tak oryginalnych naszego państwa, naszego narodu, gdy myślą się przenoszę do dawnych czasów, gdy Polska z map świata, jako państwo polityczne, wymazana była, widzę historię wielką mistrzynię życia, jak cicho stąpa, zbiera swoje prawdy, zbiera wszystkie grozy świata, wszystkie jego radości. Myślę, że gdy przechodzi ona tak, jak ongi przed upadkiem Rzeczypospolitej, tak i teraz, i po naszej ziemi, po naszych osadach, tak samo cicho, patrząc na ludzi, zbierając wszystkie mądrości i wszystką głupotę, to sądzę, że nieraz wiele musi prawd przepuszczać, i tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka….”

***

i jeszcze jedno wspomnienie o Michałowiczu, jego byłej studentki, dr Ireny Ćwiertni

“…Z pediatrią, dziedziną interesującą mnie w szczególny sposób, zetknęłam się w Klinice Pediatrycznej przy ul. Litewskiej, prowadzonej przez prof. Mieczysława Michałowicza (1876-1965), przedwojennego rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W listopadzie 1942 r. został aresztowany jako przedstawiciel środowiska inteligenckiego i umieszczony na Pawiaku. W 1943 r. trafił na Majdanek. Nawet w tragicznych warunkach obozowych pełen energii, prowadził wykłady z zakresu medycyny. Z konieczności posługiwał się językiem niemieckim, aby pilnujący zebranych więźniów Niemiec mógł rozumieć, co im przekazuje.

W marcu 1944 r. był pędzony boso do obozu Gross-Rosen – zgubił drewniaki. Nigdy nie tracił nadziei, zgodnie z dewizą św. Łukasza: Contra spem, spero. (wierzę, wbrew nadziei, przyp mój, AR)

Profesor Michałowicz rzadko wygłaszał wykłady. Funkcję tę spełniał doc. Edward Wilkoszewski (1895-1993)*, który był świetnym wykładowcą. Opisywał ciekawe przypadki występujące u dzieci i podawał ich objawy.

Egzamin zdawałam u prof. Michałowicza. Uprzedzono mnie, że profesor zadaje zaskakujące pytania, nie mające nic wspólnego z pediatrią. I rzeczywiście, zapytał, czy metalowy przycisk stojący na biurku się porusza. Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam, że oczywiście porusza się, z całą kulą ziemską. Był zadowolony z odpowiedzi, ale chodziło mu jeszcze o coś: że wewnątrz przycisku poruszają się elektrony. Następne pytanie było też nietypowe: jaka jest choroba królów perskich? O tym byłam poinformowana od uprzednio zdających i odpowiedziałam, że to szkarlatyna – płonica. Ostatnie, już związane z pediatrią, było pytanie o etiologię zapalenia dróg moczowych u dzieci. Odpowiedziałam prawidłowo. Uśmiechnięty profesor oznajmił, że zdałam celująco. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni…”

dr Irena Ćwertnia (źródło: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2011/n201111/n20111128)

____________

* dr Edward Wilkoszewski, wychowanek, współpracownik prof. Michałowicza, mój lekarz z lat dziecinnych, który wg mojej matki przyczynił się istotnie do mojego wyzdrowienia z nękających mnie chorób w wieku niemowlęcym. Myślę, że profesor Michałowicz polecił wtedy dr Wilkoszewskiego moim rodzicom…

Z Alaski do Patagonii

Ewa Maria Slaska
bo
Hubertos Panamericanos nie pisze

Nazywa się Hubert Suwała, ma lat 37, pochodzi z Łodzi, mieszka w Berlinie. Znam go od kilku lat, przyjaźni(ł) się z różnymi moimi młodymi koleżankami i tak też o nim myślałam, Hubert, znajomy moich koleżanek. A tu nagle jedna z nich zapytała mnie ostatnio, czy wiem, co Hubert teraz robi? Nie wiedziałam, a on tymczasem jedzie na rowerze:

10406443_1418519011799499_6491024080222106151_n

His name is Hubert, he is 37 years old, born in Łódź (Poland), lives in Berlin. His bicycle travel began in Mai 2015. He is now in Santiago de Chile. His bicycle is Surly.

Podróż zaczął pod koniec maja 2015 roku i w tej chwili jest w Santiago de Chile. Jedzie na rowerze marki Surly.

Ciąg dalszy nastąpi / to be continued

Subiektywny bardak na skos III

Tomasz Fetzki

Na czym skończyliśmy? Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Dolina Wisły, panorama fantastyczne rozległa. Faktycznie, są na tej trasie (na skos Ojczyzny) takie miejsca, skąd widać zarówno kominy Zakładów Azotowych w Puławach, jak i Elektrowni Kozienice. Ech, przestrzenie bezkresne, ech, obietnica wolności, ech, chech, he he he he…

Poruszaliśmy się dotąd wzdłuż Wieprza, teraz jedziemy równolegle do Wisły. Z czym się Viatorowi, poza Puszczą, kojarzą Kozienice? Kompozytor, ten no…, jak mu tam było? Sprawdź Viatorko w internecie na smartfonie, proszę. Takie charakterystyczne nazwisko, tylko z głowy mi wyleciało. No, ten od jabłuszka pełnego snu. Klimczuk! Jasne, Bogusław Klimczuk. Tu się urodził. A co poza Jabłuszkiem skomponował? Różne różności, między innymi twist o Ali Babie. Dla Heleny Majdaniec był go skomponował. Wykonanie niczego sobie, ale Wędrowiec osobiście woli wersję Andrzeja Zauchy. Skąd to skojarzenie? Ano, to już post-asocjacja, postsynchron. W czasie podróżowania tak się to nie układało w zabałaganionej łepetynie Pielgrzyma. Ale gdy zasiadł Viator do pisania tego tekstu, przypomniał sobie, iż kilka tygodni temu głęboko przeżywał dwudziestą piątą rocznicę tragicznej śmierci piosenkarza. Dlaczegóż głęboko przeżywał? Nie tylko dlatego, iż zawsze cenił sobie jego kunszt wokalny. Jest jeszcze jeden powód. Coś tam niedawno kombatancił Wędrowiec o bytności osobistej na prapremierze Harf Papuszy (TUTAJ). Tymczasem, gdy pociski przerwały życie Andrzeja Zauchy na parkingu przy ulicy Włóczków, Viator też znajdował się zaledwie 300, może 400 metrów obok. Ot, taki krakowski wątek życiorysu – dawno i radykalnie zakończony. Co robił w tej chwili Pielgrzym? Szukał ostatnich włoskich orzechów w wielkim ogrodzie ukrytym za wysokim murem (tylko stary Kraków posiada takie niezwykłe tajne ogrody, ulokowane w samym centrum miasta)? Ślęczał nad mądrymi księgami, czytając, co na temat transcendentnej świętości miał do powiedzenia Mircea Eliade? Trudno to odtworzyć po tylu latach. Ale nieświęta, przeklęta śmierć wrażenie zrobiła wielkie, zaiste. Nastawmy odbiornik radiowy w samochodzie na tę piosenkę. Słuchajmy i wspominajmy, a za chwilę będziemy w Kozienicach.

Jeszcze tylko Viatorka zdążyła doczytać ze smartfona kilka faktów z historii miasta (najciekawsze dla Wędrowca były informacje o manufakturze produkującej broń palną dla wojska, założonej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego; za późno, jak zwykle!), a już auto mknie po kozienickich ulicach. Czasu, jak wiadomo, dramatycznie mało, bośmy w Dęblinie nad miarę zabarłożyli. Więc tylko krótki postój przed pałacem Króla Stasia i maleńka przechadzka po parku. Pomnik, wystawiony ku pamięci narodzin Zygmunta Starego, któren to akt doniosły w Kozienicach się właśnie dokonał. Mówią, że to pierwszy polski pomnik o świeckim charakterze. Skoro mówią – pewnie wią. Może tak być.

7-lub

Skądinąd – to jedyne zdjęcie z podróży, wykonane osobiście przez Viatora. Wszystkie pozostałe ściągnął z Wielkiej Sieci. No co? Nie było czasu, żeby się w fotografowanie bawić. Korzystając z okazji dziękuje Wędrowiec autorom tych zdjęć, z których skorzystał bez szczegółowych odnośników. Czas… czas goni!

Ten pomnik natalny Zygmunta Starego przypomniał Viatorowi inną statuę, tantalną, można by rzec – posąg wyniszczonego, umierającego syna Starego, czyli Zygmunta Augusta, na rynku w Knyszynie. Nigdzie nie widział Wędrowiec drugiego tak smutnego pomnika. Napisałby o nim więcej, gdyby nie to, że nie napisze…

Przemknęła przez Kozienice Trójka Podróżników, minęła po prawej kompleks zabudowań elektrowni. Szybkie tankowanie gdzieś na trasie. I wjeżdżamy do Magnuszewa, gdzie wykonujemy ostry zwrot w lewo, czyli znów na zachód.

8-lub

Cóż Magnuszew? Wioska mała, senna i zapuszczona. Ale te wichry historii! Wszak przyczółek warecko-magnuszewski to właśnie tu! Oczywiście, są tacy „patrioci”, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, którzy by chętnie na śmietnik niepamięci wyrzucili ofiarę krwi kościuszkowców, berlingowców, czy jak ich tam zwać. Akowcy – tak. Chłopcy od Andersa – oczywiście. Wyklęci – jak najbardziej! Ale I Armia WP? Polegli pod Studziankami? Och, niekoniecznie. A Viator, trawestując wierszyk mistrza Tuwima, twardo mówi: wierzcie mi, jedna to jest jucha! Krew Polaków, która wsiąknęła w ziemię pod Monte Cassino, ma tę samą wartość, co magnuszewska. Koniec, kropka.

A tak w ogóle to nie może się Pielgrzym powstrzymać od głupawego uśmieszku. No bo, panie dziejaszku, tutaj Magnuszew, Studzianki Pancerne, Warka. A tymczasem, gdy wróci Viator do domu – kilkaset kilometrów stąd – i wsiądzie na rower, po dwudziestu kilku minutach przejażdżki lasem, dojedzie do miejsca, gdzie bronił się w studziankowskiej bitwie okrążony batalion Baranowa, ocalony przez dzielnych czołgistów… Plenery Czterech Pancernych, rzecz jasna. Bardak! Bardak we łbie!

Wzdłuż i równolegle, tym razem do Pilicy. Kilkadziesiąt kilometrów, most, i wjeżdżamy do Warki. Bez hipokryzji: Pielgrzym jest gorącym zwolennikiem złocistego trunku, ale akurat piwo Warka to nie jego faworyt. Dlatego tym razem pominie w opowieści tę asocjację.

9-lubA co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.

Rynek warecki. Pomnik Hetmana. Ciekawy i wysokiej klasy artystycznej. Bo Czarniecki, wiadomo, wielkim Polakiem i bohaterem był, ale też, co figura dyskretnie, acz wyraźnie sugeruje, watażką i okrutnikiem… jak zresztą większość wodzów tej epoki (tak jakby kiedy indziej działo się inaczej).

Dalej, dalej w drogę! Tylko po co właściwie Pielgrzym o tych peregrynacjach z tak wielką determinacją pisze? Ano, wszystko wyjaśni się z tydzień, bo wtedy planuje Viator wysilić się na refleksję historiozoficzną. A tymczasem drogie dzieci…
cmoknijcie Wędrowca w czółko!

ciąg dalszy (zakończenie być może) za tydzień

Stuart 12

Stuart na rozdrożu, ten facet jest cały czas na rozdrożu…

Joanna Trümner

Powrót do domu

Zgodnie z ostatnim życzeniem ojca Stuart kupił wielką choinkę, która stanęła w jadalni mieszkania rodziców i przypominała rodzinie o tym, że mimo smutku i bezradności po śmierci ojca, za oknami domu toczyło się dalej normalne życie, a inne rodziny przygotowywały się do Świąt, gotowały jedzenie i pakowały prezenty dla najbliższych. Po mieście chodzili ludzie zajęci ostatnimi przedświątecznymi zakupami, nie mogący się doczekać tych kilku szczególnych dni w roku, na ich widok Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że ojciec zmarł w najmniej odpowiednim momencie w roku.

W kilka dni po pogrzebie Stuart, Kate, Eve z Williamem i matka zasiedli przy stole kuchennym w rodzinnym domu, żeby wspólnie ustalić, co robić dalej ze spadkiem po ojcu i pubem – dotychczasowym źródłem utrzymania rodziny i wielkim planem życiowym ojca. Eve rozpoczęła rozmowę od pretensji do rodzeństwa o to, że nigdy nie przejmowali się rodzicami i podczas, kiedy oni dla własnej przyjemności zwiedzali świat, ona została na miejscu i spełniała obowiązki córki. Obowiązki, dla których zrezygnowała z własnych planów. Stuart przysłuchiwał się zarzutom siostry pod swoim adresem w milczeniu i zadawał sobie w duchu pytanie: „Za co ona mnie tak nienawidzi?”

Podczas monologu żony William unikał patrzenia w oczy Kate i Stuartowi. Walczył z zażenowaniem i wstydem, czuł się bardzo niezręcznie w roli biernego świadka rodzinnych porachunków, eksplozji nienawiści i zbieranych latami urazów i pretensji, ale zabrakło mu odwagi, żeby wstać i wyjść. W dalszym przebiegu rozmowy Eve oznajmiła, że gotowa jest przejąć prowadzenie pubu pod warunkiem, że matka przepisze go notarialne na nią i że nie będzie z nikim musiała dzielić dochodów. Poza tym chciała zamienić się z matką mieszkaniami – ona i William mieliby zamieszkać w rodzinnym domu, a matka przeprowadziłaby się do wynajmowanego do tej pory przez Eve i Williama trzypokojowego mieszkania o kilka ulic dalej.

Stuart i Kate popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. „Czyli mama nie będzie miała ani mieszkania ani dochodów?” – skomentowała propozycję siostry Kate. Stuart pełnym współczucia wzrokiem patrzył na Williama i zaproponował, żeby spotkać się ponownie za kilka dni, podczas których on zapozna się z prowadzoną przez ojca księgowością. „A ja myślałam, że zaraz będziesz wracał do swoich tysięcy słuchaczy w Australii”, skomentowała z przekąsem Eve.

Matka najmniej uczestniczyła w tej rozmowie i sprawiała przez cały wieczór wrażenie, jakby żaden z poruszanych tego wieczoru tematów nie dotyczył jej bezpośrednio. Stuart z przerażeniem przypomniał sobie absurdalne sceny z okresu jej załamania psychicznego i pobytu w klinice psychiatrycznej, i wspólnie z Kate zdecydował, że zwróci się o pomoc i radę do Meg, młodej pani psycholog, której już raz udało się pomóc matce w powrocie do życia. Tego samego wieczoru postanowił też, że zostanie w Walton przez najbliższych kilka miesięcy, żeby nie pozwolić starszej siostrze na przejęcie steru w ręce, i zaopiekować się matką. W Australii nie czekała na niego praca, mógł więc sobie pozwolić na poświęcenie kilku miesięcy rodzinie. Następnego dnia zajął się czytaniem skrupulatnie prowadzonych przez ojca zeszytów z księgowością z ostatniego roku i wybrał się do banku, żeby poznać faktyczną sytuację finansową domu w Walton.

Liczby, które poznawał, wprawiały go w zaskoczenie – pub w ciągu ostatnich kilku lat przynosił niezłe dochody. Ponadto ojciec miał ubezpieczenie na życie i od lat wpłacał składki na prywatną rentę, z której matka będzie mogła korzystać. Ta zaskakująco dobra sytuacja finansowa w Walton bardzo uspokoila Stuarta, równocześnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego rodzice nigdy nie korzystali z tych pieniędzy? Na co czekali? Na jakieś inne życie, na jakieś później, jutro, którego już nie spędzą razem?

Miłość

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Bob Dylan

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Norah Jones

Siedział nad słupkami cyfr, które powoli zlewały mu się w jedną całość, postanowił więc pójść na spacer nad morzem i poukładać myśli. Długo spacerował po mokrym piasku na pustej plaży. W chwili, kiedy chciał zawrócić i pójść do domu zobaczył w dużej odległości kobietę z wielkim seterem. Pies musiał być jeszcze bardzo młody, wyrywał się ze smyczy i ciągnął za sobą kobietę, która w pewnej chwili nie potrafiła mu dłużej stawiać oporu i przewróciła się. Seter parł do wody, ciągnąc ją za sobą, widać było, że kobieta nie panuje nad sytuacją i nie jest wstanie zatrzymać biegu psa. Stuart podszedł, jednym silnym ruchem powstrzymał katastrofę i dopiero wtedy spojrzał ku nieznajomej, w której z zaskoczeniem rozpoznał Meg, psycholożkę. „Dlaczego trafił mi się najgłupszy pies na świecie?”, przywitała go z uśmiechem. „I jak mogłam go nazwać Einstein?”

Sytuacja była tak komiczna, że obydwoje nie potrafili opanować śmiechu. „Nobla nie dostanie, nie musisz się martwić. Dobrze, że się spotkaliśmy, i tak chciałem się z tobą porozmawiać”. „Słyszałam o twoim ojcu, bardzo mi przykro”. „To był dla nas szok i boję się, że mama sama się nie pozbiera, więc gdybyś znalazła chwilę czasu na spotkanie z Kate i ze mną…” „Chętnie, ale chyba nie teraz” – odpowiedziała pokazując na mokrą i brudną od piasku kurtkę. Stuart odprowadził ją do domu, trzymając na smyczy niesfornego Einsteina. Na pożegnanie umówili się na wieczorne spotkanie u niej w domu. O siódmej Stuart siedział z siostrą w przytulnej kuchni Meg i głaskał po głowie Einsteina, który wyraźnie ucieszył się na jego widok.

Rozmawiali o śmierci ojca, o matce, która sprawiała wrażenie zupełnie nieobecnej myślami i o Eve, która wykorzystała ten zupełnie nieodpowiedni moment na wypowiedzenie wojny rodzinie. Meg opowiadała im o miesiącach, które minęły od ich ostatniego spotkania, o pracy w szkole w Walton i okolicznych domach starców i rosnącej liczbie prywatnych pacjentów. A potem z ciekawością słuchała opowiadania Kate o życiu w Niemczech i wrażeń Stuarta z Australii. Pod koniec rozmowy rodzeństwo poprosiło Meg o spotkanie z matką i ocenę sytuacji. Kiedy krótko przed północą Stuart Kate opuszczali mieszkanie Meg, Stuart już cieszył się na spotkanie w przyszłą sobotę. W drodze do domu Kate powiedziała: „Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Do ciebie by zresztą też świetnie pasowała”. Stuart nie skomentował uwagi siostry, ale w duchu pomyślał, że nikt inny tak dobrze nie potrafi odgadywać jego myśli.

Dzięki radom Meg podczas następnej rodzinnej narady panowała spokojniejsza atmosfera. William nie pojawił się na tej rozmowie, na prośbę Stuarta uczestniczył w niej brat matki Stuart-senior. Rada rodzinna ustaliła, że prowadzenie pubu przejmie Eve, w zamian za co będzie płacić matce miesięcznie 100 funtów czynszu. Pieniądze, które do tej pory zaoszczędzili rodzice zostaną do dyspozycji matki. Eve, której bardzo zależało na notarialnym przepisaniu na nią mieszkania i pubu nie była zadowolona z przebiegu rozmowy: „Po co wam ten pub i mieszkanie? I tak nie będziecie tu mieszkać!” Za namową Stuarta-seniora udało się ją uspokoić i odroczyć dalsze decyzje na rok.

Kate wróciła do studentów w Berlinie, w dzień po jej wyjeździe Stuart poszedł na pocztę i zadzwonił do Iana. Powiedział, że przez następnych kilka miesięcy nie wróci do Australii: „Możesz więc podnająć mieszkanie, ja na razie muszę tu zostać”. W odpowiedzi usłyszał, że zawsze będzie na niego czekało miejsce do spania w mieszkaniu przyjaciela.

W drodze do domu poszedł na na cmentarz i stojąc nad grobem ojca prowadził z nim w myślach długą rozmowę – jedną z tych rozmów, których nie udało mu się przeprowadzić za życia. Wieczorem spotkał się z Meg. Jej relacja ze spotkania z matką bardzo go uspokoiła. Meg obiecała odwiedzać matkę raz w tygodniu – nie jako psycholożka, lecz raczej jako przyjaciółka domu. Na pytanie o dalsze plany Stuart opowiedział Meg o swoim życiu w Australii, o samotności w Walton i wątpliwościach, czy jego marzenie o karierze muzycznej ma jakikolwiek sens. Jego dotychczasowa droga: Londyn, Sydney, Wellington, Berlin brzmiała co prawda jak długa seria sukcesów, ale w rzeczywistości zdawał sobie sprawę z tego, że ciągle jeszcze stoi na początku drogi. „A czego Ty szukasz w Walton?”, zadał Meg pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie. „Nikt przecież dobrowolnie nie przeprowadza się z Londynu do tej dziury, gdzie nigdzie nic się nie dzieje i gdzie ludzie marzą tylko o tym, żeby nic się nie zmieniło”. „Nie przesadzaj, i tu coś się czasami zmienia, na przykład pub będzie prowadzony przez młodą kobietę”. Po krótkiej przerwie dodała: „Chciałam o czymś zapomnieć”. Zrozumiał, że na dalszy ciąg tej historii będzie musiał czekać i zmienił temat. Z trudnością powstrzymał się od przytulenia jej. W drodze do domu pustymi ulicami Walton Stuart miał przed oczami Meg i wiedział, że stała się dla niego kimś bardzo ważnym.

Cdn.

14 wilków

Dziś znowu wilki

Katarzyna Krenz

14 WILKÓW

1.

Obecność to nasza pamięć. Wszyscy wiemy, że nie ma wczoraj, a jutro jest i zawsze będzie – jutro. Sekunda? Mgnienie? Tyle czasu mamy na zakorzenienie własnego bytu w ulotnym niebycie. „Tu i teraz” przypomina sprężynę: jest mnie tyle, ile pamiętam, reszta to czekanie. Przyszłość. Zawsze.

W pogoni za cięciwą horyzontu
staję się więźniem wolnych przestrzeni.
Dal trzyma mnie na wyciągnięcie ręki
Przysięgam, pewnego dnia złowię uciekający świat.

(K. Krenz, Krzysztof Kolumb każe podnieść żagle)

2.

Wyobraźmy sobie sytuację: autor napisał powieść, znalazł wydawcę, po miesiącach pracy książka została skierowana do druku. Nim jednak ruszą maszyny drukarskie, wydawca w ostatniej chwili rezygnuje. Wprawdzie tekst kitem nie jest, ale sądząc po sondażach rynku, hitem też nie będzie. Książki nie ma, a mimo to książka… jest. Zdążyła zawisnąć w chmurze zapowiedzi w Internecie, trafiła w mgławicę istnień wirtualnych: można obejrzeć okładkę, przeczytać opis, są nawet fragmenty tekstu oraz ISBN czyli International Standard Book Number, jaki posiada każda szanująca się książka. Z biegiem czasu autor przyzwyczaja się. Na listy czytelników odpowiada: Szanowny Panie, dziękuję za zainteresowanie, ale niestety, książki nie ma. Już, jeszcze. Nigdy.

3.

Kim jesteśmy? Faktem czy manipulacją? To zależy od punktu widzenia, perspektywy, kontekstu. Także od partii, która aktualnie ma przewagę i jej ludzie doszli do władzy. Bo punkt widzenia zależy od punktu, w którym się znajdujemy, a więc i od miejsca, gdzie znajduje się nasze krzesło. Patriota czy wróg publiczny? Mieszkaniec prowincji czy metropolii? Kobieta czy baba, dziecko czy bachor? Ukochany mężczyzna czy pozew rozwodowy, co to kiedyś deklarował, że całą by nas schrupał jak świeżą bułeczkę, a dziś mu włos w zupie przeszkadza. Doctor bullatus, asinus coronatus! Jak to się dzieje, że we współczesnym świecie morderca, złodziej i gwałciciel trafiają – zamiast królów, odkrywców i porządnych ludzi – na pierwsze strony gazet, podkręcając nie tylko bezkrytyczny zachwyt publiczności, ale i nakłady prasowe? Jak to możliwe, że nikt już nawet nie zadaje tego pytania, ponieważ odpowiedź jest stara jak świat: Panem et circenses! Za tym okrzykiem autorstwa starorzymskiego poety Juwenalisa, który wznosiło rzymskie pospólstwo, domagając się pożywienia i rozrywek, kryje się potężna siła, jaką jest strach i nienawiść.

4.

Czternaście wilków. Tyle sztuk liczyło początkowo stado, które w ciągu kilku lat odwróciło los umierającego amerykańskiego Parku Narodowego Yellowstone. W 1995 roku US Fish and Wildlife Service, wraz z zespołem kanadyjskich biologów, przenosi 14 wilków z Kanady i umieszcza je w Parku Narodowym Yellowstone, gdzie od roku 1926 były uznane za gatunek wymarły. W ciągu kilku lat liczba wilków wzrosła, ale to był tylko początek zmian. Efekty tej przeprowadzki były zaskakujące: cały ekosystem parku narodowego zmienił się tak dalece, że nawet rzeki zmieniły swój bieg.

http://weloveanimals.me/released-14-wolves-park-no-one-prepared-unbelievable-nature11/

5.

14 wilków. Jedna decyzja, jedno zdarzenie. Impuls. Iskra. Jedno spojrzenie. Jeden telefon, dzień, krok, niewiele, a jednak czasem, jak tu, ważny, bo zmieniający świat na lepsze, czasem o jeden za dużo, ponieważ to właśnie on sprawia, że w jednej chwili wszystko się nagle zmienia, a my lądujemy w alternatywnej rzeczywistości. Ogarnia nas rozpacz, zdumienie, przerażenie, zapadamy się. Odwracamy oczy, wychodzimy na ulicę. Zaczynamy rozmyślać o emigracji wewnętrznej. Albo o lotach kosmicznych w poszukiwaniu innych planet.

Reblog: Stolik przy oknie

Ukazało się w blogu Altana.

Dedykuję ten wpis jego Autorce. Dziś jest 13 listopada, Julito, a wiesz o tym, że jestem przekonana o bezwzględnej kobiecości liczby 13. Jutro noc niezwykłej pełni księżyca, inspirującej jak ta, która kiedyś dawno sprawiła, że ja napisałam pewien tekst, a Wy z moją siostrą ze zdania była druga w nocy zrobiłyście książkę o jesieni, miłości, śmierci, morzu i Księżycu.  

Julita Bielak

Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu – gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę “Wiejska Kawa” znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach “Czytelnika” ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni “Lajkonik” przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w “Nowym Świecie”  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w “Udziałowej” Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie – Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński – o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos – Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać… Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

“Szumiały mu echa kawiarni” wykonywał w “Mirażu” Stanisław Ratold. “W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/…/” śpiewa w “Prostej piosence” Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem
więcej nie powinienem chcieć
czegoś co poza granicą zdarzeń
i języków ja ciało z ciała
krew wędrująca
z dłoni utworzony ptak
który szuka innych ptaków
zapominając że ciemność jest
natury stanem a jasność?

niepodobna rozumieć wszelkości
która roztacza się przez czasy i
przestrzenie granic za którymi
pojawia się następna wszystkość
a jednak ciągle porywają pytania
i wtedy stając naprzeciw drzewa
zmawiam modlitwę-wiersz

pieśń wykluczonego to skowyt
bez znaczenia wobec gromkości
istot której znakiem była
mnogość nieogarnięta słowem
bo słowa są zamknięte
bo ciała są zamknięte
i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

Subiektywny bardak na skos II

Tomasz Fetzki

Ruszamy w drogę, czas nagli w uniwersum opowieści, a w realu też Szefowa Blogu przynagla do wysłania drugiego odcinka, sugeruje, że będzie za późno i takie tam – a przecież ludziom trzeba ufać!

Kierujemy się na zachód, ku Dęblinowi, do którego generał Kleeberg nie dotarł i w którego magazynach nie zdobył amunicji. Jedziemy dokładnie wzdłuż biegu Wieprza. Może nie tak dokładnie: Wieprz (przynajmniej według mapy) meandruje szaleńczo, my poruszamy się prosto. Od rzeki dzieli nas zaledwie kilkaset metrów, ale niczego z szosy nie widać, żadnych meandrów, tylko łąki i drzewa. A szkoda!

Viator nie byłby sobą, gdyby się trochę nie pomądrował. A wiecie, a macie świadomość – mówi do Viatorki i Szefowej Blogu – że to właśnie stąd ruszała kontrofensywa Piłsudskiego w sierpniu 1920? Tak, tak, cud nad Wisłą zaczął się nad Wieprzem! Okazało się, że wiedziały, ale tylko w ogólnych zarysach, szczegółowo nie identyfikowały roli tego konkretnie miejsca. Próżność Viatora została więc nakarmiona. A tak swoją drogą, myśli sobie Wędrowiec, nieszczęsny to kraj, gdzie co kilkanaście kilometrów musi się natknąć człowiek na kolejne pole krwawej bitwy. Tym bardziej, że to nie ostatnie takie miejsce w naszej podróży.

Dęblin. Znów się Viator zaczyna popisywać, a jakże. Irytujący facet! A wiecie, że takie miejsce, gdzie łączy się bieg dwóch rzek, miejsce ważne z punktu widzenia militarnego, gdyż świetne do obrony, nazywało się kiedyś sątokiem? Do dziś istnieje dawny gród obronny Santok koło Gorzowa Wielkopolskiego, ale takim sątokiem było też Krosno Odrzańskie, Kostrzyn, nawet Modlin. Po co nam o tym opowiadasz? Bo Dęblin to też sątok. Tutaj Wieprz wpada do Wisły. Stąd twierdza i w ogóle wojskowy charakter miasta, choć tradycje lotnicze akurat niekoniecznie wiążą się z rzekami. Viator wychował się w mieście poniekąd garnizonowym, więc mu nie pierwszyzna, ale taka ilość wydzielonego wojskowego areału w granicach Dęblina nawet na nim robi wrażenie. Jeszcze większe wrażenie wywiera niestety kościół, który Trójka Podróżnych mija zaraz po wjeździe do miasta. Architektura nowoczesna – jasne. Ale żeby wybudować taką Wieżę Saurona? Mordor! O, szlachetny baroku toskański, gdzieżeś jest?

4-lub

Chcieliby Podróżni zobaczyć, choćby z okien samochodu, jakieś fragmenty twierdzy, niestety oznakowanie jest, by użyć eufemizmu, do… niczego. Błądzą wiec po uliczkach i wreszcie trafiają na mały wojenny cmentarzyk. Zwie się on Balonna, a rozciąga tuż pod dawnymi murami jednego z fortów – reduty Zajączka –  i linia tych murów wyznacza kształt cmentarzyka: lekko złamany prostokąt.

5-lub

Groby żołnierzy armii austro-węgierskiej, legionistów, poległych w wojnie polsko-radzieckiej. Są też mogiły z okresu międzywojennego, wszak nekropolia pełniła wtedy rolę cmentarza garnizonowego. I one chyba budzą w Pielgrzymie największe wzruszenie. Wojna to wojna, śmierć jest rzeczą nieuniknioną. Ale jak zginęli ci chłopcy? Nieuwaga podczas czyszczenia broni? Wypadek w czasie ćwiczeń? A może jednak tego i owego zaszczuła fala, obecna przecież w każdej armii świata i w każdym czasie? Nie jesteśmy lepsi tylko dlatego, żeśmy Polacy.

Szefowa Blogu z fascynacją fotografuje wyrzucone na śmietnik wieńce zdobione biało-czerwonymi wstęgami. Zamieszcza je Viator wraz z Szefową – ku ilustracji oraz ku przestrodze.

pamiatkowesmieci

Dalej, czas nagli. Z determinacją szukamy śladów wielkiej twierdzy. Tabliczka, źle ustawiona, kieruje nas kilka kilometrów za miasto. Zatrzymujemy się na moście – nad Wieprzem, rzecz jasna. Stąd widać, jak wpada on do Wisły. Widok iście monumentalny, ale czasu brak. Wracamy, ignorujemy złośliwą tabliczkę i w końcu udaje nam się jednak odnaleźć Bramę Lubelską, jeden z najbardziej znanych elementów dęblińskiej fortecy. Jest satysfakcja, ale też irytacja, żeśmy tyle czasu zmitrężyli.

Forsujemy Wisłę. Przelatujemy pędem przez wioskę o nazwie Sieciechów – nawet się Viatorowi coś skojarzyło z palatynem Sieciechem, który omotał i podporządkował był sobie księcia Władysława Hermana, rządząc krajem jak własnym folwarkiem, zanim go bracia Bolesław Krzywoustym zwany i Zbigniew nie przepędzili… by się potem wziąć za łby, które to wzięcie Zbigniew wyłupionymi oczyma przypłacił. Lecz odrzucił Viator tę asocjację: gdzie Sieciechów, a gdzie Płock? Kilka kilometrów dalej jeszcze jedna wioska. Maleńka, ale o intrygującej nazwie: Opactwo. I zabudowania, które faktycznie wyglądają na jakiś niegdysiejszy klasztor.

Dopiero później, po powrocie do domu, Wędrowiec zasięgnął wiedzy w różnych źródłach i okazało się, że jego skojarzenia są całkowicie prawidłowe: Sieciechów był siedzibą rodową TEGO Sieciecha, a i klasztor w Opactwie to fundacja związana z jego, bogatym przecież i potężnym, rodem.

Tuż za Opactwem skręcamy w prawo, znaczy się – na północ. Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka

 

Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016

Subiektywny bardak na skos I

Tomasz Fetzki

Dobre wychowanie to balast i przekleństwo. Prosi Szefowa Blogu: opisz tę naszą podróż. Normalnie by człowiek coś chamowato odburknął, przypomniał, że przecież do znudzenia powtarza, iż źródło inspiracji mu wyschło. Ale co? Kobiecie odmówisz? – pyta sumienie, czy raczej uciążliwe superego. Kurde, nie odmówię. I teraz się człowiek musi męczyć.

O tej podróży już kiedyś Wędrowiec TUTAJ wspominał. Warto jednak dodać kilka istotnych informacji. W Lublinie Viator (któremu towarzyszyła wierna i najwspanialsza pod słońcem Viatorka) wraz z Szefową Blogu na konferencji naukowej opowiadał o naukowo- i kulturowotwórczych aspektach blogowania (tak, tak, na to się porwaliśmy!)
I wymyślił sobie, że skoro już zajechał tak daleko, to wracając zobaczy kilka miejsc, których dotąd nie miał okazji odwiedzić, a które odwiedzić trzeba, przecinając Polskę na skos – od Lublina do Świebodzina. Że zaś Viatorka i Szefowa Blogu nie miały nic naprzeciwko, a wręcz z entuzjazmem przyjęły tę propozycję, decyzja została podjęta.

Viator Fetzki zasiadł do pisania, nie Karl Baedeker. Przeto nie oczekujcie systematycznego opisu trasy, zabytków, historii. Możecie jedynie liczyć na ciąg asocjacji i refleksji, jakie odwiedzane miejsca wzbudziły w głowie Pielgrzyma. A że ta głowa kryje prawdziwy śmietnik wiedzy różnorodnego kalibru, różnej wagi i rozmaitej wartości, przeto i ciąg asocjacyj chwilami zaczyna przypominać wielki bardak. Trudno. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Aha, jeszcze jedno! Zebrało się tego tyle, że tekst trzeba było podzielić na kilka odcinków. Konkretnie – na trzy.

***

Wstajemy skoro świt. Obfite śniadanie (bo w trasie nie będzie czasu na obiad) spożywamy w pośpiechu (gdyż czas goni) i w drogę. Wczesnym wieczorem musimy być w Zielonej Górze: kupiliśmy bilety na koncert Piwnicy pod Baranami i nie ma takiej opcji, byśmy się spóźnili. Opuszczamy pensjonat na przedmieściach Świdnika. Usytuowany tuż przy drodze ekspresowej ku Chełmowi wiodącej. Częścią tej ekspresówki jest obwodnica Lublina, nie było przeto potrzeby przedzierania się przez miasto. Parę kilometrów wygodnej dwupasmówki, potem zjazd i zakręt w prawo, znaczy się – na północ. Jeszcze kilkanaście minut i dojeżdżamy do pierwszego celu naszej wędrówki.

