Orient powszedni II

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Duża ilość i jakość reakcji Czytelników na zeszłotygodniowy odcinek wschodniego itinerarium uświadomiły Viatorostwu, iż umieścili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Trudno będzie teraz temu sprostać. Ale próbować trzeba.

Z Lublina skierowali się Wędrowcy na, rzecz jasna, wschód. Łęczna. Viator przybył tutaj po raz pierwszy, ale miejsce jest mu dość bliskie, jako, iż stąd wiedzie swój ród Szwagier Wędrowca. No i gdy później, po powrocie z wyprawy, zwierzał się Pielgrzym swej Siostrze – żonie Szwagra, rzecz jasna – iż odniósł wrażenie, że miasto jest trochę zapuszczone, to mu się młodsza Siostrzyczka niemal do gardła rzuciła, mało mu oczu nie wydrapała! Viator ceni taką lojalność, tym bardziej, iż miała Siostra poniekąd rację. Faktycznie – generalnie Łęczna jest zadbana, są na to fundusze z okolicznej kopalni Bogdanka, świetnie prosperującej. Ot, choćby doskonale utrzymany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, przykład eleganckiego i smukłego Renesansu Lubelskiego.

Jednak wrażenia Viatora nie były tak do końca bezpodstawne. Miasto reklamuje się tym, że ma trzy rynki, dwie synagogi i dwa ratusze. I niestety, w okolicy, gdzie one się znajdują, rzeczywiście nie wszystko jest takie, jakim być powinno. Piękne, stare domki w większości chylą się ku upadkowi. Rynek II i stojące przy nim wspomniane dwie synagogi (Duża i Mała), choć malownicze, jako żywo są zapuszczone, inaczej się tego nie da nazwać.

Rynek III w połowie wygląda jak klepisko, urządzona i zieleniąca się jest tylko druga połowa. A nad drzewami zaczyna powoli zachodzić słońce.

Rynek I odnowiony co prawda w całości i solidnie, ale jednak tak jakoś tandetnie, cukierkowato. Za to stary, klasycystyczny Ratusz, obecnie USC, jest naprawdę piękny.

Ale i nad nim zachodzi słońce. To znak, że czas znaleźć nocleg. W tym celu Wędrowcy udali się do Włodawy.

Od rana zwiedzanie miasta. Tutaj też nie wszystkie atuty wyzyskano maksymalnie. Jedyny w kraju tak zwany Czworobok (czyli coś w rodzaju czworokątnych sukiennic), mimo iż unikalny, pozostaje średnio wyeksponowany, a jego podwórko, potencjalnie miejsce wspaniałych wystaw czy imprez, wręcz leży ugorem. Szkoda.

We Włodawie Viator osiąga kres… przynajmniej w pewnym sensie. Bug, wodowskaz, granica. A na drugim brzegu stoi pogranicznik i pilnie się Wędrowcom przygląda. Inny świat! Kiedyż to Pielgrzym ostatni raz widział coś takiego?

Miasto ma swój urok. Jest tu kościół katolicki, jest cerkiew prawosławna, jest i synagoga (nawet trzy). Ten zestaw będzie się już powtarzał regularnie na trasie wyprawy Viatora. Taka jest historia i specyfika tych ziem: ludzie różnych kultur, języków, religii zawsze żyli tu obok siebie. I oczywiście prawie każdy spośród autorów wspomnień z tamtych czasów usiłuje nam wmówić: Et in Arcadia ego!

Nooo… Taki głupi to już Viator nie jest, może głupi, ale taki to już nie! Nie było żadnej Arkadii. Jedyny raj to raj dzieciństwa tych autorów. Poza tym proza życia, bieda i konflikty. Jak w życiu. Czasem żyli ci ludzie obok siebie lepiej, czasem gorzej. Istotne, że ŻYLI. Bo przyszedł czas, że przestali – jedni przestali żyć obok siebie, inni przestali żyć w ogóle. Wtedy, gdy przyszedł Kataklizm o którym, jako rzekł poprzednio Viator, nikt w gruncie rzeczy nie chce pamiętać, nikogo on nie obchodzi. Mimo, że wszystko wywrócił do góry nogami: dziś Włodawa to miasto graniczne, kresowe – wtedy leżało w ścisłym centrum kraju.

Początek Katastrofy nie zapowiadał jeszcze jej rozmiarów. We Włodawie zaczęło się nawet dość optymistycznie. Tutaj, mniej więcej w połowie pamiętnego Września, generał Kleeberg przeprawił się ze swymi oddziałami przez Bug, tutaj je zreorganizował, uporządkował i poprowadził do dalszych zwycięstw. Tu powstała nazwa Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. To kolejne miejsce, gdzie Viator trafia na ślady wielkiego generała, którego postacią już od dawna jest zafascynowany. Dlaczego? Kiedyś już o tym pisał, relacjonując swą wizytę w Kocku. Można tam zajrzeć i przeczytać całość, ale, by oszczędzić Czytelnikom fatygi, Wędrowiec przytacza poniżej stosowny cytat. Powoływać się na siebie samego, tym bardziej zamieszczać autocytat, trochę niezręcznie. Ale, jako się rzekło, to dla wygody Czytelników. Poza tym Viator, skłonny skądinąd do wodolejstwa (któremu nawet wodowskaz na Bugu by nie sprostał) i barokizowania, akurat swój podziw dla generała Kleeberga ujął zwięźle i treściwie, teraz niczego do tych słów nie musi dodawać:

Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Miednoje. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć.

Wtedy, gdy trwał Wrzesień żagwiący, jeszcze nic nie wskazywało na to, co się tutaj wkrótce wydarzy. By się z tym zmierzyć, trzeba opuścić Włodawę i ruszyć na południe. I to jest właśnie, wspomniana w odcinku pierwszym, prawdziwa wyprawa do Jądra Ciemności. Oznakowanie, jak na znaczenie miejsca, kiepskie, Viatorstwo raz nawet pobłądziło, mimo, iż asfaltowa nawierzchnia szosy przyzwoita. W końcu jednak osiągamy wielki kompleks leśny i skręcamy w boczną drogę. Trzeba nią będzie pokonać kilka kilometrów. Oznakowania nie ma już żadnego, a jakość leśnego duktu tak zła, iż Viatorowi przebiega przez głowę, całkiem serio, myśl, iż to jakiś sabotaż, że komuś zależy, żeby nikt się tu nie pojawiał.

Mimo to wytrwale, kilometr po kilometrze, pokonujemy las. Wędrowiec czuje narastającą duszność, strach, jakąś klaustrofobię, mimo, iż to otwarta przestrzeń. Na szczęście ostatecznie dojeżdża na małą, idylliczną stacyjkę gdzieś w głębi puszczy.

Nie jest Pielgrzym pierwszym, którego zadziwia faktem, iż obóz zagłady w Sobiborze tak długo czekał na godne upamiętnienie. Przecież o jego istnieniu, a zwłaszcza o buncie i ucieczce więźniów wiedziano od dawna: pierwszy film fabularny, ten z Rutgerem Hauerem w roli głównej, nakręcono już w 1987 roku, ostatnio powstał kolejny. Ale tu, na miejscu, ciągle były jakieś kłopoty z budową muzeum, wciąż brakowało czyjejś dobrej woli. Na szczęście od kilku lat sytuacja ulega systematycznej poprawie. Wyraźnie, poprzez wysypanie białego żwiru, oznaczono teren pochówków, odnowiono kurhan pamięci.

Budowa pawilonu wystawowego trwa, na razie to stan surowy, ale już wkrótce…

Aleja pamięci. Kamienie z tabliczkami, informującymi, skąd pochodziły ofiary. Poza Żydami polskimi czy słowackimi są też licznie reprezentowani mieszkańcy Francji, Holandii…

Patrzy Wędrowiec na te tabliczki i myśli sobie tak: Żydzi nie są wyjątkowi, żaden naród nie jest, to tylko gorliwi chłopcy z opaskami, wspomniani w poprzednim odcinku, mogą tak myśleć. Ale Szoah jest wyjątkowy. Ta skrupulatność. Organizacja. Wydajność. Determinacja. Dbałość o szczegóły. Dziś żyjesz sobie w Paryżu, Amsterdamie czy innym centrum cywilizacji, a jutro giniesz w ciszy i tajemnicy pośrodku lubelskich lasów. Robi wrażenie, no nie?

Z autentyczną ulgą opuszcza Viator Jądro Ciemności. Jeszcze tylko pozdrawia smutno te brzózki schylone ku ziemi, jak chasydzi, owinięci w tałesy i medytujący na Księgą Ksiąg. Bo niewątpliwie ich dusze wcieliły się drzewa i próbują pojąć przed obliczem Najwyższego to, czego zrozumieć się nie da.

A gdzie pofrunęły dusze oprawców? Chyba tkwią tutaj, tuż przy torach, po których toczyły się wagony pełne strachu i smutku; nasyp widać w głębi fotografii.

Jeszcze raz przejeżdża Pielgrzym przez Włodawę. Od południa widać jej najpiękniejszą panoramę. Strzałki wskazują trzy świątynie, świadczące o historii.

I już. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i opuści Viator Lubelszczyznę. Zaczyna się Polesie, kraina niemal arkadyjska, choć niezupełnie. Ale o tym za tydzień.

Viatorka

Wysuszyła Viatorka Viatorowi głowę przed tygodniem, po czym solennie obiecał jej, że tekst swój napisze najpóźniej dzień przed terminem. I co? I nic. Tym razem zostawił Viator Viatorce może dziesięć minut zamiast pięciu. Ale cóż robić, w końcu miał Viator wczoraj paskudny, podły dzień… Może następnym razem się poprawi?

Początek podróży z Lublina w kierunku Podlasia minął Viatorce szybko, nie mogła się skupić na urodzie i zabytkach Łęcznej czy Włodawy. Skonstatowała jednak, że urocze to miejsca, że ciekawe zabytki, zupełnie inne od tych na naszym Zachodzie. Tylko wszędzie te dysonansy – jakieś relikty budowlane za słusznie minionej epoki, a mówiąc dosłownie, rudery z lat 70 ubiegłego wieku, niektóre opuszczone. Psują urodę i harmonię dawnych założeń architektonicznych. I właściwie dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Emocje wzbudziła w Viatorce dopiero podróż do Sobiboru, o którym wcześniej tyle słyszała, a nawet dawno temu oglądała film fabularny. Piękna, słoneczna pogoda, coraz piękniejsza przyroda, coraz więcej bocianów, spokojny las i fatalna droga, właściwie „czołgowisko” i niepewność – czy ta droga dokądś w ogóle prowadzi?

W końcu jest – stacja kolejowa, kilka domów, ale żadnego człowieka, budynek wystawowy w stanie surowym, ostrzegawcza taśma budowlana zagradzająca drogę do lasu i tablica informacyjna. Wątpliwość – czy to naprawdę tu?

Wjeżdżamy kilkadziesiąt metrów do lasu. Po lewej stronie wąska alejka między wysokimi drzewami, a przy niej kamienie z tabliczkami. Na wprost jakiś komin i mała polanka pokryta białymi kamieniami. I co, to wszystko? Gdzie prochy tych 200 tysięcy zamordowanych?

Spojrzała Viatorka ze swego wózka inwalidzkiego do góry, ponad wysokie sosny, spodziewając się zobaczyć nad sobą jakąś szarą chmurę popiołów… Ale nie, nad nią było tylko jasnobłękitne niebo, spomiędzy drzew przedzierały się promyki słońca, słychać było jedynie cichy szum wiatru i mnóstwo śpiewających ptaków.

Tak, dopiero w tym miejscu poczuła Viatorka grozę… Zaczęła sobie wyobrażać, jak wiele lęku, bólu, emocji każdy z zamordowanych tutaj zostawił, co myślał, idąc na śmierć samemu i patrząc na śmierć bliskich … Co mogli czuć więźniowie, których zmuszono do pracy przy mordowaniu, a którzy wiedzieli, że ich samych też czeka ten sam koniec. A dziś te myśli, emocje, ból, a nawet prochy zniknęły, nie ma ich, nic nie znaczą.

Wszyscy niby wiemy, że jesteśmy śmiertelni, ale jak trudno się z tym pogodzić, szczególnie kiedy życie tracimy z czyjejś ręki, albo kiedy odchodzimy świadomie.

I znowu pomyślała Viatorka o swojej przyjaciółce, której życie niczego chyba nie oszczędziło, a na koniec „obdarzyło” ciężką, bolesną chorobą i straszliwą niepewnością o dorosłe dziecko. Przedwczoraj cichutko odeszła jej towarzyszka z hospicyjnej sali. Jednak nawet wtedy przyjaciółka nie myślała o swoim losie: martwiła się, co powie, jak wytłumaczy to swojemu upośledzonemu synowi.

A co myśleli: matki i ojcowie, żony i mężowie, córki i synowie w sobiborskim lesie?

Nowe książki, nowe kobiety

Ewa Maria Slaska

Roksana Wiankowska. Nowa autorka. Przyszła z sieci. Już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię, gdy autorzy przychodzą sami. Przyszła, żeby pokazać książkę, którą właśnie wydała. W jednej z dedykacji (jest ich kilka) napisała:

Witaj, jeśli to czytasz, oznacza to, że chętnie
poznasz historię niejakiej Anastazji, która
stoczyła walkę z samą sobą. Było to nieodłącznym
elementem jej uzdrowienia. Po dość trudnym
dzieciństwie, uczuciu osamotnienia, zagubienia,
długotrwałej hospitalizacji, zdobyła się na walkę
ze swoim wewnętrznym JA. Polecam tę książkę
szczególnie tym, którzy słowo „anoreksja” znają
nie tylko z encyklopedii.

Nie znam słowa anoreksja z autopsji, nie znam jej też z encyklopedii. Gdy byłam młodą panną nie było tego słowa w encyklopedii. Wiem, bo moją pierwszą encyklopedię przeczytałam hasło po haśle. Przyznaję jednak, że była to pozycja wprawdzie dość gruba, ale jednak mała, jednotomowa, i miała co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy haseł. Oczywiście i my, młode panny w PRL, miałyśmy problemy z wagą i moja Mama naśmiewała się ze mnie, że na wewnętrznej stronie drzwi szafy z ubraniami nakleiłam sobie dwa artykuły z Filipinki, a może już z Kobiety i życia: Jak schudnąć? oraz Jestem chuda, dlaczego?
Nawet nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o anoreksji. Na pewno już po wyjeździe z Polski czyli w drugiej połowie lat 80. W Namiętniku Manueli Gretkowskiej (1988) jest opowiadanie o anorektyczce, która miała wizje i potrafiła przewidywać numery wygrywające w totolotka. Był też taki wywiad z niemiecką aktorką i pisarką Doris Dörrie na temat jej książki Samsara, w którym pisarka mówi:

Każda choroba jest wyrazem tego, czego człowiekowi brakuje. Teraz często jest to anoreksja młodych dziewcząt, na przełomie wieków to była histeria, a pod koniec XV wieku kobiety, które nie jadły zostawały świętymi. Przyświecała temu religijna wiara, że jeśli nie będziesz jadł, Bóg cię nakarmi. (…) Choroba wypełnia czarną dziurę, którą musisz czymś wypełnić, bo inaczej nie poradzisz sobie z życiem, nieważne czy są to ekstazy narkotyczne lub religijne, czy też jedzenie dużo lub nic, zawsze chodzi o wypełnienie tej dziury.

Myślę, że Roksana Wiankowska, autorka Anoreksji na śniadanie i jej bohaterka – Anastazja, to właśnie udowadniają.

Kolejną rzeczą, która kojarzyła mi się ze spokojem ducha, było jedzenie. Tak, podczas wspólnych posiłków z Franciszkiem i mamą czułam się bezpiecznie. Wtedy panował zazwyczaj spokój. Być może budzi się w Tobie pytanie, dlaczego popadłam w anoreksję, jeśli lubiłam jeść? Pozwól, że Ci wytłumaczę: oglądając seriale zauważyłam, że większość atrakcyjnych, chudych dziewczyn czuje się  dobrze w swoim ciele. dodatkowo są akceptowane przez innych, mają masę przyjaciół. Natomiast ja byłam niziutka i mimo swej drobnej budowy wyglądałam zdrowo. Jednak nie czułam się atrakcyjna. Nie wiedziałam, dlaczego. Po czasie stwierdziłam, że być może, jeśli odrobinę schudnę, zacznę być zauważana i doceniana przez otoczenie.

Wypełnienie czarnej dziury to zajęcie, które, gdy jesteśmy młodzi i musimy zorganizować swoje życie, uprawiamy wszyscy. Jedni chcą być mądrzy, inni bogaci, niekiedy trzeba być sławnym, niekiedy chudym. Anoreksja na śniadanie to opowieść o tym, jak młodziutka dziewczyna popada w zależność od choroby i jak z niej wychodzi.

W (kolejnej) dedykacji autorka deklaruje:

Dla Mamy
Książkę chciałam zadedykować mojej mamie, bez której pomocy nie wygrałbym tej walki.
Chcę, abyś wiedziała, że zawdzięczam Ci swoje życie. Sposób, w jaki przyczyniłaś się do mojej walki z chorobą jest największym dowodem matczynej miłości. Zdaję sobie sprawę, jak wiele wycierpiałaś. Dziś bez problemu mogę stwierdzić, że dowiodłaś, iż prawdziwe uczucie ,,potrafi góry przenieść’’. Wiedz, że jestem Ci dozgonnie wdzięczna. Dziękuję, że nie pozwoliłaś mi utonąć.
Kochająca córka.

Wzruszająca dedykacja. Ale w samej książce ten moment jest zaznaczony dość ogólnikowo. Mama zmusza córkę do leczenia, a potem odwiedza ją w klinice, ale jej udział w terapii córki jest mało widoczny. To zresztą szerszy problem, jaki tu zauważam. O ile bowiem popadanie w chorobę i sama choroba zostały przedstawione znakomicie, niekiedy wstrząsająco, o tyle wychodzenie z niej jest nieco schematyczne, a realne opisy zostają  zastąpione tezami i deklaracjami. Można by powiedzieć, że nie do końca udało mi się uwierzyć, że Anastazja jest postacią rzeczywistą, a jest to kluczowa sprawa, bo Anoreksja… to nie powieść do czytania, tylko powieść z przesłaniem: postaraj się, a uwolnisz się z kleszczy nałogu. Uwierz w siebie, mówi autorka, a wyrwiesz się, tak jak wyrwała sie bohaterka książki, ale też – jak wyrwała się z nich sama autorka.

Ale postawiona wobec pytania-wyboru: uwierzyć autorce czy nie uwierzyć, intuicyjnie wierzę. Wierzę, bo warto uwierzyć. Wierzę, bo chcę, żeby wierzyły jej młode dziewczyny, ich matki i babcie, przyjaciółki i siostry. Wierzę, bo wielu z nas potrzebne jest myślenie o anoreksji, o tym skąd się bierze, jak zżera człowieka i jak się można jej pozbyć.
A przynajmniej spróbować…

Niewątpliwie sama Wiankowska, młodziutka, piękna kobieta, sprawia wrażenie osoby zdrowej, szczęśliwej i takiej, która znalazła sposób na życie. W sieci znaleźć można (było) jej webinar o tym, jak wydała swoją książkę.

Książkę można zamawiać na www.roksanawiankowska.eu

Książkę warto a może nawet trzeba kupić, nawet jeśli myślenie o anoreksji nie jest nam do niczego potrzebne. Powinno się i tak kupić z uwagi na niezwykłą po prostu szatę graficzną. Tak pięknej typografii dawno nie widziałam; jej autorką jest Elżbieta Lubińska, a projekt graficzny Anoreksji… był jej pracą magisterską. Poniżej jedna z ilustracji w tekście. Są to zawsze opracowane graficznie słowa i zdania książki. Tu końcówka zdania: Teraz sobie rycz.

Na zakończenie chciałabym się jeszcze podzielić z Wami refleksją na zupełnie inny temat. Roksana jest już drugą młodą kobietą, jaką poznałam w ciągu ostatniego roku (z kawałkiem), która wydała swoją własną książkę i uczyniła z niej swój sposób na życie. O pierwszej pisałam już TU na blogu, a potem od czasu do czasu reblogowałam jej teksty. Na przykład TU.

Magda Bębenek i Roksana Wiankowska należą do nowego pokolenia kobiet. Obie napisały swoją własną książkę, a jednocześnie coś w rodzaju poradnika dla innych młodych kobiet. Obie sięgnęły po własne doświadczenia i nie boją się o tym mówić. Obie same wydały swoją książkę, nie oglądając się na recenzentów, krytyków i cały ten wydawniczy kram. Obie wreszcie odniosły, odnoszą lub odniosą sukces ekonomiczny. Obie są odważne, pełne życia i umieją przerobić porażki w sukces. Obie są sobą i porada, jakiej udzielają innym (młodym kobietom) tak właśnie brzmi: uwierz w siebie i bądź sobą.

O, nowy wspaniały świat, o nowe książki i nowe kobiety!


Fragment tekstu Anoreksja na śniadanie: śniadanie

Po gimnastyce, około 8:15, było śniadanie. W dni robocze dostawaliśmy standardowo zupę mleczną i 2 kromki chleba. Do picia była jakże cudowna herbatka przesłodzona białym cukrem. Do dzisiaj zastanawiam się, jakim cudem posiłki o takim składzie były częścią diety „prozdrowotnej”… najtańsze białe pieczywo, cukier, mleko. Ironią losu było to, że spożywały to osoby o cięższych zaburzeniach psychicznych niż anoreksja. To wyjaśniało ich nagłe ataki szału pomiędzy posiłkami, podczas gdy poziom glukozy we krwi gwałtownie spadał…
Później mieliśmy 5 minut, aby się przebrać, umyć zęby i przygotować się do nauki w „szpitalnej szkole”. Czułam się niczym w więzieniu. Każda minuta mojego dnia była skrupulatnie zaplanowana. Co gorsza – mój nastrój uzależniony był od humoru pielęgniarki mającej dyżur. Większość z nich wydawała się być całkiem miła, może poza tą znerwicowaną psychoterapeutką Patrycją. Na szczęście, gdy się dowiedziała, że jestem tutaj ze względu na anoreksję, nie próbowała mnie atakować.
Mimo to bardzo się jej bałam. Moją strategią było rozmawianie z nią o przepisach kulinarnych. Właśnie to pozwalało mi przejść bezpiecznie przez pole minowe, którym była sala od terapii. Mój dzień wyglądał jednak nieco inaczej niż innych pacjentów na oddziale. Każdy posiłek był uhonorowany półgodzinną przerwą na leżenie. Dopiero po sumiennym wykonaniu polecenia mogłam wybrać się na zajęcia szkolne.


20 czerwca Roksana i ja będziemy prezentowały jej książkę w Berlinie
Zapraszamy na godzinę 19:

OstPost
Choriner Str. 84
10119 Berlin
info@ostpost-berlin.de

Stuart 46

We don’t need no education 
We don’t need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers, leave them kids alone
Hey! Teachers! Leave them kids alone
All in all it’s just another brick in the wall

Nie potrzebujemy nauki
Nie kontrolujcie nam myśli.
Niepotrzebny nam w klasie czarny sarkazm
Nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
Hej, nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
To, co robicie, to tylko jeszcze jedna cegła w murze.

