Na Ponidziu

Tadeusz Rogala

Historia Braci Polskich. Zbór ariański w Cieszkowach.

Z okazji 500-lecia Reformacji w Niemczech warto wspomnieć o ruchach reformatorskich w Polsce. Do dziś istnieją jeszcze w Polsce miejsca przypominające o tej odległej historii. Jedno z nicht to dawny zbór Braci Polskich w Cieszkowach na Ponidziu.

Takimi miejscami nikt się już nie interesuje, od czasu do czasu wspominają o nich tylko związani z Ponidziem historycy lub poeci.

W wydanym w roku 2007 tomiku poezji „Nidy Skamander” kielecki piewca Ponidzia Zdzisław Antolski w wierszu Puste zbory przypomniał dawną historię:

Puste zbory

Nie ma już
Braci Polskich
odszedł Jan Łaski
i Stankar

Zostały zbory
W Cieszkowach
Kolosach
Węchadłowie
niedługo się pewnie
zawalą

W Czarnocinie
stoi kopiec
może Arian
może Wiślan

Starożytny
porosły grzywą
drzew

Porosły legendami
tajemnicą
po wieków wiek

W XVI wieku Polska należała do najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, a więc warunki do rozwoju nowych ruchów religijnych były tu bardzo korzystne.

Początki ruchu Braci Polskich sięgają czasów króla Zygmunta Starego. Na Wawelu rządziła królowa Bona, Włoszka. Jej lekarz, Blandrata, należał potajemnie do ruchu antytrynitarskiego i to on sprowadził do Polski wielu swych prześladowanych we Włoszech przyjaciół. Pozyskał dla swoich poglądów pierwszego pastora zboru ewangielickiego w Krakowie, ks. Grzegorza Pawła z Brzezin i ten stał się założycielem ruchu Braci Polskich, przezwanych „Arianami”, od Ariusa, duchownego, działającego w IV wieku, który podważał dogmat Trójcy Świętej. Jednakże nauka Braci Polskich w niejednym odbiegała od nauki Ariusa, potępionej w Nicei w roku 325.

Kiedy w kalwińskim zborze krakowskim dochodzi do rozłamu, ks. Grzegorz Paweł przewodzi nowemu kierunkowi i sprawia, że rozszerza się w całej Polsce. Przystaje doń wiele światłej szlachty, mieszczaństwa, a niekiedy i prosty lud. Głównymi centrami ruchu po Krakowie są: Pińczów, Lublin, Nowy Sącz, Lusławice koło Zakliczyna i Raków w sandomierskim. Raków, początkowo niewielka osada, rozwinął się za czasów Arian w kwitnące miasto. Założono tu sławną na całą Europę Akademię Rakowską, dokąd zjeżdzało mnóstwo polskiej i zagranicznej młodzieży i urządzono znakomitą drukarnię, zaopatrującą w druki propagandowe i naukowe całą Europę.

Na powstanie ruchu Braci Polskich złożyły się przede wszystkim dwa główne czynniki, Reformacja, od której Bracia Polscy przyjęli Biblię jako podstawę nauki i życia, oraz Humanizm, od którego przyjęli zasadę rozumowego podchodzenia do zagadnień religijnych, a więc i do Biblii, co Braci różniło od Reformacji, która brała Biblię raczej dogmatycznie, jako nieomylne żródło nauki, niż rozumowo.

Największy rozkwit ruchu Braci Polskich przypada na lata 1600-1660. Do wysoko pod względem etycznym i naukowym stojących Braci przystępuje cały szereg wybitnych postaci z kraju i zagranicy.

Do najwybitniejszch krajowych postaci Braci Polskich należeli między innymi Andrzej Frycz Modrzewski, Heronim Moskorzowski, Samuel Przypkowski, Wacław Potocki.

Do pierwszych cudzoziemców działających w ruchu Braci Polskich należy zaliczyć Piotra Statoriusa, który w Pińczowie zorganizował znakomite gimnazjum. Był to Francuz, tak całkowicie spolonizowany, że przyjął nazwisko Stojeński. W roku 1569 wydał pierwszą polską gramatykę. Należy też tu wymienić Walentego Szmalca, współredaktora katechizmu rakowskiego. Literatura podaje, iż ariański Katechizm Rakowski w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa oraz rozdziału państwa od Kościoła był inspiracją twórców Konstytucji USA, m.in. Tomasza Jeffersona.

Bracia Polscy uznawali zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Początkowo wywodzili z niej bezwarunkowy pacyfizm – nosili symboliczne drewniane miecze, nie przyjmowali urzędów związanych z przemocą – państwowych i wojskowych. Odrzucali ideę podziału społeczeństwa na stany jak i feudalne poddaństwo chłopów oraz obowiązek świadczenia dziesięcin i pańszczyzny. Sprzeciwiali się karom chłosty i śmierci. Dopuszczali jedynie walkę obronną, optowali też za własnością wspólną, w czym przypominali socjalistów utopijnych.

Ich wyznanie odrzucało boskość Jezusa, przedmioty kultu jak obrazy i relikwie oraz ceremonie i obrzędy. Odrzucali przymusowy chrzest, uznając, że tylko świadomy wybór wyznania przez dorosłą osobę może być odpowiedzialny. Negowali możliwość zmartwychwstania ciała na Sądzie Ostatecznym, ale uznawali za możliwe zmartwychwstanie duchowe ludzi postępujących dobrze.

Bracia polscy na mocy ustawy sejmowej z 1658 zostali skazani na wygnanie z kraju. Podaje się, że powodem wygnania była współpraca ze Szwedami w czasie Potopu, brak na to potwierdzenia w konstytucji sejmowej “O Arianach”, która za to wyraźnie wymienia religijne powody banicji.

Po wygnaniu Bracia Polscy osiedlili się w Holandii, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie , Śląsku (głównie w Kluczborku) i północnych Niemczech.
Część pozostałych w Rzeczypospolitej arian przeszła do podziemia.
Ostatni kryptoarianie chrzczeni byli w Pińczowie i okolicach jeszcze do roku 1684.

Jednym z istniejących jeszcze zabytków po Braciach Polskich jest dawmy zbór ariański w Cieszkowach, gmina Czarnocin na Ziemi Skalbmierskiej. Zbór wybudowano przy posiadłości szlacheckiej na początku XVII wieku przez rodzinę Wylamów. Po nich patronami zboru była rodzina Żeleńskich. Zbór funkcjonował około stu lat, potem dobudowano piętro i służył jako magazyn. Obecnie stoi nieużytkowany.

Ostanią rodziną zamieszkującą dwór szlachecki w Cieszkowach i będącą wyznania ewangelickiego była rodzina Fryczów, której rodowód wywodzi się z Saksonii. W roku 1837 Karol Fritsch kupił majątek Cieszkowy od krewnych rodziny Żeleńskich. Pod koniec XIX wieku Cieszkowy administracyjnie należały do gminy Czarnocin w powiecie pińczowskim. Syn Karola Józef, któremu w spadku przypadł majątek Cieszkowy, poślubił w roku 1835 Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinowskiego, w Królewstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtutti Militari. Felicja z Kalinowskich była już wyznania rzymsko-katolickiego. Rodzina Fryczów była ostatnią rodziną wyznania ewangelickiego zamieszkującą w Cieszkowach. Dwór, stojący w sąsiedztwie zboru ariańskiego i pięknych alei lipowowych, Józef Frycz (nazwisko już spolszczone) rozbudował dla potrzeb rodziny przy pomocy architekta Stanisława Postawki – sąsiada i towarzysza z powstania listopadowego.

Piękny dwór modrzewiowy po wojnie władza ludowa doprowadziła do ruiny. Na jego miejscu, w pobliżu zboru Braci Polskich wybudowano szkołę, gdzie obecnie mieści się gimnazjum.

Z okazji 500-lecia reformacji nauczyciel historii w gimnazjum, Krzysztof Nurkowski, zorganizował 8 listopada, przy wsparciu dyrektora Roberta Lalewicza, spotkanie uczniów z przedstawicielami kościoła protestanciego. Kilkugodzinne spotkanie obejmowało genezę religii luterańskiej, zasady i źródła wiary, tradycję kościołów protestanckich i polskie aspekty kulturowo-historyczne, tej konfesji. Krzysztof Nurkowski, historyk i wychowaca, robi starania, aby młodzież szkolną zapoznać z historią okolicy i przybliżyć jej nurty humanistyczne, stworzone przez myślicieli kiedyś tu działających.

Warto wspomnieć o słynnych osobach urodzonych w tym urokliwym miejscu. Jednym z nich był Karol Frycz. Urodził się 23 marca 1877 roku w Cieszkowach, był malarzem, scenografem i reżyserem teatralnym, współtwórcą „Zielonego Balonika”. Był uczniem wybitnych artystów polskiego modernizmu Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Był dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Karol Frycz zmarł w Krakowie 30 sierpnia 1963 roku. W uroczystości pogrzebowej uczestniczył biskup Karol Wojtyła.

W cieszkowskim dworze 2 stycznia 1916 roku urodził się też Ryszard Bukowski, kompozytor, pedagog i publicysta. Zmarł 19 maja 1987 roku we Wrocławiu.


Ponidzie region położony w województwie świętokrzyskim na terenie Niecki Nidziańskiej, nad środkową i dolną Nidą, od Chęcin po Nowy Korczyn.

Była też piosenka Wolnej Grupy Bukowina, Nuta z Ponidzia, o której donosił TU ongiś Viator czyli Tomasz Fetzki.

Na ten Nowy Rok

Mieczysław Bonisławski

Noc pana Tadeusza

Taksówka zatrzymała się przed elegancką nocną restauracją. Taryfiarz wyszedł i pogwizdując zaczął przecierać szmatką dach i maskę. Na dworze zmierzchało.

Z piskiem opon za pierwszym wozem stanął drugi. Otworzyły się drzwi od strony kierowcy.

– Nieźle popadało, co nie?

Taryfiarz przerwał wycieranie

– Ano, wycieram trochę. Taki tam wiosenny, ciepły deszczyk. Ale wóz nie może być mokry.

– No tak, zawsze podziwiałem tę twoją pedanterię… – skwitował cierpko przybyły i jakby stracił ochotę na dalszą pogawędkę. Pochylił głowę nad kierownicą i zaczął przeliczać w kasetce dzienny utarg.

Nad wejściem do lokalu rozjarzył się świetlisty neon. Szmata na chwilę znów znieruchomiała w dłoni taksówkarza. Kierowca rzucił okiem na neon, na znikającą na horyzoncie różową poświatę po słońcu i wrócił do swej czynności.

– Wcześnie coś dziś – mruknął pod nosem.

Chodnikiem przeszło jakieś rozbawione towarzystwo i zniknęło w wejściu restauracji. Samochody pędzące mokrą jezdnią zaczęły włączać reflektory. Naraz z nieba lunął drobny, ale intensywny kapuśniaczek.

– Niech to cholera – zrezygnowany taksówkarz zanurkował do swej gabloty, w pośpiechu zostawiając szmatę na dachu.

Oparł się piersiami na kierownicy i zapatrzył gdzieś przed siebie. Zrobiło się ciemno. Szeroka ulica zaczynała się i kończyła równoległą perspektywą latarni sodowych i różnobarwnych neonów po bokach. Mijające się samochody srebrzyście odbijały w blasku reflektorów kałuże i mokry asfalt.

– No, panie Tadziu, pierwsi dzisiejsi klienci, wyrwał go z zamyślenia męski głos.

– Ależ proszę, proszę, skoczył usłużnie otwierać drzwi.

– A co to za szmata? – Jedna z wsiadających kobiet roześmiała się na cały głos – Ach panie Tadzieńku, to i u pana też taki bałaganik już…

Pan Tadeusz bez słowa schował szmatę i zapuścił silnik.

– Do mnie, do mnie – ciesząc się nie wiadomo z czego krzyczała z tylnego siedzenia panienka w kusym futerku i czarnych rajstopach.

Niewysoki chłopaczek zrzucił napakowany plecak. Poprawił przetłuszczone, przydługie włosy i uśmiechnąwszy się szturchnął pakunek. We wnętrzu przyjemnie zadźwięczały butelki.

– Ile?

– Ewka już jest? – zignorował pytanie kumpla podchodząc do czeszącej się przed lustrem blondyny. Tamten jednak nie dawał za wygraną. Pomacał plecak.

– Ile przyniosłeś?

– Pięćdziesiąt, ale na razie zostaw! To na później.

– Czego się Mareczku tak boisz? – zafalowało obficiem kształtów, jako że blondyna odwróciła się od lustra. – I tak wypijemy, i tak.

– Klaudia! Gdzie jest Ewka, jest już późno..

W odpowiedzi zafurczały mocno pchnięte drzwi. W progu stanęła Ewa.

– O, cześć Igor, cześć Marek. Już jesteście…?

– Idziemy! – Marek energicznie zarzucił plecak i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj na nas przed akademikiem…! – zdążyła jeszcze krzyknąć Klaudia i nie doczekawszy się odzewu, zagadnęła przyjaciółkę – Co wzięłaś na te nietoperze?

Ewa aż się wzdrygnęła:

– Sądzisz, że one tam naprawdę będą?!

Staruch podniósł krościatą twarz. Była chuda i nieogolona. Przyblakłe oczy wyrażały strach. Klęczał pochylony nad parkowym koszem na śmieci. Miast wyciągnąć z niego ręce i uciekać, zgarbił się i trząsł ze strachu.

Całą szerokość alejki zajęło pięciu podpitych młodzieńców. Najniższy z nich podszedł do starucha.

– Czego tam grzebiesz, nie wiesz, że bieda została zabroniona! Żarcia szukasz, nie? A zastanowiłeś się, po co takie rozkładające się gówno jak ty, chodzi w ogóle po świecie?

Staruch całym żylastym ciałem przywarł do kosza. Głowa mu prawie zniknęła w jego wnętrzu. Drugi z młodzieńców obszedł go wokół.

– Dlaczego wy nie zdychacie? Po cóż takie staruchy tymi trzęsącymi łapkami tak trzymają się tego życia? Na co ty, śmierdząca wszo, możesz jeszcze liczyć?

Staruchowi zdrętwiały nogi, przysiadł więc na piętach, wyjmując głowę z cuchnącego otworu. Nie ośmielił się jednak podnieść wzroku.

Młodzieńcy chwilę się naradzali.

– Zabijemy cię – oznajmił w końcu jeden – My, młodzi, nie mamy co jeść i nie możemy dopuścić, aby takie bezwartościowe trupy do cna wyżerały nam to co jeszcze w tym kraju pozostało.

– Ale damy ci jeszcze szansę – roześmiał się ten najniższy. – Jak nam pokażesz, że żresz faktycznie tylko odpadki, to ci darujemy jeszcze parę godzin, he, he, he. No, żryj – ścierwojady są nawet przydatne – wepchnął głowę starego z powrotem do kubła. Jego koledzy otoczyli kołem śmietnik i klaszcząc w dłonie poczęli skandować:

– Ścier-wo-ja-dy, ścier-wo-ja-dy!

Ale stary wyciągnął głowę i odwrócił się do nich.

– A więc zabijcie mnie, zabijcie już lepiej – wyszeptał.

– Cicho, on coś jęczy… Głośniej stary, głośniej…

– Nie będę żarł, zabijcie – zaczął histerycznie wrzeszczeć – Zabijcie, zabijcie, nie będę żarł, ja nie będę żarł !

Najniższy roześmiał się.

– Będziesz staruszku, będziesz – kopnął klęczącego starego z całej siły w twarz. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak będziesz…

Cała piątka poczęła systematycznie kopać wijący się kłębek ciała.

– Nie po jajach, nie przeceniajcie go – ktoś się śmiał ze swojego kawału. W końcu najniższy krzyknął:

– Starczy – pochylił się nad pojękującym staruchem – I co, chcesz jeszcze pożyć, będziesz żarł odpadki? – Podniósł go i rzucił na kubeł. Stary szybko włożył głowę do środka i po chwili jego barki zaczęły podrygiwać w rytm sięgania po kolejne kęsy.

Nagle młodzieńcy poczęli coś do siebie szeptać i szturchać się, a który tylko obejrzał się w stronę oświetlonej furtki przy wejściu do parku, biegiem uciekał w przeciwną stronę. Jeszcze tylko, już w pewnym oddaleniu, ośmielali się pourągać:

– Wariat, głupi, wariat…

Po chwili wokół chrząkającego we wnętrzu śmietnika starucha zrobiło się pusto.

Stary jakby coś wyczuł. Wychylił powoli głowę na wierzch. Rozejrzał się wokół, żując plastikowy pojemnik po homogenizowanych truskawkach.

– Jezu, wariat! – padł na kolana, podniósł jednak głowę, rozejrzał się jeszcze raz – To ty przegoniłeś to podłe nasienie ?

– Wstań z kolan człowieku. I podejdź tu do mnie – dały się słyszeć przejmujące słowa.

Stary jeszcze się wahał.

– Ale ty jesteś wariat, całe miasto o tym wie…

Usiedli na ławce. Przed nimi, po środku basenu fontanny, bieliła się w świetle księżyca mitologiczna grupa, wyżej skłaniały się wiekowe konary. Ławeczka stała w bladej poświacie latarni, nieco cofnięta od głównej alei.

Towarzysz starucha ściągnął z głowy kaptur. Był zupełnie łysy, połowę twarzy przysłaniały rude wąsiska. Ubrany był w buty rybackie, pelerynę i drelichowe spodnie. Kilkoma ciepłymi gestami uspokoił starego, wyjął spod peleryny jakieś zawiniątko i podał staremu. Ten zbliżył je do ust i począł jeść.

– No i co – wymamrotał pełnymi ustami – nic nie zrobiłeś?

– A nie znasz ludzi – co mogłem zrobić ?

– Mnie to tam takie nie pierwszyzna.

– A mnie to mierzi. I to dzisiaj: posłuchaj człowieku – przecież to byli moi studenci. Nie jacyś tam z marginesu.

– Twoi byli studenci, panie profesorku…

– Czemu starasz się człowieku być złośliwym?

– Wariat, istny wariat, he, he, he! – stary machnął lekceważąco ręką. – Masz co jeszcze? Dawaj.

Łysy wyciągnął jabłko, ale nie podał go. Podniósł je i zaczął się mu przyglądać. Stary się zniecierpliwił:

– Co tam tak wypatrujesz. Diabła tam. Nie dość, że wariat, to i filozof. Ja całe życie chlałem, to i jak syna wychowałem, musiałem odejść. On dziś wielki pan, ho, ho!

– Jesteś takim samym wariatem jak ja. No i co, że poszedłem wtedy do psychiatry?! Od razu musiałem być…

– No i to, żeś wariat…! Czy ja komu co robię, żem hołota ze śmietnika? Syna wykształciłem, ot co! – nagle stary coś wypatrzył. – Widzisz to, he – nietoperz. Patrzysz ptak, a to zwierzę, ssak jakiś, tak jak człowiek, he, he, he. Pomyślał by kto. Mój syn to ornitolog, profesor tera chyba już. Widzisz ptak – nie – ptak, ale tylko do nocy. A ja go kamieniem, pac – rzuca kamieniem w ciemność – A on nic. I w dzień nie wyleci, mówię ci, że nie wyleci, choć wie, że w dzień to nie dla mnie pora…

– O jest, jest! Jest pierwszy! – Klaudia przytrzymując jedną ręką spadającą czapkę, drugą próbowała chwycić wiszące u sufitu stworzonko.

Tuż za nią stał Marek. Wycelował latarkę w zwierzę, ostry snop światła przeszył ciemność lochu.

Znajdowali się w podłużnej, suchej niszy. Była ona na tyle szeroka, by Ewa przecisnęła się obok Klaudii.

– Patrzcie, porusza się! – krzyknęła osłoniwszy dłonią oczy.

– Czeka, aż jego temperatura zrówna się z otoczeniem – wyjaśnił Marek i roześmiał się. – Dotknij go, to zobaczysz jak się nagrzewa.

– Nie! Za nic w świecie – Ewa pisnęła cofając się za Klaudię.

Marek nie nalegał. Zmniejszył natężenie światła z latarki.

– No, pierwszy jest. To już czas – zaczął ściągać z pleców plecak. – A gdzie Igor?

– Igor? Igor? – spojrzały po sobie dziewczyny.

– Nie ma go, gdzież on znowu polazł – mamrotał chłopak rozwiązując troki plecaka, niezbyt zainteresowany problemem. Nastrój udzielił się Klaudii i Ewie. Nie zważając na ciemniejącą otchłań korytarza, puściły się nim kilkanaście kroków w głąb nawołując „Igor! Igor! Pijemy, mamy pierwszego nietoperza.”

Marek uporał się w końcu z plecakiem. Wyjął butelkę, odkapslował ją i rozejrzał się.

– Dziewczyny! Pijemy. Chodźcie szybko, bo zaraz zamykam bar i będziecie musiały czekać do następnego „toperza”.

Odpowiedział mu śmiech.

– Dobra, nie, to nie… – udał że się pochyla nad plecakiem i znieruchomiał. W korytarzu wybuchł nieludzki wrzask. Natychmiast odwrócił się, nim jednak zdążył wybiec z niszy, wpadły nań już obie dziewczyny, szamocząc się z włosami.

– Ała, cholerne ptaszyska.

– Precz, precz!

– To nie ptaki, to ssaki – trzeźwo zauważył wynurzywszy się tuż za nimi Igor.

Marka ogarnęły spazmy śmiechu. Podał Igorowi piwo.

– Czego one od nas chcą? – żałośnie rzuciła Ewa.

– Wyleciały na żer.

– No, chyba nie powiesz Igor, że pomyliły nas z jakimiś karaluchami! – Klaudia była wyraźnie zła na cały świat.

– A tak w ogóle, to co one jedzą? – zainteresowała się Ewa, dając już sobie spokój z włosami.

