W świecie podręcznych

Ewa Maria Slaska

Dałam temu wpisowi nadtytuł z numeracją, bo na jednym wpisie się nie skończy.

Przemoc i utrata zaufania

W dzisiejszym wpisie opieram się na doświadczeniach Zosi, Danusi i moich własnych. Jesteśmy w różnym wieku, mieszkamy w różnych miastach i krajach, spotkały nas różne przejawy agresji, to co nas połączyło, oprócz ewidentnego wspólnego mianownika, jakim jest bycie kobietą, to niezgoda na obowiązujący w naszym europejskim społeczeństwie przymus milczenia ofiar. Każda z nas opublikowała swoje doświadczenia na mediach społecznościowych, na Facebooku i na blogu, każda też spróbowała zainteresować swoją sprawą instancje i instytucje społeczne i polityczne. I to jest być może najważniejszy punkt na liście tego, co nas łączy. Bo dopiero to, co zachodzi na granicy prywatności i instytucji uświadomiło mi, jak bardzo świat, w którym żyjemy, jest wciąż jeszcze (a może znowu) strukturą stworzoną przez mężczyzn i dla mężczyzn. A my jesteśmy podręcznymi.

Opowiem o nas w kolejności chronologicznej. Pierwsza byłam ja, a to co się zdarzyło, zdarzyło sie dawno, bo w roku 2009. W Berlinie. W nocy wszedł przez okno do mojego mieszkania facet koło czterdziestki, Niemiec, żeby moi czytelnicy nie pomyśleli przypadkiem, że islamista i terrorysta. Wszedł do mnie do sypialni, zapalił światło i powiedział, że przyszedł mnie zabić, bo właściciel kamienicy, w której mieszkam chce się nas wszystkich pozbyć. Brzmiało to bardzo prawdopodobnie, bo rzeczywiście właściciel kamienicy, w której mieszkałam, zamierzał nas zgentryfikować i chciał się nas wszystkich pozbyć. A my się nie chcieliśmy wyprowadzić. Dodam, uprzedzając wypadki, że dzięki temu włamaniu udało mu się szybko i bez problemów uzyskać to, czego chciał. Wszyscy wzięliśmy odstępne i wynieśliśmy się z naszej wspaniałej posthippisowskiej kamienicy, którą zamieniono na pałac (nie żartuję, dom nazywa się teraz Palast am Riemershofgarten) i sprzedano bogatym, a w każdym razie bogatszym od nas.

Był Berlin, rok 2009.

Teraz Polska. Bo jest rok 2017.

Danusia mieszka w Warszawie. Miesiąc temu napisała na Facebooku:

Wczoraj zostałam okradziona. Wracałam wieczorem autobusem z pracy. Jak zwykle zajęłam miejsce stojące przy ostatnich drzwiach, bo jak zwykle nie było wolnych miejsc siedzących. Tuż za mną w ostatniej chwili wsiadł mężczyzna w wieku około 40-60 lat, postawny, ubrany na ciemno. Stanął za mną, tym samym uniemożliwiając mi stanie w autobusie plecami do szklanej ścianki z torbą za plecami. Autobus ruszył. Mężczyzna zatoczył się na mnie, ale przecież takie rzeczy w komunikacji miejskiej nie są niczym szczególnym, zwłaszcza w piątek wieczorem. Gdy autobus się zatrzymał, wysiadł. Ja wysiadłam na następnym przystanku. Chciałam zadzwonić do córki, by zapytać się kiedy wraca do domu. Nie mogłam. Z torby zniknął telefon. Był w wewnętrznej kieszonce zapinanej na rzep. Sam nie mógł wypaść. Gdy teraz o tym myślę, jestem przekonana, że rzeczony mężczyzna, czyli złodziej musiał widzieć jak go wkładam do torby, bo tuż przed przyjazdem autobusu dostałam zupełnie nieznaczącego sms-a.

Dlaczego o tym piszę. Bo mam poczucie straty, choć pewnie niektórzy powiedzą, że to tylko telefon, to tylko przedmiot. Tak, zgadzam się z nimi. Poczucie straty dotyczy raczej świadomości bezpowrotnej straty niektórych numerów telefonów zapisanych tylko na karcie i zdjęć, których nie zdążyłam zrzucić na komputer.

Bardziej bolesne jest uczucie utraty poczucia bezpieczeństwa w miejscach publicznych, a przecież będę musiała nadal wychodzić z domu, poruszać się komunikacją miejską oraz strata zaufania do innych ludzi, bo przecież każdy może być potencjalnym złodziejem, choć pewnie takie osoby – zawsze byłam o tym przekonana i nadal chcę w to wierzyć – stanowią mniejszość wśród uczciwego ogółu.

Najbardziej bolesna jest utrata poczucia prywatności, naruszenie sfery intymnej. Może zabrzmi to drastycznie, ale czuję się zbrukana jakby ktoś w autobusie wsadził mi rękę do majtek. Przecież ten ktoś, nim zablokowaliśmy kartę i wyczyściliśmy zdalnie pamięć, mógł obejrzeć moje zdjęcia, zobaczyć czyje numery mam w telefonie, sprawdzić z kim ostatnio rozmawiałam, przeczytać sms-y od mojej córki, przyjaciółki, siostry, sms-y informujące o umówionej wizycie u lekarza, o kupionej przez internet książce czekającej odbiór, nie wspominając o sms-ach służbowych. Złodziej mógł też wejść na moje konto na FB, a nawet umieścić tam jakiś wpis bez mojej zgody.

Zosia, Mazury, 11 lipca.

Przemoc jest groźna, ale to czego się szczególnie obawiam, i co jest niebezpieczne, to postawa władz.

Stałam się ofiarą przemocy fizycznej i instytucjonalnej.

Jak myślicie Państwo, jak w moim mieście reaguje się na przemoc? Wiem z doświadczenia, że bierność organów ścigania dotyczy wielu ludzi.

Nie bójmy się o tym mówić, bo w ten sposób takie zachowania policji prowadzą do tego, że ofiara staje się ofiarą jeszcze raz. A ja doświadczyłam tego na sobie i dlatego postanawiam przerwać milczenie.

Od urazów fizycznych bardziej bolą właśnie te wynikające z biernej, wręcz aprobującej zachowania przemocowe postawy organów ścigania.

Kocham moje miasto i nie rozumiem dlaczego nie można w nim normalnie żyć.

Bo jestem przekonana i wiem, że ta nienormalność dotyczy bardzo wielu osób.

Policja nie robi nic, aby pomóc ofiarom przemocy, a tym samym chroni agresorów. A przecież obowiązuje ustawa, dająca wszelkie możliwości ochrony i przeciwdziałania.

Tak się dzieje!

W związku z tym uruchamiam akcję „Moje miasto przeciw przemocy”. Jeżeli nie przyjmiemy zdecydowanej postawy i nie zaczniemy konsekwentnie stosować obowiązujące przepisy utoniemy w agresji, chamstwie i znieczulicy. Drodzy Państwo czekam na informacje od was od waszych problemach.

Strasznie się obawiam, mam siniaki na górnej części ramienia i od wewnętrznej strony. I nie chodzi tu tylko o przemoc fizyczną, gdy napastnik tak mnie złapał za ręce i przedramię, że widać ślady po jego palcach na moim ramieniu i wczepił się paznokciami, a ja mam również krwiaki, które są od uderzenia drzwiami.

Odbiłam się od muru instytucjonalnej znieczulicy, mam nadzieje, że Niebieska Linia mi pomoże! Policja widziała i nie reaguje… Niech to wystarczy za komentarz.

SPRAWCA PRZEMOCY GROZIŁ MI NOŻYCZKAMI. ZOSTAŁAM POBITA I MI GROŻONO, A PATROL POLICJI NIE PODJĄŁ DZIAŁANIA. NIE MA ZGODY NA PRZEMOC, NIE MA ZGODY NA PRZEMOC INSTYTUCJONALNĄ. ZAWIADOMIŁAM WKP I PROKURATURĘ, ZOBACZYMY CO BĘDZIE DALEJ – MOJA SPRAWA JEST PROSTA, JEST OBDUKCJA, A JA WYSTĘPUJĘ W SWOIM IMIENIU – BO TO MNIE NIE UDZIELONO POMOCY

Wszystkie trzy historie zostaną skomentowane, będą miały dalszy ciąg, i wyjaśnię też, dlaczego kojarzą mi się z historią podręcznych, pojedynczo, ale i wszystkie razem, bo każda z nich oświetla pozostałe i nadaje im innych wymiarów.

Jechać do Lwowa

Zbigniew Milewicz

Dumka na dwadzieścia serc

Było ich więcej, ale wolę zaokrąglić w dół, żeby jakiś pasjonat ochrony danych osobowych nie wytoczył mi procesu. Ferdynand powiedział, że pojechałby na Ukrainę nawet, gdyby miał tylko kilku chętnych na wyprawę, bo kto raz naszych dawnych wschodnich Kresów posmakował, ten na nie zwykle wraca. To takie uzależnienie, z którego się nie wychodzi, poza el comandante jadą po raz kolejny Jadzia, Iza, Krystian, Leon, Gosia, Włodek oraz Sławek z bratem Wieśkiem i jego żoną Elą. Debiutują zaś Maria, Ewa, Dorota, Krystyna, Asia, Irek, drugi brat Sławka, Stefan, mały Sławek z małżonką i Ela nr 2. Dla mnie jest to już czwarta wycieczka na Kresy z berlińskimi polonusami – po Bukowinie, Białorusi i Litwie. Zobaczymy, jak będzie.

Kwaterujemy się w hotelu

Wyruszamy z Przemyśla do Lwowa autobusem miejscowego PKS, z panem Adamem za kierownicą, starym znajomym z poprzednich wypraw na Wschód, cenionym za profesjonalizm i poczucie humoru. Jest sobota 1 lipca, imieniny obchodzą Halina i Marian, wypada wypić za zdrowie nieobecnych solenizantów, w ramach pierwszych podróżnych szczepień, które należą do najstarszych tradycji naszych wycieczek. Pogoda za oknem śliczna – słoneczna, klimatyzacja w autobusie działa, pogranicznicy nie marudzą z odprawą paszportową, więc gdyby nie te wyboje na drodze za szlabanem, stawiałbym na początek same piątki w dzienniczku podróżnym. Zła jakość dróg na Ukrainie to niestety reguła i wyjątków w niej doświadczymy niewiele. Pod względem wypadków drogowych i ich tragicznych skutków kraj ten zajmuje jedno z czołowych miejsc w Europie, lepiej nam więc poruszać się czasami w bardzo żółwim tempie, ale za to bezpiecznie. Do celu mamy około 100 kilometrów, to dwie godziny jazdy.

Na miejscu, pod hotelem George czeka już na nas Jurij, nasz przewodnik po Ukrainie, nieobcy paru osobom w grupie. Kwaterujemy się i idziemy na pierwszy spacer po mieście, później na kolację do afgańskiej restauracji. Nazajutrz mamy dużo Lwowa, zwiedzania jego cennych zabytków, będzie rozsądnie pójść wcześniej do numeru i dobrze wypocząć, tym bardziej, że zatrzymaliśmy się w miejscu owianym wieloma legendami, w najstarszym hotelu miasta, którego historia sięga końca XVIII w. Wskutek wielokrotnych przebudów i nadbudów gmach nie jest jednolity stylistycznie. Na pierwotną architekturę utrzymaną w stylu włoskiego renesansu nałożyły się elementy secesji i Art dèco. Fasady zdobią świetne płaskorzeźby – św. Jerzy autorstwa Antoniego Popiela oraz alegorie Europy, Azji, Ameryki i Afryki Leonarda Marconiego i Popiela. Trudno o lepszy symbol dla lwowskiego tygla kulturowego. W tym hotelu mieszkali m.in. Honorè de Balzac, Franciszek Liszt, Ignacy Jan Paderewski, Józef Piłsudski i Nikita Chruszczow, stąd śpiewał na balkonie dla tłumu wielbicieli Jan Kiepura swoje brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki… No, a teraz robimy to my.

Przed lwowską operą 

Niedziela, dzień pański, kilku osobom z grupy udaje się wstać wcześniej, żeby przed śniadaniem zdążyć na poranne nabożeństwo w języku polskim, odprawiane w pobliskiej katedrze łacińskiej p.w. Wniebowzięcia NMP. Ze względu na małą liczbę wiernych wiekowy ksiądz zaprasza nas do bocznej kaplicy. W katedrze tej, wzniesionej na przełomie XIV i XV w., z fundacji Kazimierza Wielkiego, król Jan Kazimierz złożył słynne śluby lwowskie, tu przyjdziemy całą grupą pod koniec naszej wyprawy.

Autor u św. Onufrego

W programie zwiedzania dziś jednak najpierw grekokatolicka katedra św. Jura, później Wzgórza Wuleckie, tragiczne miejsce kaźni profesorów lwowskich uczelni, rozstrzelanych przez niemieckie gestapo w lipcu 1941 r. W 70 rocznicę mordu, z inicjatywy wrocławskich i lwowskich władz miejskich, odsłonięto tu pomnik ku czci 46 ofiar. Monument jest prosty i surowy, przedstawia zbiór kartek dekalogu, z jedną, która wypada ze środka, co sprawia, że pozostałe się rozsypują. Nosi ona liczbę 5, nie zabijaj! Pod pomnikiem i tablicą z nazwiskami pomordowanych zapalamy znicze, wsadzamy w ziemię biało – czerwone chorągiewki.


Tablica upamiętniająca zamordowanych profesorów

Na Cmentarzu Łyczakowskim, najlepiej zachowanej polskiej nekropolii na Ukrainie i jednym z najważniejszych miejsc pochówku w dziejach kultury polskiej, na 42 hektarach spoczywa około pół miliona zmarłych, różnych narodowości i wyznań, w tym około 20 tysięcy naszych wybitnych rodaków. Zasłużeni dla nauki, literatury, sztuki, bohaterowie wszystkich narodowych zrywów, dzielą to miejsce z postaciami ważnymi dla historii Ukrainy oraz grobami Austriaków, Niemców, Ormian i Greków, którzy zostawili we Lwowie swój ślad. Szczególnym miejscem tutaj jest cmentarz – pomnik Orląt Lwowskich, Obrońców Lwowa. Spoczywa tu 2859 żołnierzy poległych w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej, w latach 1918-1921 oraz zmarłych późnieJ. W 1971 r., na polecenie władz sowieckich, zdewastowano kwatery, dziś w wyniku ogromnych starań ludzi dobrej woli, już prawie wróciły do dawnego stanu. Przy grobie generała Tadeusza Rozwadowskiego gromadzi się spora grupa ludzi różnych generacji, od dzieci po osoby w podeszłym wieku, polski przeplata się z angielskim i francuskim. Uczestniczą w dorocznym zjeździe familijnym rodu Rozwadowskich i do tradycji należy spotkanie przy symbolicznej mogile ich przodka, który od jesieni 1918 r. do wiosny 1919 r. dowodził obroną polskiego Lwowa przed atakującymi go wojskami ukraińskimi.
Powrót autobusem do miasta, gdzie wieczorem mamy w programie spektakl Pajace w pięknej operze lwowskiej. Przejeżdżamy koło polskiej szkoły im. św. Marii Magdaleny, mieszczącej się niefortunnie przy skrzyżowaniu ulic Stepana Bandery i generała Szuchowycza. Ci dwaj Ukraińcy są współodpowiedzialni za rzeź około 100 tysięcy Polaków na Wołyniu w latach 1943-1944 i w oczach nacjonalistów ukraińskich, szczególnie aktywnych w zachodniej części kraju, mają status bohaterów narodowych. Dla ich uczczenia władze miejskie umieściły na gmachu polskiej szkoły pamiątkową tablicę, a kiedy dyrekcja zaprotestowała, skwitowano to krótko:nie jesteście u siebie.

A ja bym powiedział: może i nie jesteśmy, ale czujemy się, jak w domu. W przeciwnym razie tak licznie nie odwiedzalibyśmy Lwowa i jego okolic, polskich turystów słychać tutaj na każdym kroku, na pewno nie tak często, jak przed wybuchem wojny w Donbasie, ale są. Każdy z własnego powodu, jedni z racji rodzinnych korzeni, inni chcieliby n.p. pójść tropem bohaterów sienkiewiczowskiej Trylogii, pana Wołodyjowskiego, Kmicica, Zagłoby; my z Krystianem uczęszczaliśmy do chorzowskiego liceum im. Juliusza Słowackiego, który urodził się w Krzemieńcu, w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim i sentyment do Kresów wyssaliśmy niejako z mlekiem programu naszego polonisty, profesora Paprockiego. Nosił on nawet modne wówczas koszule z kołnierzem à la Słowacki, więc Testament mój musieliśmy wykuć na blachę. Dla Gosi ta wycieczka jest szczególnie ważna, ponieważ jej mama urodziła się niedaleko Lwowa, ma adresi skrycie liczy na to, że może uda się jej, choćby na chwilę tam skoczyć. Szanse są małe, bo ze Lwowa pojedziemy w kierunku Kamieńca Podolskiego inną drogą, ale… jak się czegoś bardzo pragnie, to się spełnia. Trakt, po którym podążamy robi się tak wyboisty, że Jurij postanawia zmienić trasę i nasza koleżanka się cieszy, bo trasa będzie jednak wiodła przez Złoczów, skąd pochodzi jej mama.

Kanikuła na Dniestrze

Znajduje się tu zamek zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III Sobieskiego, ale kupił go jakiś Austriak i ochrona nie chce nas wpuścić nawet na dziedziniec. Gosi nie udaje się odnaleźć starego adresu, nikt z miejscowych nie wie, gdzie była ta ulica, ruszamy dalej. Po drodze Trembowla, Skała Podolska, zamkowe ruiny ze śladami dawnej świetności magnackich rodów Lanckorońskich, Tarłów. Zatrzymujemy się przy Okopach Świętej Trójcy, upamiętnionych w Nie-Boskiej Komedii Zygmunta Krasińskiego, a zbudowanych z polecenia Sobieskiego.
Tu rzeka Zbrucz uchodzi do Dniestru. Miejsce ważne strategicznie, w XVIII wieku na Zbruczu biegła granica między Rzeczpospolitą i Austrią, później między Imperium Rosyjskim i Cesarstwem Austro-Węgier a po zawarciu niekorzystnego dla Polski pokoju ryskiego w 1921 r., między II Rzeczpospolitą a Ukraińską SRR, która niebawem weszła w skład Związku Radzieckiego. Stąd sowieci 17 września 1939 roku ruszyli na Polskę i po czterech dniach opanowali połowę jej terytorium. Miejsce tragiczne, przez środek Zbrucza sowieci przeciągnęli drut kolczasty, żeby zapobiec ucieczkom przez rzekę, wielu ludzi straciło tutaj życie.

Muzykowanie na murach twierdzy

Jurij, który opowiada nam o tym wszystkim, później dla poprawienia nastroju dodaje jakąś pogodniejszą relację, otwiera nam oczy na piękno zaklęte w starej architekturze, w twarzach patrzących z kościelnych obrazów i ikon, w galicyjskich i podolskich krajobrazach. Jest z pochodzenia Rosjaninem, od wielu lat zadomowiony we Lwowie, mówi piękną polszczyzną z tym charakterystycznym, śpiewnym, kresowym akcentem. Pracuje w redakcji miejscowego Kuriera Galicyjskiego, gdzie zajmuje się pisaniem i redagowaniem tekstów z pogranicza historii i sztuki, choć już jest na emeryturze. Kiedy mu pozwala czas, oprowadza także wycieczki po Lwowie i Zachodniej Ukrainie, ma ponadto na swoim koncie szereg publikacji książkowych. Prywatnie zaś jest mężem uroczej kobiety, którą poznamy na pożegnalnej kolacji we Lwowie, ojcem i dziadkiem.

Madonna wieńcząca minaret tureckiego meczetu w Kamieńcu Podolskim

Trochę idę już na skróty w swojej opowieści, jednak inaczej się nie da. Każdego dnia działo się coś ciekawego i nie było lania wody w programie, jeżeli nie liczyć wycieczki statkiem po Dniestrze, więc trudno to wszystko szczegółowo i po kolei opisać w jednym tekście. 

Każda podróż to przede wszystkim ludzie, których spotykamy po drodze, a do nich mieliśmy wyjątkowe szczęście. W Trembowli ugościł nas domowym obiadem ksiądz Anatol Zajączkowski, proboszcz parafii p.w. świętych Piotra i Pawła. W Kamieńcu Podolskim, najsłynniejszej polskiej twierdzy nad rzeką Smotrycz, uwiecznionej w Trylogii i zwanej przedmurzem chrześcijaństwa, przez dwa dni byliśmy gośćmi księdza Alojzego Kossobudzkiego od św. Mikołaja. W Jazłowcu schronienia udzieliły nam w pomieszczeniach klasztornych siostry Niepokalanki Szymona i Tatiana. Nigdzie nikt nie wstawał głodny od stołu, łóżka były wygodne, choć nasze przemiłe siostrzyczki nie doceniały leczniczego działania szczepionek Ferdynanda i ciut rumieniły się, kiedy śpiewałem hej dziewczęta w górę kiecki, jedzie ułan jazłowiecki, ale to było przecież tylko jedno ziarenko pieprzu w ich smacznej zupie w refektarzu.

W drodze powrotnej do Lwowa zatrzymujemy się w Buczaczu, w którym to po upadku kamienieckiej twierdzy i przegranej wojnie z Turkami, podpisano w 1672 r. niesławny traktat pokojowy i skąd rządził w XVIII wieku niepodzielny władca Podola Mikołaj Bazyli Potocki. Był Czortków, Zaleszczyki, dawne słynne uzdrowisko II RP, gdzie austriacka baronowa nie chciała ugościć Józefa Piłsudskieg u schyłku jego życia, Zarwanica z największym sanktuarium obrządku grekokatolickiego na Ukrainie, a na koniec Rohatyń i dawny Stanisławów, dziś Iwanofrankiwsk.

Proboszczem kościoła p.w. świętych Anny i Mikołaja w Rohatyniu jest ksiądz Jan Wójcik rodem z Sopotu, lat 30, z wyglądu sportowiec. Zero namaszczonego plebana ze starych portretów, ma dla nas dosłownie chwilkę, bo zaraz przyjedzie zapowiedziana polska grupa i musi sprawdzić, jak tam ziemniaki na obiad. W jego parafii obrządku rzymsko-katolickiego brak wiernych tego wyznania, nie ma nawet grekokatolików, sami prawosławni i dla nich celebruje msze święte. W ich języku, po ukraińsku, po polsku zrozumieliby, bo wielu ludzi stąd pracuje w Polsce, ale miałby mniejszą frekwencję w kościele. Poza pracą duszpasterską ksiądz Jan zajmuje się działalnością charytatywną, kwestuje w Polsce na rzecz pomocy dla swoich ukraińskich duszyczek, a skala potrzeb jest ogromna, bo na terenie jego parafii jest duże bezrobocie, wielu ludzi pozostaje bez środków do życia i bieda aż piszczy. Jego kościół został odnowiony i wyremontowany także z datków polskich wiernych, podobnie, jak wszystkie inne, które nawiedziliśmy w czasie naszej wycieczko-pielgrzymki, każdy z nas na ile mógł i chciał, dorzucił do tej wspólnej kasy. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych, w czasie politycznej odwilży, na postsowieckiej Ukrainie miejsca kultu religijnego zaczęły wracać do wiernych, większość z nich znajdowała się w opłakanym stanie. W jednych były fabryki, w innych magazyny, albo archiwa. W odbudowie świątyń na ziemi lwowskiej ogromnie pomogła miejscowa, polska baza Energopolu, z dyrektorem Józefem Bobrowskim na czele, co warte by było odrębnego tekstu.

W uroczystej, pożegnalnej kolacji towarzyszyli nam przedstawiciele miejscowych organizacji polskich i kapela Wesoły Lwów, prowadzona szykownie przez pana Zbigniewa Jarmiłkę. Niestety, żadni dwaj cywili si ni zjawili, ale nic to… Wszystkim, którzy doprowadzili do zorganizowania tej kolejnej i ze wszech miar udanej wyprawy na Kresy, pod patronatem Polskiej Rady – Związku Krajowego w Berlinie, serdecznie dziękuję i proszę o bis.

Mężczyzna z cmentarza w Łobzie

Ewa Maria Slaska

W Łobzie

W Łobzie byłam już prawie miesiąc temu i od tego czasu wiem, że muszę koniecznie napisać o tym grobie, którego już nie ma i o tym kamieniu, który stoi od kilku lat, ale wcale nie tam, gdzie był grób, o człowieku, którego tam pochowano i o człowieku, który pokazał mi ten nie istniejący grób i istniejący kamień, a który, co więcej, postanowił ten kamień ustawić i dopiął swego…

Ale może zacznijmy od samego Łobza, miasteczka, z którego pochodzi jedna z autorek tego bloga, poetka, pisarka i pedagożka, Agnieszka Wesołowska.

Łobez leży na trasie kolejowej między Szczecinem a Koszalinem. Mijam to miasto, gdy jadę do Gdańska, i przypominam sobie, że w okolicy mieszkała Sidonia von Borcke (Sydonia von Borck), pomorska czarownica, którą 28 września 1620 roku, jak to wówczas robiono z czarownicami, spalono w Szczecinie na stosie, uprzednio jednak, w drodze łaski (?), ścięto mieczem. W każdym razie zdołała przeżyć 72 lata,  w chwili śmierci była już starą kobietą, ale w młodości miała być nadzwyczajnie piękna…

Oczywiście ci, którzy uważnie czytali Terry Pratchetta, wiedzą, że jeżeli Sidonię stracono jako czarownicę, to znaczy, że czarownicą nie była. Bo czarownicy nikt nie podda torturom i nie zabije, a śmierć, jeśli przyjdzie, to za jej zgodą. Kobiety pomówione  o czarownictwo ginęły za inne sprawy, za urodę lub jej brak, za mądrość lub głupotę, za kłótliwość lub posłuszeństwo, albo wreszcie za posiadanie majątku, na który ktoś inny miał chrapkę…

Ale ten wpis wcale nie miał być o czarownicy, lecz o żyjącym dwa stulecia później archeologu. Otto Puchstein (1856–1911), był niemieckim archeologiem klasycznym i bodaj czy nie najważniejszym “synem miasta” jak to określa niemiecka Wikipedia. Polska jest niestety bardziej prozaiczna i zamiast opkreślenia “synowie i córki” pisze po prostu o “urodzonych w danym mieście”. Umarł bardzo młodo, zwłaszcza jak na archeologa, bo podobno jesteśmy profesją (w końcu ja też jestem archeolożką), która jest nader długowieczna. Miał 55 lat. Przyczyną śmierci był wylew.

Puchstein był niewątpliwie synem Łobza. Zmarł w Berlinie, ale na jego życzenie pochowano go rodzinnym mieście. Na jego pogrzeb przyjechali uczeni z całych Niemiec, mowę pożegnalną wygłosił rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Był to naprawdę pogrzeb wysokiej rangi, ale też Puchstein był rzeczywiście naukowcem najwyższego kalibru. Prowadził badania w południowych Włoszech a potem w Azji Mniejszej, w  Baalbek, Palmyrze, w Nemrut Dagi i – przede wszystkiej – w tajemniczej, owianej legendami stolicy Hetytów – Hattusa. A jeszcze na dodatek był współzałożycielem Muzeum Pergamońskiego w Berlinie.

Głowy ogromnych posągów Antiocha i bogów na Górze Nemroda (Nemrut Dag, Anatolia, Turcja, kultura hellenistyczna, I w.p.n.e.)

Hattusa, Brama Lwów, 2000 p.n.e.

***
Cmentarz w Łobzie, jak wiele cmentarzy niemieckich, został zniszczony po wojnie. Dopiero po roku 1989 było możliwe podjęcie w miastach poniemieckich inicjatyw zmierzających do odtworzenia dawnej substancji historycznej. Obywało się to zazwyczaj z inicjatywy lokalnych miłośników historii. Tak było też w Łobzie, gdzie od roku 1990 zaczęto zbierać poniewierające się po cmentarzu i mieście nagrobki niemieckie, które ustawiono w lapidarium, urządzonym na miejscu dawnego muru cmentarnego. Niemieckim zwyczajem w mur otaczający nekropolię wbudowano pradne grobowce zamożnych rodzin łobeskich, między innymi  wielki grobowiec rodziny Puchsteinów, z napisem informującym, że ta zacna familia mieszczańska (ojciec Puchsteina był radcą miejskim i mistrzem piekarskim) żyła i pracowała w Labes czyli Łobzie od XII wieku.

Po grobowcu nie został nawet ślad. Kamień pamiątkowy ustawiony został w alei wiodącej do cmentarza.

Inicjatorem utworzenia lapidarium i uczczenia pamięci Puchsteina jest Czesław Szawiel, nauczyciel gimnazjalny, historyk, animator łobeskiego życia kulturalnego. Pan Czesław malowniczo opowiada o tym, jak ściągał z pól, pastwisk i ogrodów porzucone nagrobki, jak wybierał i sprowadzał kamień pamiątkowy Puchsteina i jak organizował uroczystość odsłonięcia tego kamienia w obecności miejscowych notabli, którzy właściwie wcale się nie kwapili do czczenia jakiegoś urodzonego tu Niemca… Ale on się uparł, a jak pan Czesław się uprze…

Warszawa, 16 lipca 2017 roku

Andrzej Rejman

Manifestacja społeczeństwa w obronie wolnych sądów przed Sejmem

Mówi Wanda Traczyk-Stawska, ps “Pączek”, “Atma” *

Pozwólcie nam spokojnie odchodzić. Jesteśmy przerażeni. Mam 90 lat.

Resztką tchu stoimy przy drzwiach. Prosimy Was, bądźcie mądrzy, bądzcie bogaci w dobroć. Nie ma nienawiści. Nie ma zemsty. Jest mądre działanie, które pozwoli całemu narodowi czuć swoją godność. Bo my walczyliśmy o wolność i o godność. Nie należę do żadnej partii, bo jestem żołnierzem. Składałam przysięgę, że będę służyć Ojczyźnie.

I żądam na późną starość, na ostatnie dni, bądźcie mądrzy, walczcie, ale bez broni.

Szczęść Wam Boże, ale pamiętajcie, że dzieci ranne razem z matkami powinny tu być, bo my od wieków byliśmy uchodźcami – to robił Anders przeprowadzając chore dzieci przez Syrię. Pamiętajcie, że na dobroć trzeba odpowiadać dobrocią.

__________________

*Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”, „Atma” (ur. 7 kwietnia 1927 w Warszawie) – polska działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego, działaczka Społecznego Komitetu ds. Cmentarza Powstańców Warszawy.

Zamiast komentarza:

Wanda Stawska, żołnierz Powstania Warszawskiego staje wśród protestujących przed Sejmem. Wbrew podziałom, które nie są obce także środowiskom powtańczym. Ale “Atma” przypomina, że gdy jest się Żołnierzem i walczy się o godność, podziały znikają. Tak było w Powstaniu Warszawskim. W swym pięknym, krótkim wystąpieniu wzywa do koniecznej solidarności i odpowiedzialności wobec przyjęcia uchodźców.

A wieczorem tego samego dnia na Placu Krasińskich obok Sądu Najwyższego i pomnika Powstania Warszawskiego – zbierają się tłumy młodzieży. Tworzą “Łańcuch Światła” zapalając znicze wokół budynku sądu i pomnika . Rozbrzmiewa muzyka Chopina i Mazurek Dąbrowskiego.

Zdjęcia autora

Barataria 26 Varga

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej. Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła “yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu i przekrzywiać głowy.

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Chwalmy Pana

Ewa Maria Slaska

Hashem Meleh

Y Studs a capella

Prosta żydowska piosenka religijna, jest od kilku lat przebojem, również na youtube. W mojej ulubionej wersji wykonuje ją zespół Y czyli studenci z Uniwersytetu Jeshiwa (Yeshiva University), ale śpiewali ją już Gad i Beni Elbaz (pięć i pół miliona odtworzeń na you tubie), którzy z kolei przerobili oryginalny utwór Khaleda, C’est la vie.

Śpiewa się ją wszędzie. Tu flash mob w Chicago – Elliot Dvorak i Key Tov Orchester

Hashem Melech to religijne wezwanie, Chwalmy Pana. Chwalmy Pana. Zawsze mnie zaskakuje, jak wesoło chwalą Pana wyznawcy religii mojżeszowej. Jak można się bawić jak dzieci, podskakując jak król Dawid, jak można było być starymi brodatymi Żydami i wstawać od stołu i ksiąg, by w szubach i lisich czapach tańczyć ad maiorem Dei Gloria (pamiętacie taką wspaniałą scenę z Austerii Kawalerowicza?)

I wtedy przypomina mi się, że w początkach chrześcijaństwa też się tańczyło w kościele chwaląc Pana, aż przyszło surowe Średniowiecze, pańskie psy – Dominikanie, fanatyczna Inkwizycja, i wygnano z kościołów tańczące korowody wiernych.  

ה’ מלך

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

Gad i Beni Elbaz

The lord is king

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one.

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one

Khaled

Gad Elbez i Nissim

W angielskiej wersji językowej brak zachęty do tańca, a z komentarzy w internecie wynika, że w oryginale jest wezwanie, by tańczyć na chwałę Pana. Zresztą wystarczy obejrzeć filmiki na youtubie. Ach jak oni tańczą, chwaląc Pana. Zaprawdę, gdy Boży duch ogarnie mnie, jak Dawid tańczyć chcę, jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid tańczyć chcę… To piosenka, jak stworzona dla raperów i do break dance.

Hashem meleh jest w sieci w różnych językach, nawet po wietnamsku. Szukałam po polsku, nie znalazłam, ale może ktoś coś wie, zna, słyszał…

No i chwalmy Pana. Wszak niedziela, Dzień Pański, a teraz to i tak już tylko On może nam pomóc, bo nawet gdyby Pan PAD NIE podpisał ustawy (a przecież wiemy, że podpisze), to i tak… ech, przegwizdaliśmy…

620 lat i miesiąc

Maria Szewczyk

Paolo Uccello i smok nad Wisłą

Konia z rzędem temu, kto w czwartek, 15 czerwca 2017 świętował 620 urodziny Paolo di Dono, zwanego Uccello (15.06.1397 – 15.12. 1475). Ten jeden z najwybitniejszych artystów florenckiego Quattrocenta, twórca obrazów i fresków religijnych, kompozycji batalistycznych, portretów i mozaik był uważany za prekursora malarstwa perspektywicznego. Uczczę Uccello tym tekstem w miesięcznicę jego 620 urodzin (Uccello – Uczczę, taki jest sens jego przydomku), bo jak dotąd nie doczekał się nawet wpisu w polskiej wersji Wikipedii.

Z pięknym albumem o Uccello – Paolo d’Ancona: Paolo Uccello, Verlag Anton Schroll, Wien/München 1960, zetknęłam się w późnych latach 60. To, że wymieniam tu wydanie niemieckie, a nie rok wcześniejsze wydanie włoskie, Wien/Milano, ma swoje uzasadnienie. Tu ten obraz Uccello, o który właśnie chodzi. Resztę opiszę poniżej.

W latach 60 i 70 uczyłam języka polskiego na kursach dla slawistów, studentów przyjeżdżających na Uniwersytet Warszawski. Czasami zgłaszali się do mnie także pracownicy ambasad lub ich żony chcące się nauczyć mówić po polsku. Jedną z nich była Laura Feira, która skracała sobie czas pobytu w Polsce lekcjami, kupowaniem antyków, wyjazdami do Wiednia po najnowsze modele sukienek, kosmetyki itp. Nie pmiętam, czy to z jednej z takich wypraw czy z Międzynarodowych Targów Książki w PKiN przyniosła ten album o Paolo Uccello. Album był okazały, zachwycał wspaniałymi reprodukcjami tego mistrza wczesnego renesansu włoskiego. Laura miała z nim tylko jeden problem. Wielostronicowy wstęp i komentarze do obrazów były w języku niemieckim, którego nie znała. Jako żona brazylijskiego dyplomaty spędziła już cztery lata w USA i taki sam okres we Francji, i oprócz portugalskiego w jego wydaniu brazylijskim mówiła biegle po angielsku i francusku, i chciała się koniecznie dowiedzieć czegoś bliższego o Paolo Uccello. A tu cały wstęp po niemiecku, którego ja też wtedy jeszcze nie znałam. Prosiła mnie, bym znalazła kogoś, kto przetłumaczyłby ten tekst z niemieckiego na francuski. W siermiężnej atmosferze PRL lat 60 znalezienie kogoś takiego graniczyło prawie z cudem. A jednak udało mi się taką osobę „upolować”.

Paolo Uccello, Polowanie w lesie, ok. 1470, Ashmolean Museum, Oxford

I kimś takim była Maria, hrabina de Lavaux. Ta leciwa dama, bibliotekarka w bibliotece Związku Łowieckiego, która w latach 20 zdobywała nagrody w wyścigach samochodowych, a w latach 30 była redaktorką czasopism motoryzacyjnych, w latach 60 uczyła prywatnie języków różnych, od angielskiego, przez francuski, do niemieckiego. Ona też podjęła się przetłumaczyć ten tekst w stosunkowo krótkim czasie, bo nie sprawiało jej problemu tłumaczenie wprost z niemieckiego na francuski, i to bez korzystania ze słowników. Za ten przekład miała dostać niebagatelną wówczas sumę 3 tysięcy złotych (przeciętna miesięczna pensja wynosiła wtedy 1200 złotych, co w niedopuszczonym przez cenzurę zakończeniu piosenki Osieckiej o „Okularnikach” brzmiało: „Potem żyją w małym mieście za te polskie tysiąc dwieście itp., itd., itp.” I tylko dlatego znamy złagodzoną wersję z podwyżką: „Potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące itp.itd.,itp.”), ale z kolei te trzy tysiące za tłumaczenie nie były żadnym problemem dla żony dyplomaty z Brazylii.

Tak więc przekład byłby skończony w terminie ku zadowoleniu obu stron. Byłby… gdyby nie wypadek! Hrabina, która dobrze się czuła za potężnym biurkiem w Bibliotece Łowieckiej, poruszała się po Warszawie już mniej pewnym krokiem. Przechodząc pospiesznie przez tory tramwajowe przy Placu Narutowicza, dostała się nagle pod ruszający tramwaj, który na szczęście w porę wyhamował.

Paolo Uccello, Bitwa pod San Romano, ok. 1435-55, Galleria degli Uffizi, Florencja

– Leżę ja tu pod tym tramwajem – opowiada Hrabina, gdy odwiedzam ją w szpitalu – a tu jakaś dama „z Waszecia”, pyta mnie: A ile to pani ma lat? Byłam połamana i wściekła – dziewięścset – odpowiadam jej. – A kto to puszcza taką staruszeczkę samą z domu? – Potem gazety pisały, że dostała się pod tramwaj 90-letnia staruszka!

Hrabina ma nogę na wyciągu, a rękę aż po ramię w gipsie. – Na szczęście lewa! – mówi. Obok niej leży wielki i ciężki album oraz plik notatek. – Na szczęście mam godne towarzystwo. Paolo Uccello leży tu razem ze mną – dodaje. – Tłumaczy pani dalej? Bez słownika? – Inaczej umarłabym z nudów! Raz tylko nie mogłam sobie za nic przypomnieć… on maluje smoki, a ja się męczę, bo na śmierć zapomniałam, jak się nazywa smok po francusku??? Nagle, drzwi się otwierają z hukiem i do sali wkroczyła pielęgniara, nie weszła, tylko wkroczyła, jak dragon!…O, mon Dieu, le dragon!!! Le dragon, toć to smok po francusku!

Tak to francuski smok, le dragon, niemiecki der Drache, z obrazu Paolo Uccello, włoskiego mistrza wczesnego Quattrocento, zawitał (na krótko) w latach 60 nad Wisłę. No cóż, nawet Lem podejrzewał, że jeśli się dostatecznie zagęści prawdopodobieństwo, to zaczynają się pojawiać smoki!

Berlin, 15.06.2017

PS.

Refleksja o relacji smoka i kobiety: wg legendy smok więził księżniczkę, a na obrazku wygląda to trochę, jakby go ona wyprowadziła na spacer na smyczy. Niewykluczone, że rycerz projektuje swoją dzikość na kobietę i wiąże z nią jej wyobrażenie w postaci smoka, którego zwalcza. Ona jest łagodna, on waleczny, a między nimi smok “ofiarny”. I ideał spełniony!

Paolo Uccello, Św. Jerzy i smok, ok. 1470, National Gallery, London

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Szopa w salonie 4

Łukasz Szopa

Integracyjne miejsce zbrodni, albo „Der Tatort ist ein Meister aus Deutschland“

Nie za często, tak co kilka lat, robię sobie prywatny test integracji. Czyli jako e-migrant, mieszkający przez ostatnie piętnaście a może i więcej lat głównie w Niemczech, a nie będąc tu urodzony – sprawdzam sobie, na ile to się zniemczyłem.

Taki test jest krótki, prosty, a i szczery. Nie, nie jest alternatywą dla testu „integracji“ będącego w Niemczech podstawą do otrzymania obywatelstwa. Ten urzędowy, nie chwaląc się za bardzo, pewnie bym – w odróżnieniu od większości obywateli niemieckich! – też zdał. No, ale jaka w tym frajda. Nie po to tłumaczę się od lat, dlaczego nie zamierzam ubiegać się o niemieckie obywatelstwo, by teraz robić testy i je jeszcze zdać. Ale ten „mój“ teścik – to co innego.

Polega on w sumie na dwóch punktach (naprawdę nietrudne!). Po pierwsze: odczekaj do niedzieli, godzina 20:15. Po drugie: Zaczniesz oglądać telewizyjny kryminał, głównie serial „Tatort“, czy nie? Jeśli tak – jesteś w duszy Niemcem. Jeśli nie – może też, ale mniej.

Oczywiście, jako że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, są też szersze i łatwiejsze do zdania wersje tego testu. W sumie – wystarczy borykać się z kwestią, czy w niedzielny wieczór jednak usiąść na kanapie (z małżonką, partnerem, winkiem – do wyboru, niepotrzebne skreślić) przed odbiornikiem TV – czy jednak nie. Tak, już samo zastanawianie się („Sonntagskrimi – Ja oder nein??“) jest dowodem zintergrowania się w niemieckość. Nie mówiąc o wersjach kompletnie współczesnych, czyli komentowaniu na żywo odcinka „Tatort“ na Twitterze albo oglądania – z braku partnerki ale i tak przy piwie czy winie – w pobliskiej knajpie, gdzie odbywa się celebrowanie tradycji w formie kolektywnego oglądania kryminału przez rzeszę lokalnych singlów i singielek.

Ze statystyk winika, że Niemcy to rzeczywiście kraj niebezpieczny, pełen przestępczości, konfliktów, mordobicia, gwałtów, gangów, wojenek etnicznych i międzymafijnych, i rojący się od psychopatów (co dotyczy ostatnio nie tyle przestepców, co policjantów śledczych). Mówię o statystykach telewizyjnych. O ile w porównaniu z latami 80 i 90 spadła wyraźnie oglądalność (i powiązana z tym pokazywalność) telenoweli, quizów, tenisa czy filmów erotycznych – tak wzrosła ilość emisji filmów kryminalnych. Szacunkowo: około 50 na tydzień, a liczymy tu tylko jakieś 10-15 większych kanałów telewizyjnych (w tym regionalne i niszowe), a nie jak we włoskiej kablówce 150 do 200.

Ponadto, jak już przestępstwa, to hard core. Musi być morderstwo. A przeważnie i morderca. Kryminał o łapaniu przestępców podatkowych? Pościg samochodowy za złodziejem z MediaMarktu? Łamanie (sobie) głowy nad tym, które grupy kiboli zaatakowały jaką budkę z hamburgerami – i czy za piwo puszkowe zapłacili, czy nie? Nie do pomyślenia! Nawet „mocniejsze“ przestępstwa – jak powiedzmy dziabanie nożem, gwałty, uprowadzenia, dramaty rodzinne czy przekręty mafijne – nie mają szans w scenariuszu telewizyjnego kryminału. No, chyba że w kombinacji z morderstwem. Ale to żadna sztuka – gdyż w sumie wystarczy tylko morderstwo, reszta mało ważna. Co tam motyw. Co tam praca policjantów śledczych, dociekanie, logika, sztuka dedukcji. Holmes, Poirot czy nawet Colombo nie mieliby tu miejsca – za dużo główkowania, za dużo gadania, za dużo faktów i logiki. Co nie znaczy, że musi być akcja, strzelanina, pościgi i walka na pięści. Dużo ważniejsze są osobiste, głównie mentalne, problemy policjantów, czasem i ofiar. No i dodatek ostatni – choć w tytule i wstępie nieraz pierszoplanowy – jakiś element „społeczno-polityczny“. Czyli na przykład – problem jakiejś tajemniczej mniejszości (Alewici, transseksualiści, bawarscy chłopi), problem polityczny (terror nie terror? islam nie islam? faszyści czy antyglobaliści? kasa czy ideologia? ideały czy rewanż?), gospodarczy (niedobre banki, start-upy internetowe czy instytuty spa & wellness) czy socjalny (biedne matki, biedne dzieci, biedni ojcowie, biedni krewni, biedni uchodźcy, biedni emeryci, biedne dzielnice itp). Aha, a problemy policjantów, to proste, wzięte z życia czy podsłyszane z przystanku autobusowego: stres, alkohol, walące się związki, zdrady z sąsiadką czy kolegą, samotność, fobie, problemy z przeszłości, konflikty rodzinne (jako syn/córka czy ojciec/matka, albo i to i to).

A więc, jeszcze raz, how to make a deutsche krimi: jakiś temat z nagłówków + morderstwo + ciągnące się od odcinków problemy policjantów śledczych. Fertig. I pamiętajmy! Inne przestępstwa mile widziane, ale bez trupa nie da rady! I ten trup serwowany na początku, minimum jeden, ale kilka to już przyzwoitość (z kolei 34 to troszkę za dużo, choć zdarza się).

Co śmieszne, gdyby spojrzeć na to lingwistycznie, to tytuły najważniejszych niemieckich serii kryminalnych (ale i tych importowanych z Wielkiej Brytanii czy Szwecji) wcale nie sugerują morderstwa. „Tatort“ to w sumie tylko „miejsce przestępstwa“, co można też interpretować jako „miejsce zbordni“ – jak kto chce. Czy całkiem neutralny „Polizeiruf 110“ (czyli „Telefon Policyjny“) – przecież na to 110 dzwoni każdy, komu ukradziono rower czy niejedna rencistka, której wydawało się, że widziała „kogoś obcego“ na podwórzu.

Wspomniałem Szwecję i Wielką Brytanię. Tak, oni produkują niezłe ponoć kryminały – ale gdyby internetowo porównać ich program telewizyjny, to nie są takimi znów konsumentami takowych. Przynajmniej nie jak Niemcy. Podobnie gdy zerkniemy na program TV Polaków, Francuzów, Rosjan czy Włochów (tu to trochę trwa – mają, nie tylko Włosi, po 200 stacji!) Co do Szwedów to i tak podejrzewam, że większość tych „typowo szwedzkich kryminałów“ to tylko na eksport, a może i tylko z nazwy „szwedzkie“ – podobnie jak w latach 70 „szwedzkie“ filmy erotyczne, „typowo szwedzka“ ABBA czy choćby IKEA.

Pozostając przy Szwedach: Kilka lat temu stwierdziłem (patrz link), że jednak jestem już dosyć zniemczony, zintegrowany i „ukryminalniony“ – gdyż jednak zdarza mi się w niejeden niedzielny wieczór, że jednak – choć wcześniej się z tego naśmiewałem – usiądę sobie na kanapie, z gin-tonikiem lub winkiem, ale z partnerką, i oglądamy. Co dla niej jest tradycją, a dla mnie – wspólnym spędzaniem czasu (no czasem nie tylko trzeba, ale i miło). Tym bardziej, że jednak trudno co drugi dzień oglądać jakiś filmowy dramat psychologiczno-małżeński Bergmanna, gdzie Liv Ullmann i Max von Sydow nie dają rady nawet wspólnie nie tyle usiąść na kanapie, ale i pić.

Z kolei gdy wziąłem się za pisanie tego tekstu dzisiaj, mój test wypadł po latach już inaczej – stwierdziłem, że jednak od jakiegoś czasu (tygodnie, miesiące, lata?) kryminałów telewizyjnych oglądam zdecydowanie mniej, właściwie już wcale. Więc w sumie mój poziom niemieckiej integracji – spadł! Dlaczego? Czy winna jakość filmów? Czy kanapa? Partnerka? O powodach, czyli dlaczego i jakie preferencje zmieniłem (oglądam coś innego, może więcej czytam czy siedzę w sieci? z partnerką inaczej spędzam czas – a może i inną partnerką? a może po prostu zepsuł się rzutnik?) – przemilczę dla zagadki. Gdyż to nieistotne.

Z drugiej strony, kończąc teraz ten tekst – muszę mimo to stwierdzić, że w tym szerszym pojęciu mój test na integrację niemiecką i tak niechcący zdałem!… Gdyż – kto pisze prawie dwie strony o sensie i bezsensie niemieckich serii kryminalnych, jednak nie może powiedzieć, że go ten temat nie integr… eee, inryguje!

Link do tekstu z „Der Freitag“, 08.11.2012:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/solidaritaet-mit-dem-boesen-taeter

PS od adminki – nie zdałam! nie oglądam! nie rozumiem, dlaczego polscy przyjaciele mówią, że obejrzą “Tatort” i pójdą spać, gdy tymczasem ja bym chciała do kina, na kolację, na lody, posiedzieć na balkonie, póki jest lato i akurat nie pada… Ale dzięki autorowi przynajmniej zrozumiałam, że jest to zjawisko społeczne…