Łucja Fice
Powieść
Świat ma własną twarz, oczy, figurę, charakter i na dodatek przegląda się w lustrze.
Wszystko jest nieprzebudzonym snem
Nie urywać snu w połowie
Gdziekolwiek jesteś
Dośnić do końca
Prolog
Jak pisać o wojnie, której się nie przeżyło i to po siedemdziesięciu ponad latach od jej zakończenia? Jak pisać o strachu i przemocy, gwałtach, upokorzeniach, głodzie i tęsknocie za rodziną, gdy wie się o tym tylko z opowiadań.
Muszę trzymać się faktów, bo życie je podsunęło. Czy ubierać zdarzenia w metafory? Czy karmić czytelnika
nadzieją, że to już nigdy się nie powtórzy?
W obliczu wojen na świecie zaczynam rozumieć, że historia się powtarza. Pomimo to nie zamierzam odbierać czytelnikowi nadziei, że serce człowieka dojrzeje i zrozumie swój błąd. Czy jest jeszcze coś, czego w kontekście wojny mówić nie wypada?
Teściowa nie żyje, ale zostawiła po sobie wspomnienia. Moim zadaniem jest odpowiedzieć na kilka pytań i odkryć tajemnicę, jaka wiąże się z tamtym wojennym okresem. Losy ludzkie są jak łamigłówka. Czasami udaje się nam uzupełnić tych kilka brakujących fragemntów i odgadnąć tajemnice po tylu latach.
Jestem dziś pewna, że nic nie dzieje się przypadkiem, a nasze losy są zapisane od – do. Myślałam, że o opiekunkach, emigrantkach już nic więcej nie napiszę, ale pojawiła się przestrzeń, kiedy uznałam, że temat opiekunki pracującej
w niemieckim domu trzeba poszerzyć o następną historię. To historia starszej kobiety, która trafia do domu niemieckiego seniora. To w tym domu odkrywa tajemniczą historię z okresu deportowania polskich młodych kobiet do pracy w Niemczech.
Zaczęłam pisać Kształt atomu. Chciałabym ocalić od zapmnienia tę historię, którą napisało życie, a która po siedemdziesięciu pięciu latach również dotyczy mnie samej. Nie chodzi przecież o pogrzebanie przeszłości, lecz rzucenie światła, w którym nie ma cienia. Pisząc zrozumiałam, że zło jest w każdym człowieku, ale dopiero wojna i starość ujawnia dusze ludzi.
Na starość przypominamy sobie ten ogód z dzieciństwa, tamten kamień, to wielkie drzewo i te tajemnicze drzwi, za którymi czaiło się wtedy tyle sekretów. Nie wszystko zamazuje czas. Nie znamy siebie samych, nie znamy własnych sióstr, braci i wszyscy jesteśmy jak więźniowie ukryci we własnych wnętrzach, tych skorupach, które latami pielęgnujemy po to, by w odpowiednim czasie się otworzyć. Otworzyć te drzwi, które są w nas zamknięte na skoble,
niekiedy przez całe życie. Wszyscy jesteśmy samotni ale kiedy nadchodzi starość, a później puka śmierć, to Ktoś lub Coś otwiera nam te drzwi, byśmy jeszcze zdążyli znaleźć drogę do Nieba. Zawracamy, ale często jest już za późno. Za późno na rozgrzeszenie.
Kazimiera – piętnastoletnia Polka z warkoczem i spojrzeniem poza jej wiek – nie wiedziała, że przyjdzie wojna, a ona trafi na roboty do Niemiec. Dwaj bracia-bliźniacy kochali ją, jednak każdy inaczej: Horst, cichy i spokojny, jego miłość jest trwała, choć była milcząca jak cień. Johan, chory z namiętności, zakochał się, wiedząc, że to niemożliwe.
W Kształcie atomu historia splata się ponad czasem. Synowa, opiekując się teściową chorą na demencję, odkrywa dokumenty po jej śmierci i ostatni element układanki, która odsłoni wojenny czas. Dwa światy, oniryczny i realny, przeplatają się jak myśli czytelnika.
Główna bohaterka zanurzona we wspomnieniach z okresu przymusowych robót w Niemczech.
Emerytowany fizyk z CERN żyje wiąż jeszcze zafascynowany cząstkami elementarnymi.
Pisarstwo Łucji Fice jest odważne i uważne. Na swój sposób monotematyczne. Polacy i Niemcy, emigracja zarobkowa, starość i śmierć. Jest szczere i wiarygodne, bo większość opisów i wątków oparta jest o autopsję, a warstwa beletrystyczna jest tylko ilustracją, tłem pomagającym strawić pokarm odkryć egzystencjalnych i historycznych, filozofii i bardzo rzadkich w literaturze pięknej, ale frapujących rozważań o fizykalnych cząstkach
elementarnych, kształtujących – obok ducha – istotę człowieczeństwa. Tak, bo człowiek to jedność. Dusza i duch nie mogą istnieć niezależnie od ciała. Teraźniejszość jest ściśle spleciona z przeszłością a przyszłość, choć wydaje się czasem nieoczekiwana, jest zbudowana z atomów przeszłości. Jedność i ciągłość – to jest nie tylko przesłanie intelektualne powieści.
Prof. Stefan Pastuszewski

Autorka, Łucja Fice i grafik, Bogusław Legan pochodzą oboje z Gorzowa Wielkopolskiego
Prolog
Pamięć jest najmniejszą cząstką duszy, a dusza największym polem eksperymentalnym wszechświata. Pamięć przypomina mi atom. Ma jądro, wokół którego krążą obrazy, emocje, lęki, wszystkie fakty z życia, a każdy z nich jest protonem sensu, który utrzymuje w całości rozproszony kosmos wspomnień. One krążą szybko, nieuchwytne, często znikają, gdy nie patrzę, gdy do nich nie wracam, gdy nie opowiadam ich sobie i innym, to znikają jak cząstki w próżni.
A demencja? Demencja jest jak rozpad atomu. Najpierw odlatują elektrony. Człowiek gubi klucze, imiona, daty. Potem zaczyna chwiać się jądro. Znika sens, znika tożsamość. Zostaje energia, lęk, dziecięcy strach, a dawne obrazy wracają, jak promieniowanie z przeszłości.
Patrzyłam na tych ludzi z demencją i widziałam eksperyment natury. Co staje się z człowiekiem, gdy rozpada się jego pamięć? Odpowiedź jest brutalna i jednocześnie metafizyczna, bo powstaje nowa forma istnienia, nieliniowa, nielogiczna, ale intensywna. Intensywna jak materia po eksplozji – rozproszona, ale nie unicestwiona.
Zadaję sobie pytanie. Czy tożsamość to taka orbita? Jeśli pamięć zniknie, czy zniknę ja, czy tylko moja narracja o mnie? Fizycy mówią, że obserwator wpływa na eksperyment. W życiu obserwujemy samych siebie poprzez pamięć. Każde wspomnienie, które przywołuję, zmienia mnie, a każde zapomniane wspomnienie usuwa cząstkę mojej osoby. Dlatego piszę. Pisanie jest utrwalaniem cząstek, jest spowalnianiem rozpadu, próbą nadania pamięci trwałej formy, jakby ktoś próbował zamrozić atom w chwili idealnej równowagi.
Literatura jest jedyną technologią nieśmiertelności dostępną człowiekowi. Kiedy piszę, to tworzę sztuczne jądro pamięci, które będzie istniało nawet wtedy, gdy mój biologiczny mózg przestanie pracować. Kształt atomu, atom pamięci, atom bólu nie jest wieczny. Też się rozpadnie, zmutuje, przekształci, ale energia, która z niego powstanie, przejdzie w innych ludzi. W czytelników, w potomnych, w tych, którzy będą pytać? Pytać tak jak ja.
Fragment 1. Myśli starca i opiekunki
W salonie, na stole, leży różaniec. Na szafce karteczka z drżącym pismem. Dwa słowa, zapisane jakby z jakiejś złej bajki – kształt bólu.
Lucy, opiekunka seniora, zna te słowa od dawna. To podpis pod wierszami teściowej, znalezionymi kiedyś w jej starym zeszycie. Wiatr porusza firanką i wnosi do pokoju zapach wiosny. Lucy przymyka oczy. Widzi owczarnię, taką jaką opisywał kiedyś senior. Przez ułamek sekundy ma wrażenie, że czyjeś bose stopy przebiegają po marmurze tuż za nią, jakbyś ktoś był za jej plecami i szeptał. I szepcze.
Zawsze wraca się po to, co zginęło. Prawie osiem dekad po wojnie starzec wciąż widzi ją w swojej pamięci, tamtą dziewczynę.
Młodą. Piękną. Pewną siebie.
Miał piętnaście lat, gdy przyjechała z Polski do ich gospodarstwa. Dziś nie ma już siły bronić własnej wersji historii. Zaczyna rozumieć, że zazdrość jest chorobą, która karmi się demonami. Czy to był przypadek, że Lucy trafiła do jego domu jako opiekunka? Nie. Bo Lucy, synowa tamtej kobiety już we śnie rozplątywała niewidzialne nici losu. Na jawę przynosiła zdania, które powracały jak echo, „niewybaczona prawda”.albo „kształt bólu”.
Czuła, że starzec drży od wspomnień jak chore dziecko. A on po raz pierwszy poczuł ciężar samotności, która towarzyszyła mu przez całe życie. Teraz została już tylko świadomość końca. Coraz częściej zapadał w dziwne stany odrętwienia. Mówił, że to jak wpadanie w dziurę Wszechświata. Lucy jeszcze nie rozumiała, co się z nim dzieje, a on milczał coraz częściej. Nie wracał już do dawnych rozmów o Bogu, wierze czy fizyce, wiedział, że jego życie się kończy, a on sam zaczyna się z nim żegnać.Na pewno chciał się rozliczyć z Bogiem, może targować o mniejszą, łagodniejszą karę po tamtej stronie, stronie, o której Lucy miała własne teorie.
Tamtego dnia, gdy słońce zaczęło złocić niebo, poprosił, by przenieść go na wózek i zostawić samego na tarasie. Lucy zaglądała do niego co jakiś czas. Patrzyła na jego skupienie, jakby pilnowała nie tylko ciała, ale i duszy. Jego usta poruszały się w niemym dialogu. Tylko z Bogiem można tak rozmawiać, pomyślała. On patrzył w dal, nieobecny. Nie wiedziała, że wpadł w spiralę czasu, że dostroił się do wojennej częstotliwości i w zakamarkach pamięci odnalazł chłopca. Siebie. Chłopca, który nie radził sobie z tym, że zakochał się w młodej Polce – przymusowej robotnicy. Nie pokochała go, a on uznał, że go zaczarowała. Była dla niego jak surowy diament, jak coś, co trzeba posiąść, oszlifować, podporządkować. Nie była chorobą, była pożądaniem. To wtedy pojawiło się w nim pragnienie przemocy. Wojna dawała przyzwolenie. Ideologia zdejmowała odpowiedzialność. Nie była Żydówką. Była tylko Polką.To wystarczało. Chciał mieć nad nią władzę. Całkowitą i bezwzględną. Nie bał się wojny. Czekał, aż skończy osiemnaście lat, aż będzie mógł wszystko robić już „oficjalnie”. Starzec patrzył w siebie, jakby chciał przebić własne ciało wzrokiem. Szukał w sobie czegoś. Szukał zapachu śmierci, śladu prawdy.Chciał zrozumieć, swoje komórki, tkanki, poznać kształt atomów własnego ciała. Poznać to, co ukryte, co zna tylko Bóg. Czuł, że jego długie życie nie było przypadkiem, tak jak obecność Lucy w jego domu.. Dziś wiedział, że wojna była w nim.
Lucy, siedząc niedaleko, też myślała o wojnie, jakby byli zamknięci w tej samej niewidzialnej energii. Myślała o teściowej, o jej pobycie w Bawarii i o sobie. Z wyrzutem, że po tylu latach przyszło jej opiekować się Niemcami, tymi samymi, których pokolenie było oprawcą, zamiast własnymi rodakami. Myśli układały się w niej jak marmurowa mozaika podłogi. Jak to możliwe, że daje im swoją empatię? Swoją wiedzę? Swoją troskę?
W tym samym czasie ciało starca drżało. Kołysał się jak dziecko. Miał wrażenie, że rośnie, że coś w nim pęcznieje.To dusza się rozszerzała i stawał się coraz lżejszy, bo po raz pierwszy zobaczył siebie takim, jakim był naprawdę. poczuł samotność, w której żył całe życie i w której miał umrzeć.
Fragment 2. Początek
Poranek był chłodny i czysty. Mgła wisiała nisko nad łąkami, jak niedopowiedziane zdanie. Dzwon małego wiejskiego kościoła w Bawarii uderzał rytmicznie. Chwilę później dołączał do niego metaliczny stuk młotka w kuźni i skrzypienie wozu mleczarza. Wieś budziła się do życia. Dom rodziny Seginów stał przy głównej drodze prowadzącej do Monachium. Murowany, solidny. Na parterze mieścił się sklep kolonialny. Nad wejściem wisiał szyld, Kolonialwaren – Segin. Ktoś w nocy znów porysował literę „S”. W środku pachniało kawą z cykorii, mydłem i mąką. Sara liczyła pieniądze przy ladzie. Powoli, uważnie, jakby każda moneta była dowodem istnienia. Mieli też stadninę, a ich rasowe araby sprzedawano aż za oceanem. Sklep był dochodowy, dobrze zaopatrzony, natomiast z końmi bywało różnie, czasem trzeba było dokładać, ale w dluższej perspektywie konie były opłacalne. Chłopcy, bliźniacy przychodzili pomagać przy koniach i niekiedy spędzali w stajni Segina sporo czasu. Segin zaś kupował w gospodarstwie ich rodziców mleko i sery. Sara szyła dla Helgi i chłopców ubrania. Była dobrą krawcową. Relacje między rodzinami były dobre. Bliskie. Sara częstowała chłopców miodownikami, a kobiety siadały razem przy stole. Między nimi zawsze stała miska jabłek i kawałek makowca.
Fragment 3. W sklepie Segina
– Znowu brakuje trzech marek – powiedziała cicho.
Segin podniósł wzrok znad zeszytu.
– Nie brakuje. Dałem Milerom… na zeszyt, dla dzieci.
– Na zeszyt – westchnęła. – Seginie, czasy nie są na pomaganie cudzym dzieciom.
– Czasy nigdy nie są dobre – odpowiedział spokojnie. Ale jeśli przestaną być dobre dla sumienia, to już po nas.
Z zaplecza wyszła ich dziesięcioletnia córka Ruth, z warkoczem przewiązanym czarną wstążką.
– Tato, czy dziś już mogę iść do szkoły? Zapadła cisza.
– Nie dziś. I zapadla cisza
– Dlaczego?
– Bo nauczyciel powiedział mi, że „niepotrzebne komplikacje”.
Ruth spuściła głowę.
– Chciałam tylko dokończyć rachunki.
Sara podeszła i poprawiła jej kołnierzyk.
– Nauczysz się wszystkiego tutaj. Liczyć trzeba umieć, a to w Niemczech wciąż wolno Żydom.
Uśmiechnęła się gorzko.
Przed południem do sklepu wszedł Max Franzel. Ciężki, czerwony na twarzy rolnik.
– Dzień dobry – mruknął.
– Dzień dobry – odpowiedział Segin.
– Cukier. Pół kilo. I sól.
Sara zważyła wszystko co do grama.
– U was zawsze tak równo – mruknął Max. Niemiec by zaokrąglił.
– A Żyd liczy – odpowiedziała spokojnie Sara, bo wie, że jeśli sam nie policzy, inni policzą za niego. Max parsknął śmiechem, ale zaraz spoważniał.
– Ludzie gadają.
– Ludzie zawsze gadają.
– Że macie złoto, dolary, że chcecie uciec.
– Mamy mąkę, mydło i zeszyty – powiedział Segin. – I strach.
Max zapłacił szybko.
– Ja wam źle nie życzę – dodał ciszej, ale w gospodzie mówili, że od jesieni sklepy żydowskie
przejmie partia. Aryzacja. Sara zacisnęła palce na ladzie.
– Ładne słowo. Na kradzież.
Max nic nie odpowiedział. Wyszedł, nie oglądając się za siebie.

Tym razem WordPress nie pozwolił Teresie wstawić komentarza pod wpisem Lucy. Czyli znowu robię to ja:
Dzień dobry Lucy! Po przeczytaniu Twojego wpisu muszę powiedzieć, że już tytuł Twej książki “Kształt atomu” jest zaskakującą metaforą poetycką: tak jak atom buduje materię, tak pamięć i przeszłość budują duszę człowieka. A jego wnętrze kryje skomplikowaną sieć przeżyć i emocji. I u Ciebie dotyczy to wspomnień i istotnych przeżyć wojennych u paru osób, jak i u samej Ciebie.
Korzystasz z Twych zainteresowań filozoficznych, fizycznych (kwanty), własnych obserwacji i doświadczeń. No i posiadasz umiejętność powiązania tego co Cię nurtuje, z tym co wiesz, i z tym co przypuszczasz.
A robisz to znakomicie zarówno w prozie, jak i w poezji, poruszając się wszędzie “jak ryba w wodzie” (a jesteś nią w jednym z Twych wierszy), i chyba będziesz to już robić aż do “ostatniego kwarka’…
Dobrze się czyta zarówno Twą prozę, jak poezję. Pozdrawiam serdecznie