Peru 1

Joanna Trümner

W drodze do Nazca

W dzień po przylocie do Peru jedziemy przez Limę, miasto, które nie ma początku i końca. Mieszka tu ponad 10 milionów ludzi, a skrajne bogactwo i piękno przeplata się ze slumsami i biedą. Za każdym razem, kiedy zatrzymujemy się na światłach, oblegają nas tłumy sprzedawców. Dziwię się, że zarówno nasz przewodnik, przystojny trzydziestoparoletni Metys Percy, jak i kierowca kupują od ulicznych sprzedawców kilka butelek wody po pięć Soles (1,50 €). „Drogo”, myślę i czekam na wyjaśnienie tej zagadki. W chwilę później dowiaduję się, że Peru przyjęło od początku roku ponad pół miliona uchodźców z Wenezueli. „Trzeba im teraz pomóc, my zawsze mogliśmy na nich liczyć”, komentuje Percy. Następnie opowiada o czasach wojny domowej i teroryzmu w Peru, o pełnych przemocy latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy Świetlisty Szlak przeprowadzał tutaj rewolucję marksistowsko-leninowską. Wśród 70.000 ofiar Szlaku znaleźli się członkowie jego rodziny w andyjskiej wiosce, z której pochodzi. Sam Percy jako siedmioletni chłopiec zamieszkał u ciotki w Limie. „Kim byłby, gdyby został w górach”, zastanawiam się, „gdyby codziennie poświęcał trzy do czterech godzin na dotarcie do szkoły? Może należałby do tych 25% dzieci, które wbrew zapewnieniom oficjalnych statystyk nie chodzą do szkoły?” Na wylocie z miasta mijamy wielki kompleks więzienny dla kobiet. Ponad trzy czwarte więźniarek to młode Europejki, przyłapane na próbie przemytu narkotyków. Odsiadują kary od 10 do 15 lat. Po ponad godzinnej jeździe docieramy na przedmieścia, do ruin Pachacamac, założonego przed dwoma tysiącami lat ośrodka religijnego kultury prekolumbijskiej. W chwili przybycia do Peru konkwistadorów miasto liczyło 80.000 mieszkańców.

Czuję się nieswojo widząc na polach, gdzie archeolodzy ciągle jeszcze prowadzą wykopaliska, porozrzucane ludzkie kości. Percy z nieukrywaną złością mówi, że państwo nie ma pieniędzy na opłatę ochrony, w nocy więc każdy może wejść na teren ruin i szukać skarbów. Często robią to również mieszkańcy pobliskich slumsów. Wiszące wszędzie tabliczki z napisem „prohibdo pasar” (zakaz wstępu) służą wyłącznie uspokojeniu sumienia władz. W nowoczesnym muzeum, pokazującym pozostałości kultury Huari i Inków, natykam się na nazwisko Marii Rostworowskiej, badaczki kultur andyjskich polskiego pochodzenia, która w wieku 33 lat zaczęła jako wolna słuchaczka uczęszczać na studia historyczne w Limie, aby dla uwieńczenia kariery badawczej zostać dyrektorką Narodowego Muzeum Historii w Limie. „Nikt lepiej nie poznał naszej historii”, mówi Percy i dziwi się, że nie znałam nazwiska kobiety, która obok Ernesta Malinowskiego (twórcy kolei transandyjskiej, przebiegającej po części na wysokości 5.000 metrów) jest peruwiańską bohaterką narodową.

Rozstajemy się z Percym, dalsza droga prowadzi nas do parku narodowego Paracas. Krajobrazy za oknami zmieniają się, coraz mniej widać zieleni, po kilku godzinach jazdy otacza nas pustynia Atacama. „Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu”, nucę pod nosem i po chwili reflektuję się, „skąd mi się przypomniał ten potworny kicz Tercetu Egzotycznego?”

Percy’ego zastąpiła dwudziestokilkuletnia urocza, wiecznie roześmiana Danielle. Jedziemy Panamericaną, najdłuższą drogą świata. Kompromituję się kompletnie, szacując jej długość na dziesięć tysięcy kilometrów (w rzeczywistości liczy sobie 48.000!!) Po czterech godzinach jazdy zatrzymujemy się w parku narodowym Paracas. Widok jest księżycowy, nie chce mi się wierzyć, żeby w tych warunkach mogło istnieć jakiekolwiek życie. Z piętnastu stopni w Limie w ciągu czterech godzin podróży zrobiły się 32 stopnie, moja zimowa kurtka wygląda idiotycznie. Żółtą, czasami białą skalistą pustynię przerywa niekiedy przepiękna, spadzista czerwona plaża, gdzie czasami można zobaczyć flamingi (nam się niestety nie udało). Legenda mówi, że Jose de San Martin,  argentyński generał, który wyzwolił Peru spod panowania hiszpańskiego, wylądował na wybrzeżu Paracas w 1820 roku i zasnął z wyczerpania na plaży. Kiedy przebudził się, zobaczył gromadę flamingów. Zauroczony ich widokiem zdecydował, że flaga Peru będzie nosiła kolory biało-czerwone.

Opowiadanie Danielle przerywa huk quadów. Wiem, że po pustyni można jeździć wszystkim, my też przejechaliśmy po niej kilka kilometrów autem, nie mniej jednak te quady działają mi na nerwy. Po chwili ośmioosobowa grupa przejeżdża koło nas wznosząc tumany kurzu. Jeden z kierowców odwraca się i przez huk silnika krzyczy w moim ojczystym języku do pozostałych: „Dawaj, k…., niedługo będzie ciemno”.

Park Narodowy Paracas

Hotel w Paracas, w którym spędzamy noc, jest bardzo elegancki. Nie rozumiem, dlaczego nawet połowa pokoi nie jest zajęta, przecież sezon jeszcze się nie skończył. Pani w recepcji od razu daje nam tzw. „upgrade” czyli pokój lepszej kategorii. „Nie lubię jak mi się wciska kit, przecież te pokoje są i tak wolne”, myślę. Humor poprawia mi się przed kolacją. Odkrywam tabliczkę zawieszoną przed wejściem do baru, informującą mnie (i innych), że spędziłam jedną noc w Cabo Blanco, miejscu, gdzie Ernest Hemingway spędził w 1956 roku 32 dni na łowieniu czarnego marlina.

Rano wstajemy bardzo wcześnie, statek zawozi nas tuż po wschodzie słońca do archipelagu wysp Islas Ballestas. Widzimy kolonie pingwinów Humboldta, wylegujące się na skałach lwy morskie, pelikany i kormorany, którym Peru zawdzięcza swoiste bogactwo, tzw. „guano” czyli bogate w minerały ekstrementy, służące jako nawóz pod uprawę w całym państwie, eksportowane również do innych krajów świata. Danielle opowiada, że co trzy lata na wyspy przyjeżdżają ochotnicy, którzy zbierają to „bogactwo”.

Wracamy z wycieczki statkiem, wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku jednej z najstarszych destylerii pisco w Peru. Pisco to wieloprocentowy narodowy napój Peru i Chile, zrobiony z winogron, serwowany w formie coctailu pisco sour (pisco, sok z cytryny, cukier, białko jajka kurzego i lód). Destylarnię w stylu kolonialnym zwaną Hacienda la Caravedo założono w roku 1684. Bardzo mi się podoba. Jeszcze nie wiem, że próbowanie tak mocnego alkoholu (około 40%) na pusty żołądek przy trzydziestostopniowym upale okaże się moim najgłupszym pomysłem podczas całego urlopu. Nie potrafię zrozumieć sensu peruwiańskiego przysłowia, a w zasadzie życzeń pomyślności składanych z okazji urodzin lub nowego roku „życzę ci, żebyś wypił Pisco w Pisco w Pisco”. Te trzy pisco to alkohol, wielkie, ceramiczne naczynie do jego przechowywania oraz miejscowość. „Przecież tego pisco w pisco w Pisco żadna wątroba ani głowa nie wytrzyma”, myślę i po wejściu do auta zapadam w głęboki sen.

W samochodzie budzi mnie głośna, skoczna melodia przypominająca muzykę meksykańskich Mariachi. Wyglądam przez okno i widzę tłumną procesję ubranych na biało ludzi. Mijamy ich bardzo powoli i nie mogę ukryć zaskoczenia, gdy widzę że na czele procesji idzie ośmiu ubranych na biało mężczyzn, którzy w takt muzyki kołyszą trumnę. „To pogrzeb młodej dziewczyny”, mówi Danielle „dlatego wszyscy ubrani są na biało”. Nie wiem, co mnie bardziej zaskakuje, czy ta muzyka, czy fakt, że uczestnicy procesji śmieją się i rozmawiają ze sobą, tak jakby nie widzieli w tym pogrzebie żadnego powodu do smutku.

Opuszczamy wioskę. Nagle ni stąd ni z owąd na horyzoncie pojawiają się wysokie piaszczyste wydmy. Na piasku widać grupki młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. Sandsurfing, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu, jest jedną z największych atrakcji w Huacachina.

Po smacznym obiedzie w malowniczej oazie powoli trzeźwieję. Czeka nas dalsza droga. Wieczorem docieramy do kolejnego etapu podróży, niewielkiego, pięknego miasta Nazca, znanego dzięki tzw. liniom Nazca, systemowi linii, które oglądane z powietrza przypominają kształtem zwierzęta, rośliny i figury geometryczne. Nikt nie wie, kto je wykonał. Zwolennicy teorii pobytu na Ziemi wysłanników z Kosmosu, przypisują je owym tajemniczym przybyszom.

Cdn.

Barataria 84 Babcia i wnuczek – opowieść 2

Pierwsza była tydzień temu i napisał ją Gałczyński. Teraz my…

czyli Bóg i Franz w limuzynie

Tekst i zdjęcia Anton Lee Slaski
spisała i opatrzyła komentarzami Ewa Maria Slaska


Bawiliśmy się na skwerku w sklep. Była to nasza ulubiona zabawa, kiedy Antoś był mały, a teraz ją sobie przypomnieliśmy.

Anton jest sprzedawcą, ja kupuję. Czasem kupuję samolot, czasem ołówki i farby, tym razem chciałam kupić białe i niebieskie filiżanki do herbaty. I spodeczki – niebieskie do białych filiżanek, białe do niebieskich. Talerzyki, dzbanek, półmisek do ciasta, miseczki do lodów. Łyżeczki i widelczyki. Okazało się jednak, że goście przyjdą też na obiad – kupiłam więc talerze głębokie i płytkie, kilka półmisków i misek, kieliszki do wina i szklanki do wody.

Okazało się, że w sklepie mają pyszne ciasto, kupiłam więc, zamiast piec. Mieli też dobre lody. Kupiłam owoce i sałatę, kotlety i kluski. Zapytałam o zupy, bo jak już to już – nic nie będę gotowała. Okazało się, że mają ogórkową i pomidorową i potrafią ją zapakować do wspólnego garnka, oddzielając jednakże od siebie obie zupy pionową przegródką.

Towarów było coraz więcej i sprzedawca zawołał Franza, żeby mi to wszystko zapakował w pudełka i obwiązał niebieskimi wstążkami. Poprosiłam, żeby doczepił do pudeł kółka i rączki, no bo jak ja się zabiorę do autobusu z taką ilością paczek. Przyjechał autobus, ale nie mogliśmy jeszcze wsiąść, bo Franz nie zdążył wszystkiego spakować.

