Dziewczyna z cmentarza w Łodzi

Tomasz Fetzki

Człowiek uzależniony powinien unikać niebezpiecznych okazji, to oczywiste. Jeśli nie posłucha i wpakuje się w kłopoty, może mieć żal tylko do siebie. Toteż i Viator nie wini nikogo. Ostatecznie sam, własnowolnie przeczytał TU i TU teksty o pannie Biełousow. I dopuścił do tego, że ukryty w nim niespełniony literat, obolały i zgorzkniały, ale przecież już nieco podleczony oraz pogrążony w krzepiącej drzemce, znów się obudził, żądny czynu!

Trudno, stało się. Wędrowiec wyrusza w kolejną podróż. Poniekąd w krainę wspomnień, bo ostatni raz opisywane miejsca odwiedził cieleśnie ponad dziesięć lat temu. Wtedy nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, teraz nie ma możności ruszyć się ze swych łużyckich lasów i błot. Dlatego, pod względem ikonografii, zmuszony jest skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci. Dwa kluczowe dla sprawy zdjęcia zawdzięcza internaucie ukrywającemu się pod nickiem wojci52 i dziękuje mu za nie. To wszakże nie koniec podziękowań.

Wyprawia się Pielgrzym w regiony eschatologiczne. Obszar to tajemniczy i respekt budzący: zaświaty w ogóle to kraina nieznana, a cóż dopiero mówić o zaświatach żydowskich! Dobrze mieć w takiej podróży towarzysza. Dantego prowadziła trójka opiekunów. Viator to, rzecz jasna, nie Alighieri, ale Przewodników też miał troje: panią Annę Przybyszewską-Drozd i Zofię Borzymińską oraz pana Marcina Urynowicza. Bez nich zaginąłby niechybnie Wędrowiec w krainie cieni i tekst, który ma przed oczyma Czytelnik, by nie powstał. Chwała Przewodnikom!

A wszystko, co zebrał, przetopił Viator w swym tygielku grafomana. Jesteście ciekawi efektów? Czytajcie!

HaAlma HaAdina

Miało być o młodej dziewczynie. I będzie. Ale zacząć musimy od mężczyzny. Nie dlatego, jakoby Viator przejawiał patriarchalne inklinacje. Po prostu: tak każe logika wywodu.

Prawo Mojżeszowe od początku zakazywało surowo sporządzania podobizn postaci ludzkich, zwłaszcza ich twarzy. Wszak, gdy na górze Synaj Sebbaoth, pośród obłoku i przy dźwięku szofaru, dawał Synom Jisraela Dziesięć Przykazań, zazdrośnie ogłosił: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią.

Z czasem, na ścianach synagog i w iluminacjach świętych ksiąg, zaczęto umieszczać wizerunki zwierząt: lwów, pawi czy gazeli, ale nigdy ludzi. Niekiedy postacie ludzkie pojawiły w sztuce świeckiej, lecz nie na bejt-olam, czyli domu wieczności, czyli cmentarzu. Do czasu… Bo nadszedł czas haskali, asymilacji, nowinek i bezbożnictwa. Tu i ówdzie, coraz częściej, zwłaszcza w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku, także na cmentarzach zaczęto wznosić nagrobki, które ortodoksi uznawali za bluźnierstwo, protestowali, gotowi byli do czynnego dewastowania tych dzieł sztuki. Bo to były prawdziwe perełki artyzmu, wykonane przez wybitnych rzeźbiarzy, wśród których największą i w pełni zasłużoną sławą cieszył się Abraham Ostrzega. Zanim jego bystre oczy, silne ramiona i zręczne dłonie obróciły się w proch w krematoriach Treblinki, zdążył wykuć liczne pomniki ku czci umarłych. Był, jako się rzekło, artystą, wykonane przez niego postacie ludzi i człekokształtnych aniołów są delikatne, chciałoby się powiedzieć: impresjonistycznie rozmyte. Po prostu – piękne. I nigdy, przenigdy nie widać ich twarzy. Ale dla haredim to i tak było zdecydowanie zbyt wiele.

Większość dzieł Ostrzegi znajduje się na cmentarzu przy ulicy Okopowej. Wiadomo: stolica, duże miasto, przeto o maskilów, liberałów, socjalistów i innych burzycieli odwiecznego porządku tutaj najłatwiej. Jest tych rzeźb na tyle dużo, że nie wiadomo, czy rzeczywiście wszystkie można atrybuować mistrzowi Abrahamowi. Niewykluczone, że niektóre z nich przypisuje mu się siłą inercji: jeśli postać ludzka, to na pewno robota Ostrzegi! Co zresztą także, choć pośrednio, świadczy o jego renomie…

1-2-3-PochylonyAniolZakutyTrzy spośród warszawskich nagrobków, których autorem z pewnością jest Abraham Ostrzega. Podziwiajmy pomysłowość rzeźbiarza w sposobach ukrywania oblicza przedstawionych postaci!
Zdjęcie po lewej dzięki życzliwości dr hab. Rafała Żebrowskiego

Poza Warszawą Ostrzega tworzył rzadko, mimo że skupisk ludności żydowskiej w ówczesnej Polsce nie brakowało. Choćby taka Łódź, wspólnota liczna i znacząca. Cmentarz warszawski kryje największą ilość grobów, ale łódzki jest najrozleglejszy. I zawiera największe w kraju, o ile nie na całym świecie, żydowskie mauzoleum – pseudomauretański ohel-gigant, czyli grobowiec rodu Poznańskich.

Jednak na bejt-olam przy ulicy Brackiej nowinkarstwa sepulkralnego brak. Dlaczego? Nie z przyczyn finansowych: w gminie łódzkiej osób majętnych nie brakowało, poza mauzoleum Poznańskich świadczą o tym choćby hellenistyczne świątyńki nad grobami Silbersteinów czy Jarocińskich. A skoro byli łodzianie Żydami bogatymi, to niejednokrotnie także nowoczesnymi i w świecie bywałymi. Na smaku artystycznym również im nie zbywało: jego wyrazem są liczne macewy zdobione wizerunkami połamanych drzew, gryfów, jelonków, dzbanów lewickich i szaf bibliotecznych czy też groby w kształcie starożytnych sarkofagów (ściśle – pseudosarkofagów, bo przecież micwa nakazuje pochować ciało bezpośrednio w ziemi). Więc dlaczego nie ma tu przedstawień figuralnych? Skąd ten konserwatyzm? Trudno powiedzieć, ale w rzeczonych okolicznościach tym bardziej przykuwają uwagę oraz intrygują nagrobki, które taki motyw zawierają. Dokładnie – dwa nagrobki.

Chronologicznie pierwszy z nich to macewa Stanisława Heymana, zmarłego w 1928 roku. Dzieło, jakże by inaczej, Abrahama Ostrzegi, który tym razem objawił się jako poeta rzeźby: Anioł zbierający kwiaty to nie tyle postać, ile jej zarys, zapowiedź, sugestia, metafora…

4- nagrobek-stanislawa-heymanaImpresja na temat anioła, czyli nagrobek Stanisława Heymana, łódzkiego prawnika i działacza społecznego

Teraz trzeba przejść do sektora W, na lewo od głównej alei, blisko bramy wejściowej. Tam znajdziemy drugi nagrobek. Ale jaki! Unikalny nie tyko w skali łódzkiej nekropolii, lecz także w zestawieniu z Aniołem na grobie Heymana. Mało by o nim rzec – nieortodoksyjny. Bluźnierczy! A że bluźnierstwo może przybrać formę arcydzieła? Dzieje ludzkości znają takie przypadki. Nic dziwnego, że od ponad dziesięciu lat tkwi ta niezwykła macewa w pamięci Viatora. Teraz wspomnienie ożyło, budząc jednocześnie, jako się rzekło, uśpionego grafomana.

ruta2Niektórzy widzą w tej macewie płaczącą twarz: głowy postaci tworzą oczy, zaś ich szaty spływają w dół na podobieństwo łez, pień palmy to nos, jej liście – brwi, a skrzydła anioła wieńczącego kompozycję (bardzo ostrzegowatego w charakterze) to włosy. Zaś tablica z napisem wyobraża usta wygięte w podkówkę z wielkiej żałości. Kto wie, może rację mają ci niektórzy…

 Nagrobek jest pełen symboli, kryje też kilka zagadek (niektóre łatwe do odszyfrowania) oraz jedną wielką tajemnicę. Płaczący żałobnicy – wiadomo. Palma – jasna sprawa, rzekł przecież Psalmista:

Sprawiedliwy wyrośnie jak palma / Rozrośnie się jak cedr Libanu / Zasadzeni w domu Pańskim / Wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Ale co znaczy hebrajska inskrypcja:

Malachej Szalom Mar Iwikajun
Po nikwara
HaAlma HaAdina
HaJeszara veRabot HaChen
Bat Szaaszuim veAchot Nechmada
Rachel Bas r(eb) Avrohom Icchok N’J Akabia
Niktefa Keeva BeSznat HaKaf”A LeChaja
BeJom Rewii Dchu’’ham [5]690 – TNCWE

W mowie mieszkańców kraju Polin zabrzmiałoby to mniej więcej tak:

Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali
Tu spoczywa
Panna Delikatna
Bogobojna i licznymi zaletami obdarzona
Radująca innych i siostra przyjemna
Rachela Akawie, córka pana Awrahama Jicchaka
Rozkwitający pąk, ścięty w 21 roku życia
W dniu czwartym chol hamoed
Święta Pesach 5690 – Niech Jej Dusza Będzie Wpleciona w Węzeł Życia

Zaś poniżej, językiem polskim i alfabetem łacińskim zapisano zdanie, które każdy może przeczytać i każdy winien odczuć lekkie ukłucie w sercu: RUTA AKAWIE ZGASŁA w 22ej WIOŚNIE ŻYCIA.

Jakie zagadki i jaką tajemnicę ukrywa ten niezwykły nagrobek?

Pierwsza z nich jest dość prosta: rozbieżność w wieku Ruty-Racheli podanym po hebrajsku i po polsku. Jeden z nich to ukończona ilość lat, drugi – rozpoczęty rok życia.

Kolejna zagadka była nieco trudniejsza, ale i ją udało się Viatorowi, dzięki pomocy nieocenionych Przewodników, rozwiązać. Publikacje dotyczące łódzkiego cmentarza zwykle informują, że Panna Delikatna Ruta Akawie zmarła w 1910 roku kalendarza gregoriańskiego, czyli w roku 5670 według rachuby żydowskiej. Tymczasem dostępne dokumenty wyraźnie wskazują na datę 1930! Skąd się wzięła ta rozbieżność? Ano, z podobieństwa kształtu literek-cyferek. Rzeźbiarz wykuł tam znak tsadik, na tyle jednak niewyraźnie, że przypomina dość podobną literę ayjin. Jeżeli jednak przyjrzymy się dokładnie, okaże się, że wszystko pasuje: mamy rok 5690 od stworzenia świata. Ani nagrobek nie kłamie, ani dokumenty. Zaś szanowni Czytelnicy dowiadują się o rozwikłaniu tej zagadki jako pierwsi!

I kolejna zagadka wydaje się być dzięki temu odgadnięta. O ile bowiem w przypadku macewy Stanisława Heymana autorstwo Abrahama Ostrzegi nie budzi raczej wątpliwości, o tyle nagrobkowi Racheli taka pewność dotąd nie towarzyszyła. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłby rok 1910 – rzeźbiarz był wtedy jeszcze młodym i nikomu nieznanym studentem. No, ale jeżeli rzecz miała miejsce dwadzieścia lat później, to całkowicie zmienia jej postać! Ostrzega jak najbardziej mógł wykuć grupę żałobników płaczących w cieniu palmy: klasa dzieła dodatkowo uprawdopodabnia takie przypuszczenie. Lecz całkowitej pewności nie mamy. Może to i lepiej. Mgiełka niejasności tworzy wszak doskonały entourage dla romantycznych rozmyślań.

To wszystko jednak drobiazgi. Naprawdę liczy się tylko jedna, największa tajemnica: DLACZEGO? Dlaczego reb Awraham Jicchak zdecydował się na tak kontrowersyjny sposób uczczenia pamięci córki? To, że jako człowiek bogaty, właściciel hurtowego składu papieru, miał środki na opłacenie wybitnego rzeźbiarza, tłumaczy jedynie metodę jego działań, ale nie motywy. Skąd wziął natchnienie i co mu dało odwagę, by tak radykalnie wyłamać się z konserwatywnej społeczności łódzkich Żydów? Fakt, że był w pewnym stopniu asymilowany (o czym świadczy polska fraza na nagrobku) i prawdopodobnie wyznawał poglądy syjonistyczne (na co wskazuje, stylizowana bo stylizowana, ale jednak gwiazda Dawida na szczycie palmy)? Trop raczej fałszywy: cmentarz przy Brackiej pełen jest macew z polskimi napisami i z gwiazdami Dawida. Więc dlaczego?

Viator ma swoją teorię na ten temat. Rozpacz. Rozpacz i bunt przeciw Najwyższemu powodowały Awrahamem Jicchakiem. Wcześniej stracił już żonę, a mała, ośmioletnia zaledwie Ruta, matkę. Frajndla Laia odeszła po piętnastu latach małżeństwa, w czterdziestej piątej wiośnie życia. Dziś powiedzielibyśmy: zmarła młodo. Ale i wtedy nie był to bynajmniej wiek podeszły, powołajmy się raz jeszcze na Psalmistę, który mówi: Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt / A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt. Frajndli Lai sił zabrakło. A Ruta-Rachela miała ich jeszcze mniej. Nie zdążył się Awraham Jicchak nacieszyć żadną z nich. Spoczęły obie w kwaterze W, na lewo od głównej alei. Zaś oszalały z rozpaczy mąż i ojciec, zamiast poddać się woli bożej i recytować pokornie Szema Jisrael, pogroził Niebiosom pięścią, wołając jak prorok Jirmijahu: Ilekroć przemawiam, muszę krzyczeć i wołać: Gwałt i zniszczenie! I tak słowo Pana stało mi się hańbą i pośmiewiskiem na co dzień. A gdy pomyślałem: Nie wspomnę o nim i już nie przemówię w jego imieniu, to stało się to w moim sercu jak ogień płonący, zamknięty w moich kościach. Ogień rozpaczy trawił kości Awrahama Jicchaka, a on wyzywał Pana na pojedynek. Nagrobek ocierający się o bluźnierstwo był li i jedynie prowokacją, mającą skłonić Najwyższego do udzielenia odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi.

Tak to sobie wyobraża Viator, ale jak było rzeczywiście? Salomon Akawie, brat Ruty-Racheli przeżył Wojnę. Może jego potomkowie do dziś mieszkają nad brzegami Jordanu lub gdzieś za wielką wodą? Może oni znają prawdę? A może nie poznamy jej nigdy? Czy musimy? Czy warto? Jeszcze jedno pytanie, na które nie ma odpowiedzi?

6 FryzAniołowie, Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali nad grobem Racheli, siostry przyjemnej. Naszej siostry w człowieczeństwie.
Zapłaczmy i my.

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Podwieczorek mistrzów

Ia-wroblewskiRyszard Dąbrowski

Szanowni Państwo,

w imieniu moich kolegów oraz własnym zapraszam na zbiorową wystawę fotograficzną pt: „Mistrzowie mistrza”.  W wystawie uczestniczą Zbigniew Wróblewski, Zdzisław Sienkowiec, Janusz „Sławek” Piszczatowski, Zdzisław Pacholski, Mariusz Hermanowicz oraz Ryszard Dąbrowski. Najstarszy z nas liczy 78 lat, najmłodszy 64.

To oni przed laty na zdjęciu Zbigniewa Wróblewskiego

 

Otwarcie wystawy będzie miało miejsce 5 września tego roku w szczecińskiej galerii fotograficznej FOTART, ul. Monte Cassino 5,  o godzinie 18.

Idea wystawy

Gdy człowiek osiąga pewien wiek, w którym powoli zaczynają umierać jego koledzy oraz przyjaciele, zaczyna z pewną nutką nostalgii patrzeć na swoje życie, swoją odległą przeszłość i bliską przyszłość.

Jak twierdzą socjolodzy, neurolodzy oraz psychoanalitycy, o tym kim i czym się jest, w 50 procentach decydują geny a w pozostałych kształtują nas szkoła, otoczenie, znajomi i przyjaciele.

VIb-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Oprócz fotografii, która jest naszą pasją, łączy nas także i to, iż kiedyś w „zamierzchłych” czasach, członkowie tej grupy, byli moimi pierwszymi „nauczycielami”. Wspierali mnie radami lub krytyką oraz byli mi pomocni w działaniach fotograficznych.

Nas pięciu żyjących oraz jeden „nieobecny”, ale usprawiedliwiony, postanowiło zrobić wystawę fotograficzną, na której przy pomocy zdjęć i słów chcemy samookreślić i współokreślić nas samych jako przyjaciół i fotografów.

Ta wystawa to sześć indywidualnych prezentacji, powiązanych ze sobą czasem i miejscem.

IIb-sienkowiec IIa-sienkowiecZdzisław Sienkowiec

Jest to także nasz przyczynek do oficjalnych obchodów 175-tej rocznicy wynalazku fotografii, świętowanych z okazji ogłoszenia szczegółów tej technologii w dniu 18 sierpnia 1839 roku w Paryżu.

Jednakże już wcześniej, bo w 1822 roku, Francuz Joseph Nicéphore Niépce wykonywał swoje pierwsze heliografie. Jego najstarsze zachowane „zdjęcie” powstało jesienią 1826 roku w efekcie ośmiogodzinnego naświetlania. Zrobione ono zostało z okna pracowni w Le Gras i przedstawia okoliczne dachy.

Pierwszego człowieka, a właściwie dwóch – czyściciela butów oraz jego klienta, w maju 1838 roku, sfotografował całkiem przypadkowo Louis Jacques Mandé Daguerre, poprzez naświetlanie przez 10 minut widoku z okna swojej pracowni w Paryżu. W prawie wszystkich opisach tego zdjęcia, wzmiankowany jest jedynie mężczyzna, któremu czyszczono buty, a czyścibut pomijany jest milczeniem. Jakże dobitnie ten powszechnie spotykany opis, wzmiankowanego tu dagerotypu, uwidacznia ówczesny, oraz z krótkimi przerwami trwający do dzisiaj, klasowy podział społeczny.

Później fotografia była już wszędzie, podczas wojen i rewolucji, wypadków i morderstw, urodzin i śmierci, pod wodą i w kosmosie, w brzuchu ciężarnej kobiety, w bijącym sercu, a nawet we wnętrzu organicznej komórki. Fotografia zrewolucjonizowała także malarstwo i rzeźbę oraz pchnęła je w kierunku abstrakcji i formalnych poszukiwań.

Obecnie aparat fotograficzny ma już każdy, niektórzy nawet kilka, a ci co ich nie posiadają robią zdjęcia komórką czy nawet zegarkiem albo okularami.

Ciekawe jak za następne 175 lat będzie się dokonywać rejestracji rzeczywistości otaczającej człowieka. Oczywiście przy założeniu, że ludzkość przeżyje kolejne dwa wieki…

Już po wybraniu zdjęć do naszej wystawy, skonstatowałem, iż w większości z nich przewija się motyw przemijania i śmierci.

Ib-wroblewskiZbigniew Wróblewski

I tak Zbyszek Wróblewski pokazuje grupowy portret kilkorga zmarłych kumpli oraz zdjęcia z rozruchów ulicznych w grudniu 1970 roku w Szczecinie, podczas których zginęło 16 osób.
Zdzisław Sienkowiec prezentuje zdjęcia Stoczni Szczecińskiej, która po ponad 160 latach istnienia bezpowrotnie zniknęła z mapy miasta.
Sławek Piszczatowski atakuje zdjęciami ciał nagich kobiet, poddawanych nieubłaganym prawom natury, które w niektórych kulturach są alegorią i apoteozą śmierci.
Zdzisław Pacholski dał zdjęcie Dorotki, wykonane na rok przed jej tragiczną śmiercią oraz filozoficzną multiplikację czaszek ludzkich.

IVa-pacholskiZdzisław Pacholski

Ja natomiast, Ryszard Dąbrowski, prezentuję ostatnie zdjęcie wykonane przez człowieka, krótko przed tym, zanim wymarło 90% populacji homo sapiens.

VIa-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Prace te uzmysławiają nam, iż gdzieś tam, za którymś rogiem, czyha na nas, zręcznie posługujący się mieczem Damoklesa oraz niekiedy także i kosą, mistrz nad mistrzami…

***

Znakomity wstęp, ale jako redaktorka zawahałam się z lekka nad końcową wypowiedzią Autora. Mistrz nad Mistrzami? Kto – śmierć? Po niemiecku, oczywiście, ale po polsku. To znany problem, bo co tłumacz miał zrobić z powieścią Brat snu Schneidera? Przecież ewidentnie powinna była się tu pojawić Siostra snu.

Jerzy Jurczyk tak skomentował to zdanie:

Emigracja wykorzenia! Jesteś, Ryszardzie, wymownym tego przykładem. Wprawdzie sercem pozostałeś po wschodniej stronie Odry, lecz językowo przeflancowałeś się już wyraźnie na pruskie podglebie Bramy Brandenburskiej, bowiem śmierć nazywasz mistrzem, a nie „mistrzynią”. To prawda, że po niemiecku „der Tod” jest rodzaju męskiego. Jednak w języku polskim – podobnie jak we włoskim – śmierć jest rodzaju żeńskiego. Świadczy to, że w zbiorowej podświadomości Słowian, jak też – hedonistycznie doceniających uroki życia doczesnego – mieszkańców krajów basenu Morza Śródziemnego, śmierć jako postać kobieca ma o wiele mniej złowieszczą konotację, niż np „Jeźdźcy Apokalipsy” Albrechta Dürera. Zauważmy, że w polskim teatrze ludowym śmierć jest nazywana bardzo poufale i niemal pieszczotliwie „śmiertką”, jakby można było się z nią zaprzyjaźnić i spokojnie gwarzyć o przemijaniu.

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie –
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku

Machbuba

Tomasz Fetzki

Ku przeznaczeniu

Przeznaczenie ma to do siebie, że jest nieuchronne. Dzieweczka z Abisynii, choć tak delikatna i niewinna, też mu się nie wymknie. Rusza, choć jeszcze o tym nie wie, wprost w jego zimne objęcia.
W Wiedniu wielkiemu panu, księciu na Muskau i Branitz, nie wypadało się afiszować związkiem z prostą niewolnicą, „dzikuską” – jak sam ją nazwał był jeszcze w Chartumie. Dlatego Pückler przedstawiał swą towarzyszkę jako córkę urzędnika, kto wie, szanowni państwo, może nawet spadkobierczynię książęcego rodu…(i chyba wtedy właśnie narodziła się legenda o szlachetnym pochodzeniu Ajiamé). Twierdził, że jej imię brzmi Machbuba, co jakoby miało znaczyć „Złota”; w rzeczywistości znaczyło „kochana”, a właściwie „kochanka” – zaprawdę, arystokratyczne korzenie dziewczyny wydają się wątłe. Ale mała Afrykanka zna już dworskie maniery, porozumiewa się po włosku, słowem, sprawy idą, comme il faut.
Nic nie pomogło: pojawienie się pary wszędzie wywołuje skandal. Mimo wszystko razi młodość Machbuby, a jeszcze bardziej różnica wieku między nią a Księciem. Czterdzieści lat! Rodziców Hermanna (a przypomnijmy, że matka urodziła go, będąc piętnastolatką) dzieliło „zaledwie” szesnaście wiosen. Przeszkadzają jej ród i status; nie wszyscy uwierzyli w bajeczki o wysokim pochodzeniu. Nie pomaga też fakt, że książę już od dawna ma wśród europejskiej société opinię, by użyć eufemizmu, nieszczególną.
Właściwie to nie małej Abisynce czyniono afronty. Była przecież, mimo piętnastu już lat, ciągle dzieckiem: uroczym, naturalnym i zagubionym. Bezgranicznie wierna i wpatrzona w swego protektora. Wzbudzała raczej czułość i litość, niż potępienie. Ostrze oburzenia skierowano, i słusznie, przeciw Pücklerowi. Na tyle boleśnie, że Książę zaczął sobie chyba wreszcie zdawać sprawę z powagi sytuacji, którą sprokurował. A przecież w Muskau czeka Ona – żona i nie żona, czyli Lucie. Od 1826 roku rozwiedziona z Hermannem, jako się rzekło formalnie, dalej jest rzeczywistą Panią na zamku i włościach. Co zrobi, jak przyjmie Machbubę?
Książę już od pewnego czasu starał się przygotować ją na to spotkanie, śląc wymowne, a jakże!, ale i błagalne epistoły. Jak się okazało, nieskutecznie. Arcytolerancyjna Lucie, córka pruskiego kanclerza, księcia von Hardenberg, primo voto grafini von Pappenheim (Hermanna pojęła za męża po pierwszym rozwodzie), znosiła dzielnie przez wiele lat liczne romanse partnera. Bez mrugnięcia okiem przyjęła roztrwonienie swego posagu na parkowe miraże Księcia. Zaakceptowała, dwuznaczną co najmniej, pozycję żony byłej de iure, ale prawdziwej de facto. Anioł, nie kobieta! Ale Kwiatuszek z Sahelu zasadzony nad brzegiem Nysy – to było za dużo nawet dla Lucie. Takiego despektu znieść nie mogła. Toteż demonstracyjnie opuszcza Muskau, udając się do Berlina.
Książę von Pückler niewątpliwie był lekkomyślny, ale nie głupi: prawdopodobnie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. Mimo to wyjazd Lucie zniósł bardzo ciężko. Jakby tego było mało, Machbuba zaczęła chorować. A raczej: choroba dziewczynki po jej przybyciu do Mużakowa rozwinęła się dramatycznie. To już trzeci rok ich wspólnej podróży, od dłuższego czasu przebywają w Europie. Trudy wędrówki i klimat Północy okazały się zabójcze dla małej Ajiamé. Diagnoza: gruźlica (według niektórych źródeł – zapalenie płuc). Misterny plan Księcia rozsypuje się jak zamek z piasku, którym przecież był od początku. Jego marzenie o odrobinie Orientu na co dzień odpływa w dal.
To z kolei było za dużo dla Hermanna. Łatwo jest wyszukać całą listę pięknych, przekonujących tudzież skutecznie mącących obraz określeń (cóż za problem dla „inżynierów słowa”?), ale prawda jest prozaiczna: sytuacja przerosła psychikę Księcia. Stchórzył i podążył pokornie do Berlina, do Lucie. Ktoś rzekłby, że zachował się jak typowy facet. Viator mógłby podjąć dyskusję, ma inny pogląd na tę „typowość”. Ale oczywiście, ze zrozumiałych względów, Viator nie jest obiektywny.
Machbuba pozostała w Mużakowie. Nadchodzi jesień. Dziewczynka niewiele rozumie z tego, co się wydarzyło, lecz dalej niezłomnie kocha swego Pana. Tęskni. A suchoty, jak to suchoty: galopują. Cały dwór ze smutkiem obserwuje, jak Czarna Perełka powoli gaśnie. Cały dwór, bo wszyscy pokochali to dziecko; czy mogło zresztą być inaczej? Lekarz opiekujący się dziewczynką pilnie wzywa Hermanna do powrotu. Nawet okoliczne arystokratki, wzruszone jej losem, ślą listy mające zmiękczyć serce Pücklera. Nic nie pomaga. Książę nie przybył. Wysłał, i owszem, kilka czułych listów, pisanych po włosku, a zaczynających się od słów Cara mia Machbuba (Moja droga Machbubo). W jednym z nich stwierdza, nagle dziwnie po ojcowsku: Żywię nadzieję, iż trochę lepszym zdrowiem się cieszysz. Bardzo Cię miłuję i życzę sobie, byś czas przyjemnie spędzała, byś korzystała z rozrywek, ale też się i czegoś uczyła. Posłał nawet pudełko czekoladek! Ludzki Pan, nieprawdaż?
Kiedy powalony gorączką Hermann niemal konał na pokładzie statku płynącego Dunajem, Machbuba nie odstąpiła go ani na krok. Gdy to ona umierała w ponury jesienny dzień, 27 października 1840 roku, była sama. Jak mówią świadkowie: do końca odważna i do ostatniej chwili bezgranicznie oddana Księciu.
Co tu dużo mówić: nie zasłużył na tę miłość. Oczywiście, natychmiast po śmierci dziewczynki przyjeżdża do Muskau, rozpacza. Spędza dwanaście godzin, roniąc nad grobem Machbuby łzy żałoby, oczywiście – przy pełni księżyca, jakżeby inaczej. Odgrywa komedię? Mamy prawo być surowi, ale nie bądźmy okrutni: to mogło być szczere. Żal był egzaltowany i wyrażony teatralnie (całe życie Księcia było takie, może po prostu inaczej nie umiał, może forma przygniotła treść?), ale chyba jednak autentyczny. A było nad czym płakać: prawdziwa i utracona miłość, rozwiane marzenia, własna małość i tchórzostwo… Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni…

machbuba2 (1)Maska pośmiertna Machbuby.

Minie zaledwie pięć lat od śmierci małej Afrykanki, a zbankrutowany książę von Pückler sprzeda Mużaków i wyjedzie stąd na zawsze. Zostawi swe marzenia o zielonym królestwie (no, nie tak do końca: odwiedźcie park w Branitz, aby się przekonać, że Fürst czasami potrafił być konsekwentny). Porzuci grób Machbuby. Na szczęście znajdą się inni, którzy się nim troskliwie zajmą. Dzięki temu istnieje on do dziś. Kolejni właściciele Mużakowa, hrabiowie von Arnim, wzruszeni historią Dzieweczki z Abisynii, korzystając z zachowanej maski pośmiertnej, nakazali wykonanie dwóch brązowych posągów, które ozdobiły parkowe alejki. Niestety, w roku 1945 uległy one zniszczeniu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA   Kościół św. Jakuba widziany od strony cmentarza. Przy ścianie wyeksponowano barokowe płyty epitafijne. O jednej z nich jeszcze wspomnimy.

Można oficjalnie: minąwszy Nowy Zamek przecinamy skosem rynek mużakowski, a następnie, krocząc prościutką Kirchstraße, docieramy pod kościółek św. Jakuba. Viator wybiera romantyczny skrót: idzie ścieżką parkową w kierunku Glorietty, nagle skręca w lewo (trzeba wiedzieć kiedy, bo oznakowania brak) i pokonując wąską dróżkę między drzewami, wchodzi wprost na plac przykościelny. Tak naprawdę – stary cmentarz. Sam kościół, choć mały, jest elegancki i świetnie utrzymany. Cmentarz także, mimo tego, że grobów zachowało się na nim niewiele, może dwadzieścia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Das Grab der Machbuba.

Wśród nich ten najważniejszy. Na uboczu, przy samym murze. I tak dobrze, że nie poza nim: wszak pochowana jest tutaj poganka. Grób skromny, wręcz majestatycznie skromny, ale nabrzmiały znaczeniem. Trzeba się pochylić i odgarnąć nieco rosnący wokół bluszcz. Z bogatego repertuaru symboli sepulkralnych twórcy nagrobka wybrali tylko jeden, ale za to jaki!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXWąż “wgryza się” w nagrobekXXXXXXXXXX…zaś po lewej wyłania                   XXXXXXpo prawej stronie…XXXXXXXXXXXXXXXXXsię łeb gadziny.

Wzorca, jak się zdaje, nie musieli szukać daleko. Pamiętacie epitafia stojące przy ścianie kościoła? Viator przyjrzał się im kiedyś dokładnie. Co zobaczył na jednym z nich, do powszechnej wiadomości podaje, a wnioski pozostawia czytelnikom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMemento mori w osiemnastowiecznym sztafażu.

Wiele lat później na grobie pojawił się jeszcze jeden znak. Bo te galopujące suchoty oczywiście były, miały wpływ, przyczyniły się, rzecz jasna… ale tak naprawdę wszyscy wiemy, że Ajiamé serce pękło z tęsknoty. To serce, które, jak chce legenda, zrozpaczony książę Pückler pochował tajemnie na jednej z parkowych ścieżek, do dziś zwanej ścieżką Cary (Cara mia Machbuba…)

SAMSUNG DIGITAL CAMERAI my, Polacy, mamy pamiątkę po Machbubie. Ścieżka Cary – w Parku, na prawym brzegu Nysy.

Książę, u którego forma przerosła treść, powiedział nad grobem Dzieweczki z Abisynii: Grobowce są górskimi szczytami piękniejszego świata. Viator, tym razem poskromiwszy pęd ku pajacowaniu, mówi po prostu: Śpij spokojnie, dziewczynko!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA sny, dziecko, miej piękne…

Jeśli ktoś znajdzie się w przygranicznej stronie i zapragnie własne słowa wyszeptać nad grobem, a może i czegoś więcej dowiedzieć się o małej Machbubie, niech koniecznie odnajdzie Katarzynę Jagiełło w siedzibie administracji polskiej części Parku Mużakowskiego. Pani Kasia (zaiste, Park zawsze słynął pięknem kwitnących w nim kwiatów; tak było kiedyś, tak jest i teraz) o Dzieweczce z Abisynii wie wszystko, przy tym chętnie dzieli się swą wiedzą. Także Viator wiele jej zawdzięcza i, korzystając z okazji, serdecznie dziękuje.

Bystrzanowice. Wojna i śmierć

Zofia Slaska
kolejna część wspomnień, spisanych w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone, dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Jelskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

konstancja2To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała. Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

konstancja1Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Masią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Masi, która mieszkała z matką w Kielcach.

Gestapo przyszło do Masi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski mieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej córki chodziły do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Masia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Ewy i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać.

Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy. Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie.
Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie mleczarek przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.
I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym  pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia z opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła, lecz zmarła w czerwcu. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

konstancja3-zosiaTak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy niedopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Masia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były komplikacje, i Henryk pojechał na operację do Szwecji. Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci. Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć.

Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania.
I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Nie wiem, co dla ojca ta wizyta znaczyła, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku. To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

Następna część wspomnień już się ukazała. Była zatytułowana 1945.

Cysorz…

Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie

23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:

Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.

Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:

Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła

Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.

Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.

Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…