Viator zaczyna nucić piosenkę, którą usłyszał pierwszy raz jakieś trzydzieści lat temu i, z nie do końca zrozumiałych względów, pamięta świetnie do dziś. Ot, bardak w łepetynie. Piosenkę o Lubartowie, do którego dziś zawitał wreszcie po raz pierwszy. Jedzie więc ulicami miasteczka i podśpiewuje: Oj wej, w Lubartowie, najpiękniejszy w świecie świat! Piosenka w sumie głupawa (w tamtych latach Rosiewicza stać było na znacznie więcej, co niejednokrotnie udowadniał), ale właściwie sympatyczna. I ten szmonces: wszyscy chętnie lubią czosnek. No, urocze. Nie ma co się tu wykazywać rewolucyjną czujnością i doszukiwać złych intencji. Zresztą, ponoć byli tacy, którzy nawet Sęk Dziewońskiego i Michnikowskiego oskarżali o antysemityzm. Sęk… A pamiętacie, jak on się zaczyna? Viatorowy łeb zachował i ten szczegół, aby teraz go wyrzucić na powierzchnię:

Hallo! Proszę pani, ja poproszę zamiejscową: Lubartów czydzieści czy!  

Jakaś magia tkwi w tej nazwie, nieprawdaż? Zanim zanucicie piosnkę z Wędrowcem, posłuchajcie jeszcze dwóch uwag. Raz, że filmik dość dobrze oddaje charakter miasteczka, zwłaszcza piękno Pałacu Sanguszków i parku przypałacowego. Trójka Podróżników obejrzała je sobie uważnie, choć tylko przez okna samochodu – wszak czas goni. Dwa: w pewnym momencie klipu (około 1 min. 20 sek.) fotografia lotnicza prezentuje meandry Wieprza, nad którym leży Lubartów. Podróżnicy rzeki nie widzieli, ale ten Wieprz jeszcze kilkakrotnie powróci w naszej opowieści. No, to posłuchajmy:

Ale nie ma na filmie innego ważnego lubartowskiego zabytku. Takiego, że Viator, mimo limitów czasowych, musiał, bodaj na chwilę, wysiąść z samochodu. Kapucyński kościół pw. św. Wawrzyńca. Pośpiech pośpiechem, a barok toskański barokiem toskańskim.

1a-b-lub

Znajduje się bowiem w bardaku Viatora także ogromny sentyment dla tego stylu: barokowa, a przecież po franciszkańsku skromna bryła świątyni, ołtarz bez nadmiaru zdobień, a przy tym w kolorach surowego drewna, bez śladu polichromii… Można by patrzeć bez końca. Ale czas nagli.

Dalej na północ. Przekraczamy most na Wieprzu i wjeżdżamy do kolejnego miasteczka nabrzmiałego znaczeniami.

2-lubKock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.

Trochę się pokręcili (autem, rzecz jasna) po miasteczku, pełni admiracji podumali przed Pałacem Jabłonowskich (oficyny piękniejsze chyba, niż budynek główny). Na szukanie Domu Cadyka Morgensterna czasu już nie stało. Pole bitwy czeka! Tylko której? Wszak na przestrzeni 120 lat pod Kockiem rozegrało się ich aż sześć! Najważniejsze są jednak, przynajmniej w przekonaniu Pielgrzyma, dwie: pierwsza i ostatnia. Anno Domini 1809 roku w potyczce z Austriakami poległ tutaj pułkownik Berek Joselewicz. Ktoś ma ochotę kwestionować szczerość patriotyzmu starozakonnego kawalerzysty, walczącego za Polskę pod Kościuszką, Dąbrowskim i Kniaziewiczem? Serce się rwie, by podjechać te kilka marnych kilometrów ku Białobrzegom i mogiłę Pułkownika odnaleźć, ale czas… Czas bezlitosny! Odwiedźmy więc chociaż pomnik bohatera ostatniej z bitew: generała Franciszka Kleeberga!

3-lub

Pomnik stoi w pobliżu cmentarza, na którym pochowano żołnierzy poległych w październiku 1939 roku, w ostatniej bitwie ostatniego regularnego oddziału armii II Rzeczpospolitej. Prochy Generała który, jak powszechnie wiadomo (przecież nie tylko Viator słuchał i czytał o tych sprawach) zmarł w niemieckiej niewoli, spoczęły wśród jego podkomendnych w roku 1969. Na odwiedziny cmentarza czasu oczywiście nie było, lecz przed pomnikiem (piękny ten pomnik pod względem artystycznym; dalsza wędrówka przekona nas, że nie zawsze tak być musi, niestety) Trójka Podróżników chwilę podumała.

O czym myślały Viatorowa i Blogu Szefowa, tego Wędrowiec nie wie. On sam rozważał nietuzinkową postać Generała i jego dzieło. Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Charkowie. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć. Nie ma rady: Piwnica pod Baranami czeka, ale pole bitwy odwiedzić trzeba. Serokomla, Konorzatka, Wola Gułowska. Tak się Trójka Podróżników zapamiętała w tym objeździe, że się ostatecznie trochę zgubiła. Dobrze! OK! Viator się zgubił. Wjechał w takie bezdroża, że na chwilę nawet asfaltu zabrakło. Ale warto było: okolica piękna. Zresztą, ostatecznie szczęśliwie udało się odnaleźć trakt. Kierunek zachód. Dęblin majaczy na horyzoncie.

Ciąg dalszy za tydzień