#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świątbo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Barataria czyli święto początku lata

Piotr Czerniawski

ze strony Polska w Dużych Dawkach (Facebook)

A za 💯 lat….(albo dłużej)

Panie profesorze, proszę opowiedzieć nam o dzisiejszym święcie początku lata.

Tradycja święta nawiązuje do wydarzeń z odległego roku 2020, kiedy świat nawiedziła zaraza koronowirusa, tego samego, który dziś stał się zwykłą chorobą sezonową. W tamtych czasach nie istniały leki przeciwwirusowe, nie było także szczepionki. Choroba zaczęła się w Chinach, następnie trafiła do Włoch. Z uwagi na brak wiedzy, niski poziom higieny ówczesnych społeczeństw, brak zrozumienia mechanizmów zakażeń, choroba rozprzestrzeniła się w Europie i na Świecie.

Dziś świętujemy idąc do parków z naręczami papieru toaletowego, którym obrzucamy się i przyozdabiamy drzewa. Dlaczego papier toaletowy?

Źródła archeologiczne wskazują, że ludność gromadziła wówczas olbrzymie ilości tego produktu…

Ale dlaczego?

Historycy nie są zgodni w tej kwestii. Przeważa opinia o magicznym charakterze rolek. Ich duża ilość miała chronić domostwo przed atakiem zarazy, był to więc rodzaj amuletu.

Trudno w to uwierzyć.

Proszę pamiętać, że były to czasy obskurantyzmu i ciemnoty, ludzie ufali najróżniejszym szarlatanom, w wielu krajach rządzili populiści, wiedzę czerpano z tak zwanych mediów społecznościowych. Nierzadka była wiara w płaską Ziemię, lub szkodliwość szczepionek. Na tym tle wiara w magiczną moc papieru toaletowego nie wydaje się tak dziwna.

No dobrze, a co z tradycją obdarowywania dzieci figurkami psów? Czy to także wiąże się z epidemią?

Jak najbardziej. Jak już mówiłem, nie istniały wtedy skuteczne leki ani szczepionki. Jedyną metodą walki z zarazą była ścisła izolacja społeczna. Ludzie spędzili całą wiosnę i początek lata w domach. Wyjścia były reglamentowane, możliwe wyłącznie w określonych wypadkach. Jednym z nich było wyprowadzanie psów na spacer. Nie wiadomo, gdzie dokładnie pojawiła się idea wypożyczania czworonogów za drobną opłatą, prawdopodobnie we Włoszech lub Hiszpanii, jednak szybko rozprzestrzeniła się na całym kontynencie. Psy przekazywano sobie z mieszkania do mieszkania. Pamięć o tamtych praktykach przetrwała w postaci sympatycznego zwyczaju dawania dzieciom figurek psów i czekoladowych zwierzątek.

Święto początku lata, to oprócz wyjść do parku i spacerów, także niezwykła tradycja kulinarna. Chyba wszyscy jako dzieci pamiętamy straszny…

… okropny makaron polany oliwą lub olejem. Trzeba pamiętać, że kwarantanna trwała wiele miesięcy. Zapasy stopniowo topniały, kończyły się warzywa i owoce. Na koniec ludność jadła kasze, ryż i makarony zgormadzone jeszcze w początkach epidemii. W czerwcu został tylko olej kujawski i makaron penne, stąd to niezwykłe danie, tak nielubiane przez dzieci. Na Kurpiach, skąd pochodzę, tradycja mówi, że makaron może być gotowany tylko z trzema ziarnkami soli. Sól także była niedostępna…

Okropność!

Ten rytuał prawdopodobnie dość wiernie odzwierciedla sytuację ludności z ostatnich tygodni kwarantanny. Spiżarnie były puste.

Z wyjątkiem papieru toaletowego.

(śmiech) Tak, tego mieli pod dostatkiem.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

PS od Adminki: niemiecki urząd statystyczny podał 25 marca 2020 roku, że  popyt na papier toaletowy wzrósł 800 razy!!!

Wenus z Catalhüyuk (Reblog +)

Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.

Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

Utopia i alternatywa

Składam życzenia koleżance. Kończy 76 lat, życzę jej samopoczucia, jakby miała lat 40. Solenizantka dziękuje za życzenia, ale podkreśla, że młodość nie była utopią. Myślę sobie: “no, kochana, nawet jeśli świat, jak miałyśmy lat 40, nie był optymalny, to jednak byłyśmy młode, mogłyśmy bez trudu włożyć rajstopy, zapiąć sukienkę na plecach, wyjść z wanny, otworzyć słoik, chodzić do pracy w butach na obcasie i przetańczyć całą noc”.  Sprawność fizyczna nie jest utopią. Ale utopia, jak rozumiem, przestała być miejscem bez lokalizacji, a stała się synonimem czegoś idealnego.

Kilka dni później w lokalnej lewicowej gazecie taz znajduję artykuł-pytanie – co nam zostało z “alternatywy”? Kontekst jest oczywisty – tryumfalny pochód AfD czyli nacjonalistycznej i ksenofobicznej partii Alternative für Deutschland, której siłę mogą wzmóc kolejne fale uchodźców na granicy Europy. Założyciele partii użyli słowa alternatywa jako innej opcji czy innego rozwiązania, tymczasem niemiecka lewica odczytała to słowo tak jak sama go używała przed pół wiekiem. Lewica przypomniała sobie swą młodzieńczą filozofię i poczuła się okradziona. Dzisiejsza lewica niemiecka wyrosła przecież w atmosferze protestów politycznych i społecznych podczas i po rozruchach studenckich w roku 1968. Ich owocem była zarówno kultura alternatywna, jak i sama partia, która nazwała się wówczas Lista Alternatywna (LA). Potem berlińska LA połączyła się z zachodnioniemieckiem ruchem Zielonych, powstała partia Zielonych, a potem jej ideały zmieszczaniały, a partia doszła do władzy. Lub może było na odwrót – partia doszła do władzy, a jej ideały zmieszczaniały. Z alternatywnej koncepcji życia pozostało müsli na śniadanie. A teraz taz pyta o to, czyją własnością jest słowo “alternatywa” i nie ma na myśli innej opcji, tylko swoje własne korzenie.

Dwa słowa, które zmieniły znaczenie. Oba związane z ideałami społecznymi mojej młodości, czasu gdy miałam lat 30, 35, 40…

Na pytanie, do kogo należy “Alternatywa” odpowiedziało kilka osób. Oto pierwsza z odpowiedzi, którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć, wydała mi się ciekawa, bo dotyczy alternatywy, utopii, lewicy i jeszcze na dodatek literatury, co, jako żywo, składa się na baratarystykę. Wyślę linka do tego wpisu do autora, mam nadzieję, że będzie zadowolony. Zresztą, czy ma alternatywę?

Enno Stahl

Utopijne projekty społeczne

Czy Literatura jest z natury rzeczy czymś Innym? Tym, co się, pozytywnie lub negatywnie, odróżnia od Normy? Bo jeśli tak, to właśnie Literatura byłaby Alternatywą – nie służy bowiem pragmatycznym celom. Jednak raczej tak nie jest, tak tylko może być. Prawo bycia Alternatywą trzeba sobie wypracować. Również Literatura musi na to miano zasłużyć, uwolnić się od towarowości, która jej niemal nieustannie towarzyszy, nawet jeśli towarem ma być tylko uwaga czytelników.

Stosunek Literatury i Alternatywy może przyjąć dwojaką formę. Literatura może bezpośrednio kształtować Alternatywę, tworząc utopijne projekty społeczne. Może też sama w sobie – w treści i formie – stać się Alternatywą do literackiego (a przeto i spoiłecznego) mainstreamu. Utopia literacka należy do klasyki, Thomas Morus, Tommaso Campanella, Francis Bacon. Ex negativo klasyką będzie też literacka dystopia, ukazująca Alternatywę społeczną, po to by przestrzec społeczeństwa przed konsekwencjami ich decyzji –  np 1984 Orwella czy Nowy Wspaniały Świat Huxleya.

Jeśli Literatura chce być sama w sobie Alternatywą, musi zrezygnować z tematów i form powszechnie akceptowanych przez Rynek. Język, narracja, przedstawione osobowości muszą być inne niż to, co jest, eksperymentalne. Trzeba sięgnąć do alienacji, zwiększyć stopień trudności odbioru, stworzyć dzieło hermetyczne lub przeciwnie akrobatyczne. Można użyć treści subwersywnych politycznie, lub naukowo analitycznych. Tylko tak może się jeszcze zdarzyć, że Literatura dołoży swoją cegiełkę do procesu zmian cywilizacyjnych – nawet jeśli będzie wkład minimalny.

Obawiam się, że Redakcja taza obcięła autorowi dalszą część wywodu. Zastanawiam się, co pan Stahl chciał nam w tym tekście jeszcze powiedzieć. A zatem pytam, czy pan Stahl jest baratarystą czy też nie jest?

Barataria w wersji Cervantesa była wg klasyfikacji autora utopijnym projektem społecznym, ale była też okrutną dystopią. Gdy Don Kichot uczy giermka, jak ma postępować, żeby być dobrym gubernatorem, widzi wyspę Sancho Pansy jak państwo idealne, samego zaś poczciwego wieśniaka plasuje w roli idealnego władcy. Gdy jednak okazuje się, że wyspa Barataria nie jest wyspą, doradcy szkodzą władcy, nikogo nie obchodzi los poddanych, a właściciele miasteczka okrutnie sobie ze wszystkich kpią – idealne państwo przestaje być utopią i staje się dystopią. Nie wierz bogatym, przestrzega autor, bo zawsze cię wystrychną na dudka. Jeśli coś dadzą, to zrobi ci to krzywdę, jeśli coś miałeś, to ci to odbiorą, i nawet jeśliś mądry i przebiegły, to na nic ci się to nie przyda. Jak w filmie Parasite – bogaci i biedni żyją na dwóch odrębnych planetach, nigdy się nawzajem nie zrozumieją i nigdy nie dojdzie między nimi do porozumienia. Bogaci wykorzystują biednych, żyją ich kosztem i bawią się ich kosztem. Biedni oszukują bogatych, ale też oszukują siebie nawzajem. Nawet śmierć, morderstwo, przelana krew niczego tu nie zmienią. Co najwyżej możesz dołożyć wszystkich starań, żeby przestać być biednym i stać się bogatym. Przegrasz i tak, a rzadko kto ma tyle mądrości, by, jak Sancho Pansa, dobrowolnie z tego bogactwa zrezygnować.

Sanczo padł na kolana przed Księciem i Księżną, i rzekł:
– Obdarzyliście mnie, wasze wyniosłości, tym urzędem, którego w głupocie swojej
pragnąłem, ale już nie pragnę i nie zapragnę. Jak rządziłem, doniosą wam inni; choćby mylili się lub łgali, ich sąd o mnie będzie bardziej się liczył niźli mój własny. Co na wyspie zostanie po moich rządach, okaże się później; mnie nie zostało nic; goły do Baratarii przybyłem i goły powracam; trochę nawet straciłem na ciele dzięki medykowi przybocznemu i innym; tego sobie już nie odbiorę, niech będzie moja strata; zresztą źle mówię, bo jest i coś, co zyskałem – to przekonanie, że nie zależy mi na rządzeniu ani wyspą, ani królestwem, ani całym światem.
Dziękuję tedy waszym podniosłościom za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obsypali, całuję wasze ręce i stopy, i jak dzieci, gdy się bawią w komórki do wynajęcia, opuszczam tę komórkę, niech w nią wskoczy kto inny, a ja wskakuję w moją starą komórkę, czyli przechodzę na giermkowanie panu mojemu, Don Kichotowi z La Manczy, zwanemu też Rycerzem Lwów, za którym strasznie się stęskniłem, nie mówiąc o tym, że, jak mi szepnął, oczka mu puściły na zielonej pończosze i nie miał ich kto załapać, ale zdaje się, że za długo już przemawiam, więc na tym kończę.

Na tym i ja zakończę dzisiejszy wpis, pokażę jedynie znaleziony ostatnio w sieci kolejny autoportret Jacka Malczewskiego, tym razem w jakuckiej czapce. Pisałam już o autoportretach tego artysty, bo często wyglądał na nich jak Don Kichot, ale tego akurat wtedy nie pokazałam.

Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?

Chiny. Dwa dni w lutym 2020 roku

Reblogs

Jeśli myślicie, że Koronawirus, to wszystko, czym nas mogą przerazić Chiny…

1/ Artur Cieślar 
20 lutego 2020
Stracić twarz
codziennie, a raczej conocnie śledzę chińskich blogerów i vlogerów, którzy cudem pańskim omijają cenzurę komunistycznych władz i przemycają swoje relacje do sieci, do youtuba, nam, ludziom Zachodu. coraz mniej tych relacji, bo ci, którzy wykładali karty na stół i wprost mówili o manipulacjach władz dot. działań przeciwko wirusowi, ci, którzy wprost mówili: “hej, komunistyczny rządzie, ja się śmierci nie boję, a ty myślisz, że ciebie będę się bał!”, oni wszyscy zapadli się pod ziemię, znikali jeden po drugim, a ich relacje ustawały. i warto wiedzieć, warto przekazywać dalej, że mamy do czynienia z powtórką a la Czarnobyl, fałszowaniem danych, i aresztowaniami oraz mordami ludzi, którzy dla chińskich władz, ich wizerunku i podejścia, które nam jest obce – “za wszelką cenę nie można przed innymi stracić twarzy”, że komunistyczne Chiny prędzej cały świat zakażą wirusem niż przyznają się do swojej tępej polityki i odpuszczą sobie własne stołki, powołując do życia demokratyczne mechanizmy, których Chińczycy od wieków zwyczajnie nie znają – a bo cesarze, a bo Mao, a bo komuniści zaraz po nim.
przeraża mnie jako zwyczajnego konsumenta informacji o tym, co wydarza się na mojej planecie, że wszystkim rządzą pieniądze, że nawet w naszych mediach dziennikarze głównie martwią się stratami w gospodarce, spowodowanymi blokadą Chin w związku z wirusem. przeraża mnie, że jakoś nie słyszę o wielkich działaniach humanitarnych na rzecz walki z wirusem i pomocy. oni, czytaj Chińczycy, przemycają światu piękne obrazki z najnowocześniejszych szpitali, gdzie personel przypomina astronautów z NASA, gdzie wszystko lśni i jest na glanc monitorowane, zdjęcia ozdrowieńców, którzy z wdzięcznością machają lekarzom bukiecikami kwiatów i opuszczają szpital. tymczasem tam jest Armagedon. tam wszystkiego brakuje. większość Chińczyków jest zakażona i przebywa chorobę we własnych domach, całe bloki, osiedla chorują i nie ma szansy na ambulans ani miejsce w szpitalu. albo chorują na prowizrycznych łózkach polowych, gęsto porozstawianych w salach gimnastycznych szkół. cała masa przypadków zgonów jest nieopisana i nieudokumentowana. ciała zmarłych są zabierane bezpośrednio do krematoriów, a pracownicy tychże nie nadążają ze spalaniem zwłok, są przemęczeni i zdruzgotani tym, że oficjalne dane komunistów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt im nie pomaga.
to jedna z najbardziej przerażających pułapek, jakie ludzie zastawili na ludzi w XXI w. to pułapka władz państwowych na własnych obywateli, gdzie metody sowieckie są stosowane na co dzień i po dziś dzień. nota bene: wydalono właśnie wczoraj amerykańskich dziennikarzy z Wall Street Journal, bo zbyt krytycznie przedstawiali sytuację w Chinach! to “mocarstwo”, gdzie ludzi się łamie, a ci, którzy znajdują w sobie pokłady siły i odwagi i nazywają rzeczy wprost, znikają w tajemniczych okolicznościach.
i światu nie przeszkadza handlować i przyjaźnić się z chińskimi władzami, które z każdym kolejnym sprzedanym iPhonem, parą butów, koszulką, garnkiem i samochodem, obrastają w tłuszcz mocy i jeszcze szczelniej obudowują własną twierdzę. twierdzę, która jest pułapką dla ponad miliarda mieszkańców naszej planety.

2/ Andrzej Titkow
23 lutego 2020
Jestem Ujgurem

Koronawirus zwrócił oczy całego świata na Chiny. Ale ten kraj próbuje ukryć przed nami inny horror: chińskie władze wtrąciły do brutalnych „obozów reedukacyjnych” już milion Ujgurów.

Kobiety się gwałci i torturuje, dzieci przemocą odbiera rodzicom.

Trudno uwierzyć, że coś tak makabrycznego może mieć miejsce w 2020 roku przy milczącej akceptacji naszych rządów. Ale my nie będziemy milczeć! Za kilka dni w ONZ może się odbyć debata w tej sprawie. Wierzymy, że światowy apel może skłonić kilka wpływowych państw, by sprzeciwiły się chińskiej bezwzględności. Jeśli każdy, kto to czyta, podpisze naszą petycję, zbierzemy milion podpisów i dostarczymy je na forum ONZ – po jednym podpisie za każdego zatrzymanego Ujgura!

Następnie dostarczymy świadectwa samych Ujgurów do parlamentów całego świata. Będziemy naciskać na globalne koncerny, by przestały uczestniczyć w tym kulturowym ludobójstwie. Pokażmy Chinom i całemu światu, że żądamy, by Ujgurzy odzyskali wolność.

Podpisz

Do Rady Praw Człowieka ONZ, parlamentów naszych państw oraz do przedsiębiorstw prowadzących interesy w Chinach:

Brutalne internowanie i „reedukacja” co najmniej miliona niewinnych ludzi to zbrodnia przeciwko ludzkości. Żądamy reakcji. Apelujemy o potępienie tej potworności, nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne oraz o wycofanie inwestycji – po to, by nakłonić rząd Chin do respektowania fundamentalnych praw człowieka i prawa międzynarodowego. Nie możemy pozwolić na nieustanną inwigilację, reedukację, masowe internowanie, zorganizowane gwałty i tortury i na kulturowe wyniszczenie całego narodu.
Historia będzie pamiętać o Ujgurach – i o tym, co w ich sprawie zrobiliście.

Podpisz petycję

Reblog für Marta

For Marta J.L.
with two pics she made in USA

William Merrit Chase (1849-1916), The Yield of the waters, Carnegie Museum of Art

Rebecca Hahn

Tinte, Tarnung und Tentakel

Ihre größten Vertreter hielt man einst für Meeresungeheuer, heute diskutiert man die Möglichkeit, sie könnten aus dem All gekommen sein. Ein Blick auf die Erforschung der Tintenfische.

Ein prächtiger Pharao-Tintenfisch (Sepia pharaonis). Gut sichtbar ist sein Hyponom, die Düse, durch welche ein Kopffüßer Wasser aus seiner Mantelhöhle presst und damit beschleunigen kann wie kaum ein anderes Meerestier. Foto: Mauritius

Eine unheimliche Begegnung hatten Wissenschaftler der amerikanischen National Oceanic and Atmospheric Administration im Juni vergangenen Jahres im Golf von Mexiko. Etwa 160 Kilometer vor New Orleans hatten sie eine Spezialkamera im Wasser versenkt. Mit rotierenden Lichtimpulsen sollte das Gerät Tiefseebewohner anlocken. 120 Stunden Filmmaterial hatten die Forscher schon gesammelt, als sich plötzlich ein heller Wurm aus dem Dunkel schlängelte. Erst im Näherkommen fächerte das Tier seine Arme auf und gab sich als drei bis vier Meter langer junger Riesenkalmar zu erkennen. Seine Arme umwickelten den Lichtköder und umspielten ihn mit ihren Saugnäpfen. Dann aber erkannte das Tier, dass es nicht auf essbare Beute gestoßen war und schoss zurück in die Schwärze.

Über Architeuthis dux, den Riesenkalmar, ist nur wenig bekannt; und auch seine anderen Verwandten aus der Klasse der Kopffüßer, wie Kraken und Sepien, muten zuweilen recht außerirdisch an. Dabei leben die sogenannten Cephalopoden in allen Weltmeeren bis hinunter zur Antarktis. Sie bewohnen flache Korallenriffe, die freie Wassersäule der Tiefsee und die Räume unter dem Meereis der Polargebiete. Sie sind Meister der Tarnung, haben drei Herzen und blaues Blut, werden selten älter als zwei Jahre und verfügen dennoch – als einzige Weichtiere – über ein großes und komplexes Gehirn. „Sie sind intelligent, bunt, schnell, raffiniert, merkwürdig und inspirierend“, schreiben die Meeresbiologen Roger Hanlon, Mike Vecchione und Louise Allcock in ihrem Buch „Octopus, Squid & Cuttlefish“. Neurowissenschaftler und Biologen erhoffen sich von der Erforschung der Kopffüßer tiefgreifende Einblicke in die Evolution, aber auch Astrobiologen interessieren sich für die irdischen Aliens.

Der Riesenkalmar spukte schon durch die Phantasie der Menschen, als noch lange nicht wissenschaftlich gesichert war, dass er überhaupt existiert. Verborgen im Dunkel der Tiefsee, so erzählten sich die frühen nordischen Seefahrer, lauere „der Krake” – ein Monster, so gewaltig und furchterregend wie kein anderes Meeresungeheuer. Von Norwegen über Island bis nach Grönland erstrecke sich sein Reich. Die Kreatur sei so groß wie eine Insel und könne ganze Schiffe packen und in den Abgrund reißen. Oder sie umkreise ihre Beute so lange, bis sich ein Strudel auftäte, in dem Mann und Schiff versänken.

Schon in einer um das Jahr 1180 verfassten Saga über den norwegischen König Sverre Sigurdsson kämpft dieser – neben weiteren Meeresungeheuern – gegen einen Riesenkraken. Über die Jahre wurde die Legende von dem vielarmigen Monster so oft wiederholt, dass der Krake sogar Eingang in Carl von Linnés 1735 erstmals veröffentlichte Systema Naturae fand. In der ersten Ausgabe seines Werks zur wissenschaftlichen Klassifizierung von Tieren, Pflanzen und Mineralien hielt der schwedische Naturforscher den Riesenkraken unter der Bezeichnung Microcosmus marinus fest. Im Bemühen zur Wissenschaftlichkeit entfernte von Linné das mystische Wesen in den späteren Ausgaben jedoch wieder. Erst über hundert Jahre später sollte sich herausstellen, dass der Krake durchaus ein Teil der realen Tierwelt ist.

26.08.2018, Neuseeland, Wellington: Taucher Jack Aplin liegt am Strand nahe Wellington neben einem toten Riesenkalmar. Foto: dpa

Im 19. Jahrhundert sammelte der dänische Forscher Japetus Steenstrup alle Hinweise auf den Riesenkraken, die er nur finden konnte. Aus heutiger Sicht war Steenstrup damit einer der ersten Kryptozoologen, die versuchen, die Existenz von Fabelwesen zu beweisen. Obwohl die anderen Wissenschaftler seiner Zeit den Riesenkraken für ein Hirngespinst hielten, ließ Steenstrup nicht von der Sache ab. Er stöberte alte Bilder von seltsam unförmigen großen „Fischen“ auf, die er als Kopffüßer identifizierte. Um seine Theorie zu belegen, reichten ein paar alte Gemälde aber nicht aus.

1854 spülte der Zufall schließlich den entscheidenden Beweis an: Fischer entdeckten an einem Strand in Jütland den Kadaver eines riesigen unbekannten Tieres. Sein Fleisch verarbeiteten sie zu Fischfutter, aber der Schnabel gelangte in Steenstrups Hände. Damit konnte dieser in einem Vortrag vor der Dänischen Naturhistorischen Gesellschaft erstmals die Existenz des sagenumwobenen Riesenkraken belegen, der seither unter seinem wissenschaftlichen Namen Architeuthis dux bekannt ist.

Taxonomisch gesehen handelt es sich allerdings nicht um einen Kraken, sondern um einen Kalmar. Erkennen lässt sich das an der Anzahl der Arme: Kraken sind achtarmig, Kalmare haben neben ihren acht Armen noch zwei lange Tentakel. Beide gehören, wie auch die zehnarmigen Sepien, zur Unterklasse der Tintenfische. Zur entfernteren Kopffüßer-Verwandtschaft zählen die ausgestorbenen Ammoniten und Bactriten sowie die Perlboote, die einzigen noch heute lebenden Cephalopoden, die ihren Körper mit einer Schale schützen. Zu ihnen gehört unter anderem Nautilus mit seinem charakteristischen, spiralförmig aufgedrehten Gehäuse. Diese Art bewohnt die Hänge von Korallenriffen und bewegt sich zwischen siebzig und siebenhundert Meter Tiefe – noch weiter unten würde der Wasserdruck ihre Schale zerbrechen.

Ihre schalenlosen Verwandten sind da flexibler: Selbst im Abyssal, jenem lichtlosen Bereich der Tiefsee zwischen zweitausend und sechstausend Meter unter dem Meeresspiegel, kommen noch Oktopus-Arten vor. Die größte Vielfalt an Kopffüßern ist tagsüber zwischen zweihundert und tausend Meter zu finden. Dort leben die meisten Kalmar-Arten nebst einigen anderen Cephalopoden. Auch Architeuthis dux bewohnt diese lichtlose, schwer zugängliche Zone, weshalb Wissenschaftler bisher meist nur Reste angespülter Kadaver untersuchen konnten. Seit Schleppnetze bis in die tieferen Stockwerke der Ozeane vordringen, verfangen sich auch Riesenkalmare darin. Für Seafood-Liebhaber sind sie indes kein lohnender Fang. Wie fast jede zweite Kalmar-Art lagern die Riesenkalmare Ammoniak in ihrem Gewebe ein, das ihnen anstelle einer Schwimmblase Auftrieb verleiht.

Über frischen Architeuthis im Beifang freuten sich aber kürzlich Wissenschaftler der Universität Kopenhagen aus anderen Gründen. Dank der unverdorbenen Gewebeproben konnten sie erstmals das Genom eines Riesenkalmars sequenzieren und mit Gendaten aus Gewebeproben anderer, verwandter Kalmarspezies vergleichen. Die Forscher trieb die Frage um, wie der Riesenkalmar zu seiner gewaltigen Größe kam. Ausgewachsen wird Architeuthis dux vermutlich zwischen zehn und zwölf Meter lang. Genau lässt sich das wegen der Dehnbarkeit seiner Arme schlecht bestimmen. Allein der Kopf aber wird einen Meter lang und bietet Platz für zwei tellergroße Augen.

Wie die Mitte Januar in GigaScience veröffentlichte Studie der Kopenhagener Forscher zeigte, besteht das Genom des Riesenkalmars aus rund 2,7 Milliarden Basenpaaren, das sind 90 Prozent der Größe des menschlichen Erbgutes. Über die Körpergröße des Tiers sagt das aber noch nichts. Zwar half vielen Wirbeltieren die Verdopplung ihres Genoms im Verlauf der Evolution, größer zu werden. Ein ähnlicher Prozess scheint sich bei Riesenkalmaren aber nicht vollzogen zu haben, ergab die Untersuchung.

Das Geheimnis der Größe des Riesenkalmars lüfteten die Forscher zwar nicht, dafür entdeckten sie etwas anderes: über hundert Gene aus der Familie der Protocadherine. Diese seien wichtig, um ein komplexes Gehirn korrekt zu verdrahten, so die Autoren der Studie. Bis vor einigen Jahren war man noch davon ausgegangen, dass diese Gene nur bei Wirbeltieren vorkommen. Die Wissenschaftler hoffen nun, dem Riesenkalmar-Genom durch weitere Analysen noch mehr Informationen über die Entwicklung der Kopffüßer zu entlocken.

Die meisten Cephalopoden sind deutlich kleiner als Architeuthis dux. Einige Oktopoden etwa werden nur wenige Zentimeter groß. Ob winzig oder riesig, alle Kopffüßer teilen grob den gleichen Körperbauplan: Wie ihr Name vermuten lässt, hängen die Füße beziehungsweise Arme der Cephalopoden direkt am Kopf. In ihrer Mitte liegt der Mund, der mit einem papageienartigen Schnabel bewehrt ist. Die meisten Kopffüßer ernähren sich von kleineren Weichtieren, Fischen oder Krustentieren. Dabei kauen sie ihre Nahrung nicht, sondern raspeln sie klein: Ihre Zunge ist mit vielen kleinen Zähnen besetzt und sorgt dafür, dass die Nahrung als feiner Brei im Magen ankommt. Und das ist auch nötig, denn die Speiseröhre führt mitten durch das Gehirn. Ein zu hastig verschlungener Brocken könnte da leicht stecken bleiben.

Der zentrale Teil des Gehirns macht bei Kopffüßern aber nur etwa ein Drittel des Nervensystems aus. Der Rest erstreckt sich bis an die äußersten Spitzen ihrer Tentakel. Etwa sechzig Prozent der Neuronen verteilen sich auf Arme, Haut und andere Organe. Es wurden schon abgetrennte Krakenarme beobachtet, die dank ihrer Ausstattung mit Nervenzellen noch einige Zeit eigenständig ihrer Wege gingen – ein guter Täuschkörper, wenn der Rest des Tiers gerade vor einem Angreifer flüchten muss. Für die Cephalopoden ist die weiträumige Verteilung ihres Nervensystems aber auch aus anderen Gründen sinnvoll. Ihre Arme sind regelrechte Multifunktionswerkzeuge. Sie können Gegenstände ergreifen und festhalten; manche Arten laufen damit auch über den Meeresboden; und die Saugnäpfe an den Armen sind mit Sinneszellen ausgestattet, mit denen die Tiere fühlen und schmecken können.

Das Leben der meisten Kopffüßer – den auch sonst gemächlichen Nautilus, der bis zu zwanzig Jahre alt werden kann, ausgenommen – ist schnell und kurz. Kaum eine Spezies wird älter als zwei Jahre. Um ihre teils beachtliche Größe zu erreichen, müssen manche Arten ihr Gewicht daher anfangs jede Woche verdoppeln. Ihr Stoffwechsel läuft auf Hochtouren; ein hoher Blutdruck ist bei Cephalopoden nicht krankhaft, sondern der Normalzustand. Zwei zusätzliche kleine Kiemenherzen pumpen das Blut zu den Kiemen, wo es mit Sauerstoff angereichert wird. Dieser bindet bei Kopffüßern nicht an eisenhaltiges Hämoglobin, sondern an Hämocyanin, ein Proteinkomplex, der um zwei Kupferatome gebaut ist. Daher ist das Blut eines Kopffüßers blau gefärbt. Das dritte, sogenannte systemische Herz pumpt das sauerstoffreiche Blut anschließend in den Rest des Körpers.

Anders als Wirbeltiere sind Kopffüßer in ihrer Bewegungsfreiheit nicht durch Gelenke und ein starres Skelett eingeschränkt. Sie können ihre Arme in jede erdenkliche Richtung bewegen. Das gelingt ihnen dank einer Technik, die sich „muskuläres Hydrostat“ nennt. Das Prinzip ist das gleiche wie bei der menschlichen Zunge oder dem Rüssel von Elefanten. Statt an einem Knochen verankert zu sein, verdrehen sich die Muskeln umeinander und ermöglichen so eine Vielzahl von Bewegungen. Doch wie koordinieren Tintenfische ihre vielen Arme? Entscheidend hierfür ist wieder das komplizierte Nervenkostüm der Cephalopoden: Die Arme scheinen über einen eigenen Nervenring zu verfügen, der am zentralen Gehirn vorbeiführt. So können die Anhängsel untereinander kommunizieren, ohne dass es dem Gehirn immer bewusst sein muss. Selbst wenn Letzteres gerade nicht weiß, wo sich einer der Arme befindet, wissen es die anderen Arme, so dass sich die Tentakel nicht versehentlich verknoten.

Feinabstimmung ist auch bei der Tarnung gefragt. Viele Oktopus-Arten leben in flachen Gewässern, in Korallenriffen etwa oder Seegraswiesen. Um Angreifern zu entgehen, haben sie gelernt, sich perfekt zu tarnen. Oktopoden können zum Beispiel die Textur ihrer Haut ändern, indem sie kleine Regionen darin, die sogenannten Papillae, zusammenziehen oder wieder entspannen. An diesen Stellen verlaufen die Muskelfasern wie in einem runden Spinnennetz. Werden sie zusammengezogen, stülpt sich das weiche Gewebe im Zentrum der Papillae zu kleinen Beulen auf. So können Oktopoden sich zum Beispiel optisch an die komplexe Oberfläche einiger Korallenarten anpassen.

Forscher der Cornell University ließen sich vor drei Jahren von der Haut der achtarmigen Tintenfische inspirieren und entwickelten ein Material, das sich ähnlich flexibel verformen lässt. Gesponsert wurde das Projekt durch das Recherchebüro der U.S. Army – wohl in der Hoffnung, mit dem Material künftig Militärfahrzeuge besser tarnen zu können. Aber auch Frachtkosten könnten durch die künstliche Oktopus-Haut verringert werden, sagte Robert Shepherd, der die Forschung leitete. Material könne als flaches Tuch transportiert werden und sich erst am Einsatzort zu seiner dreidimensionalen Form auffalten. Ganz so ausgefeilt wie die Haut der Kopffüßer ist das künstliche Gewebe aber noch nicht: Bislang kann das Material nur eine einzige, vorbestimmte Form annehmen.

Der Zwergtintenfisch (Euprymna berryi) wird höchstens so lang wie ein Daumen. Foto: Biosphoto

Cephalopoden ahmen bei ihrer Tarnung nicht nur die Gestalt des Untergrunds nach, sondern auch dessen Farbe. Ähnlich den Pixeln eines Bildschirms enthält die Haut von Tintenfischen Millionen von Farbzellen, die sogenannten Chromatophoren. Im Grunde handelt es sich dabei um kleine elastische Farbbeutel, die durch Muskelzellen je nach Bedarf zusammengezogen oder ausgedehnt werden können. Je nach Spezies können die Farbpigmente rot, braun oder gelb sein. Dank einer zweiten Hautschicht stehen den Tintenfischen aber noch viel mehr Farben zur Verfügung: Unter den Farbzellen liegen die sogenannten Iridophoren. Sie werfen – ähnlich wie eine metallische Oberfläche – das Umgebungslicht zurück und beeinflussen damit den Kontrast und die Farben der Chromatophoren. Eine dritte, tiefer liegende Schicht aus weißen Zellen kann den Kontrast zusätzlich verstärken.

Die gesamte Umfärbung dauert oft nur den Bruchteil einer Sekunde – ein Chamäleon ändert seine Musterung im Vergleich dazu in Zeitlupe. Entscheidend für die farbliche Tarnung ist das Sehvermögen der Kopffüßer. Ihre Augen sind ähnlich aufgebaut wie die der Wirbeltiere einschließlich des Menschen und liefern präzise Bilder der Umgebung. Auch im Dunkeln können Cephalopoden gut sehen. Wie eine 2015 im Journal of Experimental Biology veröffentlichte Studie zeigte, enthält zusätzlich zu den Augen auch die Kopffüßer-Haut lichtempfindliche Moleküle. Die Haut liefert dadurch zwar kein detailgetreues Bild der Umgebung, hilft aber vermutlich dabei, das Umgebungslicht wahrzunehmen und so die Tarnung noch besser abzustimmen. Wie genau den Kopffüßern allerdings der Farbenmix gelingt, ist unklar. Denn die Tiere sind wahrscheinlich farbenblind.

Schlägt die Täuschung doch einmal fehl, strecken Cephalopoden entweder ihre Arme aus und machen sich groß, um ihre Feinde abzuschrecken. Oder sie setzen auf einen schnellen Rückzug: Angreifer werden in diesem Fall mit einer großen Portion Tinte im Wasser abgelenkt, die in einem in Darmnähe befindlichen Tintenbeutel gespeichert ist. Zugleich starten die Kopffüßer ihren körpereigenen Düsenantrieb. Dazu füllen sie ihre Mantelhöhle mit Wasser, das sie durch einen Trichter mit Hochdruck wieder hinausschießen. So können sie auf kurzen Strecken enorm beschleunigen und sich in Sicherheit bringen.

Jules Verne (1828-1905). 20.000 Meilen unter dem Meer. Holzstiche nach Zeichnung von A. de Neuville

Angriffslustige Monster sind Kopffüßer – anders als in den Legenden – also offenbar nicht. Aber Aliens vielleicht doch? Erst 2018 setzten sich 33 Astrobiologen unterschiedlicher Universitäten und Institutionen im Fachjournal Progress in Biophysics and Molecular Biology ganz im Ernst mit der Frage auseinander, ob die ersten Kraken, Sepien und Kalmare möglicherweise aus dem All kamen. Die noch junge Erde sei möglicherweise durch Panspermie befruchtet worden. Asteroiden und Kometen müssten demnach das Leben durch kosmische Keime auf die Erde gebracht haben. Befruchtete Cephalopoden-Eier könnten in kleinen Eisklümpchen durch das All geflogen sein. Nach Ansicht der Autoren sprechen dafür unter anderem die komplexen Nervensysteme der Cephalopoden (siehe „Köpfchen mit Füßen“), deren Auftreten für die irdische Evolution viel zu plötzlich stattgefunden habe. Wirklich belastbar ist die Alien-Theorie allerdings nicht. Denn würde es sich bei Cephalopoden wirklich um Außerirdische handeln, dürften sie eigentlich keine Abstammungslinie zu anderen Vorfahren haben – es sei denn, diese würden ebenfalls aus dem All stammen.

Doch Vorfahren der Cephalopoden sind in fossilen Spuren bereits im frühen Erdaltertum belegt. Als erster, noch primitiver Kopffüßer gilt Plectronoceras cambria, ein Tierchen aus dem späten Kambrium, das ein kaum zwei Zentimeter hohes, hornförmiges Schalenhaus mit sich herumtrug. Im Unterdevon tauchten dann die Nautilida und die Ammoniten auf. Erstere waren die Vorfahren der heute noch lebenden Nautilus. Ammoniten sahen im Prinzip ähnlich aus, und die größten von ihnen konnten vermutlich Durchmesser von bis zu zweieinhalb Metern erreichen. In flachen Gewässern bildete sich eine Vielzahl verschiedener Ammoniten-Arten, die über 350 Millionen Jahre Bestand hatten.

Im Karbon oder Perm traten vermutlich die ersten Tintenfische auf, zu denen auch die inzwischen ausgestorbenen Belemniten zählten. Sie sahen ähnlich aus wie die heutigen Kalmare, nur dass ihre Fangarme statt mit Saugnäpfen mit Haken ausgestattet waren. Anders als ihre Vorgänger entwickelten die Tintenfische keine äußeren Schalen mehr und konnten sich somit flexibler bewegen. Kopffüßer können also – trotz ihrer vielen ungewöhnlichen Eigenschaften – wissenschaftlich plausibel in den Tierstamm der Weichtiere eingeordnet werden, zu dem auch Schnecken und Muscheln gehören. Viel eher als um Außerirdische handelt es sich bei Cephalopoden deshalb einfach um ein besonderes Experiment der Evolution: Lebewesen, die unabhängig von den Wirbeltieren ein komplexes Nervensystem entwickelt haben und einen beweglichen Körper voller Möglichkeiten.
(…)
So mögen Cephalopoden zwar nicht nach klassischen menschlichen Maßstäben intelligent sein, ein Beispiel für Intelligenz als evolutionäre Errungenschaft sind sie aber doch. Ob sie sich in ihrem Fall aber so weit fortführen lässt, dass sie dereinst bis in unsere ökologische Nische vordringen, ist nicht ausgemacht, bleibt aber eine reizvolle Vorstellung.

Barataria. Mapy i wyspy

Piotr Trysła

Wyprawa. Nie ma mapy i chyba nie będzie.

Mojemu cudownemu synowi

Nie ma mapy i chyba nie będzie,
a przewodnik często sam gubi drogę.
Nawigacja wciąż poza zasięgiem.

Najpierw prosto, potem w prawo za rogiem.

Adres masz, choć ciut niewyraźny.
Nie zapomnij coś włożyć ciepłego.
Wytrzyj nos, przecież jesteś odważny.

Potem prosto, za dworcem w lewo.

I uważaj na pustych ścieżkach.
Czasem pewnie złapie cię noc.
Nie płacz już. Proszę cię, przestań.

Za zakrętem prosto przez most.

Pisz czasami. No zadzwoń przynajmniej.
Już wygasa ogień w kominku.
Droga całe życie ci zajmie.

Idź już. No idź już, synku.

Wiersz podarowany Joannie Kondrat

Ten utwór został opublikowany 18 marca 2015 w zbiorze Piosenki, Wiersze, a ja znalazłam go kilka dni temu na Facebooku, więc chyba pociągnę tym tropem jeszcze przez chwilę.

Ewa Maria Slaska

Znalezione na Facebooku i gdzie indziej. Mapy i wyspy.

No tak. Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera utopii. Oskar Wilde, Dusza człowieka w socjalizmie.
Można by zapytać, a co on mógł o tym wiedzieć, skoro znał socjalizm tylko teoretycznie i to w sposób podwojony – czasowo i geograficznie? W końcu urodził  się w 1854 roku w Dublinie, zmarł w 1900 w Paryżu.

Esej o socjalizmie był bardzo słynny i tak naprawdę nie miał nic wspólnego z tym, co my, współcześni, rozumiemy pod słowem socjalizm. Wydawca wydania polskiego (Wydawnictwo Karakter) pisze:

Głośny esej polityczny, w którym Wilde rysuje wizję nowego ustroju opartego na wolności, humanizmie i sztuce. Autor kwestionuje wszelkie formy politycznego, społecznego i ekonomicznego przymusu wobec jednostki, podkreśla potencjał drzemiący w każdym z nas, nawołuje do życia autentycznego i godnego – a takie najpełniej może się realizować w obszarze kreacji artystycznej. Odżegnuje się od schlebiania masowym gustom i broni indywidualizmu. „Czy to utopijne?” – pyta. I odpowiada: – “Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera Utopii”.

Esej w nowym przekładzie Jacka Dehnela został opatrzony posłowiem dr Cezarego Błaszczyka, który pozwala umieścić tekst w szerszym kontekście historii doktryn politycznych i ukazuje Wilde’a jako pisarza politycznego, anarchistę i jednego z ojców studenckiej rewolty maja ’68.

***
Nie ma mapy i chyba nie będzie, nie ma Baratarii (ostatnio wciąż to piszę), nie ma socjalizmu, a i utopii nie ma za wiele. Ale wciąż jeszcze są wyspy. Choć jedna z trzaskiem wyszła właśnie z Unii, zabierając ze sobą jeszcze kawałek drugiej. Szkoda, lubiłam te wyspy, gdzie wszyscy wciąż jeszcze nosili tweedy, pływali łódkami i kultywowali wyścigi konne, picie herbaty o 17 i pikniki.

W ostatnich dniach zobaczyłam trzy filmy, w dwóch były wyspy.
Body of truth, reżyseria Evelyn Schels, film szwajcarsko-niemiecki z 2019 roku, wejdzie w Niemczech do kin w marcu 2020.
Cztery artystki, Marina Abramović, Sigalit Landau, Katharina Sieverding i Shirin Neshat, w swej twórczości zmagają się z osobistymi doświadczeniami wojny, przemocy i ucisku, jakich doznały w swoim kraju – w Serbii, Izraelu, Niemczech i Iranie, a tworząc posługują się tym, co najbardziej własne, osobiste, intymne – własnym ciałem.

Sigalit Landau kreuje wyspy na morzu. Morze w ogóle odgrywa dużą rolę w jej sztuce. Najbardziej wstrząsającym eksperymentem, jakiego się dopuszcza na własnym ciele jest hula hop z drutu kolczastego – Landau stoi naga na plaży i wprawia w ruch to przeklęte hula hop, które z każdym obrotem bardziej ją rani. W momencie, gdy to piszę, czuję znowu ten sam ucisk strachu przed tym, co się zawiera w tym symbolicznym skrócie, wszystkim, do czego zdolny jest człowiek, gdy chce zrobić krzywdę innym i ktoś mu dał do tego “prawo” – ktoś czyli siła, płeć, władza, pieniądz, religia, nieważne, ktoś.

Wyspy na Morzu Martwym są (co najmniej) dwie. Jedna z krwawiących owoców, jedna z soli zarastającej rany wspomnień.

***

Drugą filmową wyspę zobaczyłam nie na pokazie przedpremierowym, lecz raczej na ostatnim seansie kinowym, ale pewnie oznacza to, że zaniedługo będzie można obejrzeć ten film na DVD lub którymś z portali streamingowych. Mam na myśli francuski film z maja ubiegłego roku, Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciamma. Film dostał Złotą palmę w Cannes oraz wiele innych nagród i nominacji.
Francja, rok 1760. Marianne, malarka, ma przez tydzień zamieszkać na wyspie i wykonać portret mieszkającej tam młodej kobiety. Film jest estetycznym arcydziełem, choć jego treść wydaje mi się dość naciągana, fabuła raczej wątła, a obie główne bohaterki – nieprawdziwe. Recenzenci piszą, że dziewczyny “wyprzedzają swój czas” i mają, jak rozumiem, na myśli, że ich decyzje (i konsekwencje) byłyby typowe raczej dla Francji w roku 1960 niż 1760. Ale, co gorsza (choć może taka była intencja reżyserki), wyglądają mimo stylizowanych sukien (raczej zresztą Biedermayer niż ancien regime) nowocześnie, powiedzmy jak dziewczyny malowane przez Tamarę Łempicką, a nie przez Watteau. Ale nie bądźmy drobiazgowi, bo niezależnie od tego, jak wyglądają i co się dzieje, wszystkie sceny tego filmu są arcydziełami stylizacji “na starych mistrzów”. Są sceny z La Toura, i Delacroix, Caravaggia i Vermeera van Delft, a skąpana w przybojach wyspa to być może Ajwazowski.

Dwa filmy, trzy wyspy, ale symbol jeden i ten sam. Wyspa, czyli miejsce, z którego o własnych siłach nie odpłyniesz, miejsce na dobre i na złe, ale nawet jak na dobre, to i tak w końcu – na złe. Możesz być na wyspie szczęśliwy bez kontroli, ale z reguły wyspa to niewola, od której nie ma ucieczki.

KIG 115 (Reblog)

Ela Kargol

Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V. 

In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie

Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.

Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.

Das ganze Gedicht ist unter diesem Link zu hören und zu sehen:
https://www.youtube.com/watch?v=3hlExHOrr_g…

Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.

Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…

Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.

Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.

***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.

Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.

Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.

Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.

W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.

Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU