Niezła sztuka (reblog czyli reklama)

na Facebooku piszą o sobie:

Jesteśmy fundacją, której misją jest edukowanie i upowszechnianie sztuki, chcemy zainteresować tą dziedziną jak najszerszą publiczność wg zasady „sztuka dla każdego – od amatora do konesera”

Tworzymy modę na polską sztukę, wydobywamy z zapomnienia wspaniałych artystów, promujemy polskie muzea, które są skarbnicą tego, co jest najlepsze w polskim dziedzictwie. To wszystko pozwala naszym odbiorcom inspirować się przez sztukę.

Ich mottem jest cytat z Einsteina:

Wiara, Nauka i Sztuka to gałęzie tego samego drzewa. Wszystkie te dążenia skierowane są ku temu, aby uszlachetnić życie człowieka, wydobyć go ze sfery czysto fizycznej egzystencji i poprowadzić ku wolności.

Mają siedzibę w Warszawie. Jeśli chcecie to nich napisać to TU.

Obrazy, które mnie u nich zaineresowały i zlinkowałam je z tym wpisem zniknęły. Pokażę inne, które są moją “niezłą sztuką”…
Na przykład moja Mama Irena Kuran-Bogucka, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Wiersze z szuflady Broma

Roman Brodowski

Aby odetchnąć nieco od polityki, stresu, i szarej nienormalnej
dla mnie polskiej rzeczywistości, postanowiłem zajrzeć do
szuflady, by przypomnieć sobie siebie w odległej przeszłości.
Postanowiłem wypuścić na światło cztery wiersze pisane
prostotą uczuć młodego poety-marzyciela.

Pozdrawiam

Jak bocian

Powrócę do Ciebie
Jak bocian
Początkiem wiosny
W czas roztopów

Chłodnym porankiem
Gdy kogut
Spragniony promieni
Zapieje na dzień dobry

Przywitasz mnie
Jak zawsze
Kolejną już szansą
Na miłość

… I będzie radość.

Zostanę u Ciebie latem
Będziemy jak
Śnieżne łabędzie
Ona i on na stawie.

W miłosnej ekstazie
Odnajdziemy
Zagubiony świat
Naszego wczoraj

Otulę twoje ciało
Peleryną
Uszytą zapachem
Kwiecia z łąki

… I będzie pięknie

Odfrunę od Ciebie
Jak bociany
Jesienną nostalgią
Tańczących liści

Popłynę beskresem
W bezczas
Bożozakonnego daru
Przemijania

Zostawię po sobie
Wspomnienia
Dla jesienno zimowej
„Żony marynarza”

I będzie…? – Kocham wolność

Berlin, 19.02 1990

***
Pora dojrzewania

Wciąż tęsknię za nocą.
W niespokojnym śnie
Czuję Ciebie wilgocią ust
I jest mi dziwnie inaczej

Jesteś przy moim boku
Tylko moja i tylko dla mnie
Hormony tańczą dojrzewanie
Lecz ciało na granicy marzeń

Dlaczego przychodzisz
Niby muza tylko tęsknotą
Karmisz pożądaniem
I znikasz cichym porankiem

Wciąż piszę do ciebie poematy
Wysyłam i wiatrem i deszczem
I gołębim gruchaniem
Na okiennym parapecie

Moja komora czeka ciepła
Ciało miłosnych uniesień
Kalendarz traci powoli stronice
A ja nadal kocham tylko noc noc

Bytom, 21 marca 1981

***
Nic nie mów

Nie wyznawaj nikomu
Miłości
Gdy w sercu pustynny wiatr
Rozwiewa nadzieję

Nie obiecuj nikomu
Dobroci
Gdy dusza w nagości
Czeka wsparcia

Nie mów nikomu
Jaki jest
Niepotrzebne myśli
Ubogie w prawdę

Poranek budzi dzień
Dzień wita wieczór
Wieczór pozdrawia noc
Noc otula snem

A Ty – Nic nie mòw.

Żory – 15. 07. 1983

***
Samotny?
Nie jestem samotny.
Spotykam cienie
Na kamiennych płytach
Rozmawiam
Słyszę ich żale
One są ze mną

Odnalazłem tułacza
Był we mnie
Pokazał mi drogę
W niepojętą przyszłość
I ruszyłem za nim
We dwoje raźniej
Podążać do celu

Niemcy z drogi 2

Drugi fragment książki Henninga Sußebacha Deutschland ab vom Wege

Günther

Pod koniec dnia znalazłem nocleg w szopie ogrodowej u starego faceta, który ma na imię Günther. Na południe od autostrady szedłem przez strefę beznadziei, a raczej bezpociechy, opuszczoną jak krajobraz po bitwie. (…) Z godziny na godzinę coraz intensywniej dręczyło mnie pytanie, gdzie będę mógł przenocować? Byłem przemoknięty do suchej nitki, ale było też tak, że nocleg u kogoś obiecywał mi większą przygodę niż przespanie się w namiocie.

Obejście, wydłużony kawałek pola, leżało pośrodku ziemi jałowej jak wyrzucony na plażę wieloryb – pół budynku w ruinie, belki konstrukcji ryglowej sterczące jak żebra, druga połowa z czerwonej cegły. Z okna otwartego jak oko umierającego domu wydobywało się światło. Otworzył mi mężczyzna o miłej okrągłej twarzy na ciele kolosa. Przenocować? W zrujnowanej części budynku? W szopie będzie chyba przyjemniej, powiedział. Jak rozłożę śpiwór, mam przyjść na kolację. Drzwi są uchylone. Położy mi kapcie.

Człapiąc wszedłem do świata, w którym mieszka Günther, dotarłem do nieznanego mi kontynentu, który chciałem poznać, a który nie był tu piękny, lecz szorstki, zerodowany rozczarowaniami. Siedzieliśmy w pokoju gościnnym, pod obrazem przedstawiającym białe brzegi Rugii. Stary opowiadał. Do Zjednoczenia pracował w państwowej, enerdowskiej fermie świń – zapładniał maciory nasieniem wieprzy i potrafił o tym zabawnie opowiadać kolegom. Bo kto wie, że wieprz za jednym zamachem produkuje pół litra spermy?

Günther wyjaśnił mi też, dlaczego tak potwornie przemokły mi buty i czemu stopy napuchły mi z wilgoci. Otóż żaden wieśniak nie wyprowadza już krów z obory, bo wtedy, musiałby do nich dotrzeć, żeby je wydoić. Strata czasu, strata pieniędzy. Łąki, którymi dziś szedłem, nie są już miejscem wypasu, to tylko tereny, które się kosi kilka razy do roku. Krowy na pastwiskach, owce na wypasie, kury grzebiące w ziemi? Nic z tych rzeczy, nie w Meklemburgii. Tu po ogromnych polach przejeżdżają ogromne maszyny rolnicze i w ciągu kilku godzin zapewniają całoroczny dochód. Mięso, bułka, ogórek.

Günther nie był zwolennikiem ekologii. Nigdy. Tego wieczora powiedział o sobie, że jest marksistą, że cenił PGRy, bo zapewniały uprzemysłowienie rolnictwa, aż przyszedł czas, że to samo uprzemysłowienie pozbawiło go pracy. Maszyny przywiezione z Zachodu, większe i mocniejsze niż wszystko, co przedtem tu widziano, które pracowały wydajniej i bez przestojów niż te dawne, weszły na jego ziemię i w jego życie, i zmiotły go z powierzchni. Spróbował sił w chowie bydła na własną rękę, ale jego małe stadko dopadła infekcja. Przerzucił się na hodowlę ryb, ale sandacze też zdechły. On sam nabawił się cukrzycy, przyplątał się zawał. (…)

Nie czułem się dobrze. Byłem młodszy, a słuchałem go z pozycji człowieka uprzywilejowanego, który takie pojęcia jak zmiana systemu i kolaps znał tylko z obsługi komputera. On, ten starszy, dał mi w ciągu tego wieczora odczuć swą wściekłość na świat, uczucie które mi się zrazu wydało irracjonalne i niedojrzałe. Günther  często rozpoczynał zdania od takich sformułowań, jak “tak to już jest…” i “muszę powiedzieć, że…”, po czym następowały ciężkostrawne teorie o kanclerce, która jest zdrajczynią i hasła partii AfD, pełne lęku o przyszłość i wrogie obcym. Günther nie ufał już dawnym partiom, nie ufał związkom zawodowym, ani państwowej telewizji. Przestał prenumerować gazetę, którą przedtem czytał, a jego lekturą stał się Compact, pełne nienawistnych tekstów piśmidło pegidystów i zwolenników wszelakich teorii spiskowych, które chętnie ilustrowano wizerunkami Angeli Merkel w islamskiej chuście na głowie.

Byłem gościem samozwańczego obrońcy chrześcijańskiego świata Zachodu, który był jednocześnie, jeśli dobrze interpretowałem, to co mówił, i ateistą, i brunatnym komuchem. Między jego życiem a moim nie było żadnych punktów stycznych, może poza tym, że i jego, i moje poglądy pełne były sprzeczności. Ale teraz siedzieliśmy razem, jedliśmy ser, chleb i ogórki konserwowe. On – fenomen z wiadomości prasowych, i ja – dziennikarz czasopisma, które on traktował jak wroga. W moim świecie takich jak on nazywaliśmy “wściekłymi staruchami”, on sam myślał o sobie jako o “dobrym człowieku”.

A przecież coś mnie tam trzymało. Günther był istotą zmiennocieplną. Był lodowaty w stosunku do wszystkiego, czego nie znał, ale traktował mnie przyjaźnie, choć byłem całkowicie mu obcym przybłędą. Wiedział kim jestem, wiedział, że pracuję dla prasy, która w jego pojęciu kłamie. Mógł mną pogardzać, a był szczęśliwy, że ma się przed kim wygadać. Nie podzielałem nawet najmniejszej części jego poglądów i otwarcie mu to powiedziałem, ale jednocześnie rozumiałem, co go wpędziło w ten polityczny ślepy zaułek wiecznego niezadowolenia. Z punktu widzenia Günthera, człowieka z prowincji, demokracja stała się zabawą mieszczuchów, którzy nie dopuszczają żadnej alternatywy, a o takich jak on mówią “motłoch”. Ci z miasta byli w każdej sprawie zgodni, czy chodziło o rezygnację z energii atomowej, czy o wysłanie wojsk na placówki zagraniczne. Mieli zawsze rację i nie obchodzili ich ludzie spoza ich horyzontu światopoglądowego, ich potrzeby i lęki. Günther był zdania, że gdy tylko jakiś koncept polityczny wyjdzie poza miasto,  jego materializacja na prowincji mieszczucha już nie będzie obchodziła.

Günther pokazał mi czerwone światła migające w ciemności za oknem. Dziesięć lat temu, powiedział, Konsorcjum postawiło tu wiatraki – symbole tego, jak ludzie z miasta rozumieją postęp. Brygady ustawiały kolumny, starannie mierząc dozwolone odległości do najbliższych siedzib ludzkich, wyznaczone na podstawie wysokości masztów, pomiarów fal dźwiękowych i przewidywań co do ilości dni, kiedy maszty będą rzucały silny cień. Teraz wymienia się stare wiatraki na nowe, dwa razy wyższe – a więc zasadniczo powinny stać w podwójnej odległości. Günther kręci głową. Obecnie zakłada się, że zmiana systemu pozyskiwania energii jest nieodwracalna, a to oznacza, że obowiązują inne zasady. Nowe wiatraki staną tam, gdzie stały stare. Günther jest zdania, że dopasowuje się przepisy do zaistniałej sytuacji, a nie sytuację do przepisów. To sprawia, że Günther czuje, iż politycy przestali go reprezentować. Jest rozgoryczony i znalazł sobie nowych reprezentantów.

Podczas tej wędrówki, na obcym mi terenie, znajdując się w sytuacji przeciwstawnej do tego, co mnie otacza na co dzień, mam wyostrzony obraz samego siebie. Tak, jestem za tym, byśmy zrezygnowali z energii atomowej. Jestem zdania, że Niemcy są krajem wystarczająco zamożnym, bo udźwignąć koszty takiego projektu lepiej niż jakiekolwiek inne państwo. Ale słowa Günthera wywołują we mnie również poczucie niezadowolenia i to takiego, z którym zmagam się już od dłuższego czasu. Kiedy po raz ostatni, ja – mieszkaniec miasta, ja – mieszkaniec przedmieścia – osobiście poniosłem konsekwencje moich przekonań politycznych i moralnych? (…) To prawda, częściej korzystam z kolei niż z auta, ale to dlatego że tak jest mi wygodniej. Korzystam też z tzw. energii przyjaznej dla środowiska, ale nie oznacza to, że postawiono mi wiatrak w ogródku przed domem (…).

