Dwugłos o poglądach i przekonaniach

Adam Rejman

Żołnierz na piątkę…

Egzaminowałem kiedyś pod koniec lat chyba osiemdziesiątych uczestników kursu, który kończył się otrzymaniem przez nich dyplomu robotnika wykwalifikowanego i mistrza sadownika.  Cóż to byli za ludzie. Prokuratorzy, redaktorzy, milicjanci. Wszyscy jako wykształcenie podawali podstawowe i przedkładali stosowne świadectwa. Jak dość szybko ustaliłem, większość nie
zamierzała zostać sadownikami a stosowny dyplom był im potrzebny w jednym celu. Umożliwiał zakup jakiegoś kawałka gruntu, na którym mogli postawić dom.

Gdy jeden z moich kursantów podszedł do mojego stanowiska egzaminacyjnego, od razu zwróciłem na niego uwagę. Bo o ile nawet zdarzało się że ktoś z egzaminowanych czasem był trochę spięty czy nawet zdenerwowany, to ten cały się trząsł. I  bardzo mnie to irytowało, że ci starsi przeważnie ludzie, w wieku moich rodziców tak się denerwują i to być może nawet na mój widok. A ten nie przestawał  się trząść, nawet gdy kazałem mu usiąść. Właściwie to on zaczął ten egzamin słowami, że “jest bandytą z WiN-u”… I  kontynuował: “Kiedy zostałem aresztowany, to pierwsze tygodnie wyglądały tak:  w nocy bili a kiedy słabli od tego bicia, to się zmieniali. A w dzień szkolenie polityczne.  A ja byłem
przecież tylko szeregowcem i do WiN-u wstąpiłem po to, żeby walczyć o Polskę. A jaka ta Polska miała być i jaki program mieli dowódcy, to ja, prosty chłop,  nie wiedziałem”.  I  kontynuował swój monolog, który przypominał raczej przesłuchanie niż egzamin, z tym że ja żadnych pytań nie zadawałem. W  końcu dowiedziałem się że chce spełnić swoje marzenie i zakupić jakiś kawałek gruntu po to, żeby móc tam postawić dom. A stało się to możliwe dopiero niedawno, bo dopiero od niedawna takim przestępcom jak on,
wolno jest kupić działkę. Nie bardzo wiedziałem, o co mam go spytać, żeby jakoś mógł ten egzamin zdać. W końcu, chyba z wrażenia, nie spytałem go o nic. Jak pamiętam, powiedziałem mu że jestem synem żołnierza Września i stawiam mu… piątkę. Inna rzecz, że ja, wzorem pewnego asystenta z mojego wydziału ogrodniczego, wszystkim zawsze stawiałem piątkę.

Nie przypuszczałem wtedy, że i ja dożyję czasów, kiedy żołnierzom wyklętym będziemy stawiać nie tylko piątki.

Wiktor Ostrowski (ps. wojenny Kuszel)

EMS: Był dowódcą baonu w Celkowie, należącym do tzw. „Obroży”, czyli pasa jednostek Armii Krajowej zgrupowanych wokół Warszawy, prowadził samodzielne akcje bojowe i organizował kursy podziemnej szkoły podchorążych w Zielonce. Myślę więc, że wie, jak to było, gdy pisze:

Dobrze sobie wyobraża dzisiejszy publicysta czy polityk, taki który w latach 1939-41 nie był w Warszawie i jej okolicach, nabór ludzi do oddziałów ruchu oporu. Myśli sobie, że chłopak mógł wybierać, przeglądać prognozy i zapoznawać się z ludźmi, wybierać jak książki w księgarni – i, kiedy zdecydował się już na daną grupę i porównał się z własnym programem ideologicznym, wówczas zgłaszał się, zaprzysięgał i stawał w szeregi SWZ, czy NSZ, czy GL, BCh, PAL-u, PN-Jutro, RPPS… żeby tak rozumować, trzeba być całkowicie nieświadomym naszego okupacyjnego życia.

To było inaczej. Chłopak – nawet rdzenny warszawiak – był całkowicie zagubiony. Grupki dobierały się spośród znajomych, kolegów szkolnych, kolegów z pracy, ugrupowań sportowych. Bo nie politycznych. Te ugrupowania – jeżeli nie zostały rozbite – weszły głęboko w podziemie i bez należytych kontaktów nie można się było do nich dostać.

A więc spotyka się wreszcie dwóch znajomych chłopaków. „Czy jesteś gdzie?” „Nie.” „Bój się Boga, dlaczego?” „Nie mogę się z nikim odpowiednim zetknąć.” „Chodź ze mną, ja mam taaakiego dowódcę.” Koniec. Zgłasza się do dowódcy „piątki”, zostaje tam wprowadzony, zaprzysiężony i już jest żołnierzem. Polski Walczącej. Ani on, ani jego dowódca nie wiedzą naprawdę, do jakiej organizacji należą. Armia Podziemna. Koniec.

Sto lat i trzy dni

Zbigniew Milewicz

Z nieba na ziemię

Kolejna, okrągła rocznica. BMW, samochodowy potentat, ikona monachijskich filistrów, nazywanych spießer i symbol bawarskiego dobrobytu, obchodzi sto lat. Jako datę urodzin koncern przyjmuje 7 marca 1916 r., a za swoich założycieli uznaje Gustava Otto i Karla Rappa, którzy w Monachium na początku XX wieku, niezależnie od siebie, rozpoczęli działalność gospodarczą w dziedzinie lotnictwa. Logo firmy, niezmienione do dziś – stylizowany krąg śmigła w bawarskich barwach – przypomina o jej lotniczych korzeniach.

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1909 r., na pokazach lotniczych w Kolonii. Wśród publiczności znajdował się przemysłowiec Gustav Otto, syn wynalazcy czterosuwowego silnika o wewnętrznym spalaniu. Był tak zafascynowany możliwościami maszyn latających, że po pokazach niezwłocznie pojechał do Francji, gdzie kupił trzy samoloty jednopłatowe typu Blèriot oraz licencję na ich produkcję na terenie Niemiec (dokładnie trzydzieści lat później Luftwaffe zrzuciła pierwsze bomby na Warszawę). W 1910 r., jako jeden z pierwszych, otrzymał niemiecką licencję lotniczą, z nr 34 oraz założył szkółkę lotniczą i fabrykę, którą nazwano Gustav Otto Flugmaschinenfabrik. Mieściła się ona na wschód od poligonu wojskowego Oberwiesenfeld, przy Lerchenauerstrasse 76, gdzie dziś znajduje się fabryka BMW i centrala koncernu.

Początkowo produkowano tu samoloty treningowe i zwiadowcze; weszły one w skład wyposażenia Bawarskiego Korpusu Lotniczego, a kiedy rozpoczęła się Wielka Wojna, posłano je na front. Ponieważ nie sprawdziły się, zakład przerzucił się na produkcję dwupłatowców oraz innych konstrukcji, które okazały się w boju równie mało skuteczne. Ministerstwo Wojskowe Prus zrezygnowało więc z dalszych zamówień i firma podupadła. Wtedy zainteresowało się nią konsorcjum złożone z MAN AG oraz kilku banków, kupiło zakład i założyło nową spółkę, Bayerische Flugzeugwerke AG.

Inżynier Karl Rapp rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem później, w październiku 1913 r., kiedy to wspólnie z drugim udziałowcem – był nim Julius Auspitzer – zajęli się w Monachium produkcją silników do samolotów. Rapp Motorenwerke GmbH mieściły się w kilku drewnianych budynkach obok Oberwiesenfeld, a więc w sąsiedztwie firmy Otto, gdzie wcześniej funkcjonował zakład o identycznym profilu. Kiedy niecały rok później wybuchła wojna, fabryka stała się zakładem zbrojeniowym, produkującym silniki lotnicze na potrzeby pruskich sił powietrznych. Nie miały one dobrej renomy, były problemy z tłumieniem drgań i czasem pękały, więc Ministerstwo Wojskowe Prus zerwało umowę. Próby poprawienia konstrukcji spełzły na niczym i pewnie Rapp wcześniej wypadłby z rynku, gdyby nie otrzymał licencji na budowę 12- cylindrowych silników, zaprojektowanych przez Austro-Daimlera, których odbiorcą był resort wojskowy rządu Austro-Węgier, a także Bawaria. Główny wykonawca nie był w stanie sprostać wszystkim zamówieniom i Rapp dostał swoją szansę. Osobą nadzorującą budowę konstrukcji ze strony Austro-Daimlera był Franz Josef Popp, wiedeńczyk, specjalnie oddelegowany w tym celu do Monachium.

Wikipedia, za którą przytaczam te wszystkie szczegóły, poświęca mu sporo miejsca, całkiem zasłużenie. Popp przekonał bowiem Rappa, aby zatrudnił u siebie Maxa Fritza, młodego projektanta i inżyniera silników lotniczych z Daimlera, któremu w ciągu kilku tygodni udało się zaprojektować nareszcie udaną konstrukcję z innowacyjnym gaźnikiem i ta postawiła firmę na nogi. Rapp, skompromitowany jako inżynier, opuścił zakład, nazwa zmieniła się na Bayerische Motorenwerke GmbH i Popp został ich dyrektorem. Był on zdolnym menadżerem i rynkowym graczem. Podczas, gdy Max Fritz zajmował się projektowaniem, Popp pełnił kluczową funkcję przewodniczącego zarządu, aż do przejścia na emeryturę w 1942 r. Za jego rządów firma przeszła gruntowną rekonstrukcję, rozwinęła skrzydła, choć wzlotom towarzyszyły i upadki.

Po kapitulacji Niemiec w I wojnie światowej alianci na mocy Traktatu Wersalskiego zabronili m.in. budowy samolotów i silników lotniczych. Na krótko zamknięto fabrykę, po czym ruszyła produkcja silników dla łodzi, samochodów osobowych, ciężarówek i motocykli. Drugim ruchem, rokującym jej perspektywicznie większe bezpieczeństwo finansowe, była dziesięcioletnia umowa licencyjna na produkcję zespołów montażowych hamulców z berlińską firmą Knorr-Bremse AG. Interes okazał się trafiony, ale doraźnie zbyt mało dochodowy dla głównego udziałowca BMW, którym był ziomek i dobry znajomy Poppa, Włoch z pochodzenia, Camillo Castiglioni. Spontanicznie przyjął on więc ofertę prezesa Knorra i w sierpniu 1920 r. sprzedał mu wszystkie swoje udziały. BMW było teraz własnością producenta hamulców.

O przetrwanie walczył również dawny zakład G. Otto, Bayerische Flugzeugwerke AG, który z samolotów przerzucił się na produkcję mebli i zabudów kuchennych, a nieco później – motocykli własnej konstrukcji. Nazywały się Flink i Helios. Jesienią 1921 r. austriacki przemysłowiec – finansista Castiglioni oficjalnie zgłosił ofertę kupna BFW. Większość akcjonariuszy wyraziła na nią zgodę, tylko MAN (Maschinenfabrik Augsburg -Nürnberg), najstarsza spółka na niemieckiej giełdzie, której silniki diesla napędzały okręty wojenne, zachowała swoje udziały. Popp, dyskretnie wspierający Castiglioniego w planach całkowitego przejęcia fabryki, z czasem przekonał jednak prezesa MAN, żeby ją sprzedał, bo rzekomo nie była warta funta kłaków. Wiosną 1922 r. austriacki finansista stał się więc właścicielem zakładu, który wkrótce miał otrzymać logo BMW.

Pod egidą Knorr-Bremse BMW rozwijało się całkiem dobrze. W 1921 r. załoga liczyła już 1800 pracowników, firma posiadała szkołę zakładową, ale była zależna od Berlina i budowa silników lotniczych nie wchodziła w rachubę. Nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie Castiglioni, który w maju 1922 r. złożył prezesowi Knorra kuszącą ofertę: 75 milionów marek niemieckich za drobiazg właściwie, za odsprzedanie mało znaczącego wydziału silników i odlewni aluminium, razem z prawem do marki i logo BMW. Zadeklarował, że zamierza na własną rękę założyć fabrykę silników i prosi o rysunki, patenty i maszyny potrzebne do ich produkcji. Zażyczył sobie także, aby przeszło do niego kilka kluczowych postaci, w tym główny konstruktor Max Fritz i przewodniczący zarządu Franz Josef Popp. Berlin chętnie przystał na tę propozycję. Tym sposobem spełniło się marzenie Poppa o scaleniu obydwu zakładów pod jednym szyldem i odzyskaniu niezależności. Reszta dawnego BMW pozostała własnością Knorra, pod nową nazwą Südbremse AG.

Większościowy udziałowiec BMW, Castiglioni, po staremu zainteresowany był przede wszystkim robieniem szybkich pieniędzy. Kiedy dowiedział się, że Czechosłowacja rozbudowuje siły powietrzne i poszukuje odpowiednich silników lotniczych, wynegocjował z Pragą korzystne warunki i zawarł kontrakt na dostawę konstrukcji BMW III a i BMW IV, który pomyślnie funkcjonował ponad 10 lat, niestety zyski lądowały tylko w kieszeni właściciela. BMW rzekomo nic na tym nie zarobiło. Nie Czesi jednak tylko Rosjanie byli wówczas najpoważniejszym klientem. Interesy z państwem bolszewików zapewniły przedsiębiorstwu solidny byt w ogólnie chudych dla Niemiec latach dwudziestych. Na dostawach silników dla Armii Czerwonej Castiglioni dobrze zarabiał, kasując wysokie, maklerskie honoraria od każdej dostarczonej sztuki. Po pięciu lukratywnych latach ktoś życzliwy powiadomił Deutsche Bank, że finansista gra nieuczciwie, gdyż prowadzi fikcyjne spółki, na których konta wpływają prowizje od Rosjan. Bank sprawdził tę informację, okazała się prawdziwa. Aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, Castiglioni wpłacił pokaźną sumę miliona marek na konto BMW, ale stracił miejsce w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa i zmuszony był pozbyć się reszty udziałów. Jego era w BMW się zakończyła, pozostała natomiast urażona duma Rosjan, którzy dowiedzieli się o przekrętach Austriaka. Za dziesięcioprocentowe prowizje, jakie od nich ściągał pod szyldem fikcyjnych spółek, BMW zrewanżowało się darmową licencją na silniki BMW VI, masowo później montowane w bombowcach Tupolewa TB-1.

Pierwszy motocykl BMW, legendarny R 32, zaprezentowany został publiczności na targach motoryzacyjnych w Berlinie jesienią 1923 r. Był on dziełem Maxa Fritza i jego asystenta Martina Stolle. Na szkic R 32 uzdolniony projektant Fritz potrzebował tylko pięciu tygodni. Jesienią 1928 r. BMW przejęło Fabrykę Samochodów w Eisenach i rozpoczęło karierę, jako producent osobowych pojazdów dwuśladowych, z czego jest dziś najbardziej znane. W Eisenach powstawał mały Dixi i początkowo kontynuowano jego produkcję. W marcu 1929 r. powstał pierwszy, seryjny samochód z biało-niebieskim logo, BMW 3/15 PS DA 2, zbudowany podobnie, jak Dixi na licencji brytyjskiego Austina Seven, a trzy lata później, już w Monachium, pierwszy, „prawdziwy“ boarisch, BMW 3/20 PS AM 1 / Automobilkonstruktion München Nr 1.

Na cały stuletni życiorys tej firmy, nawet w wielkim skrócie, brakuje tu miejsca. Kto ciekaw, łatwo znajdzie informacje w sieci, więc wspomnę na zakończenie tylko o jednym, może mało znanym fakcie z czasu II wojny światowej, któremu Wikipedia poświęca zaledwie cztery, lakoniczne zdania. Priorytetem dla całej gospodarki niemieckiej była wówczas oczywiście produkcja zbrojeniowa. W BMW powstawały ciężkie motocykle z doczepianym „koszem“, model R 12 i R 75 oraz terenowy samochód BMW 325, ale główne zadanie polegało na opracowaniu i produkcji różnego rodzaju silników dla Luftwaffe, do 1945 r. wyprodukowano ich ponad 30.000. Najważniejszym był podwójny silnik gwiazdowy BMW 801, osiągający moc do 1467 KW. Realizując zlecenia hitlerowskiego reżimu od połowy 1941 roku, zatrudniano także obcokrajowców, aby zaspokoić braki siły roboczej i podtrzymać produkcję. Do 1944 roku pracowali wszędzie, ogólnie stanowiąc 40 do 50% załogi BMW, która w tym czasie wynosiła 50.000 osób. Posiadali status albo więźnia albo pracownika przymusowego. Dla przykładu do wykonywania silników lotniczych wykorzystywano prawie wyłącznie robotników przymusowych, którzy byli zakwaterowani w obozie zewnętrznym Allach, znanym także jako osiedle Ludwigsfeld, obozu koncentracyjnego Dachau.

Tyle Wikipedia. Brak informacji, ilu więźniów i robotników przymusowych straciło w Allachu życie, szacuje się, że tysiące. BMW nigdy po ludzku nie pochyliło się nad tymi ofiarami, nie powiedziało choćby przepraszam, ale ponoć okazało hojność w programie niemieckich, powojennych odszkodowań. Zatem z czystym sumieniem może świętować okrągły jubileusz. Prosit!

Przedwiośnie 1940-1944

Andrzej Rejman

Z dziennika babci

Na apel, aby pisać o wiośnie… Znalazłem kilka przedwiosennych wpisów mojej babci. Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1889-1975) opisuje wojnę w swoim małym dzienniku (pisownia oryginalna)

fot_1_Stanislaw_Hrebnicki_z_zona_Malgorzata_w_domu_przy_

fot_2_Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_1939_01_notes

Autorka z mężem ok r. 1939

Jeden z notesów, w którym autorka zapisywała swój dziennik

1940

22/I
Mróz wciąż trwa. Do -15st codziennie. Śniegu moc, jeszcze tyle nie pamiętam w Warszawie a ponieważ prawie nie oczyszczają ulic, więc jest prześlicznie i tylko na Marszałkowskiej śnieg nieco przybrudzony, na naszej ulicy przeczyście-biały. Jeżdżą sanki z dzwoneczkami. Z żywnością trudno, chleb tylko na kartki, w sklepach ani mąki, ani kasz, dużo słodyczy, ale kto by na to patrzył, kawy zbożowej, octu i wina. Co będzie?
23/I
Śnieg sypie i sypie, na ulicach zaspy, gdzieniegdzie tylko oczyszczone dróżki. Na Rakowieckiej skrzypce grają „Wojenko, wojenko”! a śnieg sypie i sypie, cicho, bezszelestnie. Ludzie pędzą z plecakami, torbami, sankami.
„Ostry wiatr utworzył miejscami metrowe wydmy i zaspy. Trzeba się przez nie z trudem przedzierać, brnąc po kolana w sypkim, białym puchu.” (z gazety)
25/I
Prześliczny szron! I cisza. Śniegu olbrzymie wały na ulicach. Nawet na Riwierze fala mrozów -5st.
Kazikowi* w klinice zdjęli opatrunek, uszy przyjęły wygląd normalny, są małe i przylgnięte do głowy, a były przecież tak grube, jak kołduny. Dostał zaświadczenie Komitetu Opieki Społecznej, że pracuje w charakterze gońca. Oprócz tego dostał od ciotki Elżuni 4 kawałki cukru.
27/I
Pocieplało. -5st. R.
30/I
Znowu -13st mrozu, a w południe 0st. W niedzielę była Janka z synem. Przyjmowaliśmy herbatą i mlekiem z cukrem, sucharkami…
Dziś święto Hitlera.
31/I
Brr! Jak zimno! A w mieszkaniu u nas gorąco do nieprzyzwoitości. Koło 20st.R.
Luty
1/II
Dochodzi do -18st.
3/II
Zapisałam się do spółdzielni spożywców, bo inaczej pozdychamy z głodu. Udział 25 zł.
4/II
Święty Antoni Padewski,
Obywatelu Niebieski,
Niech się święci chwała Twoja
Niech się znajdzie zguba moja.
I znalazła się portmonetka, pozostawiona w sklepie spółdzielczym! Pamiątka z Orawki, darowana Kazikowi, którą on tak chciał mieć.
Bardzo cienki obiad dziś mieliśmy – barszcz na skórkach wieprzowych i galaretka Oetkera. Poszliśmy ze Stasiem do Jasiów, tam jedliśmy kanapki z kiełbasą, ogórkiem z serem i jajkiem i kugel kartoflany. Dali nam pół kg masła i 1 kg słoniny, pieniądze oddamy, jak będziemy mieli.
5/II
Zimno -10st., marzną nogi i ręce w kolejce po mleko. Na Rakowieckiej skrzypek gra „Białe róże”. Cicho. Prószy śnieg. Kiedy drzewa wypuszczą pączki zielone i okryją się białemi kwiatkami? Czyż bywa latem taki upał, że człowiek rad by goły chodzić i nic nie jadł, tylko pił? Nie do uwierzenia!
Mleko się zwarzyło.
6/II
Julcia zdała dyplom. Julcia** – inżynier! Obiad był na 3 potrawy. Niestety na pierwsze kapusta, ale na drugie ozorki (konserwy) z kartoflami i galaretka pomarańczowa. Piliśmy przy tem miód, przyniesiony na tę fetę przez Tyszkiewicza***
7/II
Górski wydał dziś mleko tylko dla małych dzieci. Staś i Kazik kichają i kaszlają. Na Rakowieckiej wiszą sople lodowe metrowej długości.
8/II
Po trzygodzinnym staniu w kolejce dostałyśmy z Julcią 5 buteleczek.
10/II
Po znacznem ociepleniu -2st. znów wytnęły mrozy -14st., -17st.
Zbyszek Czarnocki jest chory beznadziejnie na zapalenie opon mózgowych. Już 3-ci tydzień. A leczyli go od tyfusu!
11/II
Dziś w nocy Zbyszek umarł.
14/II
Pocieszmy się, że nie mamy mięsa!
„Spożywanie mięsa skraca życie”. „Wół nie jada mięsa, dlatego jest silny”. „Lwy jedzą mięso i dlatego siedzą w klatkach”. (z gazety)
Trochę pocieplało, dziś -7st. Sypie śnieg. Robiłam pierożki z cebuli smażonej na tranie. Cebula zabija zupełnie zapach tranu.
16/II
Znowu -15st.
Na wsi świnia podobno kosztuje 2000 zł. A człowiek? Nic.
Ale już w południe kapie z dachu.
18/II
„W polityce niema sympatii, nie ma sentymentu, nie ma współczucia, był i jest zawsze tylko interes”. Byłam u Mickiewiczówny. +5st. w pokoju, przeważnie leży ubrana w łóżku nad próżnią, bo mieszkanie na dole rozbite zupełnie. Z podłogi idzie straszny ziąb. …
21/II -18st. mrozu!
22/II
-8st., ale nie wydaje się bardzo ciepło. Julcia zaczęła pracować w Instytucie fermentacyjnym od 8-ej do 2-giej, a od 3-ciej do 6-tej w fabryce Pakulskich! Kazik otrzymał depozyt: 2 kg cukru, 2 kg mąki, kg herbaty, 1 kg mydła za 14 złotych!
26/II
Miało się ku odwilży, 0st., a tu znów spadek temperatury – 10st. Udręka z tymi mrozami.
W niedzielę (28-go) byliśmy ze Stasiem u Marii Żankiewiczowej. Przyjmowała nas bardzo serdecznie, nakarmiła schabem wspaniałym, odstąpiła kilo słoniny. Był piekielny wicher, a trzeba było dość daleko iść od tramwaju po zlodowaciałej skorupie.
Był Tyszkiewicz. Zaproponował nam szynkę, którą zostawił na Pradze u swojej matki. Więc pojechaliśmy ze Stasiem i wzięliśmy. Szyneczka bardzo ładna, porznęliśmy na kawałki i zasoliliśmy…

1941

13.I.
Zima śnieżna. Dziś 12 stopni mrozu, ale słonecznie i szron. Cudownie. Ale biedni ludzie znów marzną bez opału. U nas ciepło. Mają od nas przenieść biuro. … Przypominam sobie, jak rok temu wróciliśmy z włóczęgi, jak każda najmniejsza rzecz miała bezcenna wartość, jak się cieszyłam oglądając nasz dobytek. Każdy przedmiot był jakby na nowo darowany, szczególnie rozmaite pamiątkowe drobiazgi radowały oko. A teraz…. żyje sie z dnia na dzień, co dziś twoje, jutro może być odebrane lub zniszczone, te wszystkie miłe i drogie sercu rzeczy zbierane przez 20 lat, w otoczeniu których rosły nasze dzieci, rzeczy z którymi wiąże się tyle wspomnień, a dziś twoje i nie twoje. Trudno mówi się, Wojna!
14.I.
Sypie śnieg. Wszystko się otula, jak watą, tramwaje chodzą miękko. Cisza przerywana śpiewem żołnierzy niemieckich, terkocą wystrzały.
22.I.
Mieliśmy na obiad kurę! (8zł.). Kazik zrobił półkę na swoje książki. Wczoraj byliśmy z Julcią u p. Herbstowej.
3.II.
Byłam z Papciólkiem na rynku, kupiliśmy 1 kg słoniny.
9.II.
Papciólko od kilku dni grypuje. Temperatura nieduża, ale się trzyma. Był doktór z ubezpieczalni, przepisał proszki, miksturę, płukanie (gargarisma), pastylki odkażeniowe.
W całej Warszawie nie można dostać mapki Afryki. Jeździłam wczoraj do miasta. Przecudownie w Alejach Ujazdowskich. Niewielki mrozik, duże zwały śniegu, szron na drzewach, dużo słońca i lazurowe niebo. Upiekłam pierog bez soli, a pierniki miętowe tak piekące, że jeść nie można. Wszystkiemu winna mapa afrykańska. Dobrze, że nie małpa. Z rana szczepiliśmy dzieci i ja tyfus.
…
14.II.
Wczoraj byliśmy ja, Sasza, nasz Kazik i Michałek Mroczkiewicz na Bielanach. Do cioci Misi też zabiegłam, a raczej dojechałam, bo wszędzie lód i ślizgota straszna. Dziś Sasza wyjechała do Anina, bo tam wszyscy chorzy i jej spragnieni. Pojechała razem z Julcią.
Teraz mapa Afryki pokazała się w Warszawie, ale pieniędzy nie ma. Papciólko otrzymał dziś deputat miesięczny- 10 dkg cukru, bochenek chleba, 1\2 mąki, 1\4 kaszy, 2 jaja. Kupiliśmy dziś kurę od Piotrowskiej na kredyt (9 zł), ale pewnie była zdechnięta, bo miała wątrobę wielkości cielęcej (16 dkg), więc nie wiem jak na nas podziała jutrzejszy obiad. Kot nie bardzo chętnie jadł tę wątrobę, ale skarmiliśmy ja całkowicie.
16.II.
”Niepewność troski smutek, głód, udręka zżerały miasto”, wyjątek z powieści „Przeminęło z wiatrem” z czasów wojny między Południem a Północą Stanów Zjednoczonych, nadający się bardzo do chwili obecnej teraźniejszej.
21.II.
Aleje Ujazdowskie są o każdej porze dnia i roku przepiękne. Jechałam na pokaz kulinarny. Drzewa tonęły w gęstej mgle, nagie gałęzie drzew wyglądały jak delikatne koronki, tonęły w puchu mgły. Julcia otrzymała wezwanie do Arbeitsamtu. Zdaje się, że sprawa będzie załatwiona pomyślnie. Była u Krauzego w Ifie i u pani. Rycemblowej.
Od soboty Julcia jest zatrudniona w Biurze SKSS. Dziś Julcia pojechała w sprawie Kazika na Bielany. Z rana była u Grażyny. Gordziałkowscy sprzedali swój majątek.

1942

24. I.
Papciólko miał referat w instytucie w języku niemieckim. Przesiedzieliśmy do 4-ej w nocy tłumacząc i poprawiając. Papciólko miotał się, niepokoił się, że nie zdąży, a ja, że nie odczyta, bo było dużo poprawek, na czysto nie było czasu już przepisać. Ale jakoś zeszło nieźle, a nawet wcale gładko.
26. I.
Julcia od 12 I pracuje w sklepie nasion u d-ra Stankiewicza. Zajęcie to jej odpowiada lepiej niż mycie butelek w If’ie, gdzie mroziła sobie i kaleczyła ręce. Tu dostaje 8 zł dziennie i smaczne zupy, którymi d-r karmi swoje pacjentki, bo oprócz sklepu ma jeszcze klinikę, a poza Warszawą majątek Błędów.
30. I.
Mróz 12-17° trzymał więcej 2-ch tygodni przy wschodnich i północnych wiatrach. Dziś zelżał do 6°, a teraz jest 3°. Ale wiatr i wilgotno tak że nieprzyjemnie. Przy braku oświetlenia na ulicy i zaśnieżeniu widok wsi lub prowincji, a nie Wielkiej Warszawy. Żywimy się prawie samymi kartoflami, z rana, na obiad i wieczorem. Z rana – obsmażane na margarynie, na obiad zamiast chleba do zupy i wieczorem ze skwarkami. Chleba bardzo brakuje. Jak człowiek pomyśli, jak to było przed wojną chleba ile chcąc, a do tego smacznego chleba jeszcze zawsze coś musiało być, masło się nie liczyło. Boże, a bułeczka z masłem! Często przypominają się przysmaki z czasów dziecinnych, znakomita moskiewska chałwa, pierniki miętowe, „postrzyj sachar” kolorowy, jakież to były smaczne. A Filipińskie pierożki, obwarzanki z makiem, chleb-sitny z rodzynkami, a pączki, które Mama po mistrzowsku robiła! Łom czekoladowy, który przynosiła nam do mieszkania jakaś kobieta – czarna czekolada z białym nadzieniem. A mrożone jabłka – „peзaнь”. A „нышки” – przepysznie zrumienione racuszki, pulchne jak poduszeczki, które sprzedawały się pod Sucharewą basznią, a których nigdy nie jadłam, bo były smażone na oleju i Mama nigdy nie kupowała ich, ale wyglądały tak apetycznie przyprószone cukrem-pudrem. Ach ileż to było dobrych i względnie tanich rzeczy, ach, stanowczo za mało jedliśmy czekolady, ciastek i gogielów-mogielów! Czy człowiek myślał, że będzie przeżywać drugą wojnę, jeszcze tak okropną i okrutną, czy dożyje się do czegoś lepszego? Znów myśli prawie wyłącznie o jedzeniu. Jak trudno jest to nam przetrwać, o ileż ciężej młodym! A może młodym i łatwiej, bo mają duży zapas sił życiodajnych.
31. I.
A jakież to smakowite były „słojaszki” – maślane, kruche, rumiane, najsmaczniejsze u Czujewa w Moskwie. Nie jadłam potem nigdzie takich. W ogóle pieczywo warszawskie nie umyło się do rosyjskich „sajek”, bułek francuskich, obwarzanków, kołaczy. Kołacz, to przecież woda i mąka, a jaki smak, z kiełbasą „czajną” – język połknąć! Ech! Zostały tylko sny i wspomnienia!
8. II.
Mróz trzyma. Usilnie jemy kartofle. i wciąż jarzyny, bardzo rzadko coś z mąki, czasem minimalną ilość mięsa – ze 20 deka na 5 osób, kasz prawie nie jemy, albo też jako domieszkę 10-cio dekową. …
10. II.
Upragniony dzień nadszedł – przydział miesięczny cukierków po 15 dkg na nas. Chociaż twardziuchy patokowe, ale z przyjemnością gryziemy. Przed kilku dniami otrzymaliśmy paczkę od Mroczkiewiczowej z mąką tak białą i śliczną, jakiej dawno już nie oglądały nasze oczy. … Dziś śliczny dzień zimowy, chociaż bez słońca, ale cichy przy -4°, lekki szron i puchaty głębokim świeżo spadłym śniegiem.
12. II.
Po paru dniach ocieplenia znów mrozek -7°, wiatr ostry, ale słoneczny śliczny dzień, gdy otworzyłam okno, do pokoju sypnął brylantowy pył. Unosi się z drzew i dachów i iskrzy się w powietrzu brylantowymi połyskami. Słoneczko już grzeje.
13 II.
Byłam z rana u d-ra Jokiel w ambulatorium Dzieciątka Jezus. Nowotworu nie stwierdził. Więc cieszę się, że jeszcze pożyję. Druga rzecz przyjemna, że wyjaśniła się przyczyna okropnego przygnębienia Kazika, co trwało parę dni i przyprawiało mnie o szalony niepokój. Nieporozumienia w szkole, które jakoś się za pomocą Julci wyjaśni. … Dziś -4°, pochmurno, porywisty wicher, na ulicach zaspy i duże sfery śniegu. Robi się straszna zawieja śnieżna. A wczoraj kupiłam pierwszą nowalijkę – pęczek szczypiorku.
…
24 II.
A dziś wiosna. Roztopy. Z pod samochodów szaleńczo pędzących pryskają czarne fontanny błota. Ptaszki krzyczą. Niemcy też. Oprócz tego pukają, latają. Przetrwaliśmy jeszcze jedną zimę. Zaprawdę człowiek dużo znieść może. Są ludzie, co 3-cią zimę nie opalają wcale mieszkania! W roku zeszłym mieliśmy w pożywieniu przewagę mąki. Wprost mdliło już od tych klusek, marzyliśmy o kartoflach, których prawie nie było. Ten rok upływa pod znakiem jarzyn, zjadamy brukwi, kapusty, buraków ilości niepomierne, już gotuję w największym rondlu, chodzimy napęczniali i rozdęci, wzdychamy do mąki, klusek, zacierek, placków, chociażby na oleju. …

1943

21/I
Jeszcze palą! A tymczasem pocieplało – 0°. Z ulgą odrywam kartki kalendarza. Dzień minął, liczy człowiek dnie i minuty, odchodzące w wieczność, z radością stwierdza, że czas jednak leci jak zawsze, może jeszcze prędzej… dusza wyrywa się naprzód, tymczasem kto wie, co nas jeszcze czeka… ufajmy jednak, że dobrniemy szczęśliwie do końca wojny, czyż mało nacierpieliśmy się w czasie tamtej wojny? Gaweł przychodzi codzień przegrywać swoje kompozycje.
24/I
Wczoraj było +4°, padał deszcz, dziś 0°, śnieg zszedł z ziemi, a z nieba pada.
3 dni gościliśmy u siebie p. Bocheńskiego***, bo był zjazd geologów w Instytucie.
26/I
-13° R. W nocy o 12-tej niańka, Kazik, a potem Staś posłyszeli dźwięk jak gdyby alarmowy, powstawaliśmy, poubieraliśmy się, ale nic nie zamącało ciszy księżycowej jasnej nocy. Może to był pociąg? Cudny słoneczny dzień, ale mróz z wiatrem. W kuchni szyby od wewnątrz pokryte grubo lodem w cudny deseń liściasty. Okazuje się alarm był rzeczywiście, a odwołanie było o 3-ciej, a my już spaliśmy.
27/I
Dziś w nocy o 12-tej i pół znowu był alarm. Wyszliśmy na schody, gdzie zgrupowała się część ludzi. Julcię ledwo wyciągnęliśmy z łóżka. Słychać było szum pociągu i samochodów, które latały jak oszalałe, więcej nic, koło 2-giej odwołanie. Alarm się zaczął, gdy piekłam tort, który musiałam dopiekać już po odwołaniu. O 8-ej wiecz. Julcia poszła na przyjęcie u B. Była też Ż. Jakoby było wesoło. Była nawet śliwowica i czarna kawa. Julcia zaniosła kanapki z sałatką chlebowe i z bułki smarowane pastą śledziową (ze stynek) i kilka kawałeczków (10) torciku alarmowego. Ż. dała masło na chleb. Uczta trwała do 12-tej w nocy.
28/I
-4° R. Był Zdziś, zaprosił Julcię i Kazika na niedzielę – wieczór młodych panien i starych kawalerów.
2/II
+3°. W południe +13°. Widok wiosenny, ale wiosną jeszcze nie pachnie. Kazik zaczął chodzić do dentystki.
3/II
+2. Pogoda zgniła. Mgła. Gaweł przychodzi grać. Gra ładnie, miękko, po kobiecemu. Robi jakieś przeróbki.
4/II
Pogrzeb Karasińskiego. Staś i ja z Julcią byliśmy na Powązkach. Cmentarz tonął we mgle. Tym jaskrawiej uwydatniały się wieńce z jedliny i jaskrawiły się kwiaty. Oglądaliśmy część cmentarza, poharataną przez bomby w czasie nalotu 20 sierpnia, potrzaskane pomniki, podziurawione sklepienia od lochów, wewnątrz zmurszałe trumny.
…
7/II
Przedwiośnie.
8/II
Z rana zima. 0° R. Polatuje śnieg. Biało. Po południu rozsłoneczniło się. Dość silny wiatr zachodni pędzi po niebieskiem niebie białe obłoki. Chmury wiosenne, podświetlone słońcem. Gaweł nastraja fortepjan.
9/II
-2° z rana. Śliczna słoneczna pogoda. +9° na słońcu. Wróble świergoczą.
10/II
Prof. Br. znowu zapowiedział, że węgla ma tylko na miesiąc i za 2 dni przestaje opalać. Tymczasem dziś przywieźli węgiel i pali się na potęgę. Już chyba wielkich mrozów nie będzie, już strach zimowy przeszedł! Ale ile jeszcze innych zostało! Niepokój, głód, bomby… Z rana -3°.
11/II
Znowu 0°. Wiosennie.
12/II
Pogoda wisielcza, deszcz, wiatr. Za oknem coś stuka, szura, trzaska, prawdopodobnie gałęzie, z wielkim hałasem przejeżdża tramwaj. Jest 11-ta wieczorem. Kto jedzie teraz?
13/II
Zrobiła się straszna zawierucha śnieżna, a potem ślicznie słonecznie. Od dziś można tylko do 7-mej chodzić po ulicy.
…
22/II
Śpię dorywczo, kiedy się da. W dzień, o 9-tej wiecz., potem wstaję o 11-tej, lub koło 1-szej, siedzę do 2-giej it.p., a to wszystko z obawy przed nalotami. Żyje się tylko nadzieją, że ta wojna już prędko się skończy, bo już naprawdę trudno wytrzymać. Zapasy nasze kończą się, pieniędzy nie mamy. Wszystko drożeje, słonina i masło na rynku 200 zł., mąka biała – 36, bochenek kartkowego chleba 17 zł. Jak żyć? Jednak jak się daje obserwować na ulicy – ludzie lepiej wyglądają niż pierwszych lat wojny. Przyzwyczaili się do braków, niewygód, przystosowali się do ciężkich warunków, zahartowali się w twardej walce o byt. …

1944

10/I
Kazik był dwa razy dziś rewidowany na ulicy z podnoszeniem rąk do góry. Wrócił zadowolony i uszczęśliwiony, mówił, że było przyjemnie. Wszystko jest dobre, co się dobrze kończy… Wieczorem przyszła Bożenka, kręcili z Kazikiem patefon, tańczyli.
23/I
Pojechałam do Anina. Zupełnie przedwiośnie. Jeziora i błota, ale na chodnikach już sucho.
24/I
Chlebny bochen rozmoczyliśmy z wodzie i obsuszyliśmy w piecu. Zmiękł i jest zdatny do jedzenia.
26/I
Ślaski przyniósł dziś Julci śliczny liliowy krokusik w złotym koszyczku z białymi wstążkami. Szaleństwo! Ten człowiek chyba z głodu umrze. Przecież to kosztuje bardzo wiele teraz. Z 50 złotych!
…
30/I
Jeździłam do Polci. Utraktowała mnie wspaniałymi naleśnikami z mięsem, przesiąkniętymi tłuszczem i z chrupiącą skórką. Pomagałam jej robić ciastka, których sporo dała mi do domu, a także mąki.
31/I
Przed kilku laty klęczałam przed srebrną trumną, zawierającą szczątki św. Andrzeja Boboli w kaplicy jezuickiej przy ul. Rakowieckiej. Całą swą duszą prosiłam Męczennika o łaskę odwrócenia od Julci marnego losu, który miał przypaść jej w udziale. Jarzyły się świece… Mgiełka kadzidlana i świeże tchnienie kwiatów unosiły się w powietrzu. Pomyślałam, że żądam może nieopatrznie, więc się ukorzyłam „Boże, nie moja, lecz Twoja niech się stanie Wola, zrób tak, jak będzie lepiej dla Julci” (chodziło prawdopodobnie o kolejnego adoratora córki Julii, i zatroskanie o nią autorki, przyp. mój AR)
… Patrz z Twych odwiecznej przybytków światłości
Nam serce w bólu, we łzach oko tonie…
W naszym ucisku, niedoli, potrzebie,
Bądź nam Bobolo opiekunem w niebie…
Ten żółty sznureczek leżał przez chwilę na trumience św. Boboli i był poświęcony razem z medalikami.
3/II
-3° R. Noc upłynęła przed pełnią księżycową, do 12-tej było jasno jak w dzień, potem się zachmurzyło i dopiero nad ranem znów wylazł księżyc. Położyłam się spać o 2-giej, a wstałam o wpół do 5-tej. Takie niedosypianie dawniej było by nie do pomyślenia, jedną nieprzespaną noc odsypiałam w ciągu tygodnia. Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. …
20/II
-7° mrozu (R). Księżyc wschodzi już małym rąbkiem nad ranem, świeci jaskrawie. Odniosłam Baniewiczowej fartuch. W domu zmartwienie – nie ma skwarek do kartofli, Piotrowska jeszcze dotąd nie wróciła ze słoniną. Odwijamy paczkę, którą mi dała Baniewiczowa i o radości! W niej – 70 dk. słoniny! Kakuszki i kilka kawałków smacznego ciasta. Julcia w czasie mojej nieobecności przyjmowała Lunię i Gawła. W domu nic oprócz chleba i sera nie było. Gaweł skoczył i przyniósł wódkę, 5 dkg boczku i herbatników.
21/II
Wiatr zmienia kierunek wyraźnie na zachodni. Mglisto, koło -5° R, niebo brudno-szare z odcieniem żółtym. Prawie cicho.
23/II
Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że ucieczką od teraźniejszości są wspomnienia przeszłości, praca i… miłość. To prawda. Ludzie intensywniej pracują, intensywniej się kochają (aż dziw ile ślubów i ile się rodzi dzieci, jak gdyby przyroda starała się uzupełnić potworne straty tej wojny) a my starzy oprócz pracy dajemy się unosić od rzeczywistości wspomnieniom, które napastują nas na każdym kroku…
24/II
Mieliśmy stracha. Dobrze, że wszyscy byli w domu. O 3-ej w dzień alarm. Dzień pochmurny. Wszyscy zeszli do schronu. Trwało do 4-ej.
25/II
W nocy alarm od 1-szej do 3-ciej. Jest to męczące.
26/II
Umarła ciocia Misia. Koniec udręki dla Niej samej i dla otaczających. Człowiek powinien umierać, gdy już nic z siebie dać nie może, a coraz więcej potrzebuje starań i pielęgnacji od innych, gdy staje się ciężarem dla swoich bliskich, a tym bardziej dla obcych. Ciociu Misiu, jesteś już wolna. Nic już nie zamąci Twego spokoju, odpoczywasz po swojem ciężkim, bezradosnym życiu. Wciąż szukałaś serca, które by zgodnie biło z Twojem… nie znalazłaś.
27/II
Wieczorem były jakieś ćwiczenia naboi ostrych. Latały czerwone kule rozrywające się w powietrzu. Były wstrząsy i huki, aż szyby drżały. W ogóle co dzień słyszymy wybuchy mniej lub więcej silne, to rozwalają domy w ghetto.
_________________________________
* syn Kazimierz (1922-1944)
** córka Julia (1915-1970)
*** Stanisław Tyszkiewicz, kuzyn Hrebnickich https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanisław_Tyszkiewicz
*** Tadeusz Bocheński (1901-1958) – polski geolog i paleontolog, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej.

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

Wojenne wigilie

Andrzej Rejman

Przeglądam dziennik Małgorzaty Hrebnickiej z okresu okupacji (1939-1944). Wynotowuję fragmenty. Znajduję pięknie zachowany notes wydatków domowych.

Fragmenty “Dziennika czasu okupacji” M. Hrebnickiej – pisownia oryginalna.

1939
(…)
13-go listopada
(Hrebniccy wracają do Warszawy po wyjściu z miasta na początku września 1939 po radiowym apelu R. Umiastowskiego, przyp. mój, AR)

Świta. Mijamy Otwock, Wawer. Pod samą Warszawą trzymają nas strasznie długo. Przywożą na dworzec Zachodni. Wynajmujemy furkę na resorach. Sawicki jedzie z nami. Rozstajemy się z Bohdanowiczami. Jedziemy Grójecką, Aleją Niepodległości. Z daleka widzimy Instytut, po drodze kilka domów okropnie zniszczonych. Wjeżdżamy na Rakowiecką, aż niedobrze się robi, podjeżdżamy do Instytutu, nasze okna całe, ale Pciólko mówi, że jakby tam nikt nie mieszka. Podjeżdżamy przed bramkę. Boże! blokada przy naszym mieszkaniu rozbita. (…)
Przez dach głównego Instytutu wpadło 5 granatów, wyrwało wszystkie futryny od drzwi i okien. Na dom spadło 8 bomb zapalających. Do ogródka koło 30. Dwa metry od naszego mieszkania spadła bomba, niszcząc arkadę.
Warszawa poddała się 27-go/IX.

M_Hrebnicka_notes_1939_4

24-go grudnia
Wilja! Mamy grube ryby, karpie. Śledzie, kwasek z uszkami, w których grzybów ilość minimalna, a większa część sucharków, bo grzyby 80 zł. za kg., a więc kupiłam tylko 4 duże. Kisiel kakaowy, kompot, ryż, groch i łamańce. Całkiem wspaniale. Nie spodziewaliśmy się mieć taką porządną wilję, szczególnie siedząc w Biczalu. (chodzi o wrzesień 1939, gdy Hrebniccy po wyjściu z Warszawy dojechali aż na Wołyń, w rej Równego przyp. mój AR)
Na szafce Kazika malutka i milutka choineczka. Kolorowe świeczki. Najedliśmy się, ciepło przytulnie. Jadalny teraz u nas w sypialnym. Jadalny zajęty pod biuro, gdzie Pciólko, Makowski, czasem przychodzi p. Żurawska.
Święta siedzimy w domu.

Na drugi dzień Świąt, t. j. 26-go straszna egzekucja w Wawrze i Aninie. Rozstrzelano koło 120 osób za zamordowanie dwóch Niemców. Podobno brali też z I-szej, II-giej, III-ciej i IV Poprzecznej w Aninie. Umieramy z niepokoju. (Tam właśnie mieszkała rodzina Tyszkiewiczów, kuzyni Hrebnickich, przyp. mój, AR) Na koniec Julcia jedzie 3-go na wywiad. Tyszkiewicz uratował się wprost cudem, już go prowadzili na rozstrzelanie, ale ponieważ sprawdzali przedtem dokumenty, a on miał niemiecki dokument, zwolnili go!

M_Hrebnicka_notes_1939_3
1940
(…)
28-go listopada
Byłam na pokazie gotowania w Związku Pań Domu (Nowy Świat 9). Jadłam prażuchę i kluski. Kupiłam 10 arkuszy przepisów.
Jakiś czas człowiek jest spokojny, wszystko wydaje się snem, albo już nie takie strasznym. Aż tu znowu wstrząs wyprowadza z równowagi i każe przypomnieć sobie koszmarne i potworne czasy, w których żyjemy. Kolega Julci z IF-u nie żyje. (Prawdopodobnie Instytut Fermentacyjny na Krakowskim Przedmieściu w W-wie, gdzie Julia Hrebnicka dostała pracę, przyp. mój AR) Matka otrzymała zawiadomienie, że może wziąć prochy syna za przesłaniem 12 złotych… Czyn niczym nieusprawiedliwiony, nawet wojną.

29-go listopada
Życie jest wiecznym oczekiwaniem czegoś, co ma stać się jutro…. Tak w dobre czasy człowiek żył wciąż przyszłością, jutro będzie to, owo, pojutrze trzeba zrobić to, popojutrze pójść tam, za tydzień jakieś egzamin, wizyty u doktora, zebrania w szkołach, tam jakiś odczyt, sprawunki, smażenie konfitur, kino, teatr itp. Teraźniejszość wymykała się jak woda przez palce, płynęła w przeszłość, do której zwracało się czasem wspomnieniami, tęskniło, ale rzadko. Teraz, gdy się drży o jutro, które jest tak niepewne, a może wręcz okropne, żyje się teraźniejszością, napawa sie człowiek tymi chwilami, które są względnie spokojne w zacisznym, ciepłym pokoju, wśród szklanek, kubeczków, talerzy i kupy książek na końcu, które są do przeczytania, zeszytów, do których zapisuje się to i owo, pudełka do roboty. Czasem rzut pamięci w przeszłość, wspomnienia złe i dobre, ale na krótko. Przeważa chwila teraźniejsza.

30-go listopada
”Natura, która nie znosi próżni fizycznej, czyżby znosiła taki bezsens moralny, jak bezużyteczne dręczenie niezliczonych miliardów istot? …Poza świadomością zmysłów naszych tworzy się w przestrzeni i czasie dzieło jakieś olbrzymie i doskonałe, dla którego potrzebne są jakieś istnienia, cierpienia, umierania, a także – i może nade wszystko – nasza doskonałość”…Tak mówi Orzeszkowa. A może i tak.
(…)
(brak wpisu o Wigilii, może była zbyt smutna… Przyp. mój, AR)

M_Hrebnicka_notes_1939_2

1941

(…)
19-go grudnia
Katastrofalnie przedstawiała się u nas sprawa z kartoflami, a tymczasem nadeszły z Tęczynka i Starachowic. Mamy więc koło 6 metrów!
Zima zapowiada się łagodna. Coś jakby przedwiośnie. Miłosierdzie Boże nad biednymi ludźmi. W Moskwie o tej porze bywały już porządne mroziki i śnieg, jak i chałwa na ulicy. Dzisiejszy dzień – dzień początku ferii świątecznych.
Przed oczami ulica Sretenka u wylotu baszni Sucharewa.

basznia_suchareva(Autorka spędziła wczesną młodość w Moskwie, tam wzięła ślub w 1912 roku. Wspomniana Baszta Sucharewa została zburzona w latach trzydziestych XX w., przyp. mój, AR)* W sklepiku kartonaże na choinkę, między innymi srebrne lampki z czerwonymi i szafirowymi szkiełkami z żelatynowego papieru. Zapach mrozu i śniegu, choinek.

24-25 – go grudnia
Na wilii byliśmy w Aninie. Było bardzo miło, przytulnie, gościnnie, serdecznie. W domu byłoby zbyt ubogo i ciężko.
3-cia wigilia – data niewesoła. Człowiek rad teraz zbiera się do kupy ze swymi. Była i ryba i rozmaite słodkie ciasta. Przenocowaliśmy. Śliczna choinka. Na gwiazdkę dostaliśmy mydło, kawałek boczku, kiełbasy, pończochy (Julcia), notes (Kazik), kawę z Portugalii. Oprócz tego ciocia Mania obdarowała mnie jeszcze jedną parą butów, te będą dla Julci, a poprzednie dla mnie. Kazikowi dała sportowe Wujaszka, obdzieliła bochenkiem domowego chleba, pojechaliśmy do domu obładowani wielce. A na obiad był kocioł z bigosem, pomidorowa zupa z ryżem (!) i czarna kawa z ciastem.

27-go grudnia
Wczoraj byliśmy u Mani na Bielanach. Było smutno, a od wódki wesoło, a od wódki z piwem mdliło. (…) Tramwaj szedł okropnie, musieliśmy się przesiadać i ledwo na 10-tą byliśmy w domu. (Godzina policyjna obowiązywała od 22.00, przyp. mój, AR)

28-go grudnia
Miał przyjść Zdziś i Aciowie, przyszedł Gaweł i Lunia. Przyszykowaliśmy stół z nakryciem na 9 osób. Sałatka, galaretka ze skórek wieprzowych, tort kartoflany i ciasteczka pieczone na patelni (tort też).

* Basznia Suchareva, widok od ul Sretenka, źródło: http://moskva.kotoroy.net/histories/10.html
Niezwykłej architektury budowla – (ros. Сухарева башня) była jednym z najbardziej znanych zabytków i symboli Moskwy aż do jej zniszczenia przez władze sowieckie w 1934 roku, Wybudowana w stylu barokowym w latach 1692 -1695 z polecenia cara Piotra Wielkiego dla upamiętnienia jego tryumfu nad siostrą Zofią. Wieża została nazwana na cześć Sukhareva, którego pułk poparł cara. Nie była to twierdza , ale raczej uroczysta brama do miasta .

M_Hrebnicka_notes_1939_1
1942

(…)

1-go grudnia
A otóż wczoraj i dziś przepalili trochę. Kaloryfery ciepłe. (w 1942 roku w budynku Instytutu Geologicznego były i działały czasami kaloryfery!!! przyp. mój, AR). Radosna niespodzianka. Mają palić po trochę o ile mróz będzie, aby kaloryfery nie popękały. Trochę raźniej na duszy. Otrzymaliśmy paczkę z Raju – groch i pierniki grochowe. Wicher straszliwy. Julcia kupuje dla Kazika masło, bułki, mięso, wpłaciła za niego do szkoły, bardzo poczciwa i na nas tyle na chleb wydaje i słoninę kupuje, a nic, nic dla siebie.

2-go grudnia
1° ciepła, w mieszkaniu 8° R. (skali Réamura używano przed wojną – 1°C odpowiada 0,8° w skali Réaumura. Przyp. mój, AR) Takiej temperatury nie mieliśmy jeszcze jak mieszkamy tutaj. Julcia nakupiła bułek, każdemu po bułce. Z Raju znowu paczka – groch i kawałeczek wędzonki.

4-go grudnia
-8°, ale kaloryfery ku naszej wielkiej radości są ciepłe. (…)
11-go grudnia
Przecudowny dzień, rozsłoneczniony, +15° R na słońcu. A na duszy nieznośny ciężar wojny… (…)

13-go grudnia
Byłam u Baniewiczowej. Obdarowała mnie hojnie: margaryna (ponad kilo), mąka i melasa na piernik świąteczny. (…)

15-go grudnia
(…) Ważę 52 kg. To znaczy od ostatniego ważenia przybyłam 5 kg. A tłuszczu mamy o wiele mniej, chyba w 10 razy mniej niż 2 lata temu, a także prawie zupełnie cukru, a więc albo człowiek przystosował się już do pewnych braków w odżywianiu, albo tuczą kartofle i chleb Julci. Wątroba kosztuje już 60 zł. kg.!

17-go grudnia
Ciekawie zapisać przebieg dnia całego. Wstaję przed 5-tą i biorę się za gotowanie zacierki. Julcię budzę o 5-tej, Stasia i Kazika o 6-tej. Rozchodzą się wszyscy do pracy, a my z niańką z apetytem zabieramy się za zacierkę. Sprzątam i ubieram się. O wpół do jedenastej idę po zakupy. Robi się obiad. O 12-tej Papciólko przychodzi ze swoją zupą i dzieli się z obecnymi. Potem jemy swoją zupę, jak przychodzi Kazik, czasem jest już i Julcia. O 5-tej przychodzi Papciólko i jemy z nim razem drugą potrawę. Kolacja – gotowane kartofle w łupinach lub bez ze skwarkami – bodaj że najprzyjemniejsza część dnia. Wszyscy jesteśmy razem, przegląd dnia, wymiana zdań, dzielenie się wrażeniami i tym co było za cały dzień. Szkoda, że trwa to krótko, bo wszyscy są pomęczeni, najedzeni i chce się spać. W obawie przed alarmami prawie się nie rozbieram. Często przed spaniem łata się i ceruje. Czytać prawie nie ma kiedy. Na kolację Papciólko robi codzień kisiel – z berberysu, w piątek z mleka przydziałowego, z dodaniem olejku migdałowego i z różnych innych zapachów olejkowych. Oprócz tego Papciólko powstawiał szyby w oknach wewnętrznych (szkła do fotografii). Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego!

(…)
Już druga połowa grudnia. Z ulgą obrywa się kartki kalendarza, każdym dniem bliżej do końca wojny. Śmiem wierzyć, że to nastąpi w roku 43-im.

18-go
Jakąś śliczną widziałam kość szpikową! Cud! Kosztowała 5 zł. Nie miałam tyle, aby ją kupić. Trzeba było kupić proszek do zębów, herbatę i już na obiad zostało tylko, tylko. Dobrze trzeba nakręcić głową, obliczyć, przerachować, bo Papciólko wydziela skąpo, a tu takie zawrotne ceny wszystkiego!
(…)

20-go
(…) Wciąż jest ciepło, mrozu nie ma, chociaż noce wyiskrzone księżycem. Już zaledwie kilka kartek dzieli nas od Nowego 43-go Roku. Pokładam w nim wielkie nadzieje! Na stole leży kilka zerwanych kartek kalendarzowych, rozwiane jak liście jesienne, a każdy taki dzień zawierał i niepokój i udrękę i niepewność jutra, a ileż takich było za cały rok! Jednak czas zawsze leci, i to jedyne szczęście, bo co by było, żeby się wlekł? Z Raju paczka – pszenica i grzyby.

24-go
Dziś minęły 3 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni od początku wojny! Wilję urządziliśmy w Aninie. Wszystko było jak należy – wspaniała tłusta ryba, kisiele, reszta, śleżyki z makiem, kompot, makowiec, pierniki i ciastka. (…) Nastrój był na ogół smutniejszy niż w roku zeszłym… (…)

25-go
Spaliśmy rzetelnie, od 11-tej do 8-ej, było ciepło. (…) Pochmurno i mrozu wciąż nie ma. (…)

28-go
-7°. Choinkę mamy w tym roku bardzo mizerną i obskubaną, kosztowała 20 zł. a mniejsze nawet były po 40-50 zł. Świeczek kupiło się 5. Ubogo, bo nawet świecidełek jest mniej niż zawsze, potłukło się i już mało zostało. Kazik mówi, że to ostatnia wojenna choinka, a no zobaczymy. Wygra ode mnie może 1 kg. czekolady. Daj Boże!

Malgorzata_Hrebnicka_ok_19391943
(…)

X
12-go
Jest w pół do 7-mej rano. Kazik już wyszedł. Z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej stoję przy oknie – „od wszelakich złych przygód masz go zachować”.

Dnieje, ale jeszcze szaro, jest pochmurno, tylko na wschodzie rozbłysnął pas złocisty. W górze wśród szarych chmur błyszczy gwiazdka, ale chmury ją wkrótce przesłaniają. Boże mocny, ześlij ludziom opamiętanie i rychły koniec wojny, a jeśli tak ma być, niech zabłyśnie jeszcze ta gwiazdka, jako zapowiedź lepszego jutra. Z utęsknieniem spoglądam na szare niebo. – Wśród szarej waty chmur jaśnieje gwiazdka przeczysta, jak objawienie. Otucha wstępuje w serce. A może… Daj Boże!. (…)

15-go
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. Śpię koło 4-ch godzin i nic. Wstawać trzeba z racji słabego dopływu gazu o w pół do 5-tej. Jemy co dzień z rana zacierkę, lub owsiankę zaprawioną grzybkiem, do tego spuszczane kartofle, przesmażona cebulka. Na obiad zupa ze stołówki mieszana z instytucką, 2-ga potrawa też ze stołówki, czasem do tego mięso. W niedzielę swój obiad, zupa – grochówka lub jarzynowa, fasola lub kasza. No i jakoś żyjemy. A obok w koszarach (niemieckie koszary na ulicy Rakowieckiej nieopodal Instytutu Geologicznego, zajętego przez Niemców, przyp. mój, AR) gęgają gęsi i pobudzają do marzeń o chrupiącej gęsiej skórce… Ale rzeczywistość jest odgrodzona kolczastym drutem… Wieczorem jak zwykle kartofle gotowane, do tego skwarki na konfiturowych spodeczkach rozdzielanych nam z całym pietyzmem przez Papciólka.
(…)

19-go
Pierwsza noc od dłuższego czasu wyiskrzona gwiazdami i półksiężycem. Alarm od 1-szej do 2-giej. Schodziliśmy do schronu, było nas mało, bo alarm był słaby i nie wszyscy słyszeli. (…)

22-go
Silny wiatr, a słońce, wschodząc zabarwia płomienno-różową pożogą południowo-wschodnią część nieba, pokryło szyby różowym matem. Julcia przyniosła z biura puszkę konserw mięsnych i suszonej ryby. Przedtem dali jeszcze mrożone żółtki. Papciólko robił piernik.

24-go
Wigilia! W domu, u siebie. Świat zapuszczony śniegiem. Zadymka, słońce zawieszone jak opłatek, blade, bezpromienne. Dopiero rozjarzyło się, kiedy chodziłam po obiad. Dźwigałam 4 rondle i Papciólko mnie spotkał. Obiad – barszcz i kluski z makiem. Na pierwszy dzień dali bigos, na drugi flaki. Mamy dwie milutkie choineczki (za 20 zł. i za 8 zł). W czasie wilii rozweseliliśmy się po 6-ciu kieliszeczkach. Na zakąskę mieliśmy po bułeczce i stynki marynowane. Potem kwasek grzybowy z uszami, ryba smażona (dorsz suszony) z kapustą kwaśną, pszenica, kisielek żurawinowy, kompot z jabłek suszonych i łamańce. Potem piliśmy herbatę głogową z bułeczkami. Spokojnych Świąt!

25-go
Śliczne śnieżno-białe Boże Narodzenie. Lekki mrozik. Cisza zdaje się potęgować lekką mgiełką. Słońca nie ma. Julcia jeździła do Anina. Przywiozła jabłek. Cały dzień upłynął pod znakiem żarcia. Dojadaliśmy resztki wigilijne, do tego bigos i konina z fasolą. (…)

***
Mój komentarz – Autorka stara się odnaleźć w każdym dniu jakiś promyk nadziei. Mimo oczywistych trudności (uderzające jest, jak wiele czasu poświęca sprawom aprowizacji) sytuacja rodziny Hrebnickich (mimo kilku momentów “krytycznych” opisanych w innym miejscu “Dziennika”) aż do wybuchu Powstania Warszawskiego była względnie stabilna (jeżeli w ogóle można mówić o stabilizacji podczas wojny) . Okupant po zajęciu w 1939 roku Państwowego Instytutu Geologicznego PIG (podczas okupacji pod zarządem niemieckim – jako filia urzędu niemieckiego – Amt für Bodenforschung), pozostawił w nim wielu pracowników przedwojennego Instytutu, zezwalając na przebywanie w dotychczasowych mieszkaniach i zlecając różne prace terenowe lub kartograficzne dotyczące obszaru GG, czyli de facto mogącymi stanowić także wartość dla powojennej Polski. Przekaz rodzinny mówi, że St. Hrebnicki starał się je tak traktować i wykonywać.
Losy pracowników PIG-u były zresztą bardzo różne, np Arnold Makowski (1876-1943) – geolog, specjalista geologii złóż węgla, paleontolog oraz inżynier górniczy – podczas okupacji był nadal zatrudniony jako geolog w prowadzonym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. Napisał w tym czasie pracę o węglach brunatnych w Środkowej Polsce, opublikowaną pośmiertnie przez PIG w 1947 roku. Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu prof. R. Brinkmanna doprowadziły do ciężkiej choroby serca i śmierci.
Mąż autorki Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki (1888-1974) podczas okupacji niemieckiej prowadził m.in. badania złóż rud żelaza pasma tychowskiego w rejonie Starachowic (1940), a w latach 1943-1944 wykonywał zdjęcie geologiczne na zachód od Krakowa, w rejonie Dębnika i Zabierzowa, aż do Wisły.
Z kolei inny geolog – Józef Zwierzycki (1888-1961) – profesor, badacz Archipelagu Malajskiego i Nowej Gwinei. Był konsultantem i rzeczoznawcą Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Wyższego Urzędu Górniczego. II wojna światowa zastała go w stolicy, gdzie na polecenie dyrektora Karola Bohdanowicza pospiesznie zabezpieczał mienie i archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego. Został aresztowany nocą z 28 na 29 kwietnia 1941 roku i osadzony na Pawiaku. Później przewieziono go do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywał do 3 lipca 1942 roku. Stamtąd został przeniesiony do Niemiec i od tej pory, jako więzień polityczny, pełnił funkcję tłumacza w Niemieckiej Służbie Geologicznej (Reichsamt für Bodenforschung). Wysłany pod eskortą do Warszawy w końcu lipca 1944, uciekł w Krakowie, gdzie ukrywał się aż do stycznia 1945. Od razu po wyzwoleniu Krakowa zaczął wykładać wulkanologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie geologię naftową na Akademii Górniczej.

***

PS. Przygotowywałam wpis na wigilię z moich archiwów rodzinnych – a mianowicie z maszynopisów cioci Heleny Balickiej-Kozłowskiej. Znalazłam tam fragment, który chyba lepiej pasuje tutaj:

W czasie wojny wigilia była smutna, skromna i mimo kolęd cicha, deklamowało się wiersze wojenne. Było nas niewielu, Babcia już przeszło 80-letnia nie wychodziła z domu, jedna z “przyszywanych” ciotek była w getcie, stryj – oficer– błąkał się gdzieś po Bliskim Wschodzie. Ci krewni, którzy z nami spędzali wigilię musieli oczywiście u nas nocować, bo godzina policyjna była wcześnie. Dla oszczędności zamiast dużego świerka kupowało się malutką sosenkę lub tylko kilka dużych gałęzi świerkowych, które rozłożyście mocowałam na ścianie i ubierałam w maleńkie bombki, świeczki i szych.

W roku 1943 zabrakło Ojca, który był w Oświęcimu. Oczywiście talerz i krzesło na niego czekały i mówiło się tylko o Nim…
Po wojnie Ojciec nam opowiedział o tej wigilii w Auschwitz-Birkenau. Urządzili ją z produktów przysłanych w paczkach, siedzieli wokół gałązki choiny wetkniętej w butelkę, łamali się chlebem. Niesamowite było, jak wspominał Ojciec, że gdy oni śpiewali  “Cichą Noc”, z pobliskiego baraku słychać było “Stille Nacht”, śpiewaną przez Niemców.

Wigilię 1944 roku spędzałam w Zakopanem na Olczy, gdzie odwiedziłam przyjaciół wysiedlonych z Warszawy. Do wieczerzy zasiedliśmy z rodziną gazdów. Dziwne, ale nie pamiętam szczegółów owej odmiennej wigilii. Zapamiętałam tylko to, że po kolędach gazda wywołał nas na dwór w roziskrzony gwiazdami śnieg i powiedział, słuchojcie panie jak góry śpiewają. I rzeczywiście śpiewały – może góry, może las a może potoki.

1922 – rocznik tragiczny

Kazik Hrebnicki pojawiał się już we wpisach Andrzeja, gdy była mowa o jego siostrze Julii, łączniczce z Powstania Warszawskiego. Dziś wpis o nim samym.

Andrzej Rejman

Na wszystkich cmentarzach wojennych łatwo zauważyć, że duża część poległych to młodzi chłopcy.  W ostatniej wojnie była to młodzież urodzona w latach 1920-1924. Dotyczy to także cmentarzy niemieckich – zwłaszcza uderzające jest to na cmentarzu pod Mławą (który odwiedziłem kiedyś przypadkowo) – w Mławce, gdzie leżą m.in. polegli w 1939 roku w bitwie pod Mławą właśnie.

4_Kazimierz_Hrebnicki_ok_1926_Boze_NarodzenieW mojej rodzinie w 1922 roku urodził się Kazimierz Hrebnicki, którego los potwierdza tragizm tamtego pokolenia.

Kazik Hrebnicki mieszkał do wybuchu Powstania Warszawskiego z siostrą Julią i rodzicami w budynku Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, przy ulicy Rakowieckiej 4.

Kazik Hrebnicki, Boże Narodzenie, ok. r. 1926

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ul. Kazimierzowskiej 60.

Znalazłem w archiwum rodzinnym jego zeszyty szkolne z tego okresu i zdjęcie klasy piątej, rok szkolny 1933/34

1_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_1

1a_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_2_rewersNa odwrocie podpis:

“Zdjęcie V oddziału szkoły powszechnej No 33 1933/34

rząd I od dołu od strony lewej: Piotrowska, Sobocińska, Zagańczykówna, Lisicka, Rymbalska, Kaowska, Senatorówna, x, Czerwińska, x, x,

rząd II – x, Bogacka, Rolewicz (śpiew) Pikulski (kierownik), Dobiszewska (wychowawczyni), Domagalski (gimnastyka), x, Buczyńska, Krakowiakówna, x

rząd III – Hrebnicki, Chincz, Makowski, Łagowski, Organiściak, Filipiak, Tajbert

rząd IV – Mieczkowska, x, Wrona, Dwornik, Masiak, Siejka, Kornacki, Wróblewski, Rychter, Prokopowicz, Szmit, Kęsicki,

u góry: Studencki, Rudziński, Kacperski, Wojdat, Dąbrowski

w środku: p. Perkowska (roboty) ” stempel: Foto ARTOS, Puławska 35 Warszawa

Nie sądzę, aby ktokolwiek ze zdjęcia żył jeszcze. Ale może???

 2_swiadectwo_Kazimierz_Hrebnicki_Szkola_Podstawowa_klasaŚwiadectwo szkolne Kazimierza Hrebnickiego z klasy szóstej tejże szkoły

Po ukończeniu szkoły podstawowej Kazimierz Hrebnicki uczęszczał do Gimnazjum im. Edwarda Rontalera przy ulicy Polnej 46a. Miał niedaleko, wystarczyło przejść przez Pole Mokotowskie, na którym z okazji świąt państwowych odbywały się parady wojskowe.

Budynek szkoły przy ul. Polnej 46A stoi do dziś. Na jego ścianie znajduje się tablica poświęcona Edwardowi Rontalerowi, ufundowana w 1936 r. o następującej treści: “EDWARD-ALEKSANDER RONTALER 1846-1917 / POWSTANIEC 1863 R. / WYCHOWAWCA I PRZYJACIEL MŁODZIEŻY / W OKRESIE NIEWOLI TWORZYŁ SZKOŁĘ DUCHEM POLSKĄ / W 40 TĄ ROCZNICĘ JEJ ZAŁOŻENIA WDZIĘCZNI UCZNIOWIE / 1936.”

3_podrecznik_do_nauki_zawodu_szkola_okupacyjna_K_HrebnicW czasie okupacji był uczniem Prywatnej Szkoły Rolniczej II stopnia inż. Stanisława Wiśniewskiego przy ulicy Pankiewicza 3. (jej nazwa niemiecka wtedy to: Priv. Landwirtschaftliche Fachschule von Ing. St. Wiśniewski).

Niemcy zalegalizowali w Warszawie częściowo szkolnictwo średnie zawodowe (w niektórych zawodach rolniczych i rzemieślniczych) – i korzystając z tego szkoła ta brała udział w tajnym nauczaniu prowadzonym w różnych miejscach przez profesorów warszawskiej SGGW.

Oficjalnie uczono się głównie z książek niemieckich – jedną z nich mam do dziś –

Kazimierz Hrebnicki brał udział w konspiracji, mając za dobry wzór swoją starszą o siedem lat siostrę Julię, późniejszą łączniczkę KG ZWZ i “Radosława”.

Zginął rozstrzelany pod Skierniewicami przez żandarmerię niemiecką 18 sierpnia 1944 roku.

5_Kazimierz_Hrebnicki10

Kazik Hrebnicki uczeń

 

 

 

 

 

 

 

 

6_Julia_i_Kazimierz_HrebniccyKazik Hrebnicki z siostrą Julcią

 

Mgły i chłód…

Andrzej Rejman

Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.

Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.

Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele  wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.

31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.

Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:

“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!

Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”

* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.

Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.

O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.

https://youtu.be/McHhJuFflYw

***

Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)

(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)

Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.

Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.

W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.

Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.

W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.

W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.

W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.

K_Stankiewicz_w_obozieKazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).

Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.

W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.

Zmarł 30 lipca 1973 roku.

papierosnica_recznie_wykonana_przez_Kazimierza_StankiewiNa papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Stankiewicz_Perepeczko_Wazynski

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)

Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.

W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.

24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.

10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.

Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.

Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.

źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni