WOLNA POLKA / TEN RZĄD DALEJ NIE POJEDZIE!

Text auf Deutsch: molenda-rede-oktober-2016-de

Wir treffen uns / spotykamy się:
Berlin: 23.10.2016 / 13:00 Uhr / Warschauer Brücke!
Zwischen U – S
Ubierzcie się na czarno i przynieście parasolki.
Dresscode: schwarze Kleidung und Regenschirm

Organizatorki protestu: Anna Krenz, Zuzanna Kolupajlo, Alicja Molenda (inicjatorka), Meggi Skad

Ewa Maria Slaska: W dniu 3 października 2016 roku odbył się w Polsce i w wielu miastach poza Polską protest przeciwko próbom legislacyjnym zmierzającymi do wprowadzenia w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Całkowitego, czyli również w wypadku gwałtu, kazirodztwa, ciąży dzieci, zagrożenia życia matki i dziecka. Projekt przewiduje również wprowadzenie zakazu antykoncpecji oraz karę więzienia dla kobiet, które dokonały aborcji lub które poroniły.

Czarny protest w czarny poniedziałek zgromadził na ulicach 140 polskich miast setki tysięcy ludzi. Nawet oficjalne media, zawsze zaniżające liczbę uczestników protestów, przyznają, że w demonstracjach wzięło udział prawie sto tysięcy ludzi.

W Berlinie w proteście uczestniczyło około dwóch tysięcy osób – kobiet i mężczyzn, starych i młodych, Polaków, Niemców i przedstawicieli wielu innych narodowości. Był to największy protest poza granicami kraju.

Organizatorem spotkania było berlińskie stowarzyszenie Dziewuchy dziewuchom, impuls wyszedł od Alicji Molendy.

Poniżej tekst przemówienia, wygłoszonego przez Alicję…

Alicja Molenda

Przemówienie, Berlin 3.10.2016

Witajcie! Nazywam się Alicja…, jestem feministką i działaczką na rzecz praw kobiet.

Cieszę się, że przybyliście tak licznie, by okazać solidarność ze strajkującymi w Polsce kobietami.

W Polsce i na świecie kobiety wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko brutalnemu zamachowi na ich prawa.

Każdy strajk ma postulat, więc i nasz go ma!

Postulujemy o wyrzucenie do kosza projektu barbarzyńskiej ustawy STOP ABORCJI instytutu Ordo Iuris. To nie jest projekt pro-life. To projekt śmierci. Ten projekt bezwzględnego zakazu przerywania ciąży, przewidujący karę do pięciu lat więzienia za usunięcie tzw. „dziecka poczętego”, przyjęty został przez polski Sejm w pierwszym czytaniu. SKANDAL!!!!! TO JEST SKANDAL!

Jednocześnie Sejm odrzucił obywatelski projekt „Ratujmy Kobiety”, przewidujący legalizację ustawy według standardów europejskich, pod którym zebrano 215 tysięcy podpisów.

Dziękujemy Wam, POLITYCZKI i POLITYCY, pozbawieni empatii i resztek sumienia.

Nie zapomnimy Wam tego!! Jesteście wszyscy na LIŚCIE HAŃBY!!!!

Wstydźcie się zwłaszcza Wy, kobiety, jesteście przeciw innym kobietom!!! Wy sobie poradzicie, tak jak sobie dotąd radziłyście, bo co czwarta lub nawet co trzecia Polka usunęła ciążę. Czy ktoś z Was pomyślał o tych setkach tysięcy innych kobiet, z małych miast i wsi, ubogich, nie mających dostępu do antykoncepcji ani edukacji seksualnej, nie mających środków na wyjazd zagranicę i kosztowny zabieg?! Nie, skąd!!!????
WSTYDŹCIE SIĘ!!!!!
Przez 23 lata nikt z Was o tym nie myślał, bo Was ten problem nigdy nie dotyczył.

W latach powojennych Polki miały dostęp do legalnej i bezpiecznej aborcji… Od 1993 roku, od kiedy Kościół narzucił rządzącym tzw. „kompromis aborcyjny”, wy wszyscy przyglądaliście się cierpieniu wielu kobiet… MÓWIMY DOŚĆ!!! Dość wplywu Kosciola na politykę Państwa!!!!!!

 Ten pseudo-kompromis, przed którym się tak zaciekle bronicie i który teraz chcecie usunąć, dopuszczający przerwanie ciąży w trzech tylko przypadkach – ciąży będącej wynikiem przestępstwa, deformacji płodu lub zagrożenia zdrowia i życia matki – doprowadził do rozkwitu podziemia aborcyjnego i „turystyki aborcyjnej”… To ten sam cudowny„Kompromis” sprawił, że kobiety uciekają się do zakazanej aborcji farmakologicznej, cierpiąc w domowych zaciszach i narażając swoje zdrowie, pozbawione opieki medycznej…

150 tysięcy Polek rocznie dokonuje aborcji – znacznie więcej, niż w krajach, gdzie jest ona legalna!… Taka to jest cudna ustawa. W imię tego kompromisu jedenastoletnia zgwałcona dziewczynka urodziła niedawno dziecko przez cesarskie cięcie, bo jej ciało nie było gotowe na poród! Takich tragedii Wam trzeba??! Hańba, raz jeszcze Hańba!!! Gdzie Wy macie sumienie?! W przypadku tego dziecka zastosowaliście „klauzulę sumienia”!!!!???

HAŃBA!!!! Szykujecie nam drugi Salwador?!!!

Hańbą jest też to, że ustawy „Ratujmy Kobiety”, ustawy na miarę XXI wieku, spełniającej wszystkie normy WHO dotyczące prokreacji i świadomego macierzyństwa, nie dopuściliście nawet do dyskusji sejmowej…

WSTYDŹCIE SIĘ!!!! HAŃBA!!! TEN SEJM DALEJ NIE POJEDZIE!!!

Pytam sie Was, posłanki i posłowie, co z polskim in vitro!?
Co z ludźmi niepłodnymi, parami wyczekującymi potomstwa?!!!
Jedna na pięć par w Polsce nie doczeka się dziecka bez pomocy nowoczesnej medycyny rozrodu!!!
Składacie zdrowie
i szczęście ludzi na ołtarzu ideologii!

Nowelizacja ustawy o leczeniu niepłodności zakazuje mrożenia zarodków, ogranicza liczbę zapłodnionych komórek jajowych do jednej – to oznacza KONIEC in vitro w Polsce.

Sprzeciwiamy się pogwałceniu praw pacjentów!
Mówimy Nie!!!! próbie zamordowania in vitro w Polsce!
Mówimy TAK! pełni praw reprodukcyjnych.

Prawo do aborcji jest jednym z wielu praw składających się na wolność reprodukcyjną człowieka, a ta wolność jest integralną częścią praw człowieka. Musimy się zjednoczyć w walce o pełne wyegzekwowanie należnych nam praw. Wstyd, że w środku Europy w XXI wieku przyszło nam kobietom wychodzić na ulice i domagać się rzeczy oczywistych dla Niemek, Angielek czy Francuzek.

Protestujemy przeciw barbarzyńskiemu projektowi STO P ABORCJI, przeciw niszczeniu in vitro i badań prenatalnych, ograniczaniu dostępu do antykoncepcji, narażaniu życia kobiet w imię fanatyzmu.


Tu trochę optymizmu. My się nie poddajemy!!

Ruszamy z Europejską Inicjatywą Obywatelską, by bronić praw kobiet. Trzeba będzie zebrać milion podpisów w siedmiu krajach Unii. Liczymy na to, że politycy, europosłowie, Komisja Europejska, Rada Europy i inne kompetentne instancje narzucą wszystkim krajom Unii Europejskiej standardy prawne, respektujące podstawowe prawa człowieka.

My się nie poddajemy! Walczymy o normalność w Polsce. O bezpieczeństwo, szczęście i prawa kobiet.

Mówię do Was, polityczki i politycy, posłanki i posłowie PiS, Kukiz’15 i PSL, a także do Was z PO i Nowoczesnej, do wszystkich tych, którzy zdradzili kobiety: będzie to was wiele kosztowało!

Zaczyna się bunt Polek przeciw oszołomom i ultrakonserwatystom.

Nie zapomnimy wam tego, a lista hańby będzie wisieć na każdym słupie, każdej latarni, każdej ścianie domu i w sieci, tak by wszyscy Was zapamiętali!!!

Bezdenna ignorancja, chamstwo, bezczelność, podłość i buta “polskich pseudokatolików” i prawicowych fanatyków nie zna granic… Ten kraj schodzi na dno. Chcecie nas cofnąć do średniowiecza! Chce karać kobiety więzieniem i je torturować, gnębić, prześladować i indoktrynować!… Chcecie Salwadoru!!! Jestem wkurzona i przerażona tym, co się w Polsce dzieje! Ale dlatego też – jestem ZDETERMINOWANA! Jak MY wszyscy, którzy tutaj przybyli.

Liberalizacja przepisów dotyczących aborcji i wszystkich praw reprodukcyjnych powinna stać się kryterium decydującym o członkostwie w Unii Europejskiej – podobnie, jak takim kryterium było zniesienie kary śmierci. Będziemy niezmordowanie o to walczyć. Musimy się zjednoczyć w walce o wyegzekwowanie należnych nam praw.

To od nas, kobiet, wiele teraz zależy. Mówimy NIE!! NIE dla torturowania Kobiet. STOP! ANI KROKU DALEJ!!!! Nasze Ciało – Nasz Wybór!!! NIC o Nas bez Nas!!! W Solidarności Kobiet siła! Nie pozwolimy na przejęcie kontroli nad naszymi ciałami, NIE POZWOLIMY NA PIEKŁO KOBIET! RATUJMY KOBIETY!!!!

Alicja Molenda wygłasza przemówienie, którego tekst tu opublikowałyśmy

Kolejny protest ogólnopolski zaplanowany został na poniedziałek 24 października. Odbędzie się on oczywiście również w Berlinie (Berlin Solidarnie), ale dzień wcześniej, bo w niedzielę 23 października.
Hasło to samo:

Ten Rząd Dalej Nie Pojedzie

Kochani!
03.10 było nas w Berlinie około 2 tysięcy!
23.10 będzie nas jeszcze wiecej!
Niech będzie nas 4 tysiące!
Informujcie znajomych o tym, co dzieje się w Polsce. Informujcie, że łamie się podstawowe prawa człowieka, zarówno kobiet jak i mężczyzn!
Berlin i berlińczycy to moc!
Wykrzyczmy całemu światu:
TEN RZĄD DALEJ NIE POJEDZIE!

Dieser Text auf Deutsch: molenda-rede-oktober-2016-de

tenrzad

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

w archiwach rodzinnych… ciąg dalszy

klemens_zan

Klemens Zan   
podpis pismem Heleny z Zanów Stankiewiczowej (nazywanej w mojej rodzinie “ciocią Halą”): Klemens Zan, ojciec Julii, Romana, Stefana, Olgierda
dopisane w innym czasie ołówkiem: mąż Bronisławy z Moraczewskich Zanowej
i niżej, innym atramentem: Ojciec Basi Czerwijowskiej, Kazi Iłłakowiczówny

Tak, jak te dopiski, życie Klemensa Zana dopisywało rozdziały…
Kim był Klemens Zan?
Trzeba koniecznie zajrzeć do pamiętników cioci Hali.

***

czytam:

…Wypada wspomnieć o moich przyrodnich ciotkach – wnuczkach Promienistego – Kazimierze i Barbarze Iłłakowiczównych, aczkolwiek był to w rodzinie temat tabu. Żałuję, że nie zrobiłam tego, co moja rodzina winna była uczynić wcześniej, gdy Kazimiera i Barbara były jeszcze dziećmi. Trzeba było po prostu przygarnąć obie sieroty, gdy ich ojciec Klemens Zan zginął tragicznie, a potem umarła ich matka Barbara Iłłakowiczówna.

Babcia Bronia, żona stryja Klemensa, ukrywała to, o czym wszyscy w Wilnie wiedzieli, udawała, że nic się nie stało.

Barbara Iłłakowiczówna, skromna, mieszkająca na poddaszu nauczycielka, sama wychowywała dwie córki stryja Klemensa. Babunia Bronia, osoba zresztą niezwykle religijna, na pograniczu dewocji, powinna była, jak prawdziwa chrześcijanka, wziąć sieroty do swojego domu po śmierci ich matki. Może zbyt surowo oceniam moją rodzinę, ale wstydzę się tego co się stało.

Kazimiera, zwana przez przyjaciół “Iłłą”, odczuwała mocno brak ciepła rodzinnego, o czym wspomina, opisując tułaczkę po ubogich sublokatorskich pokoikach, w książce “Ścieżka obok drogi”.

O Iłłakowiczównie usłyszałam po raz pierwszy od matki, po powrocie z Warszawy, gdy wręczano jej Krzyż Virtuti Militari. Mnie przywiozła wówczas Medal Niepodległości za działalność w POW. Nie mówiąc mi, kim jest dla naszej rodziny Iłłakowiczówna, matka powiedziała tylko, że poznała ją na przyjęciu w GISZ-u. Dowiedziałam się, że to bardzo dobrze ułożona, poważna, ale niewątpliwie piękna i elegancka kobieta. Przywiozła jej tomik wierszy “Popiół i perły”. …Matka zachęcała mnie do przeczytania tych wierszy, mówiąc, że są piękne i wzruszające. Teraz, gdy o tym myślę, mam wrażenie, że matka wspominała to spotkanie zatroskana, smutna… Czyżby było to pierwsze i ostatnie spotkanie matki z odrzuconą przez rodzinę sierotą po Klemensie i – choć z nieprawego łoża – to jednak wnuczką Promienistego? Czy matka mogła nie wiedzieć, skoro Jan Henryk Rosen, największy przyjaciel Kazimiery, bywał częstym gościem w Duksztach i wisiały tam jego obrazy?

Klemens Zan poznał pannę Barbarę Iłłakowiczównę, dużo od niego młodszą, na chórze w jednym z wileńskich kościołów. Uczyła w domach prywatnych muzyki i języków. Miał z nią dwie córki: Barbarę i o cztery lata młodszą Kazimierę, która urodziła się w miesiąc po śmierci ojca, w sierpniu 1889. Po śmierci matki Kazimierą zaopiekowała się Zofia Zyberk Plater Buynowa, a Barbarą – Gustaw Wołk. Kazimiera zamieszkała w majątku Balatyno, a później w Stanisławowie. Dwa lata chodziła na słynną pensję Platerówny dla panienek z dobrych domów. Potem studiowała we Fryburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i Krakowie, gdzie w 1914 roku otrzymała absolutorium.

Ta wspaniała, niezwykle odważna, bezkompromisowa kobieta była do końca samotna i nieszczęśliwa. W autobiograficznych opowiadaniach pt. “Trazymeński zając” wiele razy wspomina matkę, ojca, Wilno, gdzie się urodziła.

…Moją ulubioną książką jest “Ścieżka obok drogi” z okresu, gdy była osobistą sekretarką marszałka Piłsudskiego, odpisywała na listy do niego adresowane, załatwiała interwencje. Podobno była jedyną osobą, której Marszałek się bał.

… Jest taki krótki fragment w Ścieżce obok drogi, wciąż niestety aktualny, który chciałabym zacytować:

“Im dłużej patrzyłam na tę niesprawiedliwość i nędzę w kraju, tym mocniej utrwalało się we mnie przekonanie, że nie jest tu winien żaden rząd i żaden ustój, ale winien każdy poszczególny człowiek w swoim kamiennym niedbaniu o drugiego człowieka, w rzucaniu wszystkiego na jakieś “odległe czynniki” i nierobieniu samemu porządku wkoło siebie”.

Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991, fragmenty … / rodzinne archiwa fotograficzne i rękopisy

helena-stankiewiczHelena Stankiewiczowa – pisze wspomnienia (fot ok. 1968-70)
po prawej: wczesne lata 70

Pani Irenka 6

Karolina Kuszyk

Na czarno wszystkie, elegancko

Byłam. Byłam. Byłam, pani. Pani była też? Bo nie widziałam. A, później pani przyszła. Ja byłam, z synową, Dawidkiem i tą jego Karolinką. Syn mój nie poszedł, bo mówi, że mamo, to kobiece sprawy są, ja tu robotę mam, załatwianie, wspieram was i tego, ale pójść to raczej nie będę szedł. I za to Dawidek strasznie na syna zły. Synowa tego samego, nie odzywa się teraz do niego. Tak, pani, i dobrze, i ja też mu swoje powiedziałam, że to bardzo synu nieładnie. No, wojna domowa, pani. No i tak, powidła miałam robić, takie już ostatnie, wszystko sobie naszykowałam, śliwki pomyłam, słoiki. Bo ogórki to już dawno ponawsadzałam, a pani wsadzała? Ogórki na zimę zawsze dobrze mieć, bo to same witaminy, pani. No i już się za te śliwki miałam zabierać, a tu moi przyszli, ale bez syna, już mówiłam, prawda? No, przyszli, że idziemy babciu. To się z nimi zabrałam. Ja tak na czarno to niezbyt chodzę, to mi synowa taki szal duży piękny przyniosła, wełniany, zamotała na tym moim płaszczu, jesionce takiej raczej, i już na czarno byłam, elegancko. I beret czarny też sobie założyłam, co się z niego Dawidek z Karolinką śmieją, że moherowy. I żeśmy poszli na ten rynek, a tak wypadło, pani, że z tyłu zaraz kościół ten duży mieliśmy, to ja co i raz obracałam się, bo jakoś w strachu byłam, że coś z tego kościoła nagle wyjdzie. Co, co, bo ja wiem co, pani. No, ale za dużo nas tam było, żeby wychodziło. I wszystko tam po porządku, grzecznie odbywało się. Żadnego przepychania, nic, pani. Wszyscy poważni, uprzejmi tacy do siebie, czasem nawet kto zażartował. Dziewczyna taka młoda prowadziła z mikrofonem, tej Karolinki koleżanka, i hasła takie różne nam zadawała, żebyśmy krzyczeli. Czekaj pani. O, mam: Ręce precz od polskich kobiet. Prawda, że ładne? A jedna babka to miała na transparencie napisane: Martwa dziecka nie urodzę. Co prawda, to prawda, pani. Ale jak żeśmy tam jechali, to wcale Dawidek miejsca nie mógł znaleźć, żeby auto zaparkować. Szukał a szukał, tyle ludzi zajechało. Kobiet znaczy. I dużo to z tymi wieszakami było. W jednej ręce parasol trzyma, a w drugiej wieszak niesie. No, że to względem tej aborcji nielegalnej, bo to tymi wieszakami, drutami jakimiś, czym bądź odbywa się. Tak sobie tam stałam, patrzyłam na te kobiety i myślałam. Ten niby wieszak to taka, jak to mówią, kobieca rzecz, bo kobieta to wiadomo, strojenie lubi, te ubrania, te biżuterie, to wszystko. I tak mi się względem tych wieszaków o pani prezydentowej pomyślało, bo ona zawsze taka ubrana, te kostiumy, te buciki, te torebki takie zawsze ma. Na zadbaną kobietę zawsze miło popatrzeć, pani. Ja tak wcześniej już czekałam, żeby może ona co powiedziała, do tych kobiet, o tym wszystkim, no w ogóle coś, żeby było wiadomo, żeby one tak same nie szły w tym deszczu, pani. Ale nic, pani, nie powiedziała. Jak to mówią, woda w usta. Chociaż one jakby już wiedziały, te kobiety, że ona nic nie powie, pani. I może ten wieszak to też dlatego, że on taka sama niemota jak ta pani prezydentowa. Tyle wszystkiego że ubranie powiesić.

poniedzialek2paniirenka

Ilustracje: Nadia Linek

Berlin znów leuchtet

Tomasz Fetzki

Zaświecił dwunasty raz. Dla nas – po raz drugi.

Iluminacja Bramy Brandenburskiej robi wrażenie i przytłacza rozmachem. Katedra, jak zwykle, oświetlona raczej artystycznie niż efekciarsko; szkoda, że akurat podczas naszej wizyty na brzegu Szprewy rozpadał się wściekły deszcz. Plac Żandarmerii w barwach stonowanych, refleksyjnych. Żal, że wieczór tak krótki!

berlinleuchtet01

Brama Brandenburska i…



A już od kilka dni w Wielkiej Sieci szumiało o iluminacji galerii Mall of Berlin na Leipziger Strasse. Że niby skandal, że rewizjonizm, że neofaszyzm wręcz! No bo żeby twarz Hitlera na murach wyświetlać?

Byliśmy, widzieliśmy, uspokajamy. Cały pokaz to animacja, historia ostatnich kilkudziesięciu lat Berlina. Podana w skrócie i z humorem. Austriacki Kapral nie gra tu pierwszych skrzypiec, nie poświęcono mu nawet zbyt wiele czasu. Po prostu jest – wciśnięty gdzieś między kajzera Wilhelma, Wujaszka Joe, Churchilla, Kennedy’ego, Honeckera, Gorbiego i jeszcze kilka innych person. Jest, bo czemuż by udawać, że nie odcisnął swego piętna na dziejach Miasta? Zamiast się bulwersować, lepiej wyrazić dla autorów iluminacji uznanie dla finezji, z jaką poradzili sobie z zakazem prezentowania znaku hakenkreuza. A jeszcze lepiej popatrzeć sobie na Davida Hasselhoffa, fikającego na cześć upadku Muru.

berlinleuchtetaberlinleuchtetbberlinleuchtetcberlinleuchtetdberlinleuchteteberlinleuchtetfberlinleuchtetg

Uwaga: Oświetlenie Berlina w ramach akcji Berlin leuchtet można oglądać jeszcze do 16 października; codziennie od godziny 19 do 24.

Lorenzo da Ponte (2) Tułaczka

Lech Milewski

Kara

Rok 1776 – Lorenzo utracił pracę w Treviso – przeniósł się do Padwy.
Odetchnąłem z ulgą. Na początku poprzedniego wpisu wyrażałem wątpliwości, czy Lorenzo da Ponte mógł mieć kwalifikacje do pisania o grzechu czy rozpuście. Po zapoznaniu się z faktami wykrzyknąłem – ma, aż nadto, dosyć tego, basta!
Zagłębiłem się ponownie w materiałach źródłowych, oczekując, że teraz znajdę informacje o karze – drugiej połowie kwalifikacji autora libretta do opery z podtytułem rozpusta ukarana.

Oto co znalazłem –

Padwa (to nadal Republika Wenecka)

Najmłodszy brat Lorenzo, Luigi, studiował tu medycynę. Był to bardzo trudny okres. Mimo bardzo skromnych oszczędności Lorenzo starał się utrzymywać wysoki standard życia. Większość czasu spędzał w kawiarniach literackich, gdzie brylował w środowiskach literatów i intelektualistów. Budżet reperował wygranymi w domino i warcaby.
Koło fortuny przekręciło się na dobrą stronę, gdy jego przyjaciel Mazzola załatwił mu posadę sekretarza u wysoko postawionej weneckiej rodziny Zaguri.

Wenecja

Da Ponte otrzymał również posadę nauczyciela w domu szlachetnie urodzonego Giorgio Pisani. Prócz powyższych zajęć pełnił oczywiście obowiązki kapłańskie – regularnie odprawiał msze w kościele św. Łukasza (San Luca) – KLIK.

Casanova

Od razu wpadł w wir kontaktów literackich. Z racji pracy u Giorgio Pisani zainteresował się również sprawami polityki.
W Wenecji spotkał się po raz pierwszy z Giacomo Casanovą.
Casanova znał i cenił twórczość poetycką da Ponte. On sam w tym okresie (miał 50 lat) wycofał się z aktywnego życia, publikował nieco, ale bez powodzenia, jego głównym źródłem utrzymania była regularna pensja wypłacana przez władze miasta za pisanie donosów o tym, co też usłyszał od swoich znajomych.

Przypuszczalny portret Casanovy, przypisywany Alessandro Longhi lub Pietro Longhi

Da Ponte zamieszkał w domu pani Laury Bellaudi. Mieszkał tam również jej syn Carlo z żoną Angiolettą. Lorenzo da Ponte nie wspomina o niej w swoich pamiętnikach, dotyczących tego okresu, dopiero dokumenty znalezione 150 lat później wyjaśniły tę sprawę.
W 1942 roku ukazał się artykuł La vera ragione della fuga di Lorenzo da Ponte da Venezia (Prawdziwe powody ucieczki Lorenzo da Pointe z Wenecji). Była to relacja oparta na protokołach zeznań świadków przed Esecutori contro la bestemmia – Trybunałem do spraw moralności. Trybunał działał na podstawie anonimowego donosu wrzuconego do paszczy lwa przed kościołem San Moise (św. Mojeżesz). To był wtedy przyjęty zwyczaj.

Z donosu, potwierdzonego później zeznaniami świadków, wynikało, że Lorenzo miał romans z piękną Angiolettą, mimo że była ona już w piątym miesiącu ciąży.
Carlo, mąż Angioletty, miał w tym okresie również romans i korzystał z usług da Ponte w przesyłaniu swojej kochance listów.
Pewnego razu, Lorenzo – oczywiście niechcący – zajrzał do listu i przeczytał, że Carlo obiecuje kochance, że aby się z nią na stałe połączyć, zabije własną żonę. Dobrą okazją będzie poród.
Lorenzo natychmiast powiadomił Angiolettę o niebezpieczeństwie, oboje uciekli z domu Bellaudi i przenieśli się do domu kuzyna Lorenzo. Tam nastąpił poród.

Następnego dnia kuzyn Lorenzo i położna zanieśli dziecko do domu ojca, Carla Bellaudi, ale ten odmówił jego przyjęcia i zostało oddane do zakładu dla podrzutków.
Istnieje uzasadnione podejrzenie, że ten list ze wzmianką o zamiarze morderstwa, został sfabrykowany przez Lorenzo, gdyż napisany jest poprawnym jezykiem, podczas gdy oryginalne listy Carla były pełne błędów.

Lorenzo wynajął mieszkanie, w którym zamieszkali razem. Wkrótce Angioletta ponownie zaszła z ciążę.
Mieszkania zmieniali dość często, przez pewien czas mieszkali w burdelu. Lorenzo nie wykazywał zazdrości z powodu swobodnych kontaktów Angioletty z klientami, mało tego – przygrywał gościom lokalu na skrzypcach – w sutannie, gdyż innego ubrania nie posiadał.
Sprawa była na tyle znana, że proboszcz kościoła św Łukasza zabronił Lorenzo odprawiania nabożeństw.

W czerwcu 1779 roku Lorenzo da Ponte stanął przed sądem.
Według niego przyczyną pozwu były jego poematy popierające Giorgio Pisani, który w tym czasie ostro atakował władze za korupcję. Poematy te były bardzo popularne zarówno w kołach artystycznychy jak i wśród pospólstwa. Władze, chcąc uniknąć oskarżenia o proces polityczny, postawiły mu zarzut niemoralnego życia.

W pamiętnikach Lorenzo bardzo szeroko rozpisuje się o działalności Giorgio Pisani. Wyrok wspomina wzmiankowo, jako główną przyczynę opuszczenia Wenecji podaje niechęć życia w mieście, które tak potraktowało człowieka formatu Giorgio Pisani.

Lorenzo z Angiolettą przenieśli się do Padwy gdzie urodziło im się dziecko – oddali je do zakładu dla podrzutków.

W grudniu 1779, ogłoszono wyrok – 15 lat banicji z Serenìsima Repùblica Vèneta. W przypadku przebywania na terenie Republiki 7 lat więzienia w celi bez światła.
Uzasadnienie wyroku – mala vita oraz rapto di donna honesta.

W momencie ogłaszania wyroku Lorenza już nie było na terenie Republiki, uciekł do miasta Gorizia – KLIK – obecnie we Włoszech, na granicy ze Słowenią, wtedy była to Austria.
Piękna choć lekkomyślna Angioletta nie pozostała długo w Padwie. Jej mąż Carlo zabrał ją do domu i żyli razem długo i szczęśliwie.

Angioletta pojawia się w pamietnikach Lorenzo da Ponte dopiero w relacji z wizyty we Włoszech 20 lat po opisywanych tu wydarzeniach. Wspomina o jej dramacie i odkryciu morderczego planu jej męża. Twierdzi, że pomógł jej znaleźć mieszkanie i odwiedzał ją często z bezinteresownej troski, w której pewnie był element idealistycznej miłości.

Gorizia

Gorizia

Austria pod srogimi rządami Marii Teresy była znacznie mniej tolerancyjna od Wenecji, szczególnie dla księży. Jednak pierwsza relacja Lorenzo z gospody, w której się zatrzymał była nastepująca:
Gospodyni była bardzo piękna, młoda, o dobrej cerze i żywym charakterze. Ubrana na sposób niemiecki: na głowie czepiec ze złotą lamówką, wokół alabastrowej szyi bogaty wenecki łańcuch zwijający się conajmniej trzydzieści razy i opadający zwojami na jej kusząco zakryty biust. Obcisły żakiet ze swawolną elegancją podkreślał jej zgrabną figurę a jedwabne pończochy zdążające do różowych bucików prezentowały pożądliwemu oku zgrabny kształt jej stóp.

Gorizia była bardzo dobrym miejscem. Niezbyt odległa od Wenecji, umożliwiała łatwy kontakt ze starymi przyjaciółmi. Miała bardzo dobry klimat, dzięki czemu była miejscem wypoczynku popularnym wśród Włoskich notabli. Według Lorenzo była miejscem gdzie erudycja i miłość do literatury były znacznie wyżej cenione niż pieniądze czy pozycja społeczna.
Była również od wielu lat uznanym centrum wydawniczym.

Da Ponte rzucił się w wir twórczości, publikował liczne wiersze, napisał dwie sztuki teatralne. Co istotne, zyskał sobie sympatię hrabiego Torriani, który zaoferował mu gościnę.
Od przejeżdżającego przez Gorizię przyjaciela, Caterino Mazzola, dowiedział się, że Giorgio Pisani został aresztowany.
Mazzola udawał się do Drezna, co skłoniło da Ponte do rozważań, czy by nie przenieść się do tego miasta o dużo większym potencjale niż Gorizia. Dziwnym trafem dwa miesiące później otrzymał z Drezna list zapraszający i wzmiankujący o posadzie na dworze Elektora Saksonii.
Liczni przyjaciele żegnali go bardzo serdecznie i szczodrze wspomogli listami polecającymi oraz pieniędzmi na drogę.
Po drodze zatrzymal się na kilka dni w Wiedniu, pogrążonym właśnie w żałobie po śmierci Marii Teresy (29 listopada 1780).
Bardzo użyteczny okazał się list polecający do księcia Cobelnz (sic), który przyjął go miło i dał mu w prezencie książkę z dołączonymi 100 florenami na dalszą drogę.

Drezno

Pierwsze kroki skierował do Mazzoli, który był bardzo zaskoczony tą wizytą. Na dworze elektorskim nie było żadnej wolnej posady, nie sposób było zidentyfikować autora listu otrzymanego przez Lorenzo.
Według niego była to zemsta jakiegoś wroga w Gorizia.

Mazzola zaoferował mu jednak gościnę, a da Ponte pomagał mu w licznych zadaniach pisarskich. Istotną ich część stanowiły libretta.
Mazzola wysoko oceniał prace Lorenzo i dziwił się, dlaczego dotąd nie zrobił kariery jako librecista. Według Lorenzo był to zawód podle opłacany przez dyrektorów oper, którzy wszystkie pieniądze przeznaczali na wynagrodzenie dla śpiewaków.
Współpracując z Mazzolą korzystał często z biblioteki włoskich sztuk teatralnych wykorzywanych w librettach operowych. W pamiętnikach pisze, że załamał ręce i poczuł ogromny wstyd, że włoska kultura wyprodukowała tak słabe dzieła.
Jeśli chodzi o same libretta to stwierdził, że dyrektorzy oper i kompozytorzy nie zwracają wiele uwagi na treść opery, całe zainteresowanie koncentrują na ariach. Często się zdarza, że na żądanie solisty tworzy się arię nie mającą żadnego związku z treścią sztuki. Podaje przykład śpiewaczki, która odniosła wielki sukces wykonaniem sceny szaleństwa. Gdy miała wystąpić w nowej operze, zażądała aby jej centralnym punktem była scena szaleństwa.

Dość szybko Lorenzo poczuł, że Mazzola nie jest zadowolony z jego pobytu w Dreźnie. Obawiał się, że da Ponte może łatwo stać się jego poważnym konkurentem.
Osobna sprawa to kolejna przygoda miłosna. Lorenzo poznał malarza, który miał żonę “chociaż około 40-tki to nadal bardzo piękną” oraz dwie córki Rosinę i Camilettę.
W obu śmiertelnie się zakochał – z wzajemnością. Jednocześnie flirtował z ich matką.
Tego było za dużo – matka postawiła mu ultimatum – musi wybrać jedną z córek. Ojciec był bardziej stanowczy – przyprowadził obie córki i polecił im pożegnać Lorenzo, gdyż już go więcej nie zobaczą.
Lorenzo zdołał jeszcze przekazać matce panien list pożegnalny: …pierwszy raz wymawiam to słowo – pokochałem je. Mam nadzieję, że te dwa ziemskie anioły i moje serce już nigdy nie pomyślą o miłości.
Nic dziwnego, że po takim przeżyciu Drezno go przygnębiało.

Wkrótce potem Mazzola, w formie żartu, przeczytał mu fragment listu, jaki otrzymał z Wenecji: …ten da Ponte przybył do Drezna żeby cię wysadzić ze stanowiska dworskiego poety. Przyjacielu strzeż się, ci da Pontowie są niebezpieczni o czym dobrze wiesz.

Żart czy nie, należało znaleźć nowe miejsce i wybór padł na Wiedeń.
Podobnie jak w Gorizia znowu został na drogę szczodrze wyposażony przez przyjaciół. Najważniejszy był jednak list polecający od Mazzoli do Antonio Salieri – kompozytora na cesarskim dworze:
Drogi Salieri,
…przedstawiam ci mego przyjaciela Lorenzo das Ponte, zrób dla niego wszystko co zrobiłbyś dla mnie. Jego serce i talent zasługują na to. Jest on – pars animae dimidium mea (połową mej duszy).

Ciąg dalszy nastąpi.

Kilka słów o pamiętnikach Lorenzo da Ponte. Rozpoczął pisanie ich w 1807 roku, ukończył w roku 1823 czyli 15 lat przed śmiercią. Opisuje w nich szczegółowo swoją twórczość, liczne kontakty w świecie artystycznym oraz niezliczoną ilość skierowanych przeciw niemu intryg.

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Anthony Holden – The man who wrote Mozart

Stuart 9

Joanna Trümner

Wizyta siostry

Zgodnie z obietnicą Kate przyleciała do Wellington z wizytą do brata na początku lipca. Pierwszy wieczór w domu Stuarta minął na opowiadaniach o zdarzeniach kilkunastu miesięcy, które minęły od ich pożegnania na lotnisku w Londynie. Kate zasnęła ze zmęczenia w fotelu przed kominkiem, a brat długo jej się przyglądał, myśląc o tym, że wraz z nią na drugim końcu świata pojawiło się wspomnienie rodzinnego domu i dzieciństwa. Przenosząc siostrę do łóżka w pokoju, cieszył się, że ma w rodzinie osoby, z którymi naprawdę się rozumie. Ci sami rodzice i wspólne dzieciństwo wcale automatycznie nie muszą oznaczać, że ktoś jest nam naprawdę bliski, że lubimy go jako człowieka i chętnie spędzamy czas w jego towarzystwie. Wiedział, że ze swoją drugą siostrą – Eve nie potrafiłby spędzić nawet kilku godzin, a miesiąc pobytu Kate w Wellington na pewno minie w mgnieniu oka. Następnego dnia Kate zajęła miejsce w pierwszym rzędzie w teatrze i niecierpliwie czekała na początek spektaklu. Na widok siostry, obserwującej każdy jego krok na scenie, Stuart poczuł tremę, bał się, że popełni błąd. Kate nie zdawała sobie sprawy z niepewności brata, a wysoki poziom sprektaklu, którego nie spodziewała się po prowincjonalnym teatrze, bardzo ją zaskoczył. Wieczorem cały zespół spotkał się w restauracji przy teatrze. Kate znalazła się w centrum zainteresowania – członkowie zespołu z ciekawością słuchali jej dowcipnych opowiadań o pracy w szkole w Brighton, próbach zainteresowania młodzieży prawdziwą literaturą i filmami, podróżach po Europie i nowościach z Anglii.

Z okazji przyjazdu siostry Stuart wyprosił w teatrze tygodniowy urlop i rodzeństwo wybrało się na wycieczkę po Nowej Zelandii. Różnorodność krajobrazu – czynne wulkany, zielone łąki, na których pasły się owce, gorące źródła, delfiny i wieloryby, widziane podczas rejsu statkiem oczarowały Kate i Stuarta. „Warto było dla tej podróży zrezygnować z lata” – wypomniała bratu żartem Kate. Podczas wspólnej podróży Stuart poznał wszystkie nowości z Anglii, ślub Eve z Williamem w maju przyszłego roku. „Musisz przyjechać na ślub”, zdecydowanie stwierdziła Kate. „Wszystko już jest zaplanowane, nawet to, jak zostaną złożone serwetki podczas przyjęcia weselnego. W zasadzie ten ślub mógłby się odbyć nawet dzisiaj, ale niech William skorzysta jeszcze trochę z wolności” – śmiała się Kate, szukając w portfelu fotografii pierścionka zaręczynowego siostry.

W rodzinnym domu w Walton życie płynęło spokojniej i szczęśliwiej niż przed wyjazdem Stuarta – matka zaczęła malować piękne, pastelowe obrazy, a ojciec nauczył się lepiej organizować pracę w pubie, dzięki czemu rodzice mieli więcej czasu dla siebie. Kate odnosiła wrażenie, że dopiero teraz, po wyprowadzeniu się dzieci i załamaniu nerwowym matki, zaczęli poznawać się na nowo i przeżywać wspólnie drugą młodość. Co dwa, trzy miesiące ojciec zamykał na kilka dni pub i rodzice wyruszali w podróże do Szkocji albo Irlandii.

Stuart-senior i Brian mieli dosyć szybkiego tempa życia w Londynie, zamierzali sprzedać galerię i wyruszyć w podróż po świecie. Sama Kate nie wracała po letnich wakacji do szkoły w Brighton. Dzięki kontaktom przyjaciółki ze studiów udało jej się znaleźć pracę w British Council w Berlinie Zachodnim. Kate odwiedziła już to miasto i zachwyciła się jego atmosferą – podobnie jak Londyn Berlin ożywał nocą, na każdym rogu spotkało się kogoś, kto mówił po angielsku, a bogate życie teatralne i muzyczne tego miasta było dodatkowym powodem, dla którego zdecydowała się spędzić tam najbliższy rok. „Poza tym Niemcy sa zaskakująco przystojni”, zakończyła zagadkowo rozmowę o swoich planach.

Catherine

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

Catherine Chapelle z Montrealu była jedną z tancerek w Jesus Christ i jedyną francuskojęzyczną. Jej zbyt długie do wymówienia imię członkowie zespołu zmienili na Kate – Stuart znał więc teraz dwie Kate – siostrę i kochankę. Pełen błędów i ciężkiego franuskiego akcentu angielski, którym posługiwała się „Kate”, miał w sobie coś tajemniczego, a w połączeniu z jej urodą i pełnymi dystynkcji ruchami tancerki sprawiał, że mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku. W zespole miała wielu adoratorów – nawet na ciemnej twarzy Louisa pojawiał się na jej widok czerwony rumieniec. Dlaczego wybrała Stuarta i została u niego na noc po jednej z party w jego domu? Jej scenariusz na życie nie przewidywał przecież miłości – zdawała sobie sprawę z tego, że uroda jest potencjałem, który trzeba jak najlepiej wykorzystać. Do dnia, w którym poznała Stuarta, z dużą konsekwencją realizowała ten plan na życie – plan, który nie był zresztą jej planem, lecz planem samotnie wychowującej ją matki, mającej za sobą długą historią nieudanych związków i rozczarowań.

Podczas kolacji po spektaklu Kate i Catherine bacznie się obserwowały. Już podczas tego pierwszego spotkania stało się jasne, że tych dwóch skrajnie różnych kobiet nigdy nie połączy przyjaźń ani sympatia. Rzucająca się w oczy uroda Catherine wywołała u Kate zazdrość. „Ładnym kobietom jest w życiu o wiele łatwiej. Wystarczy tylko, że się uśmiechną, albo ubiorą w krótką spódniczkę, a już otwierają się przed nimi drzwi”, pomyślała, podając rękę nowej przyjaciółce brata.

W liście do siostry, w którym Stuart napisał kilka linijek na temat końca swojego celibatu, napisał o Catherine „jest tancerką z Montrealu”. Nieraz później zastanawiał się nad tym, że nie potrafi o niej więcej powiedzieć – nie łączą ich ani wspólne zainteresowania ani światopogląd. Catherine szybko uczyła się angielskiego, wraz z ilością używanych przez nią słów, do Stuarta coraz bardziej docierało, że ma przed sobą osobę, która oprócz urody nie potrafi go niczym zafascynować. „Kate” była jak piękny obraz, który w miarę czasu nam się opatrzy i w którym nie potrafimy znaleźć nic nowego, albo jak słuchana dziesiątki razy piosenka, która już nie potrafi wywołać w nas nowej emocji. Tę prawdę o niej przyjął z pewną ulgą, wiedząc, że nowej kochance nigdy nie uda się tak bardzo zbliżyć do niego, żeby go zranić.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że odgrywa jedną z głównych ról w greckiej tragedii – tragedii o miłości dwóch mężczyzn do tej samej kobiety. Tragedii o walce starszego, bogatego mężczyzny o prawdopodobnie ostatnią miłość w swoim życiu i młodym kochanku, który z nim rywalizuje. Stuart dziwił się co prawda, że Catherine nie chciała afiszować się ich romansem przed zespołem. Na jej prośbę nie wtajemniczył w ich związek nawet Louisa. Wieczorami „Kate” wpadała do jego domu na kilka godzin, które kończyły się w sypialni Stuarta, nigdy nie planowali wspólnych wyjazdów, a wspólne śniadania zdarzały się bardzo rzadko. W któryś z wieczorów, kiedy za oknami domu szalał wiatr, a przytulony do „Kate” Stuart wpatrywał się w palący się kominek, na chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ich związek przypomina związek z mężatką, która za kilka godzin wróci do męża i dzieci.

Jack, który sprowadził Stuarta z Sydney do Wellington, był głową całego teatru. Po śmierci żony i wyprowadzeniu się dzieci skoncentrował się jeszcze bardziej na pracy i nie szukał nowego związku. Jego zapatrzenie w Catherine zaskoczyło go samego, nie myślał, że jeszcze potrafi się zakochać. Nie był naiwny – wiedział, czego kobieta o tyle lat od niego młodsza, oczekuje od związku z nim, ale nie potrafił poradzić sobie z rosnącą fascynacją – szczęśliwy, że w ogóle coś jeszcze czuje, nawet jeżeli to uczucie często było tylko bólem zazdrości. Domyślał się, co połączyło „Kate” z Stuartem, i próbował odsunąć go od niej. Zorganizował serię występów zespołu w Nowej Zelandii, pozostawiając tancerzy w Wellington. „Są potrzebni do kolejnego projektu” – tym razem był to musical Hair, w którym Stuart nie dostanie żadnej roli. Jego pobyt w Nowej Zelandii dobiegał końca.

Cdn

Śniadanie literackie: Proust i Żukrowski

Ewa Maria Slaska

Śniadania reloaded

Temat śniadania omawiałam już kilkakrotnie, ale teraz wrócił do mnie wzmocniony o siłę zdumienia, że oto było śniadanie, o którym w ogóle nie pamiętałam, śniadanie u pana Śniadanko w Porwaniu w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego. Oto uboczne korzyści płynące z wieczornego czytania wnukowi przed zaśnięciem.

Następnego dnia koleżanka podarowała mi torbę jabłek z ogrodu, a ja, wracając do domu, zerwałam jeszcze z przydrożnych krzaków kilka pigw, widomy znak, że nadszedł czas jesiennych obowiązków smażenia, wekowania i zaprawiania. Bo latem to właściwie nic nie robię, poza suszeniem grzybów i produkcją ogórków małosolnych, ale jako człowiek jesienny uwielbiam jesienne gromadzenie zapasów. Zrobiłam więc galaretę z pigwy i jabłek, która ma tak piękny kolor, że już się cieszę na najbliższe jesienne śniadanie. Grzanka, lekko przyrumieniona, ociekająca masłem i galaretką…

quitten-geleeKolejnym wezwaniem do powrotu do tematu śniadań była informacja od naszego blogodawcy-darczyńcy. Word Press zakomunikował mi, że nieznana mi osobiście margot2you zreblogowała wpis Pani, służąca i kot. Zajrzałam więc, żeby zobaczyć, co tam było (nawet ciekawie było) i znalazłam też proustowskie śniadanie.

W stronę Swanna. Mały Marcel Proust spędza z rodzicami lato u Cioci Leonii w Combray. To to lato, które zaczyna całą książkę, cały siedmiotomowy cykl.  Przez długi czas kładłem się spać wcześnie:

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą, wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie: „Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

Salsefia… jak rzadko jadamy salsefię czyli skorzonerę, jadłam ją ostatni raz kilka lat temu, trzeba by kupić i sprawdzić, co Francuzi z nią robią. Ale jest 5 nad ranem, znowu nie mogę spać i nie pójdę przecież o tej barbarzyńskiej porze do sklepu po salsefię. Zaraz poszukam śniadanka księżniczki Wiolinki porwanej przez paskudnego Cygana Nagniotka, ale właśnie uwolnionej przez koguta, kocura i lisicę. I już zapowiadam, że nabrałam apetytu i temat śniadań będzie powracał.

Przed nimi było wzgórze, które półkolem obiegała droga podobna do białego strumienia. Na szczycie wśród gąszczu słoneczników stała gospoda „Pod śledzikiem”. Dym bil prościutko do nieba. Ktoś w białej czapce kucharskiej wyszedł przed dom i błyskał tacą, wysypując okruszyny dla wróbli. Potem, przysłoniwszy oczy dłonią, długo patrzył w stronę granicy.
– Skądże ja te strony znam? – zmarszczył brwi kogut. – Ach – puknął się w czoło – przecież to gospoda pana Śniadanko, który tam ku nam kiwa ręką!
Królewna już zbiegała ze stoku.
– Śniadanko! – wołała, klaszcząc rączkami – Śniadanko, dawaj śniadanko!
Za nią sunęli wierni towarzysze. (…)
– Któż za to będzie płacił? – troskał się kogut.
– O co się trapisz, Sknero? – szturchnęła go Wiolinka. – Pierwszy goniec z dworu mego ojca, gdy tu zawita, ciśnie mu złota kiesę.
– Ha, jeżeli tak, to spożywajmy dary Boże…
I zaczęli wsuwać dziwnie pomieszane dania, tak jak je przynoszono według kaprysów królewny. Czekoladę z pianką, kruche ciasteczka z galaretką złotawego agrestu, parówki w srebrnym naczyniu, którego lustrzana pokrywa zamglona była od wonnej pary, pierogi z czereśniami i bitą śmietaną, karpia smażonego, nad którym mruczał z rozkoszy Mysibrat, wyciagając delikatnie ości, w końcu wodę sodową z sokiem, która kłuła jakby szpileczkami w nosie – no i owoce, wielkie gruchy, których całe ćwiartki rozpływały się po prostu w ustach, tając i ociekając strugami słodkiego soku.
Obsługa w komplecie zebrała się półkolem, wpatrując się w ocalonych z podziwem i zachwytem. Wtem za oknami zaturkotalo, zagrzmiały na podjeździe kopyta. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Jakiś rycerz, ciskając kapelusz z piórem na rogi jelenie wiszące nad kominem, krzyknął:
– Hej, gospodarzu, wina! A mocnego…
Otarł z potu czoło i wzdychając, jął sączyć wino z potężnego pucharu.
Jedna ze służących podbiegła i szepnęła coś do ucha oberżyście. Mysibrat strzygąc uchem dosłyszał tylko: „Z Blablacji” i „królewna”…
Już pan Śniadanko sunął ku niemu, zacierając pulchne rączki.
– Szanowny panie – zaczął – już nie potrzebujesz błądzić po drogach i poszukiwać królewny – rycerz podniósł zdumiony brwi – bo właśnie mamy zaszczyt gościć ją tutaj.
Zanim zdążył jednak otrzeć wino z wąsów, już oberżysta poskoczył i podsunął mu usłużnie długi karteluszek.
– Tu pozwalam sobie przedstawić rachuneczek za jej śniadanko. Szanowny pan pewnie zapłaci za królewnę i jej towarzyszy. To oczywiście drobiazg, mamy czas, ale ja tylko tak, dla porządku…

Silly Billy 2: anonimowe efekty plądrowania

For Ania and Joanna. With love…

katze-muss-ja-auch-kein-brief-sein

My birthday postcard

Ewa Maria Slaska

Wyjaśnienie dzisiejszego wpisu znalazło się tu na blogu już tydzień temu. Dziś prezentuję tylko efekty plądrowania waszych zasobów fotograficznych, zdjęcia są marne, domarniłam je jeszcze, usuwając Wasze twarze lub inne istotne elementy Waszej tożsamości. Ale ten post to nie konkurs piękności, tylko apel: Przysyłajcie nam Wasze zdjęcia Billy!

Wir sammeln Billy-Fotos. Schicke uns eure Fotos zu!

We collect the fotographies of Billy in your flats or somewhere! Please send us your own pics! 

At the end of this post you will find two pieces of art with Billy. Yeahhhh!

natasza inga

joannabilly jenneke gosiac

christiane jan jacek

kajabilly kajakawiarnia

nadiezda julkasrazembilly piotrbratkowski przemyslawlipiec radek

A piece of art 1.

sylwiak

And a piece of art 2 – music: Jennifer Rostock Wahl AfD:

Za tydzień – wreszcie – to, o co chodziło – Billy nadesłane przez Was…

Autor najlepszych oper Mozarta

Z Australii tekst(y, bo będą przez trzy czwartki) dokładnie wpasowane w początek sezonu operowego w Berlinie. W Deutsche Oper w niedzielę odbyła się premiera Cosi fan tutte Mozarta z librettem Lorenza da Ponti. Najbliższe wystawienia 1, 8, 11 i 14 października

Lech Milewski

W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku
przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta
ze sławną Malibran-Garcia – KLIK – w partii Donny Anny.
Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorku
i dziękował wykonawcom – jako autor opery!
Myślano, że stary jest niespełna zmysłów, bo przecie
Don Juana napisał Mozart,
nieżyjący już wówczas
od lat trzydziestu czterech.
Okazało się, że…
Karol Stromenger – Mozart – PIW 1962

Opera Don Juan a raczej Don Giovanni, jak to właściwie było z tym autorstwem?
Sięgnijmy do źródeł. Oto plakat z października 1788 roku, premiera opery w Dreźnie…

don_giovanni-german_advertkl

Rozpusta ukarana albo Don Juan. Wielka śpiewogra w dwóch aktach.

Uwaga, mamy go –

Die Poesie ist von dem Kais. Konigl. Theaterdichter Herrn Abe da Ponte eigehändl. verfertiget
Und die ganz neue vortreffliche Musik ist von dem beruhmten Kapellmeister Herrn Mozart, ebenfalls ausdrucklich dazu komponiert worden.

Poezja autorstwa cesarsko-królewskiego librecisty pana opata da Ponte własnor. przygotowana.
Całkiem nowa nadzwyczaj stosowna muzyka autorstwa sławnego dyrygenta pana Mozarta, równie dokładnie do niej skomponowana.

Dziękuję Ewie Marii za pomoc w odcyfrowaniu i przetłumaczeniu nieco archaicznego tekstu.

Na plakacie z o pół roku wczesniejszej premiery w Wiedniu kolejność autorów opery jest taka sama. A więc sprawa jest jasna – ten stary Włoch z Nowego Jorku to był opat da Ponte. Jego roszczenia były jak najbardziej uzasadnione, przecież na plakacie figuruje na pierwszym miejscu.

Rozpusta ukarana – zadumałem się – co też opat mógł wiedzieć o rozpuście? Świątobliwa osoba, do tego, jak nazwisko wskazuje, z arystokratycznego rodu. I jeszcze to imię – Lorenzo – skojarzenie z weneckim Il Magnifico jest nieuniknione.

Więc powtarzam – cóż szlachetny opat Lorenzo da Ponte mógł wiedzieć o rozpuście? Nie dopuszczam myśli, że ujawnił wysłuchane w konfesjonale wyznania.

Zajrzyjmy ponownie do źródeł…

W starożytnym miasteczku Ceneda – KLIK, w żydowskim getcie, żyła rodzina biednego garbarza Jeremiasza Conegliano. Mieli trzech synów – urodzonego w 1749 roku Emanuela i młodszych – Barucha i Ananie.

24 sierpnia 1763 roku, w dzień świętego Bartłomieja, w cenedeńskiej katedrze, tutejszy biskup – Lorenzo da Ponte, celebrował przyjęcie nowych dusz na łono Kościoła-Matki. Wśród ochrzczonych byli równiez synowie garbarza Conegliano.
Zgodnie z tradycją biskup nadał swoje nazwisko wszystkim nowoochrzczonym, Synowie Jeremiasza Conegliani otrzymali chrześcijańskie imiona – odpowiednio: Lorenzo, Girolamo i Luigi.

Biskup Lorenzo da Ponte słynął ze swojej szczodrości w finansowaniu instytucji kulturalnych i oświatowych oraz z działalności charytatywnej.
Nie poprzestał na ochrzczeniu – trzej bracia Conegliani, przepraszam – da Ponte, zostali przyjęci do szkoły seminaryjnej, w której wszyscy wykazali się doskonałymi postępami.
Po dwóch latach nauki Lorenzo da Ponte władał łaciną i greką, znał doskonale twórczość Dantego, Petrarki, Wergiliusza i Horacego. Potrafił napisać kilkusetwierszowy poemat na zadany temat.

Lorenzo był tak zafascynowany literaturą, że któregoś dnia ukradł z ojcowskiego warsztatu czekające na wygarbowanie skóry i zapłacił nimi księgarzowi za książki. Sprawa się wydała i dotarła do wiadomości biskupa. Ten nie dość, że za własne pieniądze wykupił od księgarza skóry, to jeszcze polecił lekkomyślnego Lorenzo specjalnej uwadze nauczycieli.

Dobry biskup Lorenzo zmarł w 1768 roku. Młody Lorenzo da Ponte miał wtedy 19 lat. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł przerwać naukę, z drugiej…
Pod naciskiem ojca zdecydował się na przyjęcie ślubów zakonnych. Miał o to pretensję do końca życia, ale czy przedstawił jakieś własne propozycje?

Teraz jego kariera potoczyła się szybko. Po dwóch latach został wykładowcą, po następnych dwóch wicerektorem uczelni. W tym samym czasie otrzymał święcenia kapłańskie, został księdzem.
I wtedy…
Trzy lata wcześniej, w 1770 roku, Lorenzo przebywał na dwutygodniowej kuracji w Wenecji. Poznał tam panią Angiolę Tiepolo, żonatą, matkę dwojga dzieci. Najwidoczniej oboje przypadli sobie do gustu, gdyż prowadzili korespondencję i właśnie teraz Angiola powiadomiła Lorenza listownie, że porzucił ją mąż, który postanowił pozostać księdzem.
Zadziwiająca sytuacja – nie jestem pewien, czy Lorenzo uznał, że jego obowiązkiem jest zastąpić księdz,a czy przeważyły względy osobiste, w każdym razie porzucił świetnie zapowiadającą się karierę i przeniósł się do Wenecji. Zamieszkał z piękną Angiolą i jej bratem, zubożałym arystokratą Girolamo.

Girolamo zaliczał się do Barnabotti – KLIK – zubożałych członków Wielkiej Rady Wenecji. Ludzie ci mieszkali z dala od centrum, w pobliżu kościoła św. Barnaby, gdzie czynsz był nieco niższy, stąd nazwa. Jako członkom Wielkiej Rady nie wolno było im podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymywali stałą rentę od miasta.

Lorenzo szybko znalazł pracę jako nauczyciel dzieci zamożnej i pięknej wenecjanki. Swoje zarobki musiał dzielić ze swymi gospodarzami.

W swoich pamiętnikach Lorenzo wspomina, że Wenecja było to miasto muzyki i hazardu. Do tego ogromne rozluźnienie obyczajów. Praktycznie karnawał trwał tu cały rok. Maski były zawsze na porządku dziennym i dla wielu osób stwarzały poczucie uwolnienia od wszelkich zasad i odpowiedzialności.

Miasto hazardu – Angiola i jej brat byli od niego uzaleznieni, Lorenzo szybko do nich dołączył. Domów gry było wiele, ale prawdopodobnie ze względu na wysoką pozycją społeczną Girolamo głównym miejscem, które odwiedzali regularnie było ridotto – skrzydło pałacu, w którym rząd wenecji zorganizował kasyno – KLIK.
Da Ponte opisuje w pamiętnikach swoje przygody w kasynie. Czasem było tak źle, że musiał pożyczać pieniądze od gondolierów, czasem tak dobrze, że wspierał innych graczy.
Musiał też dzielić się wygranymi z bratem Angioli.
Dzielić? Musiał je w całości oddawać. Opisuje szczegółowo taką scenę. Moją uwagę zwróciło, że Girolamo traktuje da Ponte jak poddanego, a Lorenzo tytułuje go Wasza Ekscelencjo i posłusznie wypełnia każde polecenie.
Zapewne bliskość Angioli rekompensowała wszelkie upokorzenia, chociaż…
Któregoś dnia, w Caffe de’Letterati podszedł do niego posłaniec i powiadomił, że ktoś na niego czeka w pobliżu, w gondoli. Była to elegancka dama, twarz ukryta za maską. Okazało się, że to nieporozumienie, ale najwyraźniej Lorenzo zdołał szybko zyskać zaufanie tajemniczej damy bo wyznała mu co następuje – pochodzi z bogatej rodziny, matka chciała ją wydać na siłę za mąż. Odmówiła, matka chce ją oddać do klasztoru, więc uciekła i szuka protektora.
Nie była gołosłowna – pokazała szkatułkę pełną kosztowności i rulony banknotów w torbie. Podzieli się chętnie tym wszystkim z Lorenzo i na dodatek ofiaruje mu serce.

To wymagało rozważenia.
Angiola nie była wysoka, ale za to piękne jasne włosy, rumiana buzia, karminowe usta, rozkoszne dołeczki, wykształcenie niewielkie, ale jaki temperament.
Matylda była znacznie wyższa, nosiła sie z godnością, ciemne włosy, rysy twarzy nie tak regularne – to ostatnie to chyba nie zaleta.
Ale ta szkatułka z kosztownościami, te rulony banknotów. Lorenzo poprosił o trzy dni czasu do namysłu. Spotykali się codziennie co wywoływało ataki zazdrości Angioli.
Dopiero po tygodniu Lorenzo zdecydował – Matylda!
O drugiej w nocy pospieszył do jej hotelu. Za późno, dwie godziny wcześniej porwali ją nasłani przez jej matkę mężczyźni.

W tak urozmaiconej atmosferze minęły dwa lata. Prócz pracy, miłości i hazardu Lozenzo spędzał wiele czasu na kontaktach towarzyskich z weneckimi intelektualistami i artystami i zyskał sobie w tym środowisku dużą popularność.

Pewnego razu, po kolejnej przygodzie, która nieomal nie skończyła się małżeństwem z bogatą panną, Angiola rzuciła w niego celnie kałamarzem, a potem, gdy spał, obcięła mu włosy. Lorenzo porównuje to z biblijna historią o Samsonie. Rzeczywiście, skutek był podobny choć odwrotny. Samson po obcięciu włosów stracił swą moc, Larenzo odzyskał – posłuchał rady brata, Girolamo, który kontynuował karierę naukową w Ceneda i nęcił Lorenzo powrotem na łono tutejszej uczelni.

Lorenzo wrócił i wkrótce otrzymał pozycję wykładowcy na uczelni w Treviso. Dwa lata później otrzymał tytuł profesora retoryki.
Kariera rozwijała się dobrze, ale być może rozzuchwalony sukcesem, a być może na skutek weneckich fanaberii, Lorenzo zaczął głosić dość radykalne poglądy, które nie podobaly się jego zwierzchnikom.
Czarę cierpliwości przelał poemat napisany na okoliczność końca roku akademickiego…

La natura dentro it petto
una legge sol mi die
di non far in atto o in detto
Quel che poi non piace a me .

Dunque sono in questo seno
Questa legge a me vivra
E tu poi da un duro freno
Cerca pur felicita.

Natura w mym sercu
daje mi jedyne prawo
nie robić w czynie lub słowie
tego czego nie lubię.

Dlatego wyłącznie to prawo
będzie żyło w mym sercu
a ty możesz w twardej powściągliwosci
szukać czystego szczęścia.

W rezultacie zakazano mu zajmowania jakiegokolwiek stanowiska w instytucjach naukowych w Republice Weneckiej.

da Ponte

Na razie żył w blasku wcześniejszej popularności.
O pociągłej twarzy, orlim nosie, hipnotyzującym spojrzeniu. Do tego niezwykle elokwentny i dowcipny. Na dodatek dobry głos i wielki talent improwizacyjny. Konflikt z senatem uczelni zyskał mu popularność w sferach artystycznych i intelektualnych.
Ważnym wydarzeniem tego okresu był kontakt z poetą i librecistą Caterino Mazzola, który nauczył go jak pisać drama buffo.

Przez pewien czas produkował się wraz z bratem – Girolamo grał na skrzypcach, a Lorenzo śpiewał na poczekaniu wymyślane teksty. Zaprzestali jednak gdyż nie licowało to z profesorskim stanowiskiem Girolamo i obniżało poetyckie loty Lorenzo.

Od czasu usunięcia z pracy mieszkał u swojego przyjaciela Memmo, który również go utrzymywał. Nie trwało to długo. Memmo mieszkał z kochanką, Teresą Zerbin. Według Lorenzo Teresa nie lubiła go i uważała, że ma on zły wpływ na Memmo. Według plotkarzy miał on z nią romans. W każdym razie musiał pospiesznie opuścić dom przyjaciela.

Rozpoczęła się wędrówka, która będzie trwała do końca życia.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.