Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa… 4

Roman Brodowski był chory i przez ostatnie dwa miesiące nie mógł przysłać nam następnego odcinka dramatycznej opowieści o deportacji Polaków na Syberię. Przypomnę tu, że opowieść o Lidzi Brodowskiej ukazała się TU, TU i TU, a przedtem jeszcze bohaterka tej opowieści jako stara kobieta pojawiła się we wpisie Cioteczka Lidzia. 

Roman Brodowski

Podróż do piekła

… Nagle poczuła czyjś ciepły, delikatny dotyk na obolałych od chłodu, plecach. To mateńka objęła ją i przytuliła do piersi, do tykającego głośno, rytmicznie serca, tak jak ptak który chowa pod siebie swoje wystraszone, znajdujące się w niebezpieczeństwie, pisklę.
Czas płynął powoli, kolejne ofiary znikały za otwartymi wrotami wagonu, a Lidzia, tak jak wcześniej jej przyjaciółka, z coraz większym niepokojem liczyła po cichu, jego zawartość. – Już dwadzieścia sześć osób – szepnęła do siebie. – Boże! Ojcze kochany! – modliła się w myślach – proszę Cię. Nie zostawiaj mnie. Nie pozwól aby nas rozdzielono. Nie opuszczaj nas. Matka, widząc przerażoną twarz córki, przytuliwszy ją jeszcze bardziej do siebie, zaczęła całować jej kruczo ciemne włosy. – Nie bój się kochanie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić – uspokajała ją. Pan Bóg… – nie dokończyła, bo właśnie stało się to, co chciała powiedzieć – Pan Bóg ich nie zostawił, wysłuchał.

– Bradowskij – usłyszały przeszywający powietrze nieprzyjemny głos wywołującego. Podniosły bagaże, ich cały dobytek, i podtrzymując słaniającego się na nogach Antka, ruszyły przed siebie. – Brodowskij – usłyszały ponownie, wyraźnie zniecierpliwiony głos żołnierza. Ludzie rozsuwali się, pomagając im wydostać się z tłumu. Powoli, przybliżali się do stołu, przy którym siedział „bóg tego systemu”, sprawdzający dokumenty oficer NKWD. Spojrzał na nie, potem do leżących przed nim akt, po czym nie spuszczając z nich wzroku zapytał o nazwisko. – Brodowscy – powiedziała matka – Helena, Lidia i Antoni Brodowscy – dodała, podając dokumenty tożsamości.
– Brodowski – mamrotał pod nosem enkawudzista, porównując treść dokumentów z tym co było zapisane w aktach. – Da, Bradowskij – powtórzył, kierując wzrok na wystraszone kobiety. – A tu stoi napisane – pokazał na akta – że daużno byt czetery czeławieka. – Jak to cztery – zdziwiła się matka. – Da, czetery. Mieczyslaw, Jelena, Lidia i An…toni. – wymienił, po imionach. – Mieczyslawa nieto – kontynuował – Gdzie wasz muż, Jeleno – zapytał zdenerwowany. – Mój mąż pracuje na kolei. Od wczoraj jest w pracy. Proszę sprawdzić – odpowiedziała matka. – To pomyłka, panie oficerze, to musi być pomyłka. Sam pan widzi, że męża nie ma – starała się wyjaśnić. – Małczać – wrzasnął oficer, po czym kiwnął palcem na siedzącego obok niego cywila. Ten przysunąwszy się do niego, otworzył leżący przed nim notatnik, następnie czytając po rosyjku zawartą w nim treść, tłumaczył coś niezrozumiale. Oficer kiwał głową, spoglądając to na cywila, to na matkę, to w akta. Zapanowała cisza, po której enkawudzista jak w letargu zaczął „rzucać gromy” w kierunku czekających na wyrok kobiet. – Wasz muż – zaczął – to bandyta. On pamagal partyzanom. On ubieżal. Kakda soldaty pajechali wczera wieczieram na jewo rabotu, okazałoś, czto jewo tam usze niet. No my najdziom nie tolko waszewo muza, tolko wsjech banditow. Tak czto wy nie piereżywajtie. My ransze ili pozrze jewo wam dostawim. Paka zanimajtie miesta w pierwom klasie etowo priekrasnowo pojezda – wskazał wagon, wrzucając do stojącej obok stołu skrzynki ich dokumenty tożsamości.

Odebrały „prowiant” i wsiadły do wagonu, które przez wiele dni miał być dla nich namiastką domu, więzienia i… kostnicy. Dopiero po przekroczeniu tej granicy, która oddzielała świat zewnętrzny, od zamkniętej przestrzeni wagonu, Lidzia uświadomiła sobie dramat swojego położenia. W końcu mogła zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć wnętrze tej „Jonaszowej Ryby”, odkryć tajemnice, jakie w sobie zawierała. To co zobaczyła, nie napawało optymizmem. Na bocznych ścianach wisiały pozbijane z desek, wiszące na łańcuchach, wzmocnione od podłogi aż po sufit, prycze. Na każdej z nich znajdowały się po trzy lub cztery miejsca do spania, i siedzenia zarazem. Prycze te usytuowane były na trzech wysokościach. Na górne poziomy można było wejść po zbitych z desek, prowizorycznych drabinach. Najniższy poziom znajdował się około sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu centymetrów nad podłogą, a przestrzeń ta spełniała rolę przechowalni bagażu. Na pryczach leżały cienkie materace ze słomy pokrytej materiałem jak na worki.

W lewym rogu, w podłodze, zamontowano coś w rodzaju grubej rury, wychodzącej bezpośrednio na zewnątrz i zakończonej szeroką deską z wyciętym otworem. Rura ta służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Otwór zakrywał dekiel, przypominający pokrywkę do kotła. Były dwie takie rury. Oddzielały je grube, brunatne kotary. Miejsce to, było zarówno ubikacją jak i łazienką. Po przeciwnej stronie wagonu stał pojemnik na wodę – wielka, wydłużona beczka, z wbudowanym w dolnej części kurkiem. Ale wodę można było też czerpać bezpośrednio z pojemnika, korzystając z kilku aluminiowych kubków, przytwierdzonych na długich łańcuszkach.

Pośrodku wagonu, ustawiono na metalowej płycie piec, zwany potocznie „kozą” – gruba, żeliwna rura na nogach, w której paliło się węglem lub drewnem. W dolnej części znajdował się pojemnik na popiół, powyżej palenisko, a na wierzchu płyta, którą odsuwało się, aby uzupełnić opał. Długa rura odprowadzała spaliny na zewnątrz. Tu można było przygotowywać ciepłe posiłki.

Jedynymi oknami na świat były cztery niewielkie otwory wycięte w górnej części bocznych ścian, zabezpieczone kratami z drutu kolczastego. Pomimo tak przerażającego widoku, Lidzię ogarnęła wielka radość. Cała jej rodzina, jako jedna z ostatnich dostała się do tego wagonu, w którym czekały na nich miejsca zarezerwowane przez rodzinę Bigockich. Wiedziała, że już nie jest sama, że mimo nieszczęścia jakiego w tym momencie doświadczają ich rodziny, wspólnie dadzą sobie radę.

Drogi czytelniku witryny ewamaria2013,
kolejny rozdział, dotyczący dramatycznych losów Lidzi oraz jej najbliższych, w ich pierwszej fazie wygnania – czyli podróż do syberyjskich łagrów, ukaże się latem przyszłego roku w książce pod tym samym tytułem, pod jakim ukazywały się tu fragmenty I rozdziału. O terminie promocji poinformuję.
Autor

Z sadów pradziadka do powstania warszawskiego 8

Andrzej Rejman

Ostatnie dni Powstania Warszawskiego

Wrócę jeszcze do tamtych czasów, choć znam je tylko z opowiadań i rodzinnych materiałów archiwalnych.
W przededniu kapitulacji powstańców na Żoliborzu – 29 września 1944 – poległ na Placu Henkla – Antoni Baniewicz, ps. “Wilczyński”. Pisałem już tu o nim, ale jeszcze do niego wrócę.
Antoni Baniewicz przyjaźnił się z Kazikiem Hrebnickim (rocznik 1922), który został rozstrzelany pod Skierniewicami półtora miesiąca wcześniej.

Jeden z tekstów Matki Antoniego – Saliny Baniewicz poświęcony jest Kazikowi Hrebnickiemu

BIAŁY KRZYŻ

Kazikowi Hrebnickiemu- zamordowanemu 18.VIII.1944 r.

Z dala od stolicy, pod Skierniewicami,
Gdzie słania się pole ciężkimi kłosami,
Gdzie złocą się zboża szerokie zagony,
Gdzie czasem odpocznie wędrowiec znużony
Pod gałęziami przydrożnych krzaków,
Gdzie ciszę zamąca jedynie chór ptaków,

Gdzie zapach rumianku się mocny unosi,-
tam znad akacji ramiona swe wznosi
samotny, wysoki, drewniany krzyż biały,
z daleka w słońcu lśniący się cały;
a wieczorami cień jego długi
rzuca na drogę liliowe smugi.

Wskazują one, że to ziemia ta święta
Wchłonęła tutaj polskie orlęta.
Tu barbarzyńsko krew młodą przelano:
Bezbronnych powstańców zamordowano-
Dwóch bohaterów, których szlak krwawy
Prowadził z murów płonącej Warszawy.

Jednego z nich zidentyfikowano,
Drugiego natomiast – nie rozpoznano.
I matka może do dzisiaj czeka
Powrotu syna.. a czas ucieka…
Już nie zobaczy swojego dziecka,
Bo je zabiła kula zdradziecka.

A ty Kaziku, szlachetny, czysty,
Coś umiłował kraj swój ojczysty
Ponad naukę, nad młodość swą jasną,
Nad ukochaną rodzinę własną,-
Nie zawahałeś się w najlepszej wierze
Życie swe złożyć w ofierze.

Kaziku drogi, chłopcze serdeczny,
Za wcześnie cię spokój ogarnął wieczny.
Zbolała matka płacze w żałobie
I niknie w oczach z żalu po Tobie
A tu tymczasem krzyż biały strzeże
Miejsca, gdzie padli nasi żołnierze.

(Salina Baniewicz, Warszawa, 1949 r.)

Obie matki łączyło wspomnienie poległych synów.
Salina Baniewicz przekazała wszystkie swoje teksty w maszynopisie – Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci.

 1_Kazik_Hrebnicki_ok_1927Kazik Hrebnicki koło r. 1927

2._Kazik_Hrebnicki_z_siostra_Julcia_Orawka_ok_1927Kazik Hrebnicki z siostrą Julcią, koło r. 1927

kazik-skierniewiceKazik na wakacjach w Raju / miejsce śmierci Kazimierza Hrebnickiego, Skierniewice (także na zdjęciu poniżej)

5._w_glebi_miejsce_smierci_Kazimierza_Hrebnickiego_Skier

***

Inny, zawsze aktualny wiersz Saliny Baniewicz:

DLACZEGO?

Dlaczego tak trudno jest ludziom dogodzić?
Dlaczego nie zawsze radość dziecka cieszy
i zamiast zły humor uśmierzać, łagodzić –
niektórych drażni, denerwuje, śmieszy.

Dlaczego rodzice różnie rozumieją
szczęście dorosłej córki, czy syna
i szczęścia tego cenić nie umieją;
dlaczego wszystko nudzić ich zaczyna?

I dlaczego jeszcze – nieraz błahe sprawy
rosną niepotrzebnie do wielkich rozmiarów?
Dlaczego z niewinnej na pozór zabawy
wybucha płomień ogromnych pożarów?

Dlaczego tak krwawo dziś słońce zachodzi?
Dlaczego tak szybko mijają zachwyty?
Stłumiony bunt – dlaczego w apatię przechodzi,
w której żal drzemie, głęboko ukryty.

Daleczego człowieka upadla cierpienie?
Dlaczego nad życiem, jak jastrząb, krąży
niespodziewanie, nagłe przeznaczenie?
Dlaczego kropla wody twardy kamień drąży?

Dlaczego w niewoli myśl czynu się rodzi,
a zapał uszlachetnia, wzmacnia i jednoczy;
dlaczego jednak ta zgoda odchodzi,
gdy kraj za wolność już krwią nie broczy?

Dlaczego tych, którzy w walce polegli,
z serc bratnich usuwa pamięć krótkotrwała?
Dlaczego w pośpiechu rodacy nie spostrzegli,
iż mogiła powstańców zdeptana została?

Umarłej wiary, bohaterstwa, poświęcenia –
samotne matki może jeszcze strzegą,
lecz i one odejdą w otchłań nieistnienia…
Czas świętą przeszłość pogrzebie… Dlaczego?

1950 r.

c.d.n. wiersze Saliny Baniewicz będę jeszcze publikował, bo są niezwykłe i wciąż aktualne.

Die kleine große Welt (17)

Monika Wrzosek-Müller

Warszawa – Warschau, Impressionen

Sie war in die Stadt ihrer Jugend gereist, mit Freunden und Sohn; ohne bestimmte Absichten, ohne Hintergedanken. Das erste Mal seit langem, oder war das überhaupt das erste Mal, als Touristin, ohne an tausende Sachen, die es erledigen gab, denken zu müssen, ohne sich mit den „daheim Gebliebenen“ beschäftigen zu müssen. Nicht einmal ihre Warschauer Freunde hatte sie benachrichtigt, sie wollte sich die Zeit für sich selbst und ihre Mitreisenden nehmen. Es waren auch nur drei Tage, die sie zur Verfügung hatten.

Ihre Stadt erlebte sie diesmal aus einer ganz anderen Perspektive und war sichtlich erstaunt, wie lebendig, gewachsen, sauber und menschenfreundlich sie geworden war. Abgesehen von den tropischen Temperaturen und einer Trockenheit, die die halbe Weichsel hatte verschwinden lassen, aber doch ein stetes Bemühen sichtbar machte, die Parks und Grünanlagen im Schuss zu halten, abgesehen auch von der gesperrten Brücke der Łazienki-Trasse, wegen der der Verkehr auf die andere Seite der Weichsel lahm gelegt war, war die sommerliche Zeit wunderbar, um die Stadt zu durchwandern und zu besichtigen. Die Warschauer selbst waren eher in Ferien, die große Sommerpause lag ausgebreitet über der Stadt, es gab weniger Verkehr, in den Parks sah man fast nur ältere Leute, kaum Studenten auf den Hauptstraßen Krakauer Vorstadt und Neue Welt; doch sicher viele Touristen, Unmengen von jungen Leuten in heiterer Sommerstimmung, die den Darbietungen verschiedener Akrobaten, Musiker und Theatergruppen aufmerksam folgten, auch viele Gruppen von Ausflüglern aus Israel, Deutschland, Italien und anderswoher. Man hörte vor allem Englisch aus allen Richtungen, in allen Varianten, Niveaus und mit unterschiedlichsten Akzenten und doch natürlich Polnisch, und sie hörte ab und zu ihren Sohn ihre Sprache sprechen und war sehr davon berührt.

Sie wohnten im Mittelpunkt der Bewegung der Menschenmassen, nämlich in der Altstadt. Nie hätte sie gedacht, dass sie da mal wohnen würde, dass man da überhaupt wohnen kann; doch im dritten Stock, in dem schönen, geräumigen und gut eingerichteten Appartement, war es erstaunlich ruhig. Sie durchstreiften die Stadt vor allem zu Fuß und dank der hervorragenden Lage ihres Domizils, konnten sie überall schnell hinkommen, manchmal nahmen sie auch eine Tram und einmal erlebten sie dort eine der zwei Warschauer Fixierungen, der zwei kleinen, ungefährlichen Manien, wie sie sie für sich so nannte und die ihr während des kurzen Aufenthalts aufgefallen waren. Im letzten Moment, als die Tram schon am Fahren war, sprangen vier jugendliche Musiker auf, die im Stil der Warschauer Aufständischen von 1944 angezogen waren, mit weiß-roten Armbinden, Hosenträgern, Schiebermützen und übergroßen, alten Klamotten, und die Lieder aus der Zeit sangen. Es waren sehr einfache, im Marschtempo gesungene Lieder, die damals zur Erheiterung und zum Ansporn, große Taten zu vollbringen, oder auch am Leben zu erhalten, was es zu erhalten gab, gesungen wurden. Wenn die jungen Aufständischen oft in ausweglosen Situation waren, halfen ihnen die Lieder, einen Faden des Optimismus zu spinnen. Sie kannte sie alle von ihrem Vater und konnte sie mitsingen; er hatte sie sein Leben lang, auch in schwierigen Situationen, immer wieder gesungen: „Pałacyk Michla“ [Das Schlösschen von Michler], „Serce w plecaku“ [Das Herz im Rucksack], „Rozszumiały się wierzby płaczące“ [Es rauschten die Trauerweiden] „Hej chłopcy bagnet na broń“ [Also Jungs, Bajonett präsentieren], „Pieśń szarych szeregów“ [Der Song der Grauen Reihen] und viele andere mehr. Mit manchen verband sie die Erinnerung an sie als kleines Kind während der Ausflüge in den Wald, ans Meer oder in die Berge, wo sie diese Lieder alle zusammen marschierend gesungen haben; eine Nostalgie und Melancholie bemächtigte sich ihrer; sie sang: „Ein Soldat marschierte seinen Weg, hat sich eines Herzchens angenommen, er steckte es in den Rucksack und marschierte weiter.“ oder „ Das Schlösschen von Michler, Zytnia, Wola, das alles verteidigen die Jungs von ‘Parasol’ [Schirm], obwohl sie nur Pistolen gegen den Tiger haben – das sind doch Warschauer Jungs…“ ganz im Marschtempo, mit dem großen Optimismus, den man sich einreden musste, sollte und wollte. Eine ältere Frau wandte sich an sie; so toll würden die jungen Leute heutzutage singen, bravo, bravissimo, besser als die herumlaufenden Zigeuner, noch mehr: sie hatte Tränen in den Augen. Die Gruppe bekam gutes Geld und stieg zufrieden mit Schwung aus dem Straßenbahnwagen aus. Noch eine ähnliche Gruppe und noch eine andere haben sie dann auf ihrem Weg zur Altstadt an diesem einen Tag auf diese Art spielen und singen gehört. Überhaupt war der Warschauer Aufstand in der Stadt omnipräsent, abgesehen von dem schönen, umstrittenen Museum des Warschauer Aufstandes, in dessen Archiv ihr Vater seine Erinnerungen deponiert hat, an den vielen Denkmälern und Erinnerungstafeln stolperte man auch in Warschau über die Stolpersteine; natürlich dachte sie, das historische Ereignis wurde so lange verschwiegen, also musste jetzt umso heftiger daran erinnert werden. Doch manchmal hatte sie so ihre Zweifel, wem und wozu das alles diente und diese Überpräsenz der Erinnerungsorte machte sie unsicher. Doch sie freute sich immer, dass ihr Vater noch zu Lebzeiten endlich Anerkennung und Beachtung für sein leidvolles Leben gefunden hatte.

Die zweite Manie betraf Chopin. Sie gingen ganz bewusst zum sonntäglichen Konzert an seinem Denkmal in Łazienki-Park; das ist eine sehr schöne, alte Warschauer Tradition. Es spielten meistens die Teilnehmer des Chopinwettbewerbes. Jung und Alt, hunderte von Menschen hörten sich Jahr für Jahr diese Musik an, die älteren saßen auf den Stühlen und Bänken, die jüngeren lagen im Grass, wie es sich gehört. Wir mussten leider zu den jüngeren zählen, denn es gab keine Sitzplätze mehr. Trotzdem war das Hören dieser sehr polnischen Musik in der besonderen Umgebung ein großes Erlebnis und alle vier waren wir sehr davon berührt und angetan. Sie beobachtete das Publikum; es gab junge Frauen mit kleinen Kindern, die ganz still auf dem Boden lagen, auch junge Väter mit Kindern, die sich meistens weniger ruhig verhielten, weniger präsent waren ganze Familien; die jungen Leute waren alle sehr lässig, eher sportlich angezogen. Es gab aber ältere Damen, sehr aufgemacht; in Hüten, in Sonnenhüten mit Blumen und Kokarden und ohne, mit bunten Tüchern, über die Schulter oder am Hals, mit kleinen Sonnenschirmen, mit kleinen Täschchen oder größeren Körben, weniger Herren in heller Sommerkleidung. Das gefiel ihr ausgesprochen gut; ins Staunen geriet sie aber erst später, auf der Krakauer Vorstadt, wo sich eine Frau auf eine der schönen Bänke setzte und, siehe da, Chopin-Musik erklang, und es stellte sich heraus, dass aus allen diesen schönen Bänken Chopin erklang, sobald man sich glücklich oder unglücklich hinsetzte. Sie war mit Chopin aufgewachsen, die Mutter zwang sie immer wieder zum Chopinwettbewerb zu gehen oder die Vorausscheidungen im Fernsehen oder Radio zu verfolgen. Sie selbst hatte unzählige CDs mit seiner Musik und hörte sie sehr oft und gerne, aber wurde die Musik des Künstlers nicht überstrapaziert mit dieser Omnipräsenz, einer nicht immer gewollten? Es hingen auch überall Erinnerungstafeln, wie lange und wo sich Chopin aufgehalten hatte. Angesichts der Tatsache, dass er eigentlich schon mit 21 Jahren, nach dem Novemberaufstand von 1831, ins Ausland gegangen war und fast sein ganzes erwachsenes Leben in Frankreich verbracht hatte, schien ihr diese Überpräsenz in Warschau etwas lächerlich und künstlich, aber auch rührend.

Des Weiteren besichtigten sie alle möglichen Museen und Gebäude, Galerien und Parks und auch natürlich; was für sie vor 20 Jahren noch gar nicht so natürlich gewesen wäre, den 31. Stock im Kulturpalast von Warschau – demselben ungeheuerlichen Palast, den sie früher immer gemieden, ausgelacht und manchmal auch gehasst hatte, als Symbol der fremden Macht, die sich ihrer Stadt, ihres Landes bemächtigt hatte – wo man das alles noch mal von oben sehen konnte, wo sie unten gewesen waren und staunten über die solide Inneneinrichtung des Palastes, die der vergangenen Zeit trotzte und glänzte und doch irgendwie imponierte.

17 września 1939

Wpis numer 1000!

Tomasz Fetzki

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne. Ten, którego za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstał w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

I taki był pierwotny plan. Zmienił się ze względu na jubileusz tysiącwpisu i na kilka innych okoliczności, o które mniejsza… Ale obiecuję, będzie krótko.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarza mi się w różnych okolicznościach, bardziej lub mniej profesjonalnych, popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj ma historię w nosie. Nie o to idzie, że zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, bo nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!, jak?!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wciąż jestem na początku drogi, jednak wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża tę rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, o ileż dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy, zwłaszcza na okoliczność ostatnich i najbliższych wyborów, śpiewają ochoczo po kościołach Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, naprawiajcie je, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, nie wydacie z siebie nawet jęku. A ona może przyjść, wszak Fortuna dicitur caeca, ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowego Soso.

Tak by się chciało im powiedzieć, ale po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj.

Zmarli z cmentarza w Starym Czarnowie

Ewa Maria Slaska

czarnowo (4)Cmentarz Wojenny Żołnierzy Niemieckich w Glinnej – od 2009 r. zwany Niemieckim Cmentarzem Wojennym w Starym Czarnowie. Jeden z 13 zbiorczych cmentarzy wojennych w Polsce gdzie pochowani są żołnierze niemieccy, którzy zginęli podczas działań wojennych na terenie naszego kraju.

Dalej i więcej

Byliśmy tam 5 września, my czyli grupa z Berlina ze Stowarzyszenia Städtepartner Stettin oraz mieszkańcy Szczecina. Naszym przewodnikiem był Michał Rembas, który już tu u nas występował na blogu.

czarnowo (1)Michał twierdzi, że na terenie dzisiejszej Polski poległo około pół miliona żołnierzy niemieckich. Chowano ich w rowach, lasach, wykopach, ogrodach… Teraz powoli przenosi się ich szczątki do grobów i na cmentarze. W Glinnej czyli Starym Czarnowie jest w tej chwili ok 20 tysięcy pochówków, oczywiście wszystkie po ekshumacji. Zmarli są wymienieni na tablicach zbiorczych, nie ma tabliczek indywidualnych jakie znamy nawet z innych cmentarzy wojennych.

czarnowo (6)Co mnie uderzyło, to masa polskich imion i nazwisk. Max Wessollowski, Ignatz Palczykowski już mają zniemczone imiona i nazwiska, ale Wladislaus Paczynski wydaje się mimo zniemczenia Polakiem. A Konrad von Jutrzenka? 19 lat. Biedny Konrad.

czarnowo (9)

Z sadów Pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 6

Andrzej Rejman

Jeszcze o Powstaniu Warszawskim

Antoni_Baniewiczna fot. Antoni Baniewicz

O Powstaniu mógłbym pisać jeszcze długo, ale kończy się sierpień, miesiąc powstańczy, i mimo, iż Powstanie trwało jeszcze do października, wypada zakończyć ten cykl właśnie teraz.
Można i trzeba napisać tym razem o Antonim Baniewiczu, który zginął ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu, na Placu Henkla.
Po jego śmierci – matka, Salina ze Stachowskich Baniewiczowa, napisała do swego syna dziesiątki wzruszających wierszy, przesyconych niewypowiedzianym smutkiem, cierpieniem i rezygnacją.
Kilka z nich przytaczam:

W OSAMOTNIENIU

Nie widzisz synku, jak w blasku księżyca
Lśni bladą poświata warszawska ulica
Jak gwiazdy się złocą na ciemnym niebie
I nie wiesz jedyny, jak brak jest Ciebie.

Zawsze i wszędzie, bo nawet we śnie
Twą nieobecność odczuwam boleśnie;
Lecz w chwilach ekstazy – krótkimi błyskami
Przesuwa się przeszłość przed mymi oczami;

To uśmiech Twój młody w oddali zabłyśnie,
Umarłą radością na ustach zawiśnie;
To wzrok Twój wnikliwie zajrzy do duszy
I jasnym spojrzeniem cierpienia rozprószy;

To niespodziewany ruch Twojej reki
wskaże skąd płyną akordów dźwięki…
I głos Twój usłyszę w znajomej piosence…
I serce zapłonie w niemej podzięce…

A potem raptownie świadomość powraca
I drogi Twój obraz we mgle sie zatraca,
I słowo Twe ginie w złowrogim milczeniu,
I znowu trwam dalej w osamotnieniu.

Warszawa, 1951 r.

ŻYCIE

Życie, jak akord – dopóki dźwięczy,
Dopóty śpiewa o pięknie,
Dopóki się skrzypek grając nie zmęczy
Dopóki struna nie pęknie.

Życie, jak okręt burzami miotany,
Ogromnym płomieniem właśnie,
Po chwili małą iskierka z oddali
Żarząc się – nagle zgaśnie.

W ogniu tym płoną młodzieńcze wierzenia,
Wysiłki, porywy, nadzieje,
A potem popioły ludzkiego istnienia
Czas po cmentarzach rozwieje.

Życie przemija, jak obłok w lazurach
Gnany przeznaczeń wiatrami,
Aż się zupełnie rozpłynie w chmurach,
Lub deszczem zapłacze czasami.

Życie przemija, jak wonny kwiat róży
Zerwany dla czyjejś swawoli;
Następnie, rzucony do brudnej kałuży,
Zdeptany – umiera powoli.

Życie przemija, jak sen niespokojny,
Jak myśl rannego żołnierza,
Chociaż on ginie w pogromie wojny,
Lecz dalej walczyć zamierza.

Życie przemija wśród majaczenia
Pospolitego człowieka,
Który przed wizja krwawego wspomnienia
W panicznym strachu ucieka;

Który za złudnym szczęściem w pogoni
Gnie się, jak trzcina wiotka;
Którego żaden wróg nie dogoni
I żaden przyjaciel nie spotka.

Warszawa, 1950 r.

TY I JA

Było nas tylko dwoje:
Ja i ty
Nas omotały zwoje
Krwawych dni.

Nam nie oszczędziły losy
Mgieł i burz
I naszych ofiar stosy
Spłonęły już.

Wzdłuż naszej drogi legły
Ślady kul,
A naszej doli strzegły
Rozpacz i ból.

Rozwiały się synku, Twoje
Wiośniane sny…
Było nas tylko dwoje
Ja i ty.

Wsłuchując się w dziwne dźwięki
Dalekich ech,
Słyszę w nich ciche jęki
i głośny śmiech

Słyszę w nich szał powstania
Szyderstwa zgrzyt,
I krzyk, gdy śmierć pochłania
Zwycięstwa mit.

Po Tobie biedne moje
Serce łka…
Było nas tylko dwoje:
Ty i ja.

Warszawa, 1/VIII/1949

CHCIAŁABYM…

Jak kropelka przejrzysta, przez ocean wchłonięta –
Rozpłynęło się twoje odbicie,
Bo o Tobie Syneczku już nikt nie pamięta,
Nawet ta, którąś kochał nad życie.

Tylko serce moje, chore, sterane,
Samotne – tęskni i boli,
Jedynie w nim są skoncentrowane
Wspomnienia o twojej doli.

Niedługo już syneczku, imię Twoje jasne
Będzie się błąkać po świecie
Gdyż wkrótce zapewne i ja wreszcie zasnę,
A czas szybko w nicość nas zmiecie.

Kirem żałobnym twa młodość okryta,
W krwi bohaterskiej skąpana,
W szaleńczej walce o wolność zabita,
Zniknęła, jak fata morgana.

Chciałabym jednak, by po wielu latach
Z tych smutnych wierszy właśnie,
Obraz Twój się wynurzył w purpurze i kwiatach,
Jak piękne, cudowne baśnie.

Byś znowu na ziemię wówczas powrócił,
Zamieszkał w rodaków westchnieniu,
I żebyś to, coś w boju porzucił –
Odzyskał w ich polskim sumieniu.

Warszawa,1949 r.
________________________________________________________________
Salina Baniewicz (ze Stachowskich), matka Antoniego Baniewicza, który walczył i zginął na Żoliborzu ostatniego dnia Powstania Warszawskiego.
Zmarła w 1976 r., pochowana na Powązkach.
Salina Baniewicz mieszkała przed wojną na Żoliborzu, po wojnie w budynku narożnym na skrzyżowaniu ulic Jana Pawła II i Al. Solidarności.
Wszystkie zapiski, listy i dokumenty znalazły się po jej śmierci w Archiwum Państwowym Miasta St.Warszawy pod sygn. 345/72/1670/0 Zbiór Saliny Baniewicz 1948-1976.

Pierwsze kopie maszynopisu swoich wierszy oraz pierwsze wydanie wydanej tuż po wojnie krótkiej broszurki poświęconej poległemu synowi, Salina Baniewicz przekazała Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci, z którą łączyła ją przyjaźń jeszcze sprzed okupacji.

ANTONI Adam B A N I E W I C Z (1923-1944)
(pseud. WILCZYŃSKI), jedyny syn Juliusza i Saliny ze Stachowskich, urodził się 11 listopada 1923 roku.

Od wczesnego dzieciństwa rósł i uczył się w Warszawie, na Żoliborzu.

Po ukończeniu prywatnej szkoły powszechnej sióstr Zmartwychwstanek, był wychowankiem Gimnazjum im. ks. J. Poniatowskiego.

Wakacje, spędzane przeważnie w górach (obóz „Beskid” YMCA), lub nad Wigrami, zapoznawały go z pięknem przyrody polskiej, wzmacniały fizycznie, doskonaliły w sporcie pływania.

Wojna zastała go we wrześniu 1939 roku jeszcze jako 15-letniego ucznia z promocją do klasy IV.
Lata okupacji to okres bezustannej, nerwowej, ofiarnej pracy konspiracyjnej, której poświęcał dużo energii i czasu, jednocześnie kształcąc się na kompletach, zorganizowanych przez profesorów gimnazjum na Żoliborzu (IV klasa, a potem dwie licealne).

Wiara w słuszność i świętość sprawy, wielkie umiłowanie umęczonego kraju, wreszcie chęć zemsty za pomordowanych przyjaciół – dodawały mu sił i odwagi. Jakże często idąc na spotkanie śmierci, słyszał życzliwe przestrogi wiernych mu towarzyszy, żeby był ostrożniejszy, żeby tak bardzo nie narażał życia swego.

W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ukryć nikogo ani nic schować, uczył się, przygotowując się do egzaminów w podchorążówce.

Powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się tamże komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji.

Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11), pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka.

Mijały długie, straszne lata niewoli i zwyrodniałego barbarzyństwa hitlerowskiego, wchłaniając najpiękniejszą młodość, najszlachetniejsze porywy, siejąc śmierć, zniszczenie i zagładę. Podczas masowych łapanek, tortur, egzekucji pałało bezsilną żądzą odwetu biedne serce Antosia.
Pierwsze wystrzały powstańcze 1 sierpnia 1944r. zastają go z plecakiem na ramionach, gotowego nieść swe młode życie w ofierze.

Z początku kwaterą jego jest tzw. ‘FENIX’ na placu Wilsona, potem – dolny Żoliborz (ul. Promyka), skąd po kilku tygodniach krwawych walk i wypadów, po zbombardowaniu i zrównaniu z ziemią tej dzielnicy, pluton jego zostaje przeniesiony w okolice O.P.L.-a.
Szerzy się epidemia czerwonki. Ciężko chory, w gorączce – przychodzi do domu, mając zwolnienie lekarza wojskowego na 6 dni… lecz po dwóch dniach wraca do towarzyszy broni, chwiejąc się i zataczając z osłabienia.
Głodny, spragniony, wyczerpany – potrzebuje snu i wytchnienia. Zmęczone oczy beznadziejnie śledzą krążące nisko samoloty. Dłonie bezradnie ściskają karabin i granaty – przerażająco małe, niepotrzebne zabawki wobec rozrywających się dookoła bomb i pocisków ogromnych.
W pobliżu płonie dom, na wpół już zburzony, a w nim nieszczęśliwa matka, prawie nieprzytomna z rozpaczy i trwogi o swego jedynaka, wzywa go i błogosławi. Lecz on nie odejdzie stąd, on wytrwa tu do końca.

Otoczona murem ziejących ogniem czołgów, wśród gradu kul, wśród ogłuszającego huku dział morza płomieni, walczy jeszcze garstka powstańców.

Żeby umożliwić odwrót i ocalenie znajdującym się w klasztorze rozbitkom, dwaj chłopcy („Wilczyński” i „Ernest”), w opuszczonym przy placu Henkla okopie usiłują powstrzymać to ostatnie natarcie. Lecz na ratunek im nikt już nie spieszy i nikt nie widzi męczarni ich konania…
Złączeni bezgranicznym poświęceniem, odwagą, braterstwem przelanej razem krwi, porzuceni, samotni, nie pogrzebani, leżą cicho i spokojnie obok siebie, nie zrywając się do boju na odgłos wroga, nie doznając upokorzenia z powodu strasznej klęski, nie czując już krzywd żadnych, ani bólu…

Tak poległ w przededniu kapitulacji Żoliborza 29 września 1944r., dwudziestoletni Antek BANIEWICZ – „Wilczyński”, nazywany „Promykiem Plutonu”.
I otuliła go w jednej ze zbiorowych mogił ta smutna, szara ziemia żoliborska, po której biegał, będąc małym dzieckiem, którą kochał, którą napoił swoja serdeczną krwią, w obronie której zginął…

Ekshumacja w jesieni 1946 r. przerzuca go już po raz ostatni – na kwaterę „Żywiciela” na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Salina Baniewicz
(fragment broszury wydanej prywatnie przez matkę Powstańca w 1948 roku)

Grob_Baniewiczow_na_Powazkach_w_Warszawie_fot_lata_60teGrób rodziny Baniewiczów
i Stachowskich na warszawskich Powązkach (fotografia wykonana jeszcze przed śmiercią Saliny Baniewicz)

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – cz 5.

Andrzej Rejman

Jeszcze jeden dokument z tamtych czasów –

Przyjaciółki – łączniczki przysypane gruzem podczas bombardowania na początku września 1944 ulicy Miodowej 23 (szpital powstańczy) – rozdzielone i ewakuowane – jedna do szpitala w willi “Gloria” w Milanówku (“Elżbieta”), druga (“Rysia”) do szpitalika w willi “Zalesie”.

Oryginalny_list_Rysi_Lutostanskiej_do_Julii_Hrebnickiej_List “Rysi” (Marii Lutostańskiej) do “Elżbiety” (Julci Doktorowicz-Hrebnickiej) –
4 października 1944

Kochana Elżbieto!

Jestem w Milanówku, w willi Zalesie. Warunki ogromnie prymitywne. Ze szpitala wolskiego nic mi nie dali poza kocem, leżę więc na sienniku bez poduszki, na ziemi. Lekarstw tu żadnych nie ma. Wzdycham więc do wygód szpitala wolskiego. Siostry tylko są tu uprzejmiejsze. Zdrowie moje bez widocznych zmian. Temp. do 38 st. a czasem nawet jak wczoraj – 39. Bardzo jestem ciekawa jak Ty się czujesz, chciałabym do Ciebie się dostać. Czy to jest możliwe? Czy możesz zrobić coś w tym względzie? Mila została jeszcze w Warszawie. Cały dzień kręci się między chorymi.

Całuję Cię serdecznie.

Rysia.

4.X.44

***
Obie przeżyły wojnę.

Julia Hrebnicka (“Elżbieta”) – wróciła przez Opoczno i Kraków do Warszawy i podjęła po wojnie pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, gdzie zajmowała się badaniami pyłków roślin w pokładach węgla brunatnego.

Jakie były powojenne losy “Rysi” nie wiem. Może ktoś wie?

http://www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Maria_Penno

Warszawa_ok_1946_stoi_Julia_HrebnickaJulia Doktorowicz-Hrebnicka już z protezą stopy – w zrujnowanej Warszawie – około 1946 roku, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946