Okazało się zresztą, że przecież muszę kupić jeszcze miski dla kota i masę smakołyków (kot jest bardzo wybredny). Biedny Franz zwijał się jak w ukropie. Przyjechał autobus, ale machnęliśmy na niego ręką. Miałam za dużo paczek. Franz poszedł po limuzynę.

Płaciłam, płaciłam i płaciłam. Ale towar był zaiste pierwszorzędny.

Gdy wsiedliśmy wreszcie do trzeciego lub czwartego z kolei żółtego autobusu, była to już fioletowa limuzyna, którą moje bambetle wypełniły niemal w całości. Siedzieliśmy z Franzem z tyłu za kierowcą.

Chyba właśnie wtedy znana nam od lat i od dawna traktowana z przymrużeniem oka zabawa zmieniła się w urządzanie świata. Demiurgiem-wykonawcą był Franz czyli mój wnuk Antoś. Okazało się, że ma firmę złożoną z fachowców, znających się na każdej pracy. Ja już nie byłam babcią – Franz naradzał się z Bogiem, jak urządzić świat, żeby był jak najlepszy. Zaczęło się od porządków w domu, do którego wieźliśmy zakupy. Firma Franza umyła podłogi, okna, ściany i dachy, wysprzątała strychy i piwnice, posadziła kwiaty na balkonach, zamiotła alejki wokół domów. Wszystko zostało odmalowane. Franz zarządził, żeby stare i zbyt brudne domy wymienić na nowe. Posprzątane zostało całe miasto, cały kraj, morze, oceany. Nareszcie nie było już plastiku. Firma Franza wymyśliła nihilator, który zamieniał śmieci w tlen, powietrze stawało się więc też coraz lepsze. Nie było już żadnych urządzeń pracujących na węgiel czy ropę naftową – wszystko zastąpiła energia wiatru, słońca i fal (nie na próżno dziecko od lat jeździ  z mamą do duńskiego centrum energii odnawialnych). Bóg płacił Franzowi za każde wykonane zadanie, ale naprawdę się opłacało, bo świat był coraz lepszy, czystszy i przyjemniejszy. Piękny.

Jednym z ciekawszych pomysłów w procesie odnawiania świata było wysłanie 8 miliardów mieszkańców na sąsiednią planetę, po to by raz wreszcie posprzątać ten cały bałagan, jaki ludzie zrobili na Ziemi. Uporano się z tym bardzo szybko – pach pach, wszyscy wrócili na Ziemię i mogli nareszcie żyć długo i szczęśliwie.

Zanim dojechaliśmy do domu, Franz przeżył kolejną przemianę. Przestał mianowicie kasować od Boga pieniądze za każdy przedmiot i wszelką pracę. Zresztą Bóg nie miał już z czego płacić, bo wszystko, co miał, przeszło na własność Franza. Ale Franz przestał właśnie być handlarzem, który ustanowił cennik na wszystko. Teraz stał się Wykonawcą Szczęścia. Każdy człowiek na Ziemi dostał od Franza pieniądze, żeby już nikt nie był biedny ani głodny. Naukowcy wymyślili dla ludzi obrączki i bransoletki, a dla zwierzaków obroże usuwające wszystkie choroby. Gdy ktoś był zły, na przykład bił dzieci, szedł na zabieg hipnozy usytuowany na innej planecie (na Marsie) i już nawet nie pamiętał, że był kiedyś zły. Odbywało się to w specjalnych domach, gdzie w pięknych pomieszczeniach wszystko, co było odrażające, brudne i złe  stawało się piękne…

Cały świat stał się piękny i taki zostanie już na zawsze.

Na zdjęciach – Franz i Bóg w limuzynie. Rozmawiają o kolejnych metodach poprawiania świata.

Uwaga adminki.

Już kiedyś babcia i wnuczek bawili się w historię o dobrej królowej, pomagającej ludziom, którzy musieli uciekać przez Białe Góry z kraju, w którym była wojna. Ale, choć staram się nie tworzyć za wnuka jego zabaw, tylko podążać w nich za nim, przyznaję, że opowiadałam mu czasem o mojej pracy z uciekinierami… Tamta zabawa wzruszyła mnie, ale nie wzbudziła zdumienia.

Zabawa w utopię zdumiała mnie natomiast w najwyższym stopniu, bo choć od półtora roku zajmuję się Baratarią czyli nieistniejącym dystopijnym państwem, rządzonym przez sprawiedliwego władcę, wydaje mi się, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy z Antosiem. Teraz musiałam mu jednak powiedzieć, że to, co stworzył, pasuje do tego, czym się zajmuję i o czym piszę. Spytałam, czy mogę zapisać i opublikować na blogu historię o Franzu, który rozmawia z Bogiem w limuzynie i którzy razem urządzają świat. Powiedziałam też, że piszę książkę o doskonałych państwach, jakie zostały wymyślone przez ostatnie sześć tysiącleci.

Ciekawe, że zanim nie powiedziałam tego głośno w berlińskim autobusie, wcale nie wiedziałam, że piszę książkę…

Ale słowo się rzekło…

Jeszcze jedna uwaga: zauważmy, że cała historia zaczęła się od dwóch biało-niebieskich filiżanek do herbaty. To czysty Zen. Zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat.

I uwaga trzecia: wszystko w swoim czasie. Babcia i wnuczek urządzili świat wtedy, gdy babcia jako autorka opowieści o Baratarii, dzięki Mietkowi W., dotarła wreszcie do oryginału czyli sztuki Gałczyńskiego. Babcia i wnuczek czyli noc cudów.

Wyalienowani z rozentuzjazmowanego tłumu, babcia i wnuczek, oboje w żółtych butach, podczas wielkiego wernisażu. Zajmujemy się sprawamy wyższymi, choć siedzimy najniżej.

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Barataria 83 O! Transmogryfikacjo!

Ewa Maria Slaska

O!

Nieznużony baratarysta Mietek Węglewicz przysłał mi ostatnio dwa nagrania radiowe Babci i wnuczka czyli nocy cudów. Olsztyńskie z roku 1961 i ogólnopolskie w reżyserii Janusza Kukuły z Ireną Kwiatkowską w roli babci. Niezrównane!

Główną bohaterką tej dwuaktówki jest babcia, zwariowana na punkcie cudów. Jej sterroryzowany przez nią wnuczek, jego dziewczyna i koledzy postanawiają wyleczyć babcię. Opowiadają jej o cudach w leśniczówce na Mazurach (być może jest to w ogóle leśniczówka Pranie, bo babcia zabiera ze sobą między innymi wyżymarkę). Podobno ukazuje się tam dzik z głową Batorego! Do spisku dołączają dwaj magicy, cwaniacy z Targówka – Adamus i Rączka. O północy wprawiają babci piątą klepkę i dolewają oleju do głowy. Akcja sztuczki przepleciona jest lirycznymi wstawkami, funkcjonującymi potem jako odrębne wiersze, np. “Powiedz mi, jak mnie kochasz”.

Mietek Węglewicz znalazł dwa słuchowiska.

1/
Słuchowisko archiwalne Radia Olsztyn z 1961 roku

Występują: Marta Sobolewska, Jerzy Glapa, Marta Szczepaniak, Roland Głowacki, Jerzy Żółkiew, Włodzimierz Bednarski
Realizacja: Anna Kochanowska.

2/

Słuchowisko Teatru Polskiego Radia, nagranie z roku 1993

Reżyseria i adaptacja:
Janusz Kukuła
Muzyka:
Jan Oleszkowicz
Obsada:
Irena Kwiatkowska – Babcia
Artur Barciś – Wnuczek
W pozostałych rolach:
Edyta Jungowska, Piotr Bajor, Jerzy Bończak, Ryszard Dreger, Andrzej Fedorowicz, Roman Kłosowski i Piotr Pręgowski.

Słuchowiska z Ireną Kwiatkowską nie udało mi się znaleźć w wersji ogólnodostępnej. Mogę zaproponować Czytelnikom, żeby weszli na stronę słuchowiska.pl, zarejestrowali się i wpisali do wyszukiwarki tytuł Babcia i wnuczek. Pojawią się linki do obu słuchowisk, czynne dla osób zarejestrowanych.

Słuchowiska zdecydowanie się różnią, ale w obu w I akcie pojawiają się wspomniani już panowie Rączka i Adamus, twierdząc, że są baronami Apokalipsy. Pukają do drzwi…

Babcia: Apokalipsy! (otwiera)
Rączka i Adamus (wchodzą)
Rączka: (Z ręką podniesioną do góry, mówi jak prorok): O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika. Zorobabel krąży na wysokościach. (krzyczy) A wy co? Zamiast mistyki turystyka? Już dwa tysiące razy mówiłem wam: – O, biada, biada! Nadciąga noc. Wrona kracze. Latarnie się przewracają. Kalendarze i zegary pożarł Lewiatan i nie wiecie dnia ani godziny! O, baratario!
Babcia (zachwycona): O, haratario! Może pan spocznie? (podsuwa Rączce krzesło) Będzie panu łatwiej przemawiać na siedząco.
Rączka: (siada)
Wnuczek: Babciu, my się spóźnimy.
Katarzyna: Naturalnie, proszę panią, musimy się pośpieszyć.
Adamus: A dokąd to śpieszysz się, szalona czeladko?
Babcia: Ci państwo mówią, że cud stał się w leśniczówce.
Adamus: Teraz nie ma żadnego cudu w leśniczówce. Teraz jest cud na Łysej Górze.

A! O! I oraz jeszcze:

Rączka: To my to odwołujemy. Myśmy się pomylili. (podnosi rękę i powtarza swoją prorocka kwestię) O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika Zorobabel krąży na wysokościach.
Babcia: A, skoro tak, to jedziemy. (gasi światło; wychodzi; po chwili słychać żałosne smykanie)
Pies: A o mnie to zupełnie zapomnieli.
(K U R T Y N A !!)

O, baratario! O, transmogryfikacjo! O, moi kochani. Nie myślcie, że Gałczyński sobie tę transmogryfikację stworzył, że to neolgizm! O, bynajmniej, jak piszą autorzy groszowych powieści. Transmogryfikacja to magiczna zdolność do zmiany kształtu lub formy. Moc. Jedna z tych, co ma być z nimi, z nami, z wami. May be force be with you. To zdanie kultowe. Można nim wyrazić wszystko, zmieniając na przykład pisownię (Mai the 4th be with U). Ostatnio widziałam na ulicy siatkę (nie szła sama, niosła ją jakaś ręka) z inną słynną parafrazą: May be fork be with you. Użytkownicy tej mocy mogą przekształcać się w obiekty martwe (i odwrotnie). Na przykład w widelec.

Ciekawe, że póki nie dostałam słuchowiska, dopóty nie mogłam nijak znaleźć w sieci tekstu tej dwuaktówki Gałczyńskiego. A jak przyszło słuchowisko, to o! Eureka! Jest! (Pamiętacie jeszcze?: ciało zanurzone w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez to ciało! O! ten facet był geniuszem, no tak, to taka sobie uwaga bez sensu na marginesie)…

I teraz, jak już jest to słuchowsko, to nagle znajduję nie tylko cały tekst farsy, ale jeszcze, w Dużym formacie z 7 czerwca 2006 roku konkurs literacki Probierczyka na nową wersję tej inwokacji wędrownych cudotwórców, Adamusa i Rączki… (O! pamiętacie te konkursy? Były zawsze obok dawnej cudnej Jolki). Bardzo często wygrywał w nich Stefan Parnasista Nowak z Tych. I wygrywał 400 złotych. Teraz też…

O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Ty, która na oślep połyskujesz miejscami, zanim się nie obrócisz znów na drugą stronę! Kawerno wypełniona murszem wobec zgnilizny przesłanek!

Uwielbiam patrzeć wskroś Ciebie na koalescencję deszczu, na maserację błyskawic, na konfluencję strug. Rozmyślam ci ja wtedy o uczuć deterioracji, o głupoty preponderacji, o nieszczęść wszelkich prefiguracji, o serca krakelurze. A Ty? A Ona? A Jej ostensywna subrepcja dezertyfikująca Jej związek z młodym trasantem? A przecie trata, którą ciągnął, mogła się, gdyby przeszli z dysforii w euforię, okazać koneksją nie do pogardzenia. Czyliż nie mogła stać się konwergencją Jej astralności z Jego besserwisseryzmem? A wszakże to Ona była cesjonariuszem, czemu więc nie przetestowała Go organoleptycznie?

Ona? Barataria czy Transmogryfikacja?

Reblog: Straż pożarna

Radosław Wiśniewski

[Rzecz o Ochotniczej Straży Pożarnej i urzędniku o policzkach jak jabłuszka]

Swego czasu, w co trudno mi teraz uwierzyć, byłem obiecującym urzędnikiem mianowanym R.P. i nawet przez jakiś okres w swoim życiu uwierzyłem, że nie pracuję tylko dla pieniędzy. Początki były trudne. Na przykład w 2003 roku trafiłem do pracy w Biurze Integracji Europejskiej w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu. Czasy były niespokojne, nowa administracja samorządowa układała się z rządową w terenie, troche współpracując trochę rywalizując o kolejne komptenecje. Jedną ze śmiesznostek tamtego okresu było na przykład Biuro Kontaktów Zagranicznych Wojewody tak jakby Wojewoda miał prowadzić swoją politykę zagraniczną. Trochę po prawdzie prowadził. I myśmy z Integracji Europejskiej, jako nieliczni urzędnicy znający języki tę politykę wspierali. Chociaż nie to było naszym głównym zajęciem. Głównie to mieliśmy prowadzić kampanię przed referendum akcesyjnym, które miało sprawdzić czy suweren (nikt wtedy tak nie mówił, ale o to chodziło), chce wstąpić do Unii Europejskiej. Naród się spierał, a u nas się mówiło, że w zasadzie nie mamy agitować, ale informować, wspierać samorządy, docierać do środowisk i takie tam. W praktyce wyglądało to bardzo różnie, a i tak do dzisiaj uważam, że najwięcej załatwił Jan Paweł II jednym bon motem „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej” po którym nawet Roman Giertych, wówczas przypomnę opiekun Młodzieży Wszechpolskiej lekko się zapowietrzył i wykrztusił z siebie, że nie zgadza się z papieżem. Z papieżem i to Polakiem-Papieżem. No wtedy było wiadomo, że Giertych może pomału się pakować do domu. No, w każdy razie tak się wówczas wydawało. To było 15 lat temu.

Przed wystąpieniem Papieża w sprawie wstąpienia bywało jednak bardzo różnie. Posyłani byliśmy przez naszych przełożonych jako owce między wilki, na wsie, do miasteczek i nie zawsze bywało miło czy zgoła bezpiecznie. Był to czas, przypomnę, kiedy to Marian Zagórny wpadł z chłopakami do urzędu ze świnią na postronku i nie niepokojony przez policję czy inne służby biegał z lagą w ręku po korytarzach jak chciał, aż wpadł do gabinetu Wojewody, gdzie świnia się zesrała ze strachu. Bo świnie, jak pewnie mało kto wie, to są bardzo wrażliwe zwierzęta i większość ma słabe serce i są emocjonalne. Pewnego razu wezwała mnie szefowa biura, którą bardzo szanowałem i szanuję do dzisiaj pamięć o niej i powiedziała:

– Panie Radku proszę sobie zmienić marynarkę na mniej elegancką, zdjąć krawat – tak, tak kilka tygodni chodziłem do pracy w krawacie i nawet polubiłem garnitur jak swoją drugą skórę – tutaj ma Pan materiały i ma Pan jakieś dwie godziny, żeby się przygotować…

Zamilkła i spojrzeniem wskazała stos papierów, teczek, plików, na oko jakieś trzy do pięciu kilogramów. Zaczekała, aż się oswoję i kontynuowała:

– Wicewojewoda ma dzisiaj spotkanie z komendantami ochotniczych Straży Pożarnych, więc wykorzystamy ten fakt i postawimy tam Pana, żeby Pan powiedział kilka zdań, odpowiedział na pytania, a tutaj ma Pan materiały o strażach pożarnych w całej Europie. Może okażą się Panu pomocne, gdyby były jakieś szczegółowe pytania.

Skinąłem głową, zgarnąłem stos papierów i udałem się do swojego pokoju. Zdjąłem posłusznie krawat i wyjąłem z szafy taką gorszą, sztruksową marynarkę. Rzuciłem papiery na biurko i zacząłem je kartkować w rosnącym poczuciu bezsilności. Niewiele z nich rozumiałem. Zagadnienie straży pożarnych w Unii Europejskiej wydało mi się czymś w rodzaju wielkiej, nieoświetlonej jaskini, której rozmiarów nie byłem w stanie się domyślić i brnąłem przez nią jedynie swoją myślą, potykając się co chwila, pragnąć dotrzeć do jakiejś ściany, znaleźć jakiś punkt oparcia. Daremne nadzieje, próżny trud. Im więcej wiedziałem, tym większy chaos panował w mojej głowie, tym więcej paniki się w nią wkradało. Zadzwonił telefon z dołu, że samochód już jest i żeby się zbierać bo Wicewojewoda w zasadzie czeka na młodszego referenta.

Jechaliśmy szparko, Wicewojewoda z PSL, któremu podlegały OSP nie odzywał się wiele, popatrywał na mnie jak nerwowo przerzucam papiery na rozłożone na kolanie. Raz tylko mruknął po jakichś czterdziestu minutach jazdy:
– No, szybciej Panie Tomku, spóźnimy się a ja muszę otworzyć to zebranie, druhowie nie lubią jak władza się spóźnia

Akurat ja tam wolałem, żeby Pan Tomek jechał jak najwolniej, chociaż z drugiej strony byłem świadomy, że potrzeba było nie minut, nie godzin, ale dni lektury, żeby ułożyć sobie jakiekolwiek wystąpienie przekonujące dla soli ziemi w tureckich sweterkach w serek i romby. Byłem bez szans. Dotarło to do mnie tuż przed miejscowością w której miało odbyć się spotkanie. Nie ważne co wiem, a czego nie wiem. Zginę. Więc lepiej po prostu przyjąć los z pogodą ducha, być może to pozwoli jakoś opanować salę.

Myliłem się.

Wicewojewoda wpadł na salę na piętrze zabytkowego, chociaż zrujnowanego pałacu stojącego nieco z boku głównej drogi, ściskając po drodze dziesiątki grubych jak bochny, spracowanych dłoni. Wlokłem się za nim jak cień człowieka. Dzień był pochmurny, na sali nie zapalono światła, był półmrok, długie stoły ustawione w podkowę a przy nich nie mniej niż stu, może stu kilkudziesięciu druhów. Twarze wydawały mi się w tym świetle ciemnoszare. Wicewojewoda nie mówił długo.
No, niebawem druhowie pogadamy sobie o naszych sprawach – zaczął kończyć, ledwie zaczął – ale zanim to nastąpi, pozwólcie, że kilka słów o Unii Europejskiej, nadchodzącym referendum i o wszystkim co się z tym wiąże powie Wam kilka słów mój młodszy kolega z Biura Integracji Europejskiej… no, ekhm to ja już przekazuję mikrofon i zostawiam Was sam na sam…
Podał mi bezprzewodowy mikrofon i wyszedł zamykając za sobą przezornie drzwi. Chyba udało mi się zacząć bez rytualnego chuchnięcia w kratkę mikrofonu, ale wiedziony instynktem mówiłem patrząc w blat względnie na swoją rękę, którą położyłem na teczce pełnej papierów. Nie patrzeć wściekłem zwierzęciu w oczy. A tutaj było wielogłowe zwierzę, które na mnie patrzyło, było tego pewien a im bardziej błądziłem, nie wiedząc co w zasadzie miałbym powiedzieć szefom Ochotniczych Straży Pożarnych z całego województwa, ani tego co oni by chcieli ode mnie usłyszeć – tym bardziej rosła jego wściekłość, na razie milcząca. Szybko jednak wielogłowe zwierzę wydało z siebie pierwsze warknięcie, ciche, ale słyszalne:

– Nie no co on pierdoli…
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– Nie, no kurwa, weź, co mi tutaj będzie…

Podniosłem wzrok, żeby zorientować się ewentualnie komu zaproponować zadanie pytania, opanować rodzącą się złość i skanalizować, ale tym samym przerwałem niezbyt przygotowany speech i dałem bestii oddech. Nie zdążyłem już nic powiedzieć, bo natychmiast z drugiego końca sali ktoś warknął głośniej:
– No i co, pierdu, pierdu, zatkało kakao..?!
– No mówiłem ci, szczeka, jak go nauczyli a nie ma nic do powiedzenia
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– No przecież skończył, te, powiedz mi kurwa jak ja mam gasić, jak mam na jednostce motopompę a nie mam jednostki transportowej, co? Co mi to Unia da?
– Daj spokój, przecież paniczyk po studiach nie wie nawet co to motopompa
– Pokażesz mu to zapyta czy to kombajn zbożowy
Tutaj wielogłowa bestia gruchnęła śmiechem tubalnym i donośnym, który zagłuszył narastający rwetes, kiedy kolejni druhowie wykrzykiwali swój ból, podczas gdy inni uciszali tych wykrzykujących, że dajcie spokój, co sobie o nas pomyślą, dajmy przykład kultury i jak Pan do nas przyjechał, niech mówi dalej, ale z kolei tamci dorzucali, że już niech mówili i spierdala skąd przyjechał, za swoje biurko, póki mu nikt nie przyjebał, bo ja zaraz nie wytrzymam, Unia chujnia, a na jednostkę transportową do motopompy od lat proszę i kurwa nie ma i nie ma.

Wyłączyłem mikrofon, bo to chyba nie miało już większego sensu, zapanował kompletny chaos, a chociażbym chciał, nie miałem już z kim rozmawiać i modliłem się tylko, żeby wrócił Wicewojewoda z PSL. Zamiast niego wstał milczący do tej pory Komendant OSP z Męcinki Dolnej. Jasne oczy kontrastowały z szarą, powleczoną lekkim zarostem twarzą, szarym swetrem spod którego wystawał postawiony kołnierzyk koloru écru, chociaż nie odważyłbym się go tak nazwać przy druhach. Oparł się pięściami o blat stołu, pochylił lekko do przodu i pomimo tego, że nie był wysoki, wydawał się ogromnieć z każdą chwilą, bowiem wzbierało w nim coś, co przerastało wszystko, całą te glątwę drgającą wokół niego. Wyrzucił przed siebie lewą rękę jakby chciał coś złapać, jakby właśnie się wspinał po stromej ścianie i chciał za wszelką cenę lewą, mięsistą dłonią znaleźć oparcie i zawołał. Nie krzyknął, ale z głębi swojego ducha zawołał głosem niskim, acz przenikliwy, tak że rozwibrowało się całe powietrze wokół niego:

– Druuuuhooooowieee!

Tamci wrzeszczący, gestykulujący, próbujący wstać zza stołu, widocznie po to żeby mi przyjebać przed powrotem za biurko zastygli tak jak ich zastało wołanie Komendanta z Męcinki Dolnej. A ten widząc, że opanował ich gestem i głosem proroka nabrał powietrza i powtórzył jeszcze raz:
– Druuuhowie! – powiódł wzrokiem, czy go słuchają – Uciszcie się! Nie wypada tak, nawet jeżeli się nie zgadzacie, nie kłóćmy się, druhowie… Przecież tutaj chodzi – znowu spauzował, żeby to, co miał do powiedzenia wybrzmiało dobitniej – tutaj chodzi o p o l s k ą r a c j ę s t a n u!!!!

Zapadła cisza, w której niczym sygnał na trąbce amerykańskiej kawalerii zabrzmiał dźwięk zamka i poruszyła się klamka. Wracał Wicewojewoda, uśmiechnięty, niczego nie świadom, podszedł i nie wiedząc co czyni przejął ode mnie mikrofon.

– No to widzę że już sobie porozmawialiście z moim młodszym kolegą, także ten, no powiem tyle, że ja jestem za wejściem do Unii, bo wprawdzie w każdym kraju unijnym straż pożarna jest inaczej zorganizowana i niby to dla nas nic tu specjalnie nowego nie wyniknie, ale wiecie druhowie, tak po gospodarsku wam powiem jak to jest, jak gminy będą bogatsze, bo część pieniędzy na oczyszczalnię, czy przepompownię dostaniemy z Unii, no to wiadomo, że łatwiej będzie znaleźć środki na nową motopompę czy jednostkę transportową dla niej, prawda. No.

Wicewojewoda mówił jeszcze kilka chwil, prosto, po gospodarsku. Wyszedłem zapalić papierosa. Drżały mi trochę ręce. Zrozumiałem błąd i ślepy zaułek w jaki niechcący wpuściła mnie szefowa zarzucając mnie kilogramami zbędnego papieru. Ale już nic nie dało się zrobić. Miałem z tej lekcji skorzystać za to kilka razy w przyszłości.

Nie wiem do dzisiaj jakie miał poglądy polityczne, geopolityczne Komendant OSP z Męcinki, ba, nie wiem czy Komendant OSP z Męcinki Dolnej jeszcze żyje (nazwa miejscowości została zmieniona), czy temu drugiemu gmina kupiła jednostkę transportową. Ale kiedy słucham jak wysoki urzędnik RP o policzkach jak jabłuszka po raz kolejny opowiada drydymały o tym, że Unia jest wspólnotą wyimaginowaną, chętnie poleciłbym mu, żeby się spotkał z Komendantem OSP z Męcinki Dolnej, bez ochrony, bez świadków, bez żony, kolegów partyjnych i bez marynarki. Może Komendant OSP z Męcinki Dolnej wyjaśniłby mu raz na zawsze, dobitnie na czym polega polska racja stanu, bo chyba ten urzędnik o policzkach jak jabłuszka kompletnie nie wie co to jest, a jeżeli wie to jej nie rozumie. Ale jest jeszcze czas, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, Panie Komendancie.

Bild könnte enthalten: Himmel und im Freien

#PlicaPolonica

#PlicaPolonica

Koniecznie przyjdźmy… Raz może to stulecie, które nam już nosem wychodzi, pokazane zostanie inaczej…

Taki hasztag wpisała Anna Krenz na Facebooku, pokazując tę oto grafikę:

Co mówi Piłsudski? Co tam prawi? Dowiecie się na wernisażu wystawy “Niepodległa Polska”wernisaż 14.09.2018 w Klubie Polskich Nieudaczników, Berlin.

#PlicaPolonica

Anna Krenz, jak sama twierdzi, sama podąża i bawi się formą komiksową 3D. Nadal.

Ela Woźniewska, napisała mi tylko, że będzie i żebym przyszła.

Piotr Mariusz Urbaniak informuje: oto moja praca, która zostanie pokazana na wystawie 100 NIEPODLEGŁA POLSKA 🇵🇱, w Klubie Polskich Nieudaczników/ Club der Polnischen Versager, w Berlinie.

To mój pierwszy obraz, który namalowałem w Berlinie Zachodnim, późną jesienią roku 1983, na krótko po opuszczeniu mojej Ojczyzny, na emigrację w Niemczech Zachodnich.
Tytuł tego historycznego dla mnie obrazu: JASNA GÓRA, 1983, 80x100cm, olej, blejtram…

(Uwaga prace, które były tu pokazane były linkiem do strony internetowej Nieudaczników i w międzyczasie zostały z tej strony wyparte przez sprawy nowe, nowsze i najnowsze – a zatem obrazów nie ma! przepraszam)

Barataria 82 Turumba

Ewa Maria Slaska

Wesele poety i owocowa turumba

Turumba to wiersz, piosenka i taniec. Przypominam, że turumbę znalazłam na ulicy w Berlinie, na kartce wyrwanej z książki. Książka była po hiszpańsku czyli w języku oryginału. Od słowa turumba doszłam do autora (Antonio Skármeta) i tytułu książki (Wesele poety) oraz do jej wydań najpierw po niemiecku (przez co dowiedziałam się, że wyimaginowana wyspa Gema, gdzie toczy się akcja powieści, to ani chybi Barataria) a potem po polsku…

Znalezienie kartek opisałam TU
Odkrywanie Baratarii na Gemie (Gemmie) TU

Opowiadałam już też, że turumba to naładowany erotyką taniec, jaki tańczy miejscowa ludność podczas wesela, co zapewne (choć autor o tym nie wspomina) miało zapewnić płodność młodej parze. Akurat w powieści, która jest historią dwóch ślubów i dwóch wesel, naładowana seksem turumba nikomu się na nic nie przydaje – jedna panna młoda umiera podczas nocy poślubnej, druga, w dwadzieścia lat później, zostanie zgwałcona przez obce wojska w symbolicznym akcie zwycięstwa. Jeden z panów młodych ginie, drugi… ach nieważne, chcecie to poczytajcie… Autor jest bardzo znany, napisał między innymi powieść o Nerudzie, według której nakręcono słynny film Listonosz (Il Postino). Wesele poety nie jest może najlepszą jego książką, ale za to jest świetną sagą rodzinną, w której prawda miesza się z fikcją, nauka z konfabulacją i w końcu dowiadujemy się, skąd się wzięli Włosi w Chile…

No ale turumba, turumba…

Na wybrzeżu Malicji świątecznym tańcem na uroczyste okazje jest skoczna turumba, którą tańczy się na dwa sposoby – salonowy i lupanarowy. Pospólstwo zwie ją kurwą-umbą.

I tak w kurwie-umbie mężczyźni przesuwają dłonie z talii na piersi kobiet, które już wcześniej rozumnie pozbyły się w toalecie biustonoszy (…). Potem tancerze ściągają partnerkom majteczki – trofeum nieodzowne w kurwie-umbie, uznawanej dziś za pomnik folkloru – chwytają zębami skradzioną w ten sposób część garderoby i z jeszcze większym zapałem ocierają się podbrzuszem o jędrne pośladki wyspiarek przy akompaniamencie ekstatycznych dźwięków skrzypiec i fortepianu.
Jeśli zabawa przebiega wedle ustalonych reguł, kurwę-umbę wieńczy układ choreograficzny, w którym mężczyźni powiewają damskimi majtkami nad głową, a jednocześnie głośno wystukują rytm obcasami, podczas gdy partnerka, pod osłoną wzniecanego z podłogi kurzu, zadziera spódnicę aż do pasa, odsłaniając przed spostrzegawczym widzem falującą …

I tak dalej. Poczytajcie sobie sami 🙂

A tu sam wiersz w trzech odsłonach… Zachęcam do tworzenia dalszych wersji…

Antonio Skármeta

Turumba de la fruta

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la novia y con las putas,
con las putas

Yo ya le como la sandía hasta dejerla toda vacía
Yo ya le como ese melón sin dejarle ni el corazón
Yo ya le como la uvita, que está muy rica
que está muy rica
Ahora te beso las tetitas, que están duritas
que están duritas

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la abuela y con las putas,
con las putas

Chúpame chiquita la banana, que está muy sana
que está muy sana
Qiero besarte el coliflor, qué suave olor
que suave olor
Voy a morderte la aceituna, que ese pezón
que ese pezón
Ya te ésta chorreando la naranja, vamos a la cama
vamos a la cama

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con el cura y con las putas,
con las putas

*** Ja ją sobie przetłumaczyłam tak:

Turumba owoców

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

*** Tłumaczka powieści na polski, Dorota Walasek-Elbanowska ujęła to dosadniej:

Owocowa turumba

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Będę jadł arbuzy, będę jadł melony
nie będę jadł ogórka, bo jest zbyt zielony.
Lubię miękkie gruszki i twarde jabłuszka,
daj mi pocałować twojego cycuszka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Złap mnie za banana, dziewczyno kochana
będziemy się ściskać do samego rana.
Puszcza sok cytrynka, już mi cieknie ślinka
pokaż mi cycuszka, ugryzę rodzynka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy tańcować z księdzem,
z kurwami tańcować

No cóż, w oficjalnej polskiej wersji zniknęła babcia z drugiego refrenu, a w Baratarii przecież wciąż pojawiają się jakieś nieźle rozerotyzowane babcie – najwięcej chyba w tej amerykańskiej powieści o dorastaniu – Barataria Summer. Ale nie zniknął, i to jest znacznie ważniejsze, ksiądz z refrenu trzeciego.

Ksiądz zagroził, że jesli ostatnia zwrotka tego lirycznego poematu nie zostanie usunięta, nie poświęci obrączek i ekskomunikuje całą wyspę, podobnie jak niegdyś papież Pius I heretyków niejakiego Marcjona, uprawiających bezecne praktyki ze świecami. Kiedy Hieronim (pan młody – przyp EMS) wypomniał proboszczowi, jak to przed laty sam go namawiał do założenia burdelu, ojciec Pregel oświadczył, że ostatnio cierpi na chwilowe napady amnezji, a gdy kupiec wręczył mu dwa banknoty z długimi rzędami zer, prosząc, żeby kupił w Agram nową figurę świętego Rocha, patrona piratów, kapłan stwierdził, iż w gruncie rzeczy Owocowa turumba ma w sobie coś adamicznego, i zapowiedział, że do wieczora własnoręcznie dopisze dalszy ciąg, wzbogacając ów niekonwencjonalny tekst o perypetie Adama i Ewy w raju, po czym na poczekaniu wymyślił kolejną zwrotkę:

To, co wąż uczynił Ewie, może teraz spotkać ciebie.
Szukasz męża, strzeż się węża; tańcz w bieliźnie, bo się wśliźnie.

Czy to początek turumby? Taniec z gwiazdami, majtki Cieślak…

Wrócimy jeszcze przy okazji na wyspę Gemmę, obiecuję…