To na prowincji dokonuje się działań, które nam, mieszczuchom, pozwalają prowadzić życie zgodne z naszymi normami moralnymi. Ci, którzy inicjują takie działania, sami z reguły nie mają styczności z realiami tych decyzji.

(…) Niemal całe życie spędziłem w miastach, najpierw w Zagłębiu Ruhry, potem w Berlinie. [Teraz w Hamburgu] Jestem zdania, że miasto od dawna jest najlepszym miejscem, żeby podważać to, co zastaliśmy (…) Ale miasto równie wspaniale pozwala się samooszukiwać i żyć w przekonaniu o własnej nieomylności. Zmiana systemu pozyskiwania energii wymaga w mieście zaledwie podpisu pod nową umową dostawy prądu. Jak się ma dworzec pod nosem, przesiadka z auta na pociąg nie jest wielkim poświęceniem. Nigdzie nie jest łatwiej niż w mieście być dobrym człowiekiem.

Ale czy jesteśmy dzięki temu lepsi od innych?

Poczucie wyższości mieszczucha – moralne, intelektualne, stylistyczne. Widziałem to po samym sobie. I po innych, kiedy z powoidów zawodowych przeprowadziliśmy się z rodziną z centrum Berlina na przedmieścia Hamburga – bo w centrum było nam za drogo. Po przeprowadzce doskwierał nam brak kina, koncertów, restauracji, nawet plakatów, które by nam podsuwały coraz to nowe możliwości. Ale bolało też niezrozumienie ze strony przyjaciół mieszkających w centrum. Standardowe pytanie, które zresztą było krytyczną oceną, brzmiało: “tak daleko teraz mieszkasz?” Jakby nie istniało życie poza dużym miastem.

To miejskie pełne politowania pobłażanie nadal zresztą i sam uprawiam. Nie znam nikogo, kto mieszka naprawdę na prowincji.

Siedzimy w rozwalającym się obejściu Günthera, który mówi, że nie ma już z nikim wspólnego języka. Zjednoczenie to humbug. Wiatraki produkujące energię – też. A jeśli byłeś hodowcą świń i straciłeś pracę, to mieszkający w mieście wegetarianie nie zatroszczą się o twój los, nawet cię nie zauważą.

Czuje się tak, jakby go już w ogóle nie było. (…)

Mam wrażenie że znalazłem się dokładnie pomiędzy, w jakiejś historycznej rozpadlinie, między miastem i prowincją, między awangardą, a tymi, którzy zostali odepchnięci, zapewne też między arogancją z jednej strony i poczuciem, że człowieka zignorowano z drugiej. (…) moje własne odczucia wcale nie były jednoznaczne. Broniłem przed zgorzkniałym starcem osiągnięć ostatnich dziesiątków lat. To były miejskie osiągnięcia, to prawda, ale miały przecież uniwersalną siłę: równouprawnienie, ochrona mniejszości, zrównoważona gospodarka. Ale rozumiałem, że dla Günthera oznaczają one poniżenie i zepchnięcie na margines.

(…) Przyszło mi do głowy, że Günther nie skarżył się na zbyt niską emeryturę, na zły stan dróg, na to, że zlikwidowano połączenia autobusowe. Bolał go tylko brak uwagi i szacunku.

Leben, Tod und Schlaf / życie, śmierć, sen

Ein paar Bilder und ein Lied, die ganz zufällig oder gar nicht zufällig an meinem Geburtstag (oder Tag danach) angekommen sind / Zdjęcia i piosenka, które, przypadkowo lub nie, dotarły do mnie w dniu urodzin (lub dzień później).

Foto: Dorota Cygan

Cmentarz Ruhleben (Spokojne życie): życie – uśmiech – radość
Dzień cmentarza, 15 września, od godz. 14 do 22

Foto: Facebook

Wanted dead & alive!

Fotos (3): Christine Ziegler

Song discovered by Lidia Głuchowska

Es singt / wykonanie: Paweł Matyja

Jarosław (Jarek) Kaczyński schlief…

Der Song ist schon zwei Jahre alt, ist aber jetzt wieder aktuell geworden. Es geht um den Diktator, der am 13. Dezember 1981, als in Polen das Kriegsrecht begann, als die anderen inhaftiert oder interniert wurden, einfach in eigenem Bett schlief, heut aber die Allüren des Heldens vorzeigt. Das Lied ist eine bewusste Anspielung an einen sehr berühmten Song aus der Zeit der VRP – Janek Wiśniewski padł / Jan (Janek) Wisniewski ist gefallen

Barataria 81 szewski poniedziałek

Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska

Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.

Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.

Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.

Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!

TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…

Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.

Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).

Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach…  Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.

Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…

Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.

Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…

Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.

O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.

Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…

Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.

Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.

W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.

W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.

Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.

Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.

– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.

Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.

Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.

Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.


Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.

Żniwa – Wyspiański, Homer, Polski Teatr Tańca

Iwona Pasińska – wywiad
Rozmawiała: Anna Krenz

A siódmego dnia Pan Nasz, stworzyciel wszystkiego, strudzony swoim dziełem wypoczywał. I zdarzyło się, że Pan Nasz przysnął i kiedy spał melodia mu wpadła przez ucho do głowy i wyjść nie chciała, póki Pan Nasz jej nie nazwie. I rzekł Pan – będzie Polka. I była”. (fragment tekstu „Polki” – I. Gorzkowski)

Ania: Od 2 lat jest Pani dyrektorką Polskiego Teatru Tańca. W tym roku – Roku Bogów (ale i roku praw kobiet!) – macie za sobą już kilka spektakli, w tym „Polkę“ (premiera odbyła się 3 lutego w CK Zamek) w reżyserii Igora Gorzkowskiego. Jaki obraz Polki Wam się wyłonił?

Czas sobie płynie a Polka czeka, czeka na cud, na księcia, na karierę, na miliony, czeka na wszystko. I budzi się któregoś dnia, ma 60 lat, i cały czas czeka na tej ławeczce, nieudane małżeństwo, nieudana kariera, zapity mąż. Tkamy z mgły ciało kobiety, która okazuje się Polką, od tej siedemnastki aż do śmierci. I dopiero jest szczęsliwa kiedy przejdzie bramę tęczy.

A to Polka właśnie. Czy jest to prawdziwa Polka?

W teatrze nie chodzi nawet o prawdę, tylko o brak fałszu. To nie była łatwa realizacja, powstawała w napięciu, bo większość w naszym zespole to jednak kobiety, a wyłonił nam się obraz inny niż oczekiwaliśmy. Wydaje mi się, że wszyscy chcieliśmy spotkać się z obrazem kobiety szczęśliwej, spełnionej i radosnej i walczącej o swoje sprawy. Nieco na siłę próbowaliśmy te pozytywne rzeczy przemycić, ale czuliśmy fałsz, straszny fałsz, który z tego nam wychodził i nie mogliśmy się na to zgodzić. Chcieliśmy być uczciwi w popozycji portretu kobiety, którą pokazujemy po to, żeby osoby, które go oglądają mogły się zastanowić czy nie czas zmienić coś w swoim życiu. I uchwyciliśmy to. Tu nie chodzi o prowokację. Nie ma tutaj żadnej agitacji, żadnych skandali. Udało się to osiągnąć najprostszymi środkami, których jestem zwolenniczką. Nie ma video, nie ma krzyku, spektakl sobie płynie. Jako zespół czujemy się bardzo dobrze, bo się w końcu zgodziliśmy na ostateczny wizerunek tej Polki.

A: Ale reakcje na spektakl były różne.

Po premierze połowa widowni się na nas obraziła, mówiąc, że tak nie jest, na co odpowiadałam, że teatr nie jest od mówienia jak jest, tylko ma poruszać coś w duszy widza i skłonić do refleksji. I teraz od widza zależy co zrobi z tym, co zobaczył w teatrze.
A druga część widowni pytała, dlaczego zrobiłam spektakl o ich małżeństwie? Wiele osób przyznało, że tak własnie jest, że są nieszczęśliwi, że się kłócą, że to jest chyba właściwy moment żeby przestać czekać i wykonać ruch.

A: Nie jest łatwo patrzeć w lustro, choć taka jest rola sztuki…

To może irytować, niech sobie irytuje. Ta nasza Polka irytuje. To nie jest też wygodny portret, ale jestem szczęśliwa, że mamy taką propozycję.

A: I to kolejny Wasz spektakl dotyczący nas – społeczeństwa, ludzi, Polaków, podzielonych według różnych kryteriów. W zeszłym roku, Roku Guślarzy, odbyła się premiera Waszego spektaklu „Wesele.Poprawiny“. I tak jak dzieło Wyspiańskiego wydaje się zawsze aktualne, tak tu zaproponowaliście Poprawiny w bardzo współczesnej wersji.

To było moje kolejne spotkanie z Wyspiańskim i Marcinem Liberem – reżyserem. W 2013 roku pracowaliśmy razem nad „klasyczną“ adaptacją Wesela.
Teraz nie chciałam nawet, żeby Marcin Liber robił „Wesele“, on sam poprosił o to, wiedząc, że mam je w programie. Spytałam go: Dlaczego chcesz wejść dwa razy do tej samej rzeki? A Marcin mi odpowiedział: Bo ja już wiem inaczej Wesele. Wiem inaczej sens myśli Wyspiańskiego.
I chciał zrobić spektakl jako poprawiny. Stworzył „Wesele“ na nowo, z kolorytem naszości, na który też często nie ma zgody. Jest uwielbienie dla takich zabaw, do których się nie przyznajemy, a które się odbywają na weselach a zwłaszcza na poprawinach, kiedy już drugi dzień wódki robi swoje. Do lokalności, do disco polo.

A: Czyli znów przeglądamy się w lustrze?

Chodzi o to, żeby umieć o tym rozmawiać i się przyznawać do tego a nie stawać się hipokrytą, mówić, że u nas nie jest tak, po czym się okazuje, że tak jest.

A: Ale „Poprawiny“ są wyjątkowe również z innego powodu – występują w nim seniorzy. Jak do tego doszło?

Ja od 2010 roku pracuję w Poznaniu z seniorami. Założyłam Fundację Movements Factory właśnie po to, żeby doświadczać ruchu ze środowiskami, które na codzień nie stykają się ruchem. I rozpoczęłam z seniorami współpracę, bo zaczęło mnie fascynować ciało dojrzałe. Patrzyłam na nie i czytałam historie. Im było starsze, tym piękniejsze miało historie. I chciałam z nimi pracować, żeby im pokazać, że sa najbogatsi w ogóle, że mają ogromnie dużo do powiedzenia, bo przeżyli tyle, każda ich komórka jest tym wypełniona. Od tego się zaczęła moja przygoda.
Ale kiedy w 2017 roku zostałam dyrektorką Polskiego Teatru Tańca, okazało się, że nie mam już czasu na fundację. Jak to czasowo połączyć? Więc pomyślałam, że „Wesele“ jest kapitalnym obszarem, do którego mogę właczyć naszych seniorów, których znam już od 8 lat, jako weselników. To są moje dzieci, 70-letnie, 80-letnie, na które pokrzykuję, które dyscyplinuję i kochamy się strasznie (śmiech).
W tym „Weselu“, seniorzy dostali zadanie od reżysera, mieli spisać wspomnienia swoich wesel, czy ślubów swoich mam. I przynieśli te wspomnienia. Dramaturżka spisała je wszystkie. To jest odzwierciedleniem stuletniej ramy, czyli czasów przed wojną, po wojnie, w latach 80, w stanie wojennym aż do teraz. Są i marzenia o weselu nawet na Hawajach.
Podczas przygotowań dotykaliśmy z seniorami – z ich wiedzą, z ich podejściem – bardzo różnych tematów, nawet tematu śmierci, tego momentu na trzy sekundy przed. Płakaliśmy na tych próbach. Bo to są trudne tematy.

No właśnie, jest Pani dyrektorką od niedawna. Została Pani wybrana w drodze konkursu. Zapewne początki nie były łatwe. Jak się pracuje z zespołem Polskiego Teatru Tańca?

Ten pierwszy rok był oczywiście trudny. Od razu zmieniłam strukturę zespołu, bo wcześniej teatr miał strukturę hierarchiczną, którą zaproponował fundator – mistrz Conrad Drzewiecki, czyli zaspół, soliści, pierwsi soliści. Dla mnie czegoś takiego w teatrze tańca nie ma.

Czyli precz z solistkami i solistami? Likwidacja struktur hierarchicznych… dość postępowe działanie!

Tak, od razu oznajmiłam zespołowi: słuchajcie, likwiduję coś takiego. Nie ma. Bo każdy element spektaklu jest najważniejszy. Dla mnie zespół jest najważniejszy a w nim indywidualności dwusekundowe, dwudziestominutowe.
Oni mają potencjał, który nie był uruchamiany, był inaczej sterowany, bo inne rzeczy były ważne. I to jest też ok. Ja po prostu zaproponowałam coś innego. I myślę, że się świetnie rozumiemy, jesteśmy bardzo bardzo zgraną ekipą. I potrafimy też ze sobą rozmawiać. A to jest chyba sukces, bo kiedy tu przyjechałam, nikt ze sobą nie rozmawiał. Komunikacja opierała się na poleceniach i uwagach technicznych. My rozmawiamy. Nasza pierwsza poważna rozmowa była o tym, czego się boimy. Ten temat zresztą też przeszedł do „Wesela“.

A: Nowe wyzwania dla zespołu, jak to przyjęli?

Członkowie zespołu i realizatorzy zrozumieli o co mi chodzi i absolutnie przyklasnęli temu pomysłowi. I ta przemiana naprawdę trwała krótko. To jest fantastyczny zespół.
Kiedy zastałam teatr, mówiono mi, „ale nie dotykaj tych kulis, to nie należy do Twoich obowiązków“ – nie mogłam w to uwierzyć! Bo była osoba, która tym zarządzała, a czasem chodziło tylko o pociągnięcie sznurka przy kulisach, bo się zahaczył.
Teraz jesteśmy partnerami, ja też mopa biorę do ręki. Kiedy przyszłam, każdy czekał, aż ktoś tego mopa przyniesie. Nie powiedziałam: zrób to, ja po prostu wstałam i wziełam mopa i zmyłam podłogę. I nagle się okazało, że wszyscy sie wspieramy, że możemy sobie pomagać i na sobie polegać. Nie chodzi o zakres uprawnień, nie chodzi o przekraczanie zakresu uprawnień, chodzi o zwykłą ludzką życzliwość i przyspieszenie biegu wydarzeń. Wcześniej, nikt nie zauważał, że to można zmienić.

A: W „Żniwach“ Penelopa czeka… pojawia się też Wyspiański. W zeszłym roku – Roku Guślarzy – mieliście premierę „Żniw“ w reżyserii Igora Gorzkowskiego. Spektakl  powstał na podstawie tradycji wiejskich, eposu Homera oraz Powrotu Odysa Stanisława Wyspiańskiego. Co łączy żniwa, mit o Odysie, czekającą kobietę i Wyspiańskiego?

Jak nie robić święta wiosny a stworzyć coś, co będzie sprawą naszą, polską, która będzie zestawiała się z czymś, co może jest też ważne na świecie. Czyli jak pożenić dwa porządki – naturalny i kultury. Największym wyzwaniem było jak pożenić nowoczesność w każdej warstwie z symboliką?
Od dłuższego czasu zastanawiałam się nad tym, że jest coś, co steruje nami wszystkimi, co napędza ludzkość… to chęć zemsty. Skąd to się bierze?
Wyspiański nie był tylko dramaturgiem, nie był tylko pisarzem. On robił dużo więcej w teatrze, w związku z tym to, co znajdujemy w jego tekstach daje podkład, coś do przemyślenia. Za każdym razem. Jego teksty można traktować jako proroctwa. Więc sięgnięcie po Odysa, sięgnięcie do jego historii, dawało możliwość sięgania trochę głębiej.
Razem z Igorem Gorzkowskim i ze scenografem robiliśmy badania na temat kultury wiejskiej, jeździliśmy po wsiach, pytaliśmy o obrządki, jak się zaklinało pola, jak wyglądał zasiew. Igor zaproponował splecenie dramaturgii czyli miłości Odysa z Penelopą, jego tułaczki z zasianiem czegoś.

A zatem zaczynają się żniwa…

Spektakl zaczyna się wyjściem ludzi w kostiumach z juty na pole… To nie miał być teatralny skansen, ale chodziło, by było najprościej w świecie – żeby odkrywało ciało, nie odkrywając tego ciała. Juta jest bardzo przezroczysta, wiąże się też z tematem.
Dalej na czterech rogach pola odbywają się zasiewy – według tego, co jest spisane na kartach historii obrządków, na polu zakopywano Ewagelie, żeby były dobre zasiewy a potem dobre plony.
Te cztery rogi są poprzecinane chucią, czyli narodzinami miłości. Ale my to odgrywamy na poziomie pożądania. Jak się kończy ta scena – przeskakujemy do Penelopy Wyspiańskiego.
Na środku sceny Penelopa, która czeka. Ale po tylu latach ma stado zalotników, którzy chcą zawalczyć o kawałek królestwa, o wszystko. Choć tu nie ma żadnego królestwa, my go nie budujemy, to jest metafora wszystkiego co z nią się wiąże. Scena kończy się tym, że Penelopa nie dopuszcza nikogo, ucieka, a ten tłum zalotników za nią podąża. W tym wszystkim pojawia się jeszcze jej syn, którego ona początkowo nie rozpoznaje.
W niej rośnie wściekłość, pewien żal. Opowiadam o samej treści, której wcale nie trzeba tak czytać. Możemy bowiem podążać za formą, bo mamy do niej uwielbienie, choć forma nie jest dojściem, nie jest naszym celem.
Kiedy Penelopa rozpoznaje syna, to rozpoznanie jest złamaniem jej samej. Ona szaleje, wariuje z powodu tego, że straciła coś w życiu, co miała, co kochała. Nie jest w stanie tego odbudować. Straciła też syna.
Sprawdzaliśmy gdzie się zaczyna budowanie nienawiści i chęć zemsty.

A: U Penelopy?

Tak, u niej. Ale w ogóle u człowieka. Wybraliśmy sobie tutaj Penelopę, jako przedstawicielkę kobiet, żeńskiego pierwiastka, postać symboliczna, można ją nazwać Ewą. U niej wynika to z pewnego rodzaju szaleństwa. Tak przyjęliśmy.

A: Ale Penelopa, podobnie jak Polka – też czekała…

Tak, ale nie zajmujemy się samym czekaniem, tylko momentem, w którym w człowieku (nie tylko w kobiecie) buduje się chęc zemsty i dlaczego?
Jesteśmy w momencie kiedy ona wpadła w sidła tego, że nie pogodza się z losem. To jest ten moment, który myślę uchwyciliśmy. Czyli zaczyna się szaleństwo, zaczyna się żądza zemsty. Niepogodzenie uruchamia pewną lawinę.
I kiedy wraca Odys, on oddaje jej siebie. Wydaje się, że ona mu wybacza, ale ma kilka ataków furii, odżywa coś, co było kilkadziesiąt lat wcześniej. Pierwsze spojrzenie, pierwszy dotyk, pierwszy pocałunek, taka delikatność, a potem znowu w niej agresja, szleństwo, w którym ją zastał.
Odys zastaje milion Penelop, postaci symbolicznych, kreowanych przez kilkanaście dziewczyn na scenie. Każda z nich trochę z innego powodu zwariowała i inaczej się to obajwia. To jest moment totalnego rozwarstwienia „Penelopy“, totalna fiksacja. A on w tym wszystkim próbuje się pogodzić, przywrócić wszystko, powiedzieć, że potrzebował tego doświadczenia, zwyczajnie jako człowiek. Ale nie zdążył jej tego powiedzieć.
Zatem mamy tu dwa aspekty: brak komunikacji i brak zgody na „Polkę“ – to uruchamia lawinę, której nie można już zatrzymać.
Odys i Penelopa (mąż i żona) kończą swój duet sceną, w której ona mówi: a teraz zapłać mi za to wszystko, żebym mogła się oczyścić. Wtedy on idzie wyciąć wszystkich zalotników i zaczyna wojnę. Czyli mamy stado „Penelop“, które żądają krwi i mamy rzeź, która dla nas jest żniwami. I oni się tłuką na scenie. A potem już nie ma nikogo. Jest tylko zmartwychwstanie, zmartwychwstanie, którym są dożynki.
W momencie, w którym bohaterowie zmartwychwstają, po raz pierwszy i ostatni pada tekst z Wypiańskiego:

(…) Idziesz przez świat i światu dajesz kształt przez twoje czyny.
Spójrz w świat, we świata kształt, a ujrzysz twoje winy.
(…) Za tobą goni jęk i klątwa goni, ściga;
tyś mocen jest jak Bóg, co świat na barkach dźwiga.
[Recytatyw: Stanisław Wyspiański: Powrót Odysa, akt III]

Dożynki to ten moment święta zbiorów, ale oczywiście nie ma zbiorów – jest rzeź, nikt jej nie wygrywa. W ostatnich scenach, kiedy wszyscy siadają przy stole, zachodzi słońce i koniec. Tak są zrobione „Żniwa“.

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę!

Ratując, co się da 4

A. M. Rosner

Wszystko jest zapisane

Roman Arbatov siedział w swoim wygodnym, wysokim fotelu i wertował życiorysy. Jeden, najbardziej obiecujący, opatrzony fotografią apetycznej brunetki, odłożył na bok. Praktycznie podjął już decyzję, zostały tylko formalności.

Szukał asystentki, czy jak nazwaliby to inni, sekretarki. Człowiek na jego stanowisku nie mógł poradzić sobie sam z nawałem pracy, o czym przekonał się boleśnie po odejściu ostatniej pomocy biurowej. Do tej pory nie opanował korespondencji z kontrahentami, miał problemy z obsługą faxu, a ekspres do kawy, na który wydał prawie tyle samo, co na siedmioletniego sedana, stanowił dla niego nieprzeniknioną zagadkę. Za każdym razem, kiedy miał ochotę na espresso, dostawał latte. Najwyraźniej maszyna wiedziała lepiej niż on, co powinien pić, a postępowanie zgodnie z instrukcją obsługi nie robiło na niej najmniejszego wrażenia.

– Chyba ta będzie najlepsza – powiedział do stojącego z tyłu mężczyzny.
– Powinna sobie poradzić, ale dla pewności zaproponuj jej okres próbny. Wolałbym kogoś starszego, z większym doświadczeniem, a ta jest bardzo młoda.
– Wyrobi się. Potrzebujemy poza tym kogoś, kto będzie wizytówką naszej firmy.
– Zgoda, zadzwoń do niej i zaproś na spotkanie, zobaczymy…

Rozmowę przerwało im chrząknięcie. Nie przypadkowe, lecz jedno z tych, które mają na celu zwrócenie na siebie czyjejś uwagi. Roman przez chwilę zastanawiał się czy nie zapomniał znowu o jakimś spotkaniu, tak jak dwa dni wcześniej, gdy jeden z japońskich biznesmanów czekał na niego ponad godzinę we włoskiej restauracji. Kosztowało go to intratny kontrakt i na samą myśl o podobnej wpadce, włosy stanęły mu na karku. Wspólnik do tej pory miał o to pretensje, a w ich sytuacji nie mogli pozwolić sobie na podobne sytuacje.

Młody człowiek, stojący po drugiej stronie biurka, nie wyglądał jednak na przedsiębiorcę ani inwestora. Nosił wyświechtane jeansy i spraną koszulkę, a w jego minie ani postawie nie było nic z zakłopotania. Emanował raczej butą i zawziętością. Roman nie przypominał sobie, żeby zatrudniał kogoś takiego. Jednak to nie jego mina czy samo pojawienie się zaskoczyło go najbardziej. Tym, co wywarło na Romanie największe wrażenie, był wygląd młodzieńca. Przez chwilę wydawało mu się, że ma przed sobą siebie samego sprzed kilku zaledwie lat.

– Przepraszam bardzo, ale musimy porozmawiać – odezwał się młodzieniec spoglądając raz na jednego, raz na drugiego mężczyznę.
– Tak? A był pan umówiony? – Roman wiedział jak idiotycznie w zaistniałej sytuacji musiało to zabrzmieć, jednak obecność wspólnika zmusiła go do szybkiej, nie do końca przemyślanej, reakcji.
– Nie. Powiedzmy, że nie mogłem się umówić.
– Wie pan, to poważna firma, do nas nie przychodzi się z ulicy…
– Spokojnie Romuś, może pan ma nam coś ciekawego do zaproponowania. Jestem Eryk Szalski, a to mój wspólnik…
– Roman Arbatov, wiem jak się nazywacie – przerwał mu młodzieniec. – Miło mi was poznać, ale jeśli pozwolicie daruję sobie te wszystkie urocze wstępy i przejdę do sedna. Nie mam dużo czasu, poza tym chyba będzie najlepiej, jeśli prosto z mostu wyłożę całą sprawę. Wiem, że opracowaliście technologię podróży w czasie. Wiem, że rozkręcacie firmę i chcecie organizować komercyjne wycieczki w przeszłość…
– Kto cię przysłał?! Dla kogo pracujesz?! – fuknął Roman.

Wstał powoli, wspierając się o biurko. Przez głowę przewijały mu się nazwiska ewentualnych konkurentów i współpracowników, którzy mogli widzieć projekt Czaso-Przerzucacza i dać się podkupić.

Eryk splótł ramiona na piersi i spoglądając raz na gościa, raz na Romana, rzucił:

– To zaczyna być ciekawe. Mów, młody, dla kogo pracujesz i skąd to wiesz.
– Ty mnie przysłałeś, z roku 2039 – skłamał, wskazując skinieniem głowy Romana. Decyzję o podróży i spotkaniu z ojcem podjął sam, za jego plecami. Staruszek nie był w stanie logicznie myśleć, nie po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. On zaś był zdeterminowany i wiedział, że musi przekonać go do swoich racji. Jedynym, co miał po swojej stronie, był czas. Jeśli bowiem nie udałoby mu się tym razem, próbowałby jeszcze raz i jeszcze raz… do skutku. Mógł w końcu wracać do 2013 tyle razy, ile tylko chciał, jedynym warunkiem był bezpieczny powrót do przyszłości, w której jeszcze raz mógłby uruchomić maszynę.

Roman opadł na fotel. Próbował zebrać myśli. Choć pozornie wszystko wskazywało na zdradę, wygląd gościa nasuwał inne możliwości.

Jeśli projekt wypali – pomyślał, – firma osiągnie sukces, możliwe, że rozmawiam z własnym synem lub wnukiem, który postanowił odwiedzić mnie w przeszłości. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tak, istne szaleństwo, ale maszyna zadziała. Projekt jest sprawdzony, przetestowany. Odwaliłem kawał dobrej roboty.

– Nie możesz tego zrobić – wypalił nagle młodzieniec, wytrącając go z samozachwytu. – Najlepiej by było, gdybyś nigdy nie zbudował tej cholernej maszyny, ale jeśli już musisz to zrobić, zadbaj o bezpieczeństwo nasze i czaso-turystów.
– Czaso-turyści – powtórzył pod nosem. Spodobała mu się ta nazwa, postanowił wykorzystać ją w czasie wieczornej rozmowy z potencjalnym inwestorem.
– Tak, czaso-turyści. Wiesz o czym mówię. Nie możesz…
– Poczekaj… Po pierwsze nie stój tak nade mną, tylko łaskawie usiądź. Po drugie spójrz mi w oczy i powiedz jeszcze raz, że przybywasz z przyszłości. Wyglądasz jak ja, do tego mam wrażenie, że wiesz o czym mówisz, ale to dość nietypowa sytuacja. Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz, że ktoś cię nie wynajął, żebyś przyszedł i opóźniał start projektu, dając jednocześnie czas konkurencji?
– Spodziewałem się, że mi nie uwierzysz. Jestem na to przygotowany.

Eryk przysiadł na parapecie i posyłając wspólnikowi uśmiech rzucił:

– Miło mi to słyszeć, prawda? Pewnie poznamy numer najbliższego lotka, albo dowiemy się kto wygra kolejny mundial.

Siadając młodzieniec powiódł wzrokiem po biurze, choć zdawało się, że najbardziej zainteresował go widok rozciągający się na zewnątrz budynku. Roman odniósł wrażenie, że sporo dziejących się za nim rzeczy było dla przybysza niezrozumiałych. Przyszłość, o której mówił, nie mogła być odległa, ale przy dzisiejszym tempie rozwoju technologii, w jego czasach mogło nie być już samochodów czy starego budownictwa.

– Jesteś moim synem? – spytał w końcu.
– Tak. Powiedziałeś mi, że mam przenieść się do tego właśnie dnia i przekazać ci, że…
– Jeśli się, jak to powiedziałeś, przeniosłeś, podróże w czasie są możliwe, a projekt maszyny jest dobry! Wszystko zadziała tak, jak powinno.

Zerknął na Eryka, który delikatnie skinął głową. Nigdy nie był gadatliwy ani wylewny, choć Roman wolałby usłyszeć od niego choć słowo wsparcia.

– Jest dobry – przyznał młodzieniec. – Zbudowałeś maszynę jako pierwszy, choć od 2034 masz silną konkurencję. To oni donieśli do Izby Kontroli Zaburzeń Czasu o tych wszystkich wpadkach z ochroną i braku kontroli czaso-turystów. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
– Zaburzenia czasu? Przerzucacz nie może nic takiego powodować.
– Może – odparł spokojnym głosem. – Problem polega na nieszczelnym systemie kontroli czaso-turystów, przekupności pracowników działu ochrony i rutyniarstwie. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, nic złego się nie działo, ale w pewnym momencie, kiedy czaso-turystyka stała się popularna, straciłeś nad tym kontrolę.
– To nie może stać się masowe! Maszyna wymaga zbyt wiele energii, to nieopłacalne! – Znów rzucił spojrzenie Erykowi, licząc na to, że jako autor planu zasilania raczy się odezwać. Ten jednak słuchał w skupieniu słów gościa i tym razem nawet nie kiwnął głową.
– W pierwotnej wersji może i nie, ale po ulepszeniach, dodaniu nowego systemu zasilającego, podłączeniu silniejszej turbiny i ulepszeniu systemu chłodzącego – młodzieniec wyliczał odginając kolejne palce – wszystko okazało się całkiem tanie. Na podróże nie stać wszystkich, ale nawet członkowie klasy średniej mogą pozwolić sobie na czaso-turystykę. Właśnie na tym polega cały problemem. Dopóki pozwolić sobie mogli na to tylko bogacze, wszystko odbywało się zgodnie z procedurami. Pierwsze raporty o problemach pojawiły się dopiero po obniżce cen. Podróż w prezencie ślubnym, na komunię, z okazji rocznicy… za dużo tego po prostu, zbyt wielu chętnych i za mało pracowników.

– Silniejsza turbina – mruknął pod nosem Eryk. Rozmowa schodziła na najbardziej interesujący dla niego temat. Wyjął z kieszeni marynarki długopis i zaczął notować coś na kartce porwanej z biurka Romana. Choć wyglądał, jakby zatracił się w obliczeniach, jego wspólnik wiedział, że słuchał dalej i nie należało spodziewać się z jego strony żadnych pytań. Przynajmniej na razie. To on musiał prowadzić rozmowę, jak zawsze.

– Jakie znowu, jak to nazywasz, raporty? Przecież udostępnienie takiej możliwości wszystkim ludziom to coś wspaniałego! Właśnie to, tak naprawdę, chcę osiągnąć!

Młodzieniec westchnął ciężko widząc upór swojego przyszłego ojca. Po chwili podjął spokojnym, nieco monotonnym głosem:

– Nie możesz pozwolić im wybierać sobie dowolnego miejsca i czasu, do którego chcą się przenieść i pozwalać robić tego, na co tylko mają ochotę. Wszystko, co wydarza się w przeszłości ma wpływ na przyszłość. Jeśli już musicie rozkręcać ten cały przeklęty interes zróbcie to tak, żeby mogli oglądać to, co ich interesuje, ale nie pozwalajcie im ingerować w przeszłość. Odkąd wycieczki stały się tak popularne, ludzie zaczęli przemycać różne rzeczy, spotykać się z ludźmi z przeszłości…
– Ależ przeszłość jest czymś niezmiennym, nie da się na nią wpłynąć. Mam ekspertyzy, które to potwierdzają. Prowadziliśmy badania dotyczące tego zagadnienia. Właśnie na tym polega geniusz naszego interesu. Wszystko jest już zapisane, ich podróże i to co robią w przeszłości też. Nasze życie idzie zgodnie z wielkim, tajemniczym planem – opowiadał, choć jego gość wyglądał, jakby słyszał to już wielokrotnie, – a ja tylko zgarniam kasę za coś, co i tak jest jego częścią. Dlatego nie interesuje mnie, że coś tam ze sobą zabierają. Chcą porobić zdjęcia, to niech je sobie robią. Jeśli zabierają aparat, to tak było zapisane w tym całym planie.
– Aparaty to nic, zdjęcia robili od zawsze, tak samo jak filmy. Próbowali też przywozić do naszych czasów jakieś przedmioty, ale nie możesz pozwolić im zabierać wszystkiego, co chcą przewozić. I to niezależnie od tego, czy wwożą to w przeszłość, czy przywożą do swoich czasów.
– Zrozum, historia, cała nasza historia, jest już napisana. Przeszłość i przyszłość są niezmienne. To, że podejmujemy jakiekolwiek decyzje, to tylko złudzenie. Postępujemy zgodnie z wielkim planem, który od dawna jest już ustalony. Oglądanie tego, co było wcześniej, nic nie zmieni. Co więcej, nawet jeśli ktoś przedostanie się do przyszłości i sprawdzi numery lotka z najbliższej kumulacji, a potem ją zgarnie, nijak nie zachwieje rzeczywistością. Wygrana jest zapisana, tak jak sama podróż i podejrzenie magicznych cyferek. Wszystko jest już zapisane. Wydałem fortunę na badania, które to potwierdzają, poświęciłem temu ostatnich kilka lat. Jestem pewien, że właśnie tak to wygląda. Podróże są bezpieczne.
– Nie są…
– Są. Wiesz, że w czasie bitwy pod Grunwaldem zaobserwowano na niebie dziwny, jasny obiekt? Jak myślisz, co to było?
– Co? – mruknął młodzieniec, który najwyraźniej nie miał pojęcia nie tylko o tajemniczej obserwacji, ale i o całej bitwie.
– To był ślad po podróżnych, po czaso-turystach jak ich nazwałeś. Wiadomo o tym, choć ta podróż jeszcze się nie wydarzyła. A taki Nostradamus? Myślisz, że wiedział to wszystko, bo był jasnowidzem? Nie, ktoś mu to wszystko opowiedział, pewnie po to, żeby zmienić przyszłość. Facet przepowiedział drugą wojnę światową, wynalezienie dynamitu i broni jądrowej, a nawet to, że będziemy mieszkać w domach ze szkła. Czy cokolwiek to zmieniło? Nie… – Odpowiedział sam sobie.
– Nie rozumiesz… – Sróbował mu przerwać. Bezskutecznie. Roman wierzył w to, co mówił. Należał do ludzi upartych i niechętnie zmieniających poglądy.
– To ty nie rozumiesz. Alchemicy oszukiwali królów używając sztuczek, których dziś uczy się na lekcjach chemii, w szkole podstawowej. Pewnie ktoś sprzedał im te sztuczki w czasie jednej z wycieczek. Czy uzyskali dzięki temu złoto z niczego? Odkryli tajemnicę nieśmiertelności? Nie. Nic takiego się nie stało. Ich prace są udokumentowane, można to sprawdzić. Fakt, niektóre z tych dokumentów są dziwne, ale wiadomo o pokazach i trickach, którymi omotywali władców. Nikt poza nimi nie wiedział co się dzieje, a dziś każdy może się tak bawić. To, że ktoś powiedział im, że osolona woda wrze w niższej temperaturze niż nieosolona, nie zniszczyło świata. Tak samo jak to, że zaczęli stosować naczynia z podwójnym dnem, czy barwić wodę jakimiś odczynnikami.
– Mylisz się. Nic z tego nie jest dowodem na niezmienność rzeczywistości.
– Rzeczywistość?

Zaaferowani rozmową mężczyźni nie zwracali uwagi na Eryka, który nie tylko przestał notować, ale od dłuższej chwili przysłuchiwał się im z uśmiechem na twarzy.

– Roman ma rację – powiedział w końcu – mówiąc, że istnieje taki plan. Wszystko co się dzieje, wszystko czego doświadczasz, jest jego częścią. Nieważne co ani jak, ważne jest tylko to, do czego nas to doprowadzi. Ten cel, punkt do którego zmierzamy, on jest określony i wiadomy. To, jaką drogą do niego dojdziemy, to tylko nieistotny szczegół. Ważne jest to, żeby go osiągnąć.
– Są dowody na to, że wszystko jest z góry ukartowane. Nic nie możemy zmienić, a co za tym idzie, podróże w czasie są bezpieczne – dokończył Roman zadowolony z tego, że Eryk w końcu raczył zabrać głos, a jednocześnie przestraszony tym, że znowu może dojść między nimi do spięcia na temat konstrukcji czasu. Wolał dyskutować z nim na ten temat w cztery oczy, najlepiej nad szklaneczką whiskey.

Młodzieniec spojrzał na przyszłego króla czaso-turystyki z politowaniem. Spodziewał się, że zadanie okaże się ciężkie, ale nie przewidział aż takiego uporu. Ojciec, którego znał, był znacznie rozsądniejszy i uważniejszy. Może lata doświadczeń z podróżami w czasie czegoś go nauczyły, a może była to kwestia dojrzałości.

Eryka znał od zawsze, ale dla niego był przyjacielem rodziny i współpracownikiem ojca. Wujkiem Erykiem, z którym nie rozmawia się o teorii podróży w czasie, tylko gada o dziewczynach, chodzi się po górach czy jeździ na koncerty. Facetem, który bezbłędnie rozstawiał namiot, miał prywatny samolot i od lat nie mógł zdać końcowego egzaminu koniecznego do wyrobienia licencji pilota.

– Twoja teraźniejszość może jeszcze być niezmieniona, ale ja żyję w tej, która została zdeformowana przez wybryki czaso-turystów – powiedział młodzieniec. Postanowił wyciągnąć asa z rękawa i, jak miał nadzieję, przedstawić rozmówcom skutki ich lekkomyślności. – Opowiem wam kilka rzeczy o moim świecie, sami zdecydujecie, czy rzeczywiście nic się nie zmieniło.

Nie doczekał się odpowiedzi. Roman zaszczycił go tylko lekkim skinieniem głowy. Protekcjonalny uśmiech, którego nienawidził całe życie, nie schodził z jego twarzy.

– Przeniosłem się tu z czasu, w którym przejąłem firmę. Przeczytałem raporty z wypraw, które nie poszły zgodnie z planem. Nie wiedziałem wcześniej, że cokolwiek jest nie tak, ponieważ moja rzeczywistość zmienia się i dostosowuje do każdej ingerencji w przeszłość. Dla mnie skutki tych wybryków są czymś, co po prostu się wydarzyło, o czym uczono mnie w szkole.

Młodzieniec musiał być jego synem, ten upór był dziedziczny. Roman dobrze o tym wiedział, to z jego powodu nie rozmawiał z własnym ojcem już ponad dziesięć lat.

– Mówię ci przecież, że to niemożliwe – wtrącił znużonym głosem.– Nie rób już takiej zniecierpliwionej miny, mów dalej. Co niby takiego twoim zdaniem, jak to nazywasz, zmieniłem?

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni kawałek papieru i podpierając się zapisanymi na nim informacjami, powiedział:

– W 2028 roku wysłałeś w przeszłość człowieka do Londynu. Dał łapówkę kontrolerowi, a ten pozwolił mu wejść do maszyny z taką małą, podręczną gaśnicą. Mówi ci coś rok 1666? Mnie nic, bo w mojej rzeczywistości nic się tam nie wydarzyło. Pewnie ta gaśnica odegrała jakąś rolę, bo wrócił z opróżnioną. Nie mogłem znaleźć nic niezwykłego w historii tego miasteczka, bo i kto zajmowałby się badaniem jego przeszłości, skoro stolicę Imperium Walijskiego przeniesiono do Aberdeen w trzynastym wieku, a w szesnastym do Awinionu? Niemniej informacja o gaśnicy była jedną z najwcześniejszych, które wydały mi się istotne.
– Imperium Walijskie?
– No tak, tak się to nazywało. Jestem noga z historii, ale tyle jeszcze wiem. Drugim, moim zdaniem dość poważnym incydentem, był ten z 2030 roku. Jeden z czaso-turystów przemycił taką małą, składaną mapę.
– A co w tym złego? – wtrącił Eryk.
– W przemycie nic, poza tym, że to złamanie protokołu bezpieczeństwa. Problemem jest to, że wedle raportu sprzedał ją Hiszpanowi, Ernesto Vellonowi. W raporcie nie ma o tym słowa, ale uważam, że to nie przypadek, że w kilka lat po kupieniu mapy od naszego klienta Vellon przeprawił się przez Atlantyk i, jak podają podręczniki, odkrył nowe ziemie.
– A co z Kolumbem? To on odkrył Amerykę…

Roman spojrzał zaskoczony na wspólnika, lecz ten najwyraźniej postanowił dać gościowi dokończyć to, co miał do powiedzenia. Chłopak zamilkł na chwilę, przenosząc wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Po chwili przerwał ciszę:

– Z kim? Kolumbem? Pierwsze słyszę… A tej całej Ameryki też nie znam. Nowe ziemie nazwano na cześć odkrywcy Vellonią, ale to była jedna wielka pomyłka.
– Dlaczego?
– Jak to dlaczego? Nie wiesz o czym mówię? Jeśli tak, to znaczy, że ta mapa rzeczywiście mogła coś zmienić…
– Mów po prostu dlaczego uważasz, że to była pomyłka – wtrącił znów Eryk, bardziej zainteresowany historiami młodzieńca, niż jego dociekaniami o powodach zmian w jej biegu.
– Dlatego, że miejscowi, Tahuantinsuyu – rzucił z obrzydzeniem, – okazali się groźniejsi od Walijczyków i Seleucydów razem wziętych! Vellon wrócił, choć większość jego armii wybito na miejscu. Potem był odwet, drugi, trzeci… Nie dość, że nasi bronili się marnymi muszkietami, a tamci mieli broń maszynową, to jeszcze łupili nasze miasta przez następne dwieście lat. Łapali niewolników i wywozili na te swoje plantacje. Do tej pory stosunki między kontynentami są napięte, ale przynajmniej Tahuantinsuyu ograniczają się teraz wyłącznie do łupienia naszych statków.

Roman odwrócił się na krześle i posłał Erykowi pytające spojrzenie. Jego syn zawiesił na chwilę głos, spodziewając się pytań lub protestów. Podejrzewał, że niedopatrzenia o których mówiły raporty wpłynęły jakoś na historię, nie wiedział tylko jak bardzo, ani jak wyglądała ta jej wersja, którą znali mężczyźni.

– Mówię tylko, co znalazłem w twoich papierach. Podejrzewam, że ta mapa jakoś zmieniła rzeczywistość. Nie wiem czy to Vellon powinien tam płynąć, czy nazwano te ziemie tak, jak powinny się nazywać, czy może przez tę mapę wylądował nie w tym miejscu, w którym powinien. Wiem za to, że ta wyprawa rozpoczęła wojnę, w której zginęły miliony. Do tego w tym samym tygodniu, w którym tamten facet przemycił mapę, jakaś kobieta przeniosła się w lata sześćdziesiąte zeszłego stulecia. Okazało się, że też jakimś cudem przeniosła ze sobą odtwarzacz muzyki i spotkała się z jakimś producentem czy przedstawicielem wytwórni płytowej. Rozmawiała z nim o, jak sama potem powiedziała – znów zerknął w notatki – niebezpieczeństwie związanym z muzyką gitarową. Twierdziła, że to przywołuje jakieś demony, że zagraża życiu słuchaczy, powoduje choroby. Dziwnym trafem kilka miesięcy po jej wizycie zakazano tych instrumentów. Teraz wytwarza się je w nielegalnych pracowniach lutniczych, a grywa tylko w podziemiu. Jak do tej pory nikt nie zachorował, ale prawo obowiązuje już tak długo, że nie ma szans na jego zniesienie. Za posiadanie gitary grozi dożywocie, za wytwarzanie kara śmierci. Zupełnie, jakby to był jakiś alkohol czy coś takiego…
– Alkohol?
– Tak. No przecież za posiadanie tego świństwa grozi do dwudziestu lat, a za pędzenie kulka w łeb. Nie mówcie mi, że w waszej rzeczywistości jest inaczej.
– W mojej rzeczywistości, jak to nazwałeś, alkohol jest powszechnie dostępny. – Roman cedził słowa, jakby jednocześnie mówił i starał się zrozumieć to, co przed chwilą usłyszał. – Jest nawet w kosmetykach i chemii domowej. Można go kupić wszędzie i pić ile się chce. Gorzej z prowadzeniem samochodów po kielichu, ale nawet za to nie grozi nic więcej niż kilka miesięcy i parę punktów karnych.
– W takim razie na te przepisy też ktoś musiał wpłynąć. Mnie uczono, że tej śmiertelnie niebezpiecznej używki zakazano pod koniec dziewiętnastego wieku. Nieważne zresztą, znacznie gorsza była sprawa sprzed miesiąca i mam dziwne wrażenie, że znajdę gdzieś w archiwach notatki dotyczące tego całego incydentu z dinozaurem. Potrzebuję tylko więcej czasu, ale jakkolwiek dziwnie to brzmi, zaczyna mi go brakować.
– Jakiego znowu, jak to nazwałeś, incydentu z dinozaurem?
– Jakiś miesiąc temu taka nieduża jaszczurka zabiła kilkadziesiąt osób w stolicy Imperium Silezianum, Oslo. Jest tam jedno z przedstawicielstw naszej firmy. Okazało się, że system nie wykrył uśpionego zwierzęcia schowanego w plecaku czaso-turysty. Facet koniecznie chciał zobaczyć świat z okresu kredy, sprawa była bardzo głośna, bo pierwszy raz organizowaliśmy wycieczkę w tak odległą przeszłość. Początkowo wyglądało na to, że wszystko poszło dobrze, ale kiedy ludzie z ministerstwa zaczęli go przesłuchiwać, przyznał, że przemycił tego gada.

Młodzieniec sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej złożony w kostkę, przezroczysty materiał. Rozkładał go, aż do chwili osiągnięcia rozmiaru strony gazetowej, po czym podał Romanowi.

Eryk przysunął się bliżej i wraz z przyjacielem zaczął oglądać gadżet. Choć dziwny papier prawie nic nie ważył, najwyraźniej był czymś w rodzaju elektronicznego papieru. Gdy patrzyli nań z jednej strony, widzieli artykuł o ataku dziwnego stworzenia, po drugiej jednak materiał był w pełni transparentny.

Roman obracał go w rękach, starając się skoncentrować nie na tym, co o niedoróbkach systemu mówił jego syn, lecz na tym, czy rzeczywiście historia mogła się zmieniać. Z tego co wiedział, takie sytuacje nie powinny się zdarzać, najwyraźniej pojawienie się gada też było zapisane w wielkim planie. Miał przecież ekspertyzy. I to całkiem kosztowne.

– Podejrzewam, że niedługo i tak zamkną cały interes, ciebie wsadzą na długie lata do więzienia, Eryka pewnie też, a ja będę do końca życia tyrał na odszkodowania – rzucił młodzieniec. – Dlatego proszę, zrezygnujcie z tego projektu, albo wprowadźcie zaostrzone normy bezpieczeństwa. Zrujnujecie nie tylko moje przyszłe życie, ale i swoje. Ta maszyna to wielka odpowiedzialność, chyba zbyt wielka…

Przedsiębiorca przez chwilę milczał. Wiedział, że Eryk, tak samo jak on, zastanawiał się jak wyprowadzić z błędu dziwnego gościa. W końcu przemówił, siląc się na ton, jakim (jak podejrzewał), mógł mówić do swojego przyszłego syna w czasach, kiedy ten był dzieckiem:

– Jestem ci wdzięczny za te wszystkie historie i za to, że się tu zjawiłeś. Zaufaj mi i uwierz, że przeszłość i przyszłość jest już zapisana. Nie można ich zmienić. To, że tu jesteś, też zapisano. Uważasz, że przyszedłeś ostrzec mnie przed błędami i uczulić na wzmocnienie systemu zabezpieczeń. Wprowadzę te zmiany, bo tak najwyraźniej zapisano, a dzięki temu albo ty będziesz dorastać w takim samym świecie, w jakim żyję ja, albo przekonamy się, że te „zmiany” też są zapisane. Pamiętaj tylko, że nie ty na mnie wpływasz, obaj podlegamy temu, co już jest zapisane i zatwierdzone. Jesteśmy częścią wielkiego planu i choć możesz mieć wrażenie, że coś zmieniasz, w rzeczywistości tylko go realizujesz.
– Nie. Nie ma żadnego planu. Sam mi powiedziałeś, że się myliłeś – mruknął mając nadzieję, że pozbawiony doświadczeń wychowawczych ojciec nie zorientuje się, że kłamał. – Każda decyzja, każda akcja, niesie ze sobą zmianę.
– Cholernie jesteś uparty, młody – wtrącił Eryk. – Sam prowadziłem badania, z których jasno wynika, że nie tylko istnieje taki plan, ale dodatkowo wszystko, co się dzieje, ma na celu tylko i wyłącznie doprowadzenie do jego realizacji. Zastanów się choćby nad ewolucją. Małpy nie zaczęły w pewnym momencie chodzić z wyprostowanymi plecami dlatego, że miały takie widzimisię, ani dlatego, że pozwalało im to lepiej rozglądać się po okolicy. Miały stać się ludźmi, a to mogły osiągnąć tylko poprzez nauczenie się wyrabiania narzędzi. Nie da się ich wytwarzać ani używać, kiedy ręce służą do unoszenia ciężaru ciała. W planie zapisano, że ma tak być. To on wyznaczył cel, do którego ewolucja doprowadziła te małpiszony. Tak samo jak cel, do którego my teraz zmierzamy. Plan istnieje, wszyscy jesteśmy jego częścią i przybliżamy się do jego wypełnienia każdego dnia. Przeszłość jest zamknięta, wydarzyła się już i zrobiła to w konkretny sposób, narzucony przez plan. Tylko on się liczy, a nie sposób, w jaki dojdzie do jego realizacji.

Chłopak czuł się, jakby walił głową w mur. Próbując zebrać myśli, sięgnął po odłożony wcześniej na bok życiorys kandydatki na sekretarkę. Uśmiechnął się na widok znajdującego się u góry podania zdjęcia.

– Co cię tak rozbawiło?
– Nic. To podanie mamy. Zatrudnisz ją jako sekretarkę, zakochasz się i… zmienisz zasady bezpieczeństwa, mam nadzieję.

– Pokaż mi to.

Młodzieniec podał ojcu życiorys i zerknął na zegarek. Zsynchronizował go wcześniej z maszyną, dzięki czemu wiedział, że zostało mu niecałe piętnaście minut. Miał coraz mniej czasu i praktycznie żadnej pewności, że cokolwiek wskórał. Ojciec był uparty i przekonać go do czegokolwiek mogłaby chyba tylko rozmowa z samym sobą – starszym, mądrzejszym i bardziej doświadczonym. Problem polegał na tym, że nie chciał przenosić się do przeszłości i niczego sobie tłumaczyć. Zasłaniał się tym, że jeśli nie pamiętał takiego spotkania, nigdy nie miało miejsca, co za tym idzie nie było zapisane w żadnym planie i nie powinno się wydarzyć.

Zastanawiał się czy Eryk – ten którego znał całe życie, nie ten zarozumiały i pewny siebie facet z przeszłości – nie byłby skłonny porozmawiać z samym sobą albo z jego ojcem. Wcześniej przekonywanie go do tego nie przyszło mu nawet do głowy, teraz wydawało się całkiem kuszącym rozwiązaniem.

Z zamyślenia wyrwał go warkot maszyny, stojącej z boku biurka ojca.

– Co ty robisz?!
– Mówiłem ci już, wszystko jest zapisane – odpowiedział Roman, wsuwając życiorys swojej przyszłej żony do niszczarki. Patrzył na powoli znikającą i zmieniającą się w równe, wąskie paseczki makulatury kartkę. – To też nic nie zmieni. Urodziłeś się, jesteś jej i moim synem i będzie tak, nawet jeśli zniszczę jej podanie. I tak się spotkamy, tylko w innych okolicznościach niż miałem nadzieję. Nie zadzwonię do niej, nie zaproponuję tej pracy, ale i tak wszystko potoczy się dokładnie w taki sposób, w jaki to zapisano. Rozumiesz?

Podniósł wzrok, lecz fotel, na którym jeszcze przed chwilą siedział jego niespodziewany gość, był pusty.

– Gdzie on…
– Nawet się nie pożegnał, gnojek jeden – fuknął Eryk. – Maszyna ma programator pozwalający wrócić do niej po upływie określonego czasu. Pewnie ustawił ten mechanizm i zapomniał sprawdzić ile czasu mu zostało.
– Dziwne spotkanie.
– Od razu dziwne… Przynajmniej wiesz, że będziesz miał zaradnego i samodzielnego synka. Zadbaj tylko o jego edukację, bo coś mi się wydaje, że ma problemy z rozumieniem podstaw konstrukcji czasu. Wyślij go na kółko fizyczne, albo zafunduj dodatkowe lekcje. Poza tym, jeśli sam się przyznaje, że jest noga z historii…
– Wyślę go do ciebie na korepetycje – odpowiedział. – Swoją drogą nieźle zmyślał z tymi zmianami. Ma chłopak wyobraźnię.
– Czy ja wiem… tak naprawdę to, czy zmieniamy przeszłość czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia. To, co było się nie liczy, ważny jest tylko plan i jego realizacja. Może rzeczywiście jest kilka ścieżek, którymi można do niego dojść, a nie tylko jedna, jak zakładaliśmy. Nie ważne, kto odkrył Amerykę i jak ją nazwano, ważne jest tylko to, że została odkryta.
– Czyli co? Będziemy musieli powtórzyć badania? Wiesz ile kosztowały, sponsorzy drugi raz nie dadzą na to kasy.
– Nie. Nie ma powodu, żeby cokolwiek badać. Co ma być, to będzie, a to co było nie jest istotne. To tylko historia, jaka by nie była i tak osiągniemy cel.

Roman nie miał pewności, czy Eryk miał rację. Choć opowieści jego przyszłego syna brzmiały niedorzecznie, zaintrygowały go na tyle, by sprawdzić nie tylko wyniki ekspertyz, ale na własną rękę przeprowadzić dodatkowe.

– Wezmę to na kilka dni, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział nagle Eryk zgarniając z biurka gadżet, o zabraniu którego zapomniał ich gość. – Może uda mi się rozpracować technologię, na jakiej to oparto. Warto by to opatentować zanim ktoś inny to zrobi.
– Bierz, bierz. Na pewno da się na tym zarobić, a na nadmiar kasy akurat nie możemy narzekać – odpowiedział wybudzając komputer ze stanu uśpienia. Otworzył skrzynkę pocztową i przeszedł do odpowiedzi, które nadsyłały kandydatki na sekretarkę.

Eryk, stojąc już przy drzwiach gabinetu, odwrócił się i spytał po chwili namysłu:

– Zadzwonisz do niej?
– Zastanawiałem się nad tym. Ekspertyzy są kosztowne, a dzięki tej wizycie mogę zrobić bardzo tanie badania. Jeśli zadzwonię do jego matki… jego przyszłej matki – poprawił się – postąpię zgodnie z planem, jeśli zadzwonię do jakiejś innej, plan będzie musiał dostosować się do mojego zachowania. Możemy sprawdzić, czy rzeczywiście dam radę zmienić przyszłość…
– Sprytnie, ale jest coś, o czymś zapomniałeś. Ta brunetka była najlepsza, zna języki, ma doświadczenie i coś mi podpowiada, że okiełzna ekspres. Zadzwoń do niej, nie mamy czasu na to, żeby dawać szansę dziewczynie bez doświadczenia.

Roman przejrzał jeszcze raz zgłoszenia, po czym wybrał numer dziewczyny, która miała być matką jego przyszłego syna.

Pieprzyć wielki plan – pomyślał. – Ona rzeczywiście nadaje się bardziej, niż pozostałe. Lepiej nie ryzykować i zatrudnić od razu kogoś, kto spełnia nasze wymogi.

To niestety ostatnie opowiadanie uratowane ze strony http://www.johnnydrake.pl. Szkoda. Ale niestety nie możemy w nieskończoność korzystać z tych zasobów wspaniałych piracko-fantastycznych opowieści – strona została już zlikwidowana. Ale szukajcie. A.M.Rosner wydaje książki…

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…

 

 

Ratując, co się da 3

I już po raz trzeci w ciągu tego koszmarnie upalnego lata opublikowane na blogu opowiadanie przenosi nas w głąb prawdziwie zimnej zimy

A. M. Rosner

Rzeczywistość jest tylko płaszczem…

Jakkolwiek dramatycznie i tandetnie brzmią podobne zdania, uważam, że muszę właśnie tak zacząć – obawiam się o własne zdrowie, a nawet życie. Wszystko zaczęło się od decyzji o zakupie samochodu. Jestem historykiem i nie znam się na autach, nie wiem, czym kierować się przy ich wyborze, ani jak poznać w jakim są stanie. Nie mając innego wyjścia zdałem się na łut szczęścia i po stosunkowo krótkim czasie kupiłem wysłużonego, czarnego Citroena. Wiem, że brzmi to infantylnie, nawet głupio, ale od chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłem go w komisie, miałem wrażenie, że czekał właśnie na mnie. Nie mogłem oderwać od niego oczu, zupełnie jakby coś mnie do niego przyciągało.

Sprzedawca nie znał jego wcześniejszej historii. Miał co prawda dane poprzedniego właściciela, lecz upierał się, że nie może mi ich zdradzić. Sam oceniłem stan karoserii i wnętrza, a zaprzyjaźniony mechanik zapewnił mnie, że pojazd nie miał poważnego wypadku i był w przyzwoitym stanie. W parę dni załatwiłem wszelkie formalności, odbyłem też kilka krótkich wypraw w najbliższej okolicy domu, by choć trochę przypomnieć sobie trudną sztukę prowadzenia przed poważniejszym wyjazdem.

Po około tygodniu ukontentowany nowym nabytkiem ruszyłem wreszcie na poważniejszą wyprawę. Archiwum, do którego jechałem, znajdowało się blisko Zakopanego, a ponieważ praca nie zapowiadała się na długą, zaplanowałem wyprawę tak, by spędzić kilka dodatkowych dni za miastem. Rzadko miewam okazję się rozerwać, o wyprawach na narty nie wspominając, nie wiedziałem więc powodu, dla którego miałbym odmówić sobie tych kilku drobnych przyjemności. Dodatkowo zachęcał mnie fakt, że świąteczni amatorzy dwóch desek zdążyli już zwolnić nieco miejsca na stokach, a do ferii szkolnych pozostało jeszcze parę dni.

Wyruszyłem kilka minut po dziesiątej. Ustawiłem nawigację w telefonie komórkowym, wrzuciłem do bagażnika torbę z laptopem i ruszyłem przed siebie. Śnieg, który spadł w nocy, spowijał pobocza i mijane przeze mnie wioski. Początkowo obraz ten wydał mi się niezmiernie kojący. Drzewa przywodziły na myśl ulepione ze śniegu i lodu duchy, które tylko jakimś niepojętym cudem zdolne były przeciwstawić się sile wiatru. Skrzące się połacie bieli przypominały idealnie wykrochmaloną, staromodną pościel, a domy wyglądały jak wycięte ze świątecznej pocztówki. Obserwowanie widoków pochłonęło mnie tak bardzo, że nie zorientowałem się nawet, gdy radio przestało odbierać nastawioną przeze mnie stację.

Spodziewałem się, że z czasem, kiedy zacznę oddalać się od miasta, zasięg radiostacji osłabnie i w końcu zmuszony będę szukać innej częstotliwości, albo sięgnąć po płytę. Przez chwilę próbowałem nastawić coś, czego dałoby się słuchać, jednocześnie starając się nie odrywać wzroku od drogi. Do tej pory nie wiem, czy to, że niczego nie znalazłem, było spowodowane marnym stanem odbiornika, czy może mroźną pogodą. Zrezygnowany zdecydowałem się zostawić stację, która ledwie odbierała, w nadziei, że z czasem jakość sygnału ulegnie poprawie.

Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, mam wrażenie, że właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem delikatne pasma mgły, powoli wypełzające na jezdnię. Widoczność nie pogorszyła się nagle w znaczący sposób, dlatego postanowiłem jechać dalej, starając się wykorzystać te kilka godzin dziennego światła, jakie mi jeszcze pozostały. Wówczas wydawało mi się całkiem zabawne porównanie delikatnych nici bieli do macek jakiejś gigantycznej ośmiornicy, czy też mitycznego krakena, starającego się pełzać po lądzie.

Białe pasy, początkowo delikatne i ulotne, stawały się z czasem coraz wyraźniejsze i cięższe. Obserwowałem jak mgła kotłowała się w obniżeniach terenu po obu stronach drogi, zakrywając drzewa, krzewy i otulając budynki. Uważam podobne zjawiska za niezwykle urokliwe, lecz tym razem wydały mi się bardziej niepokojące niż zachwycające. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić, po prostu odczuwałem dyskomfort na ich widok. Miało to prawdopodobnie związek z moim brakiem doświadczenia za kierownicą – pomimo włączenia świateł przeciwmgielnych, prowadzenie w tak ciężkich warunkach nie należało do przyjemności. Nie był to jednak zwykły stres, lecz jakiś wewnętrzny niepokój, dreszcz, który nie dawał mi spokoju z powodu swej irracjonalności. Żyłem przecież w świecie, w którym jedynymi zagrożeniami, jakie mogły na mnie czekać, były zbłąkane łosie i nieuważni kierowcy.