– No, kto wie, na co one będą miały po takim spotkaniu ochotę – zaśmiał się Marek i łyknął ostro piwa.

– No, ale nie… Tak poważnie!

– Poważnie to się krowa na wrotkach…

– O, patrzcie, znowu – Klaudia spojrzała w głąb korytarza i chwyciła się za głowę – uważajcie na włosy!

Igor odrzucił pustą butelkę, brzęknęło tłuczone szkło.

– Lecą na żer – puścił oko do Ewy – Ale faktycznie, po takich dziewczynach, nie wiadomo na co będą miały dzisiaj ochotę.

Pan Tadeusz wracał z peryferyjnej dzielnicy miasta, gdzie odwiózł trzy „dziewczynki”. Uspokajała go ta szeroka, pełna pędzących w te i we wte samochodów wstęga głównej ulicy. Z lubością zaglądał im w reflektory, omiatał wzrokiem, neony. Oto biuro podróży, skrzyżowanie przy sklepie nocnym i dom towarowy…

Z fantazją zajechał do zatoki postoju przy swojej restauracji. Na chodniku stał spory tłumek. Z zaciekawieniem wyjrzał z wozu.

– Powtarzam państwu, że nie ma powodów do niepokoju – grzmiał podpity rudzielec. – W mieście nie ma zarazy – zachwiał się szeroko gestykulując – nie ma! – stoczył się na blondynkę w srebrzystej sukni. Kobieta zauważyła taksówkę.

– Panie kierowco, panie kierowco…

– Co jest?

– Panie kierowco, pan pomoże mi z mężem… – bezradnie potrząsnęła opartym o nią rudym.

Pan Tadeusz kiwnął głową.

– Czemu by nie – otworzył od środka tylne drzwi. Wyszedł z wozu, obszedł go i wpakował klienta do środka. Kobieta usadowiła się obok ciała męża.

– Dokąd zawieźć? – rzucił taksówkarz, wróciwszy za kierownicę. Ruszył nie czekając, chwilę przyglądając się jeszcze we wstecznym lusterku falującemu tłumowi na postoju – Co tam się stało?

– Ach nic… Goździkowa siedem, to jest to zamknięte osiedle, gdzie się wjeżdża na hasło, wie pan..

– Tak, tak.

– No… A tam, to jakieś nietoperze, czy co tam, wleciały przez szatnie na salę i zdechły. Formalnie, padły na parkiet !

– Ha, ha, gacki?! – z niedowierzaniem roześmiał się Tadeusz.

– Nie wierzy pan? – kobieta wydała się urażona, ale momentalnie zmieniła ton – Ach, niech pan stanie, szybko !

– Co znowu? – dla fasonu zirytował się kierowca, zatrzymując wóz.

– Rzyga, rzyga, niech pan pomoże – kobieta wypychała wymiotującego rudzielca z samochodu.

– Ano dobra, ale to mnie nie obchodzi – pan Tadeusz splótł dłonie na piersi i odwrócił się do ulicy.

Jezdnią przejeżdżała inna taryfa. Poznał kumpla i machnął ręką, by się zatrzymał. Pisnęły opony.

– Ty słyszałeś…? – Tadeusz rzucił na powitanie, ale tamten nie dał mu skończyć:

– Nietoperze rzuciły się na gości w naszej knajpie! Ale były wściekłe i od razu padły. Nie wiem jeszcze czy są jakieś ofiary tego…

Tadeusz spojrzał przez ramię na meczącego się rudego.

– Szybciej, szybciej!

– Aaa…

– Co tam jest do cholery?!

Biegnący mężczyzni wyjęli z zawiasów tarasujące przejście lewe skrzydło bramki. Ciche parkowe alejki wypełnił momentalnie gwar.

– Z dzieckiem to do przodu…

– I dokąd teraz ?

– Dawaj pani te dzieci! Do góry…

Mężczyźni poczęli myszkować pomiędzy drzewami. Z alejek pozbiegały też dzieci i łamały teraz gałęzie, wieszały się konarów, kilka zaczęło się wdrapywać się na posąg fontanny.

– Dzieci proszę podawać na figury – ktoś komenderował – Tam ich szczury na pewno nie dosięgną. – Z dziesięć kobiet naraz poczęło wpychać na posąg swoje potomstwo. Dzieci spychały się nawzajem i wrzeszczały.

– Dorośli niech wezmą ławki i ustawiają mur wokół posągów – znowu dał się słyszeć ponad wszystkim ten sam głos.

– No złaź pan, no już! – gość w robociarskiej kufajce groźnie zaczął napierać na pochrapującego na ławce łazęgę. Staruch coś wymamrotał.

– Ustąp mu człowieku – łagodnie potrząsnął starego za ramię stojący obok łysy w przeciwdeszczowej pelerynie.

– Co mi pan będziesz… – zeźlił się staruch. Gramolił się już jednak z ławki.

– Czy mógłby mi pan objaśnić co się tu organizuje ? – spokojnie spytał robociarza łysy, biorąc starego pod ramiona.

– Wariat pan czy co! – ofuknął go zagadnięty zarzucając sobie na barki ławkę. Odwrócił się, popukał w czoło i odszedł.

– Przepraszam – skłonił się smutno w ciemność łysy.

– Niedojechane ich nasienie – zaklął staruch. – Panie profesorze – zwrócił się do łysego – masz pan jeszcze co do żarcia?

Basen fontanny zagracały już blisko z dwa tuziny ławek. Ludzie rzucali je bez ładu i składu na stos. Kobiety łamały gałęzie i podawały je na górę.

Wtem w ciemności rozległ się histeryczny krzyk:

– Aaaa ! szczur, szczur…!

Tłum zafalował. Chwilę stał sparaliżowany przerażeniem i nagle cała wielka zgraja jęła się wdrapywać na dopiero co usypane rumowisko.

– Ruszaj dupę, stara krowo!

– Boisz się, że ci się jaja obiją?

– Jezu, lecę…

– Gdzie depczesz sukinsynu?!!

– Zabieraj stąd kurwa te bachory…

– O Boże! – poczęły się mieszać okrzyki wspinających. Siedzące na samej górze dzieci poczęły się bawić, plując na głowy wrzeszczących poniżej ludzi.

– Szczur, szczur…! – na dole powracała tymczasem fala przerażenia. Niektórzy widząc, że się nie dostaną na zbawienne wzniesienie, zaczęli uciekać w głąb parku. Rozbijali przy tym latarnie, aby w zupełnej ciemności poczuć się pewniej.

Na szczycie zaczęto powoli opanowywać sytuację. Ktoś zajął się dziećmi, upychając je do środka kręgu dorosłych, inni uspakajali kobiety. Na krawędziach stromizny ustawiono warty z kijami w rękach. W końcu dał się słyszeć czyjś patetyczny tenor:

– Uspokójcie się już, bracia. Tylko pomagając sobie nawzajem, możemy przetrzymać to nieszczęście. To jest dla nas czas próby…!

Zanosiło się na dłuższą przemowę. Łysy wygodniej oparł się o latarnię. Rozejrzał się za starym, ale nie zauważył go nigdzie.

– Pan nas doświadczył – perorował dalej „kaznodzieja” – ale i zaświecił nam kaganek szansy. Nietoperze, które zjadły wściekłe szczury i napadły na grzeszników i nieskromnych zgromadzonych w tym nocnym przybytku szatana, ostrzegły nas, wybranych przez Pana…

Ktoś syknął w krzakach. Łysy obejrzał się, zrobił dwa kroki w tamtą stronę. Po chwili parsknął tłumionych śmiechem.

– Czekaj, zara ich ustawię – syczał stary, trzymając coś w rękach.

– My nie daliśmy zaskoczyć się zarazie, którą przywlókł do naszego miasta podstępny szczur…!

– Macie na myśli to zwierzę? – głos starego zabrzmiał w nastałej ciszy jak dzwon alarmowy. W ręku trzymał szamoczącego się nietoperza. Gacek miał uszkodzone, chyba jakimś kijem, błony lotne. Gdy stary położył go na ziemi, zaczął pełzać wokół jego stóp.

Ewa klęczała w rogu pieczary. Zbierała zwierzęta z klepiska i podawała Klaudii. Ta oglądała je w świetle trzymanej przez Marka latarki i odkładała bądź to na lewo, bądź to na prawo.

– Cholera by to wzięła – przeżywał śmierć nietoperzy Igor. Sięgnął po kolejną butelkę – Ale co im się mogło stać?

– Zostaw już to piwo. Musi być jeszcze dla nas – zauważył trzeźwo Marek.

– No, ale ty jesteś w ogóle bez serca! – wzburzyła się Ewa – Igor przeżywa…

– Ale nie musi wypijać mi piwa.

Klaudia podrapała się w czoło.

– Wiecie co zrobimy? – zawyrokowała – Mam świetny numer. Zadzwońmy do starego Marka, on jest szychą, i powiemy mu… Ha, ha, słuchajcie…

Blondyna była tak zmęczona, że nie zdjęła nawet srebrzystej sukni. Stanęła rozdygotana w drzwiach pokoju. Zrobiła trzy kroki i osunęła się na obity pluszem fotel. Od strony łazienki dobiegły chrapliwe odgłosy rzygania rudego. Kobieta porwała się na równe nogi, ze złością zatrzasnęła drzwi. Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Halo, Nata? Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, ten mój dyrektorek tak mnie kurewsko wnerwił… No wiesz? Jak świnia! Wyobraź sobie… A jak mnie szofer potraktował?! Co ja przeżyłam, za co mnie to spotyka… Ale mam numer taryfy, nie popuszczę mu, odpokutuje.. Co? Ależ ja… Wracam stamtąd, ale… W radiu? Czekaj, włączę…

Blondyna podniosła się z fotela, podeszła do segmentu. Opierając się jedną ręką o stolik, drugą namacała klawiaturę miniwieży. Wreszcie trafiła na właściwy przycisk.

„…trwają czynności policyjne, mające potwierdzić, że przyczyną zdarzenia były prowokacje podburzonych przez…”

Otworzyły się głośno drzwi od łazienki

„…elementów chuligańskich… Jak dowiadujemy się u dyżurnego lekarza, karetki reanimacyjne zostały skierowane już w rejon śródmieścia i Parku Kolei Szprotawskiej. Zaraz po ich powrocie będziemy mogli potwierdzić, że pogłoski o ofiarach były kłamliwe i była to nieudana próba wywołania paniki…”

Blondyna powróciła na fotel. Po drodze przytuliła się do stojącego w drzwiach rudego i wyciągnęła z barku puszkę ginu z tonikiem. Ujęła na powrót słuchawkę, zrobiła otwór w puszce i włożyła weń słomkę

– Mam Nata – wysepleniła ze słomką między zębami do słuchawki – O, teraz mówią, aby się uspokoić i nie wychodzić z domów i aby z wiarą w działania służb porządkowych samemu się pozamykać!… Ty słuchaj, co to za Komitet? Przecież słyszę, że do spraw równowagi ekologicznej, twój stary został powołany? Tak? Cholera, czekaj, mego muszę też tam napuścić…!

Dniało. Marek ostrożnie, tak by nie obudzić starych, włożył klucz do zamka. Przekręcił. Trzymając w ręku pusty plecak przekroczył próg mieszkania. Zdjął buty i kangurkę. Ujął plecak, wrzucił do swojego pokoju, a sam wyszedł do kuchni, zaparzyć sobie herbaty. Naraz stanął twarz w twarz z ojcem…

Stary był czymś wzburzony. Przytrzymując opadające spodnie od piżamy pił kawę. Marek dojrzał w kuchni również matkę.

– Przepraszam, że tak wcześnie – zaczął ostrożnie – ale skończyliśmy szybciej a do akademika głupie ciecie nie wpuszczają.

– Coś ty narobił… – odpowiedział mu spazmatyczny szloch matki.

Chłopak ze zdziwieniem spojrzał na rodziców.

– No, udał ci się kawał, nie ma co! – wycedził ojciec. – Zrobiłeś ze mnie durnia jak nikt! Trzeba było tam już zostać z tymi palantami na uczelni – wściekał się – i dalej odwalać kawały! Co, znudziło ci się już…?!

Marek postanowił poczekać póki nie dowie się szczegółów. Spuścił niewinnie oczy i sięgnął po czajnik z wodą.

Zgodnie z jego oczekiwaniami ojciec zaczął puszczać parę:

– Ja jak głupi dzwonię do pułkownika Warszawskiego i awanturuję się, bo synalek mi powiedział, że wojsko wystrzelało niewinne nietoperze w rezerwacie, a on mnie pyta, czy mam ochotę dokończyć tę noc u niego w areszcie?! Na taką bezczelność sobie pozwolił! I to przez kogo – przez twojego kochanego synalka – ostatnia uwaga została skierowana wyraźnie do milczącej w kącie matki.

– Trzeba go było od razu opieprzyć – Marek postanowił udawać na razie niewinne i skrzywdzone niesprawiedliwie a do końca lojalne dziecko swych rodziców.

– Ty słyszysz! – zaperzył się stary wciąż zwracając się do kobiety. – Ty głupku! – to było znów do syna – Nie wiesz, że to były tajne ćwiczenia sił bezpieczeństwa? Specjalnie wytresowane nietoperze wysłano do miasta i sterując je jakimiś tam infradźwiękami, poszczuto je na ludzi. Ktoś wpadł na genialny pomysł, że mogłaby to być wspaniała broń przeciwko strajkującym, demonstrującym czy w ogóle przeciw tej hołocie. No i gacki nie dały się, a do tego w mieście wybuchły rozruchy. Warszawski chodzi wściekły, komendant wściekły a ja, stary dureń, dzwonię do nich, że wojsko naruszyło rezerwat nietoperzy… Trzeba być skończonym idiotą, by w takiej sytuacji wyskoczyć z czymś takim do Warszawskiego! No i jestem skończony…

– Co ty, tato?! Za co…

– Sytuacja zrobiła się poważna. W Parku Kolei Szprotawskiej użyto przeciw demonstrantom jednostki antyterrorystycznej. A ci się nie pieprzyli – są zabici. W tym kobiety i dzieci. Prowodyrzy mają być jutro rozstrzelani. Jakaś stara łazęga i były profesor uniwersytetu na żółtych papierach… Nieźle to wymyślili…

– A co tu się właściwie w mieście stało? Przecież tam w rezerwacie prawie wszystkie nietoperze były martwe.

– Eksperyment się nie udał, mimo to w kilku punktach miasta pojawiły się nietoperze tam gdzie nie powinny i na oczach ludzi padły. To wystarczyło, wróg czuwa!… Szukają jeszcze szefa transportu terrorystów, rano powinni go złapać. Nowy dyrektor departamentu, ten taki rudy, widziałaś go u pułkownika – rzucił do żony – namierzył go jakoś… Jutro dostanie w czapę… Tak synu, jestem skończony. To była najgorsza noc mego życia !

Pan Tadeusz skończył ostatni kurs. Zgasił silnik. Zmęczony oparł głowę o kierownicę. Pół leżąc namacał prawą ręką wyłącznik radia i przekręcił go. W samochodzie zaległa cisza.

Z restauracji wyskoczyło biegiem dwóch mężczyzn w zgniłozielonych, jesiennych płaszczach. Twarze zakrywały im wielkie ciemne okulary, dłonie trzymali kieszeniach.

Z jakiegoś mieszkania doleciał sygnał porannej audycji radiowej. „Jest szósta…” – oznajmił spiker.

– Obywatel Tadeusz? – rzucił otwierając drzwi taksówki jeden z dwójki, która wybiegła z restauracji.

– Tak… Ale już nigdzie nie pojadę – taksówkarz powoli podnosił głowę. Wtem zesztywniał. Drugi z mężczyzn siedział już obok niego na przednim siedzeniu celując mu w głowę z pistoletu. Tymczasem pierwszy wyciągnął legitymację, machnął nią Tadeuszowi przed nosem i gramoląc się na tylne siedzenie oznajmił.

– Siły bezpieczeństwa… Jedziemy!

Sylwester

Gołąb

ETOS PATOS

w Brugii piłem najlepsze piwo pszeniczne
na Grand-Place de Bruxelles w ilościach nadmiernych
tu poznałem człowieka który nazywał się
Etos Patos
postanowiłem napisać wiersz
w czasie nowiu z czerwonym oczkiem sygnetu

***

ORWELL W ŚNIEGU

Zima blisko Panie
ordynator szpitala
miasta surowej rzeki
zwozi opony całopalne
na drugim krańcu płacze
dziecko
należy ruszyć ulicą Katowicką
późnej Krakowską
(w każdym mieście są ulice Krakowskie
i Katowickie)
przejść przez dworzec
minąć Harlem
stanąć na torach pograć w kolory
znaleźć Orwella w śniegu
należy zrobić to wszystko
by określić rodzaj snu

wyróżniamy sny

kosmologiczne z elementami groteski

kryminalne z cechami thrillera

pornograficzne z aspektami kultu

dramaty

i życie

***
DRESS CODE

dokąd nocą tupta panna z rybią głową?
­gdzie nocuje Budda skoro drga na sznurku nirwany?
pamiętam dzień w którym wysłałeś do mnie psa a on
wyszeptał słowa

jeżeli wyskoczysz z okna to nie znaczy że nie trafisz na zakład utylizacji śmieci ale
jeżeli jesteś mądry to nie zaprosisz więcej kolegów z origami

Panie profesorze gdyby przyjrzeć się temu dokładniej to Polska potrzebuje krwi
koguta z obciętą głową biegającego po Placu Zbawiciela lub po miejscach mniej oczywistych
w swej dozgonnej wdzięczności

Polska potrzebuje koguta do którego się przyzwyczai
któremu nada obywatelstwo ukształtuje charakter powierzy tajemnice
pozwoli żyć po bożemu słuchać Możdżera od tyłu poza tym
wszystko od tyłu będzie zabronione

***

LUCY NIESIE LEMONIADĘ

trzymaj lejce Biały Obłoku
twoja Lucy jest jak nit jak kruk na zmarzlinie
przyjedzie w zimowy poranek zabierze z ostatniej stacji
a później będzie wiosna ze wzgórz zejdzie woda
struchleją rzeki martwi ruszą z nurtem

to już blisko Biały Obłoku
zanim Księżyc okrąży plac zanim zawyje w las
a głos jego niczym histeria śpiewaczki
niczym szarża kawalerii wracającej do przysiółków
to już bardzo blisko jak stąd dotąd
sto dwadzieścia dwa ziarnka w cewce
sto dwadzieścia dwa ziarnka piasku

Lucy niesie lemoniadę

***

MGŁA

ucieczka wydaje się niemożliwa
a co dopiero życie
stało się przenośnią
przeciwwagą
złem byłoby sądzić
rzeczy niezwyczajne

szelest śniegu
ruch cyrkularki
przystanek na końcu wsi
zmarznięte dzieci
czekające na rodziców
ślad Boeinga
tnący jutrzenkę jak żyłę

a teraz drodzy państwo
przedstawiam ciemność
z delikatnością lisich kroków
z radością trzeźwych poranków
a teraz drodzy państwo
przedstawia się ona sama

odradzam bruderszaft
odradzam spokój

***

OVEČKA

wybieram się do miejsca za rzeką
w tym miejscu nie rozumieją mojego języka
a nawet gdyby rozumieli na nic by im to było
gdybym otworzył usta poleciałaby z nich para
taka co bez słów zapowie pełne przytułki
która ułoży się kochana w dzióbek i powie
o zerwanych trakcjach
związkach zawodowych odśnieżaczy

w dniu spoczynku ziemia nie otworzy się
jak ciało pod chirurgicznym nożem
więc należy wrócić do starych snów

grubszej gotówki na cele doraźne
zamykające się w obrębie jednego burdelu
który nie wiadomo dlaczego nazwali Ovečka
w którym piwo smakuje jak oratorium
a w brudnej podłodze nie ma pruderii
gdzie Jiři poznał drugą żonę
gdzie przypadkiem spotykasz polską geografkę
mylącą Rzym i Krym

***

HERBATNIK

Domy złudzeń domy cudze szadź
wiosną zakwitnie perz
wiersz zboczył z toru i zwalił się z nasypu
w dłoni trzymam skrobaczkę
ale proszę o wstrzemięźliwość
nie mowa o skrobaniu wyskrobywaniu
nie będzie wieców
i nawet nie będzie wzajemności

a może by tak poczytać
Herberta z herbatnikiem
przeanalizować kulistość Ziemi
zatrybić teorię wieloświatów
na przykładzie wiewiórki
niosącej żołędzie
no to

kogo teraz wyświęcicie kogo wygnacie
komu przyznacie mądrość
na której wieży zatkniecie sztandar
i w którym kierunku powiewać będzie
sumiennie

leje na to
nawet na deszcz któremu wszystko jedno
który nie jest miarowy i senny
który po prostu jest przykry
przykrzejszy od śnieżycy

***

IDĘ

grzebałem w szufladach w katakumbach
jelita ściągały gałki głębiej w oczodoły
wydawało mi się że bardziej
zaczynam poznawać siebie od środka
wyjdę z domu
spotkam kobiety w korporacyjnych spódnicach
które marzą o powrocie do mieszkania
zrzuceniu obuwia

teraz taksówkarzem może zostać każdy nawet
Jan Kowalski ze skrzynki na listy
agent GRU
koleś piszący wiersze który mógłby o tobie pomyśleć ciepło
odwieźć płaszcz gdybyś go przypadkiem zapomniała
mógłby wyliczyć mrugnięcia
w chwili gdy mówisz reszty nie trzeba
a później je pomnożyć dla utrwalenia
gdyż jak wszystkie inne jesteś wzorem
w układance cyfr taksometru

12 dni Bożego Narodzenia (Barataria 46)

Już kiedyś o tym pisałam, a dziś przypominam, że Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia oraz pierwszy i drugi dzień świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli.

Dziś nasz doroczny Król Bożonarodzeniowy, Król Adwentu i Król Karnawału, Sancho Pansa, władca Baratarii…

Ryszard Dąbrowski

Życzenia

Z okazji przesilenia zimowego, składamy Wam serdeczne życzenia wszystkiego naj…, naj… naj… a także w nadchodzącym kolejnym astronomicznym, kalendarzowym, biologicznym oraz życiowym roku zdrowia… zdrowia… zdrowia…

Przesilenie zimowe to jedno z trzech najważniejszych świąt szamańskich. Dnia tego noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają i zostaje przezwyciężona „ciemność”. U Słowian dzień ten był także poświęcony duszom zmarłych przodków, były to tzw gody.

Dziwnym trafem w dniu tym urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii, a w innych obchodzono go jako święto urodzin słońca.

Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych narodzin perskiego boga słońca Mitry, którego kult traktowany był przez katolików jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim. Czczono go tam już ponad sto lat przed narodzeniem Chrystusa i to aż do IV wieku, kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitras – „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych, zapewniając im wieczne „życie”. Jego urodziny przez dziewicę w ubogiej grocie przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. W Persji czczony był od XIV a w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa.

Dwoma pozostałymi ważnymi świętami szamańskimi są: początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, oraz przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce. Jest to święto wody oraz ognia i ich oczyszczającej mocy. Święto miłości, płodności, słońca i księżyca, znane u Słowian jako obrzędowa Noc Kupały.

W szamanizmie, w życiu pojedynczego człowieka, niezwykle ważnymi były jeszcze dni narodzin (u Słowian pocierano niemowlaka popiołem z paleniska, aby zaznajomić go z opiekuńczymi i chroniącymi duchami domowiska, szaman ustalał który z przodków dziecka zreinkarnował i odrodził się w nim oraz nadawał mu jego imię), mianowania jako dorosłego na pełnoprawnego członka wspólnoty (postrzyżyny), ślubu (rozpleciny) oraz śmierci i pogrzebu (oczyszająca moc ognia, palenie na stosie i wskazanie duszy drogi do świata zmarłych a towarzyszenie jej w tej podróży było najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą częścią ceremonii, szaman musiał bowiem uważać, aby tam nie zostać na zwsze).

Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., zawłaszczono je i przemianowano na „Wielkanoc”.

Przesilenie letnie kościół katolicki przywłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji) belgijskiej zakonnicy Julianny z Liege (1193 – 1258).

g. & r.

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej

Wieczory w Rembówku – 2

Lech Milewski

Kontynuuję publikację co ciekawszych wiadomości z Rembówka.
Dla przejrzystości wiekszość tekstów przepisałem zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję (lub jej brak).

W poprzednim odcinku wspomniałem, że jednym z redaktorów był Stasiek Skorupski, syn oprzątki.
W numerze 4 – Wielkanoc 1902 – znalazłem próbkę jego twórczości:

Ze wspomnień furmana.
W Łodzi zajechałem do zajazdu, wyprzągłem konie dałem im jeść. Dał mi pan 3 złote poszedłem do restauracji na obiad, kazałem sobie dać, zupę pomidorową, pieczeń z sosem i makaronem i leguminę z jabłek. Po południu wyjechaliśmy z powrotem, ale już nie tą samą drogą tylko polem, podróż do Skierniewic przeszła nam szczęśliwie tam nocowalismy i na drugi dzień rano po śniadaniu ruszyliśmy w drogę na Grodzisk do Pruszkowa. Nadjeżdżamy nad rzekę, ja chciałem szukać przejazdu, ale pan kazał jechać wprost. Wjechałem na lód z początku dobrze, ale na środku lód pod końmi pękł, złamał się, konie wpadły w wodę, ja zeskoczyłem czemprędzej z kozła pan z sanek złapaliśmy konie za uzdy, ale tylko parę koni wyciągnęliśmy a przodowy utonął.

Numer 7 – nadal ferie Wielkanocne 1902 – redaguje drugi z braci p. Jerzy M.

Wiadomości krajowe.
I. Dnia 12 we wsi Rembówko odbyło się polowanie z gończymi. Ukazał się zając, pies Robak rzucił sie na niego i po kilkuminutowym pościgu złapał zająca i zagryzł go na miejscu.
II. Wielkie święcone dawno już nie widziane u nas przygotowała p. Ludmiła Milewska składa sie ono z różnych kunsztownych wyrobów, że przypominało święcone Ks. Radziwiłła, Panie Kochanku.

Numer 9 – 16 kwietnia 1903.

Odpowiedzi od redakcyi.
Konstanty Różanowicz. Kochany panie K.R. herby, a z nimi i szlachta utraciły już dawne znaczenie, teraz tyle już nieznaczą sławne czyny przodków, ile żyjącego człowieka, to też i p. życzymy zająć się czemś innem niż spisywanie herbów.

Numer 10 – styczeń 1904.

Wiadomości zagraniczne.
Do miasta Ciechanowa przybyła z Warszawy “Lutnia” i 2.3. b.m. odbył się koncert. Publiki było bardzo dużo i witała Lutnistów życzliwymi oklaskami.

Numer 11 – styczeń 1904.

Wiadomości Krajowe.
Dopiero dziś możemy donieść, że 20/XI/1903 r. odbyło się wesele w Rembówku u pp. Leonardostwa Lesieńskich, którzy najstarszą córkę Helenę wydawali za p. Brakowieckiego, kowala. Gości zebrało sie bardzo dużo z całej okolicy. Z arystokracji zauważyliśmy: 2 furmanów opinogórskich: Andrzeja i Tabakę z żonami, kowala z Władysławowa, lokaja i pokojówkę z Opinogóry, prócz tego całą rodzinę panny młodej, ziemian z bliższej i dalszej okolicy. Druchną była p. Ludmiła M. w kostiumie krakowskim. Tańczono ochoczo w mieszkaniu p. Adamskiego do 2 w południe w poniedziałek. Mimo tłoku zabawa szła wesoło.

Numer 13, rok 1904.

Wiadomości Krajowe.
5/1/1904. I. Donoszą nam, że o 5 1/2g (5:30) do wsi Rembówko przybyło trzech muzykantów (z Pałuk z Pajewa) po kolędzie zagrali także polkę, walca, oberka; więc korzystając z tego zaczęli tańczyć: kucharka, pokojówka, niańka, Ludmiła, Lech i Ziemowit M. a pani Antonina K. nie tańczyła żeby się nie pospolitować.

II. Ze wsi Rembówko donoszą, że 5/I 1904r. dawna kucharka Teofila z Charbińskich I-mo voto Chrabieńska, II-do voto Zembrzuska, III-io voto Sztrak-Wiśniewska wyjechała na stały pobyt z Rembówka do brata, który mieszka w Pawłówku.

Ostrzeżenie!!!
W powiatowym mieście Ciechanowie na Trakcie za cmentarzem mieszka szwaczka Krupińska (Antonina) do tego czasu z pilnością i dokładnością wypełniała roboty, lecz teraz ogromnie się zleniwiła i już kilku panom nie wypełniła roboty na czas.

Narazić się prasie – kariera zawodowa skończona.

Numer 14 – po przerwie, prawdopodobnie Boże Narodzenie 1905 roku.

Relacja o wojnie rosyjsko-japońskiej: …zakończonej pokojem w Portsmouth w lipcu 1905 roku według którego Mandżurja i Korea przechodzi pod protektorat japoński, a pół Sachalina i niektóre porty pod władzę Japonii. Rosya obowiązana jest zapłacić kontrybucję pod pretekstem kosztu utrzymania więźniów. Przegrana to dla Rosyi bardzo wielka, ani jednej wygranej bitwy, kompromitacja straszna, wykrycie złodziejstwa i łapownictwa u słąwnych jenerałów i bahaterów. Prócz tej hańby i wstydu dla Rosyi ta wojna przyniosła i inne owoce.

Tu następuje relacja wydarzeń 1905 roku w Rosji i w Polsce

Numer 15.

Wojna ta przyniosła nam dużo strat, a mianowicie bardzo dużo ludzi zginęło z dala od ojczyzny i rodziny, 3 razy ogłaszano mobilizację (3-ia nie doszła do skutku z powodu pokoju). Pod grozą mobilizacji dużo rezerwistó uciekło z kraju i teraz będą za dezercję, albo już nie wrócą do kraju, zginęło tam między innymi kilku uczonych doktorów, wielu dostało roztroju umysłowego. Z Ciechanowa poszli doktorzy Zienkiewicz i Królewski. Mobilizacja (w Płockiej gub.) była w powiatach Płockim, Sierpeckim, Rypińskim, Lipnowskim.

Wiadomości krajowe
…jeden ze współpracowników otrzymał na gwiazdkę 1904 25 gr. fuzję, dubeltówke, odtylcówkę systemu Lankastra. Wiele już wyniszczył zwierzyny 17 zajęcy, 46 kuropatw, 54 drobnego ptastwa, 24 wrony i wiele, wiele innej zwierzyny. Zaopatruje on i naszą redakcję w świeżą zwierzynę.

W numerze 16 z 5 stycznia 1906 roku wspomniano o losach redaktorów pisma.

Podam w skrócie informacje o karierze naukowej członków redakcji w roku 1906.
Stanisław Milewski, rocznik 1888, ukończył gimnazjum im Pawła Chrzanowskiego (obecnie Liceum im Jana Zamoyskiego) – KLIK, pobiera nauki w Akademii Rolniczej w Dublanach (zabór austriacki), obecnie Lwowski Narodowy Uniwersytet Rolniczy im. Stepana Bandery (!?) – KLIK.
Jerzy Milewski, rocznik 1890, uczęszcza do szkoły mechaniczno-technicznej H. Wawelberga i L. Rotwanda – KLIK.
Ludmiła Milewska, rocznik 1892, na pensji pani Walickiej.
Lech Milewski, rocznik 1897, w szkole Ziemi Mazowieckiej – KLIK.
Ziemowit Milewski, rocznik 1902, uczy się w domu i pracuje nad wydaniem dzieła pod tytułem: Moje gospodarstwo w Dębinie.

Wiadomości krajowe…

Temperatura była mierzona w stopniach Réaumura. Po przeliczeniu na stopnie Celsjusza wychodzi: 7 R = 9 C, 14 R = 18 C

Ochronka dla dzieci z folwarku…

Mierzenie temperatury w wiejskich chatach, ochronka – to niewątpliwie inicjatywy matki redaktorów pisma a mojej Babki – Jadwigi Milewskiej z domu Chełchowskiej

Numer 18 – 1909 – Wielkanoc

Wiadomości krajowe.
We wsi Rembówku znajduje się chora L. Milewska, która pije w dzień kakao i jada jajecznicę mimo to choroba się przeciąga, i lekarze wątpią czy będzie mogła wyjechać do Warszawy na pensję.
W Rembówku z powodu licznych kradzieży znajduje się stróż Wiśniewski znany z odwagi do pomocy ma cztery psy następujące: Moress znany z siły i złości drugi Rigby jest znany w całym powiecie z szybkości biegu trzecia Wisła emerytka i jej nieletni syn Reks w którym pokładają wiele nadziei, przy takich stróżach można spać spokojnie.
W Rembówku strzelają z proc do wróbli Lech i Ziemowit Milewski do tychczas bez skutków.

Wiadomości zagraniczne.
W Opinogórze z powodu śmierci ordynata hrabiego Adama Krasińskiego zajdą duże zmiany: większość urzędników otrzyma dymisją, o mianowaniu nowego zarządu nie omieszkamy zawiadomić Szanownych Czytelników.

Adam Krasiński – TU można o nim przeczytać i obejrzeć portrety.

Numer 19

Wiadomości krajowe.
Wyroby cukiernicze na święta, a mianowicie mazurki i lukrowanie, strojenie babek uskuteczniła zamiłowana w podobnych przygotowaniach panna Ludmiła Milewska w łóżku, aby nie pozbawiać rodzeństwa przynależnych mu smakołyków.

Wiadomości Urzędowe.
Dowiadujemy sie z miarodajnych źródeł o następujących zmianach: w urzędowaniu pan Matuszewski został przeniesiony do innej branży, w zeszłym roku miał posadę fornala, obecnie dostał nominacje na nadzwyczajnego pomocnika pasterza i tytuł radcy hodowlanego. Syn Jego skąd inąd uczony pan Adolf Matuszewski dostał dymisję z posady etatowej źrebarczyka co prowadzi za sobą obniżkę honorarium o 5 groszy dziennie.

Ogłoszenie.
Potrzebny nauczyciel wytrawny pedagog do przygotowania do szkół rozbisurmanionego chłopca. Lekcje co drugi dzień 2 godziny lokomocja ułatwiona warunki dobre. Oferty proszę składać w Opinogórze dla Z.M. z Rembówka.

Numer 21 – Wigilia 1909 roku.

Hakatystyczne zabiegi Prusaków – KLIK – wywołały słuszne oburzenie młodzierzy szkolnej. Jako świeży tego dowód posłużyć może L. Milewski współpracownik naszego pisma uczeń szkoły E. Konopczyński – KLIK – , który powodowany nienawiścią do Niemców chciał zaznaczyć ją dwójką na cenzurze. Przeszkodziła temu p. Zofia Rouppert znana z prac filologicznych, która usilnymi zabiegami zdołała doprowadzić p. L.M. do równowagi to jest do trójki.

Wydaje mi się, że chodzi tu o ciocię redaktora, p. Teodorę Rouppert – KLIK.
Swoją drogą polska ortografia redaktora L.M. też taka trochę na etapie protestu.

Wieczory w Rembówku wydawano jeszcze przez rok. Ostatni numer – 27 – ukazał się 27 grudnia 1910 roku. Starsza trójka rodzeństwa była na studiach, dwóch młodszych braci w szkole średniej w Warszawie.

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Szopa w salonie 16

Łukasz Szopa

Święta – czyli o Piekle

Święta, okres rodzinny, okres radości, miłości, podarunków, wspólnoty i innych pięknych rzeczy. Czas nadejścia zbawiciela i latających aniołków. Warto więc napisać kilka słów o piekle.

Nie, nie będę pisał o corocznym tradycyjnym piekle czy piekiełku świąteczno-rodzinnym, czyli pełnym stresu gonieniem za prezentami, nerowym przygotowywaniem żarcia i wkurzającym stawianiu choinki. Nie będzie o piekiełku między teściową a synową, między skłóconymi braćmi, chłodem i agresją między żoną a mężem, córką a braćmi, czy o pełnych emocji rozmowach o przeszłości, przyszłości, czy polityce. To każdy zna z własnego podwórka najlepiej.

Będzie ten tekst pochwałą moich rodaków – Polaków. Za wiarę. Za wiarę – w piekło.

Tak się składa, że kilka lat temu na łamach niemieckiego tygodnika pisałem (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/wo-zum-teufel-ist-nur-die-hoelle-geblieben) o dziwiącej mnie niezmiernie, wynikającej z badań opinii publicznej na „Zachodzie“, olbrzymiej dysproporcji między odsetkiem ludzi wierzących w „niebo“, a dużo mniejszym odsetkiem wierzącym w „piekło“ (cokolwiek mielibyśmy, czy oni, pod tymi słowami rozumieć). Nie mogłem pojąć, skąd – wśród tych, co w cokolwiek „pozagrobowego“ wierzą – taka różnica. W „niebo“, czyli „fajny zaświat“, wierzy 40 do 50 procent, w piekło – prawie połowa mniej. Czy to naiwność, ta wiara, że „potem“ będzie raczej „pięknie i słodko“, niż „strasznie i boleśnie“? Czy to Wunschdenken (myślenie „życzeniowe“)? Czy nazbyt proste przeciwstawienie oceny sytuacji „przyziemnej“ (oj jak tu źle i strasznie!) to tego, co ma być potem (oczywiście – na „nagrodę“ lub nie – lepiej!), takie tanie „yin-yang“?

Tym bardziej, że – osobiście nie wierząc w jakiekolwiek „zaświaty“ i życie „pozagrobowe“ – uważam, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli miałoby istnieć jakiekolwiek „po“ – to nie widzę powodów czy argumentów czy przesłanek, by prawdpodobieństwo „nieba“ miałoby być wyższe niż „piekła“. Gdyż wychodzę z założenia, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli coś dla nas „na potem“ przygotował – to jako istoty ludzkie mamy zero szans i możliwości poznania i zawyrokowania, co dla nas przygotował.

W Polsce z kolei, i to od lat (ostatnie dane jakie wyłowiłem to rok 1997) – wiara w piekło jest stabilna, waha się od 56 do 61%, podczas gdy wiara w „niebo“ czy „zbawienie“ niewiele większa, w granicach 61 do 72%. Dowód, że Polacy nie tylko mocniej wierzą w jakąkolwiek „przyszłość pozagrobową“, ale i że niekoniecznie preferują wiarę w „marchewkę“ nad wiarą w „kij“. Oczywiście, dane statystycznie niestety nie mówią, czy nie jest czasem tak, że wierzą w marchewkę dla siebie, a w kij – dla innych… (męża, żony, brata, siostry, teściowej, synowej, stryjka, sąsiadki, szefa, prezesa, ojca dyrektora i tak dalej…)

Nowa polska proza, Imiona 3

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

3

To się  działo wiele lat temu, w grudniu. Zima, jakaś taka bardziej stęskniona za klasycznym wizerunkiem, obrosła w płatki śniegu. Obrosła wyjątkowo obficie. Mieszkałem w mieście, które kształciło mnie na przyszłego, bezrobotnego magistra, spotykałem się z pewną kobietą, o której nie będzie traktować ta opowieść, lecz której cień pada na nią podobnie jak cień tajemniczego mordercy lub gwałciciela pada na ofiary w odpowiednio wykadrowanych ujęciach filmowych bądź komiksowych.

W tamtych zamierzchłych dniach lodowatych i wyludnionych ulic, przewlekłej melancholii oraz rozgrzanych od zazdrości, pożądliwych fantazmatów, zbliżał się, jak co roku, okres świąteczny. Przesuwał się na tyle szybko, że niebawem swoją ośnieżoną łapą przekroczy granice czasu i przestrzeni, chwytając ludzkość za gardło już w okresie upalnych, wakacyjnych dni. Obawiam się, że niewidzialna ręka rynku zamierza wyprzedzić w szaleńczym tempie biblijne zwiastowanie. Ale to też nie o tym miałem opowiadać.

Zima o której wspominam, była urokliwa i mordercza. Wychładzała organizmy, syciła smutki oraz zapędzała tłumy, niczym bezmyślne bydło, do sklepów monopolowych. Przynajmniej mnie tam zapędzała. Być może reszta była projekcją. Być może.

I oto nadszedł ostatni dzień zajęć przed świętami, mityczny czas powrotów do domu – po wałówę, po wspomnienia, po ostatki dziecięcości. Cóż to były za chwile! Człowiek wracał  do stanu pierwotnie niewinnego. Wspaniała gra pozorów mająca ukryć permanentnie porozbijane struktury rodzinne. Do tego ten śnieg… Mnóstwo bieluchnego, puszystego śniegu, w którym można było zakopać sporych rozmiarów trupa.

Już wcześniej rozmawiałem z ojcem przez telefon. Tym razem mieliśmy spędzić Boże Narodzenie na południu kraju, w naszych rdzennych stronach, przycupnięci u rozwlekłych korzeni Drzewa Życia. Święta odbywały się u jego rodziców, a moich dziadków. Z morskich, katolickich krain mieliśmy zawędrować w górskie, protestanckie rewiry.

– Wiesz jak to jest. Nie wiadomo, ile jeszcze pożyją. Każde święta mogą być tymi ostatnimi – powiedział ojciec, z przejęciem w głosie.
– Wiem, wiem. Masz rację.
– Widujesz ich tylko latem. Dawno nie byłeś w górach zimą. Będzie fajnie, odpoczniesz – mówił dalej, tłumacząc się z czegoś, czego nie umiałem namierzyć.
– Uhm – przytakiwałem mu, myśląc o tym, że choć na kilka dni odetnę się od zlodowaciałych ulic północy, widma zimowej sesji egzaminacyjnej oraz od ciała pewnej kobiety; jej obraz nakładał się na widok miasta, które mnie przyjęło, zaadoptowało i chciało wykształcić.
– A tak swoją drogą – pamiętasz panią której syn robił doktorat z historii sztuki? Pamiętasz? Przychodzili na kawę. On pożyczał ode mnie albumy.
– Pamiętam. Dawno nic o nich nie mówiłeś.
– Ta pani była u mnie wczoraj, by oddać album. Jej syn popełnił samobójstwo. Utopił się latem. W całym kraju było o tym głośno.
– Straszna historia – westchnąłem, odpływając w głębiny własnych, dwudziestoparoletnich zmartwień.
– Jest w opłakanym stanie.
– Na pewno.
– Ucz się więc, synu, bo jak widzisz, specjaliści są potrzebni. Priorytetowo.
– Podobno tak – odburknąłem, patrząc na walające się po pokoju ciuchy. Wtedy nasunęła mi się nagła myśl, więc zapytałem: – Który album ci oddała?
– „Wizerunek Boga w malarstwie barokowym” – odpowiedział ojciec. Minutę później rozłączyliśmy się. Sporządziłem listę zakupów i listę kolejności pakowania rzeczy do plecaka.

Bus, którym wówczas jechałem do domu, już od paru lat nie kursuje. Wtedy przedzierał się przez śnieżne zaspy, otaczając siedzących wewnątrz pasażerów zbyt mocnym ogrzewaniem. Wracaliśmy w rodzinne strony, zasypialiśmy w mechanicznej macicy, śniąc lub rojąc świąteczne fantazje na temat tego, jaki ten powrót powinien być. Czytałem właśnie powieść o weteranach pierwszej wojny światowej wracających do domu. O klęsce ich wyobrażeń. O porażce pamięci. Skulony na tylnym siedzeniu, płakałem jak dziecko. Depresyjny, przepity, umęczony własną cielesnością embrion.

Dwie doby później siedzieliśmy wraz z ojcem w pociągu. Uzbrojeni w błogosławieństwo matki, bieliznę termoodporną oraz wielki termos wypełniony herbatą odbywaliśmy wielogodzinną podróż poprzez noc, śnieg i sny do domu Dziadka. A im dalej maszyna pędziła w stronę przyszłości, tym mocniej my, wspominając, wracaliśmy do przeszłości.

Ulegając ówczesnej modzie, niebezpiecznie przeciągniętej aż do czasów aktualnych, miałem w uszach mp3, katując się sentymentalnymi soulowymi kawałkami, z niepokojem rozmyślając na temat miłosnej grozy pozostawionej w akademickim mieście oraz o matce, mającej pierwszy raz w życiu spędzić Wigilię samotnie.

Ojciec rzadko widywał swoich rodziców. Ich relacje nie układały się gładko. Jadąc w chłodnym przedziale snuliśmy domysły względem siostry ojca, a mojej ciotki oraz jej syna Marcina, mimo że już za kilka godzin mieliśmy się z nimi zobaczyć.

W tamtych mrocznych czasach szkolnictwa wyższego, mój kuzyn dobiegał dwudziestego roku życia. Chudy, nienawidzący jeść informatyk o wielkich, niebieskich oczach. Człowiek, który nauczył mnie palić papierosy. Człowiek, dzięki któremu odkryłem niesamowitą stronę dla dorosłych. Jeszcze nim byłem maturzystą, razem spędzaliśmy bity letni miesiąc w Beskidach, całymi dniami włócząc się po uliczkach i traktach wsi ewoluującej pomału w stronę miasteczka. Najpierw popijaliśmy colę, by z każdym rokiem podbijać procenty na obwolucie puszki. Lato przynosiło parę tygodni wspólnej demoralizacji. Dopiero przyszłość rozliczy nas z obopólnych nauk. I organizm.

Zbliżając się ku nieuchronnemu, zdałem sobie sprawę, że kuzyna nie widziałem przeszło rok. Mimo dużej zażyłości, nie wydzwanialiśmy do siebie. Byliśmy jak czułe monady bez okien. Nie mogliśmy się nagadać w trakcie spotkań odbywających się pod bacznym okiem seniorów rodu. Nasz dyskurs i tak łączył się ze sobą, płynąc po delikatnej pięciolinii czasu i pamięci, w przeciwieństwie do ogólnego dyskursu rodzinnego, pełnego sprzeczności, niedomówień czy paradoksów. Na przykład – z ust każdego padała zupełnie różna historia życia mojego ojca. On z kolei przytaczał pewne rzeczy na temat dziadków, z którymi część osób się zgadzała, a część (w tym sami dziadkowie) zaprzeczała im, traktując je jako niezbyt rozgarniętą narrację dobijającego pięćdziesiątki chłopca. Zastanawiam się, jak każdy z wieczerzających tamtej zimy przedstawiłby to, co miało dopiero nadejść.

Nad ranem powitał nas stalowy mróz katowickiego molocha. To tu przyszedłem na świat, a rodzice spędzili całą młodość. Metaliczny, śląski poranek zaoferował chaos przebudowy dworca wraz z ciepłą kawą w przydrożnym barze. Kolejnym punktem podróży był rozklekotany PKS, którym dojechaliśmy na miejsce docelowe.

Do wigilii Bożego Narodzenia została niecała doba.

Zatopieni w śniegu. Skuci ostatnią, prawdziwą zimą w mroźny pancerz rodzinnej celebracji. Nie ma po co wymieniać wszystkich typowych grzeczności. Zastaliśmy naszych bliskich, to było najważniejsze. Seniorzy radośnie nas ugościli. Od trzech dni była tam ciotka z Marcinem. Wymieniliśmy powitanie z charakterystyczną dla wyrostków sztywnością. Chcieliśmy już tylko opuścić dom, kupić piwo i wreszcie móc porozmawiać.

Jak się okazało, ciotka była w trakcie sprawy rozwodowej. Z wujem było coraz gorzej.

– Madzia musiała się zamknąć w łazience – opowiadał spokojnym tonem Dziadek, ostatni patriarcha naszego rodu, skubiąc przy tym słonecznik. – Waldek krzyczał na nią i demolował mieszkanie. Od wielu miesięcy nie bierze leków. Nie zamierza pójść do lekarza. Madzia zadzwoniła po mnie i przyjechałem. Wybiegł za nami na klatkę schodową z nożem. Powiedziałem mu, że jest chory. Że to koniec. Poprosiłem, aby zakończył to szaleństwo. Wtedy on podwinął koszulę i zaczął się nacinać w okolicy żeber. Madzia stała już przy samochodzie. Przywiozłem ją tutaj – kontynuował Dziadek, zerkając ukradkiem na teleturniej wyświetlany w telewizji. Madzia to oczywiście imię ciotki, jego jedynej, maleńkiej, czterdziestoletniej córki. Ona nie musi opowiadać ani o swoich radościach, ani o zgryzotach, albowiem głos Ojca jest jej głosem. Poza streszczaniem życia ukochanego dziecka, Dziadek mówi mało. Tak było i wtedy. Syn marnotrawny Freuda, Jung, mógłby dostrzec w ich relacji klasyczny, neurotyczny romans. Madzia w istocie powinna nosić miano Elektry. Wybrana przez ostatniego, twardego faceta z naszej rodziny. Szczęściara. Symboliczna dziewczynka i symboliczna kochanka. Doskonały przykład wiernej, ślepej miłości.

Dziadek wychował się w tych stronach. To on sprowadził babcię w dawną krainę dzieciństwa, w górzystą dolinę ewangelickiej wiary, wypartej przez katolicyzm przyjęty w momencie zaślubin ukochanej. Z protestantyzmu pozostał mu antyklerykalizm oraz szybko postępujący ateizm. Dziadek był twardzielem od początku, nie szukał ukojenia w życiu wiecznym. Był człowiekiem pracy, spokoju i nakazu. Jego opanowany głos stanowił prawo w domu, który wybudował własnymi rękami.

A mój ojciec sprzeciwił się Jego prawu. Został artystą. Nie zgodził się na wolę rodzica, która zażądała, by został inżynierem. Kiedy Dziadek budował dom, ojciec budował obrazy. Owszem, malował je, ostatecznie jednak budując czyjś albo czegoś obraz w psychice odbiorcy. Seniorowi zadośćuczynienie dawała sama esencja życia, juniorowi zaś idea tej esencji.

Krew ma w sobie tajemną metafizykę powinowactwa. Krew to jedyna droga, którą łeb w łeb kroczą i geny, i duchy przodków. Dlatego też moja miłość do Niego była oparta na ciszy i topornym zrozumieniu. Inaczej niż w przypadku Marcina, który, mimo ustawicznego palenia papierosów oraz snucia wyuzdanych pragnień, wciąż uchodził w oczach Dziadka za rozkosznego, Cineczka, pięcioletniego brzdąca o urodzie dziewczynki. Czas płatał figle nieustannie, a czas wigilijny zwłaszcza, o czym doskonale wiedział taki chociażby Dickens.

Dorośli zrobili potężne zakupy, jak gdyby zamierzali wykarmić całą wieś, ba, miasteczko, a młodzież, czyli my, ja i Marcin, siedzieliśmy na poddaszu, narzekając na wciąż egzotyczny świat ludzi dojrzałych. W radiu podawali, że pod wieczór ma zacząć znów padać śnieg. Miały się tworzyć ogromne zaspy.

Wieczorem były prezenty. Przełamaliśmy się opłatkiem i napchaliśmy brzuchy. Rabbi z Nazaretu przyszedł na świat po raz kolejny w okropnych, betlejemskich warunkach, a ludzkość świętowała w najlepsze, wylewając morza alkoholu i żalu, by uczcić Jego nadejście. Rodzina rozpieczętowała pokaźnych rozmiarów butlę whisky, co stanowiło dla nas, kuzynów, sygnał do zakończenia wigilijnego konwenansu. Ewakuowaliśmy się piętro wyżej, wyciągając z lodówki własny prowiant wyskokowy. Cóż to było za uczucie – wreszcie przestać siedzieć przy seniorach o suchym pysku. I to w pełnym blasku aprobaty majestatu prawa!

Za oknem wzbierał śnieg. Robiło się niebezpiecznie sentymentalnie, owa zimowa tęsknota była w stanie pogrzebać kilka tysięcy ludzkich istnień pod swoją czystą i bezlitosną pierzyną. Dochodziła dziesiąta w nocy.

Wtedy zadzwonił telefon Marcina.

– To ojciec – wybełkotał. W jego oczach zobaczyłem strach.
– Odbierz, pewnie chce ci złożyć życzenia – doradziłem.
– Może później… – powiedział zmieszany. Wyraźnie chciał odłożyć komórkę.
– No coś ty, dawaj teraz! Będziemy mieli święty spokój.
– Ok – odrzekł krótko, po czym odebrał dzwoniący aparat. – Halo, tata?
– Marcin?- zachrypiał niepewnie głos po drugiej stronie.
– Tak, tato. To ja.
– Gdzie jesteście?
– U Dziadków, przecież wiesz.
– Ona też tam jest?
– Jest.
Chwila milczenia. Marcin miał opanowany, kulturalny głos młodego gentlemana, ale jego ciało wyrażało prastary instynkt obrony życia.
– Daj mi ją do telefonu. – rozkazał głucho głos telefoniczny.
– Obawiam się, że to niemożliwe.
– Daj mi ją, kurwa!
– Tato… – wystękał kuzyn, a jego mowa łamała te krótkie słowo, na podobieństwo wigilijnego opłatka.
– Daj mi ją, słyszysz?! To przez ciebie, wstrętny gnojku… To przez ciebie już się nie rżniemy od tylu miesięcy… Ty mała gnido… Jesteś tam?! HALO!
– Jestem…tato…
– To mów, że jesteś – zasyczał głos. – Natychmiast daj mi ją do telefonu. Chcę rozmawiać z twoją matką.
– To niemożliwe – wykrzesał z siebie kuzyn niespodziewanie twardym tonem.
– Niemożliwe?
– Nie.
– W takim razie macie przejebane, moi mili. Zaraz wsiadam do samochodu i dopełnię czego trzeba. A święta spędzicie w piekle.

Połączenie zostało przerwane. Z niedowierzaniem spoglądałem na Marcina. W tamtej chwili był kimś zupełnie innym, niż chłopak, którego znałem z tylu wakacji mojego życia.
– Marcin, na litość boską… Jak długo to już trwa?
– Ojciec przestał brać leki ponad rok temu. Zaostrzyło się od paru miesięcy… Od lat jest fatalnie między nimi.
– Stary, ja naprawdę nie wiedziałem, że…
Daj spokój – przerwał mi rzeczowo – musimy powiadomić resztę.
– O czym?
– Lawina nadchodzi – rzucił cicho, po czym wstał i zszedł po schodach.

Pamiętałem mężczyznę który był moim wujem. Czasami zabierał mnie na spacery. Rozmawialiśmy na temat krasnoludków, czarów i szkoły muzycznej, do której chodził w dzieciństwie. Kiedy coś się psuło, reperował to. Dziadkowie mu bardzo ufali.
A teraz ten człowiek postanowił nas pozabijać. Ruszyłem na dół.

Dziadek oglądał po raz setny jeden ze starych filmów akcji. Babcia i ciotka lamentowały. Mój ojciec ledwo potrafił ustać na nogach.
– Nie możemy ignorować tego co mówi… Słyszysz, tatku? Może i jest chory, ale słowa dotrzyma. Nawet w zbrodni… Na pewno po mnie jedzie – ekscytowała się, szlochając, ciotka.
– Madziu, dzwoniliśmy ze cztery razy do niego. Spokojnie. Ma wyłączony telefon – mówił Dziadek, wpatrując się zmrużonymi oczami w migocący ekran telewizora.
– Ma-cin… Cosz jeścze gadał? – zabełkotał ojciec, pierwszy raz od niepamiętnych czasów ostro i radośnie napruty. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Za sprawą silnych emocji, pomału trzeźwiał.
– No gadał…
– No a c-co gadał?
– Że jak przyjedzie, to resztę świąt spędzimy w piekle – Marcin wyrecytował obojętnym tonem słowa rodzica.
Zapadła cisza. W końcu chory psychicznie wuj został sam w mieszkaniu pełnym kuchennych noży, metalowych rurek stanowiących jego narzędzie pracy oraz jednej czy dwóch wiatrówek, którymi „zaraził się” przez pasje łowieckie swojego teścia.
Dziadek wyłączył telewizor. Odłożył pilot, odstawił spodeczek ze słonecznikiem. Wstał.
– Chłopcy, ile minut temu rozmawialiście z nim?
– Jakieś pół godziny temu, Dziadku.
– Więc mamy jeszcze godzinę. Skoczcie no po moją ukochaną.

Wszyscy wiedzieliśmy w czym rzecz. Dziadek prosił nas o przyniesienie strzelby na śrut. Nie wiem czy posiadał ją legalnie, czy nielegalnie. Ale to ona miała stanąć chwilowo na pozycji strażniczki domowego ogniska.
Przynieśliśmy broń z poddasza, a on ją przeładował, delikatnie popieścił wzdłuż lufy i podszedł do okna. Ojciec wziął w posiadanie sportową wiatrówkę Marcina, która tkwiła tu od wakacji.
– A my? – zapytała wystraszona babcia, kryjąc w ramionach chlipiącą Madzię.
– Wy siedźcie cicho- zakomenderował Dziadek. – Synuś, idź na prawą flankę. Wiesz jak? O właśnie, dobrze. Chłopcy, włączcie po cichu radio, zgaście lampy, zostawcie jedynie choinkę. Chcę widzieć światło, choćby najmniejsze. Śnieg mi go sprzeda.

Wypełniliśmy wszystkie rozkazy. Na stole wigilijnym dopalała się świeca. Choinka migotała tandetnym blaskiem, rozpamiętując w ciszy PRL-owskie lata, które ją stworzyły. Gruby Święty Mikołaj o zapitych policzkach, skulony w jednej z bombek, wlepiał w nas małe, czarne oczy. W radiu jakaś kapela reggae wykonała kolędę, po czym nadano powtórkę starszej audycji z udziałem jednego z czołowych przedstawicieli rockowej, rodzimej sceny muzycznej. Wywiad z nim musiał być w toku, ponieważ kończył opowiadać o swoim równie sławnym ojcu. Marcin, blady jak ściana, przerażonym wzrokiem spoglądał na przyczajonych przy oknie mężczyzn. Lufy ich broni lada chwila mogły zostać wymierzone w jego obłąkanego rodzica. Ostatkiem zdrowego rozsądku dotknąłem w myślach pozostawionych na północy spraw miłości. Być może zaraz miałem stać się świadkiem spraw ostatecznych.

Spiker w radiu zapowiadał ostre zamieci w południowej części kraju. Za oknem zaczął padać śnieg. Robiło się coraz bielej i bielej. Dziadek z ojcem uchylili okno. Broń wychodziła na rozciągającą się tuż przy drodze ścianę lasu. Co jakiś czas okolicę nawiedzało światło reflektorów przejeżdżających pojazdów. Zastanawialiśmy się, czy w wigilijną noc spadnie na nas śmierć i szaleństwo. Byliśmy gotowi na wszystko. Pozostało czekać.

Przedświąteczny groch z kapustą (2017)

Wtrącę się jako adminka pro domo sua: Blog wchodzi w szósty rok życia. Wczoraj skończył pięć lat. Przez pięć lat publikuję codziennie wpisy wielu autorów i własne, i jak dotąd ani razu się nie zdarzyło, żeby nie było wpisu!

Andrzej Rejman

Znajduję pocztówkę świąteczną wysłaną w 1929 roku przez dziadków do wnuka – Kazika Hrebnickiego (1922-1944).

“Kochany Kaziczku! Niech Ci te ptaszynki zaniosą od nas powinszowania Świąt i życzenia zdrowia, ślicznej choinki i wszelkich przyjemności.”

Pocztówka, jak pocztówka – dziś też podobne są w warszawskim Empiku. Niewiele się zmieniło… choć jakże wiele.

Na odwrocie pocztówki napisy: Import Printed in Germany, HWB Ser. 1116.
Sporo trwało (mimo internetu) ustalenie co to za wydawnictwo HWB. Dopiero w opisie książki (rozpowszechnianej tylko na CD) “Weihnachtskarten – Christmas Cards” (Rainer Kappe) Simon Verlag für Bibliothekswissen znajduję, że HWB to berlińskie wydawnictwo H. Wolff Verlag Berlin (HWB).

Die Weihnachtspostkarten mit der Signatur HP vom Pittius Verlag, Berlin, H. Wolff Verlag Berlin (HWB), Wiechmann Verlag, Starnberg vor München, und dem Verlag Artur F. Krueger, Hamburg, gehörten zu den erfolgreichsten Serien von den 20er bis in die 50er Jahre des letzten Jahrhunderts…

Alte Karten sind heute noch sehr gefragt. Dargestellt werden die heiligen Könige, das Christkind, Tannenzweige und Misteln, Schlitten, verschneite Landschaften und auch der Nikolaus oder Santa Claus.

***

Znajduję także w archiwach rodzinnych wycinek z gazety “Nowy Kurjer Warszawski” – wydanie świąteczne 1939 rok, a więc okupacyjna Warszawa…

Tekst pisany na zamówienie okupanta, być może przez jakiegoś kolaborującego warszawiaka, może po prostu przetłumaczony – podpisu nie ma… Obok tekstu – obrazek autorstwa Bolesława Surałło*, malarza, który już nie żył w okresie ukazania się gazety.

Surałło pewnie nie pozwoliłby na zamieszczenie swojego dziełka w tej gadzinówce, której kupienie było wtedy właściwie nieprzyzwoite, (jednak co tu kryć – ktoś z mojej rodziny kupił, pewnie głównie z powodu konieczności dostępu do informacji praktycznych… **)

Tak, czy owak gazeta taka po latach jest cennym źródłem historycznym.

Jak się przyjrzeć obrazkowi Surałły – to bardziej lament i krzyk rozpaczy, niż śpiew kolędników…. Czyżby Surałło przewidział?

Tekst jest znamienny – jest to głównie oskarżenie rządów sanacyjnych o dopuszczenie do wojny…

…Polska 1918-1939 r. daleka była od Polski, o której marzył Żeromski, a która śniła się Wyspiańskiemu.
Jakim prawem – zapyta dziś niejeden, snując refleksje przy choice, a tym bardziej, jeśli jej nie posiada – jakim prawem ci ludzie przywłaszczyli sobie monopol na sprawowanie rządów?
Ileż to razy zbijano argumenty opozycji domagającej się prawa głosu w sprawach publicznych:
– Nie można was dopuścić do władzy, bo doprowadzilibyście kraj do zguby!
Obecnie wiemy, że w tak rekordowo krótkim czasie nikt nie zaprzepaściłby chyba dzieła Pierwszego Marszałka…

______

A na koniec – akcent optymistyczny – jeszcze jedno piękne dzieło Surałły

Plakat reklamujący obóz żeglarski dla młodzieży nad jeziorem Narocz powstał na zlecenie Ligi Morskiej i Kolonialnej, z którą Surałło-Gajduczeni współpracował. Skomponowany z uproszczonych elementów przekaz oddaje malowniczy pejzaż pojezierza, zachęcający młodego odbiorcę do aktywnego wypoczynku.

(źródło: Muzeum Narodowe w W-wie, zasoby cyfrowe Muzeum Plakatu)

______________________________________________________________

* Bolesław Surałło-Gajduczeni (1906 Chersoń – 1939 Lublin) malarz, grafik, projektant wnętrz, scenografii filmowych i teatralnych. Studiował w Miejskiej Szkole Sztuk Zdobniczych i Malarstwa w Warszawie i w Szkole Sztuk Pięknych, był jednym z pierwszych uczniów wybitnego grafika Edmunda Bartłomiejczyka (1885–1950). Od 1936 r. kierował warsztatami w Państwowej Szkole Przemysłu Graficznego w Warszawie, kształcącej drukarzy i litografów, którzy podczas zajęć z Surałłą poznawali zasady kompozycji i projektowania, m.in. plakatów. W 1937 r. założył studio grafiki artystycznej AGAR. Surałło-Gajduczeni zmarł tragicznie w Lublinie w pierwszych dniach wojny – podczas transportu obrazu Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki. Dorobek artysty w większości uległ zniszczeniu.

** …Polska prasa konspiracyjna wielokrotnie wzywała do bojkotu prasy gadzinowej, przede wszystkim w dniach ważnych rocznic (po raz pierwszy 15 lipca 1940). 1 września 1940 sprzedano tylko 50% nakładu „Kuriera”. Gazeta była jednak kupowana, przede wszystkim z powodu ogromnego niedosytu informacji i ograniczonego dostępu do polskiej prasy konspiracyjnej. Zawierała ona także wiele istotnych i przydatnych na co dzień informacji, m.in. zarządzenia władz Generalnego Gubernatorstwa, komunikaty dotyczące racji żywieniowych i produktów na kartki, sprawozdania władz i instytucji miejskich, ogłoszenia o poszukiwaniu pracy, repertuar kin i teatrzyków, recenzje z premier, przepisy kulinarne, porady prawne oraz nekrologi (w tym dotyczące osób, które zostały zamordowane przez Niemców). W grudniu 1940 wprowadzono jednak zakaz używania w nekrologach publikowanych w „Kurierze” określenia „zmarł nieoczekiwanie”, a w lutym 1941 – słowa „prochy”. „Nowy Kurier Warszawski” był kupowany także z powodów bardzo prozaicznych – trudności z zaopatrzeniem się w okresie okupacji w papier higieniczny i papier do pakowania…. źródło: Wikipedia