Na zdrowie

Ostatni dzień wlókł mi się jak żaden. Nie od tremy. Nie bałem się. Nie było zresztą czego. Wciąż czułem się sam w różnojęzycznym tłumie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Opiekunowie nie pchali mi się w oczy, zresztą nawet ich nie znałem. A ponieważ nie wierzyłem w klątwę, którą ściągam na siebie, śpiąc w pidżamach Adamsa, goląc się jego maszynką i chodząc jego śladami nad zatoką, powinienem był czuć ulgę, że zrzucę nazajutrz fałszywą skórę. Także na drodze nie spodziewałem się żadnej zasadzki. Przecież i jemu włos nie spadł z głowy na autostradzie. A jedyną noc w Rzymie miałem spędzić pod szczególną opieką. Mówiłem sobie, że to tylko chęć skończenia z akcją, bo okazała się niewypałem. Mówiłem sobie sporo rozsądnych rzeczy, a jednak wyskakiwałem wciąż z porządku dnia.

Po kąpieli miałem wrócić do „Vesuvia” o trzeciej, a już dwadzieścia po drugiej znalazłem się w pobliżu hotelu, jakby mnie tam coś gnało. W pokoju na pewno nic się nie mogło zdarzyć, chodziłem więc po ulicy. Otoczenie znałem na pamięć. Na rogu był zakład fryzjerski, dalej sklep tytoniowy, biuro podróży, od niego ciągnął się hotelowy parking wpuszczony w lukę między domami. Idąc za hotelem w górę, mijało się kaletnika, u którego Adams zeszył sobie urwany uchwyt walizki, i małe kino non stop. Omal nie wszedłem tam pierwszego wieczoru, bo różowe kule na plakacie wziąłem za planety. Tuż przed kasą dostrzegłem swój błąd. To był gigantyczny zadek. Teraz, w nieruchomym upale, poszedłem do rogu i wróciłem, skręciwszy koło przekupnia, który sprzedawał palone migdały. Zeszłoroczne kasztany już się skończyły. Napatrzywszy się fajkom, wszedłem do trafiki i kupiłem paczkę coolów, choć zwykle nie palę mentolowych. Przez uliczny hałas dochodziły z głośników kina stękania i charkoty niczym z rzeźni. Przekupień migdałów popchnął swój wózek w cień padający od zadaszonego podjazdu „Vesuvia”. Może był to kiedyś wykwintny hotel, ale sąsiedztwo świadczyło o jego powolnym upadku. Hall stał prawie pusty. Winda była chłodniejsza od mego pokoju. Przyjrzałem mu się krytycznie. Pakować się w takim skwarze znaczyło oblać się potem, a wtedy czujniki nie będą trzymały. Przeniosłem się z pakowaniem do łazienki, w tym starym hotelu prawie tak dużej jak pokój. Łazienka też była duszna, ale miała marmurową podłogę. Wziąłem tusz w wannie na lwich nogach i umyślnie nie wytarłszy się do sucha, zacząłem układać rzeczy w walizkach, boso, żeby choć tak doznać chłodu. W neseserze natrafiłem na twarde zawiniątko. Rewolwer. Zupełnie o nim zapomniałem. Najchętniej wrzuciłbym go pod wannę. Włożyłem go na dno większej walizki pod koszule, wytarłem starannie skórę na piersi i stanąłem przed lustrem, żeby założyć czujniki. Kiedyś miałem w tych miejscach znaki na ciele, ale znikły. Wymacałem koniuszkowe uderzenie serca między żebrami dla pierwszej elektrody. Druga, w dołku obojczykowym, nie chciała trzymać. Jeszcze raz wytarłem się i przycisnąłem plaster z obu stron, żeby czujnik nie występował nad obojczyk. Nie miałem wprawy, bo dawniej nie robiłem tego sam. Koszula, spodnie, szelki. Nosiłem je od powrotu na Ziemię. To było wygodne. Człowiek nie łapał się wciąż za spodnie od wrażenia, że spadają. Na orbicie ubranie nic nie waży i kiedy się wróci, powstaje ten „spodniowy odruch”, stąd szelki.

Byłem gotów. Cały plan miałem w głowie. Trzy kwadranse na obiad plus zapłacenie rachunku i odebranie kluczyków, pół godziny do autostrady ze względu na szczyt, dziesięć minut rezerwy. Zajrzałem do szaf, ustawiłem walizki przy drzwiach, umyłem twarz zimną wodą, sprawdziłem w lustrze, że nie znać czujników, i zjechałem na dół. W restauracji był już tłok. Zlany potem kelner postawił przede mną chianti, poprosiłem o pastę z zielem bazyliszka i kawę do termosu. Kończyłem już jeść, patrząc na zegarek, kiedy głośnik zamamrotał: „Mister Adams proszony do telefonu!”. Zobaczyłem, jak włoski wstają mi na grzbietach rąk. Iść czy nie iść? Od stolika pod oknem wstał grubas w pawiej koszuli i poszedł do kabiny. Jakiś Adams. Mało to jest Adamsów? Widziałem już, że nic się nie zaczyna, ale byłem na siebie zły. Płytki był mój spokój. Otarłem tłuste od oliwy usta, zażyłem gorzką zieloną tabletkę, popiłem ją resztą wina i poszedłem do recepcji. Hotel celebrował jeszcze swoje plusze, stiuki i aksamity, ale od oficyn ciągnęło kuchennym zaduchem. Jakby arystokracie odbijało się kapustą. To było całe pożegnanie. Wyszedłem w twardy upał za portierem, który wiózł moje walizki. Auto od Hertza stało dwoma kołami na chodniku. Hornet czarny jak karawan. Nie pozwoliłem portierowi kłaść bagażu do kufra, bo mógł być w nim nadajnik, odprawiłem go banknotem i wsiadłem do auta jak do pieca. Od razu spocony, sięgnąłem do kieszeni po rękawiczki. Niepotrzebnie, kierownica była obłożona skórą. Kufer był pusty – gdzie wzmacniacz? Na podłodze przed wolnym siedzeniem przykryty okładką rozłożonego magazynu, z której zimno patrzyła na mnie goła blondynka, wystawiając błyszczący śliną język. Nie wydałem właściwie głosu, ale coś we mnie z cicha stęknęło, kiedy zacząłem wpychać się w ciągły ruch. Kolumna od świateł do świateł. Choć wypoczęty, byłem miękki, trochę naburmuszony, trochę głupawo rozchichotany w sobie, może, bo zjadłem kopiasty talerz makaronu, którego nie cierpię. Jak dotąd groza położenia sprowadzała się do tego, że przybrałem na wadze. Za następnym skrzyżowaniem włączyłem dmuchawę. Zawiało ukropem spalin. Wyłączyłem ją. Auta pchały się na siebie po włosku. Objazd. W lusterkach maski i dachy. La potente benzina italiana śmierdziała czadem. Zatrzymałem się za autobusem w jego cuchnącym wydechu. Dzieci, wszystkie w takich samych zielonych czapkach, gapiły się na mnie przez tylną szybę. W żołądku miałem kluchę, w głowie żar, na sercu czujnik, który zaczepiał przez koszulę o szelki przy każdym obrocie kierownicy. Rozerwałem opakowanie kleenexu, rozłożyłem chusteczki na konsolce biegów, bo kręciło mnie w nosie jak przed burzą. Kichnąłem raz, drugi, taki byłem zajęty kichaniem, że ani wiem, kiedy Neapol został w tyle, znikając w nadmorskim zniebieszczeniu. Toczyłem się już po del Sole. Jak na szczyt prawie luźno. Plimasiny jakbym wcale nie zażył. Łaskotało w oczach, z nosa ciekło, za to w ustach schło. Przydałaby się kawa, choć wypiłem w hotelu dwa kapucynki, ale czas na kawę dopiero koło Maddaleny. „Heralda” znów nie było w kiosku przez jakiś strajk. Między dymiącymi fiacikami a mercedesem włączyłem radio. Ostatnie wiadomości. Rozumiałem piąte przez dziesiąte. Demonstranci podpalili. Rzecznik prywatnej policji oświadczył. Podziemie feministyczne zapowiedziało nowe akcje. Spikerka czytała głębokim altem deklarację terrorystek, potępienie papieża, jedno za drugim, potem głos prasy. Damskie podziemie. Nikt się już niczemu nie dziwił. Odjęto nam zdolność dziwienia się. O co im właściwie idzie, o tyranię mężczyzn? Nie czułem się tyranem. Nikt się nie czuł. Biada playboyom. Co one im robią? Czy kler też będą porywać? Wyłączyłem radio, jakbym zatrzasnął zsyp śmiecia.

Być w Neapolu i Wezuwiusza nie widzieć – a ja nie zobaczyłem. Miałem do wulkanów stosunek pełen życzliwości. Ojciec opowiadał mi o nich przed snem pół wieku temu. Niedługo będę starcem, pomyślałem, i tak mnie to zaskoczyło, jakbym sobie powiedział, że niedługo będę krową. Wulkany to było coś solidnego, budzącego zaufanie. Ziemia pęka, lawa płynie, domy się walą. Wszystko jasne i cudowne, kiedy się ma pięć lat. Liczyłem na to, że przez krater można zejść do środka Ziemi. Ojciec temu przeczył. Szkoda, że nie dożył – byłby mi rad. Nie myśli się o przerażającej ciszy tych nieskończonych przestrzeni, gdy słychać wspaniały dźwięk zaczepów cumujących nośnik do modułu. Co prawda niedługa była moja kariera. Nie okazałem się godny Marsa. Przeżyłby to bodaj ciężej ode mnie. Więc cóż – żeby umarł po moim pierwszym locie? Tak planować tę śmierć, żeby zamknął oczy, wierząc we mnie, czy to cyniczne, czy tylko głupie? A nie łaska uważać trochę na ruch? Wchodząc w lukę za psychodeliczną lancią, zerknąłem we wsteczne lusterka. Chryslera od Hertza ani śladu. Coś błysnęło mi daleko w tyle koło Marianelli, ale nie byłem pewny, czy to oni, tamten wóz zaraz się schował. Ta banalna, niedługa trasa wypchana zaaferowanym tłumem na kołach mnie jednemu dawała przywilej tajemnicy czyhającej sposobem niepojętym dla wszystkich policji starego i nowego świata, ja jeden nie po to miałem w aucie nadymak, pływaki, rakietę, żeby się wczasować, ale żeby ściągnąć na siebie niewiadomy cios. Tak próbowałem się podekscytować, daremnie, bo urok dawno już wywietrzał z tej eskapady, nie zastanawiałem się nad zagadką śmiercionośnej zmowy, tylko nad tym, czy nie zażyć drugiej plimasiny, bo wciąż ciekło mi z nosa. Wszystko jedno, gdzie jest chrysler. Nadajnik ma stumilowy zasięg. A babcia miała na strychu majtki koloru tej lancii. O szóstej dwadzieścia zacząłem gnać. Jakiś czas jechałem za volkswagenem, miał wymalowane z tyłu wielkie baranie oczy, które patrzyły na mnie z czułym wyrzutem. Auto – wzmacniacz osobowości. Potem dostałem się w lukę za rodakiem z Arizony z nalepką HAVE A NICE DAY na zderzaku. Za mną i przede mną piętrzyły się na dachach łodzie motorowe, wodne narty, worki, wędziska, deski do pływania, toboły malinowe i pomarańczowe, Europa wyciskała z siebie flaki, żeby mieć a nice day. Piąta dwadzieścia pięć. Podniosłem, jak setki razy, prawą, potem lewą rękę, patrząc na wyprostowane palce. Nie drżały. A to miał być pierwszy zwiastun. Ale czy można być pewnym? Nikt przecież nic nie wie. A gdybym tak wstrzymał na minutę oddech, toby się dopiero Randy przestraszył. Co za idiotyczny pomysł.

Wiadukt. Powietrze załopotało wzdłuż betonowych pachołków. Zerkałem w bok, jakbym podkradał pejzaż. Cudowna była zielona pustka po horyzont zamknięty górami. Z lewego pasa spędził mnie ferrari płaski jak pluskwa. Znów kichałem salwami, jakbym klął. Szybę miałem wypunktowaną resztkami much, nogawki lepiły się do łydek, odblask wycieraczek skakał mi do oczu. Wytarłem nos, paczka kleenexu spadła między fotele i szeleściła w przeciągu. Kto opisze martwą naturę na orbicie. Kiedy człowiek myśli, że ma już wszystko przywiązane, namagnesowane, umocowane, doklejone przylepcem, zaczyna się istny seans – rójka pisaków, okularów, luźne końcówki kabli wiją się jak jaszczurki, a najgorsze są okruszki. Polowanie z odkurzaczem na cwibak… A łupież? Przemilczana sprawa te kulisy kosmicznych kroków ludzkości. Tylko dzieci pytały najpierw, jak się siusia na Księżycu…

Góry rosły, brunatne, spokojne, ciężkie i jakby swojskie. Jedna z lepszych stron Ziemi. Droga zmieniała kierunek, słońce przesuwało się kwadratami wewnątrz auta i to też przypominało niemy, majestatyczny obrót świateł w kabinie. Dzień wewnątrz nocy, jedno razem z drugim, jak przed stworzeniem świata, i sen stający się jawą o lataniu, i pomieszanie, osłupienie ciała, że jest tak, jak nie może być. Słuchałem wykładów o chorobie lokomocyjnej, ale myślałem swoje. To nie były zwykłe mdłości, lecz panika kiszek i śledziony, wnętrzności zatracały się, zwykle niewyczuwalne, zgłaszały protest. Wprost litowałem się ich ogłupieniu. Podczas gdyśmy się delektowali kosmosem, naszym ciałom robiło się od niego niedobrze. Od razu miały go zupełnie dość. Ciągnęliśmy je tam, a one stawały dęba. Zapewne trening robił swoje. Przecież i niedźwiedzia można nauczyć jazdy na rowerze, ale czy niedźwiedź jest do tego? Przecież to tylko pośmiewisko. Nie dawaliśmy za wygraną, ustawały uderzenia krwi do głowy, tężenie jelit, ale było to tylko odroczenie porachunków, bo trzeba było w końcu wrócić. Ziemia witała morderczą prasą, wyprostowanie kolan, grzbietu stawało się rozpaczliwym wyczynem, głowa leciała na wszystkie strony jak kula z ołowiu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tak będzie, widziałem atletycznych mężczyzn, jak się wstydzili, że nie mogą kroku postąpić, sam kładłem ich do wanien, woda wyzwalała chwilowo od wagi ciała, ale diabli wiedzą, czemu wierzyłem, że ze mną tak nie będzie.

Ten brodaty psycholog mówił, że to każdy tak. A potem, gdy człowiek już na powrót oswoił się z ciążeniem, orbitalna nieważkość powracała w snach jako nostalgia. Nie nadajemy się do kosmosu i właśnie przez to z niego nie zrezygnujemy. Czerwony rozbłysk spłynął mi w nogę, wymijając świadomość. Sekunda minęła, nim pojąłem, że hamuję. Opony chrupały po rozsypanym ryżu, grudki były coraz większe, jak grad. Nie, szkło. Kolumna zwalniała coraz bardziej. Prawy pas zastawiony ochronnymi stożkami. Usiłowałem wydostać się spojrzeniem z tłoku aut. Gdzie? Na pole opuszczał się wolno żółty śmigłowiec, kurz jak mąka kłębił się pod kadłubem. Dwa wbite w siebie pudła z wyrwanymi maskami. Tak daleko od drogi? A ludzie? Opony znów chrupały po szkle, jechaliśmy noga za nogą wzdłuż policjantów wywijających rękami „prędzej! prędzej!”. Hełmy policyjne, karetki, nosze, koła skapotowanego auta jeszcze się kręciły, migacz jeszcze mu mrugał. Jezdnią płynął dym. Asfalt? Nie, chyba benzyna. Kolumna wracała na prawy pas, od szybkości lżej się oddychało. Prognoza przewidywała czterdzieści trupów. Pokazała się mostowa restauracja, obok z mroku hal dużej Area di Servizio łyskały wściekle gwiazdki spawania. Spojrzałem na licznik. Wnet będzie Cassino. Na pierwszym zakolu przestało mnie nagle kręcić w nosie, jakby plimasina teraz dopiero przedarła się przez makaron.

Drugi wiraż. Drgnąłem, czując czyjś wzrok w niemożliwy sposób idący z dołu, jakby ktoś leżał tam na wznak i obserwował mnie zimno spod fotela. To słońce rozjaśniło okładkę magazynu z blondynką wystawiającą język. Nie patrząc, pochyliłem się i odwróciłem śliski zeszyt pisma na drugą stronę. Pan ma za bogate życie wewnętrzne jak na astronautę, powiedział mi ten psycholog po teście Rorschacha. Wyciągnąłem go na rozmowę. A może on mnie wyciągnął. Uważał, że są dwa rodzaje strachu, wysoki, od wyobraźni, i niski, prosto z kiszek. Może chciał mnie w ten sposób pocieszyć, sugerując, że jestem za dobry?

Niebo wyciskało z siebie obłoki zlewające się w bielmo. Zbliżała się stacja benzynowa. Zwolniłem. Wyprzedził mnie młodzieżowy starzec, długie siwe włosy rozwiewał mu wiatr, gnał przed siebie z ochrypłą fanfarą, zgrzybiały Wotan. Zjechałem ku pompom. Gdy nalewano mi benzynę, wychyliłem całą zawartość termosu ze zbrązowiałym cukrem na dnie. Szyby w rozpryskach tłuszczu i krwi nie przetarli. Podjechałem dalej, ku wykopom, wysiadłem i rozprostowałem kości. Stał tu duży oszklony pawilon handlowy. Adams kupił w nim talię kart, naśladownictwo włoskiego taroka z XVIII czy XIX wieku. Stacja była w rozbudowie, dół wykopany dla nowego dystrybutora okalał biały, jeszcze niewywalcowany żwir. Szklane płyty rozsunęły się przede mną. Wszedłem do środka. Było pusto. Sjesta? Już po sjeście. Przeszedłem między stertami kolorowych pudeł i sztucznych owoców. Biały eskalator prowadzący na piętro ruszył, gdy się zbliżałem, a kiedy obszedłem go, stanął. Zobaczyłem się w telewizorze koło witryn, czarno-biały obraz drżał w słonecznych refleksach, widziałem się z profilu. Chyba nie byłem naprawdę taki blady. Ani jednego sprzedawcy. Na kontuarach piętrzyła się pamiątkowa tandeta, stosy kart, na pewno tych samych. Szukałem w kieszeni drobnych, rozglądając się za sprzedawcą, kiedy żwir na dworze zachrupał pod kołami. Z białego opla, który zatrzymał się zamaszyście, wysiadła dziewczyna w dżinsach, wyminęła rów i weszła do pawilonu. Widziałem ją, odwrócony, w telewizorze. Stała, nie ruszając się, kilkanaście kroków za mną. Wziąłem z lady imitację starego drzeworytu, Wezuwiusz dymiący nad zatoką, były tam też pocztówki z podobiznami fresków pompejańskich, którymi gorszyli się nasi ojcowie. Dziewczyna zrobiła kilka kroków w moją stronę, jakby niepewna, czy jestem sprzedawcą. Schody ruszyły. Szły cicho, a ona stała, drobna figurka w spodniach. Odwróciłem się, żeby wyjść. Nie było w tym nic osobliwego. Twarz miała prawie dziecinną, niewyrazistą, drobne usta, i to tylko, że patrzała przeze mnie zaokrąglonymi oczami, drapiąc paznokciem kołnierz białej bluzki, spowodowało, że mijając ją, zwolniłem kroku, a ona ze spokojną twarzą, bez głosu zaczęła lecieć w tył. Byłem tak nieprzygotowany, że nim doskoczyłem, leciała jak kłoda. Nie zdążyłem jej podeprzeć, osłabiłem tylko upadek, chwyciwszy za gołe ramiona, jakbym z jej zgodą kładł ją na plecach. Leżała jak lalka. Patrząc z zewnątrz, można by pomyśleć, że przykląkłem nad przewróconym manekinem, bo bliżej szyb po obu stronach stały manekiny w neapolitańskich strojach, a ja między nimi. Wziąłem ją za przegub. Puls był nikły, ale tykał równo. Leżąc, pokazywała końce zębów i białka, jakby spała z niedomkniętymi oczami. Sto metrów dalej zajeżdżały pod pompę auta, potem od razu zakręcały i w białym kurzu wracały w huczący nurt del Sole. Tylko dwa samochody stały przed pawilonem – mój i dziewczyny. Powoli wyprostowałem się. Raz jeszcze spojrzałem na leżącą. Przedramię z wiotką kiścią, które puściłem, kłoniło się zwolnionym ruchem w bok. Kiedy pociągnęło za sobą ramię, ukazując jasne włoski obnażonej pachy, dostrzegłem tuż pod nimi dwa drobne znaki, jak zadrapania albo miniaturowy tatuaż. Widziałem kiedyś podobny u jeńców SS, ich runy. Ale było to raczej zwykłe znamię. Nogi drgnęły mi, by na powrót klęknąć, lecz powściągnąłem ten odruch. Poszedłem do wyjścia. Jakby podkreślając, że scena się skończyła, idące bezgłośnie schody stanęły. U progu obejrzałem się. Stos kolorowych balonów przesłaniał leżącą, ale zobaczyłem ją w dalekim telewizorze. Obraz drżał. Wydało mi się, że to ona drgnęła. Poczekałem dwie albo trzy sekundy. Nic. Szklane drzwi przepuściły mnie usłużnie. Przeskoczyłem wykop, wsiadłem do horneta i cofnąłem się, żeby zobaczyć rejestrację opla. Była niemiecka. W środku z barwnej mieszaniny rzeczy sterczał golfowy kij. Miałem nad czym myśleć, włączając się do ruchu. Wyglądało to na cichy atak epileptyczny, petit mal. Bywają takie, bez drgawek. Mogła poczuć zwiastuny i dlatego się zatrzymała, a kiedy weszła do pawilonu, traciła już przytomność. Stąd niewidzący wzrok i owadzi ruch palców drapiących kołnierzyk. Ale mogła to być też symulacja. Nie zauważyłem jej opla na trasie. Co prawda nie byłem zbyt uważny, a takich aut, białych o kanciastej linii, napotkałem sporo. Jak przez powiększające szkło oglądałem każdy zapamiętany szczegół. W pawilonie musiało być co najmniej dwóch, może i trzech sprzedawców. Wszyscy naraz poszli na drinka? Dziwne. Chociaż co prawda teraz i to możliwe. Poszli do kafejki, wiedząc, że o tej porze nikt do pawilonu nie zachodzi, a dziewczyna podjechała, bo wolała, żeby to ją naszło tam, a nie na stacji, nie chciała dać przedstawienia chłopcom w kombinezonach Supercortemaggiore. Jak naturalnie to się układało. Prawda? A nie nazbyt naturalnie? Była sama. Kto w takim położeniu jedzie sam? I co? Gdyby się ocknęła, nie odprowadziłbym jej do auta. Starałbym się jej wyperswadować dalszą jazdę. A więc? Radziłbym zostawić opla i przesiąść się do mnie. Każdy by tak postąpił. Na pewno bym tak zrobił, gdybym znalazł się tu jako turysta. Zrobiło mi się gorąco. Powinienem był zostać, żeby wplątać się w to – jeśli było w co się wplątać! Przecież po to tu byłem! Diabli! Coraz usilniej przekonywałem siebie, że doprawdy straciła przytomność, i coraz mniej byłem tego pewny. Nie tylko tego. Nie zostawia się w taki sposób handlowego pawilonu, toż to prawie dom towarowy. Chociaż kasjerka powinna tkwić na swoim miejscu. A kasa pusta. Co prawda całe wnętrze widać na przestrzał z kafejki, z drugiej strony wykopów. Któż mógł jednak wiedzieć, że tu zajadę? Nikt. A więc tak czy owak nie było to wymierzone we mnie. Anonimową ofiarą miałem zostać? Czyją właściwie? Jakże, sprzedawcy, kasjerka, dziewczyna – wszyscy w tej samej zmowie? To było mi już fantastyczne. Więc zwykły traf. I tak w kółko. Adams dojechał do Rzymu cały. I sam. A inni? Nagle przypomniałem sobie kij golfowy w oplu. Mocny Boże, przecież takie kije…

Postanowiłem wziąć się w garść, nawet jeśli się kompletnie zbłaźniłem. Jak zły, ale uparty aktor wróciłem do sknoconej roli. Na następnej stacji benzynowej poprosiłem, nie wysiadając, o dętkę. Przystojny brunet w overallu przyjrzał się moim kołom: pan ma bezdętkowe. Ale potrzebuję dętki! Płaciłem, patrząc ku autostradzie, żeby nie przegapić chryslera, ale go nie było. Dziewięć mil dalej zmieniłem dobre koło na rezerwę. Zmieniłem, bo Adams zmienił. Gdy przycupnąłem u podnośnika, żar uderzył na dobre. Podnośnik nieposmarowany skrzypiał, niewidzialne odrzutowce pruły niebo nad moją głową i te gromowe głosy przypominały mi okrętową artylerię kryjącą normandzki przyczółek. Skąd takie wspomnienie? Byłem i potem w Europie, ale jako oficjalny eksponat, co prawda drugiej klasy, bo rezerwowy, czyli prawie fikcyjny – członek marsjańskiego projektu. Europa prezentowała mi swój godny front, dopiero teraz poznawałem ją jeśli nie lepiej, to bez gali, śmierdzące moczem uliczki Neapolu, ich okropne prostytutki, hotel nawet, jeszcze pyszniący się gwiazdkami, murszał, obłazili go przekupnie, pornokino byłoby niegdyś nie do pomyślenia obok takiego przybytku. A może nie tak, może rację mieli ci, co mówili, że Europa rozkłada się od głowy, od góry? Blacha i narzędzia parzyły. Umyłem ręce kremem, wytarłem w kleenex i wsiadłem. Otwieranie flaszki ze schweppesem, którą kupiłem na stacji, trwało chwilę, bo zapodział mi się scyzoryk z otwieraczem, wreszcie łykałem gorzki płyn, myśląc o Randym, który gdzieś na trasie słyszał, jak piję. Zagłówek zdążył się rozgrzać od słońca i parzył. Miałem spieczoną skórę na karku. Na asfalcie u horyzontu pływały metaliczne lśnienia, jakby była tam woda. Czyżby grzmot? Tak. Grzmiało. Już chyba i przedtem, kiedy odleciały odrzutowce, ale każdy dźwięk słabszy od bliskiego grzmotu głuszył nieustanny pomruk autostrady. Teraz wybił się nad jej huczenie, nadłamywał niebo o jeszcze złotawych chmurach, ale to złoto naciągało nad górami zapiekłą żółcią.

Tablice zwiastowały Frosinone. Pot ściekał mi po plecach, jakby kto piórkiem wodził między łopatkami, a burza, teatralna jak Włosi, zamiast wziąć się do roboty, wygrażała hurkotaniem bez kropli deszczu. Ale siwawe grzywy szły jak jesienny dym przez krajobraz i widziałem nawet, wchodząc w rozciągły zakręt, miejsce, w którym nawisły skośnie tuman ściąga chmurę ku autostradzie. Z ulgą przywitałem rozpryski pierwszych grubych kropel na szybie. Nagle lunęło jak z cebra.

Szyba była istnym pobojowiskiem, nie puściłem więc od razu wycieraczek, wreszcie zeskrobały owadzi pomiot, wtedy wyłączyłem je i zjechałem na pobocze. Bitą godzinę miałem stać. Deszcz szedł falami, bębniąc po dachu, mijające mnie auta ciągnęły za sobą mętne pasy roziskrzonej wody i kotłowały deszcz, a ja oddychałem głęboko. Uchyloną szybą lało mi się ciurkiem na kolana. Zapaliłem papierosa, chowając w dłoni, by nie zamókł, nie smakował, mentolowy. Przejechał metaliczny chrysler, ale woda tak płynęła po szybach, że nie byłem pewien, czy to ten. Ciemniało coraz bardziej. Błyskawice, trzask jak dartej blachy, z nudów liczyłem czas od rozbłysku do huku, autostrada mruczała i szumiała, jakby nic nie było jej w stanie porazić. Wskazówki minęły siódmą – czas. Wylazłem z westchnieniem. Zimny tusz nie był zrazu przyjemny, ale wnet zrobiło mi się raźniej. Manipulowałem przy wycieraczkach, niby je naprawiając, popatrywałem przy tym na jezdnię, ale nikt się o mnie nie zatroszczył, policji też ani śladu. Przemoczony do ostatniej nitki wsiadłem i ruszyłem. Burza słabła, ale robiło się coraz ciemniej, za Frosinone nawet nie kropiło, asfalt wysychał, od kałuż na poboczach biło snującą się nisko białą parą, w którą wpadały światła reflektorów, aż zza chmur wyszło słońce, jakby krajobraz chciał w ostatniej chwili przed nocą ukazać się w nowym świetle. W różowym nieziemskim blasku zjechałem na parking mostowej restauracji Pavesiego, odlepiłem koszulę od ciała, żeby nie było znać czujników, i poszedłem na górę. Chryslera na postojowym placu nie zauważyłem. Na górze tłum bełkotał dziesięcioma językami i jadł, nie patrząc na auta, które gnały dołem jak kule w kręgielni. Zaszła we mnie, ani wiem kiedy, zmiana, uspokoiłem się, właściwie zrobiło mi się wszystko jedno, o dziewczynie pomyślałem tak, jakby to się przytrafiło przed laty, wypiłem dwie kawy, schweppesa z cytryną, może posiedziałbym dłużej w rozleniwieniu, ale przyszło mi do głowy, że konstrukcja jest żelbetowa, więc ekranuje i nie będą wiedzieli, jak się ma moje serce. Nie ma takich problemów między Houston i Księżycem. Wychodząc, umyłem w toalecie ręce i twarz. Przygładziłem włosy przed lustrem, patrząc na siebie raczej niechętnie, i w drogę.

Teraz miałem znowu mitrężyć. Jechałem, jakbym puścił wodze, a koń znał drogę. Nie podążyłem nigdzie myślami, nie śniłem na jawie, a tylko wyłączyłem się, jakby mnie nie było. Nazywałem to kiedyś „życiem kapusty”. Uwaga tlała przecież, bo zatrzymałem się podług rozkładu. Był to dobry postój. Stanąłem pod szczytem łagodnego wzgórza, tam, gdzie autostrada wcinała się w jego grzbiet geometrycznym wykopem. Przez to wycięcie jak przez wielką bramę mogłem sięgać oczami po horyzont, gdzie betonowy pas zdecydowanym rozmachem przechodził na wylot przez następny połogi garb. Wyglądało, jakby tutaj była szczerbina, a tam muszka. Przetarłem szyby, a że musiałem po to otworzyć kufer, bo skończył mi się kleenex, dotknąłem miękkiego dna walizki, gdzie ciężarem spoczywała broń. Jak w niewiadomej zmowie wszyscy jednocześnie prawie zapalali światła. Obejmowałem wzrokiem znaczną przestrzeń. Kierunek neapolitański jaśniał białymi smugami, a rzymski czerwieniał, jakby po drodze toczyły się czerwone węgielki. U dna kotliny hamowali i hamowanie to mżącą czerwienią dygotało wciąż na tym samym odcinku trasy – ładny przykład fali stojącej. Gdyby droga była ze trzy razy szersza, mogłoby to być w Teksasie albo w Montanie. Taki byłem sam, choć kilka kroków od drogi, że ogarnął mnie pogodny spokój. Ludzie tak jak kozy potrzebują trawy, ale nie wiedzą tego tak dobrze jak one. Gdy w niewidzialnym niebie przehuczał helikopter, odrzuciłem papierosa i wsiadłem do auta. We wnętrzu zachował się ostatek dziennego upału.

Za następnymi wzgórzami bezcieniowe jarzeniówki jęły zwiastować bliskość Rzymu. Miałem jednak dalszą drogę, bo musiałem okrążyć miasto. Mrok uniewidaczniał ludzi w autach, a zwały rzeczy na dachach czynił zagadkowymi kształtami. Wszystko stawało się ważne i anonimowe, pełne niedopowiedzeń, jakby u końca drogi znajdowały się niepojęcie doniosłe sprawy. Rezerwowy astronauta musi być choć w jednym calu świnią, bo coś czeka w nim na potknięcie tych właściwych, a jeżeli nie czeka, to osioł. Musiałem potem jeszcze raz stanąć, kawa, plimasina, schweppes, woda z lodem zrobiły swoje, wyszedłem poza obrys drogi i otoczenie zaskoczyło mnie – było tak, jakby nie tylko ruch znikł, ale i czas razem z nim. Odwrócony, czułem poprzez woń spalin w słabo łopocącym powietrzu woń kwiatów. Co bym zrobił, gdybym miał trzydzieści lat? Zamiast szukać odpowiedzi na takie pytania, lepiej zapiąć rozporek i jechać dalej. Kluczyk upadł mi w ciemność między pedały, szukałem go po omacku, bo nie chciało mi się świecić lampki w lusterku. Pojechałem dalej ani śpiący, ani trzeźwy, ani zły, ani spokojny – obcy, miękki jakiś i trochę zdziwiony. Masztowe światła wpływały przednią szybą, wybielały mi ręce na kierownicy i ściekały w tył, tablice z nazwami przesuwały się, jaśniejąc jak zjawy, a betonowe spoiny odzywały się miękkim bębnieniem. Teraz w prawo, na pierścień okołorzymski, żeby wjechać od północy, jak on. Nie myślałem o nim wcale, był jednym z jedenastu, przypadek zrządził, że właśnie po nim dostałem wszystkie rzeczy. Randy obstawał przy tym i miał zapewne rację. Jeśli już coś zrobić, to tak dokładnie, jak tylko można. A mnie świadomość, że używam koszul i walizek umarłego, była raczej obojętna, jeśli początkowo trudno mi to przychodziło, to tylko dlatego, że były to rzeczy obcego człowieka, a nie dlatego, że nie żył. Trafiały się długie odcinki prawie puste i wciąż mi się zdawało, że czegoś brakuje, przez opuszczone szyby wiało powietrze pełne woni kwitnienia, dobrze, że trawy udały się już na nocny spoczynek. Nawet nosem nie pociągałem. Psychologia psychologią, ale zadecydował katar. Tego byłem pewien, choć wmawiano mi, że nic podobnego. Racjonalnie rzecz biorąc, niby prawda, alboż na Marsie rośnie trawa? Więc uczulenie na pyłki nie jest żadnym mankamentem. Tak, ale gdzieś w rubrykach moich akt personalnych, w uwagach musiało być napisane „alergik”, a więc niepełnowartościowy. Jeśli taki, to rezerwowy, czyli ołówek, który ostrzy się najlepszymi narzędziami, żeby nim w końcu ani kropki nie postawić. Rezerwowy Krzysztof Kolumb, jak to brzmi.

Z przeciwnej strony szła długa kolumna, a każdy wóz oślepiał, zamykałem na przemian to prawe, to lewe oko. Czym nie zabłądził czasem? Jakoś nie zauważyłem zjazdu z autostrady. Naszła mnie obojętność: cóż więcej można, jechać w tę noc i tyle. W wysokim skośnym świetle zamajaczyła tablica ROMA TIBERINA. A więc już. Nocny Rzym zapełniał się światłami i ruchem, w miarę jak zbliżałem się do centrum. Dobrze, że hotele, które miałem kolejno odwiedzić, były blisko siebie. W każdym tylko ręce rozkładano – sezon, komplet, więc gramoliłem się z powrotem za kierownicę. W ostatnim hotelu był wolny pokój, zażądałem więc cichego, w oficynie, portier wytrzeszczył na mnie oczy, pokiwałem z ubolewaniem głową i wróciłem do auta.

Pusty chodnik przed „Hiltonem” zalewało rzęsiste światło. Wysiadając, nie dostrzegłem chryslera i ukłuła mnie myśl, że mogli mieć wypadek i dlatego nie widziałem ich po drodze. Zatrzasnąłem machinalnie drzwi i w odbiciu, które spłynęło po szybie, zobaczyłem z tyłu pysk chryslera. Stał za postojem, w półcieniu, między łańcuchami a znakiem zakazu. Ruszyłem do hotelu. Idąc, widziałem ciemne wnętrze auta jak puste, ale szyba była opuszczona do połowy. Gdy znajdowałem się o pięć kroków, zajarzył się tam punkcik papierosa. Chciałem skinąć im ręką, ale powstrzymałem się, drgnęła tylko, wsadziłem ją do kieszeni i wszedłem do hallu.

To był drobny incydent, powiększony tym, że zamknął się jeden rozdział i zaczynał następny, w chłodnym nocnym powietrzu wszystko stało się nadnaturalnie wyraziste: kadłuby aut na parkingu, mój krok, rysunek bruku, więc to, że nie mogłem ręką ruszyć w ich stronę, podrażniło mnie. Dotąd pilnowałem chronometrażu jak uczniak rozkładu zajęć, nie myślałem naprawdę o człowieku, który jechał przede mną tą drogą, tak samo stawał, pił kawę, krążył od hotelu do hotelu po nocnym Rzymie, żeby tę drogę zakończyć w „Hiltonie”, bo żywy z niego nie wyszedł. Teraz zamajaczyło mi w przyjętej roli coś urągliwego, jakbym wyzywał los.

Młody fagas, sztywny własną powagą, a może tylko kryjący rozespanie, wyszedł za mną do auta, brał urękawicznionymi rękami przykurzone walizki, uśmiechałem się bezmyślnie do jego błyszczących guzików. Hall był pusty, drugi dryblas wstawił mój bagaż do windy, która poniosła z dźwiękiem pozytywki. Był we mnie jeszcze rytm jazdy. Nie mogłem się go pozbyć, jak natrętnej melodii. Fagas stanął, otworzył podwójne drzwi, zaświecił kinkiety i sufitówki, gabinet, sypialnia, ułożył moje walizki i zostałem sam. Z Neapolu do Rzymu jest jak rękę podać, a jednak czułem zmęczenie, inne niż zwykle, napięte, i to było kolejnym zaskoczeniem. Jakbym wypił puszkę piwa łyżeczkami – trochę oszałamiającej czczości. Obszedłem pokoje, łóżko sięgało podłogi, nie trzeba bawić się w zaglądanie, otwierałem wszystkie szafy, dobrze wiedząc, że w żadnej nie znajdę skrytobójcy, gdybyż to było takie proste, ale robiłem to, co miałem zrobić. Podniosłem prześcieradła, materace podwójne, regulacja wezgłowia, jakoś nie wierzyłem, że nie wstanę z tego łóżka. Ejże? Człowiek jest urządzony niedemokratycznie. Centrum świadomości, głosy z lewej, z prawej to tylko malowany parlament, bo są katakumby, które nim trzęsą. Ewangelia według Freuda. Sprawdziłem klimatyzator, rozsunąłem i zasunąłem żaluzje, sufity były gładkie, jasne, nie jak w „Gospodzie pod Trzema Wiedźmami”. Jakie wyraźne, uczciwie makabryczne tam niebezpieczeństwo, baldachim łoża, który spadał na śpiącego i dusił go, a tu nie było ani baldachimu, ani zawiesistej romantyki. Fotele, biurko, dywany, wszystko dobrze ułożone, zwyczajna ekspozycja komfortu, czy wyłączyłem w aucie światła?

Okna wychodziły na inną stronę, nie mogłem go dostrzec, chyba tak, a jeśli zapomniałem, niech się Hertz martwi. Zaciągnąłem zasłony, rozebrałem się, niedbale rzucając spodnie, koszulę, już nagi odlepiłem uważnie czujnik. Po prysznicu trzeba go przylepić na nowo. Otworzyłem większą walizkę, pudełko z plastrami leżało na wierzchu, ale nie znalazłem nożyczek. Stałem pośrodku pokoju, czując lekki ucisk w głowie i puszystość dywanu stopami, prawda, wrzuciłem je do teczki. Szarpnąłem niecierpliwie zatrzask, razem z nożyczkami wypadła relikwia zamknięta w plastykowej szybce, żółta jak Sahara fotografia Sinus Aurorae, moje niedoszłe lądowisko numer jeden. Leżała na dywanie u moich bosych nóg, było to przykre, głupie i znaczące. Podniosłem ją, obejrzałem w białym świetle sufitówek, dziesiąty stopień szerokości północnej i pięćdziesiąty drugi długości wschodniej, u góry zaciek Bosporus Gemmatus, niżej formacja zwrotnikowa. Miejsca, po których mogłem chodzić. Stałem z tym zdjęciem, wreszcie, zamiast wsunąć je do teczki, położyłem obok telefonu na stoliku nocnym i poszedłem do łazienki.

Prysznic był znakomity, woda buchała setką gorących strumieni. Cywilizacja zaczyna się od bieżącej wody. Klozety króla Minosa na Krecie. Jakiś faraon kazał ulepić cegłę z brudu zeskrobywanego ze skóry za całego życia na własny wezgłówek w grobowcu. Obmywania zawsze są po trosze symboliczne.

Jako chłopiec nie myłem auta, gdy miało najmniejszy defekt, dopiero po naprawie przywracającej mu cześć woskowałem i polerowałem. A przecież co mogłem wtedy wiedzieć o symbolice czystości i nieczystości kołaczącej we wszystkich religiach? W apartamentach za dwieście dolarów szanuję tylko ich łazienki. Człowiek czuje się tak jak jego skóra. W całościennym lustrze widziałem mój namydlony tors z odciśniętym śladem elektrody, jakbym znów był w Houston, biodra białawe od pływek, zwiększyłem dopływ wody i rury zawyły żałobnie. Obliczenie krzywizn przepływu, które nigdy nie wpadają w rezonans, jest ponoć omal nierozwiązywalnym zadaniem hydrauliki. Ileż niepotrzebnych wiadomości. Wytarłem się, nie przebierając w ręcznikach, i poszedłem nagi do sypialni, zostawiając mokre ślady. Przylepiłem czujnik nasercowy i zamiast się położyć, usiadłem na łóżku. Dokonałem szybkiego obliczenia – wliczając zawartość termosu, co najmniej siedem kaw. Dawniej zasnąłbym jak suseł, ale poznałem już przewracanie się z boku na bok. Miałem w walizce seconal ukryty przed Randym, środek zalecany astronautom. Adams nie miał żadnego. Widocznie świetnie mu się spało. Zażyć teraz byłoby przecież nielojalnością. Zapomniałem zgasić światło w łazience. Podniosłem się, kości miałem niechętne. Apartament powiększył się w półmroku. Nagi, z łożem za plecami, stałem niezdecydowany. Prawda, trzeba zamknąć drzwi. Klucz ma zostać w zamku. 303 – ten sam numer. Zadbali o to. Więc co z tego? Szukałem w sobie strachu. Coś niewyraźnego, trochę wstyd, ale co robić – nie wiedziałem, skąd płynie niepokój, z perspektywy bezsennej nocy czy agonii? Wszyscy są przesądni, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Jeszcze raz zlustrowałem otoczenie w świetle nocnej lampki – z nieukrywaną już nieufnością. Walizki były półotwarte, rzeczy leżały byle jak na fotelach. Istna próba generalna. Rewolwer? Idiotyzm. Potrząsnąłem litościwie głową nad sobą samym, leżąc już, zgasiłem nocne światło, rozluźniłem mięśnie i zacząłem miarowo oddychać.

Umiejętność zasypiania o wyznaczonej godzinie była istotną częścią zaprawy. Czy zresztą dwóch ludzi nie siedziało na dole w aucie, patrząc w oscyloskop, na którym moje płuca i serce rysowały świecącą linią każde poruszenie? Drzwi zamknięte od środka, hermetyczne okna, cóż mnie obchodzi, że on kładł się o tej samej godzinie do tego właśnie łóżka.

Różnica między „Hiltonem” a „Gospodą pod Trzema Wiedźmami” była niezaprzeczalna. Wyobraziłem sobie mój powrót. Niezapowiedziany zajeżdżam pod dom, albo lepiej, tylko pod aptekę, idę pieszo, jakbym wracał ze spaceru, chłopcy już po szkole widzą mnie z góry, rozdudnią się pod nimi schody – targnęło mną przypomnienie, że trzeba się jeszcze napić dżinu. Przez chwilę leżałem w wahaniu, podniósłszy się na łokciu, flaszka została w walizce, zwlokłem się z pościeli, po ciemku do stołu, wymacałem pod koszulami płaski kształt, nalałem do zakrętki, pociekło mi po palcach. Wychyliłem metalowy kubek do dna znów z głupim uczuciem aktora w amatorskiej sztuce. Robię, co mogę, usprawiedliwiałem się przed sobą. Wróciłem do łóżka niewidzialny, tors, ręce, nogi znikły, opalenizna zlewała się z ciemnością, tylko biodra majaczyły białawym pasem. Układałem się, alkohol grzał żołądek, palnąłem poduszkę pięścią: na to ci przyszło, rezerwowy. Naciągnąłem kołdrę i nuż do oddechów. Nadszedł stan półsnu, w którym uchodzące resztki czuwania może zdmuchnąć tylko bierność. Coś mi się już zwidywało. Latałem w powietrzu. Ciekawa rzecz, o takim szybowaniu śniłem tak samo jak przed pobytem na stacji. Jakby uparte katakumby mego mózgu nie chciały przyjąć do wiadomości żadnych korektur doświadczenia. Latanie we śnie jest sfałszowane, bo ciało zachowuje w nim normalną orientację, a ruchy rąk i nóg są również łatwe jak na jawie, choć bardziej płynne i lekkie. Naprawdę jest z tym całkiem inaczej. Mięśnie wpadają w kompletny zamęt. Chcesz coś odsunąć, tymczasem sam odlatujesz do tyłu, chcesz usiąść, a podciągasz nogi pod brodę – od nieostrożnego impetu można się i znokautować kolanami. Ciało zachowuje się jak opętane, a jest tylko rozpętane, wyzbyte zbawiennych oporów, które stawia mu zawsze Ziemia.

Zbudziłem się na wpół uduszony. Coś miękkiego, ale nieustępliwego udaremniało wetchnięcie powietrza. Zerwałem się z wyciągniętymi rękami, jakbym chciał chwycić tego, kto mnie dusił. Przytomniałem, siedząc z wysiłkiem, jakbym zdzierał z mózgu natrętną lepką powłokę. Przez szparę między zasłonami wpadał do pokoju rtęciowy poblask z ulicy. W jego mżeniu dostrzegłem, że jestem sam. Dalej nie mogłem oddychać, nos jak zabetonowany, usta spieczone, wyschły język. Musiałem potwornie chrapać. Wydało mi się, że właśnie to chrapanie dochodziło mnie przez ostatek snu, kiedy się już budziłem.

Trochę chwiejnie wstałem, bo choć zebrałem już zmysły, sen nadal wypełniał mnie jak nieruchomy ciężar. Pochyliłem się ostrożnie nad walizką, żeby sięgnąć na oślep do bocznej kieszeni za gumkę, która przytrzymywała fiolkę pyribenzaminy. Trawy musiały już kwitnąć i w Rzymie. Na południu zaczynają rudzieć pylnymi kitkami zawsze najwcześniej, a potem te fale płowienia rozchodzą się, zmierzając ku wyższym szerokościom, wie o tym każdy, kto ma w dożywociu gorączkę sienną. Była druga. Zaniepokoiłem się trochę, czy opiekunowie nie wyskoczą z auta, jeśli moje serce będzie im brykało w oscyloskopie, położyłem się więc na powrót, z twarzą bokiem na poduszce, bo tak najrychlej ustępuje wewnętrzne obrzmienie nosa. Leżałem jednym uchem wsłuchany w to, co za drzwiami, by się upewnić, że nie nadciąga nieproszona odsiecz. Panowała cisza i serce wróciło do zwykłego rytmu.

Nie wróciłem już do obrazu domu, bo nie chciałem, a może uznałem, że nie trzeba wciągać malców w tę sprawę. Nie zasnąć bez pomocy dzieci, rzeczywiście! Musi wystarczyć joga, zaadaptowana na użytek astronautów przez doktora Sharpa i jego pomocników. Znałem ją jak pacierz i zastosowałem z takim skutkiem, że mój nos zaświstał ugodowo, przepuszczając po trosze powietrze, a pyribenzamina, wyzbyta trzeźwiącego dodatku, wsączyła mi w mózg właściwą sobie, trochę jakby nieczystą, mętną senność i ani wiem, kiedy zasnąłem na dobre.


A teraz zagadki:

1/ Co to za książka? Proszę podać autora i tytuł, może też być rok wydania.
2/ Proszę przypomnieć pokrótce treść, a zwłaszcza rozwiązanie zagadki kryminalnej, z którą musi się uporać bohater książki.
3/ Czy osobie, która rozwiąże tę zagadkę, tak jak i mnie, wydaje się, iż była to powieść profetyczna i co ją wiąże z pierwszym kwartałem roku 2020? Proszę to uzasadnić.
Pierwsza prawidłowa odpowiedź na wszystkie pytania zostanie nagrodzona 🙂

Odpowiedź w komentarzach, ale na wszelki wypadek dopisuję podstawową odpowiedź również tu: Katar Stanisława Lema.

Sąsiedzi 12

Teresa Rudolf

Klara i koty

Klara podawała kotom, Salci i  Salomonowi, miseczki z karmą Sheba na śniadanie, które musiało być zawsze dokładnie o godzinie 7.30. Oba koty znały się na zegarze i były punktualne, jak, podobno, pociąg przed wojną.
O godzinie 7.26 siadały przed dużym, ściennym zegarem Klary, miaucząc głośno. Czuło się rosnące napięcie oczekiwania. Nie tolerowały żadnego spóżnienia, o czym Klara dobrze wiedziała, podawała im więc śniadanie punktualnie, obawiając się nieprzyjemnych konsekwencji, gdyby nie zdążyła na czas.
Salcia, normalnie kotka bardzo łagodna, gdy tylko pojawiło się drobne uchybienie czasowe, zamieniała się w kocią wiedźmę, rzucając się z pazurami na łydkę Klary.
Kobieta wiedziała już od Lesia, że Salomon zupełnia tak samo “tyka”.
Oboje byli bardzo zdziwieni, że koty były tak do siebie podobne i równocześnie tak inne od innych, a o czymś takim nikt nigdy, przenigdy nie słyszał.
Przed jakimś tygodniem, kiedy Klara odwiedziła sąsiada w szpitalu, i postanowiła poznać ze sobą oba koty, rozmawiali  intensywnie na ich temat, a szczególnie dużo mówił Lesio.
Możnaby powiedzieć, że podawał “instrukcję obsługi” pupila.
Klara opowiadała z kolei, jak przed 14 laty w zimie znalazła przed domem zawiniątko, które poruszało się i wydawało przerażające jęki. Kiedy odwinęła paczuszkę, zobaczyła najpierw zielone oczy i otwarty miauczący rozdzierająco pyszczek.
– Myślałam, że mi serce pęknie ma kawałki – opowiadała.
Lesio spojrzał na nią ze zdumieniem i zapytał: – Czy to był taki zielony worek z grubej tektury?
– A skad Pan to wie???, zdziwiła sie Klara.
– Ponieważ 14 lat temu również znalazłem kota w takim worku. Zresztą znalazłem go prawie w ostatniej chwili, bo kiedy otworzyłem pakunek, kot nie miauczał już i prawie nie oddychał. Leżał koło  śmietnika przed naszym blokiem, który na szczęście był tak pełny, że ta zielona paczka się tam nie zmieściła.

Lesio był bardzo wdzięczny sąsiadce, że zajmuje się Salomonem, bo wiedział znakomicie, że jego kot nie znosił samotności. Posiłki były bardzo ważne, ale obecność kogoś bliskiego nie mniej.
Wiedział już od Filomeny, odwiedzającej go regularnie, że kot powoli, z ogromną wyniosłością zaczął obie kobiety akceptować, a ze szczególną uwagą ocierał się o spodnie Klary, zapewne czując zapach Salci.
Oba koty zapewne były zapewne rodzeństwem, nic dziwnego więc, że wyglądały prawie identycznie, zupełnie jak kot z Whiskasa, różniły się jednak wielkością. Salomon był prawie dwa razy dłuższy, a Salcia była małą dość filigranową koteczką.
Na samym początku, gdy Klara u siebie w mieszkaniu wyjęła Salomona z kosza, oba koty spojrzały na siebie wyniośle, nastroszyły uszy do góry, a ogony uniosły się sztywno jak peryskop.
Z czasem jednak złagodniały, mowa ciała stała się spokojniejsza, futerko wygładziło, ogon opuszczony w dół poruszał się, podkreślając wzajemną ciekawość.
Klara mogla godzinami patrzeć na ich wzajemne podchody, ale też, nieoczekiwane z puktu widzenia czlowieka, gwałtowne odrzucenie bez żadnego  powodu, walnięcie łapą lub warknięcie, czasem niewiele różniące się od psiego.
Dzisiaj były jednak przyjaźnie do siebie ustosunkowane, lubiły Shebę, śniadanie przebiegało więc dość harmonijnie.
Klara rozrzewniona patrzyła na oba koty, uśmiechając się do samej siebie.
Salcia pierwsza skończyła posiłek, po czym wskoczyła na kolana swej pańci.
Salomon obrócił się od miski i zobaczył Salcię na kolanach Klary.
Włos mu się zjeżył, a potem kot z  żalem w oczach spojrzał to na Salcię, to na Klarę i odszedł, głośno miaucząc, zawodząc prawie jak małe dziecko, po czym schował się za kanapę.
Do jego płaczu dołączyła się Salcia, zeskoczyła z kolan Klary i również zniknęła za kanapą.
Klara już wszystko wiedziała, “on tak bardzo tęskni za Lesiem”, pomyślała i zrobiło jej się bardzo Salomona żal.
A potem zrobiło się jej jakoś też tak samej siebie żal, coś krzyczało w niej, coś tak zawodziło, prawie po kociemu, nie umiała tego odczytać.

 

Spotkania z Księciem Ciemności 10

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! O ile w ogóle jestem. Bo często mnie nie ma.
Czegóż się dziwić? Marzec, dni coraz dłuższe, temperatury coraz wyższe. Wredny Sierściuch przepada na całe dnie. Od początku był chimerycznym łazęgą i taki już raczej zostanie. Nikt nie przerobi go na domowego pieszczocha. I bardzo dobrze! To właśnie mi się u niego podoba, to w nim cenię i tego mu chyba w skrytości ducha zazdroszczę: wolność i swoboda.
Lubimy Księciunia i jego wizyty, dlatego godzimy się na ich nieprzewidywalną nieregularność. Poniżej naszej godności byłyby jakieś umizgi, czy zabieganie o przychylność: co to, to nie! Jest – dobrze. Nie ma go – drugie dobrze. Skoro szanujemy jego wolność i naszą godność, to na serio.
Tym bardziej nie posunąłbym się do jakiejkolwiek przemocy czy gwałtu. Wydawało mi się, że to powinno być oczywiste. Tymczasem…
Wychodzę, by drwa narąbać do kominka (mogę oczywiście napisać po prostu, że idę przynieść drewno, ale drwa narąbać – jak to brzmi!) i słyszę jak, piętro wyżej, moja sąsiadka-rywalka o względy Czarnucha woła go głośno i wszem-wobec oświadcza, iż musi przyjść, bo jedzonko czeka. Po kilku minutach wracam z narąbanymi drwami i taką oto widzę scenę: przed moimi drzwiami kuli się przerażony Książę, przywiera do posadzki, chciałby uciec – zapewne do mojego mieszkania, bo właśnie otwieram drzwi; mile to łechce mą próżność – ale syn sąsiadów siłą go łapie i niesie do góry, ponaglany wołaniem matki, iż miska Bambusika już pełna!
Ja to znam! Ja to już gdzieś widziałem! Jak to leciało?… Oj Kaźmirz, kot w niewolę trafił! Na sznurku go pasą! Tak – jesteśmy w domu.
Nie wtrącam się, bo i po co. Wiadomo, że Księciunio, prędzej czy później, trafi do nas. Dobrowolnie.
I znajdzie spokojny kąt, by się wyspać, odstresować, podreperować zszargane nerwy.

My mu nie przeszkadzamy, a zacna Kropka czuwa nad jego snem.

Ileż ten nieszczęśnik musiał przejść! Gdy tak leży rozwalony na fotelu, na którym już oczywiście nie ma miejsca dla mnie, widać wyraźnie, że stracił (zgubił, zniszczył?) swą czerwoną obróżkę i sąsiedzi, który zdecydowanie wciąż uważają się za jego państwo i właścicieli, zawiązali mu wokół szyli jakąś szmatkę czy tasiemkę. Diabli wiedzą co to, ale na pewno szczęścia mu tym nie przysporzyli.

Moglibyśmy oczywiście zdjąć to paskudztwo. Więcej nawet – moglibyśmy kupić nową, porządną obróżkę. Tylko po co? Żeby eskalować konflikt? Żeby sąsiedzi robili ze mnie pieniacza, który ciska się i krzyczy: Nie będzie mi Kargul umowy łamał i siłą zmuszał kota do kolaboracji!
Nie warto. Jakoś przeżyjemy tę apaszkę. A Książę zapewne w końcu się jej pozbędzie, bo widać, że go uwiera.

Nic na siłę. Niech sam walczy o swoją niepodległość: przecież wie, że nasze skromne progi zawsze stoją przed nim otworem. Ale nic na siłę! Przyjdzie, gdy zechce. Nie będzie musu, nie będzie presji. Jest wolny i takim pozostanie. Jedyne, czego od niego oczekujemy, to żeby przychodził z własnej woli. I żeby był piękny. I jest.

Marek we wtorek

Tabor Regresywny (Marek)

czyli druga wyprawa do Sokołowska

Na kolejny Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku wędrowałem w towarzystwie Gosi i Agnieszki, dwóch studentek z Krakowa. Zaczęło się od tego, że Marta Kotwica z ASP w Krakowie założyła grupę NOMADIC PLATFORM. Grupa przeszła chrzest w drodze z Ławicy do Sokołowska. Tak im się spieszyło, że przyjechały do mnie jeszcze w marcu. Marta, Michalina, Gosia i Agnieszka. Jak moja żona je zobaczyła, dała mi pieniądze na pociąg mówiąc – po pięciu kilometrach będziesz je niósł na plecach. Ale dziewczyny się uparły i ruszyliśmy w kierunku Sokołowska.

Po dwóch dniach marszu, z przygodnym noclegiem w jakiejś szopie, znaleźliśmy gościnę w fundacji In Situ w Sokołowsku. Okazało się, że festiwal będzie dopiero w lipcu, wobec czego wróciliśmy do domu, umawiając się na kolejną wędrówkę w lipcu. I tak w lipcu zjawiły się u mnie Gosia i Agnieszka. Z Martą i Michaliną mieliśmy się spotkać na miejscu. Lało, znów żona wcisnęła mi pieniądze na pociąg, tłumacząc to deszczem. Dziewczyny znów się uparły, że pójdą. Skończyło się na tym, że dojechaliśmy pociągiem do Głuszycy, a dalej ruszyliśmy pieszo w deszczu i pod wiatr.

Po paru godzinach wędrówki kompletnie przemoczeni zawitaliśmy do pensjonatu „Radosno”. Poprosiłem Radka, właściciela pensjonatu, o nocleg. Nie było wolnych pokoi. W końcu dał nam na jedną noc pokój z jednym łóżkiem małżeńskim. Trudno, ważne było, by się wysuszyć i rozgrzać. Na drugi dzień wyszło słońce, dziewczyny rozbiły namiot, a ja ulokowałem się w wózku. Dwa dni później dojechała żona i wynająła pokój. Tym razem Radek dał nam pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami. Rano podczas śniadania mówię do Radka: – Jak przyjechałem z dwiema studentkami, dałeś nam pokój z łożem małżeńskim, jak przyjechała żona, dostaliśmy dwa pojedyncze łóżka. Rozumiem, że zarówno koszty rozwodu, jak i alimenty pensjonat „Radosno” bierze na siebie. Wyraził zgodę, na co mam świadków. Po festiwalu żona zgodziła się przejść ze mną i moim wózkiem do Głuszycy na stację kolejową, ale ani kroku dalej. Jak wsiadliśmy do pociągu, ktoś kto mieszkał na stacji zawołał z okna: a gdzie ta druga? To jest trzecia – odpowiedziałem.

W czasie festiwalu miałem piękną rozmowę z Alastairem MacLennanem z University of Ulster w Belfaście. Zasugerował, bym spróbował uchwycić w jedną całość wszystkie elementy, które składają się na cywilizację zachodnią. Przyglądając się występom artystów i wypowiedziom krytyków, nie bardzo wiedziałem, od czego zacząć. Zainspirowała mnie jednak pewna artystka, która powiedziała: – Idę się uchlać, bo czuję, że sztuka mnie nie usatysfakcjonuje. Ruszyłem tym tropem najpierw do tyłu, do Noego. On pierwszy się uchlał. Zwróćmy uwagę, że jak się uchlał, to leżał nagi w namiocie. Adam i Ewa w ogrodzie też byli nadzy, ale się nie wstydzili. No jasne, Noe też chciał być nagi i się nie wstydzić. Nie mógł tego zrobic na trzeźwo, bo od razu psychiatria. A tak, nikt nie wołał psychiatrów, każdy wiedział, że jak wytrzeźwieje, to mu przejdzie. Kilka tysięcy lat poźniej, gdy powstały kluby Anonimowych Alkoholików, Noe poszedłby na miting i opowiedział, jak to kiedyś się uchlał i leżał nago. I to mogloby go usatysfakcjonować. Zadowoliłby się opowiescią czyli namiastką rzeczywistości. Sztuka jako namiastka rzeczywistości, za którą tęsknimy skrycie, nie wszystkich satysfakcjonuje, podobnie jak mitingi AA. Na wschodzie słońca ogrodu Eden Bóg postawił na straży cheruby; jest to przedpotopowa nazwa psychiatrów. Cheruby ignorują pijaków i artystów. Problem w tym, że pijacy wracają, stąd ten kac, a artyści nie przekraczają granicy, co ich nie satysfakcjonuje i wtedy muszą się uchlać.

A kto z pijaka, jaka, jaka
śmieje się,
ten jest chamskiego rodu.

Śpiewaliśmy często przy ognisku.

Utopia i alternatywa

Składam życzenia koleżance. Kończy 76 lat, życzę jej samopoczucia, jakby miała lat 40. Solenizantka dziękuje za życzenia, ale podkreśla, że młodość nie była utopią. Myślę sobie: “no, kochana, nawet jeśli świat, jak miałyśmy lat 40, nie był optymalny, to jednak byłyśmy młode, mogłyśmy bez trudu włożyć rajstopy, zapiąć sukienkę na plecach, wyjść z wanny, otworzyć słoik, chodzić do pracy w butach na obcasie i przetańczyć całą noc”.  Sprawność fizyczna nie jest utopią. Ale utopia, jak rozumiem, przestała być miejscem bez lokalizacji, a stała się synonimem czegoś idealnego.

Kilka dni później w lokalnej lewicowej gazecie taz znajduję artykuł-pytanie – co nam zostało z “alternatywy”? Kontekst jest oczywisty – tryumfalny pochód AfD czyli nacjonalistycznej i ksenofobicznej partii Alternative für Deutschland, której siłę mogą wzmóc kolejne fale uchodźców na granicy Europy. Założyciele partii użyli słowa alternatywa jako innej opcji czy innego rozwiązania, tymczasem niemiecka lewica odczytała to słowo tak jak sama go używała przed pół wiekiem. Lewica przypomniała sobie swą młodzieńczą filozofię i poczuła się okradziona. Dzisiejsza lewica niemiecka wyrosła przecież w atmosferze protestów politycznych i społecznych podczas i po rozruchach studenckich w roku 1968. Ich owocem była zarówno kultura alternatywna, jak i sama partia, która nazwała się wówczas Lista Alternatywna (LA). Potem berlińska LA połączyła się z zachodnioniemieckiem ruchem Zielonych, powstała partia Zielonych, a potem jej ideały zmieszczaniały, a partia doszła do władzy. Lub może było na odwrót – partia doszła do władzy, a jej ideały zmieszczaniały. Z alternatywnej koncepcji życia pozostało müsli na śniadanie. A teraz taz pyta o to, czyją własnością jest słowo “alternatywa” i nie ma na myśli innej opcji, tylko swoje własne korzenie.

Dwa słowa, które zmieniły znaczenie. Oba związane z ideałami społecznymi mojej młodości, czasu gdy miałam lat 30, 35, 40…

Na pytanie, do kogo należy “Alternatywa” odpowiedziało kilka osób. Oto pierwsza z odpowiedzi, którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć, wydała mi się ciekawa, bo dotyczy alternatywy, utopii, lewicy i jeszcze na dodatek literatury, co, jako żywo, składa się na baratarystykę. Wyślę linka do tego wpisu do autora, mam nadzieję, że będzie zadowolony. Zresztą, czy ma alternatywę?

Enno Stahl

Utopijne projekty społeczne

Czy Literatura jest z natury rzeczy czymś Innym? Tym, co się, pozytywnie lub negatywnie, odróżnia od Normy? Bo jeśli tak, to właśnie Literatura byłaby Alternatywą – nie służy bowiem pragmatycznym celom. Jednak raczej tak nie jest, tak tylko może być. Prawo bycia Alternatywą trzeba sobie wypracować. Również Literatura musi na to miano zasłużyć, uwolnić się od towarowości, która jej niemal nieustannie towarzyszy, nawet jeśli towarem ma być tylko uwaga czytelników.

Stosunek Literatury i Alternatywy może przyjąć dwojaką formę. Literatura może bezpośrednio kształtować Alternatywę, tworząc utopijne projekty społeczne. Może też sama w sobie – w treści i formie – stać się Alternatywą do literackiego (a przeto i spoiłecznego) mainstreamu. Utopia literacka należy do klasyki, Thomas Morus, Tommaso Campanella, Francis Bacon. Ex negativo klasyką będzie też literacka dystopia, ukazująca Alternatywę społeczną, po to by przestrzec społeczeństwa przed konsekwencjami ich decyzji –  np 1984 Orwella czy Nowy Wspaniały Świat Huxleya.

Jeśli Literatura chce być sama w sobie Alternatywą, musi zrezygnować z tematów i form powszechnie akceptowanych przez Rynek. Język, narracja, przedstawione osobowości muszą być inne niż to, co jest, eksperymentalne. Trzeba sięgnąć do alienacji, zwiększyć stopień trudności odbioru, stworzyć dzieło hermetyczne lub przeciwnie akrobatyczne. Można użyć treści subwersywnych politycznie, lub naukowo analitycznych. Tylko tak może się jeszcze zdarzyć, że Literatura dołoży swoją cegiełkę do procesu zmian cywilizacyjnych – nawet jeśli będzie wkład minimalny.

Obawiam się, że Redakcja taza obcięła autorowi dalszą część wywodu. Zastanawiam się, co pan Stahl chciał nam w tym tekście jeszcze powiedzieć. A zatem pytam, czy pan Stahl jest baratarystą czy też nie jest?

Barataria w wersji Cervantesa była wg klasyfikacji autora utopijnym projektem społecznym, ale była też okrutną dystopią. Gdy Don Kichot uczy giermka, jak ma postępować, żeby być dobrym gubernatorem, widzi wyspę Sancho Pansy jak państwo idealne, samego zaś poczciwego wieśniaka plasuje w roli idealnego władcy. Gdy jednak okazuje się, że wyspa Barataria nie jest wyspą, doradcy szkodzą władcy, nikogo nie obchodzi los poddanych, a właściciele miasteczka okrutnie sobie ze wszystkich kpią – idealne państwo przestaje być utopią i staje się dystopią. Nie wierz bogatym, przestrzega autor, bo zawsze cię wystrychną na dudka. Jeśli coś dadzą, to zrobi ci to krzywdę, jeśli coś miałeś, to ci to odbiorą, i nawet jeśliś mądry i przebiegły, to na nic ci się to nie przyda. Jak w filmie Parasite – bogaci i biedni żyją na dwóch odrębnych planetach, nigdy się nawzajem nie zrozumieją i nigdy nie dojdzie między nimi do porozumienia. Bogaci wykorzystują biednych, żyją ich kosztem i bawią się ich kosztem. Biedni oszukują bogatych, ale też oszukują siebie nawzajem. Nawet śmierć, morderstwo, przelana krew niczego tu nie zmienią. Co najwyżej możesz dołożyć wszystkich starań, żeby przestać być biednym i stać się bogatym. Przegrasz i tak, a rzadko kto ma tyle mądrości, by, jak Sancho Pansa, dobrowolnie z tego bogactwa zrezygnować.

Sanczo padł na kolana przed Księciem i Księżną, i rzekł:
– Obdarzyliście mnie, wasze wyniosłości, tym urzędem, którego w głupocie swojej
pragnąłem, ale już nie pragnę i nie zapragnę. Jak rządziłem, doniosą wam inni; choćby mylili się lub łgali, ich sąd o mnie będzie bardziej się liczył niźli mój własny. Co na wyspie zostanie po moich rządach, okaże się później; mnie nie zostało nic; goły do Baratarii przybyłem i goły powracam; trochę nawet straciłem na ciele dzięki medykowi przybocznemu i innym; tego sobie już nie odbiorę, niech będzie moja strata; zresztą źle mówię, bo jest i coś, co zyskałem – to przekonanie, że nie zależy mi na rządzeniu ani wyspą, ani królestwem, ani całym światem.
Dziękuję tedy waszym podniosłościom za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obsypali, całuję wasze ręce i stopy, i jak dzieci, gdy się bawią w komórki do wynajęcia, opuszczam tę komórkę, niech w nią wskoczy kto inny, a ja wskakuję w moją starą komórkę, czyli przechodzę na giermkowanie panu mojemu, Don Kichotowi z La Manczy, zwanemu też Rycerzem Lwów, za którym strasznie się stęskniłem, nie mówiąc o tym, że, jak mi szepnął, oczka mu puściły na zielonej pończosze i nie miał ich kto załapać, ale zdaje się, że za długo już przemawiam, więc na tym kończę.

Na tym i ja zakończę dzisiejszy wpis, pokażę jedynie znaleziony ostatnio w sieci kolejny autoportret Jacka Malczewskiego, tym razem w jakuckiej czapce. Pisałam już o autoportretach tego artysty, bo często wyglądał na nich jak Don Kichot, ale tego akurat wtedy nie pokazałam.

No cóż, Brodowski tym razem o kobietach

Tym razem, bo ostatnio Brodowski poświęca teksty bezpośrednio polityce, np. opiewając życie i cuda pewnego pana z Warszawy i grona jego partyjnych wyznawców. Dziś natomiast o kobietach, i to nawet w niewielkiem stopniu politycznie. Nawet, rzekłabym, jeśli jest tu polityka, to całkiem zawoalowana. Chociaż może i za to możemy dostać “bana”, on i ja. Niedawna katastrofa, kiedy to tydzień temu WordPress z sekundy na sekundę zlikwidował całego bloga i poinformował mnie, że popełniłam wykroczenie przeciw regułom korzystania z ich usług, nastąpiła w momencie, gdy właśnie wstawiłam TE wiersze na bloga i chciałam je zapisać jako wpis na dziś… Nie wiem, czy to dlatego. Bo powody mogły byś jakieś inne, np. haker albo wirus (Corona?). Ale jednak płachtą na byka mógł się okazać nasz autor, którego na Facebooku banują regularnie. Jak dotąd myślałam, że blogi są wolne od fejsbukowej zabawy w banowanie, ale może właśnie przestały. WordPress nie poinformował mnie, dlaczego mnie zatrzasnął, nie podał też, co sprawiło, że przywrócił mi łaskawie prawo funkcjonowania. Zobaczymy, co się zatem stanie dziś 🙂

Roman Brodowski

Nieco apokryficzna satyra
„W obronie moich pań“

Dwa sorty są na ziemi ludzi
Innymi słowy On no i … Ona
On to mężczyzna, respekt budzi
Ona Kobieta, mężczyzny żona.

On w domu jest ogniska panem
Ona w posługach dlań się wije
Dla niego ponoć wszystko dane
Ona, po prostu przy nim żyje.

Tak mówi pismo bożej dobroci
W wyznaniu, ponoć wiary miłości
Pierwszy mężczyzna powstał – człowiek
Kobieta? po nim…. z jego kości

Można by na tym skończyć wierszyk
Kto? komu? i dlaczego tak?
Mężczyzna pośród stworzeń pierwszy.
Kobieta jego pomocnicą – fakt.

Ja z takim faktem się nie zgodzę
Jakiem romantyk, fan demokracji
Często w spór z katodogmą wchodzę
W imię mądrości populacji.

Spójrzmy odważnie prawdzie w oczy
Na “chłopski rozum” wam tłumaczę
Kobieta jest jak zamek do drzwi
Mężczyzna? – kluczem, nie inaczej.

A klucz bez zamka, zamek bez klucza
Cóż warte jedno bez drugiego?
Niech ksiądz w kościele nas nie poucza.
Kobiecie równym być, cóż złego

Powiem Wam więcej drodzy Panowie
Kończąc morałem, nieco bajecznie
Bez naszych kobiet, świat był bu smutny
A słuchać księży? … niebezpieczniejsze.

02.03.2016

Romantyczny interes

Ktoś zamówił u mnie rymowankę
Zwykły, prosty wierszyk o miłości
Panegiryk sławiący wybrankę
Jej urodę, mądrość, no i… “wypukłości”

Przysłał zdjęcie średniego formatu
Na nim temat i westchnień i wzruszeń
Można rzec by, anioł w ludzkiej skórze
Piękna bestia, przyznać szczerze muszę

W jej spojrzeniu dzikie pożądanie
Drogi mleczne kuszące do grzechu
Kibić smukła, rzec by można, łania
Tajemnica pragnień zawarta w uśmiechu

Wykonałem zadanie mistrzowsko
Proste rymy płynęły wprost z duszy
W słowach moje subtelne wyznania
Które mogły najtwardsze z serc skruszyć

Cóż romantyk tworząc potrafi też marzyć
Zwłaszcza kiedy pisze o pięknej kobiecie
Nie ważne mu wówczas, że za kogoś myśli
Eros go popycha do aktu…. no wiecie!

Więc serce nastawia dla Amora strzały.
Kusząc niby Ewa, zmysły ciała swego
I szuka okazji by owoc wziąć w dłonie
W swoim pożądaniu nie widząc nic złego.

Czasami się uda skosztować nie swoje
Przeżyć cudną chwilę z muzą sam na sam
Poczuć się sokołem, pawiem lub motylem
Poeci kochają piękno młodych dam.

Więc drodzy mężowie i panowie panien
Wyznawajcie miłość nie poety słowem
Pamiętajcie zawsze o zmienności Kobiet
Dla poezji potrafią „przystroić“ wam głowę.

Kobiety zmienne są – albo marcowy sen“

Kiedy przybliża się dzień kobiet
Za oknem ciepło i wiosennie
Męczą mnie nocne sny koszmarne
Od wielu lat już tak…, niezmiennie.

Dlaczego? – pyta we śnie zmora –
Mimo lat wielu w jednym cieście,
Nie wiem jak czynić i co czynić
By radość sprawić mojej niewieście.

To prawda, nie wiem, taki jestem
Choć ją rozbieram i …. Ubieram
To nie potrafię jej dogodzić
Zawsze nie tak jest, nawet teraz.

Ot, dla przykładu sen z przed laty:
Z pracy wróciłem wcześniej nieco
By niespodziankę sprawić żonie,
By poczuć znowuż jej kobiecość…

A żonka do mnie już od progu
Co dziś tak wcześnie? – czy zwolnili?!
Wiedziałam że, tak kiedyś będzie.
Rodzice dawno mi n mówili…

Spojrzałem na nią smutnie nieco
Ciało złożyłem na kanapie
Dotknąłem dłonią jej sukienki
A ona przy mnie stoi, sapie.

Popatrzcie, mówi głosem drwiącym
Oto król w naszym małym gronie
Nie jak mężowie przyjaciółek
Oni śpią zawsze przy swej żonie.

Z radością wstałem więc z kanapy
By jak mężczyzna się zachować…
Lecz ona do mnie, – nie dotykaj!
Tę twoją miłość możesz schować!

Do dzisiaj tego nie rozumiem
Cóżem uczynił wówczas złego
Chciałem poprostu być z mą Panią
Bo wciąż mi było mało “tego”.

Innym zaś razem prosto z pracy
Wróciłem później – przed wieczorem,
By dać czas wolny mej kochanej
I…, okazałem się potworem

Gdzie się szlajałeś do tej pory
Kochanka jeść i pić nie dała?!
Takimi słowy moja żonka
Tegoż wieczora mnie witała.

Nic nie odrzekłszy (bo cóż mówić)
Przeszedłem obok zapłakanej.
A w mym sumieniu, jak w wulkanie
Współczucie wybuchnęło dla niej.

Tak przecież dłużej być nie może
By z mojej winy wciąż cierpiała
Postanowiłem żonkę mą opuścić.
Pragnąc by wolność odzyskała.

Okno pospiesznie otworzyłem,
Rzekłem jej coś na pożegnanie
Nogę uniosłem, by wyskoczyć
Lecz ona wzięła mnie za ramię.

Poczekaj, nie rób jeszcze tego
Prosiła głosem już spokojnym
Jak by coś chciała wytłumaczyć,
Jakby nie chciała zwady, wojny.

Potem do kuchni szybko poszła
A z niej przyniosła z kubła śmieci,
I do rąk moich je wcisnąwszy
Rzekła – no teraz możesz lecieć.

Skoro wychodzisz w tamtą stronę,
To bez różnicy, dziś czy jutro,
Śmieci wyrzucić i tak trzeba…
Wtem coś przerwało scenę smutną.

To budzik nagle mnie obudził
Przed tym dramatu zakończeniem.
Spojrzałem na bok, leży przy mnie
Moje kochane przeznaczenie.

Takie to sny mnie dręczą nocą
Kiedy nadchodzi dzień wasz – Kobiet.
Na szczęście jawa jest piękniejsza
Żona zaś moja…, dobry to człowiek.

Na zakończenie dramsatyry
Powtórzę myśl z klasyki wziętą
“Kobieta zmienną jest” i tyle
Postskriptum: dla mnie niepojętą.

04.03.2017.

Od startu do mety – Ty

Wplecione w warkocz
Kwiaty bzu
Wiosenna piosnka
Przy gitarze
Szmer wiatru w liściach
Pierwsza miłość
To czas spełnienia
Naszych marzeń<

Na twojej twarzy
Dziewczęcy śmiech
Usta płonące
Pożądaniem
Zapach dziewictwa
Przytulenie
I nasze pierwsze
Miłowanie.

To się spełniło
Tam, w szuwarach
Przy srebrno białym
Gwiazd lampionie
Blasku jeziora
Leśnym mroku
Na mchu matczynym,
Przyjaznym łonie

Młodość odeszła
Wraz z latami
Czas dodał pięknu
Doświadczenie
A w duszy mojej
Trwa niezmiennie
Wyznanie wówczas
Przyrzeczenie

Wiele przeszliśmy
Wspólnych zdarzeń
Pamięć te chwile
W nas odkłada
Tamte pieszczoty
Tamte słowa
W leśnych szuwarach
Żyją nada

29.03.2004

Sąsiedzi 11

Teresa Rudolf

Regina

W szpitalu policyjnym, na trzecim piętrze, korytarzem podążała pewnym, prawie żołnierskim krokiem szczupła, średniego wzrostu, rudomiedzianowłosa kobieta, około pięćdziesiątki. Ubrana była w czarne wąskie spodnie i czarny obszerny płaszcz, a wokół szyi miała luźno okręcony, pomarańczowoczarny szal.
Na pierwszy rzut oka można by pomyślec, że to tylko przeciętna kobieta, idąca właśnie odwiedzić kogoś chorego.
Po uważniejszym przyjrzeniu się widać było jednak zacięty wyraz twarzy, a interesujące szmaragdowe oczy były kompletnie nieobecne, zamyślone, było wręcz dziwne, że kobieta w ogóle coś widzi i tak pewnie podąża w określonym celu.
Po drodze zatrzymała przechodzącą pielęgniarkę i zapytała, gdzie leży pan Lesław M.
Siostra oddziałowa, pani Zofia, wskazała drzwi, mówiąc:
– Akurat właśnie stoimy przed jego pokojem, ale uprzedzam, pacjent jest ciagle na silnych środkach przeciwbólowych, dużo śpi, no i właśnie w tej chwili również… A można wiedzieć, kim Pani jest, żeby można było mu powiedzieć, kto przyszedł do niego w odwiedziny?
– Jestem byłą żoną Lesława, nazywam się Regina M. Wejdę jednak, może się akurat obudzi.
Weszła i zobaczyla Lesia w bandażach i gipsach. Twarz miał całą zabandażowaną.
Zapytała cichym, dość niskim głosem: – Śpisz?
Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi. Usiadła na krześle stojącym przy łózku.

Klara i Filomena szły korytarzem prowadzącym do pokoju Lesia.
Uslyszały głos oddziałowej:
– Poczekajcie Panie, chcę uprzedzić, że Pan Lesław ma gościa o imieniu Regina, czyżby to była ta kobieta z jego koszmarnych snów???
Sąsiadki spojrzały na siebie ze zdumieniem, Filomena pobladła, a Klara dostała rumieńców.
Nie wykrztusiły ani słowa i jak dwa roboty poszły dalej.
Przed salą Lesia stanęły i ponownie krótko spojrzały na siebie..
Klara powiedziała tylko szorstko: – Damy radę!
I weszły…
Zobaczyły Reginę, siedzącą przy łóżku Lesia.
Filomena nie wytrzymała napięcia na widok tej kobiety, tak ważnej kiedyś w życiu pana Lesia, a obecnie znęcającej się nad nim, we snach i we wspomnieniach na jawie.
– Ach, to paaaaani… Tak sobie właśnie Panią wyobrażałam, powiedziała i spojrzała z nieukrywaną niechęcią na rudowłosą intruzkę.
Klara rozbawiona pomyślała:
Ach… skąd ja znam to “powłóczyste spojrzenie” Melci… oj, będzie się działo, oj będzie…
Regina, zdumiona popatrzyła pytająco na “dwie jakieś wredne baby”. Wstała z krzesła i przedstawiła się wyniośle:
– Regina M. była, ale ciągle zaprzyjaźniona z nim, żona obecnego tu Lesława M.
– No, to chyba się Pani troszkę w głowie z tą przyjaźnią pomieszało, powiedziała Klara. Miejmy nadzieję, że Lesio, jak się zbudzi, nie zejdzie nam na zawał serca, jak panią w naturze tu zobaczy, chyba profilaktycznie pójdę już po siostrę oddziałową. Klara mówiła coraz głośniej.
W tym momencie Lesio otworzył oczy. Były niewidoczne, ale usłyszały jego głos, a raczej ciche syknięcie: – Znów te koszmary, znów ta Regina, co to za jakiś obłęd… Znów te rude wlosy, która z nich obu mi się w tej mgle tu pokazuje… Chyba zwariuję, szeptał…
Filomena zwycięsko spojrzała na swą przeciwniczkę i powiedziała
– No, to teraz szybciutko zjeżdżaj, moja miła, i żebyś się tu więcej nie pokazywała, dodała.
Ale tu już trafiła kosa na kamień.
Regina, cedząc słowa, odezwała się wyniośle:
– A kimże ty jesteś, kobieto, by mi tu rozkazywać, znamy się, a skąd to ty???
Przemowę jej przerwał zupełnie obudzony już Lesio:
– Chryste Panie, Regina, ty tu jesteś naprawdę!? Po czternastu latach!? Znów chcesz mi rozwalić życie??? Czegoż ty tu chcesz?
– Czytałam w gazetach o tym nieszczęściu, które cię spotkało, więc w imię naszej dawnej miłości szybko tu przybiegłam. Może czegoś potrzebujesz???, pytała.
– Zawsze, kiedy wkraczasz w moje życie, przynosisz mi pecha, proszę zostaw mnie w spokoju, kobieto…
– Chciałabym jeszcze odebrać od ciebie też nasz album ze zdjęciami ze Stanów, z tych naszych dobrych czasów…
Klara i Filomena przysłuchiwały się tej pełnej napięcia rozmowie, aż w końcu Klara nie wytrzymała:
– Przepraszam, że państwu przerwę, pogadacie sobie później, chciałabym, panie Lesiu, donieść, że Salomon już je, a nawet wyjada również Salci z jej miski, na co mu ona zresztą pozwala, ale ja nie, bo ona schudła już około kilograma, a on właśnie o dwa kilo przytył, powiedziała, uśmiechając się figlarnie i ciepło.
Regina skwitowała natychmiast jej wypowiedź, kierując się do Lesia: – Aaaach, to o tego twojego  kota chodzi, tego wstręciucha, a jest jeszcze jakiś drugi? Ty naprawdę zwariowałeś??? To już taki stary kocur, cud, że on  jeszcze w ogóle żyje!!!
Lesio odpowiedział nerwowo i coraz głośniej, prawie krzycząc:
– Regina, idźżesz ty wreszcie, skąd przyszłaś, pewnie chcesz się teraz przykleić do mego odszkodowania, ty pazerny, chytry babsztylu!! I odstawiasz mi tu jakiś teatr z dawnymi sentymentami… Filomeno, byłabyś tak dobra? Wyprowadź tę kobietę i zamknij za nią drzwi.
Regina ironicznie spojrzała na rywalkę i nie omieszkała powiedzieć:
– Ale w rudych, jak już kiedyś zagustowałeś, tak ci zostało, co?
Filomena z wyższością odpowiedziała za Lesia:
– Kolor włosów można zawsze zmienić, ale tak skrajnie parszywego charakterku, to nie bardzo.

Spotkania z Księciem Ciemności 9

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Rozłożył się wygodnie. Leży.

Nic szczególnego się nie stało. Wiele razy rozkładał się już i leżał w przeróżnych miejscach, kątach, zakamarkach. Nic szczególnego – na pozór.

Książę nawiedza nas łaskawie od kilku miesięcy. Przychodził przez całą zimę. A przez cały ten czas w kominku palił się ogień. Nie mogło być inaczej, bo co prawda tegoroczna zima była wyjątkowo łagodna, ale kominek to jedyne źródło ciepła w naszym mieszkaniu: temperatury panowały zazwyczaj dodatnie, ale nie do tego nomen omen stopnia, by nie trzeba było palić. Przeto codziennie, podczas prawie każdej wizyty Księcia, płomienie wesoło tańczyły za szybą.

Ale… dopiero dziś Pan Puszysty po raz pierwszy rozłożył się właśnie na kominku.

Było to na tyle niezwykłe, że przykuło bardzo skutecznie uwagę tak mojej Żony, jak i, całkiem niezależnie, moją.

Dlaczego? Chyba dlatego, że właśnie pierwszy raz. I po tak długim czasie.

To jest moment na przywołanie kolejnej postaci z galerii słynnych kotów. Jeśli dobrze policzyłem, już czwartej. Zapewne nie ostatniej: cóż robić – starsi ludzie tak mają. Oboje z Żoną (całkowicie niezależnie, bo wówczas nie mieliśmy nawzajem pojęcia o swym istnieniu; chociaż… chyba coś czuliśmy… przeznaczenie? diabli wiedzą) wychowaliśmy się na bajce Dziwny świat kota Filemona. Nie o Filemona jednak tym razem chodzi. Bynajmniej. Ważny jest stary, doświadczony, mądry, czarny kocur Bonifacy, który, jak być może pamiętacie, całe dnie spędzał na zapiecku. Jako miłośnicy wspomnianej bajki, zarówno Żona jak ja, uważaliśmy za coś oczywistego, że koty ciągną do ciepła. A tu tymczasem zima mija, kominek codziennie płonie, a Książę nic. Aż do dziś.

Leży. A dobrze mu tak, że ho ho!

Czy to coś znaczy?

Jam jest Książę Ciemności!

Dekameron

Oczywiście, jak zawsze, pierwszy był poeta

Tibor Jagielski

cisza w mediolanie

ta cisza jest inna
zwiastująca niebezpieczeństwo
zamykam się na cztery spusty
i czytam decamerone

tylko gołębie na placu del duomo
uwijają się jak gdyby nigdy nic

24.02.2020

Sejm RP
Choroba zakaźna COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2, pojawiła się w grudniu w Wuhanie w środkowych Chinach. Od 31 grudnia 2019 r. do 1 marca br. zanotowano 87 tys. 24 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 2 tys. 979 zgonów – podał w niedzielę Główny Inspektorat Sanitarny.

2.03.2020

Tabor Regresywny

Co nam biednym ludziom pozostało, gdy medycyna rozkłada bezradnie ręce, gdy politycy jak zwykle coś kręcą, gdy biznes liczy straty, a spekulanci zyski? Nam biedakom nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do średniowiecznych sposobów i wyruszyć na pielgrzymkę. Pytanie tylko dokąd? Miejsc świętych już nie ma, Ziemia Święta wcale nie jest taka święta. Może do Wałkonii, krainy wolnej od śmieci, bo nikt ich nie produkuje, wszyscy się wałkonią.
Przyjechałem kiedyś moim wozem na konferencję pt. Koniec świata i co dalej? Konferencję zorganizował Papieski Uniwersytet Teologiczny w Krakowie. Po wystąpieniach plenarnych były pytania z sali. Zabrałem głos jako ostatni:
– Przyjechałem tu z Ławicy, małej wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Proszę moją wypowiedź traktować jako wypowiedź wieśniaka z Ławicy. Mam taki problem. Spytałem syna, kim chciałby być, jakby nie był tym kim jest. Odpowiedział: wałkoniem. On jest wybitnym wałkoniem amatorem. Potrafi przez kilka miesięcy włóczyć się po Europie, ale przez resztę roku ciężko na to pracuje. A ja bym chciał, żeby przeszedł na zawodostwo, rzucił pracę i żył z emerytury babci. Ale jeden warunek. Babcia ma być przeszczęśliwa. Ani syna, ani teściowej nie mogę do tego przekonać. Możecie mi pomóc, jakoś teoretycznie to uzasadnić? Wszystkich zatkało. Jakiś dr ksiądz czegoś nauczał, że może na innej uczelni za pieniądze mi pomogą. Atmosfera robiła się nieprzyjemna. Wtedy wstał wysoki mężczyzna z imponującą łysiną i odwracając się do mnie powiedział.
– To jest cynizm. To jest cynizm w tym najpiękniejszym Greckim wydaniu, za którym kryje się głęboka etyka. Ja panu bardzo dziękuję za tę wypowiedź.
Na dworzec wracałem w towarzystwie dwóch kobiet, wózek ciągnął syn jednej z nich. Corona wirus jest tak skonstruowany, że najwieksze żniwo zbiera wśród emerytów i rencistów. Nie mam zamiaru oddawać emerytury bez walki. Żal mi tylko młodzieży, dla której może nie starczyć. Na waszym miejscu postawiłbym ultimatum. Najpierw emerytura a potem praca. Jak sie nie zgodzą, to chodźcie z nami.

03.03.2020

TIP (Jacek Slaski)

Kwarantanna w Berlinie. Planszówki, telewizja, wyspać się (Zachód). Piec ciasteczka z dziećmi, ćwiczyć na skrzypcach. Spandau (Szpandawa). Chleb chrupki, zupki w proszku. Panika. Seks, poliamoria. No sex, please. Wina Merkel (być może po polsku powinno się przetłumaczyć jako Wina Tuska). Prywatnym samolotem na prywatną wyspę. Queer-Sex. Marihuana i play station. Planszówki, telewizja, wyspać się (Wschód).

Jak chomikuje Berlin? Piwo, chipsy, karma dla psów (Zachód). Tofu, soja, mieszkanie na poddaszu. Spandau (Szpandawa). Czerwone wino, krakersy serowe. Sushi & szampan. Olewam. Chomiki. Płaski ekran 70 cali. Wołowina z Kobo i Dom Perignon. Kondomy. Karty pamięci i orientalne klopsiki. Piwo, chipsy, karma dla psów (Wschód).

Berliner Zeitung, Pieniądze albo będę kichał…

Znalezione na Facebooku. Ula Ptak. Zdjęcie zrobione w metrze. Zakupy jakiejś syryjskiej współpasażerki.

Urzędy

Szkoła zamknięta. W Berlinie już trzy szkoły zamknięto. Ale może tylko dwie. Prasa podaje różne wersje.

Pracuję w ministerstwie. Na korytarzu przy wejściu ustawiono przenośny dezynfekator rąk. Ale nikt nie kontroluje, czy go używamy.

Ktoś z rodziny jest w szpitalu. Poszłam go odwiedzić. Ani lekarze i personel, ani pacjenci nie noszą masek. Dezynfekatory w każdym pokoju, ale tu też nikt nie kontroluje, czy się dezynfekuje ręce.

Odwołano Festiwal książki w Lipsku, berlińskie Targi Turystyczne i wycieczkę z Nowego Targu.

My

Jadę metrem. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna, widzę miodowego koloru płaszczyk, cienkie czarne rajstopy i gładkie czarne włosy. W pewnej chwili dziewczyna zaczyna kaszleć. Rzucam okiem na jej twarz. Być może azjatycka, ale może “tylko” ukraińska lub serbska. Patrzę na kobietę, która siedzi naprzeciwko. Uśmiechamy się do siebie. Smutno. No bo nawet jeśli to Chinka, nawet jeśli kaszle, bo jest chora, nawet jeśli właśnie nas zaraża, to co my możemy w tej sytuacji zrobić? Co w ogóle możemy my, ludzie, z tym zrobić?

Pancernik

Podobno tym razem to on, ale może zresztą nie on, wyprodukował wirusa. Mały pancernik. Zwierzę pod całkowitą ochroną. Mimo to łapie się go, zabija i zjada. Bo smaczny i bo wzmacnia potencję. Jeśli to naprawdę on, to jest to wręcz symboliczne. Nasza żarłoczność i nasz niepohamowany popęd seksualny jako przyczyna epidemii. Czy to Apokalipsa? Czy to wojna światów? W imieniu Natury, w imieniu Ziemi, pancernik rozpoczął z nami wojnę.  Aurora? Pancernik Potiomkin? Schleswig-Holstein?

Materiały źródłowe
wolnelektury.pl

Giovanni Boccaccio, Dekameron

Tłumaczył Edward Boyé

Zaczyna się księga Dekameron, w której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.

Prolog

Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, mające następnie wystąpić, zebrały się tutaj i gawędzą społem, pod przewodem Pampinei rozprawia się o tym, co każdemu najbardziej przypada do smaku.

Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie, i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tym samym, czym dla wędrowców stroma i spadzista góra, za którą skrywa się miła i piękna równina. Im trudniejsze było wejście i zejście, tym słodsze jest później odetchnienie.

Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnić bym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.

Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.