Starałem się skupić myśli na światłach jadącego przede mną samochodu dostawczego. Monotonia drogi, szum silnika i radioodbiornika na każdego działałyby usypiająco i ja też zaczynałem odczuwać lekkie znużenie. Póki mogłem podziwiać przewijające się za oknami samochodu obrazy, prowadziło mi się znacznie łatwiej. Odkąd jednak mgła zaczęła gęstnieć, jedynym co widziałem przed sobą były cztery czerwone punkciki i zarys naczepy. Próbowałem utrzymywać stałą prędkość, tak by nie stracić ich z oczu, jednocześnie wypatrując kątem oka znaków drogowych. Nie miałem najmniejszego zamiaru zatrzymywać się na poboczu, nie w takich warunkach. W końcu, jeśli ja widziałem tak niewiele, inni kierowcy mieliby problemy z dostrzeżeniem mojego samochodu, a ostatnim, na co miałem ochotę, była stłuczka. Postanowiłem po prostu szukać informacji o stacji benzynowej czy restauracji, w której mógłbym chwilę odpocząć i napić się kawy.

Trudno mi określić jak długo tkwiłem w tak beznadziejnej sytuacji. Coraz bardziej odczuwałem klaustrofobiczność blaszanej puszki, w której zamknąłem się z własnej woli. Miałem wrażenie, że dach znajdował się niepokojąco nisko, drzwi zbyt blisko, a wszystkie mechanizmy pojazdu działały coraz wolniej i bardziej opornie. Dźwięki dobiegające z głośników, zamiast nieść ulgę i pomagać skoncentrować się na drodze, stawały się z każdą chwilą bardziej irytujące. Na ledwo słyszalną muzykę nakładały się odgłosy innej audycji, rozmów ze słuchaczami czy jakiegoś słuchowiska.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że wszystkie te odczucia nie były niczym innym, niż wynikiem zmęczenia i stresu. Na chwilę skoncentrowałem wzrok na zarysie tablicy informacyjnej, która wyłoniła się z mgły po prawej stronie drogi. Miałem nadzieję, że dostrzegę informację o jakimś zajeździe. Nagle, kątem oka, zauważyłem, że czerwone lampy ciężarówki zaczęły przybliżać się do mnie z niepokojącą prędkością. Z przerażeniem, na ile to możliwe, przygotowałem się na uderzenie i huk, a przed oczami przewinęły mi się obrazki z telewizyjnych wiadomości drogowych. W uszach zadźwięczały mi słowa:

Młody, niedoświadczony kierowca zginął tragicznie…

Do dziś nie wiem, czy były wynikiem jakiejś niezrozumiałej reminiscencji czegoś, co kiedyś zasłyszałem, pochodziły tylko z mojej wyobraźni, czy też wydobyły się z radia. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tak banalną kwestią, przekonany że lada chwila roztrzaskam się o naczepę. Pamiętam jak spostrzegłem, że światła te nie były już kwadratowe, lecz wykrzywione, niczym oczy wydrążonej na święto duchów dyni. Ich źrenice płonęły żywym ogniem i czułem, że przewiercają mnie na wskroś. Rzuciły się na mnie, na mój samochód, próbując wedrzeć się do środka i dopaść mnie uwięzionego w fotelu kierowcy.

Instynktownie nadepnąłem pedał hamulca, wciskając go w podłogę tak mocno, że bałem się, iż przebiję się nogą do samego asfaltu. Samochodem gwałtownie szarpnęło i uruchomiły się światła awaryjne. Spodziewałem się nagłego bólu, eksplozji poduszki powietrznej i huku gniecionej blachy. Zamiast tego ze zdziwieniem patrzyłem jak przeistoczone w złowrogie oczy reflektory rozbijają się o przednią szybę. Jednocześnie, odziane w swoje kwadratowe ciała, oddalały się niknąc gdzieś przede mną w białej toni, najzwyklejsze i nadal przytwierdzone do naczepy. Wszystko to sprawiało wrażenie eksplozji, w której dostrzec można było pojedyncze iskry. Czerwień przez chwilę rozlała się po przedniej szybie samochodu, a ja czułem się tak, jakbym rozbił jakąś wielką mydlaną bańkę.

Stoczyłem się resztką pędu na pobocze, próbując wyrównać oddech i opanować tłukące się w piersi serce. Jeszcze przed chwilą, gotowy na najgorsze, byłem przekonany, że wjadę w hamującą ciężarówkę. Teraz, powoli zdając sobie sprawę z tego, że wciąż żyłem, próbowałem otrząsnąć się z koszmaru i zrozumieć, co się właściwie stało.

Jestem człowiekiem od urodzenia sceptycznym i wiem, że wszystko co widzę ma logiczne wyjaśnienie. Prawdopodobnie właśnie dlatego mój umysł bez większych oporów przyjął najprostszą z odpowiedzi – musiałem przysnąć, poddałem się znużeniu i zbliżyłem do tej przeklętej ciężarówki w ostatniej chwili trzeźwiejąc i hamując. Dziwne wizje musiały być czymś pomiędzy halucynacją a marą senną, która chciała pochwycić mnie w swe szpony. Ciągle czułem lekkie drżenie rąk i dziwne pulsowanie w nogach, które zapewne powodowała krążąca w moich żyłach adrenalina. I choć byłem pewien, że po czymś takim senność nie da rady znowu nade mną zapanować, zapragnąłem jak najszybciej dotrzeć do parkingu, na którym mógłbym odpocząć.

Wyłączyłem światła awaryjne i już miałem wrócić na szosę, gdy usłyszałem głos – ten sam, który towarzyszył czerwonemu rozbłyskowi. Z niemalże absolutną pewnością mogłem już określić, że wydobywał się z głośników. Był niewyraźny, zlewał się z piosenką ledwie słyszalną na niedostrojonej częstotliwości, ale docierał do mnie za pośrednictwem eteru. Tym razem rozbrzmiał nieco głośniej, jakby wyraźniej i pewniej.

Rzeczywistość jest tylko płaszczem, skrywającym coś…

Ciągle zdenerwowany nie starałem się wsłuchać w słowa, które, jak myślałem, nie miały najmniejszego sensu. Wziąłem głęboki oddech i wróciłem na szosę. Postanowiłem jechać wolno, uważając, że żaden kierowca nie porwie się na szaleńczą jazdę w takich warunkach. Nie pokonałem jednak kilkudziesięciu metrów, gdy nagle coś wyprzedziło mnie wyłaniając się brutalnie i znikając bezpowrotnie we mgle. Nie miałem pewności co to było –wszystko zdarzyło się zbyt szybko, zbyt nagle i gwałtownie bym mógł mieć pewność. Zdawało mi się jednak, że to coś miało kształt nie motocykla, samochodu czy ciężarówki, lecz pociągu…

Nie wierzyłem własnym oczom. Staromodny parowóz ciągnął wagony wyglądające jak te, jakimi jeździli pasażerowie Orient Expresu. Poruszał się z zawrotną prędkością, i to jezdnią, nie torami, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Nie wiem czy radiowy głos powiedział coś więcej, nie słyszałem go, bo wnętrze samochodu wypełnił na chwilę turkot i ryk pociągowych dzwonków ostrzegawczych.

Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem nawet zareagować. Mgła otulała mój samochód pozwalając dostrzec wyłącznie to, co znajdowało się nie dalej niż na kilkanaście metrów wokół mnie. Widziałem brzeg drogi razem z białymi liniami odgraniczającymi jezdnię od pobocza, wyłapywałem wyłaniające się z bieli znaki drogowe i słupki kilometrażowe. Próbowałem wmówić sobie, że padłem ofiarą złudzenia optycznego, ignorując dźwięki i wspomnienie dziwnego kształtu. Byłem przerażony i zmęczony, a moje oczy ledwie radziły sobie z wszechobecną jasnością bijącą z mlecznego kłębowiska.

Tłumaczyłem sobie, że to, co pojawiło się po mojej lewej stronie, a co wziąłem za pociąg, było ciężarówką z finezyjnymi malowidłami na plandece. Jednocześnie czułem, że choć moje zdrowie psychiczne tego ode mnie wymagało, sam się okłamywałem. Podobno zwierzęta są w stanie wyczuć pewne zagrażające im zjawiska, jak trzęsienia ziemi czy tornada. Wydaje mi się, że to, co czują, podobne jest do wrażenia, które tego dnia coraz silniej mnie ogarniało. Miałem ochotę uciekać, wyjść z ograniczonej coraz ciaśniejszymi blachami przestrzeni i biec jak najdalej przed siebie, nie myśląc nawet o oglądaniu się za plecy.

Starałem się opanować, choć przychodziło mi to niezwykle ciężko. Z jednej strony sam dostrzegałem irracjonalność całej sytuacji, z drugiej jednak miałem świadomość tego, że to, co widziałem, było pociągiem, a jego obecności nic nie mogło tłumaczyć.

Przypomniały mi się słowa, które chwilę wcześniej popłynęły z głośników.

– Rzeczywistość jest tylko płaszczem – mruknąłem sam do siebie, mając nadzieję, że własny głos doda mi otuchy. Chciałem zapamiętać to zdanie, by móc do niego wrócić w zaciszu zarezerwowanego pokoju hotelowego. Byłem ciekaw czy znajdę w Internecie jakieś podpowiedzi, co do jego pochodzenia, lub choć rozwinięcie tłumaczące o co mogło chodzić autorowi audycji. Wyobraziłem sobie, jak siedząc wieczorem przed monitorem śmieję się z własnych lęków i omamów. Jak utwierdzam się w przekonaniu, że padłem ofiarą iluzji albo zmęczenia.

Z zamyślenia, choć trwało ono zaledwie kilka sekund, wyrwało mnie pojedyncze słowo. Tym razem głośniki ryknęły tak głośno, że podskoczyłem na siedzeniu.

Nadchodzi!

Ścisnąłem mocniej kierownicę, jakbym chciał się jej przytrzymać. W tym samym momencie dostrzegłem coś, co przekraczało wszelkie możliwości racjonalnego rozumowania. Z mgły wyłonił się bowiem kształt do złudzenia przypominający olbrzymie ramię ośmiornicy.

Kraken – przemknęło mi przez myśl, gdy wciskałem pedał hamulca. – Cholerny kraken, tylko dlaczego na lądzie?

Zatrzymałem się z piskiem opon, stawiając samochód w poprzek jezdni. Oszalałem, byłem tego absolutnie pewien. Nie wiem dlaczego, ani w jaki sposób, ale musiałem postradać resztki zdrowego rozsądku. Rozpadające się na przedniej szybie światła ciężarówki, Orient Expres mijający mnie w towarzystwie dzwonków, a teraz jeszcze wielka kałamarnica próbująca złapać i oderwać kawałek asfaltu. Ogarnęło mnie szaleństwo, albo umarłem jakimś cudem tego nie zauważając i znalazłem się w przeznaczonym tylko dla mnie koszmarze, piekle, w którym cała wieczność wyglądać będzie właśnie w ten sposób.

Huk i wstrząs, które pojawiły się, gdy wielka macka dotknęła samochodu od strony pasażera, doprowadziły mnie na skraj paniki. Towarzyszyło im dziwne, nieprzyjemne mlaśnięcie, jakie można usłyszeć, gdy uderzy się w coś galaretowatego. Podejrzewałem, że człowiek martwy nie jest zdolny do odczuwania podobnych rzeczy. Jeśli rzeczywiście tak było, pozostawało mi założyć, że żyję, choć sam nie wiedziałem, która z możliwości była mniej przerażająca – śmierć czy obłęd.

Drżącymi rękoma wrzuciłem luz i nie wyłączając silnika zdjąłem nogę ze sprzęgła. Ostatkiem sił zmusiłem się, by spojrzeć przez okno pasażera i upewnić, czy to, w co wjechałem, nadal znajdowało się na drodze. Początkowo widziałem tylko biel, rozciągającą się nad jezdnią, lecz po chwili dostrzegłem zarys niewielkich krakenich odnóży, wijących się i co rusz pojawiających na wysokości szyby. Niektóre z nich przybliżały się do drzwi pojazdu, inne oddalały od nich podrygując jakby w szaleńczym tańcu.

Odpiąłem pas i wyskoczyłem na zewnątrz blaszanej pułapki gotowy do ucieczki. Nie wiedziałem, czy nogi nie odmówią mi posłuszeństwa, czy nie przewrócę się i nie padnę ofiarą bestii rodem z żeglarskich opowieści. Jedyne, o czym myślałem, to bieg – nieważne gdzie, byle jak najszybciej znaleźć się tak daleko od tego miejsca, jak tylko to możliwe. Kiedy jednak znalazłem się kilka kroków od samochodu, coś zaskoczyło mnie jeszcze bardziej, niż wszystkie najdziwniejsze nawet wizje, przewijające mi się tego dnia przed oczyma.

Mój samochód rzeczywiście stał pośrodku drogi. Silnik ciągle pracował, a włączone światła rzucały jasne snopy na pokryte śniegiem pobocze. Nie spowijała go jednak mgła, a blask nisko wiszącego, zimowego słońca. Po niebie przesuwały się pojedyncze obłoki, niewinne i nieprzesłaniające idealnej widoczności mroźnego popołudnia.

Nie wiem jak długo stałem na drodze przenosząc spojrzenie z nieba na ziemię i z powrotem ku górze. Wiem tylko, że z transu, czy też otępienia, wyrwał mnie czyjś głos. Gdy pierwszy raz dotarł do mych uszu, przestraszyłem się, że wydobywał się z samochodowych głośników i zapowiadał kolejne nieszczęście. Spadający samolot? Przebiegającego przez jezdnię potwora ze skandynawskich legend? A może pojawienie się wiszącego nisko nad polami zeppelina?

– Nic się panu nie stało?

– Kraken… – wymamrotałem i od razu pożałowałem, że słowo to opuściło moje usta. Stała przede mną jakaś kobieta. Zatroskana, przerażona, z telefonem przy uchu, obserwowała mnie badawczo, najwyraźniej próbując się gdzieś dodzwonić.

Boże – przeszło mi przez głowę – pomyśli, że zwariowałem. Odwiozą mnie do domu bez klamek…

– Nic się panu nie stało? Już dzwonię po pogotowie.
– Nie trzeba, dziękuję… – mruknąłem.

Musiała pomyśleć, że uderzyłem się w głowę. Stałem jak ogłupiały pośrodku szosy, prawdopodobnie nie reagując na jej słowa przez jakiś czas. Teraz, kiedy wyrwałem się z transu, czułem na twarzy chłodne powietrze, palce rąk szczypały mnie od mrozu, lecz tym, co przyprawiło mnie o prawdziwe dreszcze, było wspomnienie wypadku. Nie zastanawiając się nad tym co robię, odwróciłem się, by sprawdzić w co wjechałem.

Pamiętałem to, co zobaczyłem we mgle. Wiedziałem, że mój refleks mnie nie zawiódł, że w ostatniej chwili skręciłem kierownicą i uderzyłem w przeszkodę bokiem, nie przodem pojazdu. Na drodze jednak, zamiast kałamarnicy, krakena czy jakiegokolwiek innego potwora, leżało drzewo. Zwykłe, powalone przez wiatr i być może osłabione mrozem drzewo. To, co wziąłem za wielką mackę, było konarem, a tańczące przed szybą dziwa niczym innym, niż gałęziami.

– Jest pan pewien, że karetka nie jest potrzebna? Wydaje mi się, że jest pan w szoku.
– Dziękuję, nic mi nie jest – odpowiedziałem nieco pewniej.

Odwróciłem się do kobiety czując ulgę tak wielką, że nie sposób jej opisać. Spojrzała na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie, lecz opuściła rękę rezygnując z połączenia.

Musiałem coś do niej powiedzieć. Coś, co przekona ją, że nic mi się nie stało i pozwoli uniknąć przyjazdu karetki czy policji. Nie wiem jak miałbym wytłumaczyć funkcjonariuszom dlaczego nie zauważyłem wielkiego drzewa leżącego na jezdni.

– Niech pani zadzwoni po strażaków, to drzewo trzeba usunąć z drogi, zanim ktoś w nie wjedzie.
– Na to akurat już za późno – skwitowała patrząc na Citroena. – Nie wiem czy nie trzeba będzie zadzwonić po lawetę, niech pan zobaczy, czy samochód w ogóle jest w stanie jechać. I tak przydałoby się go przestawić na pobocze.

Przyznałem jej rację i wróciłem do auta. Gdy usiadłem na swoim miejscu i spojrzałem przez przednią szybę, serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Mgła rozciągała się nad polami, niewiele rzadsza niż w momencie stłuczki. W oddali, wysoko nad ziemią, pojawił się zarys jakiegoś ciemnego kształtu. Spojrzałem w bok i zamiast drzewa ponownie ujrzałem coś, co wyglądało jak odnóża potwora. Po szybie pełzało kłębowisko nerwowo ruszających się larw.

Zerknąłem w drugą stronę, przez otwarte drzwi. Kobieta chodziła nerwowo przed maską swojego samochodu tłumacząc coś osobie po drugiej stronie linii. Skąpana w słońcu droga przecinała ośnieżone pola, a widoczność była idealna aż po horyzont. Z drugiej strony jednak nie przekraczała dwudziestu metrów i choć mgła podnosiła się powoli, na jezdni podrygiwało coś, czego wolałbym nigdy w życiu nie oglądać.

Byłem tak zaskoczony i jednocześnie zażenowany, że nie mogłem podjąć żadnej sensownej decyzji. Zgodnie z prośbą zatroskanej kobiety wrzuciłem bieg i zatrzaskując drzwi spróbowałem podjechać do skraju jezdni. Samochód ruszył z miejsca i choć zniszczenia boku były znaczne, nie uniemożliwiły mi przestawienia pojazdu. Oczywiście, dalsza droga była wykluczona, co zrozumiałem, gdy skręciłem mocniej kierownicę i usłyszałem dźwięk blachy trącej o oponę.

Zza kierownicy nie widziałem drugiego samochodu. W miejscu, w którym zaparkowała, stała dorożka, a zaprzężony do niej koń obrzucał mnie nerwowymi spojrzeniami. Odziana w długą, typową dla połowy dziewiętnastego wieku suknię dama, ruszyła w moim kierunku. Ciągle zszokowany wydarzeniami ostatnich kilkudziesięciu minut nie zastanawiałem się co robić. Odruchowo opuściłem szybę i gdy jej krawędź zjeżdżała w dół, przypomniały mi się zasłyszane w radio słowa. „Rzeczywistość jest płaszczem”. Choć nie wiedziałem w jakim kontekście zostały wypowiedziane, musiałem się z nimi zgodzić. Z tym, że ktokolwiek był ich autorem, zapomniał napomknąć o rozdarciach i dziurach.

Do miejsca, do którego sięgała szklana tafla, widziałem scenę jak z dziwacznego snu – kary koń, dorożka, staromodna dama i konające w drgawkach obrzydliwe coś, co poharatało mój samochód. Powyżej tego miejsca świat wyglądał inaczej, czy może raczej „normalniej”. Obca kobieta kończyła rozmowę, podczas gdy jej samochód stał na awaryjnych światłach, ostrzegając nadjeżdżających kierowców.

– Strażacy są w drodze, ale pan to już chyba dalej nie pojedzie. Zagapił się pan, czy spadło panu przed maskę z zaskoczenia?

– Można chyba powiedzieć, że mnie zaskoczyło… – odparłem zerkając raz nad, raz pod szybą, mając nadzieję, że czynię to dość dyskretnie.

Musiałem się uspokoić. Kobieta nadal wyglądała na zatroskaną, a ostatnim czego chciałem, była rozmowa z nadgorliwymi ratownikami, których niechybnie lada chwila wezwałaby, pomimo zapewnień dotyczących mojego stanu zdrowia. Zasunąłem szybę narażając się ponownie na dziwne widoki i wyłączyłem silnik. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, lecz teraz wydaje mi się to całkiem zrozumiałe, że w chwili, gdy przestał pracować, dziwne wizje zaczęły rozmywać się na jego szybach. Stawały się coraz mniej wyraźne by w końcu zniknąć – mam nadzieję – bezpowrotnie.

Zmusiłem się do wyjścia na zewnątrz i kurtuazyjnej rozmowy. Nie pamiętam, czego dotyczyła, jedynym, co zostało mi w głowie, była świadomość tego, że miała na celu ocenienie mojej przytomności. Chyba nieźle mi poszło, bo zamiast karetki wezwała tylko lawetę, która zresztą odwiozła mnie i mój demoniczny wrak do domu.

Od tego zdarzenia minęło już kilka tygodni. Nie odważyłem się od tego czasu usiąść za kierownicą nie tylko mojego, ale i żadnego innego samochodu. Citroen trafił do remontu, a mechanicy okazali się dość wyrozumiali, by odstawić go po skończonej pracy pod mój dom. Dałem ogłoszenie i szukam kupca. Nie obchodzi mnie, co się z nim stanie ani kto go weźmie. Staram się wierzyć, że to on sprowadził na mnie wszystkie nieszczęścia, ale nie mam pewności czy pozbycie się go cokolwiek zmieni.

Teraz zależy mi tylko na pieniądzach, szczególnie że mechanicy zażądali za swoją pracę niemalże drugie tyle, ile wydałem na starego grata. Przydadzą się też dlatego, że chyba jednak będę zmuszony zasięgnąć porady specjalisty. Choć nie zdarzyło mi się widzieć niczego podobnego do tego, co objawiło mi się przez samochodowe okna, to nie wiem już czy to, co widzę, jest prawdą, czy też wytworem mojego skołatanego umysłu.

Ze specjalnymi podziękowaniami dla Marthy za inspirującą i owocną dyskusję w Starbuksie :)

Styczeń 2013

Barataria 80 Don Kichot i Janosik

Elżbieta Kargol

Na pewno można porównać Don Kichota i Janosika, ale za mało znam obie postacie, żebym się odważyła.

Tetmajerowskiego Janosika znam tylko z filmu Passendorfera. Byłam wprawdzie w Ruzenberku, gdzie został schwytany, ale nic poza tym.

Don Kichota zaczęłam czytać w liceum, ale chyba nie skończyłam. W sumie nie byłam zadowolona, gdy Tomek, przy mojej zresztą pomocy, tego Janosika w tym miejscu stawiał. Zburzył mi horyzont, może nie horyzont, ale to samo od lat spojrzenie w dal. Już się jednak przyzwyczaiłam. Latem w całej tej zieloności nie wysuwa się już tak na pierwszy plan. Tomek obiecał mi, że zmieni mu nakrycie głowy na bardziej “janosikowe“, na coś w rodzaju kłobuka zbójnickiego (kołpaka). No bo miska udająca kapelusz góralski czyni z niego górala podhalańskiego lub… Don Kichota.


Jak powstał? Ojciec mój budując dom w Lachowicach nasadził obok niego dużo świerków, jodeł i sosen. Gdy wyrastały za wysoko, ścinał im wierzchołki. Starał się tak uciąć w specjalnym miejscu, żeby swierkowi wyrosło kilka nowych wierzchołków. Im więcej tym lepiej, wtedy mógł ściąć taki świerk i po okorowaniu i odpowiednim przycięciu powstawało coś w rodzaju wideł do rozrzucania siana.

Świerkowi janosikowemu wyrosły tylko dwa wierzchołki, które Tomek zamienił w kończyny dolne a trzeci, jakby w zarodku, stał się janosikowym przyrodzeniem. Ramiona i ręce są umocowane i doczepione z pomocą metalowych obręczy, zakupionych w miejscowym sklepie budowlanym. A że postać jest wysoka, chuda, koścista, a w rękach trzyma ciupagę niczym kopię, która przy większym wietrze się łamie, z pewnością może przypominać Don Kichota.

Nasz Janosik Don Kichot zamiast z wiatrakami walczy z dzikimi świniami, które podchodzą pod okna i są tak bezczelne, że potrząsają śliwką i częstują się nie pytając.

Nie wiem, czy rzeźbiarz zaplanował następne postacie.

Zależy co wyrośnie i co się zetnie, i jak się zetnie lub co rzeźbiarz znajdzie.

Ja rok temu znalazłam w lachowickim potoku kamień już wyrzeźbiony. Dla mnie to Madonna z Dzieciątkiem, ale można też w kamieniu zobaczyć bacę z owieczką, może tą, która uciekła Don Kichotowi.

Koni w Lachowicach dostatek, tych rzeźbionych i tych prawdziwych, są kozaki, Sanczo Pansa też się znajdzie niejeden, no i Maryna biegnąca ku dolinom.

Zdjęcia: autorka, rzeźby: Tomek