Pink Floyd, Another brick in the wall

Joanna Trümner

Szkoła

W kilka dni po powrocie do domu Stuart stał przed tablicą w klasie i tłumaczył uczniom podstawy trygonometrii. Z niedowierzaniem przyglądał się swoim podopiecznym. Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że próbują zrozumieć i zapamiętać, to co mówi. „Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że im opowiadam bardzo ciekawą książkę”, myślał, ale czuł się przy tym nieswojo. Zastanawiał się, co było przyczyną takiej zmiany. Nie było go w szkole sześć tygodni. „Może dowiedzieli się, że zmarła mi matka? A może po prostu mają dosyć zastępstwa »Wiedźmy«?” „Wiedźma” była oprócz niego jedyną nauczycielką matematyki w szkole. Ta starsza, humorzasta i nielubiana przez uczniów kobieta nie cieszyła się też sympatią nauczycieli. Zamieniało się z nią co najwyżej kilka grzecznościowych słów. Była wiecznie pouczającą i krytykującą innych nudziarą. Nikt nie myślał o tym, że ma jakoś na nazwisko, również w pokoju nauczycielskim była po prostu „Wiedźmą”, tak jak ją przezywali uczniowie. Nazywała się Billings i była jedną z tych nauczycielek, które do końca życia wspomina się z niechęcią i przez które nie lubi się matematyki.

Pod koniec lekcji przed tablicą stanął najlepszy matematyk w klasie, Adam. ,„Dobrze, że Pan już wrócił”, powiedział nieśmiało, „w imieniu klasy proszę o unieważnienie ostatniej klasówki. Nikt jej nie zdał”, dodał. „Nawet ty?”, zapytał Stuart z niedowierzaniem. „Nikt”, odpowiedział Adam czerwieniąc się. Stuart przez chwilę wahał się. „Zobaczę, co się da zrobić, niczego nie obiecuję. Nie mogę podważać ocen innego nauczyciela”, powiedział wreszcie.

Znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedział, że niemożliwe jest skreślenie lub poprawienie ocen raz naniesionych do dziennika, z drugiej – żal mu było uczniów ostatniej klasy, zła lub niedostateczna ocena z matematyki na świadectwie mogła przekreślić ich przyszłość. Wiedział, że czeka go nieprzyjemna rozmowa z dyrektorem szkoły i „Wiedźmą”. Przypomniała mu się rozmowa z dyrektorem przed rozpoczęciem pracy. Dyrektor powiedział mu wtedy: „Niech Pan nie zapomina, nie jesteśmy tu po to, żeby nas lubiano, tylko po to, żeby czegoś tych młodych ludzi nauczyć, krok po kroku, cegła po cegle”.

W dwa dni później siedział w gabinecie dyrektora i opowiadał o prośbie uczniów. Mświł, ale wiedział, że sprawa jest beznadziejna. Dyrektor nie ukrywał rozczarowania. „Nie sądziłem, że tak łatwo da się Pan wciągnąć w dziecinne rozgrywki. Miałem dla Pana dużo wyrozumienia, w końcu nie było Pana sześć tygodni. Inny pracodawca dawno by Pana upomniał, a może nawet wyrzucił.” „Wie Pan, że miałem powód”, odpowiedział Stuart. Dyrektor bąknął pod nosem „serdecznie współczuję” i podał Stuartowi rękę na pożegnanie. „Audiencja skończona”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet. Był zły na siebie, że dał się wmanewrować w sytuację bez wyjścia. Nie miał wątpliwości, że „Wiedźma” była wyjątkowo wymagającą i niesprawiedliwą nauczycielką, ale nie był pewien, czy uczniowie nie przyczynili się do zaistniałego konfliktu. „Może w ogóle się nie przygotowali? A Adam oddał pustą kartkę na znak solidarności z resztą klasy? Jakby nie było, ta fatalna klasówka świadczy o tym, że »Wiedźma« nie potrafiła przekazać wiedzy ani jednej osobie w klasie”. Po chwili zastanowienia postanowił zasięgnąć rady u Toma.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się z nim na wieczór. „Nawet się nie zapytałem, co u nich nowego”, wyrzucał sobie, czekając na spotkanie. Z kartki, jaką mu wysłali do Anglii, Stuart wiedział, że podczas jego nieobecności Tom i Rita zostali rodzicami małej Emily. Na powitanie wręczył Tomowi do ręki butelkę osiemnastoletniej whisky: „Za przyjaźń i za małą Emily”, powiedział. Tom wyglądał na bardzo zmęczonego. „Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już wróciłeś. Chciałem ci napisać kartkę z kondolencjami, ale naprawdę ostatnio miałem za dużo na głowie. Przepraszam, wiem, że to straszne, jak umiera ktoś bliski w rodzinie”, przywitał przyjaciela.

Z tonu jego głosu Stuart od razu wywnioskował, że w ostatnim czasie musiało stać się coś złego. „Wszystko jest w porządku z Emily?”, zapytał. „Tak, ale Rita jest w szpitalu, zaraziła się po porodzie posocznicą i dopiero od kilku godzin wiem, że z tego wyjdzie. Ostatnie tygodnie to był horror, jakiś niekończący się koszmar. Nie wiem, co bym zrobił bez pomocy matki”. Tom opowiedział o chwili, w której po raz pierwszy trzymał w rękach małą Emily i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W dwanaście godzin później Rita dostała wysokiej gorączki. Walczyła o życie. Po powrocie do domu z córką Tom szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie da sobie sam rady. „Nawet nie wiesz jak nieporadnie zmieniałem pieluchy, nie miałem w ogóle pojęcia, jak często trzeba karmić dziecko. To wszystko mnie przerosło, do tego jeszcze Emily płakała prawie bez przerwy. Na szczęście matka przyleciała z Adelajdy natychmiast po moim telefonie. W kilka godzin po jej pojawieniu się w domu zapanował spokój. Od kiedy mama zajmuje się małą, Emily śpi po kilka godzin bez przerwy i coraz mniej płacze. Kobiety noszą chyba w sobie jakiś dodatkowy gen. Od poniedziałku muszę wrócić do pracy, życie idzie dalej do przodu i nikogo nie interesują moje dramaty. Trzeba po prostu dalej żyć, nie mówiąc już o płaceniu rat za dom. Na szczęście Rita dzisiaj po raz pierwszy od kilku tygodni otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Teraz już wiem, że wszystko będzie dobrze. Chętnie wypiję z tobą szklankę whisky, może uda mi się choć trochę rozładować to cholerne napięcie ostatnich tygodni”.

Stuart patrzył na przyjaciela w milczeniu. „Dlaczego właśnie on zbiera od życia takie baty? Przecież on na to nie zasłużył”. Z myśli wyrwał go głos Toma: „Przez ostatnie tygodnie zrozumiałem, że w chwili, w której czujemy wielkie szczęście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wkrótce zdarzy się coś, co zmieni ten dodatni bilans. Życie rządzi się własnymi zasadami równowagi”. „Może też kiedyś będę ojcem?”, pomyślał Stuart. Postanowił, że nie będzie zawracał Tomowi głowy swoimi problemami w szkole. To była błahostka, mała, nieważna sprawa, z którą sam sobie poradzi.

Następnego dnia stał przed klasą i oznajmił uczniom, że postawionej przez panią Billings oceny nie da się cofnąć. Równocześnie zaproponował, że da im szansę na poprawienie stopni po wspólnej powtórce materiału. Klasówka, którą sprawdzał w kilka dni później wypadła bardzo dobrze. Adam zdobył wszystkie punkty, większość uczniów dostała dobre oceny, jedyną uczennicą, której praca była niedostateczna była Emma. Śliczna, filigranowa Emma, w której podkochiwała się większość chłopców w klasie, dziewczyna, co do której Stuart nie miał wątpliwości, że nie może się doczekać dnia, w którym nie będzie musiała się już dłużej uczyć matematyki. W całej klasie ona jedna nie zadała sobie żadnego trudu w przygotowaniu się do klasówki. Z możliwych do zdobycia 90 punktów Emma miała 10. W milczeniu oddał jej pracę do ręki. „Nie mogę ci zaliczyć matematyki”, powiedział zaglądając do dzienniczka. „Będziesz musiała powtarzać klasę”, dodał.

W kilka dni później wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. W drzwiach stała Emma. ”Skąd znałaś mój adres?”, zapytał Stuart, nie ukrywając zaskoczenia. „To nie było wcale trudne”, odpowiedziała wchodząc do korytarza i zamykając za sobą drzwi. „Chciałam porozmawiać o ocenie z matematyki. Chyba da się ją jakoś poprawić?”, powiedziała zdejmując kurtkę. Była naga, na widok jej gołych piersi Stuart natychmiast podszedł do drzwi. „Nie przychodź tu więcej”, powiedział, wypychając Emmę do korytarza i otwierając na oścież drzwi wejściowe.

Po wyjściu uczennicy długo nie mógł się uspokoić. Nie przypuszczał, że szesnastoletnie dziewczyny mogą posunąć się tak daleko. On w swoich podopiecznych widział do tej pory tylko duże, naiwne dzieci. „Więc znalazłaś swój sposób na rozwiązywanie problemów w życiu”, pomyślał o Emmie z niechęcią.

Cdn.

Szopa w salonie 26

Łukasz Szopa

Akcjonizm miejski

Mamy jakąś tam rocznicę Karola Marksa, więc dziś będzie o kapitale. O akcjach. Nie, nie artystycznych happeningach, zbiórkach charytatywnych czy akcjach politycznych, a o akcjach przedsiębiorstw. Czyli krótko: o tytułach udziału. Udziału we własności. Tak, gdyż od takich podstaw warto zacząć: „akcja“ to dokument własności danego przedsiębiorstwa. Owszem, cząstkowy, ale jednak.

Dla przykładu: jeśli kupię jedną (jedną jedyną! – choć to technicznie niemożliwe, ale o tym dalej) akcję koncernu General Motors, kosztuje mnie to (stan 14.05.2018) jakieś 37 dolarów. Tak zwana kapitalizacja rynkowa (czyli wartość GM na giełdzie – suma wszystkich akcji) to niecałe 52 miliardów dolarów. Czyli, kupując jedną akcję, staję się właścicielem General Motors – w 0,000000071 procentach. I obojętnie jak cena akcji będzie się zmieniać – pozostanę tym właścicielem w dokładnie tej cząstce tak długo, aż nie sprzedam lub nie dokupię następnych akcji.

Jako właściciel, czyli udziałowiec (gdyż część mojego kapitału dorzuciłem do całego kapitału GM – a właściwie wymieniłem mój kapitał na kapitał tego, który mi swoją akcję sprzedał), mogę cieszyć się z zysków „mojego“ przedsiębiorstwa – czy w formie wypłacanej dywidendy, czy gdy wzrośnie wartość rynkowa całego GM i tym samym mojej akcji. Ale i współdecydować – jak każdy wspólnik – o firmie: jak nią kierować, kogo zatrudniać, w co inwestować, jakie produkty, jakie rynki, jacy dostawcy itp.

W sumie bycie akcjonariuszem, czy w ogóle system akcji, to wspaniałe połączenie kapitalizmu z demokracją! Z jednej strony pieniądze, inwestycje, zyski – a z drugiej szerokie współdecydowanie o największych przedsiębiorstwach na świecie!

Pomijając fakt, że „demokracja“ nie ogranicza się do prawa większości – w tym przypadku w dodatku „większości kapitału“ (bo kolega, który kupi sobie dwie akcje GM, ma podwójną siłę głosu niż ja), to są jeszcze inne „ale“, które nasz idealny romans demokracji z pieniądzem trochę psują.

Niby szkoda, że wspaniałe teorie ekonomiczno-kapitałowe, wymyślone przez wcale niegłupich profesorów z Cambridge, Chicago czy Berkeley – w praktyce nie są już takie fajne. No, ale znamy to z komunizmu, niejeden znajdzie się (i dziś!), który twierdzi, że „pomysł Marksa w sumie był bardzo dobry… tylko źle zrozumiany i wykonany“ (ach, te „wypaczenia“, czyli dziesiątki milionów morderstw politycznych i setki milionów innych ofiar tych „błędów w interpretacji“…) Ale wróćmy do akcji i praktyki.

W teorii pomysł z akcjami to nie tylko „demokratyczny kapiał“, ale i idealny korektyw: Gdy coś jest źle, można zaraz sprzedać – to daje sygnał „na górze“, i albo poprawią, albo cena idzie dalej w dół. Gdy dobrze, to odwrotnie: cena w górę, następnym się podoba co firma robi, uważają ich plany za dobre – i inwestują, stają się właścicielami tego biznesu. I tak co właśnie poprzez szeroko rozsiany akcjonariat mamy idealnie działający wolny rynek: podaż, popyt, idealna cena (wartość) jako efekt. No i tu zaczynają się schody.

Po pierwsze, mając 0,000000071 % nic nie zadecyduję. Nie, nie dlatego, że nie mam większości 51%. Ale gdyż już technicznie to za mała cząstka, bym był w stanie jedną akcję w ogóle kupić – nawet jeśli jakiś handlarz czy broker by się zgodził, to sama cena jego prowizji i opłata transakcyjna zwalą mnie z nóg. Ale i gdy zaszaleję, i kupię jakieś 10 milionów akcji GM – zdobędę ledwie 0,71% – to nadal za mało, by zaproszono mnie na coroczne spotkanie akcjonariuszy, gdzie wybiera się zarząd, radę nadzorczą, omawia i dyskutuje o kierunkach rozwoju firmy, i można nawet zadawać wszelkie niewygodne pytania. A więc już widzimy, że z tym „współdecydowaniem“ to jednak trudno. Choć dziwię się, że w XXI wieku nie można tego zorganizować internetowo – wtedy przynajmniej każdy najmniejszy procencik miałby swój mini-guziczek do współ-głosowania.

W każdym razie, pierwsza podstawa teorii o wolnym obrocie akcji i jego efektywności odpada – gdyż rozproszenie akcji nie może być niestety kompletne, stąd tylko „więksi“ (ci, których stać na opłaty handlowe), mogą kupować akcje – i oczywiście kupują ich od razu setki.

O razu „w pakiecie“ pada i druga teoretyczna podstawa „wolnego rynku akcjami“: brak kosztów handlu akcjami, nie mówiąc o możliwych podatkach.

No ale przyjmijmy, że kupuję 20 milionów akcji GM – i mam 1,42% procent. Mogę współgłosować o przedsiębiorstwie, mogę zadawać szefowi zarządu pytania na „zjeździe“, mogę nawet proponować własne punkty obrad itp. Czyli jednak jakieś współdecydowanie, nawet jeśli mocno mniejszościowe. No, ale to mój problem, że kupiłem tylko 20 milionów akcji za banalne 740 milionów dolarów, trzeba było więcej, to bym miał więcej do gadania.

Ale, moi kochani, nie bardzo. Oczywiście, gdy uda mi się kupić 200 milionów akcji (o ile znajdę sprzedającego…) i dobiję do 14,2% – to już coś, „wpadam“ wtedy w różne regulacje, gdzie „pakiety mniejszościowe“ (ich właściciele) mają „pewne większe prawa“ (to znaczy, większe prawo współdecydowania niż inni akcjonariusze na walnym spotkaniu akcjonariuszy), i to regularne, nie tylko raz na rok. Coż, jak widzimy, z „demokracją kapitałową“ dawno już się pożegnaliśmy, ale i z czystą teorią efektywnego kapitalizmu coraz gorzej… Bo aby w ogóle podnosić głos w sprawie „mojej“ firmy, muszę… coś wiedzieć. Muszę mieć informacje, dostęp do informacji przedsiębiorstwa. W teorii wolnego handlu akcjami – pełny i natychmiastowy dostęp do wszelkich informacji. To nawet w obecnie mega-skomputeryzowanych i zsieciowanych czasach po prostu technicznie niemożliwe – pomijając fakt, że nawet przy moich 14,2% nikt mi tych informacji nie udostepni. Gdyż są to najbardziej tajne dane każdego przedsiębiorstwa: plany produkcyjne, patenty na przyszłość i w rozwoju, umowy z dostawcami i odbiorcami, kwestie prawne, informacje podatkowe i finansowe… Z ręką na sercu – po prostu nikt w żadnej firmie nie ma tych „pełnych i od zaraz“ informacji o całej działalności (i widokach na przyszłość!) – czyli nawet jej szef i 51%–owy właściciel nie byłby w stanie dogodzić teorii – by efektywnie handlować swoimi akcjami.

A więc poległy niestety wszystkie trzy niezbędne dla teorii podstawy, by uważać szeroki handel akcjami (czy w ogóle system akcji) nie tyle za „demokratyczny“, co nawet za zgodny z teorią kapitalistyczną: Istnieją koszta transakcji, niemożliwe jest jak najszersze rozdrobnienie właścicieli i akcji, no i kompletną fantazją jest pełny, natychmiastowy i nieograniczony dostęp do informacji o firmie.

Czy więc lepiej… zatrudnić maklera czy innego speca finansowego? A gdzie tam! Oni nie będą w lepszej sytuacji niż my – gdy spojrzymy na ww. problemy. Taka różnica jedynie, że dodatkowo skasują od nas za doradztwo i opłatę „manipulacyjną“, i jeszcze jakąś prowizję. Jak każdy bank – też te największe, jak Goldman Sachs, GP Morgan, Deutsche Bank, Santander czy BNP Paribas. Te banki też głównie żyją nie tyle z zysków jako akcjonariusze, czy jako super-spekulanci, co… właśnie z prowizji i obrotu akcjami (czy kredytami, czy walutami, czy innym badziejstwem). Problem „tylko“ w tym, że te ich obroty – niemal już całkiem skomputeryzowane i automatyczne – osiągają niebezpieczne sumy – ale to temat na inny blog.

Bo banki to też tylko… ludzie. Czy to ich szefowie, czy akcjonariusze, czy brokerzy, a tym bardziej programiści algorytmów systemów komputerowych które automatycznie wykonują co milisekundę miliony transakcji – to też tylko ludzie…

Nawet „słynny spekulant“ George Soros, który owszem dorobił się na spekulacji walutami – ale było to dawno, lata 90 – to człowiek. Człowiek, który nie tyle wiele wiedział (coś tam wiedział, ale aż tak dużo nie mógł wiedzieć – patrz wyżej o problematyce informacji), co po prostu postanowił zaryzykować i wejść w zakład. Zadziałał więc po części nie-racjonalnie, ryzykując, nie mając pełnej informacji (a któż ma takową o przyszłości, może Bóg?…).

Przykro mi to niektórym mówić, gdyż są wśród Czytelniczek pewnie i takie osoby, które nie obraziły się na „akcje“ we wczesnych latach 90tych, inwestując w polską giełdę czy w niemiecki Telekom – ale każda inwestycja kapitałowa, nie tylko akcje, ale też wszelkie „pakiety“, „fondy“, czy nawet ubezpieczenia i książeczki oszczędnościowe, jak i obligacje państwowe – to ryzyko. To zakład, że „będzie jednak tak, jak oczekujemy i mamy nadzieję“.

Gdyż, nie wspomniałem jeszcze o głównej podstawie wszelkich teorii kapitałowych. A mianowicie, przyjmując istnienie ww. trzech wymaganych podstaw, to w dodatku wychodzą z założenia, że człowiek to… homo oeconomicus, czyli osoba myśląca, zachowująca się i działająca nie tylko racjonalnie, co jeszcze kierowana tylko celem zysku ekonomicznego.

O „racjonalności“ i psychologii w ekonomii już niegdyś pisałem (panikujący i zdenerwowani maklerzy giełdowi, „optymistyczne perspektywy na pierwszy kwartał“ itp.), ale miło mi nie tylko, że to bujda z tym oeconomicusem, i że w sumie wspaniale, że wielu z moich znajomych nie zachowuje się ani racjonalnie, ani ich celem życiowym nie jest kasa. Pomijając fakt, że bardzo niewielu ma w ogóle kapitał, aby połakomić się na bycie współwłaścicielem General Motors.

P.S. Test dla leniwych (by czytać cały mój tekst i go zrozumieć), ale cierpliwych (tak rok, najlepiej trzy):

Proszę wziąć gazetę / internet, i „na ciemno“ zaznaczyć lub wylosować przypadkowo 10 różnych firm oferujących akcje. Najlepiej z NYSE, DAX a może być i polski WIG. Potem „na papierze“ „kupić“ z każdej firmy akcji za 10000 zł (nie da się dokładnie, więc pojedyncze sumy ciut poniżej). Potem zsumować ile wydaliśmy, no i zapisać ile akcji danej firmy „kupiliśmy“.

A następnie czekać, rok, trzy, najlepiej pięć lat.

I znów się zabawić, wyszukać nasze firmy, i sprawdzić, ile teraz warta jest suma naszych „inwestycji“.

Nieważne, czy wyjdzie nam więcej niż mniej niż te początkowe niecałe 10000 zł. Ważne, by porównać je do procentowej zmiany wskaźnika DAX, WIG, NYSE w tym okresie. A jak ktoś chce, dodatkowo do jakiegoś „pakietu inwestycyjnego“. Idę o zakład (zakład!), że Wasza „inwestycja w ciemno“ nie będzie wyraźnie gorsza/lepsza od tych wskaźników. Co po prostu oznacza, że podobnie „w ciemno“ działają rynki giełdowe i ich gracze. Miłej zabawy!

Barataria 65 czyli Lewiatany na Wilczej

Uwaga, “czytać ze zrozumieniem”!

Mieczysław Węglewicz

wpisał pod 63 odcinkiem o Bratarii taki oto komentarz:

o Baratario, potworze morski, Lewiatanie
wyspo karaibska
pachnąca oceanem
lirycznie wzniosła,
miłosna
kawiarnio
światu się skarżyć muszę
w Twojej sprawie
jakże zamknięta jesteś że już nawet
wspomnień nie ma i poruszeń
nie mówiąc o kawie

PS. Wiersz dotyczy kawiarni przy Wilczej 69 w W-wie. Wiele razy piłem tam kawę w latach studiów tj 1973-1980. Kawiarnia ozdobiona była cytatem z Gałczyńskiego ..o…Baratario…itd! umieszczonym na ścianie. Kiedy po wielu latach odwiedziłem ponownie to miejsce, była tu kuchnia wietnamska. Obecnie, tj w sobotę 4 maja 2018 lokal przygotowywany jest do wynajęcia. Na szybie zamieściłem powyższy tekst.
Pozdrawiam Mieczysław Węglewicz
znajomy z Camino de Santiago

Komentarz mnie zachwycił, zwłaszcza że już przed rokiem, w odcinku numer 6, pisałam o tej niegdysiejszej kawiarni Barataria, po której ślad zaginął… Przy okazji był    to komentarz 2222, co już uprzednio postanowiłam uczcić, przyznając autorowi nagrodę specjalną (przyznałam!) No i ucieszyło mnie nadzwyczaj, bo Mietek…

Z Mietkiem spotkaliśmy się w Drodze. Ci, co byli w Drodze, wiedzą, co mam na myśli. Ja spałam w małym hospicjum dla pielgrzymów, on, zawinięty w śpiwór, gdzieś pod krzakiem. Zaczęliśmy rozmawiać, gdy wychodziłam na drogę. Tą zwykłą, choć jest ona oczywiście wszędzie również metaforyczną Drogą. Zapytał, czy mogę mu coś przynieść ze schroniska, z kuchni i z takiej półki, na której leży to, czego ktoś nie potrzebuje, a inny może akurat pożąda. Najczęściej są to książki, ale bywają torby, plecaki, buty, kosmetyki… Z kuchni też można wszystko wziąć, podobnie jak można wszystko zostawić, makaron, ser, owoce, które są zbyt dojrzałe, żeby zabrać je do plecaka.  Przyniosłam mu skarpety, oliwę i chleb. Zrobił nam herbatę na malutkim prymusie. Był prawdziwym pielgrzymem, miał ze sobą minimalny bagaż, ale było tam wszystko, co potrzebne, by obyć się bez całej tej infrastruktury dla wędrowców. Spał  pod gołym niebem, sam sobie gotował. “Po to jest pielgrzymka”, powiedział. “Musi być jednak trochę trudno”. Pogadaliśmy chwilę, ale nie mogliśmy pójść dalej razem, bo był dwa razy szybszy niż ja. Ja szłam 20-25 kilometrów na dzień (maksimum osiągnęłam przed kilkoma dniami – 34 kilometry), on pokonywał co najmniej 40 kilometrów, a często prawie 50. Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci, jakie spotkałam w Drodze. Znalazł po drodze kamień w kształcie serca i niósł go dla żony.

Poprosiłam o dalsze informacje, a może nawet wpis na blog. Informacje przychodziły każda osobno i tak je tu zamieszczę:

Potem w miejscu Baratarii przy Wilczej 69 nadal panował duch sztuki. Po wietnamskiej sztuce kulinarnej to miejsce wynajęła f-ma nomen omen Sztuka Mięsa… Była jeszcze Wilcza 69 U Jadzi, na pewno po Baratarii, ale nie wiem kiedy – najpewniej przed Sztuką Mięsa.

W każdym razie sztuka.
Smutek swój po Baratarii opisalem w wierszu w styczniu (29 01) 2018 roku, kiedy po wielu latach ponownie odwiedzilem to miejsce.
I ,,zdjąłem” tę witrynę – wtedy zakratowaną.
Znowu tu bylem 4 maja i na szybie dawnej Baratarii przykleiłem ten swój wiersz z informacją, że kondolencje przyjmuję pod nr 602 520 458 – to mój numer.
Tego dnia ktoś do mnie zadzwonił, pewna zaniepokojona pani…
,,O co chodzi w tym ogloszeniu na szybie??”, zapytała, ,,bo wie pan, kiedyś miałam tu sklep, potem go wynajęłam, a ta osoba się nie rozliczyła, więc ja myślałam, że to coś z tym związane jest…”
“To nie jest ogłoszenie, to wiersz jest smutny”, odpowiedzialem uspokajająco….
,,A to przepraszam, w takim razie to nieważne jest, do widzenia”, powiedziała i zakończyliśmy rozmowę.
Wygooglowałem jej numer telefonu… Sztuka Mięsa.

“O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

Orient powszedni I

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Długa majówka w tym roku przyjęła dla Viatora postać bardzo długiej kwietniówko-
majówki. Tak wyszło. Grzech nie wykorzystać. Toteż wyruszył Viator z Viatorką na wielką rajzę. Miała być turystyczna, okazała się poniekąd mistyczna.
Viator oszczędziłby Czytelnikom katowania sprawozdaniem ze zwykłej przejażdżki, nawet arcyciekawej. Ale to nie była zwykła przejażdżka. Mogła być, gdyby Pielgrzym rozsądnie zostawił mózg i serce w domu. Niestety, zabrał je ze sobą, a taki ekwipunek powoduje, iż Wędrowiec niechybnie wplątuje się w jakieś kłopoty. Tak stało się i tym razem: relaksująca w założeniu wycieczka okazała się po trosze pielgrzymką ku Niebieskiej Jeruzalem, a po trosze wyprawą do Jądra Ciemności. Peregrynacją zygzakiem snującą się między baśnią i banałem, metempsychozą i buractwem, metafizycznymi ciarkami i dreszczem obrzydzenia. Podróżą po Oriencie powszednim. Tam, gdzie Jakub zmaga się z Aniołem, a człowiek człowieka pałką na śmierć zatłucze i na popiół spali.
Więc jednak zaryzykuje Viator małe itinerarium w odcinkach, by podzielić się swymi obserwacjami – chyba warto.
Lecz najbardziej mistyczny i ezoteryczny okazał się fakt, iż Viatorka zgodziła się towarzyszyć Wędrowcowi nie tylko w samej podróży, ale i, pierwszy raz, w jej opisywaniu. Po krótkiej naradzie stanęło na tym: najpierw Pielgrzym, z odcinka na odcinek, opowie o swych doznaniach, a potem Viatorka doda własny punkt widzenia.
I uwierzcie: Viator sam płonie z ciekawości, cóż tam znajdzie, w tym spojrzeniu z innej perspektywy. Miejmy nadzieję, iż Czytelnicy też poczują się usatysfakcjonowani lekturą takiego dwugłosu. Do dzieła przeto!

Dla mieszkańca Łużyc tak zwana Ściana Wschodnia to koniec świata i głębokie kresy.
Po prostu – egzotyczny Orient. Godzien odkrycia.
Odkrywanie rozpoczęło się w Lublinie. Najpierw była konferencja biografistyczna, na
której Viator opowiadał (okazało się w świetle późniejszych odkryć, że chyba jak na ironię wybrał ten temat) o grupie ludzi, którzy, połączeni wielkim celem, potrafili zgodnie współpracować mimo dzielących ich różnic, czasem bardzo istotnych, bo światopoglądowych. Sam opowiadał Viator, z uwagą słuchał wystąpień innych prelegentów. A przez okno wciąż widział wznoszącą się niedaleczko, ot, po drugiej stronie ulicy, ekspresjonistyczno-dantejską Bramę Piekieł, czyli Pomnik Walki i Męczeństwa. To już piąta lubelska konferencja, w której uczestniczył Wędrowiec, ale, jak dotąd, nie było okazji, aby przejść na drugą stronę ulicy i odwiedzić (bo przecież nie: zwiedzić) to miejsce. Tym razem się udało. Czas musiał się znaleźć.
Każdy z nas odwiedził niejedno takie miejsce, obejrzał sporo filmów, przeczytał ileś tam książek. Każdy z nas ma już za sobą etap emocjonalnego szoku, niedowierzania, rozważań pod tytułem: Jak to w ogóle było możliwe, w dwudziestym wieku, w środku cywilizowanej Europy, zakończonych konstatacją, że owszem, było możliwe i już. Viator też tak ma, toteż wizyta w Konzetrationslager Majdanek nie poruszyła w nim jakoś szczególnie silnych emocji. Raczej pobudziła do myślenia.
Już na samym początku, przechodząc przez Sektor SS, czyli miejsce, gdzie odbywały
się selekcje, podzielił się Pielgrzym z Viatorką refleksją o tym, że korzeniem zła jest moment, gdy ktoś uznaje, iż ma prawo decydować o życiu drugiego człowieka, robić mu różne selekcje. Tutaj się zaczyna. Nie zawsze prowadzi to aż do komory gazowej (która w
Majdanku znajduje się właśnie w sąsiedztwie Sektora SS), ale nigdy nie wiedzie ku dobremu. Dokąd zaś zawiedzie, zależy już tylko od szeregu okoliczności. Kto sobie prawo władzy nad innym uzurpował, zależnie od tych okoliczności, może zostanie tylko autorytarną mendą, zatruwającą życie swojej rodzinie, a może stanie się zbrodniarzem z załogi Majdanka. Mentalnie jest już od momentu uzurpacji gotowy na jedno i drugie. Okoliczności, moi drodzy, okoliczności!
Idą Viator z Viatorką terenem łagru. Sami, bo tacy już z nich mizantropi. Kolejne spostrzeżenia. Do pasa drutów kolczastych przy zachodnim krańcu obozu przylegają bezpośrednio działki. Z jednej strony baraki, z drugiej uroczo kwitnące jabłonki, wypielęgnowane kwiatuszki, milutkie altanki. Banalny kontrast, jako środek artystyczny zgrany i nic nie wnoszący. Ale pobudza do refleksji: to, co się tutaj, i w tylu innych miejscach stało, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. I chyba nigdy szczególnie nie obchodziło. Życie toczy się, jakby nigdy nic. Zamordowani, odarci z godności, pozbawieni do końca życia poczucia bezpieczeństwa i szczęścia nie doczekali tak naprawdę sprawiedliwości czy jakiejkolwiek rekompensaty. Sprawcy w zdecydowanej większości nie zostali, jak zwykle zresztą, ukarani. Owszem, pomniki stoją, uroczystości rocznicowe czasem się odbędą. Ale jaka to pociecha dla ofiar? Świat trwa, jabłonki kwitną, nikt nie pamięta. I znów, jak przed laty, zaczyna grzmieć marszowy krok… ale stop! O nim za chwilę.
Krematorium. Tysiące tysięcy spopielonych zwłok. Powtarzano te liczby tak często, że
spowszedniały. Nikogo nie obchodzą. I znowu brzmi krok marszowy… Momencik! Zaraz!
Prawie nikogo te prochy nie obchodzą. Gawron czy inny jakiś czarnowron z uporem grzebie w ziemi tuż obok złowrogiego budynku. Viator nie ma wątpliwości: to dusza męża i ojca, poczerniała z rozpaczy, wcieliła się w ptaszysko i szuka, uparcie acz bezowocnie, szczątków swej żony i dziatek, z którymi brutalnie i nieodwołalnie rozdzielona została tutaj, na Majdanku.


Może te szczątki znajdują się po sąsiedzku, w Mauzoleum? To jedyne miejsce, gdzie
Viatorem naprawdę szarpnęły emocje. Znał budowlę doskonale od dawna, z wielu fotografii. Ale wyobrażał sobie, iż prochy są tutaj zabetonowane, zakryte. Tymczasem pod kopułą, w murowanej otwartej niecce leży kopiec. Ziemia, prochy i kawałki kości. I dobrze, tak ma być!



Akurat przechodzi wycieczka. Przewodniczka tłumaczy, iż szczątki po spaleniu mielono, mieszano z ludzkimi odchodami i nawożono nimi okoliczne pola. Również tam, gdzie teraz znajdują się idylliczne działki, oglądane przez Viatorostwo. Dodaje, że Muzeum chciało nabyć ten teren i odpowiednio upamiętnić, ale napotkano opór. Bo przecież kogo to
w końcu obchodzi?
Korzystając z okazji, pyta Viator Przewodniczkę: Skąd się wzięły te sarenki? Jakie sarenki?
O te, tam! Bo rzeczywiście, na rozległym polu obozowym, otoczonym ze wszystkich
stron drutami kolczastymi, pasie się stadko saren. Fotografia może kiepsko to oddaje, ale
uwierzcie: w centralnej części zdjęcia, lekko po prawej, widać lustra, czyli jasne pupy
zwierząt.


Wygląda to tak, jakby Muzeum utrzymywało stadko, aby wyjadało trawę. Ale nie,
Przewodniczka zaprzecza. Sarny musiały tu przyjść z pobliskiego lasu. Tylko jak one
pokonały ogrodzenie z drutu kolczastego?
Ten niezwykły widok uruchamia w głowie Viatora ciąg asocjacji. I nic już nie zagłuszy
huku marszowego kroku. Nadchodzą. Piękni, młodzi, energiczni. Serca gorejące miłością
Ojczyzny, schludne fryzury, eleganckie koszule zapięte pod samą szyją. Solidne, okute
obuwie. Na rękach opaski z jakimś bzdurnym symbolem. Chłopcy oenerowcy, czy jak im
tam. Minęły lata, a oni znowu idą. Jakby nigdy nic. Pewnych ludzi żadne majdanki świata nie otrzeźwią. Jasne, tacy natchnieni patrioci z ogolonymi łbami maszerują w różnych krajach. Jednak Viatora najbardziej obchodzą nasi, polscy. Za nich mu najbardziej wstyd. I za to, że znowu mogą tak bezkarnie maszerować po ulicach, chorągwie po kościołach i katedrach rozwijać, a nawet na Jasną Górę pielgrzymować. Swoją drogą: chyba niekoniecznie ich wizyta spodobała się gospodyni, czyli skromnej Żydówce z Nazaretu. Ale kogo to obchodzi?
No i co się Viator czepia? Ojczyzny nie kocha? Polakiem się nie czuje? Czuje się, jak
najbardziej! Tylko wie, że jeśli ktoś jest bardziej Polakiem (Niemcem, Uzbekiem, Tajem,
Urugwajczykiem, Algierczykiem, Koreańczykiem, Bantu – do wyboru) niż człowiekiem, to
istnieje ryzyko, iż prędzej czy później może się to skończyć jakimś nowym Majdankiem.
Kwestia okoliczności.
Lecz skąd takie orientalnobarokowe skojarzenia? Sarenki i marsz narodowców? Bob
Fosse winien. Przecież znacie: Tomorrow Belongs to Me. Tam też zaczęło się od młodych
serduszek płonących czystą miłością do Ojczyzny i od jelonka, co przez cichy las mknie…
A co akurat widnieje na opasce – hakenkreuz, krzyż celtycki czy też inna falanga – to doprawdy okoliczność, sztafaż, rzecz trzeciorzędna.
Posłuchajcie. I do zobaczenia za tydzień, na szlaku.

Viatorka

No tak, Viator tradycyjnie postawił Viatorkę w sytuacji co najmniej niezręcznej. Choć
doskonale zdawał sobie sprawę, że to jej debiut, szczególnie postarał się, aby jego własny
tekst był elokwentny i napisany barwnym, żeby nie powiedzieć, kwiecistym językiem, po czym dał Viatorce swój tekst na 5 minut przed terminem wysłania. No i jak w tej sytuacji biedna, prosta Viatorka ma się odnaleźć… No, ale spróbujmy!!! Choć na początek będzie krótko.

Dla Viatorki ostatni rok był okropny, zmienił jej podejście do świata i ludzi, a nawet
odbił się na jej zdrowiu. Zdarzyło się wiele złych rzeczy, zawiodła się na kilku bliskich
ludziach, bezsilnie musiała obserwować cierpienie i wielką niesprawiedliwość, jaka spotkała jej przyjaciółkę. Dlatego ten wyjazd kwietniowo-majowy był dla niej dosłownie „ratunkiem”, żeby nie zwariować, dzięki niemu mogła się wziąć w garść i nabrać sił do tego, aby wrócić i zrobić co w jej mocy, żeby pomóc cierpiącej, odchodzącej kobiecie i matce, a potem móc normalnie żyć własnym życiem. Mimo, że podróż zaczęła się w miejscu, które powinno budzić grozę…

Po konferencji, na której też wygłosiła swój referat, odwiedziła Viatorka Majdanek.
Zobaczyła baraki, komorę gazową, tysiące butów, Mauzoleum… Obserwowała
zwiedzających, często bardziej zajętych swoimi smartfonami, niż historią opowiadaną przez przewodniczki. Patrzyła na ogródki, gdzie ludzie relaksowali się na prochach zamordowanych więźniów. I ze zdumieniem stwierdziła Viatorka, że nie wywołuje to w niej wcale oburzenia, a właściwie to jej to nawet nie dziwi. I wcale nie próbuje tego Viatorka rozpatrywać w kategoriach „okoliczności”, które mogą spowodować, że w sprzyjających warunkach taka zbrodnia może się powtórzyć. Bo zbrodnie odbywają się cały czas, ludzie bezkarnie robią innym z życia piekło, często nie sposób się przed tym obronić i nikogo to nie obchodzi…
Okoliczności mogą spowodować jedynie, że ten proceder zyska status oficjalny, stanie się
bardziej dosłowny i hurtowy. I tak cały czas myśli Viatorki wracały do jej przyjaciółki. I
refleksji, jak to jest możliwe, że w czasach pokoju, w demokratycznym kraju, dwie osoby
sprawujące ważne funkcje urzędowe mogą bezkarnie zadręczyć kobietę, która całe swoje
życie poświęciła na pomoc innym… Od półtora roku, czyli od momentu, gdy zachorowała na nieuleczalną chorobę, nękały ją i jej syna, aż doprowadziły do sytuacji, że ten upośledzony umysłowo człowiek za tydzień stanie przed sądem karnym. A ta kobieta o pięknej duszy umiera właśnie w strasznym bólu i z wielkim, wszechogarniającym lękiem o przyszłość swojego dorosłego, ale bezbronnego dziecka. I nikogo to nie obchodzi, nikt nie chce nawet słuchać o jej historii. To przynajmniej Wy posłuchajcie.

Zapominam Ciebie Ojczyzno

Roman Brodowski

Zapominam Ciebie Ojczyzno
Powoli zapominam
Zapisaną doświadczeniem
Prawdę przeszłości

Kto zrozumie filozofa?
Rozważania na temat „Prawda naszego czasu”

Jakiś dziwny niepokój dręczy me wnętrze, a i sumienie nie pozwala o wszystkim szczegółowo mówić, kiedy muszę odpowiadać moim dzieciom na pytania dotyczące mojej, a właściwie mojego pokolenia, przeszłości. Boję się, że nie zrozumieją, że nie uwierzą w prawdę przekazaną im o czasach dla mnie minionych, o kluczowych dla kraju wydarzeniach, których byłem i uczestnikiem i świadkiem.

Pomny słów mego Ojca, który zwykł był mawiać, że „moja prawda nie zawsze oznacza naszą prawdę”, czasami staram się w mych przekazach, zawierających wątki historyczne oparte na wiedzy czy to mojej, czy pokoleniowego doświadczenia, umieszczać w ocenie niektórych wydarzeń pierwiastek tak zwanego kompromisu społecznego.
Kiedy słucham wypowiedzi naszej klasy politycznej, dotyczących rzeczywistości naszego kraju, kiedy słucham tak zwanych autorytetów w dziedzinie historii, zastanawiam się, czy to, co pozostało poza mną, to czego w życiu doświadczyłem, w czym uczestniczyłem i czego byłem świadkiem, wydarzyło się naprawdę?
Czy przeszłość, jakże dla mnie jeszcze nieodległa, przeszłość moich rodziców, dziadków czy ludzi, których znałem, urodzonych jedno lub dwa pokolenia przede mną, ich relacje z czasów dzieciństwa, młodości, dorosłego życia, ich bagaż tragicznych doświadczeń okresu miedzywojennego, wojennego i powojennego, to tylko mój wymysł, moje urojenia, moja
konfabulacja istniejącej tylko w moich realiach rzeczywistości?
Także relacje niektórych towarzyszy z mojej czasoprzestrzeni, a dotyczące rzeczywistości lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, nawet i osiemdziesiątych, powodują, że niekiedy powątpiewam w istotę mojego „tu i teraz oraz tu i wczoraj”, w rzeczywistość istnienia mojego dualistycznego, materialno- duchowego, bytu.
Na szczęście, jak na razie, moja dominująca nad emocjami świadomość nie dopuszcza, by mną kierowały. Coraz częściej jednak zadaję sobie te same pytania, a mianowicie:
czymże jest prawda bytu?
Czymże jest prawda naszego, czy też mojego czasu?
Czymże jest ta moja (nasza), wypełniona wydarzeniami przestrzeń przemijania w zetknięciu z machiną propagandy i indoktrynacji (także na gruncie religii), jakich
używają dzisiaj elity rządzące dla zrealizowania swoich polityczno-sytemowych, czy ustrojowych przedsięwzięć?

Intuicyjnie dochodzę do wniosku że prawda mojego (ludzkiego) bytu jest niczym, a zarazem i czymś. Jest materiałem potrzebnym do przetworzenia, lub manipulowania, w celu osiągnięcia przez jednostki, korporacje, organizacje polityczne, religijne i finansowe
władzy lokalnej czy globalnei. Jak na ironię, to właśnie w kanonie pism, w Biblii, czytamy o
trójwładzy światowego, „ podległego szatanowi”, imperium zła, jakim jest „pieniądz, polityka i religia” i  nie mylmy jej z wiarą.
Coś w tym jest. Jednak kwestię biblijnej przestrogi pozostawiam ludziom kompetentnym w tej dziedzinie – czyli teologom. Filozoficznie rzecz ujmując, uważam że ta „płynąca wiecznie w niewiadomym kierunku”, wypełniona bytem materialnym i ideowym nasza przestrzeń, to co nas otacza, co żyje wokół lub w nas, to, co kreuje naszą rzeczywistość, i to, co my sobą niejako w tej przestrzeni kreujemy, jest tylko i aż naszą prywatną, czasami intymną rzeczywistością. Jest naszą, aczkolwiek bardzo podatną na wpływy zewnętrzne, i jedyną obiektywną i utrwaloną w świadomości prawdą naszej historii. Jest zapisanym przez nas i dla nas świadectwem naszego życia.

Słowa włożone w usta jednego z odtwórców głównych ról w satyrycznym filmie Stanisława Barei Miś, ukazującym głupotę peerelowskich realiów, że „ jest prawda czasu i… prawda ekranu”, dzisiaj, jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy „Polska kroczyła jedyną słuszną drogą socjalistycznego proletriatu”, nabierają wymiaru nie tylko społecznego, ale i, w obecnych realiach, socjopolitycznego.

Niestety, dla niektórych z nas jedynym zaufanym źródłem prawdy są „prawda ekranu, ambony, czy też mównicy”. Przy założeniu, że dzięki tym mediom, zwłaszcza „prawdzie
ekranu”, możemy postrzegać toczące się życie za pomocą obrazu, przekazanego twórczą wyobraźnią kogoś innego, rozumieć świat rozumem nie własnym, przyjmować do siebie zmysłowo i instrumentalnie informacje przygotowane przez osoby trzecie, na zlecenie, to ten obraz jest niejako odzwierciadleniem Tischnerowskiego kanonu prawd.
Niestety tej pierwszej, szlachetnej, na dzisiejszym ekranie ciężko jest doświadczyć.
Natomiast dwóch pozostałych, czyli “tys prawda” i “gówno prawda”, jest , jak mawiają nasi odwieczni “wrogowie” zza miedzy, “skolko ugodno”.

Tak. Im bardziej spoglądam za siebie, im intensywniej analizuję to, co poza mną pozostało, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pomimo ciągłych prób, do dzisiaj nie udało mi się wyzbyć tego, co chyba jednak nadal wypełnia me wnętrze, a mianowicie sokratejskiej, wątpiącej i wciąż poszukującej odpowiedzi na nurtujące mnie mentalne pytania –  duszy.

I tak jak On, lecz w innym kontekście, w natłoku zmieniających się jak w kalejdoskopie informacji, wiem, że dzisiaj moja wiedza historyczna, zarówno ta nabyta, jak i ta z autopsji, dzięki nowej wiedzy, nowym odkryciom i nowej interpretacji minionych wydarzeń przez nowohistoryków (dla mnie pseudo) stała się niemodna i ledwo słyszalna.
Mam jednak nadzieję, że zarówno rozum jak i logika pozwolą wielu z nas przetrwać batalię fałszowania faktów i konfabulacji wydarzeń, zwłaszcza dotyczących tej naszej jeszcze trawającej w nas historii. Że ukryta w naszej pamięci skarbnica prawdy odezwie się ponownie i ponownie pozwoli odnaleźć to, co powoli zatracamy – naszą narodową, wspólną i jednoczącą nas, tę rzeczywiście prawdziwą, przekazywaną z pokolenia na
pokolenie prawdę czasu.

Herrensalat na Herrentag

czyli Tibor Jagielski

Sałatka ze szparagów (stary przepis krzyżacki)

jaja (6, ugotować, obrać, pokroić)
szparagi (250 gram, to samo, co wyżej, tylko najpierw  obrać)
pieczarki zebrane świeżo na polu (250 gram, podsmażyć na maśle, pokroić – u mnie pieczarki rosną na podwórku, już wyrosły – Adminka)
ogórki konserwowe (250 gram, chyba też pokroić, jak mniemam – Adminka)
pietruszki, szczypiorku, koperku do woli,
dodać sos á la byk (patrz: blog „gotuj się”, adamczewski, 2009, chyba też maj, ale nie jestem teraz pewien)
wymieszać ostrożnie, odstawić na parę godzin w chłodnym miejscu,
zaserwować, śpiewając czastuszki i strzelając hołubce;
smacznego!
tibor

A teraz informacje dodatkowe ode mnie czyli Adminki.

First things first, jak mawiają starożytni Anglicy. Rzecz pierwsza: sos.
Sos z bloga “gotuj się”, Adamczewski znalazłam na youtubie:
https://www.mojegotowanie.pl/filmy-kulinarne/gotuj-sie-piotr-adamczewski-zaprasza-na-szparagi-3
Mam nadzieję, że to ten. Pewności oczywiście nie ma. Jakby się wam nie chciało notować podczas oglądania, podaję: wrzucić pokrojone w kawałki jajko na twardo do miski, dodać grubą sól morską i dużo oliwy pierwszorzędnej jakości z pierwszego tłoczenia (czyli, jako się rzekło, first things first). Można zblendować lub zmiksować, ale panowie (panowie! toć to Herrensalat na Herrentag!) wybierają metodę pana Adamczewskiego czyli utrą te składniki ręcznie, a trzeć będą, aż uzyskają gładką masę.

Rzecz druga: Tibor.

Tibora poznałam lata temu, gdy pracowałam w redakcji Poglądu. Trudno w to uwierzyć, ale Pogląd przestał istnieć (przestał istnieć!) trzydzieści lat temu. Czas to jednak straszne hadztwo.

Rzecz trzecia: Pogląd.

Pogląd przestał istnieć trzydzieści lat temu, a my tam pracowaliśmy póki jeszcze istniał, każde z nas póty, póki nas z tej pracy nie wyrzucił redaktor naczelny i założyciel czasopisma, Edward Klimczak.

Rzecz czwarta: Edward Klimczak.

Edward Klimczak umarł 15 kwietnia 2011 roku. W roku 1988 przestał istnieć założony przez niego Pogląd. Pogląd był od roku 1983 kontynuacją Biuletynu Informacyjnego KOS czyli Komitetu Obrony Solidarności. Biuletyn Informacyjny KOS był organem Grupy Roboczej Solidarność, którą Edward Klimczak założył w Berlinie Zachodnim w dzień po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Klimczak przyjechał do Berlina w roku 1976 i pracował tu na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim jako lektor i wykładowca. Do Niemiec przyjechał w roku 1973. Studiował filologię angielską i rosyjską. Urodził się w roku 1944 w Kielcach.

Rzecz piąta: Tibor po raz drugi.

Wraz z przepisem otrzymałam od Tibora taką oto informację: przez dziesięć lat byłem na blogu adamczewskiego “gotuj sie!” (“polityka”) i zamieściłem tam ponad setkę przepisów, w tym parę moich własnych, oryginalnych.
Generalnie – Tibor pisze, ma świetne tytuły. Ostry miecz horyzontu, Metalowe oko satelity. Reszta też dobra.

Rzecz szósta: Herrentag (zwany też Vatertag czyli Dzień Ojca)

Herrentag to święto Wniebowstąpienia Jezusa (co w bezbożnych Niemczech jest dniem wolnym od pracy, a w katolickiej i świętobliwej Polsce – nie). W ten Pański Dzień czyli Herrentag panowie (Herren) po dziś dzień (Tag), pojedynczo lub grupkami, udają się do lasu na pieszą wędrówkę lub przejażdżkę wozami drabiniastymi lub innymi, często gęsto popijając z manierki przyczepionej do specjalnej okutej laski. Jedzą też zabrany na wycieczkę prowiant lub odwiedzają leśne oberże, racząc się głównie mięsem.

Niewykluczone jednak, że w czasach krzyżackich typową potrawą w Dniu Ojca była wegetariańska sałatka szparagowa.

Berlin. Kolejką wokół miasta / Abgesang in der Ringbahn

Annett Gröschner  Abgesang in der Ringbahn2010
Tłumaczyła na polski: Ewa Maria Slaska

Kolejką wokół Berlina. Koda

Siedzę w kolejce i jadę wokół miasta. 37 kilometrów torów oddziela Śródmieście od dzielnic wokół. Wokół miasto przemyka za oknami, ale jest też w środku. Dobre miejsce do czytania grubych książek, całowania się bez pamięci, prowadzenia nie przeznaczonych dla obcych rozmów w obcych językach, przezimowania, jeśli nie możesz spędzić zimy w domu. Mogę dokonać zdecydowanego cięcia w tym, co robię, nie przecinając jednak niczego, bo kolejka jedzie bez przerwy wokół i wokół, a po godzinie dociera dokładnie tam, gdzie się wsiadło. Ale nie. Nigdy przecież nie wraca się dokładnie do punktu wyjścia. Z każdym okrążeniem wokół Berlina miasto się zmienia, widzi się je zatem inaczej.
Kolejka okrężna wiąże wokół Wschód z Zachodem, krzyżuje wokół Północ z Południem. Gdy w roku 1961 miasto otoczył Mur, przerwał okrąg w dwóch miejscach, między Sonnenallee i parkiem Treptow i między Gesundbrunnen a Schönhauser Allee. Dziś miasto dzielą tylko brukowe wydania gazet. Pomiędzy Schönhauser Allee a Parkiem Treptow czyta się Kurier Berliński, po drugiej stronie – BZ czyli Gazetę Berlińską. Dopiero w czerwcu 2002 roku zamknął się okrąg kolei wokół miasta, dopiero wtedy Berlin się naprawdę zjednoczył. Tak uważam.
Czytam moją ulubioną książkę
o moim ulubionym mieście
Berlin und die Berliner. Berlin i berlińczycy.
Z roku 1905.
Na końcu pytanie:
Dlaczego kochamy Berlin? Można to dokładnie przebadać. A, B, C. Jak zadanie arytmetyczne i co było do okazania. Pomyślmy jednak,
do czego może się przyczepić każdy globtrotter taki jak ty, wtedy wiesz, że Berlin powinien się wykazać z nawiązką, aby cię powstrzymać. Postaraj się określić tę nawiązkę.
Tu pierwsza próba jej sformułowania.
Czego by mi brakowało, gdyby trzeba było mieszkać gdzie indziej (ohydna myśl):
xxxBerlina jako takiego, w ogóle i w szczegółach;
xxxstarych pijaków u Breescha i Latschenpaula i we wszystkich innych starych knajpach berlińskich;
xxxgracji na Kastanienallee i dziwek na Oranienburger,
xxxwysztafirowanych panienek w kolejce do Berghainu;
xxxdomu ze spiczastym dziobem przy dworcu Ostkreuz;
xxxpoetki Elke Erb jeżdżącej na rowerze po Weddingu;
xxxdziesiątków tysięcy ludzi dopingujących swoją drużynę czyli Union;
xxxpunków na Aleksie, nie licząc psów;
xxxjeziora Müggelsee po sezonie i widoku na jezioro Wannsee z poddasza Literarisches Colloquium pod koniec kwietnia, gdy jachty po raz pierwszy po zimie wciągają żagle;
xxxCentrum Studiów Berlińskich i wszystkich innych archiwów;
xxxkrzaków czarnego bzu nad kanałem Friedrichsgracht i dziedzińca zamkowego bez zamku;
xxxskaterów przy pomniku Polaków;
xxxkina na Friedrichshainie po ostatnim seansie filmowym;
xxxlotniska Tegel o bladym świcie widzianego z porannego samolotu z Nowego Jorku;
xxxporannego pociągu z Królewca, kończącego bieg na dworc Lichtenberg;
xxxrozgwieżdżonego nieba latem nad jeziorem Weissen See i miękkiej ciepłej wody w jeziorze;
xxxsamolotów kłębiących się jak ryby na niebie;
xxxzapachu lasu koło więzienia Tegel;
xxxmrukliwego kierowcy w nocnym autobusie numer 22;
xxxGerda i Elisabeth na ulicy Kurta Tucholskiego, Robinsona w tramwaju, który krzyczy głódgłódgłód i Feixa zblazowanego artysty na cmentarzu, który nawet leżąc już w grobie, jeszcze obrzucał turystów obelgami;
xxxwieczoru 26 grudnia na Ku’dammie;
xxxmostu górnokładowego czyli Oberbaumbrücke dniem i nocą;
xxxzaspanego pasażera w niebieskim kombinezonie o czwartej nad ranem w poniedziałek w kolejce wokół miasta;
xxxchłopców arabskich dyskutujących o jebaniu w dupę o czwartej nad ranem w niedzielę w kolejce wokół miasta;
xxxkolejki okrążającej miasto wokół w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara;
xxxi wokół, zgodnie z ruchem wskazówek zegara;
xxxpizzy w Brot and Rosen, falafla w Maroush, Chicken Curry w Asia Tiger i Palak Panir w Hufeland;
xxxtajemniczej parceli Immanuelkirchstraße 14, gdzie pochowano cztery trupy i po bombardowaniu miasta nigdy ich nie znaleziono;
xxxdzielnicy bud zwanej Scheunenviertel, kiedy wyglądała, jakby wojna się dopiero skończyła, i gdzie na fasadach kamienic wciąż widać było ślady jej dawnych mieszkańców;
xxxgruzów Bunkerbergu w parku Friedrichshain;
xxxciszy między fasadami starych domów tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy nowi berlińczycy pojechali do siebie, żeby odwiedzić mamę;
xxxzapachu ostatnich pieców węglowych;
xxxstoiska z przyprawami na targu nad kanałem Landwehry;
xxxknajpy Babel o czwartej nad ranem, kiedy porządni ludzie śpią i popiół wysypuje się z przepełnionych popielniczek;
xxxrestauracji Walden podczas koncertu Bolszewickiej Orkiestry Dętej;
xxxknajp takich jak Koepi, Knaack, Franz i nie zapomnijmy też o SO36;
xxxkina na świeżym powietrzu przed Galeriami Narodowymi, tą starą, i tą nową;
xxxmostu Fryderyka w piątek o 9 zanim zacznie się najazd turystów, i mostu Admirała, gdzie gra muzyka;
xxxzmęczonych ludzi czekających przed Urzędem Pracy na Westendzie;
xxxświatła na berlińskich obrazach Konrada Knebla;
xxxbzów na cmentarzu komunalnym na Gotlindestrasse;
xxxtarasu na dachu w Teatrze an der Parkaue czyli na parkowej polanie;
xxxkolorowych liści na podwórkach jesienią;
xxxkasztanów, wiązów i innych zagrożonych roślin;
xxxplacu Savigny‘ego o szóstej rano, kiedy spacerują tam lisy;
xxxoddechu kolejki miejskiej i metra, wydech, wdech;
xxxOranienstrasse na całej długości i z całym inwentarzem;
xxxrosyjskiego supermarketu na Landsberger Allee, gdzie na zakupy przychodzą kobiety ubrane w futra z norek;
xxxdzielnicy Prenzlauer Berg bez snobów i straszydeł;
xxxtramwaju M10 niezależnie od pory dnia i nocy i wszystko jedno gdzie;
xxxstoiska z lukrecją na targu na placu Käthe Kollwitz i tylko tego;
xxxgazomierza na Schönebergu;
xxxDworca Głównego czyli Hauptbahnhof z daleka;
xxxbulwaru nad Szprewą w dzielnicy rządowej latem;
xxxplacu Magdeburskiego w niedzielne popołudnie;
xxxReichstagu, który wciąż jeszcze jest zapakowany;
xxxprawdziwych wschodnich bułek na placu Arnswaldskim;
xxxwróbli w Tierparku i lemurów trójpalczastych w Zoo;
xxxcypla na końcu półwyspu Stralau z widokiem na Wyspę Miłości i elektrownię;
xxxcałkowicie zarośniętego diabelskiego młyna i dinozaurów w nieczynnym parku rozrywki Plänterwald;
xxxelektrowni Klingenberg w jasne zimowe popołudnie;
xxxzamarzniętej zatoki Rummelsburg z łyżwiarzami,
xxxBerlina, który nie chce być Nowym Jorkiem, Paryżem i Monachium;
xxxplanu miasta, planu metra i planu kanalizacji;
xxxOgrodu Wypędzonych w Muzeum Żydowskim, gdzie wydaje się, że człowiek traci grunt pod nogami;
xxxbasenu Oderberg wypełnionego wodą;
xxxwielkiego zbiornika wodnego bez wody;
xxxśladów po Murze, bez muru, bez zabudowy;
xxxBerlina, który nie chce być hipsterski i ma dupie locations;
xxxBerlina, który jest kreatywny i nie meczy o tym jak koza na każdym rogu;
xxxBerlina, który całkiem dobrze sobie radzi bez złotego łańcuszka i bez kasy;
xxxwidoku Wieży Telewizyjnej z północnego odcinka kolejki;
xxxzachodu słońca w biotopie, jakim były dworce Anhalt i Gleisdreieck;
xxxPlacu Poczdamskiego przed tym, zanim go zabudowano;
xxxprywatnego klubu na Kreuzbergu w piątek;
xxxdoniczki amarylisa w zniszczonych pracą rękach małej Wietnamki na Greifswaldskiej;
xxxRixdorfu w Boże Narodzenie i starego miasta w Kopanicy wczesną jesienią;
xxxwsi Lübars w stojącym letnim powietrzu;
xxxulicy Owocowej, gdy nazywała się jeszcze Owocowa a nie Komuny Paryskiej;
xxxśladów po pociskach na tynku narożnego domu nad Kanałem Miedzianym;
xxxwspomnień emigrantów o Berlinie mieście świateł i długich nagich nóg;
xxxstawu na osiedlu Podkowy czyli Hufeisensiedlung w Britzu;
xxxwidoku na północ z góry Kreuzberg;
xxxnabrzeży Szprewy, jeszcze nie zabudowanych;
xxxcmentarza miejskiego Dorotheenstädtische Friedhof wieczorem po zamknięciu;
xxxBerlina widzianego ze statku;
xxxwietnamskiego targu Dong Xuan na Lichtenbergu czyli Jasnej Górze;
xxxruin ambasady greckiej w Tiergarten;
xxxbliźniąt syjamskich w formalinie w Muzeum Medycyny;
xxxschodów w Nowym Muzeum;
xxxwidoku na Oberbaumbrücke ze statku kąpielowego na Szprewie rano o ósmej;
xxxwidoku ośnieżonej kolonii ogródków działkowych Raj;
xxxi wszystkiego, o czym zapomniałam.

Annett Gröschner czyta wiersz Abgesang in der Ringbahn podczas spotkania autorskiego Wahlverwandschaften zorganizowanego w Kesselhaus przez Berlińską Akcję Literacką w dniu 17 kwietnia 2018 roku

Przedruk: Gombrowicz przyjeżdża do Berlina

To nie jest dokładna rocznica, bo ta wypadnie w najbliższą środę, wtedy minie 55 lat od dnia, gdy wielki pisarz na zaproszenie Fundacji Forda przyjedzie do Berlina. Ale po pierwsze nie bądźmy drobiazgowi, po drugie najbliższa środa przypada Stuartowi, a trudno, żeby niepozbierany angielski pechowiec w ogóle coś o tym wiedział, aczkolwiek przynajmniej Berlin nie jest mu obcy, bo tam od lat mieszka jego siostra. Dziś zresztą też jest rocznica, 73 rocznica zakończenia wojny, dzień, który był w naszych szerokościach politycznych Dniem Zwycięstwa nad faszyzmem. W Niemczech (dawniej RFN) z kolei obchodzi się nie dziś, lecz dopiero jutro – rocznicę Pierwszego Dnia Pokoju. W pięć lat później tego dnia w 1950 roku Robert Schuhmann, francuski minister spraw zagranicznych, proklamuje powstanie Unii Stali i Węgla, która z biegiem czasu przekształciła się w Unię Europejską.  Była to więc data urodzin nowoczesnej Europy, a od roku 1985 – Dzień Europy. Również 10 maja to rocznica – tym razem Wniebowstąpienia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, święto ruchome, więc po prawdzie żadna rocznica, obchodzone w Niemczech jako Dzień Ojca, amen…

Wędrowiec wchłaniany przez górskie perspektywy

We wpisie wykorzystałam fragmenty artykułu Magdaleny Kowalskiej, Gombrowicz w Berlinie, czyli Gombrowicz uwikłany w historię, opublikowanego w Pamiętniku Literackim w roku 2004. Zdjęcia pochodzą ze strony witoldgombrowicz.com.

W roku 1963 amerykańska Fundacja Forda zaprosiła pisarza na roczne stypendium do Berlina Zachodniego. 8 kwietnia na pokładzie transatlantyka Federico Costa Gombrowicz wyrusza do Europy. Do Paryża przybywa 24 kwietnia, 16 maja – do Berlina Zachodniego.

Po ponad 23 latach w Argenty­nie Gombrowicz znalazł się z powrotem w Europie. W Berlinie spędził 12 miesięcy, od 16 maja 1963 do 17 maja 1964. Oprócz polskiego pisarza do Berlina przyjechało wówczas dziewięciu innych artystów i pisarzy z całego świata. Projekt Fundacji Forda miał ożywić życie kul­turalne miasta, które po wzniesieniu Muru wyludniało się i izolowało. Mur został wzniesiony 13 sierpnia 1961 roku (i, przypomnijmy, stał formalnie do 9 listopada 1989 roku. Nieformalnie stał trochę dłużej, ale rzeczywiście niewiele, bo i władze miasta, obu jego części, strasznie pospiesznie usuwały jego resztki, czego po dziś dzień, z różnych powodów, wszyscy żałują!).

Początkowo pisarz mieszkał w Akademie der Künste w dzielnicy Hanzy (Hansaviertel). Dwukrotnie zmienia mieszkania, w listopadzie zamieszkał ostatecznie nieopodal, w jednopokojowej pracowni przy Bartningallee 11/13 na 15 piętrze nowoczesnego bloku. Pisze Dzienniki, notatki raczej, bo prawdziwy Dziennik powstanie dopiero po powrocie pisarza do Francji.

Klinika Hygiea, gdzie Gombrowicz z uwagi na powikłania po ciężkiej grypie spędził ostatnie dwa miesiące pobytu w Berlinie; obok: pisarz po powrocie ze szpitala

Po przyjeździe zapisze w Dziennikach słynne zdanie:

Ja, osoba z Argentyny, ahistoryczna raczej i nie przyzwyczajona, wciąż miałem wrażenie, że Berlin, jak Lady Macbeth, bez wytchnienia myje sobie ręce…

Właściwie każdy Polak mieszkający w Berlinie, a po prawdzie to też niemal każdy Niemiec z naszego pokolenia, zna opinie pisarza o Berlinie, i nawet jeśli nic więcej nie pamięta, to zapamiętał przynajmniej to jedno słowo: Geglitzer, błyskotka… Berlin Zachodni ostatnia błyskotka zachodniej Europy, a dalej ciemność aż po Chiny. Gdzie indziej nazwie pisarz to miasto wyspą na szeroko rozlanym Morzu Czerwonym. Patrząc z perspektywy Argentyny Gombrowicz jest już właściwie na granicy z Polską, której od przedwojny nie widział i nie zobaczy.

Ale wtedy zaleciały mnie (gdym spacerował po parku Tiergarten) pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, z kory, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie, jak w Małoszycach, Bodzechowie, dzieciństwo, tak, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć.

Umrze w kilka lat później 24 lipca 1969 roku w Vence we Francji. Do Polski nigdy nie pojedzie.

17 maja 1964 roku, Gombrowicz opuszcza Berlin; foto Zuzanna Fels

Ujęła go grzeczność i uprzejmość młodych berlińczyków, ale Historia go nie opuści.

Ręce niemieckie w Berlinie […] gdyż nigdy nie oglądałem młodzieży bardziej humanitarnej i uniwersalnej, demokratycznej i uczciwie a niekłamanie niewinnej […] spokojnej […]. Ale […] z rękami!

Bo te ręce, „ręce Niemców”, przypominają mu ręce sprawców z nazistowskiej przeszłości.

Gomro, który krytycznie ogląda rzeczywistość na Wschód od muru berlińskiego, czyli naszą, Gombro, który tęskni, i Gombro, którego nie opuszcza poczucie, że ci ludzie wokół niego, tak uprzejmi, tak z siebie zadowoleni, są przecież sprawcami czegoś tak niewiarygodnego jak II wojna. Te postawy są nam, Polakom, wciąż jeszcze bliskie, choć w międzyczasie upadła “komuna”, polski mieszkaniec Berlina bez przeszkód żyje okrakiem ponad umowną już dziś granicą, a Niemcy w niestrudzonym wysiłku filozoficznym i wychowawczym “przepracowali” swą historię i swą winę, czego w latach 60 nikt się przecież nie spodziewał.


Gombrowicz na balkonie mieszkania na 15 piętrze domu przy Bartningalee 11/13; foto Zuzanna Fels

Na razie jednak Niemcy nie przepracowali jeszcze swojej historii, winy i odpowiedzialności. Pracują i budują swój kraj, jakby przedmioty mogły i miały zastąpić pamięć, jakby miały zasypać przepaści i wypełnić pustkę.  Pisarz nie rozumie, kiepsko zna niemiecki: „Nie miałem złudzeń co do mojej niemczyzny – ale żeby to miało być aż tak zjadliwe!” pisze. Bariera językowa urasta w Dzienniku do rangi symbolu. Mowa rozbrzmiewająca dookoła, trochę zrozumiała, a trochę niezrozumiała, wzmaga narzucające się poczucie obcości i egzotyki. Gombrowicz kilkakrot­nie powraca do tego problemu, widać, że był on dla niego bolesny. „Poznałem w tym czasie wszystkich prawie czołowych pisarzy i redaktorów […], z którymi, niestety, nie zawsze mogłem się porozumieć. […] moi koledzy po piórze kiepsko władali językiem francuskim”. Na jednym ze spotkań z owymi kolega­ mi po piórze ktoś z obecnych czyta Ferdydurke po niemiecku: „Ale… słyszę, że nie rozumiem. Wtedy poczułem, że moje istnienie tutaj musi być niepełne, fizyczne raczej.”

W Berlinie ciąży pisarzowi Historia, Historia czyli Wojna. Historia, która odrywa go od głównego tematu jego twórczości, jakim jest on sam, on, osoba, pisarz, Witold Gombrowicz. Upomina sam siebie: “Nie, nie piszę o Berlinie, piszę o sobie – tym razem w Berlinie – nie mam prawa pisać o niczym innym. Nie gub swojego tematu”. Berlin jest właściwie pewnym kresem, końcem i kulminacją podróży do Europy. W Berlinie ze szczególną siłą narzuca się Gombrowiczowi wszystko, co go spotyka w Europie, nabiera tam niezwykłego natężenia. Powrót do Europy był po wrotem do historii i czasu – ogólnego i prywatnego – i powrót ten najmocniej dał się odczuć w Berlinie. „Byłem u kresu… może nie tyle sił, co rzeczywistości… Od czasu gdym opuścił Argentynę, Europa wsysała mnie jak wsysa próżnia. Zagubiony w krajach, miastach, tłumach, byłem jak wędrowiec, wchłaniany przez górskie perspektywy”.