Reblog: polski Don Kichot

Kochani Czytelnicy, ostatnio nagromadziło się tyle tematów baratarystycznych, że od
1 stycznia 2019 roku wprowadzam materiały dodatkowe poza numeracją poniedziałkową, a przy okazji wszystkie Baratarie (te z numerem i te bez) otrzymają tag Barataria.

Dariusz Sobala
30 grudnia 2018 roku

reblog z Facebooka

W drodze do Polski, tuż za Wiedniem, stoją wiatraki generujące prąd. Jest ich tyle, że nudzi się liczyć.
A u nas wciąż nie wiadomo, czy dają prąd, czy wirują dzięki kopalni Bełchatów. Dlatego lepiej je rozebrać.
Tako rzecze pis.

Ostatnim, który walczył z wiatrakami był Don Kichot z Manczy, nazywany Rycerzem Smętnego Oblicza.
Don Kichot wywodził się z warstwy hidalgów, niegdyś wiele znaczącej w życiu publicznym Hiszpanii, ale w XVI wieku już znacznie podupadłej, zarówno pod względem znaczenia, jak i majątku. Bezczynność i odosobnienie spowodowały, że uległ wpływom literackim
i postanowił wcielić w życie ideał średniowiecznego rycerza. Wyobraźnia sprawia, że rzeczy codzienne i zwykłe przybierają dla niego fantastyczne formy – np. karczma staje się zamkiem, a wiatrak wydaje mu się olbrzymem. Jest przede wszystkim naturą czynną – szuka nieustannie okazji do działania, nie poświęca czasu na zrozumienie sytuacji.

Jest również megalomanem – chełpi się swoją wielkością i znaczeniem swoich czynów, nieustannie poszukuje sposobności, aby dowieść swojej odwagi i siły. Potrafi jednak okazywać wdzięczność tym, którzy mu pomogli, oburzać się na bezprawie i krzywdę, jest zdolny do hojności i bezinteresowności, bywa cierpliwy i serdeczny. Potrafi myśleć logicznie i udzielać praktycznych rad, jest inteligentny. W sposób prosty i zrozumiały wyjaśnia Sanchowi wiele problemów nurtujących ówczesną Hiszpanię. Bohater zmienia się w toku akcji – coraz mocniej przejmuje się niepowodzeniami i popada w coraz większy smutek, który ustępuje dopiero przed śmiercią.

A teraz przeanalizujcie jeszcze raz opis Don Kichota i podstawcie pod tę postać Kaczyńskiego, zmieńcie Hiszpanię na Polskę i szybko zasuwajcie na grób Cervantesa, by go uczciwie skląć, bo kacza dupa wraz z pisem to jego pomysł.


Komentarz Adminki:


Farma wiatrowa w miejscowości Tymień k. Koszalina (DAMIAN KRAMSKI) – http://www.tokfm.pl z 28.11.2018

Data pod podpisem jest ważna. Tego dnia radio TOKFM podało, że podobno jednak Polska oszczędzi wiatraki.

W piątek zaprezentowano rządową strategię energetyczną na najbliższe kilkanaście lat. Według niej Ministerstwo Energii w projekcie zapowiedziało rezygnację z rozbudowy wiatraków na lądzie – ma je zastąpić fotowoltaika, a od 2026 r. – offshore, czyli wiatraki morskie. Rezygnację z onshore minister Krzysztof Tchórzewski tłumaczył sprzeciwami społecznymi i realizacją wyborczych obietnic PiS.

Tymczasem w środę wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski tłumaczył, że stanowisko resortu zostało źle zinterpretowane,
a o losie wiatraków zdecyduje w przyszłości rynek.

Ale oczywiście te enuncjacje, które i tak są podobno bez sensu i były obliczone tylko na uspokojenie górników, niczego nie zmieniają w analizie postawy PiS i Prezesa.


W Niemczech też toczy się współczesna walka z wiatrakami i ją też, siłą rzeczy, przyrównano do walki don Kichota. Z perspektywy niemieckiej społeczna słuszność jest ewidentnie po stronie przeciwników wiatraków: TU.

Alfred Tennyson, Bijcie dzikie dzwony

Ciąg dalszy z wczoraj

Pisałam wczoraj o noworocznym poemacie Tennysona Dzikie dzwony, od wielu lat czytanym w Sylwestra w Szwecji w Muzeum Skansen. Chciałam znaleźć polskie tłumaczenie, ale mi się nie udało. Poprosiłam więc trzynaście osób, żeby zechciały go dla nas przetłumaczyć. Miała to być delikatna aluzja do tzw. Apostołów z Cambridge, elitarnego klubu dyskusyjnego, założonego w roku 1840, którego członkiem był swego czasu również Tennyson. A że Apostołów było trzynastu, nie muszę chyba nikomu przypominać. Zawsze miało ich być dwunastu, po samobójczej śmierci Judasza dokooptowano więc Macieja, który był ponoć nie tylko Apostołem, ale i Ewangelistą (jego Ewangelia, podobnie jak wiele innych, nie została uznana przez synod kartagiński w roku 397).

Wezwałam więc do zabawy trzynaścioro autorów bloga, wliczając w to siebie. Tylko dwóch z nich odpowiedziało na wezwanie. No i ja. Troje. Oto nasze tłmaczenia Dzikich dzwonów.

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Odzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Wiersze w kolorach

Teresa Rudolf

Niesamowite kolory Howarda Behrensa…

„Niesamowicie wiele
kiczu w niej” o mnie ktoś
mógby powiedzieć.
A ja? A ja najchętniej
ubrałabym się w te obrazy

I chodziła sobie
po ulicy,  po plaży
po mieście
po polach
wszędzie.

Siedziałabym sobie w nich,
w Santorino, na Korsyce,
na uliczkach z kawiarenkami,
na balkonach białych
domków willowych,

gapiąc się w niebo takie nieprawdopodobnie
kiczowato-niebieskie,
na te owce na pastwisku nieba,
pasące się moją tęsknotą.

Ach ten Howard Behrens!

A te kwiaty tak pachną,
że chodzę po ogrodzie pijana,
potykam się o  powietrze,
ślepnę od kolorów,

które sobie kiedyś
wybrałam na marzenia,
które wyśniłam
śniąc na jawie,

cała niebieska w środku
cała słoneczna w środku
cała leciuteńka w środku,
cała zwiewna, biała

niebiesko-biała,
niebiesko-złota
niebiesko-szmaragdowa
niebiesko-niebieska

cała jakaś taka niewinna,
jak powiew od morza,
leciutka jak obłoczek,

cala jakaś, taka…

Nie wysłany nigdy list do pewnej damy w kapeluszu i z parasolką

Już wiem,
gdzie się zgubiłaś…
zostałaś bardzo dawno temu
w obrazach Clauda Moneta,
paradując po ogrodach
w  tysiącach kapeluszy,
po “Normandiach”
z ogrodami ociekającymi
czerwonym kwiatem żywotności.

Patrząc
z wyższością kogoś,
kto najlepiej wie,
co to melancholia, co  migrena,
łykająca ciagle kropelki
z przepięknej torebki,
z damą do spacerów z dziećmi,
do wyprowadzania piesków,
do głaskania kotów.

Najczęściej sama, z parasolką
chroniącą przed słońcem,
przed deszczem,
przed oczyma ciekawskich
oddając się naturze
nie pytana po co,
dlaczego tak,
dlaczego inaczej,
nie gnębiona realnością.

Nie zauważyłaś kiedy
znalazłaś się,
w DZISIAJ
w kamienicy, bez ogrodu,
w mieście pełnym ludzi,
o ciekawskich spojrzeniach
na tę kobietę, w kapeluszu,
zagubioną w sobie
w melancholii z tamtych lat.

Nie widząc tak naprawdę nikogo,
jak wtedy, czując coś,
niewypowiedzianego
jak wtedy, odgradzając
się od tego pospólstwa
jak wtedy…
będąc nieszczęśliwą
samotną, kobietą
w kapeluszu i bez parasolki.

Puste dni

Ewa Maria Slaska

Pełnia i pustka

Wiem, puste dni mogą znaczyć po prostu dni bez treści, puste dni, pusty czas. Ale mnie chodzi o znaczące puste dni, odznaczające się wyraźnie na tle przebiegu całego roku. Wiele kalendarzy zna puste dni, dni które wypełniają czas wymuszony na matematyce przez astronomię, a zwłaszcza Księżyc. Rok to było 12 miesięcy słonecznych po 30 dni (o dwa dniwiącej niż miesiąc kalendarzowy) i pięć do zapachania dziury matematycznej.

W Europie pozostała jeszcze pamięć tych pustych dni, różnych rzeczy nie wolno, albo przeciwnie – koniecznie trzeba zrobić w okresie pomiędzy końcem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, który przyjdzie i jak  miotła ustawi wszystko z powrotem w jak najlepszym porządku.

Tuż przed świętami była pełnia Książyca, pisała o niej Teresa Rudolf, a Tibor Jagielski przysłał reprodukcję obrazu. Gdy mija pełnia, dni ubywa, Księżyc się kurczy, kurczy się ostatni tydzień w kalendarzu. W puste dni rok jak żołnierz odcina czas na miarce krawieckiej.

Trzeba oddać długi. Trzeba przeprosić tych, wobec których zawiniliśmy. Wyrzucić śmieci nagromadzone po kątach. Kupić szczotkę i śmietniczkę. Nie prać. Jeśli znamy te przesądy, my, ludzie z miasta, wykonujemy je (jeżeli w ogóle) tylko mechanicznie. Nie pierzemy, zamiatamy, kupujemy szczotkę. Nie wiążemy z tym czasem żadnych prawdziwych ważnych decyzji i właściwie nie mają one najmniejszego znaczenia.Tak to zresztą oddaje najlepszy barometr zainteresować społecznych czyli google. Wpiszmy “puste dni” i  zobaczmy, co “nam wyjdzie”? Raperska piosenka QBKA, a poza tym zwykłe uwagi. Puste dni, to dni bez terminów i spotkań, ciężkie dni, kiedy nic nie ma znaczenia lub nic się nie chce. Gdy dorzucić do hasła słowo “kalendarz”, pojawią się puste kartki bez terminów i bez znaczenia. W książce Kalendarz Polski Józefa Szczypki nie ma nawet wzmianki o pustych dniach.

Tymczasem w kulturze ludowej przełom roku ma ogromne znaczenie. Pięć dni, które nie przynależą do żadnego miesiąca, ciemne dni, być może w ciągu tych dni objawi się smok i pożre świat i żaden miesiąc – bóg – patron go nie obroni. Mircea Eliade pisał, że tych bezpańskich dni było w kulturze rumuńskiej 12 – były to dni kalendarzowe, te które wynikały z różnicy między kalendarzem starej daty (juliańskim) a nowym, czyli naszym – gregoriańskim.

Jak każdy człowiek podmodernistyczny jestem kulturowym eklektykiem, czyli biorę z tego co mnie otacza i co wiem, to co mi akurat najlepiej pasuje. Pięć pustych dni między końcem świąt a nowym rokiem “akurat mi pasuje”. Roi mi się, że są to dni uwolnione z gorsetu, otwarte – owszem być może niebezpieczne, ale zapewniające większą niezależność myśli, swobodę przeskakiwania z tematu na temat, z książki do książki. Tak jakby świat myśli i wyobrażeń, nie znając granic ni kordonów, otaczał mnie jak wielki ocean, przenosząc zdania ze snu do książek, z książek do muzyki, z wody do filmu. Nad wielkim ciemnym morzem świeci wielki jasny księżyc, wielkie białe jabłko niebytu…

Projekt okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, foto – Piotr Chojnacki

Bohaterka lubiła trzymać świeczki w sypialni. Inną dało się określić tylko jako morze, a jeszcze lepiej – ocean. Czytam w książce Myttinga o trumnie ozdobionej naręczem kwiatów kartofli, a ktoś, kto nic o tym nie wie, przynosi mi pocztówkę z kwiatem kartofli.

Leżę w szpitalu, mam ochotę przeczytać Cola Breugnon Romain Rolland – wieczorem przychodzi koleżanka i przynosi mi tę książkę.

Jadę taksówką. Taksówkarz ma bary jak byczek, łysy łeb, szeroki kark.
– Jest mi niedobrze, mówi. – I rzeczywiście widzę, jak na karku występują mu krople potu. – Zjadłem coś niedobrego.
– Niech pan zjedzie na bok – proponuję. Mam czas, sama dojdę stąd do dworca.
Nie zgadza się jednak. Boję się, że umrze.
Nigdy mi się to jeszcze nie przydarzyło. I nigdy o tym nie słyszałam.
Jadę do innego miasta. Myślę o oceanie i ośmiornicach, rozmawiamy o polityce. Kobieta, u której nocuję, pyta czy pamiętam aferę z ośmiorniczkami. Takie halo wokół tego zrobili, a teraz, szkoda gadać…
Kobieta, u której nocuję, lubi palić świeczki w sypialni. Ja nie. Przed zaśnięciem sięgam na półkę po cokolwiek, żeby przeczytać dwie strony i zasnąć jak kamień.
Trafiam na Białe jabłka. Lektura mnie wciąga, docieram do strony 42.
Bohater jedzie taksówką. Taksówkarz jest chudy, łysawy, ma wielkie oczy i wąski nos.
– Przepraszam, że przeszkadzam – mówi – ale mam okropną zgagę. Pozwoli pan, że staniemy na momencik przy aptece, żebym coś kupił…
Nie zdąży jednak, umrze zanim dojedzie do apteki.
Jego dziewczyna je kanapkę z pastrami, o której pisałam wczoraj. Idealną kanapkę. Tym razem tłumacz nazwał ją kanapką z wędzoną wołowiną.
Na stronie 208 mężczyźni w zakładzie fryzjerskim formują Franza, faceta, który rozmawia z Bogiem. Znam go, mój wnuk wymyślił go już kilka miesięcy temu. Też miał na imię Franz.

Co z tego wynika? Nic? Są puste dni. Przeczytajcie te trzy książki.

 

 

Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.