Odcinek 9

Mieczysław Bonisławski

Poniedziałek, 13 grudnia
Godz. 8:30
VIII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„W końcu przełamanie – P. dopuszcza do siebie wspomnienie o kluczowych zdarzeniach z ofiarą. Zdarzeniach ze sobą w roli głównej.
Walczy jednak dalej. Kreuje tajemniczą i fantastyczną scenerię. Z kim walczy: z samym sobą? ze mną?
NADAL NIE MOGĘ TEGO ROZGRYŹĆ. Przed kim ucieka od świata?
CHOLERA, TO JEST ZASADNICZA SPRAWA. CZY P. JEST SCHIZOFRENIKIEM? CZY OGARNĘŁA GO PARANOJA? CZY MA PO PROSTU ZBOCZONĄ, PATALOGICZNĄ SEKSULANOŚĆ – HOMOSEKSUALISTA, DO TEGO O SKŁONNOŚCI PEDOFILSKIEJ?
CO TU JEST PRZYCZYNĄ, CO SKUTKIEM? A CO ILUZJĄ, BŁĘDEM OBSERWACJI?
P. wpisuje swoje zachowania w scenariusz złego świata, paskudnego otoczenia, wstrętnej rzeczywistości. ALE TO JUŻ PRZERABIALIŚMY.
Dalej miota się między rolą Wojownika i outsidera.
O, I TO JEST ZNACZNIE CIEKAWSZE. DOTRZEĆ TUTAJ DO GŁĘBI… TO BĘDZIE COŚ! I NAGŁE PRZYSPIESZENIE.
Nie wiadomo dokładnie, czemu przypisać, jaką nadać rolę bardzo realistycznym wspomnieniom z miasta, ze szkoły, z autobusu? Czy to są przebitki z życia samego P., z przeszłości? Z teraźniejszości? I co miały by oznaczać? czy brać je dosłownie, czy symbolicznie?
O BOŻE! A JAK TO JEST FAKTYCZNIE ZAPIS TEJ ZBRODNI, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ? JEŻELI OKOLICZNOŚCI ZAMKNĘŁY TO, CO P. ZOBACZYŁ PRZED NIM SAMYM? I DOPIERO HIPNOZA POZWALA MU Z POWROTEM OTWORZYĆ TE WSPOMNIENIA PRZEDE MNĄ I PRZED SAMYM SOBĄ?
I CO WTEDY!?
NIE MOŻEMY TEGO POMINĄĆ!!
A może to są faktyczne obserwacje P., który od dawna bardzo dokładnie obserwuje swoją ofiarę?
ALE TO BY PRAKTYCZNIE PRZESĄDZAŁO CAŁĄ SPRAWĘ. TERAZ TRZEBA BY BYŁO TYLKO WZMOCNIĆ PROCES TAK, BY P. POCZYNIŁ OSTATNI KROK – ABY SIĘ PRZYZNAŁ.
Ewidentnie P. rozwija jeszcze jeden aspekt. Ten chłopiec, domniemana ofiara… Mężczyzna jest dla niego tym ratującym go Wojownikiem.
Ale czy można wywodzić z tego, że właściwą jest ocena samego P. jako tego, który odegrał jednak ostatecznie pozytywną rolę wobec ofiary, że oprócz czynów zbrodniczych, okazał chłopcu też tak potrzebne wsparcie, jakiego ofiara nie otrzymała od rodziny, szkoły i zawodowego psychologa?
P. opowiada tak, jakby te dwie postawy były nierozerwalnie ze sobą powiązane. Jakby jedno nie mogło zaistnieć bez drugiego.
Na studiach opowiadaliśmy sobie taki dowcip:
Czym się różni pedofil od nauczyciela? Pedofil naprawdę kocha dzieci!”

Środa, 15 grudnia
Godz. 8:30
IX SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM
„Znowu całkowita zmiana kierunku. Zupełnie inny temat, problematyka, pytania i osoby. Który to już raz? Co on jeszcze ma w swoim repertuarze? Co jeszcze wymyśli…?
Bardzo długa sekwencja wspomnień, opartych o postać Matki.
Mamy różne wariacje postaci Matki, wysnuwane na kanwie kolejnych zdarzeń, związanych ze sobą przyczynowo-skutkowo, w których Matka w zależności od wariacji (wersji) zachowuje się raz tak, a raz zupełnie inaczej.
Chyba nie należy tego interpretować całkiem realistycznie, ale jak?
Czy to są reminiscencje nawiązujące do zachowań i sytuacji Matki P.?
Czy to próba wytłumaczenia jej nagannej, patologicznej wobec niego postawy? Czy też P. jest próbuje rozliczyć się ze swoim nieudanym, nieszczęśliwym dzieciństwem?
Apogeum wspomnień związanych z Matką. CHOLERA, A TO CO?! – kuriozalna próba nadania sobie samemu roli Matki ofiary…. To już można interpretować naprawdę bardzo wielorako, z interpretacjami skrajnie przeciwstawnymi włącznie. Nawet nie wiem, jaką szkołę, jaką technikę interpretacji w ogóle zastosować…?
A już myślałam, że go mam. Wydawało mi się, że jestem o krok od zakończenia, od celu. To wyglądało tak, że jeszcze trochę go pocisnę i on się przyzna. Wszystko się wyjaśni.
A jesteśmy chyba znowu w punkcie wyjścia. Teorie o kompleksie matki, jakieś paranoje, deficyt miłości otrzymanej i tej, którą można oddać dalej, drugiej osobie.
I tylko żadnego punktu zaczepienia dla ewentualnych czynów zabronionych. Jak mam im z tego wywieść działania przestępcze, do cholery? Dwie marzycielki!
Niech się same męczą…
A P. znowu zasypuje mnie tymi szczegółami, mnóstwem danych. Skąd on to bierze? Dlaczego to jest takie realistyczne, wiarygodne, jakby to się rzeczywiście zdarzyło, a on przy tym był!?
Takie pospolite fakty, zwyczajne gesty, ruchy, rzeczy, które mogą się naprawdę każdemu przytrafić. Totalna przeciętność.
Fantazje bym rozgryzła, przypisała do jakiejś fobii, mechanizmu ucieczkowego, do jakiegoś patologicznego stanu, czy zachowania. Ale to? Tę zwyczajność, pospolitość? Przy takiej dokładności, szczegółowości, beznamiętności, jakby księgowy w zarękawkach wyliczał swoje słupki …
I znowu ta dwoistość, schizofreniczne światy wielokrotne. Kto tu jest Matką, a kto zagrażającym chłopcu złoczyńcą? Kto kogo i przed kim broni i tłumaczy?
Nie, mam tego dosyć!
Chyba już nic więcej z nim nie wskóram. To co mogłam zrobić, zrobiłam. Już się dalej nie da.
Może niech ktoś inny teraz spróbuje. Na podstawie tych materiałów, ze świeżym spojrzeniem… Z nowymi metodami i pomysłami na znalezienie prawdy, na rozwiązanie…?
Tak, ja już na tym zakończę.”

– Pięć… trzy… Obudziłeś się…
– Tak, widzę cię i słyszę. Czuję się świetnie. Tak świeżo. Jakbym przerzucił furmankę węgla.
– Proszę, co takiego?!
– Niewinna metafora. Przenośnia. Czy pani będzie teraz oburzać się na takie rzeczy? W takim razie zapytam tylko o to, czy moje sny wypadły należycie?
– Odpowiedź może brzmieć tak jak zwykle. Gdy tylko uda mi się opracować, będę mogła próbować oceniać…
– Czy może pani powiedzieć, że zbliżamy się do chwili, kiedy podda nas pani konfrontacji?
– Do czego, proszę?!
– Przecież to się nagrywa… Prokuratora zleciła… Czeka na to też milicja…
– Tak, faktycznie. Może czeka, rzeczywiście.
– To kiedy się z nimi spotkamy? Bo to jeszcze nie koniec, prawda?
– Może postarałabym się na te wszystkie twoje pytania odpowiedzieć pojutrze. Na dziś jednak wystarczy, wracasz na Łużycką, do celi.
– Drogi człowieku, ja czuję, że we mnie tkwi jeszcze wiele istotnych faktów do wyciągnięcia na światło dzienne. Jeszcze chcę to wydobywać i wam dawać. A musimy zdążyć przed spotkaniem z nimi. Rozumiesz mnie? Czy zgadzasz się ze mną?
– Przecież rozumiemy to! Nie martwmy się takimi rzeczami. Nie mamy o co!
– Nie będziemy musieli się o takie rzeczy martwić? Czy na pewno, drogi człowieku?
– Proszę, może czekają na ciebie? Zatem… zobaczylibyśmy się w piątek.

Piątek, 17 grudnia
zapowiada się mroźny, za to widny, słoneczny dzień
Niejako dla odprężenia, trochę sobie teraz poplotkujmy…
Piątek, na tydzień przed Wigilią wydaje się zupełnie zwyczajnym dniem. Za tydzień odpakujecie paczki spod choinki. Zastanawiacie się pewnie, czy najbliżsi rzeczywiście was znają, rozumieją wasze pragnienia? Co teraz kupują dla was, to co sprawi wam radość, da jakąś satysfakcję? Czy jak często to bywa, myślą bardziej o sobie i pakują właśnie to, o czym oni sami marzą od dzieciństwa, a czego dotąd nikt dla nich nie poświęcił, nie kupił, nie podarował?
Zatem dzień, jak co dzień. Może podczas tego zwyczajnego dnia, w niezwyczajnym okresie, porzucacie na moment swoje obowiązki i oddajecie się takiej właśnie, krótkotrwałej refleksji… Co jest w tej paczce przeznaczonej dla mnie, którą on / ona gdzieś dzisiaj owija arkuszem papieru? I nie starcza wam już czasu na zastanowienie się nad tym, o czym, równocześnie marzy dla samej siebie z kolei ta właśnie, najbliższa wam osoba. Bo akurat wzywa was praca. Wracacie więc z tej krótkiej podróży w głąb siebie, znowu odkładając na później odpowiedź na pytanie, o czym przez cały rok, bo od poprzedniej choinki marzy matka, mąż, wujek Kazik, córka (ta starsza, Tosia, która zaczyna właśnie swoje własne życie).
Matka. Córka. Syn…? Ale dość o tym, ja też wracam do pracy. Do mojej pracy. A żebym był wobec was tak zupełnie w porządku, to moja opowieść musi być ścisła i kompletna (wtedy dopiero wykonam swoją pracę rzetelnie). Dlatego, zanim dam wam jeszcze posłuchać, na powrót, naszej Psycholog i jej pana Olka, wpierw muszę opowiedzieć i o kilku, zupełnie innych wydarzeniach, o których wiem, a które miały miejsce w tym właśnie, kończącym się, tygodniu.
Od kilku dni zamknięta jest mała, prywatna pasmanteria w tym poniemieckim domku naprzeciwko bloku naftowców. Na rogu ulicy Gwardii Ludowej i Wiśniowej.
Właścicielka sklepiku przesiaduje całe dnie w holu gmachu przy Partyzantów. Nie może dostać się do pani prokurator, prowadzącej sprawę jej syna, Olka Chrenowicza. Musi z nią porozmawiać, chce ją osobiście przekonać, że matka powinna mieć w okresie świątecznym widzenie ze swoim, osadzonym w śledztwie, synem.
Jest prostą kobietą. Nie rozumie tego, że prokurator, choć też kobieta, też matka, to jednak nie może i nie przyjmie jej. Podpisana przez panią prokurator znacznie wcześniej decyzja, na którą czeka matka Olka, jest negatywna. Ta odpowiedź na kolejną, błagalną prośbę stroskanej kobiety, napisana na opieczętowanej kartce i umieszczona w niebieskiej kopercie, jest już w drodze do niej. Listonosz ma ją już od kilku godzin w torbie na listy. I innej odpowiedzi nie będzie. Zresztą pod egzemplarzem jednej z kopii tej decyzji, rzuconym niedbale na jedno z wielu biurek, jakie są w gmachu przy ulicy Partyzantów, leży jeszcze drugi dokument. Inny, ale powiązany, o przedłużeniu aresztu tymczasowego o kolejny miesiąc. Pod kilkoma liniami maszynopisu widnieje krótki, „zgrabny i zwarty” odręczny podpis tejże samej pani prokurator.
Prosta kobieta, prowadząca mały jednobranżowy sklepik nie jest w stanie zrozumieć, że o takie postanowienie, po raz kolejny osobiście poprosił panią prokurator sam Pułkownik, tutejszy zastępca komendanta do spraw Służby Bezpieczeństwa. Tym bardziej nie zrozumie, dlaczego Pułkownikowi zasugerował tę prośbę major Makarewicz, w ogóle nie związany z postępowaniem prokuratorskim przeciwko Olkowi. Powiedzmy sobie przy tym szczerze, że Major od dekady działa pod przykrywką na mieście i nie zajmuje się końcowymi etapami śledztw, poprzedzającymi już samo wydanie aktu oskarżenia. A jako człowiek, prywatnie, jest ojcem trojga drobiazgu, Januszka, Zbyszka i Tosi. Dlaczego więc ten rodzic występuje przeciwko drugiemu rodzicowi, choć jak się wydaje nie ma ku temu żadnych powodów?
Właścicielka pasmanterii, nieskuteczna w swej troskliwości Matka, wymienia też jeszcze kilka zdań z innym ojcem. Wojskowym, z którym przed laty połączyła ją typowo człowiecza namiętność. Ten niegdyś drogi jej człowiek, zanim cokolwiek wymyśli lub doradzi niknie, ucieka. Niestety połączenia telefoniczne mamy takie, jakie mamy, a Sulęcin, niewielkie garnizonowe miasteczko pośrodku lubuskich lasów, to nie Warszawa. Na międzymiastową z Sulęcinem czeka się czasem i pół dnia, a i nie zawsze z pożądanym skutkiem. Tym razem jest tak samo. Przerwanego połączenia już się nie da uzyskać. Problem z Olkiem nie zostaje do końca przekazany jego ojcu. I na razie nie wiadomo, czy on coś pomoże w tej sprawie?
Środa, 15 grudnia, to z kolei dzień urodzin zmarłej tragicznie we wrześniu wychowawczyni ze szkoły Januszka Makarewicza. Wyobraźcie sobie ten mroźny, środowy poranek na małym, zielonogórskim cmentarzu w podmiejskiej dzielnicy Jędrzychów. Nad świeżym jeszcze, żółtym od piachu pagórkiem kwatery Barczyńskiej stoi major Makarewicz, jego berliński kolega – filatelista, oficer STASI i przyjaciel majora z Warszawy, poruszający się po kraju czarną wołgą starego typu. Jego wóz parkuje nieopodal, w miejscu gdzie dawniej stały zabudowania stacyjne przystanku kolejowego Jędrzychów. Obok – szary wartburg na niemieckich numerach.
Makarewicz stoi naprzeciwko tych dwóch. Nogę opiera o piaszczystą mogiłę. Mówi ze spuszczoną głową, patrząc gdzieś w ziemię. Niemiec, ze wzrokiem nabożnie utkwionym w człowieku z Warszawy, tylko kiwa głową i potakuje. Z rzadka coś dodaje od siebie. „Duch”, trzeci z nich, rozmawia z majorem, kładzie na grobie wiązankę różowych goździków, rozmawia z Niemcem, odbiera od niego duży znicz. Zapala. Kładzie obok kwiatów.
Nazwisko Barczyńskiej pada bodaj trzy razy. Imię Olka tylko dwa razy. W międzyczasie rozmawiają o niedawnej katastrofie lotniczej pod Goleniowem, o zakończeniu operacji specjalnej, w której zginął szef polskiej bezpieki. Niemiec gratuluje „Duchowi” wylansowania plotek o tym, że Ociepka nie był lubiany w resorcie i jako człowiek z zewnątrz, i jako wtyczka Kani i krajan Gierka… Major zwraca uwagę na to, że „Pierwszy” wziął na to miejsce kolejnego człowieka z zewnątrz. „Duch” uspakaja, mówi że sytuacja jest pod kontrolą. Pyta Niemca, czy szczeciński odcinek granicy po ich stronie, ten na który nie dotarł wtedy zabity, jest już wyczyszczony? I żartując, żałuje straconego wówczas bankietu w „Kaskadzie”… Major smutno przyznaje, iż nieżyjący dygnitarz zaskarbił sobie ludzką wdzięczność wyłącznie tym, że ściągnął na trenera piłkarskiej kadry Górskiego… Niemiec nie rozumie o co Makarewiczowi chodzi. Wyciąga z teczki i wręcza „Duchowi” plik starych pocztówek z lat trzydziestych. Wymienia nazwy miejscowości „Schwiebus”, „Sorau”, „Sagan”, „Sprottau”… Pokazuje pisane drobnym maczkiem zdania na ich odwrocie, czyta po niemiecku, bardziej pikantne jego zdaniem fragmenty tych tekstów, z których zaraz obaj się śmieją. Makarewicz boczy się trochę na Niemca, bo chciałby znaczki a nie pocztówki. „Duch” ucisza go rubasznym, żołnierskich żartem.
Spotkanie nad grobem Barczyńskiej dobiega końca. Odchodzą w kierunku dawnej stacji kolejki szprotawskiej, ku swoim samochodom.
Niemiec po drodze dopytuje się jeszcze o Olka. Nie bardzo kojarzy to imię, dziwi się skąd się wzięło w tej sprawie, dla której tu się spotykają. Jednocześnie chwali wybór miejsca spotkania, mały, dawny cmentarzyk wiejski, niemal pośrodku lasu, mroźnym, oszronionym porankiem… Napomyka coś o tym, że tutaj odnajduje ducha dawnego miasta Grünberg, dusze swoich przodków, o których kazano mu zapomnieć. Zarzeka się przy tym od razu, że nie ma w tym ani śladu rewizjonizmu. Gdzieżby znowu! Ale teraz, po polskiej ekshumacji wszystkich Niemców z dawnego miejskiego cmentarza Zielonego Krzyża w centrum Zielonej Góry na tę podmiejską nekropolię, myśli, że im się tu leży dużo spokojniej. Te oszronione świerki zimą i zapach faulujących na wietrze pól i łąk wiosną… Wyobraża sobie jak w sierpniową niedzielę wstaje cały tłum duchów dawnych mieszkańców miasta Grünberg i w milczeniu, w lepkim od zapachu dojrzałych malin i borówek słońcu, przemieszcza się te kilkadziesiąt metrów z cmentarza, na miejsce dawnego przystanku kolejki szprotawskiej Heinersdorf. I jak korowód tych upiorów, wsiada jeden za drugim do widma trzech niedużych wagonów osobowych z otwartymi pomostami na obu końcach każdego z nich i ze świetlikami na dachu, ciągniętych przez widmo małego parowozu na trzech osiach i z trzema kominami. I ta mara pociągu wiezie ich znowu, po latach na jagody do Brunzelwaldauer Forst…
Jakby zupełnie zapominając o swoim poprzednim pytaniu, rozmarza się i nie pytany przez nikogo, przyznaje się do tego, że pamięta z dzieciństwa te wyprawy kleinbahnem na jagody z wujostwem i dziadkami, gdy przyjeżdżał, jako uczniak, do Grünberg na wakacje. Jak ganiał bo pagórkach Lasu Broniszowskiego w mundurku Deutsches Jungvolk (oczywiście zaciągnięty tam siłą, a do dziadków uciekał z obowiązkowych zajęć swojego szczepu…).
I tylko major wraca do pytania o Olka, gubiąc się jednak w wyjaśnieniach. „Duch” szybko ucina temat. Znowu pada przy tym po dwakroć imię Chrenowicza i ze trzy razy nazwisko miejscowego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Wytrykusa. Olkiem nikz już się więcej nie interesuje. Jest nic nie znaczącym pionkiem, przypadkowo zaplątanym w te historie. Ma do odegrania jakąś mało znaczącą, trzecioplanową rolę, jego obecność stanowi tylko tło dla innej, ważniejszej osobistości. Tło o tyle istotne, że niezbędne, aby tamten „ważny” ukazał się w całym swym blasku, aby uwypuklić w nim to, co ci trzej planują. Tłem jednak nikt się nie interesuje. Nikt, poza może niektórymi malarzami, abstrakcjonistami. Ale nawet im nie przychodzi do głowy, aby posądzać tło o jakąś psychologiczną głębię, jakiekolwiek ego. Te przymioty nawet malarz rezerwuje wyłącznie dla postaci pierwszoplanowych na obrazie. Tym bardziej przeżyć i przyszłości Olka, bezosobowego elementu tła nawet nie dostrzegają (nie mówiąc o ich roztrząsaniu) bohaterowie reprezentujący tu służby specjalne…
Nie pogubiliście się jeszcze w tym wszystkim? Bo, mówiąc szczerze, zrobiło się nieco chaotycznie. No, ale tym bardziej wracajmy na nasze miejsca na widowni. Zapytacie, czy ten tydzień przynosi jeszcze coś istotnego dla sprawy, której rozwój oglądamy i śledzimy? Odpowiedź brzmi: chyba już nie. Natomiast jak sami widzicie, Olek pozostaje ze swoimi problemami, póki co, sam. Zobaczcie zatem jak próbuje sobie z nimi radzić…

Piątek, nadal
godz. 9:30
Mężczyzna nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak komicznie wygląda, gdy wchodzi do tego ciepłego, urządzonego ze smakiem pomieszczenia i w tym swoim więziennym sfatygowanym drelichu, długimi krokami, sztywnym chodem przecinając na skos wolną przestrzeń, prosto od drzwi idzie w bok i siada na wyściełanym kolorowym fotelu. Mebel obszyty jest miękkim, mechacącym się materiałem w żywych barwach. Kształty ma opływowe, zachęca do przytulania się, do snucia ciepłych wspomnień lub dawania obietnic. Zaprasza do łagodnego zapadania się, a nie rzucania się niczym furman, mierzący workiem kartofli w okienko od piwnicy.
Kobieta w jaskrawoczerwonym golfie, ozdobionym grubymi warkoczami, z rozpuszczonymi na ramiona blond włosami patrzy na niego z nietajoną dezaprobatą. Dopiero teraz uświadamia sobie, co nie daje jej spokoju od wielu dni. Ten dysonans między jej wyobrażeniami a rzeczywistym obrazem mężczyzny.
Ma na sobie ten czerwony sweter i czarne dzwony z miękkiego sztruksu. Siada za biurkem.
– Dzisiaj nie będę cię usypiać. Najlepiej jeśli zakończylibyśmy już te nasze sesje.
– Czy sugerujesz, że nie osiągniemy postawionych nam celów? Naprawdę jestem przekonany…
Mężczyzna z wielkim poczuciem swobody wypełnia całym sobą wnętrze fotelowego siedziska. W charakterystyczny sposób rozciąga słowa, mówiąc z tą swoją manierą osoby pewnej swego, a znudzoną wątpliwościami rozmówcy. Człowieka, dla której wszelka dyskusja, to strata czasu, ale reaguje na nią nie agresją tylko lekceważeniem. Nie spogląda na kobietę, rozparty, z głową podniesioną, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w sufit. Można odnieść wrażenie, że nie przywiązuje najmniejszej wagi do wypowiadanych przez nich oboje zdań, że całą uwagę skupia na delektowaniu się tym wygodnym rozwalaniem się w fotelu.
– Nie, nie, uspokój się. Uspokój. Nie mamy żadnych powodów do obaw, co do naszych spotkań.
– Czy dobrze rozumiem: to ja nie mam żadnych powodów do obaw?
Postawa mężczyzny zaczyna być irytująca.
A kobietę też stać na jadowitość i zgryźliwość:
– Powiedziałam, żadnych…? No, jednak… Zatem przynajmniej w kwestii naszych seansów hipnotycznych. Są tak doskonałe! I dlatego uważam, że już je zakończymy. Wystarczy… – kończy, jednoznacznym gestem ręki każe mężczyźnie opuścić fotel i usiąść na krześle przy biurku.
– … wystarczy? Co według pani wystarczy? I czego ma nam wystarczyć? – mężczyzna nie rusza się ze swojego miejsca. Opuszcza tylko głowę. Nie spogląda już tępo w sufit, a ich oczy spotykają się.
– Ha, ha, ha, wystarczy tego co sobie przypomniałeś. Tego, co wydobyłeś na zewnątrz. Wystarczy twoich opowieści – ponawia swój gest, a wyraz jej twarzy powoduje, iż mężczyzna w końcu przestaje się zachowywać protekcjonalnie. Obraca się w jej stronę.
Kobieta milczy. Ponagla go do przejścia na krzesło. On ociąga się, ale ona jest nieprzejednana. I ta nieugiętość, nawet bez słów, a może właśnie szczególnie nieugiętość bez słów, powoduje, że mężczyzna energicznie, ze złością, wręcz impertynencko wstaje, wykonuje jeden sus i z rumorem zajmuje wskazane mu przez kobietę miejsce.
– Do czego pani wystarczy? – rzuca nieprzyjaźnie.
– I po co ten sarkazm? – w nagrodę za to, że był posłuszny, znowu się do niego odzywa.
Teraz siedzą naprzeciwko siebie, zupełnie blisko. Mogą zacząć przerzucać się słowami ponad blatem biurka.
– Nie rozumie pani, po co?
– Nie, sam sarkazm, chyba rozumiem. Chcę powiedzieć, że nikomu nie jest on tu potrzebny.
– Tu? Nikomu, czyli pani i mnie?
– Tak. Nam.
– Skoro nie planuje już pani więcej hipnozy, to co my tu sami będziemy robić? Czy nasze zadanie nie zostało już wykonane?
– Pozwól, że skończę… Pytasz, do czego mają wystarczyć twoje opowieści ze snów? A przecież chyba znasz swoją sytuację? Wiesz z kim się tu spotykasz? Tłumaczyłam ci już potrzebę tej hipnozy, sam wymyśliłeś, aby powtarzać ten pierwszy seans kolejne razy. Myślałam przez te wszystkie dni, że zrozumiałeś…?
– Tak, to prawda, pozwoliłem. Teraz powinniśmy jednak pójść dalej. Przecież są kolejne etapy, o których pani doskonale wie. Przygotowali panią do tego. A pani wpasowała się w ten ich system.
– Co ty chciałbyś przez to powiedzieć? – kobieta jest wyraźnie poruszona. Nie oczekuje jednak odpowiedzi, ani tym bardziej tego, aby mężczyzna jej się tłumaczył. Wysyła mu tylko czytelny sygnał, że przekracza granice. Jest opanowana, realizuje obowiązki.
– Uważam, że hipnozy już nic nowego nie wniosą, ale chcę znaleźć jeszcze odpowiedź na jedno, ważne pytanie. Ono mi się nasunęło po tej opowieści Matki…
– Matki? – mężczyzna śmieje się.
– Ach, śmiejesz się? Ze mnie, czy z Matki?
– Czy pokłonił się pani sam Freud, drogi człowieku?
– Ach, to stąd ten kpiący uśmieszek… Myśl co chcesz…
– Dobrze, myślę co chcę. – krótko ucina mężczyzna.
– …a ja ci puszczę nagrane fragmenty tego, co wczoraj powiedziałeś i …
On znowu jej przerywa, w przykry i sarkastyczny sposób.
– Czyli posłucham sobie tego, jak opowiadam kobietom różne historie przez sen…?
– Niezupełnie. Jednak sesja hipnotyczna to coś innego, niż zwyczajny sen… – odruchowo oponuje Psycholog, ale w mig się orientuje, że to nie ten czas i nie to audytorium, zarówno na jej naiwną sympatię jak i fachowe rozstrzygnięcia. – W każdym razie – puszczam nagranie – i szybko dodaje widząc grymas na jego twarzy – Zwróć uwagę: ja, pytam a ty próbujesz odpowiedzieć. Uwaga, zaczynam…
Olek Chrenowicz dopiero teraz zauważa na biurku mały magneton. Gdyby miał głębiej rozbudowany i bardziej intuicyjny stosunek do kobiet, zwróciłby zapewne uwagę na to, jak ten niewielki aparat wcina się w pękatą, czerwoną objętość jej piersi, przytłoczony wypukłością wełnianego swetra. Tej intuicji w swoim czasie nie zabrakło pewnemu Holendrowi, z tamtej strony żelaznej kurtyny podczas jej zagranicznej praktyki, na którą wysłali ją odpowiedni ludzie, powiązani z organami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
To wtedy i właśnie od niego dostała w prezencie to nieosiągalne jeszcze w Polsce urządzenie. Podarunek przyjęła tylko dlatego, że od razu, gdy tylko zobaczyła je na wystawie, wiedziała już, w jaki sposób ten magnetofon usprawni jej pracę, jaką sobie wybrała po studiach. Żaden szpital, czy oddział zamknięty, ale resort spraw wewnętrznych i wprawdzie nowatorskie, dopiero raczkujące w resorcie, ale tak ekscytujące, pobudzające krew w żyłach śledztwa, szukanie dowodów w meandrach osobowości zwyrodniałych zbrodniarzy. Grzebanie w otchłaniach morderczych umysłów, nagrywanie, a potem odtwarzanie nagranych wyznań. I długie, niekończące się analizy, profilowanie, odkrywanie równoległych światów w chorych psychikach. I wyciągane na światło dzienne – jako efekt prowadzonych badań i dokonanych odkryć – sensacyjne, niewiarygodne na pierwszy rzut oka, ciągi przyczyno-skutkowe, wielopiętrowe struktury motywacji i ulegania. Przedkładanie egzaltacji i doznań, namiętności i lęków ponad narzucane z zewnątrz, przez społeczeństwo i prawo, normy postępowania. Przekraczanie granic człowieczeństwa. Przesuwanie tych granic…

„Zabrała mi tę widokówkę, podła kobieta. Jedyny ślad łączący mnie z Reinhardem. Zabrała, niemal porwała z moich ramion Januszka, podła…”

Ciąg dalszy za tydzień

1 thought on “Odcinek 9”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.