Barataria 85 Wyspy Kokosowe

Lech Milewski

Kokosowa Barataria

Jako akompaniament do lektury proponuję Dotyk Raju

Wyspy Kokosowe zostały odkryte w 1609 roku przez angielskiego kapitana Williama Keelinga podczas handlowej podróży z Wysp Banda do Anglii. Wyspy Banda są obecnie częścią Indonezji, lecz w XVII wieku należały do Holandii i słynęły z bardzo tanich przypraw, kilkadziesiąt razy tańsze niż na wyspie Jawa.

Ponad 200 lat później, w 1814 roku, wyspy odwiedził szkocki kapitan John Clunies-Ross. Zatknął na nich angielską flagę i postanowił wrócić tu z rodziną na dłuższy pobyt.
To samo przyszło do głowy angielskiemu kupcowi Aleksandrowi Hare.
Aleksander Hare początkowo pracował dla portugalskiej firmy handlowej. Podczas krótkiej dominacji Anglii na terenie dzisiejszej Indonezji Aleksander Hare nabył od sułtana Banjarmasin spory kawał lądu i założył tam niezależne państwo Maluka. Jego głównym zajęciem był handel niewolnikami. Holendrzy nazywali jego państwo De Bandjermasinsche Afschuwelijkheid – Koszmar Banjarmasin. Gdy Holendrzy odzyskali wpływy w Indonezji Aleksander Hare wraz ze swoim 40-osobowym haremem i świtą przeniósł się początkowo do Batawii (obecnie Dżakarta), następnie do Południowej Afryki i wreszcie osiadł na Wyspach Kokosowych.

Dwa lata później, zgodnie z planem, na wyspy wrócił John Clunies-Ross z rodziną i ośmiu marynarzami. Między osadnikami wybuchł ostry konflikt. Pracownice haremu zaczęły porzucać swego pryncypała i łączyć się z marynarzami Johna Clunies-Rossa. Zdeprymowany tym Aleksander Hare opuścił wyspy i przeniósł się na emeryturę na zachodniej Sumatrze.

John Clunies-Ross, za namową byłych pracownic haremu, sprowadził na wyspę kilkudziesięciu Malajów, których zatrudnił przy produkcji kopry (suszony miąższ orzechów kokosowych). Jako zapłatę otrzymywali Cocos rupee (kokosowe rupie), monety bite przez Johna Clunies-Ross, które można było wykorzystać jedynie w sklepie będącym własnością ich pracodawcy.

W 1836 roku wyspy odwiedził statek Beagle z Karolem Darwinem na pokładzie.

W roku 1857 wyspy zostały zaanektowane przez Wielką Brytanię, rodzina Clunies-Ross mianowano wiecznymi zarządcami wyspy.

9 listopada 1914 roku u brzegów wysp rozegrała się jedna z pierwszych bitw morskich I Wojny Światowej. Niemiecki krążownik SMS Emden opanował tamtejszą stację telegraficzną. Stacja zdążyła jednak wysłać depeszę z wezwaniem o pomoc. Australijski krążownik HMAS Sydney stoczył wygraną bitwę morską. Od tego czasu niemieckie statki nie pojawiały się już na Oceanie Indyjskim.

Podczas II Wojny Światowej stacja telegraficzna na Wyspach Kokosowych była istotnym ogniwem w sieci komunikacyjnej armii brytyjskiej. Na wyspach stacjonowała jednostka brytyjskiej artylerii. Na początku maja 1942 roku w jednostce wybuchł bunt, 15 buntowników (pochodzenia cejlońskiego) chciało opanować stację telegraficzną. Bunt stłumiono, siedmiu uczestników skazano na śmierć. Ostatecznie wyrok wykonano na trzech buntownikach. Był to jedyny przypadek egzekucji zbuntowanych żołnierzy w brytyjskiej armii podczas II Wojny Światowej.

John Clunies-Ross

W 1955 roku Wielka Brytania przekazała wyspy Australii.
Australia wyznaczyła własną administrację wysp i przymusowo wykupiła je od rodziny Clunies-Ross (to była już piąta generacja władców wyspy) za $6,250,000. Jednocześnie zabroniono rodzinie Clunies-Ross działalności gospodarczej na wyspach. W rezultacie rodzina przeprowadziła się do Australii chociaż jej ostatni potomek – John Clunies-Ross (Ross VI) – niedawno powrócił do utraconego królewstwa.

Wyspy Kokosowe (Keeling) – nazwisko odkrywcy dodano aby uniknąć pomieszania z Wyspą Kokosową u wybrzeży Kostaryki lub Wyspami Kokosowymi (Mjanmar).

Wysp jest 27 z tym, że trzy znikają pod wodą podczas przypływów a tylko dwie są zamieszkałe.
Home Island, Pulu Helma, ma powierzchnię 95 hektarów i około 500 mieszkańców, głównie pochodzenia malajskiego.
West Island, Pulu Pajang, ma powierzchnię 6.25 km2 i około 120 mieszkańców, głównie pochodzenia europejskiego. Tu znajduje się lotnisko, sklep i instalacje telekomunikacyjne armii australijskiej.

Elektryczność – na West Island są dwa generatory, na Home Island – jeden.

Woda – deszczowa lub odsalana metodą odwróconej osmozy.

Na wyspy można dolecieć Virgin Airlines. We wtorek lot z Perth z międzylądowaniem na Wyspach Bożego Narodzenia (Perth – Christmas Islands – Cocos Islands – Perth). W soboty lot w odwrotnym kierunku
W piątki na wyspy przylatuje samolot transportowy. W tym też dniu otwarty jest lokalny sklep i stacja benzynowa.

Na wyspach jest ośrodek zdrowia zatrudniający jednego doktora i posterunek policji – trzech policjantów.

Najwyższy, dotąd nienazwany, szczyt wysp wznosi się 5 (pięć) metrów ponad poziom morza.

Flaga wysp – palma kokosowa a obok niej Krzyż Południa i sierp księżyca. Wszystko na zielonym tle…

Cocos Islands

To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości – to jest terytorium islamskie.

Muzułmanie to prawie wyłącznie mieszkańcy pochodzenia malajskiego. Są to sunnici, ich współżycie z pozostałymi mieszkańcami wysp układa się bezkonfliktowo.

W zeszłym roku ci właśnie mieszkańcy zwrócili się do rządu Australii o uznanie ich za rodowitych (indigenous) mieszkańców wysp. Jest to status podobny do tego jaki posiadają australijscy Aborygeni z tym że “kokosowi Malajowie” nie roszczą żadnych pretensji w stosunku do rządu Australii, chcą tylko aby pozwolono im zachować ich stare tradycje, na przykład, aby pozwolono polować na ptaka sula, który jest pod ochroną.

Delegacja rodowitych mieszkańców odwiedziła Canberrę, aby przedyskutować sprawę z federalnymi politykami. Uzyskali poparcie senatorki aborygeńskiego pochodzenia. Do swojej delegacji włączyli wspomnianego wyżej Johna Clunies-Rossa.

Więcej TUTAJ.

Innym przykładem możliwości współistnienia pozornie przeciwnych sobie gatunków jest tamtejsze pole golfowe. Otóż graniczy ono z terenem lotniska, który nie jest ogrodzony i gracze ciągna wózki po pasie startowym. Przyczyna jest prosta – żadna z wysp nie jest na tyle duża żeby pomieścić i lotnisko i pole golfowe. Proszę sprawdzić z pozycji pilota – KLIK.
Gracze znają rozkład lotów zresztą kilka minut przed przylotem lub odlotem na pasie startowym pojawia się samochód, który odgania spacerujące tam kury i prosi golfistów żeby się nieco posunęli.

Wygląda to TAK na tablicy informacja: …żadne umiejętności nie wymagane, gramy poprzez międzynarodowy pas startowy...

Osobom, które zaczęły już planować wylot na Cocos Islands polecam tę stronę – KLIK.

Źródła:

Wikipedia – KLIK

Mgła

Tak mi się powoli w komputerowych kątach zbiera jesień. I to nie ta piękna, złota, radosna, ale od razu całą gębą – mglista.

Mietek Węglewicz podrzucił zdjęcie jeziora, potem znalazłam w internecie rzeźbę dziwnego człowieka we mgle. Teraz wydaje mi się, że wcale tu nie ma żadnej mgły, ale nie bądźmy drobiazgowi. Z jakiegoś względu zapisałam sobie to zdjęcie jako: “dziwny człowiek we mgle”.

Zainspirowana tym pięknym zdjęciem Mietka, może z Mazur, może z Ciechanowa,  postanawiam poszukać innych mgieł. Podejrzewam, że zarówno Wichrowe wzgórza jak Tajemniczy ogród muszą być pełne opisów mgieł. Ale choć rzeczywiście wrzosowiska w Tajemniczym ogrodzie często spowija mgła, w książce nie ma żadnego jej opisu. Z kolei Wichrowe wzgórza w ogóle nie dają się ściągnąć jako tekst. Zastanawiam się, czy jest strona internetowa “mgła w literaturze”, bo myślę, że musi być, ale nagle przypominam sobie, że “mgła, brzoza i samolot”, i odechciewa mi się szukania w sieci. Wolę poszukać w głowie. Może Moby Dick. Może Tajemnicza wyspa. Na morzu zawsze jest mgła, myślę, i przypomina mi się niezwykły opis w jednej z książek ojca. Fascynowały go trudno dostępne lodowate krajobrazy, a jednym z takich zauroczeń była wyspa Jan Mayen.

Północ to ogromny akwen, napisał Ojciec. Jest tam wiele miejsc, gdzie dałoby się dotrzeć, i równie wiele dróg. Ale ja, prawdę powiedziawszy, cel takiej wyprawy miałem upatrzony już od dawna. Podczas rejsów na trawlerach rybackich wiele czasu spędziłem, studiując mapy morskie Północnego Atlantyku. Zafascynowała mnie samotna norweska wyspa w połowie drogi między Islandią a Spitsbergenem – Jan Mayen. Frapowała izolacją geograficzną i tajemniczością, tym bardziej, że poza suchą wzmianką w locji, nie znalazłem o niej żadnych informacji. 

(…) W maju 1965 roku nareszcie ruszyli na Północ. Najpierw było spokojnie, potem wiały wiatry i były sztormy.

Zanim dotarliśmy do Lerwick, największego portu na Szetlandach, musieliśmy jeszcze przejść dogrywkę. Nocą dopadł nas nagły ciężki szkwał, a potem otoczył wielki tuman mgły. Mimo to sprawnie weszliśmy do małego kamiennego portu.
Zaskoczyła nas cisza. To było pierwsze wrażenie w zetknięciu z Północą. Jedynym ruchem w niezwykle spokojnym miasteczku było… nasze własne wewnętrzne kołysanie. Ląd pod nogami kołysał się przy każdym kroku bardziej niż morze, przez które szliśmy tyle dni. Minęły godziny, nim nauczyliśmy się normalnie chodzić. (…)  Wędrując cały dzień między wyspami, wydostaliśmy się na otwarty ocean. Zaczynał się najważniejszy etap rejsu: droga na wymarzoną Północ, prosto do Jan Mayen. Ledwie Wyspy Owcze zniknęły za horyzontem, ocean wypadł na nas wschodnim sztormem. Wicher narastał, a my przez cały dzień redukowaliśmy żagle, próbując wytrwale iść kursem na północ. Wiatr wciąż się wzmagał. Zrzuciliśmy resztę żagli i płynęliśmy już tylko na gołym olinowaniu. Jacht ustawiał się bokiem do fali, raz po raz wpadając w głębokie przechyły. (…)

Nie dotarli. Popłynęli do Reyjkjaviku. Do Jan Mayen dotarli innym jachtem w sześć lat później. Był rok 1971. Najpierw musieli się we mgle przebić przez lody, które coraz szczelniej zaciskały się wokół jachtu. Ojciec o tym nie pisze, ale wszyscy na pokładzie wiedzieli, co się stanie, jeśli lody się zacisną całkowicie. Jak ruszasz na polowanie na wielkie zwierzęta, zawsze wiesz, że może się zdarzyć, że to one upolują ciebie.

(…) skoro tylko odsunęliśmy się od Spitsbergenu, lód przestał nas nękać, ale pogoda naprawdę nie była do pozazdroszczenia. Szliśmy na południowy zachód, ku Jan Mayen, tam, dokąd przed laty nie udało nam się dotrzeć „Kismetem”.
Teraz próbowaliśmy znowu, pod pełnym bajdewindem, smagani bryzgami odkosów, niesionych ostrym wiatrem aż do rufy, w szarudze gęstych mgieł, pod ciemnymi nasępionymi chmurami, które nawisły tuż nad topami masztów, w zacinającym deszczu, a nieraz i w gęstym tumanie śnieżnej zamieci. Zwyczajna żegluga praktycznie niewiele się różniła od sztormu, skracało się żagle i dalej było jak co dzień. Mokro i zimno. Przed wilgocią nic nie chroniło, była stale obecna, docierała wszędzie. Przesycała ubrania, koce, żywność. I nigdy nie znikała – zawarta w niej morska sól podtrzymywała ją i utrwalała. To przenikliwe zimno wskazywało wyraźnie, że idziemy co prawda ku południowi, ale w zimnym prądzie, niosącym wodę i lód wprost z Oceanu Arktycznego. A tam, wiadomo, lód płynie szerokim na kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset mil strumieniem, przesuwając się wzdłuż Wschodniej Grenlandii, wokół Farvel, po zachodniej stronie wyspy sięgając dalej w głąb Cieśniny Davisa. Nie widzieliśmy go, ale był niedaleko, tuż za zachodnim horyzontem. I raził nas dojmującym chłodem.
Osobliwym utrudnieniem była nawigacja. Odkąd wydostaliśmy się z lodowego osaczenia na północ od Spitsbergenu, nie mogliśmy dokładnie określić pozycji wyjściowej. Naszym celem była niewielka wyspa. Pomiędzy nią a nami rozciągało się ponad 700 mil otwartego morza. My zaś – niczym żeglarze z dawnych lat – dysponowaliśmy tylko kompasem magnetycznym, logiem burtowym i ołowianą sondą na lince. O pozycji astronomicznej, z powodu warunków atmosferycznych, nie było w ogóle co myśleć. Pozostawała żmudna i mało dokładna nawigacja zliczeniowa. Na szczęście, Lutek był świetnym nawigatorem i wszystkim nam imponował wiedzą, wprawą i skrupulatnością. W miarę upływu dni, z rosnącym napięciem obserwowaliśmy go, czekając, aż powie: przed nami ląd.
W końcu któregoś dnia Lutek oznajmił, że według jego zliczenia jesteśmy w pobliżu Jan Mayen. Nie zważając na
przelatujące nad kokpitem bryzgi, wylegliśmy wszyscy na pokład.
Nawet kuk doglądał obiadu, siedząc w zejściówce z głową nad pokładem. Wpatrywaliśmy się w widnokrąg, właściwie nie wiadomo na co licząc, bo mgła była taka, że widać było zaledwie kilka fal przed dziobem. Na moment oderwałem wzrok od morza i spojrzałem w górę. W małej przerwie między chmurami, niemal pionowo nad głową, wysoko ponad masztami, zobaczyłem ośnieżone skały. Byliśmy tuż pod brzegiem! Trafiliśmy na Jan Mayen tak dokładnie, jakby prowadził nas satelita.
Mgła na powitanie podniosła się, a okryty lodem masyw wulkanu osłonił nas od szarpiącego wiatru i uspokoił morze, które już tylko drobną krótką falą wskazywało, że po drugiej stronie wyspy nadal trwa sztorm. 

Otto Müller Einladung / Zaproszenie

Ab 12. Oktober im Hamburger Bahnhof / am 11. Oktober Vernissage

Tekst po polsku: otto-mueller-wstep-pl

Otto Mueller Exhibition – Flyer

Zum Buch, das die Ausstellung begleitet

MALER. MENTOR. MAGIER.

Otto Mueller und sein Netzwerk in Breslau

Beides ist zugleich das Resultat eines deutsch-polnischen Forschungsprojektes. Erstmalig findet der enorme Einfluss des ehemaligen Brücke-Künstlers und Expressionisten Otto Mueller während seiner Lehrtätigkeit in Breslau tiefergehende Berücksichtigung: Dort lehrte der Maler von 1919 bis zu seinem frühen Tod 1930 an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe, die damals zu den fortschrittlichsten Kunstschulen in Europa zählte. Der Schwerpunkt liegt auf der modernen Malerei. Vor allem der charismatische, von Sehnsucht und Freiheitsdrang getriebene Otto Mueller hatte maßgeblichen Einfluss auf die Breslauer Kunstentwicklung. So entstand die Idee, ihn zur zentralen Figur werden zu lassen: An seiner Person und an seinem Werk entlang entfaltet sich das Konzept von Ausstellung und Katalogbuch.

Vor allem seit 1925 – begünstigt durch die zahlreichen Neuberufungen von Professoren durch den amtierenden Direktor Oskar Moll – genoss die Breslauer Akademie den Ruf von Weltoffenheit und Liberalität. Die vielfältigen Strömungen der Moderne standen hier gleichberechtigt nebeneinander: der Expressionismus mit Otto Mueller, die französische Peinture der Académie Matisse mit Oskar Moll, die Neue Sachlichkeit mit Alexander Kanoldt und Carlo Mense sowie das Bauhaus und dessen Umfeld mit Oskar Schlemmer, Georg Muche und Johannes Molzahn.
Otto Mueller und sein Netzwerk: hierzu gehören vor allem seine unmittelbaren Malerkollegen sowie seine Schüler und Schülerinnen – die alle durchweg in Breslau eine schöpferische, höchst produktive Phase erlebten, angeregt durch wechselseitige Inspiration und Austausch. Die Freundschaften zu eigenständigen und kunstsinnigen Frauen spielten im Leben des Breslauer Akademieprofessors eine nicht zu unterschätzende Rolle: An erster Stelle standen Muellers Partnerinnen, allen voran seine erste Ehefrau Maschka Mueller. In sein Netzwerk gehörten aber auch Künstlerinnen und Intellektuelle wie die Bildhauerin und Grafikerin Marg Moll oder die Schriftstellerin Ilse Molzahn. Ersichtlich wird der Austausch und die gegenseitige Beeinflussung der Breslauer Malerprofessoren untereinander durch thematische und motivische Anleihen oder technische Übereinstimmungen der Malmittel: z. B. in der Farbgebung als Medium zur Ausdruckssteigerung, in den sich entwickelnden Tendenzen der Abstraktion oder in der Angleichung der Bildträger. Gemälde, Arbeiten auf Papier, schriftliche Äußerungen oder Fotografien dienen als Querverweise, die in deutsch-polnischer Zusammenarbeit zusammengetragen und ausgewertet wurden – geleitet von folgenden Aspekten:

*
das engmaschige Netz aus Kunst- und Kulturschaffenden im Zeitraum von 1919 bis 1932 mit besonderem Fokus auf der Malerei der Moderne zu durchleuchten, in dem die Wechselbeziehung zwischen den Städten Berlin und Breslau – Breslau und Berlin sichtbar ist

*
den Schaffensdrang und die kreativen Impulse im Umfeld der Breslauer Akademie und ihre spezifische Atmosphäre im Hinblick auf die Malerei der Moderne zu untersuchen und

*
schließlich den Einfluss des Malers und der Lehrpersönlichkeit Otto Mueller herauszustellen.

Unter diesem Blickwinkel entstand ein Ausstellungsparcours entlang der Leitfigur Otto Mueller, der eine persönliche Geschichte in einem lebendigen Breslau der 1920er-Jahre – parallel zur Darstellung der sich dort entfaltenden Kunst – erzählt. Dadurch ist es möglich, für die Besucherinnen und Besucher unterschiedliche Identifikationsmöglichkeiten zu schaffen, für besondere Tendenzen der dortigen künstlerischen Entwicklung zu sensibilisieren und letztlich auch Trends der musealen Sammlungspolitik und Forschung zu berücksichtigen: Neben großen Namen aus dem Netzwerk der klassischen Moderne werden auch weniger bekannte Künstler und Künstlerinnen der Folgegeneration vorgestellt.

Nachhaltigen Eindruck hinterließ der liberale Lehrer Otto Mueller gerade auch bei seinen nicht wenigen Schülerinnen: seine Aktzeichenkurse waren die ersten überhaupt, die auch Studentinnen wie Grete Jahr-Queißer oder Margarete Schultz offen standen. Einige seiner ehemaligen Schüler wie Alexander Camaro oder Horst Strempel gingen später von Breslau aus nach Berlin und erlebten in der unmittelbaren Nachkriegszeit den Höhepunkt ihrer Malerkarrieren.

1932 wurde die Breslauer Akademie geschlossen, ein Jahr später erfolgte die nationalsozialistische Machtergreifung. Diesen Umständen ist es geschuldet, dass diese Maler und Malerinnen die sog. „verschollene Generation“ vertreten: Ihre Karrieren begannen zunächst vielversprechend. Zu Beginn des Faschismus standen sie noch am Anfang ihrer künstlerischen Laufbahn, viele wurden zur Flucht und zu einem Leben im Exil gezwungen, andere überlebten die Verfolgungen und den Holocaust nicht.

Ihnen gemeinsam aber sind ihre künstlerischen Anfänge an der Breslauer Akademie im Allgemeinen und bei Otto Mueller im Besonderen. Vertiefte Recherchen ermöglichten es, Arbeiten und Dokumente zusammenzutragen, die zumindest einen Eindruck des künstlerischen Erbes von Otto Mueller am Beispiel von Breslauer Studierenden demonstrieren – selbstverständlich ohne Anspruch auf Vollständigkeit.

Für die Charakterisierung des Kunst- und Kulturlebens in der niederschlesischen Hauptstadt der 1920er-Jahre spielte die engagierte jüdische Bevölkerung eine tragende Rolle: Breslau besaß zu dieser Zeit neben Berlin und Frankfurt am Main die drittgrößte jüdische Gemeinde im Deutschen Reich.

In Bezug auf Otto Mueller macht ein neuer Ansatz der Forschung deutlich, wie anziehend dieser Maler auf die jüngere Generationjüdischer Künstler und Künstlerinnen in Breslau wirkte: u. a. seine ihm nachgesagte Beschäftigung mit Magie und Mystik verband sich hervorragend mit deren künstlerischen Positionen und zentralen Fragestellungen nach der eigenen Identität.

Eine Besonderheit im kuratorischen Konzept ist das Prinzip des „Gastes“: gemeint sind hiermit ausgewählte Werke, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und interkulturell auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann. In Deutschland kaum bekannt ist, dass viele Künstler und Künstlerinnen der polnischen Avantgarde beide Sprachen beherrschten: Deutsch und Polnisch, so Stanisław Kubicki, Margarete Kubicka, Jerzy Hulewicz oder Henryk Berlewi. Vor allem das Einbeziehen des polnischen Expressionismus und Neo-Expressionismus ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken diese Erscheinungsformen die deutsch-polnische

Ausrichtung des Projekts. Diesen Ansatz begünstigte die intensive Zusammenarbeit zwischen deutschen und polnischen Wissenschaftlerinnen und Wissenschaftlern, die auch grenzübergreifende Perspektiven zuließ.

Unser besonderer Dank gilt Teresa Laudert, Stipendiatin der Camaro Stiftung, für ihre tatkräftige Unterstützung. Wir danken sehr unseren Autorinnen und Autoren. Weiterer Dank gebührt der Übersetzungsleistung durch Simon von Kleist und seinem Team sowie allen, die unser Projekt durch ihr Interesse und mit Anerkennung und Zuversicht begleitet haben.

Wir bedanken uns besonders bei dem Direktor der Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin, Udo Kittelmann für die Aufnahme dieser Ausstellung in das Programm des Hamburger Bahnhofs – Museum für Gegenwart – Berlin. Großer Dank gilt dem Direktor des Muzeum Narodowe in Wrocław, Piotr Oszczanowski, der bereit ist, Teile dieser Ausstellung nach Polen zu übernehmen. Herzlich danken wir dem Vorstand der Camaro Stiftung, besonders dem Vorstandsvorsitzenden Theodor Gentner, für das große Vertrauen in unsere Arbeit und die Bereitschaft, unsere Initiative in diesem umfänglichen Projekt zu unterstützen.

Zur praktischen Handhabe dieses Buches sei schließlich noch angemerkt:

Wir bemühen uns um geschlechtergerechte Sprache. Frauen sind in der Kunst- und Kulturgeschichte nach wie vor unterrepräsentiert. Selbstverständlich spielten in den 1920er-Jahren im Breslauer Kunstgeschehen talentierte und einflussreiche Künstlerinnen, Sammlerinnen, weibliche Intellektuelle und Kulturschaffende eine Rolle.

Auf sie hinzuweisen, sie sichtbar zu machen, ist uns ein Anliegen. Der Katalog erscheint in einer deutschen und polnischen Sprachausgabe. Zu betonen ist an dieser Stelle, dass dieses Grundlagenwerk keinen Anspruch auf Geschlossenheit verfolgt, sondern beabsichtigt, Anregungen zu liefern für weitere Forschung. Für die deutsche Sprachausgabe haben wir uns bewusst auf die Verwendung des deutschen Namens Breslau bis 1945 geeinigt. Dafür sind die historischen Fakten geltend zu machen:

Breslau war der wichtigste Wirtschafts- und Kulturmittelpunkt des deutschen Ostens. Erinnert werden soll daran, dass Breslau Hauptstadt der damals deutschen Provinz Niederschlesien war. Mit dieser Tatsache verbunden ist auch die Kontinuität der kulturellen Wechselbeziehung der Städte Berlin – Breslau. 1945 wurden Breslau und Schlesien Polen angeschlossen. Deshalb gebrauchen wir explizit den Städtenamen Wrocław für die Zeit nach dem Zweiten Weltkrieg und verwenden die aktuellen polnischen Namen von Ortschaften, Museen und Institutionen.

Die Herausgeberinnen

Dagmar Schmengler, Agnes Kern und Lidia Głuchowska

Chopin w Berlinie

Do Rodziny w Warszawie
Berlin, we wtorek 16 września 1828 r.

Nadawca: Fryderyk Chopin (Berlin)

Adresat: Wodziński Feliks (Warszawa)

Najukochańsi Rodzice i Siostry moje! W niedzielę około 3-ciej po południu przydyliżansowaliśmy do tego za wielkiego miasta. Z poczty zaprowadzono nas prosto do oberży „Pod Kronprinzem” i tam dotąd stoimy. Dobrze nam tu i wygodnie. Zaraz pierwszego dnia naszego przyjazdu wziął mię pan Jarocki do Lichtensteina; i tam widziałem Humboldta. Lichtenstein oświadczył mi, że mię zapozna z pierwszymi mistrzami mojej sztuki, żałując, żeśmy dniem wprzódy nie przyjechali, bo właśnie tego samego dnia rano jego córka grała z akompaniamentem. Mniejsza o to ostatnie, pomyślałem sobie. Czym zgadł? nie wiem jeszcze, bom jej dotąd nie widział, a tym bardziej nie słyszał. W niedzielę, w dzień naszego przyjazdu, grano Przerwaną ofiarą Wintera. Wizyta pana Lichtensteina nie dozwoliła być na niej. Wczoraj miał miejsce obiad wspólny owych (dla mnie karykatur) uczonych, których tu już na trzy podzieliłem klasy, nie pod przewodnictwem Humboldta (bo ten bardzo dobrze ułożony), ale jakiego innego Czopmistrza, którego nazwiska w tej chwili sobie nie przypominam, lecz mam zapisane pod zrobionym przeze mnie jego portretem. Obiad ten, nadzwyczaj długo się ciągnący, nie dozwolił mi być na koncercie dziewięcioletniego Birnbacha, skrzypka dosyć tu chwalonego. Dziś idę na Ferdynanda Corteza, sławną Spontiniego operę; więc, ażeby jakim przypadkiem znów na karykaturach nie skończyć, prosiłem pana Jarockiego, aby mi pozwolił zjeść obiad osobno. Co uczyniwszy zabrałem się do pisania tego listu, po czym idę na operę. Wieści niosą, że Paganini, ów sławny skrzypek, ma tu przybyć; może się to sprawdzi. Radziwiłła spodziewają się 20-go tego miesiąca; dobrze by było, gdyby przyjechał. Dotychczas prócz gabinetu zoologicznego nic jeszcze nie widziałem, miasto jednakże znam już po większej części, albowiem przez te dwa dni łaziłem tylko i gawroniłem się po piękniejszych ulicach i mostach. Nie będę się trudził wyszczególnieniem znaczniejszych budowli, jak wrócę, to opowiem; ogólne zaś moje zdanie o Berlinie: że za szeroki dla Niemców, zdaje się, że jeszcze drugie tyle ludności snadnie zmieścić by się w nim mogło. Z początku mieliśmy mieszkać na Franzosische Strasse, ale się zmieniło, z czego się mocno cieszę, bo ulica ta nadzwyczajnie smutna; ledwo sześcioro ludzi razem ujrzeć można. Zapewne jej szerokość, wyrównywająca naszemu Lesznu, jest tego przyczyną. Dzisiaj dopiero będę wiedział, co to jest Berlin w moim znaczeniu. Wolałbym był rano siedzieć u Schlesingera, aniżeli łazić po 13-stu pokojach gabinetu zoologicznego. Śliczny jest wprawdzie, ale skład muzyczny wyżej wymienionego na coś więcej by mi się przydał. Lecz od przybytku głowa nie boli — będę i tam. Dzisiaj rano oglądałem także dwie fabryki fortepianów; Kisling mieszka na końcu Friedrichstrasse; żadnego wykończonego nie miał, próżnom się fatygował. — Dobrze się zdarzyło, że tu, w domu gospodarza, jest fortepian i że na nim grać mogę. Nasz oberżysta admiruje mię co dzień, skoro go (a raczej jego instrument) odwiedzam. W drodze nie było tak źle, jak się z początku zdawać mogło — a lubo w drążkowych pruskich dyliżansach dużo się pieprzu natłukło, jednakże na dobre mi to wyszło, jak widzę, bom zdrów i bardzo zdrów. Nasze podróżne towarzystwo składało się z jednego prawnika, Niemca, zamieszkałego w Poznaniu, a odznaczającego się ciężkimi niemieckimi żartami, i tłustego Prusaka, agronoma, którego już dyliżanse (albowiem wiele podróżował) wykształciły. Taka to była nasza kompania aż do ostatniej stacji przed Frankfurtem, gdzie nam przybyła jakaś niemiecka Korinna, pełna achów, jaów, najów, słowem, istna romantyczna pupka. Ale i to bawiło, zwłaszcza że się przez całą drogę gniewała na swego sąsiada, prawnika. Okolice Berlina z tej strony nie są najpiękniejsze, ale zachwycają porządkiem, czystością, doborem rzeczy, słowem, pewną przezornością, jaka się daje widzieć niemal w każdym kąciku. Z innych stron miasta jeszcze nie byłem; dziś być nie mogę, chyba jutro. Pojutrze już się zaczynają posiedzenia, na które pan Lichtenstein obiecał mi dać kartę wnijścia. Tegoż dnia ma być wieczorem przyjęcie badaczów natury przez Humboldta. Pan Jarocki chciał się postarać, ażeby mnie tam wpuszczono, alem go prosił, aby tego nie czynił, bo mi się to nie na wiele przyda, a potem krzywo by mogły patrzeć na mnie inne zagraniczne głowy, gdyby między sobą ujrzały profana. Zresztą, nigdy nie chcę być nie na swoim miejscu. I tak już przy stole, zdaje mi się, krzywo na mnie patrzył mój sąsiad. Był to profesor botaniki z Hamburga, pan Lehmann. Zazdrościłem mu jego paluchów. Ja dwoma rękami bułkę łamałem, on jedną pogniótł ją na placek. Żabka takie miał łapeczki jak. niedźwiedź. Gadał z panem Jarockim przeze mnie, a w rozmowie tak się zapominał, tak się zapalał, że po moim talerzu paluchami gmyrał i okruszyny zmiatał. (To prawdziwy uczony, bo przy tym miał nos duży i niezgrabny.) Siedziałem jak na szpilkach podczas zamiatania mojego talerza i potem musiałem go froterować serwetą. Marylski za grosz gustu nie ma, jeżeli mówi, że berlinki są piękne: są to wszystko same gołe szczęki, alias gęby bez zębów. A stroją się, to prawda, ale szkoda owych pociętych pysznych muślinów na takie lalki irszane.

Wasz szczerze kochający Fryderyk.

Peru 1

Joanna Trümner

W drodze do Nazca

W dzień po przylocie do Peru jedziemy przez Limę, miasto, które nie ma początku i końca. Mieszka tu ponad 10 milionów ludzi, a skrajne bogactwo i piękno przeplata się ze slumsami i biedą. Za każdym razem, kiedy zatrzymujemy się na światłach, oblegają nas tłumy sprzedawców. Dziwię się, że zarówno nasz przewodnik, przystojny trzydziestoparoletni Metys Percy, jak i kierowca kupują od ulicznych sprzedawców kilka butelek wody po pięć Soles (1,50 €). „Drogo”, myślę i czekam na wyjaśnienie tej zagadki. W chwilę później dowiaduję się, że Peru przyjęło od początku roku ponad pół miliona uchodźców z Wenezueli. „Trzeba im teraz pomóc, my zawsze mogliśmy na nich liczyć”, komentuje Percy. Następnie opowiada o czasach wojny domowej i teroryzmu w Peru, o pełnych przemocy latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy Świetlisty Szlak przeprowadzał tutaj rewolucję marksistowsko-leninowską. Wśród 70.000 ofiar Szlaku znaleźli się członkowie jego rodziny w andyjskiej wiosce, z której pochodzi. Sam Percy jako siedmioletni chłopiec zamieszkał u ciotki w Limie. „Kim byłby, gdyby został w górach”, zastanawiam się, „gdyby codziennie poświęcał trzy do czterech godzin na dotarcie do szkoły? Może należałby do tych 25% dzieci, które wbrew zapewnieniom oficjalnych statystyk nie chodzą do szkoły?” Na wylocie z miasta mijamy wielki kompleks więzienny dla kobiet. Ponad trzy czwarte więźniarek to młode Europejki, przyłapane na próbie przemytu narkotyków. Odsiadują kary od 10 do 15 lat. Po ponad godzinnej jeździe docieramy na przedmieścia, do ruin Pachacamac, założonego przed dwoma tysiącami lat ośrodka religijnego kultury prekolumbijskiej. W chwili przybycia do Peru konkwistadorów miasto liczyło 80.000 mieszkańców.

Czuję się nieswojo widząc na polach, gdzie archeolodzy ciągle jeszcze prowadzą wykopaliska, porozrzucane ludzkie kości. Percy z nieukrywaną złością mówi, że państwo nie ma pieniędzy na opłatę ochrony, w nocy więc każdy może wejść na teren ruin i szukać skarbów. Często robią to również mieszkańcy pobliskich slumsów. Wiszące wszędzie tabliczki z napisem „prohibdo pasar” (zakaz wstępu) służą wyłącznie uspokojeniu sumienia władz. W nowoczesnym muzeum, pokazującym pozostałości kultury Huari i Inków, natykam się na nazwisko Marii Rostworowskiej, badaczki kultur andyjskich polskiego pochodzenia, która w wieku 33 lat zaczęła jako wolna słuchaczka uczęszczać na studia historyczne w Limie, aby dla uwieńczenia kariery badawczej zostać dyrektorką Narodowego Muzeum Historii w Limie. „Nikt lepiej nie poznał naszej historii”, mówi Percy i dziwi się, że nie znałam nazwiska kobiety, która obok Ernesta Malinowskiego (twórcy kolei transandyjskiej, przebiegającej po części na wysokości 5.000 metrów) jest peruwiańską bohaterką narodową.

Rozstajemy się z Percym, dalsza droga prowadzi nas do parku narodowego Paracas. Krajobrazy za oknami zmieniają się, coraz mniej widać zieleni, po kilku godzinach jazdy otacza nas pustynia Atacama. „Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu”, nucę pod nosem i po chwili reflektuję się, „skąd mi się przypomniał ten potworny kicz Tercetu Egzotycznego?”

Percy’ego zastąpiła dwudziestokilkuletnia urocza, wiecznie roześmiana Danielle. Jedziemy Panamericaną, najdłuższą drogą świata. Kompromituję się kompletnie, szacując jej długość na dziesięć tysięcy kilometrów (w rzeczywistości liczy sobie 48.000!!) Po czterech godzinach jazdy zatrzymujemy się w parku narodowym Paracas. Widok jest księżycowy, nie chce mi się wierzyć, żeby w tych warunkach mogło istnieć jakiekolwiek życie. Z piętnastu stopni w Limie w ciągu czterech godzin podróży zrobiły się 32 stopnie, moja zimowa kurtka wygląda idiotycznie. Żółtą, czasami białą skalistą pustynię przerywa niekiedy przepiękna, spadzista czerwona plaża, gdzie czasami można zobaczyć flamingi (nam się niestety nie udało). Legenda mówi, że Jose de San Martin,  argentyński generał, który wyzwolił Peru spod panowania hiszpańskiego, wylądował na wybrzeżu Paracas w 1820 roku i zasnął z wyczerpania na plaży. Kiedy przebudził się, zobaczył gromadę flamingów. Zauroczony ich widokiem zdecydował, że flaga Peru będzie nosiła kolory biało-czerwone.

Opowiadanie Danielle przerywa huk quadów. Wiem, że po pustyni można jeździć wszystkim, my też przejechaliśmy po niej kilka kilometrów autem, nie mniej jednak te quady działają mi na nerwy. Po chwili ośmioosobowa grupa przejeżdża koło nas wznosząc tumany kurzu. Jeden z kierowców odwraca się i przez huk silnika krzyczy w moim ojczystym języku do pozostałych: „Dawaj, k…., niedługo będzie ciemno”.

Park Narodowy Paracas

Hotel w Paracas, w którym spędzamy noc, jest bardzo elegancki. Nie rozumiem, dlaczego nawet połowa pokoi nie jest zajęta, przecież sezon jeszcze się nie skończył. Pani w recepcji od razu daje nam tzw. „upgrade” czyli pokój lepszej kategorii. „Nie lubię jak mi się wciska kit, przecież te pokoje są i tak wolne”, myślę. Humor poprawia mi się przed kolacją. Odkrywam tabliczkę zawieszoną przed wejściem do baru, informującą mnie (i innych), że spędziłam jedną noc w Cabo Blanco, miejscu, gdzie Ernest Hemingway spędził w 1956 roku 32 dni na łowieniu czarnego marlina.

Rano wstajemy bardzo wcześnie, statek zawozi nas tuż po wschodzie słońca do archipelagu wysp Islas Ballestas. Widzimy kolonie pingwinów Humboldta, wylegujące się na skałach lwy morskie, pelikany i kormorany, którym Peru zawdzięcza swoiste bogactwo, tzw. „guano” czyli bogate w minerały ekstrementy, służące jako nawóz pod uprawę w całym państwie, eksportowane również do innych krajów świata. Danielle opowiada, że co trzy lata na wyspy przyjeżdżają ochotnicy, którzy zbierają to „bogactwo”.

Wracamy z wycieczki statkiem, wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku jednej z najstarszych destylerii pisco w Peru. Pisco to wieloprocentowy narodowy napój Peru i Chile, zrobiony z winogron, serwowany w formie coctailu pisco sour (pisco, sok z cytryny, cukier, białko jajka kurzego i lód). Destylarnię w stylu kolonialnym zwaną Hacienda la Caravedo założono w roku 1684. Bardzo mi się podoba. Jeszcze nie wiem, że próbowanie tak mocnego alkoholu (około 40%) na pusty żołądek przy trzydziestostopniowym upale okaże się moim najgłupszym pomysłem podczas całego urlopu. Nie potrafię zrozumieć sensu peruwiańskiego przysłowia, a w zasadzie życzeń pomyślności składanych z okazji urodzin lub nowego roku „życzę ci, żebyś wypił Pisco w Pisco w Pisco”. Te trzy pisco to alkohol, wielkie, ceramiczne naczynie do jego przechowywania oraz miejscowość. „Przecież tego pisco w pisco w Pisco żadna wątroba ani głowa nie wytrzyma”, myślę i po wejściu do auta zapadam w głęboki sen.

W samochodzie budzi mnie głośna, skoczna melodia przypominająca muzykę meksykańskich Mariachi. Wyglądam przez okno i widzę tłumną procesję ubranych na biało ludzi. Mijamy ich bardzo powoli i nie mogę ukryć zaskoczenia, gdy widzę że na czele procesji idzie ośmiu ubranych na biało mężczyzn, którzy w takt muzyki kołyszą trumnę. „To pogrzeb młodej dziewczyny”, mówi Danielle „dlatego wszyscy ubrani są na biało”. Nie wiem, co mnie bardziej zaskakuje, czy ta muzyka, czy fakt, że uczestnicy procesji śmieją się i rozmawiają ze sobą, tak jakby nie widzieli w tym pogrzebie żadnego powodu do smutku.

Opuszczamy wioskę. Nagle ni stąd ni z owąd na horyzoncie pojawiają się wysokie piaszczyste wydmy. Na piasku widać grupki młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. Sandsurfing, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu, jest jedną z największych atrakcji w Huacachina.

Po smacznym obiedzie w malowniczej oazie powoli trzeźwieję. Czeka nas dalsza droga. Wieczorem docieramy do kolejnego etapu podróży, niewielkiego, pięknego miasta Nazca, znanego dzięki tzw. liniom Nazca, systemowi linii, które oglądane z powietrza przypominają kształtem zwierzęta, rośliny i figury geometryczne. Nikt nie wie, kto je wykonał. Zwolennicy teorii pobytu na Ziemi wysłanników z Kosmosu, przypisują je owym tajemniczym przybyszom.

Cdn.

Barataria 84 Babcia i wnuczek – opowieść 2

Pierwsza była tydzień temu i napisał ją Gałczyński. Teraz my…

czyli Bóg i Franz w limuzynie

Tekst i zdjęcia Anton Lee Slaski
spisała i opatrzyła komentarzami Ewa Maria Slaska


Bawiliśmy się na skwerku w sklep. Była to nasza ulubiona zabawa, kiedy Antoś był mały, a teraz ją sobie przypomnieliśmy.

Anton jest sprzedawcą, ja kupuję. Czasem kupuję samolot, czasem ołówki i farby, tym razem chciałam kupić białe i niebieskie filiżanki do herbaty. I spodeczki – niebieskie do białych filiżanek, białe do niebieskich. Talerzyki, dzbanek, półmisek do ciasta, miseczki do lodów. Łyżeczki i widelczyki. Okazało się jednak, że goście przyjdą też na obiad – kupiłam więc talerze głębokie i płytkie, kilka półmisków i misek, kieliszki do wina i szklanki do wody.

Okazało się, że w sklepie mają pyszne ciasto, kupiłam więc, zamiast piec. Mieli też dobre lody. Kupiłam owoce i sałatę, kotlety i kluski. Zapytałam o zupy, bo jak już to już – nic nie będę gotowała. Okazało się, że mają ogórkową i pomidorową i potrafią ją zapakować do wspólnego garnka, oddzielając jednakże od siebie obie zupy pionową przegródką.

Towarów było coraz więcej i sprzedawca zawołał Franza, żeby mi to wszystko zapakował w pudełka i obwiązał niebieskimi wstążkami. Poprosiłam, żeby doczepił do pudeł kółka i rączki, no bo jak ja się zabiorę do autobusu z taką ilością paczek. Przyjechał autobus, ale nie mogliśmy jeszcze wsiąść, bo Franz nie zdążył wszystkiego spakować.

Okazało się zresztą, że przecież muszę kupić jeszcze miski dla kota i masę smakołyków (kot jest bardzo wybredny). Biedny Franz zwijał się jak w ukropie. Przyjechał autobus, ale machnęliśmy na niego ręką. Miałam za dużo paczek. Franz poszedł po limuzynę.

Płaciłam, płaciłam i płaciłam. Ale towar był zaiste pierwszorzędny.

Gdy wsiedliśmy wreszcie do trzeciego lub czwartego z kolei żółtego autobusu, była to już fioletowa limuzyna, którą moje bambetle wypełniły niemal w całości. Siedzieliśmy z Franzem z tyłu za kierowcą.

Chyba właśnie wtedy znana nam od lat i od dawna traktowana z przymrużeniem oka zabawa zmieniła się w urządzanie świata. Demiurgiem-wykonawcą był Franz czyli mój wnuk Antoś. Okazało się, że ma firmę złożoną z fachowców, znających się na każdej pracy. Ja już nie byłam babcią – Franz naradzał się z Bogiem, jak urządzić świat, żeby był jak najlepszy. Zaczęło się od porządków w domu, do którego wieźliśmy zakupy. Firma Franza umyła podłogi, okna, ściany i dachy, wysprzątała strychy i piwnice, posadziła kwiaty na balkonach, zamiotła alejki wokół domów. Wszystko zostało odmalowane. Franz zarządził, żeby stare i zbyt brudne domy wymienić na nowe. Posprzątane zostało całe miasto, cały kraj, morze, oceany. Nareszcie nie było już plastiku. Firma Franza wymyśliła nihilator, który zamieniał śmieci w tlen, powietrze stawało się więc też coraz lepsze. Nie było już żadnych urządzeń pracujących na węgiel czy ropę naftową – wszystko zastąpiła energia wiatru, słońca i fal (nie na próżno dziecko od lat jeździ  z mamą do duńskiego centrum energii odnawialnych). Bóg płacił Franzowi za każde wykonane zadanie, ale naprawdę się opłacało, bo świat był coraz lepszy, czystszy i przyjemniejszy. Piękny.

Jednym z ciekawszych pomysłów w procesie odnawiania świata było wysłanie 8 miliardów mieszkańców na sąsiednią planetę, po to by raz wreszcie posprzątać ten cały bałagan, jaki ludzie zrobili na Ziemi. Uporano się z tym bardzo szybko – pach pach, wszyscy wrócili na Ziemię i mogli nareszcie żyć długo i szczęśliwie.

Zanim dojechaliśmy do domu, Franz przeżył kolejną przemianę. Przestał mianowicie kasować od Boga pieniądze za każdy przedmiot i wszelką pracę. Zresztą Bóg nie miał już z czego płacić, bo wszystko, co miał, przeszło na własność Franza. Ale Franz przestał właśnie być handlarzem, który ustanowił cennik na wszystko. Teraz stał się Wykonawcą Szczęścia. Każdy człowiek na Ziemi dostał od Franza pieniądze, żeby już nikt nie był biedny ani głodny. Naukowcy wymyślili dla ludzi obrączki i bransoletki, a dla zwierzaków obroże usuwające wszystkie choroby. Gdy ktoś był zły, na przykład bił dzieci, szedł na zabieg hipnozy usytuowany na innej planecie (na Marsie) i już nawet nie pamiętał, że był kiedyś zły. Odbywało się to w specjalnych domach, gdzie w pięknych pomieszczeniach wszystko, co było odrażające, brudne i złe  stawało się piękne…

Cały świat stał się piękny i taki zostanie już na zawsze.

Na zdjęciach – Franz i Bóg w limuzynie. Rozmawiają o kolejnych metodach poprawiania świata.

Uwaga adminki.

Już kiedyś babcia i wnuczek bawili się w historię o dobrej królowej, pomagającej ludziom, którzy musieli uciekać przez Białe Góry z kraju, w którym była wojna. Ale, choć staram się nie tworzyć za wnuka jego zabaw, tylko podążać w nich za nim, przyznaję, że opowiadałam mu czasem o mojej pracy z uciekinierami… Tamta zabawa wzruszyła mnie, ale nie wzbudziła zdumienia.

Zabawa w utopię zdumiała mnie natomiast w najwyższym stopniu, bo choć od półtora roku zajmuję się Baratarią czyli nieistniejącym dystopijnym państwem, rządzonym przez sprawiedliwego władcę, wydaje mi się, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy z Antosiem. Teraz musiałam mu jednak powiedzieć, że to, co stworzył, pasuje do tego, czym się zajmuję i o czym piszę. Spytałam, czy mogę zapisać i opublikować na blogu historię o Franzu, który rozmawia z Bogiem w limuzynie i którzy razem urządzają świat. Powiedziałam też, że piszę książkę o doskonałych państwach, jakie zostały wymyślone przez ostatnie sześć tysiącleci.

Ciekawe, że zanim nie powiedziałam tego głośno w berlińskim autobusie, wcale nie wiedziałam, że piszę książkę…

Ale słowo się rzekło…

Jeszcze jedna uwaga: zauważmy, że cała historia zaczęła się od dwóch biało-niebieskich filiżanek do herbaty. To czysty Zen. Zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat.

I uwaga trzecia: wszystko w swoim czasie. Babcia i wnuczek urządzili świat wtedy, gdy babcia jako autorka opowieści o Baratarii, dzięki Mietkowi W., dotarła wreszcie do oryginału czyli sztuki Gałczyńskiego. Babcia i wnuczek czyli noc cudów.

Wyalienowani z rozentuzjazmowanego tłumu, babcia i wnuczek, oboje w żółtych butach, podczas wielkiego wernisażu. Zajmujemy się sprawamy wyższymi, choć siedzimy najniżej.

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…