Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (8)

Dariusz Kacprzak

Bernardo Cavallino, Św. Jan Ewangelista

Św. Jan, brat św. Jakuba Większego – podobnie jak św. Piotr i św. Andrzej – był rybakiem, jako pierwszy poznał zmartwychwstałego Chrystusa nad jeziorem Genezaret i wskazał na Niego świętemu Piotrowi. To on jest autorem czwartej Ewangelii, Apokalipsy oraz trzech Janowych Listów, włączonych do kanonu Pisma świętego, powstałych prawdopodobnie w Efezie, po powrocie z wygnania, które spędził na wyspie Patmos. Najmłodszy z Apostołów, zmarły wedle trwałej tradycji, ale także danych archeologicznych, zdobytych przez austriacką ekspedycję, w okolicach Efezu na początku panowania cesarza Trajana, jest patronem pisarzy oraz rolników trudniących się uprawą winorośli oraz tych, którzy zajmowali się laniem świec.

W szczecińskim obrazie ukazany został na ciemnym, nieokreślonym tle, ujęty jest w półpostaci. Ubrany w obszerną, ciemnozieloną tunikę, odsłaniającą pod szyją krawędź białej koszuli, oraz czerwoną, przerzuconą przez lewą rękę, opadającą na kolano szatę. Twarz świętego lekko odchylona w prawo i zwrócona w górę, ku źródłu światła, wydobywającemu z mroku całą sylwetkę. Prawą dłoń unosi w geście błogosławieństwa, lewą natomiast przytrzymuje leżącą na kolanach księgę w skórzanej oprawie, na której stoi płytkie naczynie z uchwytem. Zwrócone ku górze oczy i rozchylone usta nadają twarzy Apostoła wyraz uduchowienia. Neutralne, wyciszone tło podkreśla kontemplacyjny nastrój przedstawienia.

Autorem barokowego dzieła jest urodzony w Neapolu Bernardo Cavallino – we wczesnej młodości uczeń Massima Stanzionego, a następnie uczeń i współpracownik słynnego Giuseppego Ribery. Zakupione do zbiorów muzealnych w 1976 roku dzieło o wyrafinowanej kolorystyce stanowi interesujący przykład barokowego neapolitańskiego naturalizmu pierwszej połowy XVII wieku. Cavallino skłania się ku wysublimowaniu, z wnikliwą uwagą obserwuje duchowość przeżycia religijnego, skupia się na malarskim detalu, dbając o formalną elegancję. Zapoczątkowana przez Sobór Trydencki odnowa religijna w Kościele rzymskokatolickim, zgodnie z duchem kontrreformacji, wydobyła nie tylko intelektualne refleksje wokół teologicznej i naukowej zawartości Biblii, ale także znaczenie i popularność zyskały rozmaite metafizyczne świadectwa wiary w postaci licznych ekstaz i wizji oraz rozmaite emocjonalne doświadczenia, często ocierające się o sentymentalną pobożność, silnie zakorzenioną w ówczesnej codzienności. Obraz Cavallina odwołuje się do tradycji caravaggiowskiej – potwierdzają to zarówno sposób zakomponowania obrazu i ujęcia postaci św. Jana Ewangelisty (z odchyloną głową, wzrokiem uniesionym ku górze, lekko rozchylonymi ustami), wydobycie ostrym światłocieniem najważniejszych elementów przedstawienia (twarzy i dłoni świętego oraz atrybutów – księgi oraz naczynia), jak i wysmakowane tonalnie głębokie, ciemne czerwień i zieleń, wkomponowane w gamę neutralnych głębokich brązów występujących w tle. Uduchowienie postaci wzamacnia kontemplacyjny nastrój dzieła. Elegancja tej kontrreformacyjnej ekstazy to ostatnia faza naśladownictwa Caravaggia u stóp Wezuwiusza.

W zbiorach barcelońskiego Muzeum Narodowego Sztuki Katalonii w Barcelonie znajduje się, bardzo bliski pod względem stylistycznym i kompozycyjnym, niewielki, wykonany na desce, olejny szkic, poprzedzający wykonanie prezentowanego obrazu, który powróciwszy ostatnio z podróży do Hesji (wystawa Dziedzictwo Caravaggia. Barok w Neapolu (Caravaggios Erben. Barock in Neapel, Museum Wiesbaden), znów cieszy oczy odwiedzających Pomorze i szczecińskie Muzeum.

Bernardo Cavallino (1616 Neapol – 1656 Neapol), Św. Jan Ewangelista, 1635–1640, olej, płótno, 102 x 87 cm (oktogon), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Pytanie to w tytule postawione tak śmiało…

Roman Brodowski

Dlaczego jestem antypisowcem i antyklerykałem?

Na tak zadane pytanie mógłbym odpowiedzieć jednym zdaniem, powołując się na myśl kanoniczną z Ewangelii wg św. Mateusza (Mat. 6:24), że „nikt nie może służyć dwóm panom…, nie można być niewolnikiem Boga i bogactwa”.

Jednakże wiem, że tak sformułowana odpowiedź dotarła by do świadomości zaledwie kilku procent naszego katolickiego społeczeństwa, a to z tej prostej przyczyny, iż nauki przypisywane twórcom chrześcijaństwa, większości katolików są nieznanne. Dlatego też, aby odpowiedź była niedwuznaczna i czytelna, podzielę się kilkoma refleksjami, jakie mnie często nachodzą, burząc mój wewnętrzny filozoficzny spokój.

Zacznę od końca, czyli od pytania, dlaczego sprzeciwiam się narzuconym przez hierarchów kościoła katolickiego naukom oraz praktykom stosowanym do pozyskiwania i utrzymywania wiernych w ślepym i bezgranicznym posłuszeństwie.

Od najmłodszych lat, jeszcze jako ministrant, zadawałem sobie pytanie, dlaczego ludzie podczas nabożeństw korzystają z książeczek do nabożeństwa, a nie bezpośrednio ze źródła wiary jakim jest, jak nas uczono na lekcjach katechezy, Biblia, a przynajmniej jej część, zwana „Nowym Testamentem”.

Dzisiaj, wolny od zanieczyszczeń dogmatyczno-ideowych K.K., wiem, że na ten stan rzeczy składają się dwie przyczyny: historyczna i mentalna.

Historycznie rzecz ujmując, zgodnie z watykańskim prawem, opartym na doktrynach, Biblia na przestrzeni kilkunastu wieków należała do dzieł zakazanych. Ściślej mówiąc, po raz pierwszy dzieło to zostało umieszczone w indeksie ksiąg zakazanych na mocy postanowienia Soboru w Tuluzie w roku 1229. Papież Grzegorz IX (1227-1241) w osobistym piśmie wydał całkowity zakaz czytania Biblii pod karą śmierci. A więc od średniowiecza poprzez renesans aż po XIX wiek każdy kto posiadał, czytał lub głosił zawartość tej księgi, podlegał karze inkwizycji. Instytucja ta, dodajmy po prostu bandycka, została powołana do życia w roku 1184, gdy Lucjusz III nakazał biskupom walkę z herezją, a zaczęła na dobbre działać, gdy w początku następnego stulecia papież Innocenty III powołał powszechną Inkwizycję kościelną, która, w połączeniu z państwową, działała po części aż do końca… XIX wieku!

Na ogół „przestępca” taki, najpierw ogłoszony heretykiem, ginął na stosie lub umierał podczas wymyślnych tortur. Jak szacują badacze za „zbrodnię kontaktu z Biblią” życie straciło od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy niepokornych.

Jeżeli dodamy do tego krucjaty wymierzone przeciwko społecznościam, które nie poddawały się zniewoleniu przez Watykan jak np. Albigenesi, Indianie, innowiercy ze wschodu (Żmudzini), wojny religijne i tak dalej…, to dojdziemy do wniosku że instytucja K.K. była (jest?) jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji w historii. Organizacją nie mającą nic wspólnego z Bogiem, jakiego objawił biblijny Jezus.

Dlaczego hierarchowie K.K. przez prawie siedem wieków zakazywali kontaktu „niewtajemniczonym” z tym, czego nas uczył Wielki Misjonarz? Dlaczego walczyli o to, by Jego przekaz nie docierał do świadomości podległych ich wpływom społeczeństw?

Dlatego że przekaz zawarty w ewangeliach, jak i pozostałch pismach kanonu, mówi o tym, jak w rzeczywistości powinna funkcjonować prawdziwa wspólnota chrześcijańska, tak jak ją nakreślił jej twórca.

Zarówno głoszone przez Jezusa podczas Jego ziemskiej misji ewangelizacyjnej prawdy religijne, zawarte w obiawieniu Boga, jak i wartości etyczno-moralne, jakimi powinni kierować się prawdziwi chrześcijaninie, zostały, moim zdaniem, odrzucone już wkrótce po Jego śmierci i daleko odbiegły od tego, czego uczy i na jakich zasadach funkcjonuje do dzisiaj shierarchizowana zinstytucjonowana organizacja religijna wspólnot chrześcijańskich, a zwłaszcza podległy Watykanowi kościół katolicki.

Powiedział bym nawet, że głoszone przez kościół, opracowane przez instytucje papieskie doktryny, w większości przeciwstawne są temu, czego pragnął by Chrystus.

Jak wynika z faktów historycznych, każdy kto miał możliwość ( i z niej skorzystał) świadomego, bezpośredniego poznania pism kanonicznych Biblii stawał się dla Watykanu potencjalnym, a w rzeczywistości faktycznym zagrożeniem.

Dlatego właśnie kolejne rządy (synody z Papieżami na czele) instytucji K.K., widząc zagrożenie dla swoich, nie mających nic wspòlnego z ewangelizacją, interesów, zarówno w sferze materialnej jak i duchowej (bezpośrednie oddziaływanie na emocje czy jak kto woli świadomość społeczną), o wpływach na politykę świata nie wspominając, rozpoczęli brutalną wojnę z tymi, którzy ośmielili się negować ich zbrodniczą działalność.

Ta walka trwa (co prawda w innej formie) nadal. Pomimo iż obecnie, a właściwie od 1965 roku, czyli po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, Biblia jest ogólnie dostępna i to w językach narodowych, ilość wiernych zainteresowanych poznaniem u źródła podstaw swojej wiary jest znikoma.

Wpływ na ten stan rzeczy – tu wchodzę w przyczynę mentalną nieznajomości podstaw własnej wiary – nadal mają hierarchowie wspólnoty.

Zarówno wielowiekowe, najpierw zresztą wymuszane, wyznawanie wiary, ciągły proces podporządkowywania wiernych narzuconym przez kościół, normom i prawom (niby) kanonicznym oraz odziałowywanie na rozwój kulturowy i społeczny, począwszy od szczebla rodziny, doprowadziły do tego, że religijność stała się dla wielu nie tylko tradycją, ale i ważnym elementem ich osobowości. Religia stała się czymś w rodzaju, jak to trafnie zauważył Marks, narkotyku.

Jako filozof nadal poszukuję i nadal sprzeciwiam się temu, co wmawiają swoim wiernym księża, twierdząc, że wierni mają ślepo wierzyć w to, co im kapłan powie, a nie temu, co im ich „serce” i logika podpowiada.

Bo przecież nikt inny jak właśnie ten najwyższy autorytet chrześcijan powiedział, że tylko poprzez poznanie i świadome decyzje ludzie powinni dokonywać wyboru swojej wiary, by służyć Bogu zgodnie z jego przesłaniem. Poczytajmy samodzielnie Nowy Testament, przeczytajmy Mateusza 28: 19-20 i 23-27 i Łukasza 6-26, a to przecież tylko kilka z przykładów na to, jak daleko K.K. odszedł od źródła nauk Tego, kogo nazywa Bogiem.

Dopóki ludzie nie zrozumieją, że ich wiara jest niczym innym, jak tylko i aż najbardziej intymną sferą ich emocjonalnego wnętrza, ich świadomym przekonaniem o istnieniu Kogoś, komu zawdzięczają swoje życie i w Kim widzą nadzieję na szczęśliwą wieczną przyszłość, jest niewymuszoną potrzebą podporządkowania się temu Komuś poprzez czynienie dobra, bo jest ono w nich samych, dopóty ich kapłani pod pretekstem posługi teologicznej będą czerpać z nich korzyści, manipulując ich świadomością.

Przypomnijmy, co zdarzyło się zaledwie kilka dni temu, 23 listopada, w jednej z podkomisji polskiego Sejmu – biorący udział w komisji goście zaintonowali śpiewanie pieśni religijnych, po czym objawiła się „matka boska”. Sytuacja ta przepełniła miarę mojej goryczy i sprowokowała mnie do napisania również tej, już zresztą mocno utemperowanej impresji filozoficzno-teologicznej.

– Panie posłanki i panowie posłowie, proszę bardzo, żebyście się określili, komu służycie – Bogu czy mamonie, Polakom czy szatanowi, zażądała kobieta, której nazwiska media nie podają, a która być może jest jest posłanką PiS. Jej wystąpienie jest dostępne w licznych filmikach krążących w sieci.

To oczywiście bluźnierstwo, ale jest to też pisowskie propagowanie wyższości polskiej nacji nad resztą świata. Dokąd zmierza PiS i jego zwolennicy? Do tego, do czego zmierzał Adolf Hitler, mówiąc o wyższości rasy germańskiej? Wypowiedź posłanki PiS i brak zaprzeczenia ze strony jej partyjnych kolegów dowodzi, a właściwie tłumaczy fakt, że w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w naszym społeczeństwie, dla wielu (zwłaszcza młodych) Polaków nienawiść w stosunku do wszyskich “niepolaków” i „obcych” stała się normą i ważnym elementem tak zwanego narodowego patriotyzmu. Coraz częstsze wypowiedzi działaczy z kręgu Kaczyńskiego, nakreślony przez niego kierunek polityki polskiego rządu oraz jego zgoda na tworzenie się w naszym kraju organizacji paramilitarnych o charakterze nacjonalistycznym i faszystowskim powinna napawać nie tylko niepokojem, ale być istotnym powodem do tego, by naród nasz odpowiedział sobie na jakże ważne dla naszej przyszłości pytanie – kim chcemy być? Czy państwem zamkniętym, odizolowanym od reszty cywilizowanego świata, żyjącym na zasadach prawa stworzonego przez narodowych Guru (Kaczyński + Rydzyk), dzałającym na zasadach sekty, czy otwartym na świat i ludzi, liczącym się i szanowanym przez nie-Polaków, opartym na wartościach współczesnej cywilizacji, dumnym, demokratycznym i suwerennym narodem.

Jak na razie w oczach nie-Polaków, mentalnie, kulturowo i religijnie, staczamy się po równi pochyłej do okresu intelektualno-religijnej ciemnoty, czyli czasów dominacji kościoła nad rozumem, zwanych średniowieczem.
Przesadzam? Nie! W Polsce AD2017 (tak jak przed wiekami) pielgrzymki stały się sposobem rozwiązywania problemów i stałym elementem naszego krajobrazu (ponoć w tym roku ogółem uczestniczyło już w nich 1,7 milionów wiernych). Niespełna dwa miesiące temu zorganizowana została ogólnopolska akcja „Różaniec na granicy”. A miesięcznice? A modlitwy w sejmie? A Matka Boska Fatimska w sejmie? A obowiązkowe lekcje religii w szkołach? Wszędzie tożsamość Państwa i Kościoła.

To tylko niektóre z przykładów na to, w jaką przyszłość i do jakiego boga wiedzie nasze naiwne społeczeczeństwo jego zaślepiony pasterz.
Co zaś się tyczy samego objawienia… tym niech zajmnie się powołana do tych przypadków komisja watykańska oraz konsylium psychoanalityków, a może raczej psychiatrów.

***
Niech tekst ten będzie zwiastunem odpowiedzi na pierwszy człon pytania, a mianowicie – dlaczego jestem antypisowcem?

O współpracy polskiego kościoła z polskim rządem, zagrożeniach jakie, moim zdaniem, ich wspólna polityka może przynieść Polsce oraz o tym, co jest powodem mojej negatywnej postawy w stosunku do ideologii PiS, napiszę w kolejny pierwszy piątek miesiąca.


PS od Adminki: Autor poprosił, bym wybrała jakieś ilustracje. Wybrałam je, wpisując w wyszukiwarkę google’a słowa: Matka Boska w Sejmie. Spodziewałam się fotografii relacjonujących wydarzenie w komisji rolnictwa w dniu 23 października, o czym pisze Roman Brodowski. To, co mi się, hmmm – objawiło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Julia z kotem, Julia z psem, Julia…

…Manet

Julia Manet z kotem. Przywiozłam ją na pocztówce z Paryża, z Musée d’Orsay.

Pierre Auguste Renoir (1841-1919) – portret Julie Manet (dit aussi L’Enfant au chat) z roku 1887

Dopiero pisząc to (zamierzam pisać “kotach nadesłanych przez przyjaciół) sprawdzam, kim była Julia Manet i już wiem, że dziś nikim więcej się nie zajmę, tylko nią, bo jej życiorys jest tak bogaty, że przedstawiony w koniecznym blogowym skrócie brzmi jak wyliczanka najważniejszych nazwisk kultury francuskiej (i nie tylko) na przełomie XIX i XX wieku.

Urodziła się w roku 1878, umarła już “za moich czasów” 14 lipca 1966 roku. Chodziłam wtedy do 10 klasy.

Gdy zaczynam o niej pisać, wiem tylko, że była córką Eugène Maneta, brata malarza – Edouarda, ale okazało się, że ta informacja to jakiś w gruncie rzeczy nieznaczący strzępek informacji o tej kobiecie, bo ważny był nie ojciec Julie, brat malarza, lecz jej matka, też malarka, która zyskała sławę w tak młodym wieku, że wychodząc za mąż zachowała nazwisko panieńskie – Berthe Morisot – jako pseudonim artystyczny. Rodzina była bogata, tata Eugène nie pracował, rodzina żyła z majątku rodzinnego. Mieli wielki dom w Paryżu i pałac Mesnil-Saint-Laurent in Juziers. Julia już jako dziewczynka poznała całą plejadę słynnych malarzy i pisarzy, Renoira, Degasa, Whistlera, Moneta, Stéphane Mallarmégo.

Édouard Manet, Tête d’enfant (Julie)

Jak widać, od dzieciństwa ją malowano. Zwłaszcza mama malowała ją nader często. Wuj Manet namalował ją z konewką, August Renoir z kotem. Ma niezliczoną wręcz ilość portretów, chyba jeszcze nie zetknęłam się z kimś, kogo by tak często malowano.

Édouard Manet: Julie Manet na konewce, 1882

Berthe Morisot, Ojciec z córką w ogrodzie 1883

Otrzymała staranne wykształcenie. Czytała (oczywiście) po francusku i angielsku wielkie dzieła literackie, grała na flecie, fortepianie i skrzypcach. Pobierała nie tylko lekcje gry na instrumentach, ale też z zakresu teorii muzyki i kompozycji. Dużo podróżowała, zwiedzała muzea i wystawy, oglądała dzieła sztuki w pracowniach artystów i zbiorach prywatnych. No i oczywiście mama nauczyła ją rysunku i malarstwa.

Zachowały się jej niezliczone portrety, Julia czyta, Julia gra na skrzypcach, Julia gra na flecie, Julia z psem, Julia z kotem…

Berthe Morisot: Julie z psem myśliwskim 1893

Pierre Auguste Renoir: Berthe Morisot z córką Julie 1894

Rodzice wcześnie ją osierocili, a jej opiekunem został Stéphane Mallarmé. Przez Edgara Degasa poznała swojego przyszłego męża, również malarza, Ernesta Rouarta (1874–1942). Julia i Ernest wzięli ślub w roku 1900 i było to podwójne małżeństwo, bo jednocześnie odbył się ślub kuzynki Julii, Jeannie Gobillard, z poetą Paulem Valéry (poniżej Jeannie na portrecie namalowanym przez Julię).

Julia i Ernest mieli trzech synów – Juliena, Clémenta i Denisa. Piszę o tym, bo zawsze zdumiewa mnie, ile te kobiety, rówieśnice naszych babek i prababek, mieściły w jednym życiu, w którym nie było przecież tylu wygód co dziś, a za to mnóstwo było surowych konwenansów, ograniczających ich życie i możliwości. Moim wzorem jest tu oczywiście Maria Skłodowska-Curie, matka dwóch córek, chemiczka, fizyczka, laureatka (co za wzór niedościgniony) dwóch nagród Nobla, piękna kobieta, kochanka, ba, skandalistka, autorka dzienników, w których opisuje między innymi usmażone właśnie wczoraj konfitury z czarnej porzeczki.

Pierre Auguste Renoir: Portret Julie Manet

Malowała w stylu, w jakim malowała jej mama, trochę jednakl przechodząc z impresjonizmu do nowoczesnych pociągnięć pędzla, typowych dla moderny. Chętnie portretowała kobiety z kręgu znajomych lub z rodziny, ale malowała też freski i projektowała wzory porcelany z charakterystycznym dla jej stylu motywem motyli i innych owadów. Oboje z mężem byli też kuratorami wielkich wystaw, na przykład retrospektywy Edouarda Maneta w roku 1932, Degasa w roku 1937 i Berthy Morisot w roku 1941.

Julia od roku 1893 aż do ślubu regularnie prowadziła dziennik. Zajmowała ją sztuka, pisała o życiu towarzyskim, portretowała artystów, opowiadała o podróżach, ale pisała też o wydarzeniach politycznych, o wizycie cara Mikołaja II i o niesławnej aferze Dreyfussa. Była młodą dziewczyną, gdy afera wybuchła, a jej otoczenie, łącznie z jej przyszłym mężem, było zdecydowanie negatywnie nastawione do Dreyfusa. Ale byli też w jej otoczeniu artyści  pro-dreyfussowcy jak Claude Monet czy Pissarro, Proust i – oczywiście – Zola, autor słynnego artykułu J’accusse! Sama stała raczej po stronie antydrefusowców, ale zapisała też w dzienniku: Jak okropne by to było dla tego potępionego człowieka, gdyby się okazało, że jest niewinny – ale to zapewne jest zupełnie niemożliwe.


Julie Manet, Lektura na leżaku

Szopa w salonie 14

Łukasz Szopa

Weganie i przeciwnicy aborcji

Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech nie brakuje w ostatnich latach radykałów. I to nie tylko ideologicznych – gdyż swoje wizje pragną narzucić (moralnie, ale i w formie ustaw) całemu społeczeństwu.

W Polsce można do takich fundamentalnie przekonanych i misjonujących osób i grup zaliczyć przeciwników aborcji. Mówiąc dokładniej – przeciwników jakielkolwiek aborcji, generalnie, gdyż nawet wśród ich przeciwników (czyli tych, którzy sprzeciwiają się zaostrzeniu ustaw aborcyjnych czy domagają się ich liberalizacji) – rzeczywistych zwolenników aborcji to raczej brak.

W Niemczech radykalni są z kolei na przykład weganie – czyli osoby kompletnie przeciwne konsumpcji żywności pochodzenia zwierzęcego. Czyli nie tylko – jak wegetarianie – sprzeciwiający się zabijaniu zwierząt dla pożywienia homo sapiensa, ale też przeciwni hodowli i korzystaniu z czegokolwiek, co od zwierząt pochodzi, i co możnaby skonsumować: czyli jajka, mleko, i pochodzące z nich przetwory.

Oczywiście, wybrałem sobie te dwie grupy subiektywnie, zaraz wytłumaczę dlaczego.

Ale najpierw kilka uzupełnień i szczegółów.

Weganie dzielą się ogólnie mówiąc – jeśli chodzi o powody ich wegaństwa – na dwie grupy (niekoniecznie się wykluczające). Jedni decydują się na taki rodzaj odżywiania z powodów zdrowotnych – po prostu wierzą, że jeść tylko roślinki zdrowiej. Drudzy z kolei, podobnie jak wielu wegetarian (a i mięsożernych ludzisk), tak kocha zwierzęta, że nie chce ich ani zabijać, ani niewolniczo hodować, ani okradać z mleka i jajek. Ojej, zapomniałem o trzeciej grupie, gdyż identyczna co do powodów z wegaterianami i takimi jak ja – co mięso co prawda jedzą, ale rzadko: chcą chronić środowisko, kalkulując, jak szkodliwa jest hodowla na przykład argentyńskich krówek w porównaniu z rosnącą w miejsce wyciętego brazylijskiego lasu soją czy kukurydzą.

Teraz o polskich (a i nie tylko) przeciwnikach aborcji. Tych z kolei nie tak łatwo szufladkować w podkategorie, gdyż zdecydowana większość z nich uważa się za chrześcijan – czy to katolików w Polsce, czy protestantów w USA, czy jednych i drugich w Brazylii. Nie inaczej ma się sprawa z religijną częścią społeczeństwa w społecznościach i krajach muzułmańskich, i hinduskich. Ale z chrześcijanami jest właśnie ciekawiej – gdyż tu w ramach samej religii jedną z najważniejszych kwestii jest kanibalizm – czyli konsumpcja mięsa i krwi podczas komunii świętej. A i w praktyce duża większość chrześcijan to obywatele mięsożerni.

No i tu robi się dla mnie ciekawie.

Po pierwsze – ciekawym, jak wegetariański czy wegański chrześcijanin wytłumaczy mi fakt, że jednak przyjmuje czyli bierze w siebie komunię świętą? Że mięsa zwierzęcego to nie tknie, ale ciało Chrystusa i jego krew – to już tak, no problem?

Jeszcze ciekawsza kwestia, to weganie, którzy aprobują aborcję. Sprzeciwiają się radykalnie czemukolwiek co pochodzi od – żywego czy już nie – zwierzęcia włącznie z pszczelim miodem, ale usuwanie poczętego organizmu (czy to już „człowiek“ czy jeszcze nie pozostawiam filozofom, i tak nigdy nie będzie w tej kwestii jasności) to dla nich dozwolone i nie sprzeczne z etyką? Ja rozumiem, że może akceptują takie formy „kanibalizmu“ jak „konsumpcja samego siebie“, czy to obgryzanie paznokci, ssanie włosów czy łykanie kóz z nosa, ale już nie tylko seks oralny ale i prosty pocałunek z wymianą śliny powinien być dla nich niedopuszczalny. Choć może tutaj argumentem jest „wolna wola drugiej osoby“. No dobrze, ale w takim razie w przypadku płodu, podobnie jak krewetki, trudno ustalenie tak jednoznacznej zgody, więc – powinni być konsekwentni, i jako weganie przyłączyć się do ruchów antyaborcyjnych.

Ci z kolei – chrześcijanie czy nie – którzy w takich ruchach już aktywni, powinni nie tylko w ramach „obrony życia poczętego“ nie tylko przejść na weganizm, nie tylko zrezygnować z komunii świętej, ale postawić na radykalny pacyfizm: zero militaryzmu, zero broni dla policji, nigdzie kary śmierci!

Pozytywną konsekwencją takiego konsekwentnego myślenia i działania byłoby nota bene przerwanie czy wręcz wymiksowanie dotąd typowych podziałów na „lewicę“ i „prawicę“, na „nowoczesnych“ i „tradycjonalistów“. Dotąd „lewicowo-liberalni“ weganie i prawicowo-tradycjonalistyczni przeciwnicy aborcji w jednym obozie! A reszta – reszta w obozie liberałów, którzy krytycznie widzą wszystko, włącznie z każdym radykalnym zakazem i moralną jednoznacznością.

Tekst, niekoniecznie identyczny, ale na ten temat po niemiecku:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/vegane-abtreibungsgegner

P.S. A dla wegetarian i mięsożerców, lubiących jajka w jakiejkolwiek formie na koniec pytanie do przemyślenia: Czym jest, porównując do organizmu człowieka (a dokładniej – kobiety) – niezapłodnione jajko?…

Barataria 42 Niewyparzone gęby (ale nie zdradzieckie mordy, o nie!)

Ewa Maria Slaska

 Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba, Bronn…

Przyznacie, że jest między nimi podobieństwo, bo jeden pisarz podpatrywał u drugiego pomysły, ale też, bo, no cóż cosi fan tutte, wszyscy tak robią… Badacze ustalili kiedyś, że jest dwanaście motywów fabularnych, pisarz Vonnegut jeszcze bardziej tę myśl zacieśnił, twierdząc, że mamy wszystkiego dwie opowieści – o tym, że ktoś coś wygrywa albo o tym, że ktoś coś traci. Wymyślić, kto, co i jak, to już zadanie autora opowieści. Przez niemal całą historię literatury, a po prawdzie całą historię kultury, artysta pełnymi garściami czerpał z tego, co już stworzyli poprzednicy. Nikt się tym nie gorszył, aż przyszedł nowoczesny kapitalistyczny prawodawca i uznał, że prawa autorskie, to kolejny worek z masą twarogową, który można ująć w garść, odcisnąć serwatkę i wyprodukować twardą kulę sera, za którą słono zapłacimy. Pierwszą konwencję o prawach autorskich sformułowano w Bernie 9 września 1886 roku. Niedawno w porównaniu z 10 tysiącami lat kultury pisanej, a opowiadana i malowana trwała jeszcze dłużej…

Cała biblioteka do naszej dyspozycji (Sancho Pansa i Don Kichot też tu są), Uli Oesterle, Bibliothek

Nie podobała mi się książka młodej berlińskiej pisarki Helene Hagemann Axolotl roadkill (w roku 2017 po 7 latach autorka wyprodukowała wg własnej książki film Axolotl overkill), ale pamiętam, że najmniej mi przeszkadzało to, co zarzucili jej wszyscy, że kradła cytaty, pomysły i całe długie pasaże. Dziewczyna była chyba za młoda, by użyć argumentów z historii kultury, ale wzruszając ramionami odpowiedziała, że wszyscy tak robią i copy&paste jest zwykłą metodą pracy pisarza. A my byśmy dodali, że pracy wszystkich: naukowca, badacza, referenta, muzyka, polityka. Naukowiec może trochę bardziej niż pisarz musi się pilnować, by nie udowodniono mu plagiatu (i autoplagiatu!). Różnica jest jednak dla odbiorcy bez znaczenia – naukowiec ma obowiązek użyć cudzysłowu i dołączyć przypisy, pisarz odszczeknie, że mamy mu dać spokój, a jak nie umiemy rozpoznać cytatów z Joyce’a, Szekspira, Grassa, Witkowskiego czy Durrella, to sami jesteśmy sobie winni. Jesteśmy pasożytami – zjadamy i siebie, i innych. Praca naukowa to 95% myśli odpisanych i 5% oryginalnych, własnych – ta myśl to cytat z kogoś, ale nie jestem pewna – z kogo, może z Zajdela, autora najpopularniejszej swego czasu książki o Atlantydzie.
Ale jak się przyjrzę praktyce, to powiem, że oryginalność tych naszych własnych 5% polega z reguły nie na formułowaniu własnych myśli genialnych, tylko… na zmieniani szyku zdań i zamianie wyrazów.

– Jak jest po waszemu rzyć? – pyta góralka miastowego (w jakimś filmie, ale za Boga nie wiem, jakim?)
– Dupa.
– Tys piknie.

Może zresztą był to po prostu jeden z dowcipów o bacy.

A są jeszcze oczywiście opowieści zasłyszane, parodie, pastisze, ironiczne przymrużenie oka, no i drogi Czytelniku – co nam zrobisz? Nic, po prostu nic. Ale żebyś się nie złościł, powiem ci, że wprawdzie rzeczywiście istnieje od starożytności po dziś dzień tylko tuzin historii, ale Czytelnik (i Czytelniczka) oczekują od nas, że dla każdego pokolenia zostaną one napisane od nowa!

Dla ułatwienia w kulturze niemieckiej powstały dwie nadzwyczaj poręczne książki – jedna jest spisem motywów literackich, druga postaci. Ciekawe, że po polsku wkłada się je do jednego worka i miesza się je z wątkiem. Zakochany potwór to model postaci literackiej, a czy będzie to historia Dzwonnika z Notre Dame czy Amora zakochanego w Psyche, to już sprawa motywu.

No i dobra, tak czy owak copy&paste.

Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba. Postaci (czyli po niemiecku Stoffe), a to że mają dostać zamek lub wyspę Baratarię, to już – motyw.

Zresztą już starożytni Rzymianie (jak wiadomo i jak wszystko) wymyślili takiego wojaka-zabijakę. Dokładniej rzecz biorąc zrobił to rzymski komediopisarz Plaut(us) (254 p.n.e. – 184 p.n.e.). W komedii Mi­les gloriosus pojawi się Pyrgopolinices, ponoć wypisz wymaluj. Falstaff.

Pojawił się u Szekspira w Henryku IV (1597) i w Wesołych kumoszkach z Windsoru (1598, a może dopiero 1602). W Henryku V popada w niełaskę.

Sancho Pansa postępuje krok w krok za Falstaffem (1605).

Zagłoba, wiadomo, XIX wiek. Osoba nader uczona w piśmie widzi w nim oczywiście polskiego Falstaffa, lecz upatruje mu też pierwowzoru w postaci Marka Sobiejuchy – był to zausznik księcia Zbigniewa, syna Władysława Hermana, jeden z boha­terów powieści Kraszewskiego Królewscy synowie (1877). Podobno takiż właśnie cięty gaduła do bitki i wypitki. Zagłoba, jak pamiętamy, do bitki tej w realu mniej, ale tej w gębie, o hoho! Jakeśmy z paniem Michałem wiktorię odnieśli…

Bronn of the Blackwater z Gry o Tron – wiek XXI

Przede wszystkim łączy ich to, że są szelmami i filutami wojskowymi. To wojacy, którzy umieją walczyć, ale w zdarzeniu bitewnym z lubością wybierają miejsce tchórza – ongiś powód do śmiechu, dziś najsympatyczniejsza ich cecha. Są podobni do siebie, wyszczekani, cwani, nie zasypiają gruszek w popiele i zawsze się mają na baczności. Są w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi, co każe się nam poważnie martwić o kondycję ich życia na starość. Nie dostaną wyspy ani zamku, karmili się mrzonkami i obiecankami, żyli z byle czego i byle jak, i nie mieli z czego ani jak odłożyć. Zagłobę może weźmie do siebie Skrzetuski, o Sancho Pansę zadba może pyskata żona, Colasa Breugnona wzięła do siebie córka, Bilbo znalazł przytulisko u Erlonda, ale Odyseusz? Czy po zalotach wielbicieli żony było w jego pożal się Boże królestwie, jakich było na Itace z tuzin, w ogóle jeszcze co do garnka włożyć? Rzecki ma pokoiczek za sklepem u Stacha. Ale Falstaff, ale Bronn, ale Aragon, ale inni awanturnicy i obieżyświaty?

Oczywiście w przestrzeniach ludzkiej wyobraźni musieli się spotkać. Oto Don Kichot i Sancho Pansa u Falstaffa, który wygląda jak Król Karnawału…

Adolf Schroedter, akwarela z roku 1854


Pytania na kiedy indziej, ale trzeba będzie do nich wrócić?

Jak wyginęli Falstaffowie?

Gdy już w Europie zniknął na dobre zawód awanturnika, pojawiło się pojęcie pieczeniarz, człowiek, którego dobrze karmią a czasem i pozwolą pomieszkać, za to że umie opowiadać… Czy to Franz Fiszer zastąpił Zagłobę?

A kobiety? Stare niezamężne ciotki przygarnięte na starość, te, które w modości próbowały się wyzwolić z funkcji Podręcznej? Też mieliśmy w rodzinie taką ciotkę… A inne? Czy to te, co skakały do Sekwany?

(Kobieta) Niepodległa 1918-2018

MANIFEST INICJATYWY NIEPODLEGŁE 2018

Dekretem z dnia 28 listopada 1918 roku, po wieloletniej walce działaczek organizacji kobiecych, nadano Polkom czynne i bierne prawa wyborcze. Nie tylko Polska odzyskała niepodległość.

W okresie odradzania się państwa polskiego emancypantki i aktywistki ruchu narodowowyzwoleńczego/patriotycznego zwołały wiele wieców, których kulminacją był Zjazd Kobiet ze wszystkich trzech zaborów we wrześniu 1917 roku w Warszawie. Delegacja Zjazdu, której przewodniczyła dr Justyna Budzińska-Tylicka, spotkała się z Józefem Piłsudskim i uzyskała zapewnienie, że w konstytucji odrodzonego państwa polskiego prawa obywatelskie uzyskają wszyscy, “bez różnicy płci”.

Był to ogromny sukces polskiego i europejskiego ruchu emancypacyjnego, efekt wieloletniej współpracy kobiet z różnych środowisk politycznych, które zgodziły się co do jednego: że odmowa połowie obywateli niepodległego kraju prawa do reprezentowania swoich interesów to nie demokracja, ale wykluczenie. Uzyskanie praw wyborczych było początkiem dalszej emancypacji, nie brakowało bowiem tych, którzy kwestionowali (i kwestionują) niepodległość kobiet.

Ale czy uzyskanie praw wyborczych przez kobiety oznaczało i oznacza, że:
• Uzyskały możliwość współtworzenia nowego państwa?
• Ich obywatelstwo przestało być deklarowane, a stało się faktyczne?
• Uzyskały podmiotowość prawną i możliwość wpływu na najważniejsze decyzje w państwie?
• Nie tylko dla nich, ale i dla wielu Europejek, skończył się czas fikcyjnej demokracji?

To, co się wówczas stało, miało swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Miało też swoje bohaterki i bohaterów. Podręczniki zwykle pobieżnie traktują temat walki kobiet o prawa wyborcze. Żaden pomnik ani tablica o tym nie przypomina. Nie ma apeli, kwiatów, kotylionów ani życzeń. Nikt nie wylega 11 ani 28 listopada na ulice, by wspólnie cieszyć się z tego, co Polki, jako jedne z pierwszych w Europie, wywalczyły dla siebie i przyszłych pokoleń.

Dlatego uważamy, że stulecie uzyskania praw obywatelskich to dobry czas na refleksję nad sytuacją kobiet nie tylko w przeszłości, ale i dziś. Czarny Poniedziałek, 3 października 2016 pokazał, że kobiety w Polsce stanowią siłę polityczną i mają ciągle o co walczyć.

W stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce, w stulecie wielkiego sukcesu ruchu na rzecz wolności i demokracji, wzywamy do masowego, zróżnicowanego, wspólnego świętowania! Jako osoby zaangażowane w ruch feministyczny, zachęcamy Was do samoorganizowania się! Spotykajmy się, rozmawiajmy, wychodźmy na ulice, stawiajmy pomniki, szukajmy informacji o kobietach, którym zawdzięczamy naszą Niepodległość.

Bądźmy widoczne i bądźmy niepodległe! Dołącz swoją siłę i odwagę, bądź solidarna w ruchu na rzecz upamiętnienia 100-lecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety! Utrwalajmy i praktykujmy nasze obywatelstwo, bo Wolność i Niepodległość nie są dane raz na zawsze.

Inicjatywa Niepodległe 2018

Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Dacany

Andrzej Rejman

Aga Kaniewska, która prowadzi piękny blog i działalność społeczną między innymi w rejonie Zabajkala (Syberia Wschodnia)

https://agakaniewska.wordpress.com/fotografie/

zwróciła moją uwagę na zdjęcie autorstwa Stanisława Hrebnickiego, przedstawiające jeden z dacanów* w Buriacji.

Zdjęcie nie jest podpisane, ale szybko znaleźliśmy obecne zdjęcie tego dacana – jest to dacan Tamczyński, (Гусиноозёрский-Тамчинский дацан), znajdujący się w rejonie Jeziora Gęsiego.

Dacan Tamczyński – fot 1913 St. Hrebnicki

Dacan Tamczyński – lipiec 2017, fot Aldar Badmaev

Aga Kaniewska zamieszcza też na swym blogu piękne zdjęcia wsi Tarbagataj (wsi staroobrzędowców), oraz okolicznych krajobrazów.

Poniżej ten rejon w fotografii z przed ponad wieku:

__________________

*Dacan – termin oznaczający buddyjskie uczelnie-klasztory w tybetańskiej tradycji Gelugpy (jedna z głównych szkół buddyzmu tybetańskiego, do której należy m.in. Dalajlama) położone w Rosji, szczególnie w Syberii Wschodniej. Z zasady, dacan posiada wydział filozoficzny oraz medyczny. Przed XX w. dacany istniały tylko w Buriacji i na Zabajkalu.

Barataria 41 Król się bawi

Ewa Maria Slaska

Królowie i książęta

Tematy baratarystyczne mnożą się jak nie przymierzając króliki w pewnej kampanii publicznej, a tu trzeba się cofnąć do wpisów sprzed miesięcy, kiedy to sugerowałam, że nowo obrany gubernator Baratarii jest karnawałowym królem. Pora na powrót do tematu jest jak najwłaściwsza, w Niemczech bowiem karnawał zaczyna się już 11 listopada (11.11.) o godzinie 11:11. Gdy więc cały świat obchodzi koniec I wojny światowej, a 60 tysięcy polskich nazistśw, nie zauważonych przez telewizję publiczną, wrzeszcząc, że “chcą Boga”, maszeruje bezkarnie ulicami Warszawy, pobłogosławionych uprzednio przez księży Kościoła Katolickiego, w Niemczech wkłada się na głowę głupawą czapeczkę a na nos głupawy czerwony nos i zaczyna się huczne świętowanie (bo to my w adwencie zabaw hucznych urządzać nie mamy, oni – a jakże, jak najbardziej urządzać je mają). I wybiera się, a jakże, karnawałowego króla. Stolicą niemieckiego karnawału jest Kolonia. A wygląda tam tak:

Króla wybiera się w Kolonii od zawsze, ale od roku 1823 nazywa się go nie królem (obraza majestatu) lecz Bohaterem karnawału. Pierwszy Bohater był Włochem, producentem słynnej wody kolońskiej 4711, i nazywał się Emanuel Ciolina Zanoli. Był też przedstawicielem Stowarzyszenia, które postanowiło poprawić obyczaje karnawałowe. Dotychczas “lepsze państwo” świętowało w pałacach i mieszczańskich kamienicach, a plebs szalał na ulicach, co zazwyczaj kończyło się burdami. Król-bohater miał połączyć zwyczaje i złagodzić obyczaje, wyprowadzić bogatych na ulice, a biednych okiełznać i utemperować. Nie zawsze się to udaje. Efekty widać do dziś – 11 listopada 2017 roku aresztowano 50 osób za wykroczenia i naruszanie porządku publicznego, a kilkadziesiąt upomniano za… nieuprawnione sikanie po kątach!

Termin karnawału jest nie tylko zabawą z lubianymi przez wszystkich, tzw. urodzinami miesiąca (11.11. o godz. 11:11), ale z uwagi na czas i rzymską historię założycielską miasta – przypomnieniem rzymskich Saturnaliów. Non semper Saturnalia erunt, mawiali starożytni Rzymianie i rzeczywiście w Rzymie Saturnalia trwały kilka dni, od 17 do 23 grudnia i to one wyznaczyły umowny wszak termin Bożego Narodzenia. Ale w Niemczech… w Niemczech jak się zaczęły 11 listopada, tak trwać będą do końca karnawału czyli śledzika. Dobre cztery bite miesiące zabawy!

Jak go zwał, tak go zwał, ale Bohater ubrany był zawsze jak król, nosił atłasowy płaszcz obszyty gronostajem, a na głowie miał i ma koronę z pawich piór, co sybolizować ma nieśmiertelność. W roku 1823 nie było jeszcze królowej karnawału, ale Bohaterowi towarzyszyła Dziewica-Założycielka (do roku 1924 jej rolę odgrywał zawsze mężczyzna, od prawie stu lat – różnie bywa, w tym roku to facet) czyli rzymska cesarzówna Julia Agryppina (to na jej cześć miasto zostało nazwane Kolonia Agrippa). W roku 1871 Bohatera nazwano Księciem, a dziewicę Założycielkę przemianowano na Pannę Wenecję. Od roku 1825 do Króla-Bohatera i Panny dołączył jeszcze chłop (Bauer) i tak jest do dziś – ta trójka poniżej to Kölner Dreigestirn, Koloński Triumwirat. Król jest szalony, chłop rubaszny, dziewica – milusia. Ale panna i chłop już to pojawiają się, już to znikają, a Król, nawet jeśli go przemianowano to na bohatera, to zaś na księcia, jest zawsze. Obiera się go jeszcze podczas przygotowań do karnawału, ale urzęduje dopiero od stycznia następnego roku. Tak wyglądali w roku 2005.

W tym roku królem został Michael Gerhold, literat, który rządzić będzie jako Michael II.

***
Drugim powodem, żeby powrócić dziś do tematyki karnawałowej, jest historia pewnej premiery. Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse) – dramat Wiktora Hugo z roku 1832, pierwsze dzieło literackie zakazane przez cenzurę po francuskiej rewolucji lipcowej. Trwała ona trzy dni (od 27 do 29 lipca), udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu dokonaną przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Wieść o rewolucji lipcowej we Francji rozeszła się po całej Europie, zachęcając do walki przeciw porządkowi stworzonemu i strzeżonemu przez Święte Przymierze. W sierpniu wybuchła rewolucja belgijska, w listopadzie – powstanie przeciwko Rosji w Warszawie.

Król się bawi to historia intryg i miłostek na francuskim dworze w czasach króla Franciszka I, historia zakończona morderstwem. Sztuka miała wymowę głęboko antymonarchiczną i została zakazana w dzień po pierwszym wystawieniu 22 listopada 1832 roku w Komedii Francuskiej. Na przedstawieniu zebrała się spora grupa młodych sympatyków republiki, którzy po wyjściu z teatru śpiewali pieśni rewolucyjne.

Dramat Hugo wystawiono dopiero po 50 latach. Na jego podstawie Giuseppe Verdi napisał operę Rigoletto, którą o dziwo można było wystawiać również we Francji. Jednak przezorny librecista,  Francesco Maria Piave, zmienił imiona bohaterów i przeniósł akcję do Mantui. W przeciwieństwie do sztuki Wiktora Hugo operę zna każdy, choćby z jednej tylko arii – La donna e mobile!

Rozpropagowana współcześnie przez „Trzech Tenorów”, już przedtem wykonywana była jako numer popisowy, śpiewał ją między innymi Enrico Caruso. Pierwszym tenorem śpiewającym podczas światowej prapremiery (15 lutego 1845) w Teatro La Fenice w Wenecji rolę Księcia Mantui, a zatem i samą arię, był Raffaelle Mirate.

Wikipedia twierdzi, że aria w zestawieniu ze stylem życia księcia Mantui jest wyrazem libertynizmu. Książę Mantui wykonuje ją w gospodzie Sparafucila, zalecając się do jego siostry i wspólniczki w ciemnych interesach – Magdaleny. Rozwiązłość księcia obserwuje także Gilda, córka Rigoletta, której garbaty błazen chce pokazać prawdziwą naturę człowieka, w którym była zakochana.

Plakat z 22 listopada 1882 roku – pierwsze wystawienie sztuki Król się bawi po zniesieniu zapisu cenzorskiego.

***

Oczywiście król Francji w sztuce  Król się bawi i książę Mantui w operze Rigoletto to nie “nasz” karnawałowy król Sancho Pansa – w obu dziełach jest on jednak obecny. U Hugo to błazen Trybulet, w operze – tytułowy Rigoletto, błazen przechera, charakter złośliwy acz zarazem prawdziwy, ludowy, mądry, sprytny, a przy tym złośliwie i niesprawiedliwie ukrzywdzony, zabawka w ręku władcy.

Na zakończenie owa aria, jedna z najsłynniejszych arii na świecie – Kobieta zmienną jest. Luciano Pavarotti.

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau.