Reblog: Państwo Islamskie

Czego naprawdę żąda ISIS? Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

Graeme Wood
Marzec 2015
Tłumaczenie: Monika Skladowski

Państwo Islamskie nie jest grupą przypadkowych psychopatów – to odłam muzułmanów, dla których najważniejszym elementem jest nadchodząca apokalipsa. Poniżej przedstawiam, jak określa to strategię Państwa Islamskiego i jak – ewentualnie – można je zatrzymać.

Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

To tylko pozornie łatwe pytanie. Niewielu zachodnich liderów zna odpowiedź. W grudniu “The New York Times” opublikował tajne notatki generała Michaela K. Nagaty, dowódcy do Spraw Specjalnych Operacji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Nagata przyznaje, że dopiero zaczął rozumieć fenomen popularności Państwa Islamskiego. Nie pokonaliśmy idei – powiedział. Nawet nie rozumiemy idei. W zeszłym roku prezydent Obama stosował różne określenia wobec Państwa Islamskiego, np.: nie-muzułmańskie i juniorski zespół al-Qaedy [al-Kaidy]. Odzwierciedla to niezrozumienie grupy, a może przyczynić się do znaczących strategicznych błędów.

Grupa zajęła Mosul w Iraku w czerwcu 2014 r. i rządzi już terenem większym niż Wielka Brytania. Abu Bakr al-Baghdadi stoi na jej czele od maja 2010, lecz do lata zeszłego roku niewyraźne zdjęcie z niewoli amerykańskiej w Camp Bucca w czasie okupacji Iraku było jego jedyną dobrze znaną fotografią.

5 lipca 2014 r. w wielkim meczecie al-Nuri w Mosulu w czasie ramadanu wygłosił on kazanie jako pierwszy kalif od kilku pokoleń. Jego zamazany obraz przekształcił się w wyraźny wizerunek, a jego pozycja – w rolę prześladowanego partyzanta, lidera wszystkich muzułmanów. Napływ dżihadystów z całego świata był bez precedensu. Zarówno jego tempo, jak i ich liczba. Trwa on nieprzerwanie.

Nasza ignorancja w stosunku do Państwa Islamskiego jest w pewien sposób zrozumiała: to królestwo “pustelnicze”. Niewielu tam pojechało i stamtąd wróciło. Baghdadi mówił przed kamerami tylko raz. Jednakże jego przemowa, a także niezliczone propagandowe filmy wideo i “encykliki” wyprodukowane przez Państwo Islamskie, są dostępne w internecie. Zwolennicy kalifatu zrobili wszystko, żeby wiedza o ich projekcie dobrze się rozchodziła. Możemy przyjąć, że ich państwo pryncypialnie odrzuca wszelki pokój, że jest żądne ludobójstwa; że religijne poglądy uniemożliwiają zmiany pewnego typu, nawet jeżeli takie zmiany mogłyby zapewnić przetrwanie państwa. Ci islamiści sądzą bowiem, że zmiany mogą oznaczać bliski koniec świata.

Państwo Islamskie, znane także jako Państwo Islamskie Iraku i al-Szamu (ISIS), kieruje się wskazaniami odłamu islamu, którego wiara w drogę do Dnia Sądu ma znaczenie dla strategii działania i może pomóc Zachodowi zrozumieć wroga, a także przewidzieć jego zachowania. Dojście do władzy IS nie przypomina triumfu Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie (IS uznaje Bractwo za apostatów). Jest to realizacja apokaliptycznej wizji, za którą podążyli David Koresz czy Jim Jones, mając absolutną władzę tylko nad kilkusetosobową grupą, a nie nad 8 milionami ludzi.

Interpretujemy ideę Państwa Islamskiego błędnie przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, postrzegamy dżihad jako monolit i nadal stosujemy wobec niego taką samą logikę jak wobec al-Kaidy, organizacji, która już upada. Rozmawiałem ze zwolennikami IS, nadal określającymi Osamę Bin Ladena jako “Szejka Osamę” – tytułem honorowym. Jednakże dżihadyzm zmienił się od czasów największej aktywności al-Kaidy w latach 1998-2003. Wielu dżihadystów odcięło się od priorytetów grupy oraz jej obecnego przywództwa.

Bin Laden postrzegał terroryzm jako początek drogi do budowy kalifatu. Nie sądził jednak, ze zobaczy kalifat za swojego życia. Jego organizacja działała na zasadzie sieci niezależnych komórek. IS wprost przeciwnie- chce objąć legalne terytorium ze ścisłą strukturą rządową – biurokracją podzieloną na władze militarne i świeckie, a terytorium – na prowincje.

Po raz drugi jesteśmy zmyleni przez sprawną, lecz nieuczciwą kampanię, mającą na celu zaprzeczanie opinii o średniowiecznej religijności IS. Peter Bergen, który przeprowadził wywiad z Bin Ladenem w 1997 r., zatytułował swoją pierwszą książkę Holy War, Inc, gdyż po części pragnął przedstawić Bin Ladena jako produkt współczesnego świeckiego świata. Bin Laden stworzył sieć terrorystyczną, żądał politycznych ustępstw, np. wycofania sił USA z Arabii Saudyjskiej. Jego bojownicy przemierzali sekretnie cały świat. W ostatnim dniu życia Mohammad Atta robił zakupy w Walmarcie i zjadł obiad w Pizza Hut.

Prawie wszystkie decyzje IS podążają “profetyczna drogą”, którą można odczytać na bilbordach, monetach, rejestracjach samochodowych.

Istnieje pokusa diametralnie innej obserwacji. Dżihadyści to grupa nowoczesnych i świeckich ludzi, ich poglądy polityczne są “dzisiejsze”, a religijna średniowieczna ekspresja to tylko maska na użytek IS. Faktycznie jednak działania grupy to dokładnie przemyślany powrót do prawnych regulacji z VII wieku i z określeniem kresu świata z nadejściem apokalipsy.

Działacze i zwolennicy IS potrafią dokładniej nazwać obecną sytuację. Są określani jako “nowocześni” tylko ironicznie. W rozmowie podkreślają, że nie zamierzają  odstąpić od obowiązujących w islamie przykazań Proroka Mahometa i jego zwolenników. Często używają kodów czy też aluzji, które są niezrozumiałe lub staroświeckie dla nie-muzułmanina – odnoszą się do pewnych specyficznych tradycji czy też tekstów wczesnego islamu.

Oto przykład. We wrześniu 2014 r. szejk Sheikh Abu Muhammad al-Adnani, główny rzecznik IS, wezwał muzułmanów w krajach Zachodu, takich jak Francja czy  Kanada, aby odnaleźli niewiernego i rozbili jego głowę kamieniem, otruli go, przejechali samochodem, czy zniszczyli jego zbiory. Dla ludzi Zachodu kary typu ukamienowanie czy zniszczenie zbiorów, które mają podtekst biblijny, są dziwaczne i przerażające, podobnie jest z wezwaniem do zabójstwa przez wysadzenie w powietrze samochodu.

Adnani nie mówi bzdur. Jego przemówienie było teologiczną i prawną dysputą, a nawoływanie do zniszczenia zbiorów – odbiciem nakazów Mahometa, aby pozostawić wodę i zbiory nienaruszone, chyba że armie islamu bronią się. Wtedy muzułmanie na terytorium kuffar (niewiernych) powinni być bezlitośni i zatruć wszystko.

W rzeczywistości IS jest islamskie, bardzo islamskie. Tak, przyciąga psychopatów oraz poszukiwaczy przygód, głównie z rozczarowanych grup społecznych Bliskiego Wschodu i Europy. Lecz jego najbardziej gorliwi religijni zwolennicy wywodzą się z  grup pryncypialnych i uczonych interpretatorów islamu.

Każda poważna decyzja i prawo głoszone przez IS – w prasie, na bilbordach, numerach rejestracyjnych, monetach – podążają “profetyczną drogą”, co oznacza  dokładne wyznawanie proroctwa Mahometa. Muzułmanie mogą odrzucić IS, prawie wszyscy to robią. Lecz udawanie, że IS nie jest religijną , millenarystyczną grupą, której teologię koniecznie należy poznać, żeby z nią walczyć, już doprowadziło Stany Zjednoczone do niedocenienia siły Państwa Islamskiego i niemądrej taktyki w walce z nim. Musimy zapoznać się z intelektualną genezą Państwa Islamskiego, jeżeli mamy zareagować tak, żeby nie doprowadzić do jego wzmocnienia, a do samozniszczenia z powodu jego fundamentalistycznych praktyk.

Dla zwolenników IS najważniejsza jest kontrola terytorium. Mapa, opracowana przez Institute for the Study of War, pokazuje obszar pod kontrolą kalifatu 15 stycznia 2015 r. Tam, gdzie IS przejęło władzę, zbiera podatki, reguluje ceny, wprowadza system sądowniczy, a także usługi – od służby zdrowia przez edukację do telekomunikacji.

I. Posłuszeństwo

W listopadzie 2014 r. Państwo Islamskie pokazało informacyjny film wideo o swoich początkach, zakorzenieniu w ideologii Bin Ladena. Wideo pokazuje Abu Musa’b al Zarqawiego, brutalnego przywódcę al-Kaidy w Iraku – od 2003 r. aż do jego śmierci w 2006 – jako jednego z bezpośrednich protoplastów IS. Inni to dwaj liderzy partyzanccy przed Baghdadim. A też następcę Bin Ladena, Aymana al Zawahiriego,  egipskiego okulistę i chirurga, który obecnie stoi na czele al-Kaidy. Zawahiri nie przyrzekł wierności Baghdadiemu i jest coraz bardziej znienawidzony przez dżihadystów, izolowany i nie ma charyzmy. Na filmach wideo przymyka oczy i jest zdenerwowany. Proces podziału między al-Kaidą i IS rozpoczął się już dawno i częściowo wyjaśnia to żądzę krwi ze strony Państwa Islamskiego.

Abu Muhammad al Maqdisi jest tak samo izolowany jak Zawahiri. To jordański kleryk (55 lat), który ma duży wkład w intelektualną budowę al-Kaidy. Znany może dżihadystom, ale nie przeciętnemu amerykańskiemu czytelnikowi gazet. Maqdisi i IS zgadzają się w większości spraw doktrynalnych. Obydwie strony identyfikują się z odłamem sunnizmu, zwanym salafizmem, z arabskiego al salal al salih – “pobożni przodkowie”. Przodkowie to sam Prorok i jego pierwsi zwolennicy, których salafici czczą i uznają za wzory we wszystkich aspektach życia z wojskowością, modą, rodziną włącznie, a nawet stomatologią!

Państwo islamskie oczekuje armii “Rzymu”, której klęska pod Dabiq w Syri, rozpocznie odliczanie czasu do apokalipsy.

Maqdisi uczył Zarqawiego, który brał udział w wojnie w Iraku. Z czasem Zarqawi przewyższył swojego mentora w fanatyzmie, aż w końcu dostał od niego naganę. Problemem było upodobanie Zarqawiego do krwawych widowisk i niektóre sprawy doktrynalne, jego nienawiść do innych muzułmanów, sięganie po klątwy i morderstwa. W islamie istnieje praktyka takfiru – ekskomuniki – teologicznie niebezpieczna. Jeżeli mężczyzna mówi do swojego brata: jesteś niewierny, Prorok powiada – tylko jeden z nich mówi prawdę. Jeżeli oskarżający myli się, sam dokonuje apostazji przez rzucanie fałszywych oskarżeń. Apostazja jest karana śmiercią. Mimo to Zarqawi coraz częściej tak się zachowywał.

Maqdisi napisał do swojego byłego ucznia, by zachował ostrożność w “stosowaniu takfiru” lub “nazywaniu ludzi apostatami z powodu ich grzechów”. Różnica między apostazją a grzechem wydaje się niewielka, ale jest to główny punkt niezgody pomiędzy al-Kaidą a Państwem Islamskim.

Apostazja to zaprzeczenie świętości Koranu czy też proroctwu Mahometa. Zarqawi i jego państwo uznali, że apostatą można ogłosić muzułmanina za wiele innych czynów. Może to być w pewnych przypadkach sprzedaż alkoholu czy narkotyków, zachodni ubiór, zgolenie brody, głosowanie w wyborach, nawet jeżeli kandydat jest muzułmaninem. Państwo Islamskie uważa szyityzm za herezję, odstępstwo od wiary, zaprzeczanie doskonałości Koranu. IS twierdzi, że praktyki szyickie, takie jak modlitwy na grobach imamów czy publiczne samobiczowanie, nie mają podstaw w ani w Koranie, ani w słowach Proroka. Oznacza to, że około 200 milionów szyitów potencjalnie jest skazanych na śmierć. Podobnie jak każdy przywódca muzułmańskiego państwa, który świeckie prawo postawił wyżej od szariatu, lub który egzekwował świeckie prawo.

Podążając za doktryną takfiri, Państwo Islamskie zobowiązało się do oczyszczenia świata przez zamordowanie znacznej liczby ludzi. Brak obiektywnych raportów z jego obszarów utrudnia przedstawienie danych na temat morderstw, lecz media społecznościowe z tamtych regionów sugerują, że indywidualne egzekucje odbywają się cały czas, a masowe co kilka tygodni. Ofiarami są zazwyczaj muzułmańscy “apostaci”. Chrześcijanie są wyłączani z natychmiastowych egzekucji, gdyż nie przeciwstawiają się nowemu rządowi. Baghdadi obiecuje darować im życie pod warunkiem, że będą płacić specjalny podatek, tzw. jizyai, jako znak poddaństwa.

Minęły wieki od wojen religijnych w Europie i od czasów, kiedy tysiące ludzi ginęły z powodu teologicznych dysput. Być może jest to jeden z powodów, dla których Zachód przyjął z niedowierzaniem wiadomości o praktykach Państwa Islamskiego. Wielu nie uwierzyło, że stosunkowo niewielka społeczność może do tego stopnia poświęcić się swojej religii lub być aż tak wsteczna w poglądach, a też może oczekiwać apokalipsy – jak pokazują jej akcje i oświadczenia.

Taki sceptycyzm jest zrozumiały. W przeszłości ludzie Zachodu, którzy oskarżali muzułmanów o ślepą wiarę w starożytne pisma, byli krytykowani przez akademików, zwłaszcza przez już nieżyjącego Edwarda Saida. Wskazywał on, że określanie muzułmanów jako “wsteczników” oczernia ich i krzywdzi. Naukowcy raczej interpretowali warunki, w których narodziły się te ideologie – fatalne rządy, zmiany społeczne i obyczajowe na świecie, upokorzenie z powodu życia na ziemi, która ma tylko jedną wartość – złóż ropy naftowej.

Należy brać pod uwagę te czynniki, by zrozumieć powstanie Państwa Islamskiego. Lecz skupienie się tylko na nich i wyłączanie z rozważań ideologii i teologii islamskiej odzwierciedla stronniczość Zachodu. O ile ideologia religijna nie ma tak dużego znaczenia w Waszyngtonie czy Berlinie, to jest bardzo ważna w Raqqa lub w Mosulu. Kiedy zamaskowany kat krzyczy “Allahu’akbar!” i ścina głowę apostacie, robi to przecież z powodów religijnych.

Wiele organizacji muzułmańskich należących do głównego nurtu powiada nawet, że Państwo Islamskie jest antyislamskie. Oczywiście to pocieszające, że większość muzułmanów nie chce zamienić hollywoodzkich filmów na publiczne egzekucje w ramach wieczornej rozrywki. Bernard Haykel (Uniwersytet Princeton), czołowy analityk teologii tej grupy fundamentalistów, powiedział mi, że muzułmanie, którzy określają Państwo Islamskie jako antyislamskie, są zawstydzeni i politycznie poprawni, mają cukierkowaty pogląd na własną religię. Zaniedbują jednak historyczne i prawne wymagania ich konfesji. Wielu muzułmanów zaprzecza, że IS ma jakąkolwiek religijną naturę, a ich religijność wywodzi się z nonsensownej chrześcijańskiej międzyreligijnej tradycji.

Każdy akademik, którego pytałem o Państwo Islamskie, odsyłał mnie do Haykela. Wychował się on w Libanie i USA, a kiedy mówi, słychać lekki akcent, który trudno umiejscowić.

Według Haykela szeregi Państwa Islamskiego idą naprzód z wielkim zapałem religijnym. Wszędzie można znaleźć cytaty z Koranu. Bojownicy cały czas wyrzucają z siebie jego słowa. Uśmiechają się do kamery i nieustannie powtarzają podstawowe zdania z Koranu. Haykel uważa, że komentarze, według których Państwo Islamskie niewłaściwie interpretuje teksty islamu, są niedorzeczne; tłumaczy to ignorancją. Ludzie, którzy pragną wybielić islam, powtarzają jak mantrę, że islam jest religią pokoju. Jeżeli istnieje takie zjawisko jak islam – to właśnie jest to, co czynią muzułmanie i jak interpretują własne teksty! Te teksty wygłaszają wszyscy sunnici, nie tylko z Państwa Islamskiego…

Wszyscy muzułmanie przyznają, że wczesne podboje Mahometa nie były bezkrwawe, a prawa wojenne w Koranie były stanowione na potrzeby czasów, w których panowały przemoc i chaos. Według ocen Haykela, bojownicy IS wracają wiernie do norm wczesnego islamu. Współcześni muzułmanie wolą nie przyznawać się do tego faktu. Niewolnictwo, ukrzyżowanie, ścinanie głowy są wzięte bezpośrednio z tradycji średniowiecznej – mówi Haykel. Żołnierze IS żyją zgodnie z tradycjami średniowiecznymi i “hurtowo” dostosowują je do współczesności.

Nasze niezrozumienie zasadniczych różnic pomiędzy ISIS i al-Kaidą może doprowadzić do niebezpiecznych decyzji.

Koran uznaje ukrzyżowanie za jedyną karę dla wrogów islamu. Odniesienie do podatku nałożonego na chrześcijan można znaleźć w Surah Al-Tawba, dziewiątym rozdziale Koranu, który nakazuje muzułmanom walczyć z chrześcijanami i Żydami aż będą płacić jizya z gorliwą uległością i poczują się gorszymi. Prorok, którego wszyscy muzułmanie uznają za wzór, ustanowił te reguły i miał niewolników. Liderzy Państwa Islamskiego współzawodniczą we wprowadzeniu w życie reguł wskazanych przez Mahometa i odnawiają tradycje zapomniane setki lat temu. Zdumiewający jest nie tylko literalizm, ale też powaga, z którą odczytywane są te teksty – mówi Haykel. Jest w tym rodzaj pracowitości, obsesyjnej powagi, której muzułmanie normalnie nie mają.

Zanim powstało Państwo Islamskie, żadna inna grupa nie próbowała stworzenia bardziej radykalnego modelu wierności Prorokowi niż wahabici w XVIII w. w Arabii. Podbili większość terenu obecnej Arabii Saudyjskiej, a ich ortodoksyjne praktyki przetrwały w prawie szariatu. Haykel widzi ważną różnicę pomiędzy tymi grupami: Wahabici byli ostrożni w użyciu przemocy. Byli otoczeni przez muzułmanów, podbijali ziemię, która już była islamska. To wiązało im ręce. Jednak ISIS odwrotnie,  naprawdę nawiązuje do wczesnego islamizmu. Wcześni muzułmanie byli otoczeni przez nie-muzułmanów, a Państwo Islamskie uważa, że jest w tej samej sytuacji.

Jeżeli al-Kaida chciała przywrócić niewolnictwo, nigdy o tym nie mówiła. Dlaczego miałaby to robić? Milczenie na temat niewolnictwa prawdopodobnie odzwierciedlało myślenie strategiczne. Brano pod uwagę opinię publiczną. Kiedy IS rozpoczęło praktyki niewolnicze, nawet niektórzy sympatycy nie okazali entuzjazmu. Mimo tego kalifat kontynuował niewolnictwo i ukrzyżowania. Podbijemy wasz Rzym, złamiemy wasze krzyże i weźmiemy w niewolę wasze kobiety. Adnani, rzecznik IS, przyrzekł w jednej z wiadomości przekazanych Zachodowi: Jeżeli nie osiągniemy tego celu za naszego życia, to osiągną go nasze dzieci i wnuki, one sprzedadzą waszych synów na rynku niewolników.

W październiku “Dabiq”, pismo IS, opublikowało artykuł Przywrócenie niewolnictwa. Zajął się on m.in. problemem jazydów (starożytnej sekty kurdyjskiej, atakowanej przez IS w północnym Iraku). Według Państwa Islamskiego jazydzi to upadli muzułmanie, dlatego powinni być skazani na śmierć, a jeśli są “tylko” poganami, w najlepszym razie mogą zostać niewolnikami. Grupa uczonych w Państwie Islamskim zebrała się, by “rozwiązać” ten problem i wydać odpowiedni dekret rządowy. Anonimowy autor artykułu pisze: [jeżeli jazydzi są poganami], kobiety i dzieci Jazydów mają być podzielone – według szariatu – pomiędzy bojownikami Państwa Islamskiego, którzy brali udział w Sinjar [operacja militarna w Północnym Iraku]… Wzięcie w niewolę rodzin kuffar (niewiernych) i zabranie ich kobiet to część prawa szariatu, gdyż ten, który wyśmiewa lub zaprzecza wersetom Koranu i słowom Proroka, jest zaprzańcem.

II. Terytorium

Uważa się, że tysiące muzułmanów z zagranicy wyemigrowało do Państwa Islamskiego. Rekruci pochodzą z Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Holandii, Australii, Indonezji, USA i wielu innych miejsc. Wielu zamierza walczyć i jest gotowa zginąć.

Peter R. Neumann, profesor King College w Londynie, powiedział mi, że internet jest najważniejszy w rozprzestrzenianiu propagandy wśród rekrutów. Rekrutacja internetowa także zmieniła demografię społeczności dżihadystów – konserwatywne kobiety muzułmańskie, izolowane do tej pory we własnych domach, mogą dołączyć do rekrutów w Syrii. W ten sposób IS ma nadzieję zbudować pełne społeczeństwo.

W listopadzie pojechałem do Australii, aby spotkać się z Musą Cerantonio, trzydziestoletnim mężczyzną, którego Neumann i inni naukowcy identyfikują jako jednego z dwóch najważniejszych duchowych przywódców cudzoziemców zamierzających dołączyć do Państwa Islamskiego. Cerantonio przez 3 lata był teleewangelistą w Iqraa TV w Kairze, zrezygnował, gdy zaczęto krytykować jego wezwania do stworzenia kalifatu. Teraz naucza na Facebooku i Twitterze.

Cerantonio, duży, przyjazny mężczyzna o wyglądzie intelektualisty powiedział mi, że bladł, gdy widział ścięcie głowy na filmie wideo. Nienawidzi przemocy, choć wymaga się od zwolenników Państwa Islamskiego, aby przemoc popierali. Wypowiada się też przeciwko atakom samobójczym, argumentując, że Bóg zabrania samobójstwa. Ma obsesję motywu apokalipsy w islamie. Wydaje się, że przeżywa dramat, który wygląda jak średniowieczna baśń, tyle że krew jest jak najbardziej prawdziwa.

W lipcu 2014 r. Cerantonio i jego żona próbowali wyemigrować – nie mówili dokąd (Wyjazd do Syrii jest nielegalny -mówi ostrożnie) – lecz zostali złapani w drodze na Filipiny, deportowani z powrotem do Australii z powodu nielegalnego przedłużenia wizy. W Australii próba dołączenia do IS jest przestępstwem, paszport Cerantonio został skonfiskowany. Nie może się ruszyć z Melbourne, gdzie policja go dobrze zna. Gdyby został złapany na ułatwianiu podróży do IS komukolwiek, zostałby aresztowany. Obecnie jest wolny – formalnie jest niezrzeszonym ideologiem, który rozmawia z innymi dżihadystami, ale jego głos liczy się w sprawach doktrynalnych IS. Spotkaliśmy się na lunchu w Footscray, gęsto zaludnionej wielokulturowej dzielnicy Melbourne, w której mieści sie siedziba Lonely Planet, wydawcy przewodników podróżniczych. Cerantonio wychował się tam w irlandzko-kalabryjskiej rodzinie. Na ulicy Footscray można znaleźć afrykańskie knajpy, wietnamskie sklepy, spotkać młodych Arabów z wielkimi brodami, w salafickich szatach, długich koszulach i spodniach do połowy łydki.

Cerantonio wyjaśnił radość, jaką poczuł, gdy Baghdadi ogłosił kalifat 29 czerwca. Nagle poczuł magnetyczną siłę Mezopotamii: Byłem w hotelu na Filipinach i widziałem deklarację w telewizji – opowiadał. – I byłem zdumiony, dlaczego ja jeszcze siedzę w tym cholernym pokoju.

Ostatnim kalifatem było imperium ottomańskie, którego rozkwit przypada na wiek XVI, później nastąpił powolny schyłek, aż do roku 1924, kiedy to założyciel Republiki Tureckiej Mustafa Kemal Ataturk dokonał ostatecznej jego likwidacji. Cerantonio, jak wielu zwolenników IS, nie uznaje tamtego kalifatu za prawomocny, ponieważ nie w pełni egzekwował on prawo islamskie, które przewiduje kamienowanie, niewolnictwo i obcinanie kończyn za karę. A jego kalifowie nie wywodzili się z plemienia Proroka – Qurayshi – tak jak powinni wg ortodoksji.

Podczas lipcowego kazania w Mosulu Baghdadi mówił m.in. na temat znaczenia kalifatu. Że jego przywrócenie jest obowiązkiem islamskiej społeczności: To obowiązek nas muzułmanów, obowiązek, który zaniedbaliśmy… Muzułmanie tym zaniedbaniem zgrzeszyli, bo muzułmanie zawsze muszą próbować ustanowić kalifat. Podobnie jak bin Laden, Baghdadi mówi kwieciście, często odnosi się do świętych tekstów. Ale w przeciwieństwie do bin Ladena i fałszywych kalifów Imperium Osmańskiego, on jest z plemienia Qurayshi!

Cerantonio: Kalifat nie jest tylko jednością polityczną, ale drogą do zbawienia. Propaganda IS regularnie publikuje raporty na temat przysiąg wierności baya, napływających od grup dżihadystów z całego muzułmańskiego świata. Cerantonio cytuje Proroka, mówiąc, że śmierć bez przysięgi na wierność kalifowi oznacza śmierć jahil – ignoranta. Rozważmy, jak muzułmanie (a także chrześcijanie) wyobrażają sobie, co robi Bóg z duszami ludzi, którzy nigdy nie dowiadują się o prawdziwej religii. Nie będą oczywiście zbawieni. Podobnie, mówi Cerantonio, muzułmanin, który wprawdzie uznaje jednego Boga i modli się, lecz umiera bez złożenia przysięgi na wierność jedynemu kalifatowi i bez żadnych obowiązków wynikających z tej przysięgi – nie żyje bowiem w pełni islamskim życiem. Czy oznacza to, że większość muzułmanów w historii i wszyscy, którzy zmarli między rokiem 1924 a 2014, zmarli śmiercią ignorantów? Cerantonio przytakuje: Powiedziałbym nawet, że islam został ustanowiony na nowo przez kalifat.

Zapytałem go o jego własną baya, szybko poprawił mnie: – Nie powiedziałem, że złożyłem przysięgę. Przypomniał mi, że australijskie prawo zabrania bayi: – Ale zgadzam się, że Baghdadi spełnia wszystkie warunki bycia kalifem – kontynuował. – Teraz zamierzam mrugnąć do ciebie, zinterpretujesz to jak będziesz uważał – śmiał się.

Aby zostać kalifem, trzeba spełniać warunki określone w prawie sunnickim. Musi to być dorosły muzułmanin wywodzący się z plemienia Qurayshi, o nieskazitelnej moralności, silny fizycznie i moralnie; mający także amru czyli władzę. – Ostatnie kryterium – mówił Cerantonio – jest najtrudniejsze do spełnienia, gdyż kalif musi posiadać terytorium, na którym może egzekwować prawo islamskie. Islamskie Państwo Baghdadiego spełniło te warunki na długo przed 29 czerwca.

Cerantonio mówił, że powstała frakcja przygotowana na wojnę z grupą Baghdadiego, jeżeli doszłoby do dalszej zwłoki w ogłaszaniu kalifatu. Przygotowała ona list do wpływowych członków ISIS, wyrażający niezadowolenie z powodu niewyznaczenia kalifa. Została jednak powstrzymana przez Adnaniego, rzecznika, który dopuścił ją do tajemnicy – kalifat już został ogłoszony, ale nie publicznie.

Po kazaniu Baghdadiego zaczął się napływ do Syrii dżihadystów z nową motywacją. Jürgen Todenhöfer, niemiecki pisarz i były polityk, który odwiedził Państwo Islamskie w grudniu 2014 r., opublikował raport o przybyciu 100 bojowników do jednego z punktów rekrutacyjnych na granicy tureckiej w czasie tylko dwóch dni! Mamy do czynienia z ciągłym napływem cudzoziemców, przygotowanych, aby porzucić wszystko i dostać się do raju – w najgorszym miejscu na Ziemi!

W Londynie, na tydzień przed lunchem z Cerantonio, spotkałem się z trzema byłymi członkami zdelegalizowanej islamskiej grupy Al Muhajiroun (The Emigrants): Anjem Choudarym, Abu Baraa i Abdulem Muhidem. Wszyscy chcą emigrować do Państwa Islamskiego idąc w ślady swoich kolegów, lecz władze skonfiskowały im paszporty. Podobnie jak Cerantonio uważają kalifat za jedyną legalną władzę na Ziemi, chociaż żaden z nich nie przyznał się do złożenia przysięgi. Chcieli mi wyjaśnić, czym jest Islamskie Państwo, i w jaki sposób jego polityka odzwierciedla prawo Boga.

Choudary (48) był liderem grupy. Często pojawia się w wiadomościach tv kablowych  – jest jednym z niewielu fundamentalistów wciąż zapraszanych do studia. Głośno broni Państwa Islamskiego; zwykle aż wyłączą mu mikrofon. W Wielkiej Brytanii ma reputację pompatycznego i odrażającego gaduły. On i jego uczniowie w sprawie doktryny mówią jednym głosem. Choudary i inni często odzywają się na Twitterze, a Abu Baraa ma kanał na YouTube, na którym odpowiada na pytania dotyczące szariatu.

Od września 2014 r. władze prowadzą wobec moich trzech rozmówców śledztwo w sprawie podejrzeń o popieranie terroryzmu. Z tego powodu spotkali się ze mną osobno – inaczej naruszyliby warunki zwolnienia z aresztu za kaucją. Lecz rozmawia się z nimi jak z jedną osobą noszącą trzy różne maski. Choudary spotkał sie ze mną w cukierni w dzielnicy Ilford (East London). Był ubrany w elegancką niebieska tunikę prawie do kostek i popijał red bulla. – Przed kalifatem być może nawet 85 procent praw szariatu było nieobecnych w naszym życiu – mówi Choudary. – Te prawa nie były stosowane, dopóki nie mieliśmy kalifa, a teraz go mamy. Na przykład bez kalifatu sędziowie nie mają obowiązku orzekać kar amputowania rąk złodziei złapanych na gorącym uczynku. Kalifat tego wymaga.

W teorii wszyscy muzułmanie mają obowiązek emigracji do terytorium, gdzie kalif stosuje prawo szariatu. A od kalifa wymaga się jego wdrożenia. Ci, którzy złożyli przysięgę, mają informować kalifa osobiście, gdy dowiedzą się o jakimkolwiek odchyleniu od tego prawa. Według zachodnich kryteriów po prostu mają donosić na rzekomych czy faktycznych odstępców od zasad. Kalif nakazuje im posłuszeństwo i poprawę. Tłumaczy, czym jest ich grzech. Ci, którzy trwają przy błędzie lub nadal popierają nie-muzułmanów, są uważani za apostatów i powinni być wyeliminowani.

Choudary mówi, że prawo szariatu bywa źle interpretowane. Np. reżim w Arabii Saudyjskiej choć ścina głowy mordercom czy ucina ręce złodziejom, nie w pełni wdraża szariat. – Problem jest w czymś innym – wyjaśnia. – Arabia Saudyjska stosuje prawo karne, ale nie ma w niej społecznej i ekonomicznej sprawiedliwości, które szariat gwarantuje. Wywołuje to niechęć do władzy i prawa. A szariat to darmowe jedzenie, domy, odzież. Oczywiście każdy może bogacić się – ale pracując…

Abdul Muhid (32) był ubrany według mody mudżahedinów: niechlujna broda, afgańska czapeczka i portfel przypięty na zewnątrz. Chętnie rozmawiał o sprawach socjalnych. Państwo Islamskie może stosować średniowieczne kary za przestępstwa moralne (chłosta za pijaństwo lub seks przedmałżeński, kamienowanie za cudzołóstwo), lecz jego program socjalny w niektórych aspektach jest tak postępowy, że zadowoliłby komentatorów MSNBC. Opieka zdrowotna jest darmowa. – Nie jest darmowa w Wielkiej Brytanii, nieprawdaż? Za niektóre usługi, np. okulistę, trzeba płacić. Polityka socjalna IS to obowiązek wobec prawa bożego.

III. Apokalipsa

Wszyscy muzułmanie uznają, że Bóg jest jeden i tylko on zna przyszłość. Ale Koran i pisma proroków zawierają część proroctw dotyczących przyszłości i objawionych przez Boga. Państwo Islamskie różni się niemal od wszystkich innych ruchów dżihadu – wierzy, że pochodzi bezpośrednio od Boga i jest wpisane w jego plan.

Al-Kaida działa jako podziemny ruch polityczny, ma na celu usunięcie wszystkich nie-muzułmanów z Półwyspu Arabskiego, całkowite zniszczenie Izraela, likwidację niektórych reżimów na ziemiach muzułmańskich. Państwo Islamskie troszczy się o sprawy przyziemne w miejscach, które kontroluje: zbieranie śmieci czy stały dopływ bieżącej wody, lecz lejtmotywem jego propagandy jest nadejście Dni Ostatecznych. Bin Laden rzadko wspominał apokalipsę, kiedy już to robił, mówił, że nadejdzie ona dopiero po jego śmierci. Bin Laden i Zawahiri pochodzą z elit sunnickich, które patrzą z pogardą na tego rodzaju spekulacje i sądzą, że jest to zajęcie dla mas – mówi Will McCants z Brookings Institution, który pisze książkę o myśli apokaliptycznej w Państwie Islamskim.

W ostatnich latach amerykańskiej okupacji Iraku założyciele Państwa Islamskiego widzieli wszędzie znaki nadejścia końca. Przewidywali, że w ciągu roku przyjdzie Mahdi – Mesjasz, i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa przed końcem świata. McCants uważa, że prominentni islamiści w Iraku ostrzegali bin Ladena w 2008 r., że istnieje millenarystyczna grupa, która mówi cały czas o Mahdim i ma strategiczny program oparty na wierze w jego nadejście. Al-Kaida apelowała do jej przywódców o odcięcie się od tego. Bezskutecznie.

Dla niektórych głęboko wierzących w ten rodzaj długotrwałej bitwy Dobra ze Złem wizja apokaliptycznej masakry to spełnienie ich głębokich psychologicznych potrzeb.  Musa Cerantonio bardzo interesuje się tematem apokalipsy i problemem ostatnich dni Państwa Islamskiego i świata. To jego własne przemyślenia, niemające statusu doktryny. Niektóre są oparte na głównych źródłach sunnickich i pojawiają się wszędzie w propagandzie Państwa Islamskiego. Zakładają one istnienie świata tylko za rządów 12 akceptowanych formalnie kalifów, a Baghdadi jest ósmym! Armie Rzymu zderzą się z armią islamu w północnej Syrii; a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Jerozolimie.

Państwo Islamskie przywiązuje wielką wagę do syryjskiego miasta Dabiq niedaleko Aleppo. Magazyn propagandowy IS został nazwany “Dabiq”, kiedy podbito – wielkim kosztem – to strategicznie nieważne miasto. Bo Prorok powiedział, że to właśnie tutaj armie Rzymu rozbiją swój obóz, a armie islamu zwyciężą w bitwie. Dabiq będzie dla Rzymu jak Waterloo.

Pismo cytuje Zarqawiego: iskra zabłysła tutaj w Iraku, a ogień będzie rozprzestrzeniać się, aż w Dabiq spali uczestników krucjaty. Propagandowe wideoklipy IS korzystają z hollywoodzkich filmów o średniowieczu – przecież wg proroctw armie przybędą konno i będą używać dawnej broni.

Skoro zajęto już Dabiq, Państwo Islamskie oczekuje nadejścia wrogiej armii, której porażka rozpocznie apokalipsę. Zachodnie media często nie reagują na odniesienia do Dabiq w filmach przekazywanych przez Państwo Islamskie, skupiają się na makabrycznych scenach ścięcia głowy. – Oto tutaj jesteśmy, grzebiemy pierwszego krzyżowca amerykańskiego w Dabiq, czekamy na przybycie waszej armii – mówi zamaskowany kat na filmie udostępnionym w listopadzie 2014 r., pokazując ściętą głowę Petera Kassiga, pracownika humanitarnego, który przetrzymywany był w niewoli ponad rok.

Podczas grudniowych walk w Iraku, po tym jak mudżahedini ogłosili, że widziano amerykańskich żołnierzy w akcji, konto na Twitterze Państwa Islamskiego eksplodowało radością.

Proroctwo, które przewiduje bitwę pod Dabiq, określa armię jako “Rzym”. Czym jest “Rzym” teraz, kiedy papież nie ma armii, to sprawa do dyskusji. Cerantonio mówi, że Rzym oznaczał całe Wschodnio-Rzymskie Imperium, ze stolicą w dzisiejszym Istambule. Powinniśmy więc myśleć o Rzymie jako o Turcji – tej samej republice, która zakończyła ostatni kalifat 90 lat temu. Inne źródła należące do Państwa Islamskiego sugerują, że Rzym może oznaczać jakąkolwiek armię niewiernych,  oczywiście także amerykańską.

Według Cerantonio po bitwie w Dabiq kalifat rozszerzy się i zajmie Istambuł. Niektórzy wierzą, ze zajmie całą Ziemię, ale Cerantonio sugeruje, że IS może nigdy nie przekroczyć Bosforu. Anty-Mesjasz, według muzułmańskiej literatury apokaliptycznej zwany Dajjal, przyjdzie z Khorasan, regioniu wschodniego Iranu i zabije wielu bojowników kalifatu, aż zostanie ich tylko 5000, blisko Jerozolimy. Gdy Dajjal będzie gotów ich też zabić, Jezus, który jest drugim najbardziej poważanym prorokiem w Islamie, wróci na Ziemię, przebije włócznią Dajjala i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa.

Tylko Bóg wie, czy armie Państwa Islamskiego zrealizują przepowiednie, mówi Cerantonio, ale taką ma nadzieję. Prorok powiada, że jednym ze znaków bliskiego nadejścia Końca jest to, że ludzie przestaną o nim mówić. Dziś nawet w meczetach nikt o tym nie mówi – sugeruje Cerantonio. Według tej teorii, żadna porażka Państwa Islamskiego nic nie znaczy, ponieważ Bóg z góry przesądził, że jego ludzie zostaną niemal wszyscy zabici. IS ma przed sobą najlepsze i najgorsze dni.

IV. Walka

Ideologiczna czystość Państwa Islamskiego ma jedną zaletę: pozwala przewidzieć niektóre działania tej społeczności. Osama bin Laden rzadko był przewidywalny. Zakończył swój pierwszy telewizyjny wywiad zagadkowo. Peter Arnett (CNN) zapytał go, jakie są twoje plany na przyszłość? Bin Laden odpowiedział: – To się okaże. Gdy będziesz uważnie słuchał, usłyszysz o nich w mediach, jeżeli Bóg pozwoli. Państwo Islamskie przechwala się otwarcie swoimi planami. Nie wszystkimi, ale wystarczy, żeby można było przewidzieć, jak chce rozszerzać swoją działalność i rządzić.

W Londynie Choudary i jego studenci szczegółowo opisują politykę zagraniczną Państwa Islamskiego, obecnie kalifatu. Podjęło ono już “agresywny dżihad”, ekspansję na kraje rządzone przez nie-muzułmanów. – My tylko się bronimy – mówi Choudary. – Głównym obowiązkiem kalifatu jest jego rozszerzanie.

Choudary przedstawia prawa wojenne Państwa Islamskiego, politykę łaski, a nie brutalności. Mówi, że państwo ma obowiązek terroryzować swoich wrogów. Święte prawo, aby ich zastraszyć przez ścinanie głów, ukrzyżowania i branie w niewolę kobiet i dzieci. Przyspiesza to zwycięstwo, a jednocześnie pozwala uniknąć długotrwałego konfliktu.

Kolega Choudary’go, Abu Baraa, wyjaśnia, że prawo islamskie zezwala tylko na krótkoterminowe pokojowe układy, trwające nie dłużej niż dekadę. Zgoda na ustanowienie jakichkolwiek granic terytorialnych podlega anatemie, jak mówi Prorok, co przejawia się w filmach Państwa Islamskiego. Jeżeli kalif zgadza się na dłuższy traktat pokojowy czy stałą granicę – błądzi. Krótkoterminowe traktaty pokojowe odnawia się, lecz nie z wszystkimi wrogami na raz. Kalif musi angażować się w dżihad chociaż raz w roku. Nie może odpocząć, inaczej będzie grzeszył zaniechaniem i lenistwem.

Czerwonych Khmerów, którzy wymordowali prawie jedną trzecią ludności Kambodży, można porównać do Państwa Islamskiego. Lecz Czerwoni Khmerzy zajmowali miejsce w ONZ jako Kambodża! – To jest niedozwolone – mówi Abu Baraa. – Wysłanie ambasadora do ONZ oznacza uznanie innej władzy poza władzą Boga. Ta forma dyplomacji to shirk lub politeizm, natychmiast uznany byłby za herezję i Baghdadi zostałby usunięty. Nawet przyspieszenie powstania kalifatu demokratycznymi metodami, np. przez głosowanie na politycznych kandydatów, którzy popierają kalifat, jest shirk.

Trudno sobie wyobrazić, jak sparaliżowane może być Państwo Islamskie ze względu na swój radykalizm. Współczesny system międzynarodowy, stworzony po pokoju westfalskim w 1648 r., polega na gotowości każdego państwa do uznania granic innych krajów. Dla IS takie uznanie byłoby ideologicznym samobójstwem. Inne islamskie grupy – Bractwo Muzułmańskie czy Hamas – uległy niedoskonałościom demokracji i potencjalnym zaproszeniom do międzynarodowych społeczności, łącznie z miejscem w ONZ. Negocjowano także z talibami – za ich rządów Afganistan wymienił ambasadorów z Arabią Saudyjską, Pakistanem i Emiratami Arabskimi – to akt, który unieważnił władzę talibów w oczach IS. Dla Państwa Islamskiego to nie jest wybór, ale apostazja.

Stany Zjednoczone i sojusznicy zareagowali na IS z opóźnieniem i w swojego rodzaju oszołomieniu. Ambicje grupy i jej strategia były oczywiste w deklaracjach i mediach społecznościowych już w 2011 r., kiedy była to jedna z wielu terrorystycznych grup działających w Syrii i Iraku, która nie popełniła jeszcze masowych zbrodni. Adnani mówił zwolennikom, że ambicją grupy jest przywrócenie islamskiego kalifatu i przywoływał apokalipsę: – Tylko kilka dni pozostało. Baghdadi już w 2011 r. wystylizował się na przywódcę wiernych, jak zwyczajowo nazywany jest kalif. W kwietniu 2013 r. Adnani ogłosił, że ruch jest gotowy zmienić świat zgodnie z zaleceniami Proroka i kalifatu”. W sierpniu 2013 r. powiedział: – Naszym celem jest ustanowienie Państwa Islamskiego, które nie uznaje granic, ale jest oparte na słowach Proroka. Wtedy grupa zajęła już Raqqa, stolicę syryjskiej prowincji zamieszkanej przez ok. 500 tys. ludzi, a także przyciągnęła znaczną liczbę bojowników.

Gdybyśmy rozpoznali intencje Państwa Islamskiego wcześniej, zorientowalibyśmy się, że sytuacja polityczno-militarna w Syrii i Iraku stworzyła dużą przestrzeń do swobodnego działania IS. Moglibyśmy skłonić przynajmniej Irak do uszczelnienia granicy z Syrią i porozumienia ze swoimi sunnitami. Pozwoliłoby to uniknąć porażającego efektu propagandowego, jaki miało ogłoszenie kalifatu po podbiciu trzeciego pod względem wielkości miasta Iraku. Ponad rok temu Obama powiedział pismu “The New Yorker”, że uważa ISIS za słabszego partnera al-Kaidy. – Jeżeli zespół juniorów ubiera się w koszulki Lakersów, to nie oznacza, że będzie grał jak Kobe Bryant – powiedział prezydent.

Nasze niedocenienie rozłamu między Państwem Islamskim a al-Kaidą oraz głównych różnic pomiędzy nimi doprowadziło do niebezpiecznych decyzji. Jesienią 2014 r. rząd USA wyraził zgodę na desperacki plan uratowania życia Petera Kassiga. Plan wymagał kontaktów między prominentnymi osobami w Państwie Islamskim i al-Kaidzie, i nie mógł być gorzej zaimprowizowany i przeprowadzony.

Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Państwie Islamskim, powolne upuszczanie mu krwi jest najlepszą ze złych militarnych opcji.

Plan ten wymagał kontaktu z Abu Muhammadem al Maqdisim, mentorem  Zarqawiego i znaczącą postacią w al-Kaidzie, i zbliżenia się do Turki al-Binali, głównego ideologa i byłego studenta Maqdisiego, chociaż ci dwaj mężczyźni byli od dawna skonfliktowani z powodu krytyki Państwa Islamskiego przez Maqdisiego. Maqdisi wzywał IS do ułaskawienia Alana Henninga, brytyjskiego taksówkarza, który pojechał do Syrii z pomocą humanitarną dla dzieci. W grudniu “Guardian” poinformował, że rząd amerykański przez negocjatora poprosił Maqdisiego o rozmowy interwencyjne w Państwie Islamskim w sprawie Kassiga.

Maqdisi żył na wolności w Jordanii, lecz zabroniono mu wszelkiej komunikacji z terrorystami zagranicą i był ściśle monitorowany. Kiedy Jordania wyraziła zgodę, by USA ponownie skontaktowały się z Maqdisim, kupił on telefon satelitarny za amerykańskie pieniądze i mógł swobodnie komunikować się ze swoimi byłymi studentami. Potem rząd jordański zahamował to, a rozmów użył jako pretekstu do uwięzienia Maqdisiego. Kilka dni później w sieci pojawił się film pokazujący ścięcie Kassiga w Dabiqu.

Zwolennicy Państwa Islamskiego drwili na Twitterze z Maqdisiego i al-Kaidy, ponieważ nie uznali oni kalifatu. Cole Bunzel, uczony, który zajmuje się ideologią IS, przeczytał opinie Maqdisiego na temat Kassiga i stwierdził, że mogło to przyspieszyć jego śmierć i innych zakładników. – Gdybym był zakładnikiem Państwa Islamskiego, a Maqdisi oświadczyłby, że nie powinienem być zabity, mógłbym pożegnać się z życiem.

Śmierć Kassiga była tragedią, lecz sukces planu jego uratowania byłby jeszcze większą. Porozumienie między Maqdisim a Binalim oznaczałoby zasypanie przepaści  pomiędzy dwiema największymi organizacjami dżihadu. Możliwe, że rząd chciał tylko użyć Binaliego do celów szpiegowskich czy też zamachu. Jednak decyzja, żeby swatać dwie największe organizacje terrorystyczne, była zdumiewająco zła i niebezpieczna.

Z powodu naszej obojętności Państwo Islamskie operuje dziś na terytoriach kurdyjskich i na irackim polu walki musimy atakować je z powietrza. Ta strategia nie pozbawiła IS żadnych większych terenów, chociaż uniemożliwiła bezpośredni atak na Bagdad i Erbil i mordowanie ludności Shia i Kurdów. Niektórzy obserwatorzy wzywają do eskalacji działań, zwłaszcza ci po prawej stronie sceny politycznej (Max Boot, Frederick Kagan), wzywają do wysłania tysięcy amerykańskich żołnierzy do Iraku. Te wezwania nie powinny być ignorowane zbyt szybko: organizacja otwarcie dopuszcza się ludobójstwa i popełnia codziennie zbrodnie na terenach przez siebie kontrolowanych.

Jednym sposobem, który “odczarowałby” zwolenników Państwa Islamskiego, byłoby militarne obezwładnienie go i zajęcie części Syrii i Iraku – obecnie pod rządami kalifatu. Al-Kaida jest nie do wykorzenienia, ponieważ może przetrwać jak karaluch, pod ziemią. Państwo Islamskie nie może. Jeżeli straci terytorium w Syrii i Iraku, przestanie być kalifatem. Kalifaty nie mogą istnieć jako ruchy podziemne, ponieważ wymagana jest od nich władza terytorialna: gdy jej nie ma, wszystkie przysięgi na wierność przestają być wiążące. Ci, co złożyli już przysięgę, mogliby nadal atakować Zachód, ścinać głowy wrogom jako tzw. wolni strzelcy. Lecz wartość propagandowa kalifatu przestałaby istnieć razem z religijnym obowiązkiem imigracji i działania na jego rzecz.

Ryzyko eskalacji konfliktu jest ogromne. Największym zwolennikiem amerykańskiej inwazji jest samo IS. Prowokacyjne filmy, na których kaci w czarnych kapturach zwracają się bezpośrednio do prezydenta Obamy, są robione tylko po to, by wciągnąć Amerykę do wojny. Inwazja byłaby wielkim propagandowym zwycięstwem dżihadu: bez względu na to, czy złożyli przysięgę kalifowi, wszyscy wierzą, że Stany Zjednoczone chcą współczesnej krucjaty, aby wymordować muzułmanów. Kolejna inwazja i okupacja potwierdziłyby te przekonania i wzmocniły rekrutację nowych bojowników i zwolenników.

ISIS powstał tylko dlatego, że nasza poprzednia okupacja zostawiła przestrzeń dla Zarqawiego i jego zwolenników. Kto może przewidzieć konsekwencje kolejnej nieudanej akcji?

Humanitarny koszt istnienia Państwa Islamskiego jest wysoki. Ale stanowi ono mniejsze zagrożenie dla USA niż częste konfrontacje z al-Kaidą. Skupia się ona na “dalekim wrogu” (Zachód), co jest rzadkością wśród grup dżihadu, które koncentrują się na sprawach bliższych ich siedzib. Dotyczy to zwłaszcza Państwa Islamskiego. Widzi ono wrogów dookoła, życzy wszystkiego co najgorsze rządowi amerykańskiemu, jednak wdrożenie ścisłego szariatu w kalifacie i ekspansja terytorialna są dla niego najważniejsze – nie zamachy w Ameryce. Baghdadi powiedział to wprost w listopadzie 2014 r. jego saudyjskim agentom: – Najważniejsze to pokonać Rafida (Shia), następnie al-Sulul (sunniccy zwolennicy saudyjskiego monarchy)…

Cudzoziemscy bojownicy (i ich żony oraz dzieci) podróżują do kalifatu z biletem w jedną stronę: chcą żyć tam, gdzie jest prawdziwe prawo szariatu. A wielu pragnie męczeństwa. Doktryna wymaga od wiernych, aby zamieszkali w kalifacie, jeżeli tylko mogą to zrobić. Jeden z mniej krwawych filmów Państwa Islamskiego pokazuje grupę dżihadystów palących swoje francuskie, brytyjskie i australijskie paszporty. Byłby to bezsensowny akt dla kogoś zamierzającego wrócić, aby wysadzić się w powietrze w kolejce do Luwru, czy wziąć zakładników w kawiarni w Sydney.

Kilku “samotnych wilków”, zwolenników Państwa Islamskiego atakowało zachodnie cele, można się spodziewać kolejnych takich zamachów. Lecz większość atakujących to sfrustrowani amatorzy, niemogący wyemigrować do kalifatu z powodu konfiskaty paszportu czy innych problemów. Nawet jeżeli IS przyklaskuje tym atakom – robi to w swojej propagandzie – nie zaplanowało, ani też nie sfinansowało żadnego. Atak na “Charlie Hebdo” w Paryżu był operacją al-Kaidy. Jürgen Todenhöfer przeprowadził w grudniu w Mosulu wywiad z niemieckim dżihadystą i zapytał go, czy jakiś z jego towarzyszy powrócił do Europy, aby przeprowadzić atak. Dżihadysta uważa, że ci co wracają, to nie są żołnierze, ale uciekinierzy. – Powinny odkupić swój powrót. Mam nadzieję, że raz jeszcze spojrzą uważnie na swoją religię.

Państwo Islamskie prawdopodobnie będzie działać samotnie. Żaden kraj nie jest jego sojusznikiem, gdyż ideologia tak nakazuje. Tereny, które kontroluje, choć bardzo duże, są w większości niezamieszkane i biedne. Jeżeli IS wpadnie w stagnację lub powoli skurczy się, główne hasła o  woli Boga i apokalipsie osłabną, coraz mniej wiernych będzie tu imigrować. Inne radykalne ruchy muzułmańskie też zostaną zdyskredytowane, zwłaszcza raportami o biedzie na obszarach ich działania.

Jednak upadek IS nie nastąpi szybko i nadal wiele spraw może potoczyć się bardzo źle: jeżeli IS otrzyma wsparcie al-Kaidy, może się zamienić w najgorszego wroga, jakiego do tej pory widzieliśmy. Ale rozdźwięk między Państwem Islamskim a al-Kaidą powiększył się w ostatnich miesiącach; w grudniowym wydaniu “Dabiq” zamieszczono długą historię uciekiniera z al-Kaidy, który opisuje korupcję i nieudolność swojej poprzedniej grupy, a Zawahiriego jako nieudolnego lidera.

V. Opozycja

Określenie problemu Państwa Islamskiego jako “problemu z islamem” byłoby za łatwe. Religia zezwala na wiele interpretacji. Jednakże określenie IS jako nie-islamskiego może przynieść niedobre skutki. Jak zareagują ci, którzy czytają święte teksty i widzą w nich poparcie dla praktyk kalifatu?

Muzułmanie mogą mówić, że niewolnictwo jest teraz nielegalne, a ukrzyżowania były stosowane w pewnym historycznym czasie. Lecz nie mogą potępić niewolnictwa czy ukrzyżowania bez zaprzeczenia słowom Koranu i przykładowi Proroka. – Jedynym zasadniczym argumentem, na który mogą powołać się oponenci Państwa Islamskiego, jest to, że niektóre teksty i tradycyjne nauczanie islamu są już nieważne – mówi Bernard Haykel. Byłby to jednak akt apostazji.

Ideologia IS niezwykle wpływa na niektórych wiernych. Hipokryzja i niepewność znikają. Musa Cerantonio i salafici, których spotkałem w Londynie, są nie do zatrzymania, nie zająknęli się przy żadnym pytaniu. Jeżeli akceptuje się ich punkt widzenia, są nadzwyczaj przekonujący. Gdyby byli tylko niegroźnymi gadającymi maniakami, mógłbym sądzić, że ich ruch wypali się, ponieważ psychopaci wysadzają się w powietrze lub zostają zabici w akcjach. Lecz ci mężczyźni mówili z akademicką precyzją i zapałem. Nawet dobrze czułem się w ich towarzystwie – i to mnie najbardziej przestraszyło.

Nie-muzułmanie nie mogą powiedzieć muzułmanom, jak mają praktykować swoją religię. Lecz muzułmanie zaczęli tę debatę we własnym gronie już dawno. – Musisz utrzymywać standardy – mówi mi Anjem Choudary. – Ktoś, kto tylko mówi, że jest muzułmaninem, ale toleruje homoseksualizm czy pije alkohol, nie jest muzułmaninem. Nie ma takiego kogoś, jak niepraktykujący wegetarianin.

Istnieje inny odłam islamu, który oferuje fundamentalistyczną alternatywę wobec Państwa Islamskiego – tak samo bezkompromisową, lecz skrajnie odmienną we wnioskach i realizacji. Ten odłam jest atrakcyjny dla wielu muzułmanów, tęskniących za zrozumieniem każdej litery świętych tekstów z najwcześniejszych lat islamu. Zwolennicy Państwa Islamskiego wiedzą, jak zareagować, kiedy muzułmanie ignorują część Koranu: takfirem. Ale zdają sobie sprawę, że niektórzy muzułmanie także studiują Koran wytrwale i stanowią ideologiczne zagrożenie.

Baghdadi jest salafitą. Określenie salafi zostało oczernione, gdyż wielu bandytów bierze udział w walkach właśnie pod flagą salaficką. Tymczasem salafici nie są dżihadystami i większość należy do sekt, które odrzucają Państwo Islamskie. Są, jak zauważa Haykel, zobligowani do rozszerzania Dar al-Islam, terenu islamu, być może nawet z najgorszymi praktykami jak niewolnictwo czy amputacja – lecz dopiero w pewnym punkcie w odległej przyszłości. Ich priorytetem jest przestrzeganie zasad religii, wierzą, że cokolwiek, co przeszkadza tym praktykom, np. wojna, czy zamieszki, które zakłóciłyby życie i modlitwy – jest zabronione.

Żyją wśród nas. Jesienią odwiedziłem meczet w Filadelfii, gdzie imamem jest Breton Pocius, lat 28, salafita używający imienia Abdullah. Jego świątynia znajduje się na granicy dzielnicy o wysokiej przestępczości – Northern Liberties, i dzielnicy, która powoli staje się modna wśród tutejszych hipstersów; można ją nazwać Dar al-Hipster.

Teologiczna alternatywa dla państwa islamskiego istnieje, tak samo bezkompromisowa, ale dochodząca do przeciwnych wniosków.

Pocius dokonał konwersji 15 lat temu. Ma polskie i katolickie korzenie, jest z Chicago. Podobnie jak Cerantonio świetnie zna starożytne teksty i jest przekonany, że to jedyna droga, by uniknąć ognia piekielnego. Kiedy spotykam go w miejscowej kawiarni, ma przy sobie pracę na temat Koranu po arabsku i książkę do nauki japońskiego. Przygotowywał kazanie na temat obowiązków wynikających z ojcostwa dla 150 wiernych na piątkowe modły.

Pocius mówi, że jego głównym celem jest zachęcenie wiernych do życia według halal. Powstanie Państwa Islamskiego zmusiło go do odpowiedzi na polityczne pytania, które zwykle nie są ważne dla salafitów. – W większości mówią, jak się modlić, ubierać, to samo ja głoszę w meczecie. Lecz jeśli chodzi o zagadnienia społeczne, mają poglądy jak Che Guevara.

Kiedy pojawił się Baghdadi, Pocius zaadaptował slogan To nie jest mój kalif. – Czasy Proroka były okresem wielkiego rozlewu krwi – mówi Pocius – i wiedział on, że chaos pogorszy warunki bytowania w umma (muzułmańskiej społeczności). Według Pociusa najlepszym rozwiązaniem dla salafitów jest niestwarzanie nieporozumień przez ogłaszanie innych muzułmanów apostatami.

Jak większość salafitów Pocius uważa, że muzułmanie powinni się odciąć od polityki. Ci mistyczni salafici zgadzają się z tezą Państwa Islamskiego, że istnieje tylko prawo boskie i unikają praktyk jak głosowanie czy tworzenie partii politycznych. Lecz interpretują inaczej słowa Koranu potępiające chaos i niezgodę. Jeżeli to konieczne dla zatrzymania nienawiści, należy poprzeć przywódcę, nawet jeżeli jest grzesznikiem. – Prorok mówi: jeżeli przywódca nie jest kuffr (niewiernym), dajcie mu posłuszeństwo.

Mistycznym salafitom nie wolno robić podziałów pośród muzułmanów, np. przez masowe ekskomuniki. Życie bez bayi robi z ciebie ignoranta. Lecz baya nie oznacza przysięgi wobec kalifatu, a z pewnością nie wobec Abu Bakr al-Baghdadiego, twierdzi Pocius. Może oznaczać, w szerokim sensie, przysięgę na rzecz religijno-społecznych umów i zobowiązanie wobec społeczeństwa muzułmańskiego, obojętnie, czy jest rządzone przez kalifat, czy też nie.

Salafici wierzą, że muzułmanie powinni skierować swoją energię na doskonalenie osobistego życia, modlitwę, rytuały i higienę. W ten sam sposób jak ultraortodoksyjni Żydzi debatują, czy odrywanie papieru toaletowego w szabat jest dozwolone? (czy jest to rozdzieranie szat?), spędzają bardzo dużo czasu, żeby upewnić się, czy ich spodnie nie są za długie, a ich brody są przycięte tak samo. Dzięki temu dokładnemu przestrzeganiu religii Bóg da im siłę oraz liczebność, a może kiedyś też powstanie kalifatu. Wtedy muzułmanie osiągną zwycięstwo w Dabiq. Pocius cytuje kilku współczesnych salafickich teologów, którzy uważają, że kalifat nie może powstać bez woli i interwencji Boga.

Państwo Islamskie oczywiście zgodziłoby się z taką interpretacją, dodając, że Bóg właśnie wyznaczył Baghdadiego do utworzenia kalifatu. Pocius ripostuje i wzywa do pokory. Cytuje Abdullaha Ibn Abbasa, jednego z towarzyszy Proroka, który usiadł z odszczepieńcami, pytając, jak to jest możliwe, że są tak bezczelni, aby mówić większości, że nie mają racji? Sam rozłam, który prowadzi do rozlewu krwi lub do podziału w umma, jest zabroniony. Nawet sposób, w jaki Baghdadi ustanowił kalifat jest niewłaściwy. – Kalifat zostanie ustanowiony przez Allaha – mówi Pocius – będzie też konsensem uczonych od Mekki do Medyny. A to się nie wydarzyło. ISIS pojawił się znikąd.

Państwo Islamskie nienawidzi tego sposobu myślenia, jego zwolennicy tweetują szyderczo na temat mistycznych salafitów. Nazywają ich “salafitami menstruacji” z powodu ich niejasnego tłumaczenia, kiedy kobiety są czyste, a kiedy nie, i innych mniej ważnych aspektów życia. – Teraz właśnie nam potrzeba fatwy, dlaczego jest haram (zabronione) jeżdżenie na rowerze na Jupiterze – tweetował ktoś złośliwie. Anjem Choudary z kolei mówi, że żaden grzech nie zasługuje na większe potępienie, niż uzurpacja wobec prawa Boga. Ekstremizm w obronie monoteizmu nie jest złem.

Pocius nie liczy na żadne oficjalne poparcie ze strony USA jako przeciwwagi dla dżihadyzmu. W istocie toby go zdyskredytowałoby, a i tak jest rozżalony na Amerykę za traktowanie go jak obywatela drugiej klasy. (Oskarża rząd o infiltrowanie jego meczetu, nękanie matki w pracy pytaniami o potencjalne powiązania syna z terroryzmem).

Jednakże jego mistyczny salafityzm oferuje antitodum na dżihadyzm w stylu Baghdadiego. Ludzie, którzy przybywają, aby walczyć za wiarę, nie mogą być zatrzymani, lecz ci, których główną motywacją jest znalezienie ultrakonserwatywnej, bezkompromisowej wersji islamu – znajdą alternatywę tutaj. Nie jest to liberalny islam. Większość muzułmanów uzna go za ekstremalny. Jednak jest to forma, którą głęboko wierzący uznają za właściwą, autentyczną, niebluźnierczą, szczerą. Hipokryzja nie jest grzechem tolerowanym przez młodych ideologów.

Zachodni politycy prawdopodobnie powinni się wstrzymać od wszelkich teologicznych debat. Barack Obama już wpadł w wody takfiri, kiedy uznał, że Państwo Islamskie jest “nieislamskie”. Jest w tej sytuacji pewna ironia – Obama jako niemuzułmański syn muzułmanina sam jest klasyfikowany jako apostata. I właśnie on praktykuje takfiri przeciwko muzułmanom. Niemuzułmanie praktykujący takfir  wywołują chichot wśród dżihadystów (są jak świnia pokryta kałem, radząca innym, jak trzymać higienę – mówił jeden z tweetów).

Przypuszczam, że większość muzułmanów docenia Obamę: jako prezydent stanął razem z nimi przeciwko Baghdadiemu i niemuzułmańskim szowinistom. Bo większość muzułmanów nie jest podatna na hasła dżihadu.

W granicach swojej wąskiej i prymitywnej teologii Państwo Islamskie jest pełne energii, nawet kreatywności. Poza nimi pozostaje ciche i jałowe: wizja życia w skrajnym posłuszeństwie, w zgodzie z przeznaczeniem i porządkiem. Musa Cerantonio i Anjem Choudary mogą przeskakiwać od kontemplacji masowej śmierci, wiecznych tortur do dyskusji nad rozkoszą picia wietnamskiej kawy.

Jednak dla mnie zgodzić się z ich poglądami, to zobaczyć, jak wszystkie zapachy świata przemieniają się w jeden mdły.

Mógłbym dobrze czuć się w ich towarzystwie, ale tylko do pewnego momentu. W recenzji z “Mein Kampf” z marca 1940 r. George Orwell napisał, że nigdy nie byłby w stanie lubić Hitlera, pokazał jego słabe strony, odrażające i tchórzliwe cele. Gdyby miał zabić mysz, wiedziałby, jak sprawić, żeby wydawała się smokiem. Partyzanci IS mają podobną właściwość. Wierzą, że ich walka będzie trwała po ich śmierci, stoją po stronie sprawiedliwych, a walka jest przywilejem, przyjemnością, zwłaszcza jeśli jest ciężarem.

Faszyzm, kontynuował Orwell, jest bardziej koncepcją psychologiczną niż hedonistyczną. Socjalizm, a nawet kapitalizm bardziej lub mniej chętnie mówią ludziom: oferujemy dobrą zabawę. Hitler im mówił – oferuję walkę, niebezpieczeństwo i śmierć – i w rezultacie pociągnął za sobą cały naród. Nie powinniśmy nie doceniać emocjonalnych uwarunkowań polityki i konfliktów!

W przypadku IS to religijna lub intelektualna atrakcyjność. IS ma wypełnić misję Proroka, to sprawa dogmatu, mówi nam o tym zapał naszego przeciwnika.  Przeciwnik, który nawet w obliczu przegranej pozostaje pewny siebie, wierzy, że otrzyma boską pomoc, gdy będzie wierny Prorokowi. Można przekonać niektórych potencjalnych konwertytów, że IS przekazuje fałszywą wiadomość i antywartości. Lecz takie akcje będą miały niewielkie znaczenie i wojna może być bardzo długa, nawet jeżeli nie potrwa do samego Końca.

Panie i Panowie! Zastanówcie się!

Tekst napisany w Berlinie 25.11.2014 i opublikowany przez Autora na Facebooku, został tego samego dnia przekazany do publikacji na blogu.

Roman Brodowski

Kolejna odsłona polskiego dramatu?

Po wielu miesiącach obserwania tego co się dzieje w naszej Najjaśniejszej, zarówno w sferze politycznej, ekonomicznej, jak i społecznej, po sposobie uprawiania polityki rządowej w naszym kraju, jak też próbach przeniesienia tej dzisiejszej parlamentarnej pełnej nienawiści, kłamstwa i oszczerstw, retoryki, na grunt europejski – zadałem sobie pytanie: Ile czasu pozostało jeszcze, by cieszyć się naszą wolną i suwerenną Ojczyzną?!

Przed kilkoma laty napisałem nieco polityczne opowiadanie, w którym opisałem moje obawy, mój niepokój związany z przyszłością mojego narodu, opowiadanie które ukazało się w tym roku na kartkach mojej najnowszej książki Sacrum – Profanum i …Kresy.

Oto jego fragment

No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie – niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, a tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej – tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą, w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.

Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, w którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych.                       

Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS i PO, oraz ich ugrupowania statelickie), retoryce jaką w stosunku do siebie i innych, stosują, do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica i ugrupowania o charakterze czysto nacjonalistycznym, często wspierane przez instytucjexkościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem, zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Coraz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam, gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczego i społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.Stare, mądre przysłowie, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową, można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy.Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi.Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…?

To, czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Niestety ostatnie wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami – mam na myśli wybory, wypowiedzi polityków (tych przegranych i tych wygranych) przypominają mi okresy najciemniejszej polskiej historii ostatnich kilkuset lat, począwszy od Sejmu Czteroletniego, poprzez wybory pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza itd … Przykładów podziałów i niezgód prowadzących do nienawiści społecznej w naszej kochanej Ojczyźnie możnaby mnożyć. Zawsze kończyło się to tragedią.

To prawda – wiele błędów wydarzyło się podczas ostatnich wyborów, zbyt wiele, by można je traktować pobłażliwie, by przejść obok nich spokojnie. Jednak w żadnym wypadku nie może być to powodem do tego, by nawoływać do buntów społecznych. Myślę, że mądrość narodu, a szczególnie tych, którzy mają w nim coś do powiedzenia, nie zakłóci tak zwanego „miru” w naszym kraju i nie doprowadzi do kolejnej destabilizacji, a wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że ci, dla których losy naszego kraju przedstawiają wartość nadrzędną, odrzucając wszelkie animozje, uczynią wszystko, by rozwiązać ten wyjątkowy problem w sposób pokojowy, zgodnie z prawem, w poszanowaniu wartości narodowych, a co najważniejsze na drodze kompromisów

Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim przedstawiciele naszego kraju (PIS-u) poprosili Europę o pomoc w rozwiązaniu naszego (wewnętrznego) konfliktu, oskarżając innych przedstawicieli naszego narodu o wiele spraw (między innymi o fałszowanie wyborów) Nie potrafię zrozumieć, jakim celom przyświeca tego typu postępowanie?!

Często, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kiedy nie potrafimy rozwiązywać naszych własnych problemów, dotyczących naszego kraju, na własnym podwórku, zwracamy się o pomoc w rostrzyganiu sporów do stron trzecich.
Czy to brak zdrowego i patriotycznego rozsądku, czy też celowe działanie na szkodę naszego kraju popycha (nie po raz pierwszy) niektórych mieniących się „prawdziwymi Polakami” (określenie często nadużywane przez parlamentarzystów) do tak idiotycznych – moim zdaniem rozwiązań – tego nie wiem.

Czyżby nasza tragiczna historia niczego nas nie nauczyła? Wielokrotnie w przeszłości korzystaliśmy z takiej pomocy i zawsze wychodziliśmy na tym źle. Przypomnijmy sobie Konrada Mazowieckiego, Bogusława Radziwiłła czy też Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przykładów takich jest o wiele więcej. Nieumiejętność roztrzygania sporów we własnym gronie, brutalna, daleko wybiegająca poza ramy kultury dyplomatycznej walka o władzę, z zastosowaniem najprymitywniejszych elementów propagandowo-filozoficznych, opracowanych w XV wieku przez Machiavellego, uzupełnionych filozofią Fryderyka Nitschego, za każdym razem razem pociągały za sobą ofiary społeczne i narodowe. Świadczyły o słabości naszego państwa i podważały jego zarówno autorytet jak i wiarygodność.

Panowie i Panie, Parlamentarzyści i Senatorowie! Działacze PIS-U, PO, SLD, SP i wielu innych ugrupowań, zarówno z prawej jak i lewej strony! Zastanówcie się nad tym, dokąd prowadzi nasz kraj wasza polityka, wasza nienawiść, wasz cynizm i pazerność władzy. Siądźcie po raz kolejny do okrągłego stołu i jak Polak z Polakiem, pokażcie swoją dojrzałość polityczną i prawdziwą troskę o naszą Ojczyznę, by w przyszłości historia oceniła was nie jak zdrajców narodu, ale patriotów.

Zamiast felietonu (3)

Zbigniew Milewicz

Święta, święta…

Głowa mnie już boli od świętowania tych okrągłych rocznic. 25- lecia pierwszych, częściowo wolnych wyborów w Polsce nie można było jednak uniknąć. Tylko na zdrowy rozum, jak może być coś częściowo wolne? Albo jesteś za kratkami, albo na wolności. Półdziewicą, czy trochę w ciąży nie można być, ale w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe.

Część mediów i polityków wolała powoływać się na 25 rocznicę odzyskania wolności, a przecież uczciwiej byłoby powiedzieć, że spod sowieckiego buta weszliśmy wprost pod amerykański. Pod sowieckim z rozmarzeniem śpiewaliśmy, choć pewnie nie wszyscy : ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszy cziełowiek…Teraz gotowi jesteśmy dać się pokrajać za freedom, na Bliskim Wschodzie, czy w Afganistanie, w ramach polsko-amerykańskiego braterstwa broni. Powoływał się na nie prezydent Komorowski, witając Baracka Obamę na warszawskim Okęciu. Na tle reprezentacyjnej eskadry amerykańskich samolotów F- 16, stacjonujących w Polsce, na postrach Rosji, padło filozoficzne stwierdzenie, że „F“ można tłumaczyć, jak fighter, czyli wojownik, albo jako freedom, czyli wolność. Polski przekład jest ode mnie, bo na Okęciu wszyscy pewnie znali angielski, a tłumacze już na bank.

Na uroczystościach 25- lecia, oprócz prezydenta USA, na koszt polskich podatników
gościło 50 zagranicznych delegacji, w tym kilkunastu przywódców europejskich. Był m.in. świeżo wybrany ukraiński prezydent-elekt, król czekolady Petro Poroszenko, który w międzyczasie został oficjalnie mianowany prezydentem Ukrainy i z okazji kolejnej, światowej rocznicy, w Normandii, spotkal się przecież z Putinem i sobie przez 15 minut o czymś tam rozmawiali, a który przedtem jeszcze spotkał się z Barackiem Obamą, ale założę się, że choć też przez chwilę rozmawiali, nie rozmawiali o rzezi wołyńskiej sprzed ponad 70 lat. Byłoby to nie na temat i nietaktowne wobec polskich władz, którym głównie zależy na tym, żeby sąsiednia Ukraina stała się suwerennym krajem, mlekiem i miodem płynącym, oczywiście według europejsko-unijnych standardów. Tak bardzo zależy, że o tamtych tragicznych wydarzeniach z historii raczej nie mówi się na salonach. Przywódcy skrajnych ukraińskich nacjonalistów, Stepanowi Banderze, którego ludzie wymordowali w czasie II wojny co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków, przyświecał podobny cel, a wspierały go hitlerowskie Niemcy. Przed czterema laty ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko nadał Banderze pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, gloryfikując jednocześnie zasługi jego zbrojnych ugrupowań OUN-UPA. Przywódca pierwszego Majdanu, Pomarańczowej Rewolucji, która zwyciężyła przy czynnym wsparciu ówczesnych polskich władz, z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, nie miał cienia wątpliwości, że to słuszna nominacja. Parlament Europejski ją skrytykował, ale przecież zaakceptował europejskie aspiracje Ukrainy. Do rehabilitacji Bandery negatywnie odniósł się wschód Ukrainy, jak i organizacje żydowskie na całym świecie; Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia miały na swoich rękach także krew tysięcy Żydów. Swój protest wyrazili wówczas również prezydent RP Lech Kaczyński oraz środowiska kresowe w Polsce. Krótko później doszło do tragedii smoleńskiej, więc temat Bandery przeniesiono do lamusa. Samostinnoj Ukrainie, o której tak marzył, polskie władze, niezależnie od politycznej orientacji, pozostają jednak wierne.

Dlaczego, czy to leży rzeczywiście w interesie polskiej racji stanu? To zależy pewnie od tego, co się przez nią rozumie. Aleksandra Kwaśniewskiego, z racji jego politycznego życiorysu, trudno byłoby posądzić o rusofobię, którą Kreml zarzuca polskim politykom. Dziś były prezydent jest prawą ręką ukraińskiego oligarchy; za radiem RMF 24 i amerykańskim portalem Buzzfeed podaję, że zasiada w radzie doradców ukraińskiego koncernu gazowego – razem z synem wiceprezydenta USA Joe Bidena. Ale skoro były kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder od lat pobiera apanaże z rosyjskiego Gazpromu, to nie ma się czego wstydzić. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że gazowy oligarcha był ministrem w ekipie obalonego prezydenta Janukowycza. Jak sam twierdzi jednak, ani nie był, ani nie jest z Janukowyczem mocno związany. Natomiast Kwaśniewski – cytuję jego wypowiedź – działa w imię uniezależnienia Ukrainy od Rosji, a zatem Polska może temu tylko przyklasnąć. Exprezydent co prawda nie chce ujawnić, jak duże profity przynosi mu doradzanie Ukraińcowi, ale zapewnia, że pieniądze te trafiają na polskie konta, a podatki do polskiego fiskusa. Firmę kontroluje związany z Janukowyczem polityk Mykoła Złoczewski, który za jego rządów sprawował funkcję m.in. ministra energetyki, czyli koło się zamyka, witamy w Moskwie.

Kreml nie odda Ukrainy, jest zbyt mądrym, zbyt przebiegłym graczem i ma militarną przewagę w miejscu, o które toczy się gra. Obawiam się, że Polska może w niej tylko stracić. A propos, znacie ten dowcip? Rosjanie grają w szachy, Amerykanie w pokera, a Polacy w durnia. W sumie niewesoły, ale życiowy. Utkwił mi w pamięci fragment telewizyjnego reportażu z drugiego, kijowskiego Majdanu. Bojownik nacjonalistycznego, prawego sektora na pytanie reportera, o stosunek do Polaków, odpowiada mniej więcej tak: kiedyś bywało między nami różnie, były polskie pany, ale czasy się zmieniły i nie musicie się nas już bać. Na youtube obejrzałem jednak inny zgoła materiał na ten sam temat, gdzie padła beznamiętna, krótka wypowiedź: teraz są nam jako sojusznicy potrzebni, wieszać będziemy później.

W prawym sektorze pamięta się o Akcji Wisła, wymierzonej przeciw OUN i UPA, przeprowadzonej po zakończeniu II wojny światowej przez polskie, komunistyczne władze. W jej wyniku zlikwidowane zostały zbrojne struktury, a tysiące zarówno ukraińskich, jak i ukraińsko-polskich rodzin z południowo-wschodniej Polski przesiedlonych zostało w inne regiony kraju, głównie na tzw. Ziemie Odzyskane. Mam nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni. W przeciwnym razie trzeba zakasać rękawy i już teraz brać za budowę ogromnej, pancernej szyby na granicę z Ukrainą. Na wzór tej, która chroniła Baracka Obamę na Placu Zamkowym, kiedy mówił, jak to smakuje mu polska kiełbasa i pierogi w Święto Konstytucji w jego rodzinnym Chicago. Polska nigdy nie będzie już samotna – przekonywał płomiennie z mównicy i zgromadzeni bili mu gromkie brawa. Ale wiz do USA nie przeklaskali, dalej są potrzebne. Tacy z nas sojusznicy, tylko do wyjmowania cudzych kasztanów z ognia jesteśmy dobrzy.

Unia. Rozmyślania (prawie) rocznicowe

Polska w Unii Europejskiej

Wikipedia podchodzi do sprawy nader optymistycznie, co jest (zapewne) słuszne:

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 na mocy tzw. Traktatu akcesyjnego podpisanego 16 kwietnia 2003 r. w Atenach, będącego prawną podstawą przystąpienia (akcesji) Polski do Unii Europejskiej. Faktyczny proces integracji Polski rozpoczął się w Atenach 8 kwietnia 1994 r. z chwilą złożenia przez Polskę wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej i potwierdzenia go przez wszystkie państwa członkowskie podczas konferencji w Essen 9-10 grudnia 1994 r. Integracja jest procesem dynamicznym, nieustannie trwającym.

Ale oczywiście prywatnie można na sprawę patrzeć inaczej. Ja uważam, że akcesja była OK, a jej pozytywne skutki już teraz są widoczne, nasz autor
Zbigniew Milewicz
przysłał właśnie, w kilka dni po rocznicy (ale kogo by interesowały okrągłe rocznice!) wierszowane przemyślenia, a ich wymowa jest bardziej krytyczna.

6230383-drewniane-drzwi-pomalowane-w-kolorach-643-385
Zdjęcie: http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/457729,polska-bez-wspolnoty-co-by-bylo-gdybysmy-nie-wstapili-do-unii-europejskiej.html

Zamiast felietonu

Dziesięć lat za nami. Dyskusje między rodakami na temat pożytków i utrapień, wynikających z wstąpienia Polski do Unii Europejskiej trwają; zdania są podzielone, jak to w rodzinie na temat jakiegoś małżeństwa. Jedni wzdychają, że taka piękna para, innym para wali w dekiel. Zapewne każdy z oponentów ma trochę racji, bo nie ma związków idealnych, a jeżeli ciekawi was, jak widziałem Kowalskiego, Nowaka i oczywiście siebie w marszu przed ten ofiarny ołtarz na początku tego wieku, to zapraszam do lektury:

Grüss Gott, grüss Gott

nad brzegiem Isary
niejeden nasz rodak
już poległ za wiarę
grüss Gott, grüss Gott
uwierzył dokładnie,
że jest w kraju cudów,
że fortunę zdobyć
to jak beknąć z nudów
grüss Gott, grüss Gott

przyjeżdża miss Pcimia
z ambitnym zamiarem
wyjść za mąż za Niemca
lecz ten ma już harem
złożony z dziesiątka
różnistych panienek
co w bajzlu pracują
by on miał, jak w niebie
grüss Gott, grüss Gott

Jan z Krzysiem budują
za marek dwanaście
gmaszysko Hiltona
w którym Helmuth zaśnie
jak się nawpierdala ruskiego kawioru
szampitrem go spłucze
i żonę Krzysiowi za stówę wydupczy
grüss Gott, grüss Gott

tak idziem do Unii kochani rodacy
pierś dumnie do przodu wypięta
a jaja z harówy na pańskim – po pięty
grüss Gott, grüss Gott

lecz póki na Wawelu
Zygmunta bije dzwon
nikt, nigdzie i nigdy
nie powie ci
won chamie, won
bo gdyby tak tylko
spróbował pomyśleć
oj, dostałby wpierdol
solidny nad Wisłą
grüss Gott, grüss Gott

Dookoła końskie pyski
najuprzejmiej szczerzą zęby
ten o zdrówko cię zapyta
tamten drogę wskaże chętnie
o pogodzie porozmawia
do tramwaju zaprowadzi
lecz nie próbuj cudzoziemcze
– zwłaszcza ty zza Łaby –
wejść Helmutom do mieszkania
prędzej wielbłąd w uchu igły
siądzie se na otomanie
niż ty skumasz się z Ottonem
dom za marki mu posprzątać
to się tobie godzi zrobić
pomalować także wolno
lecz pół litra z Jorgiem wypić
się rozmarzyć, ponarzekać
Wołga, Wołga z nim zaśpiewać
ot tak sobie bez powodu
bo po wódce wszak Słowianin
brata z braćmi się od młodu
nie uchodzi, nie wypada
szczęka sztuczna, lub prawdziwa
ze zdziwienia mu opada
kto to widział
jaki Gescheft
żeby bratać się z Pollackiem
jego Wirtschaft pachnie różnie
różne o nim są opinie
dzisiaj soli mu pożyczysz
jutro bmw ci zwinie
tak więc lepiej panie bracie
ty Helmuta miej gdzie trzeba
módl się, pracuj, pij i chędoż
a w unijne wejdziesz nieba.

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.

Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2

Ülker Radziwill

uelkernaslupieWiecie kto to jest? Ma tureckie imię i polskie nazwisko. Pierwszy raz widzę ją na plakacie na słupie latarni ulicznej w Rosh Hashana – idę do mojej przyjaciółki, która mieszka na Wilmersdorfie, na noworoczną kolację. Jestem zmęczona po całym dniu na wykopaliskach i z perypatetycznego snu wyrywa mnie jaskrawy, fioletowo-czerwony plakat wyborczy SPD z polskim nazwiskiem. Wiem, to nic nie znaczy. Rok temu poszłyśmy z Anią na spotkanie z Haliną Wawrzyniak z partii Die Linke, bo wydawało nam się, że kobieta z takim imieniem i nazwiskiem musi być Polką lub przynajmniej z rodziny o polskim pochodzeniu. I na pewno tak jest, ale Halina zarzekała się, że nigdy w życiu…

No tak. Pani Radziwill, bezpośrednia kandydatka socjaldemokratów do Bundestagu w dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf. Jest na pewno Turczynką i zapewne wyszła za mąż za Radziwilla. Wiem, że to nazwisko już wielokrotnie widziałam.

Oczywiście Radziwiłłowie w Berlinie, a już zwłaszcza książę Antoni (1755-1833), ten który ożenił się z bratanicą Fryderyka Wielkiego, Luisą von Hochenzollern, miał z nią furę dzieci i w ogóle bardzo się kochali. Radziwiłła w jego pałacu w Antoninie odwiedzał Chopin, który zadedykował księciu Introdukcję i Poloneza. Książę był też muzykiem, miał ambitne plany, skomponował muzykę ni mniej ni więcej tylko do “Fausta” Goethego. Praca zajęła mu ponad 20 lat, ale poecie opera bardzo się podobała. No i jeszcze, oczywiście, pałac Radziwiłłów na Wilhelmstrasse w Berlinie, w samym sercu miasta. Odsprzedany i po roku 1871 przekształcony przez Bismarcka w Kancelarię Rzeszy. A więc siłą rzeczy po roku 1933 stanie się Kancelarią Hitlera, który tu mieszkał z Evą Braun. A w ogrodzie pałacowym wybudowano tzw. bunkier Hitlera.

FriedrichWilhelmPaulRadziwillOczywiście generał Wilhelm von Radziwill (1797 – 1870), syn Antoniego. To od niego zaczyna się linia niemieckich Radziwillów.

Oczywiście malarz, przedstawiciel magicznego realizmu, Franz Radziwill (1895-1983), który zresztą też nigdy nie przyznawał się do polskości. Syn garncarza. Byłam wiele lat temu w jego domu w Dangast nad Morzem Północnym. Znakomity artysta. W czasie III Rzeszy członek NSDAP, a mimo to od czasu do czasu zakazywany. Był wykładowcą sztuki w Düsseldorfie, a objął to stanowisko po Paulu Klee, którego wyrzucono z uczelni. Nazywano go „Naziwill”. W roku 1949 został oficjalnie oczyszczony z zarzutów.  To jak – był? Czy nie był? Ale to Niemcy, tu wszystko się tak plącze.

pasek-spdAle oczywiście wiem, że chodzi mi o innego Radziwilla. Współczesnego. Wiem, że nawet poznałam kiedyś pana o tym nazwisku. Ale kto on? Co zacz? I, jakby zapytały kobiety z rodu Slaskich, kto go rodzi? Dopiero gdy wrócę wieczorem do domu, sprawdzę w internecie, że chodzi oczywiście o Clausa Radziwilla, adwokata ze specjalnością: prawo budowlane i architektoniczne. Ülker od 20 lat jest jego żoną. Urodziła się w Turcji w roku 1963,  jako siedmioletnia dziewczynka przyjechała z rodzicami do Berlina, tu zdała maturę, założyła własne biuro podróży, ukończyła studia ekonomiczne i zajęła się polityką. Nie mieszkam na Charlottenburgu, o pani Radziwill nigdy jeszcze nie słyszałam. Tymczasem od roku 2001 jest posłanką SPD do władz Berlina, teraz kandyduje do Bundestagu. Jej tematem głównym są sprawy społeczne, w tym kwestia zbyt drogich mieszkań w centrum miasta. Nie używa tego słowa, ale chodzi jej o gentryfikację. Podoba mi się. I jej polityka, i ona sama.  Miła, uśmiechnięta. Kobieta. Zawsze jakoś mi łatwiej głosować na kobiety. Na stronie internetowej twierdzi, że lubi piec, gotować i tańczyć. Super!

Opowiadam o niej Dorocie, która decyduje, że musimy dla Ülker zorganizować kampanię wyborczą. A to jest tak: Dorota powiedziała, ja zrobiłam. Następnego dnia czyli 11 września idę na spotkanie wyborcze SPD na Wilmersdorfie.

Niestety, jak zwykle, zbyt pospiesznie czytam informację na stronie internetowej i już lecę. Wilmersdorfer Strasse o godzinie 15. Jestem, też jak zwykle, za wcześnie i przyjdzie mi poczekać dwie i pół godziny, bo trzeba było wziąć pod uwagę małe słówko na czerwono – “weiterlesen” czyli poczytaj, to dowiesz się więcej. Jakbym poczytała, to bym wiedziała, że ekipa polityków, w tym i Ülker, pojawią się dopiero o 17. Przez 2,5 godziny robi się coraz zimniej, wręcz lodowato, i zaczyna padać. Łażę po sklepach i kawiarniach, w międzyczasie fotografuję. I fotografuję. I fotografuję. I szlag by to trafił, bo gdy wreszcie mogę sobie zrobić zdjęcie z Ülker, aparat się wyładowuje. Dokładnie w tym momencie. A starsza pani, która mi to wszystko załatwiła, nie umie zrobić zdjęcia komórką.

uelkerCholera, cholera, cholera! Zawsze mi się tak przydarza. Nieudacznica połamana! Ülker podpisuje mi się na książce, młodzi ludzie z biura prasowego SPD też nas fotografują i obiecują przysłać zdjęcie, ale czy przyślą? Stoimy jeszcze chwilę koło siebie, rozmawiamy o Radziwiłłach, Ülker zapewnia jakiegoś przysłuchującego się pana, że mogę, ja!, mogę zaświadczyć, że Radziwiłłowie to wspaniała rodzina polska. Pan twierdzi, że nie wątpi, a ja zaczynam się zastanawiać, czy adwokat Claus Radziwill mówi po polsku. Ale już nie mam jak zapytać, Ülker i reszta ważnych osobistości, wraz z szefem frakcji i burmistrzem Berlina lecą pod parasolami na scenę. Będą obiecywać. Klaus Wowereit mógłby obiecać, że zakończy budowę lotniska, ale kto go tam będzie słuchał. Ülker będzie stawiała czoła gentryfikatorom. Daj jej Boże.
A wy, jeśli mieszkacie w dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf, koniecznie ją wybierzcie. Koniecznie!

Dobrze Wam radzę

Ewa Maria Slaska

PS. Isabel Herrmann i Elisa Rabe z biura prasowego Ülker przysłały mi (niezależnie od siebie) zdjęcie!

ich-uelker

Ni pies, ni wydra…

okladka3Kolejny nasz tekst o wypadkach marcowych sprzed 45 lat.
Viktoria Korb
jest  “uciekinierką marcową”. Swoje przeżycia z tamtych czasów opisała w książce “Ni pies, ni wydra…” (aktualnie dostępna jako audio book wydany przez studio Lissner, Warszawa  2011), która po niemiecku ukazała się pod tytułem: „…kein polnischer Staatsbürger” (Trafo Verlag 2010). Okładkę do niemieckiego wydania wg projektu autorki wykonała Beata Ochmann, zaprzyjaźniona polska  graficzka z Berlina.

Viktoria pisze o tym: mam nadzieję, że dzięki tej okładce dobrze, moim zdaniem, prezentującej „pomieszanie z poplątaniem”, udało  mi się też oddać atmosferę studenckiej rewolty i polityki w Polsce w roku 1968. Nad Polską krążyły bowiem wówczas duchowo gwiazdy Dawida – żółte i niebieskie, symbole żydostwa i Izraela, przydzielone opozycji studenckiej przez polskie władze wrogie Izraelowi, a obok nich gwiazdy czerwone – sześcio- i  pięcioramienne,  reprezentujące komunistyczną władzę, oraz biało-czerwone dla oznaczenia polskich pseudopatriotów zajmujacych pozycje antysemickie. A wszystkie lecą wokół chwiejącego się Pałacu Kultury, niegdyś imienia Stalina, jednego z symboli komuny, której groził  kompletny rozpad z powodu rewolucji w Czechosłowacji i inwazji Paktu Warszawskiego.
Jednak nie chciałam napisać książki śmiertelnie poważnej, lecz pokazać też atmosferę euforii, typowej dla wspólnych działań „rewolucyjnych” oraz zabawowe życie studenckie, którym wstrząsnął nagle terror bezpieki. Na szczęście polskie media pojęły moje intencje i podczas licznych prezentacji w polskiej telewizji często pytano mnie, jak można spojrzeć na te ponure zdarzenia z takim humorem?
Także prasa z zainteresowaniem zaareagowała na moją książkę, stawiajac pod znakiem zapytania standardowe opinie o klasycznym polskim antysemityzmie. Tymczasem media niemieckie ledwie raczyły zwrócić uwagę na niemiecką wersję powieści, a jeżeli, to ciekawiła ona głównie młodych. Trochę rozumiem jednak dystans starszych, bo Niemcom nie wypada krytykować antysemickich wyskoków w Polsce – sami mają gorsze na sumieniu!
Jednak nie powinni przesadzać. Najdziwniej zachował się popularny tygodnik „Stern”,  bo pięć lat temu, w 40 rocznicę Marca, opublikował w obszernej serii „Wie eine Generation die Welt veränderte” (Jak pewne pokolenie zmieniło świat)  artykuly o rozruchach dookoła świata, łącznie z imprezami hippisów w USA, a o Polsce nie bylo nawet wzmianki! Oczywiście czołgi w CSRR są bardziej kuszące medialnie, i słusznie, ale tańczące golasy niekoniecznie są ważniejsze od antysemickiej kampanii, która niemal zakończyła żydowskie życie w Polsce. Jak podkreślił sam „Stern”, w Niemczech chodziło głównie o seks i rock and rolla.
A oto fragment z mej książki, dokumentujący polski luz nawet w koszmarnych momentach:
„Zapukałam i weszłam do pokoju rzecznika z kołaczącym sercem. Dość młody, nieznany mi pracownik naukowy, (…)  wskazał na krzesło po przeciwnej stronie biurka i wyciągnął z szuflady jakiś papier, jak się domyśliłam, list z MSW.
Zagłębił się w lekturze, po czym zapytał z powagą w głosie:
– Przygotowuje się postępowanie dyscyplinarne przeciwko pani. Co pani zrobiła? Czy nawoływała pani do wieców na SGPiS–ie? Organizowała je pani?
– Nikt nie organizował wieców, były  spontanicznie..
– Hm – mruknął profesor. – Ale brała pani udział w wiecach? Jest pani elementem wichrzycielskim?
– Brałam udział w wiecach jak prawie wszyscy studenci. Nie jestem żadnym elementem, naturalnym czy innym, jestem skromną jednostką ludzką.
– Czy zabierała pani głos, wzywała pani studentów do wyjścia na ulicę?
– Nigdy nie zabierałam głosu na wiecach, nie mogłam więc do niczego nawoływać.
– Ale tu pisze, że jest pani wichrzycielem.
Zapadła długa chwila milczenia. Zastanawiałam się właśnie, jak odeprzeć ten ciężki zarzut, gdy rzecznik dodał:
– Pisze tu też, że wyrażała się pani z przekąsem o polityce partii i rządu.
Spojrzeliśmy sobie długo i niepewnie w oczy, po czym nagle ciałem profesora zaczął wstrząsać konwulsyjny śmiech. Delektując się swymi słowami i bijąc się z zachwytu po udach powtarzał raz za razem:
– Wyrażała się z przekąsem… Wyrażała się z przekąsem… ha ha ha!
Jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Zaskoczona w końcu nie wytrzymałam i też zaczęłam chichotać. Śmialiśmy się razem, aż rzecznik zakończył orgię parskania słowami:
– Dziękuję, do widzenia, przesłuchanie jest skończone.
– A co będzie dalej? – zapytałam niepewnie.
– Zakomunikuję swą opinię komisji dyscyplinarnej i decyzja zostanie wywieszona na dziekanacie.”
Niestety ten humorystyczny element mnie nie uratowal, bo wprawdzie dyscyplinarkę mi umorzono, ale jednocześnie zaczęła się seria prześladowań naszej rodziny, która zmusiła nas do emigracji.

Pączki a sprawa polska

Ewa Maria Slaska

Wprawki opozycyjne

Wyrastałam w Gdańsku w rodzinie, która za czasów mojego dzieciństwa i czasów szkolnych była bardzo powściągliwa w wypowiedziach na temat polityki. Pamiętam czołgi na ulicy w roku 1956, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tam były. Poszłam właśnie do szkoły i czołgi były zaraz potem. Pamiętam nazwę “Zatoka Świń” i strach, że zaraz wybuchnie wojna, choć też nie wiedziałam dlaczego. Pamiętam jak moja cioteczna babka Karusia podczas spaceru z koleżanką przyciszonym głosem rozmawiały o “październiku”. W roku 1963 poszłam do liceum, umarła Karusia i zastrzelono Kennedy’ego. Te trzy fakty przeniosły mnie z kraju dzieciństwa, w którym wojska przemieszczały się tylko w tle – historycznym, geograficznym i rodzinnym – do kraju dorosłych, gdzie każdy wiedział, co to jest Katyń i musiał być gotowy, żeby z butelkami benzyny, torbą sanitariuszki i ulotkami za pazuchą pójść na czołgi, które z pozycji w tle przeniosły się na pozycję “taka będzie twoja przyszłość”.
Gdy skończyłam szkołę i poszłam na studia, zdarzył się Marzec. Przyjechałam do Poznania i trafiłam do świata eleganckich pań poznańskich (to parafraza ze Stefana Chwina. W “Hanemannie” napisał o “tych paniach z Dolnej Saksonii”). W niedzielę szło się do kościoła i do kawiarni. Dystyngowane kobiety w czarnych sukniach z broszką pod szyją wspierały się na mahoniowych laskach, zakończonych srebrną głową orła. W mieszkaniach stały meble z okresu Regencji, biedermajerowskie kanapy, na ścianach wisiały szable, ryngrafy, kilimy i portrety. Były ciasteczka na podwieczorek, porcelana, srebra, ale też kolacje, że do picia była tylko wódka, a do jedzenia wędliny. I te rozmowy, zawsze o polityce. Zawsze.

Jeden ze znajomych rodzinnych, dobrze starszy już pan, miał na imię Restytut.  Nazwano go tak w nadziei na to, a urodził się w roku 1911, że Polska odzyska niepodległość i to imię naznaczyło go na całe życie.

Restytut stał się później słynnym działaczem podziemia, Solidarności, znowu podziemia. Ale w latach 70 jego aktywność, przynajmniej my to tak odbieraliśmy, była jeszcze dość skromna.  Czy dobrze pamiętam, że mówiło się o nim Tuńcio? Bo jak nie Tuńcio to jakoś tak podobnie. Mężowie owych poznańskich pań mieli piękne imiona, ale mówiło się o nich Ciś, Siaś, Taś lub Kocio. Tuńcio, przyjmijmy dla uproszczenia, że jednak Tuńcio, organizował w domach u tych poznańskich pań spotkania polityczne. Do pań nie było się łatwo dostać, ale kiedyś zaprosiły i nas, następne pokolenie. A to dlatego że do Poznania miał przyjechać Leszek Moczulski, a to była postać, z którą musieliśmy się spotkać.
Był rok 1974 lub 1975. Nie pamiętam, ale w 1976 roku byłam już z powrotem w Gdańsku, a gdy karmiłam dziecko piersią, Wolna Europa donosiła o Radomiu.
Na razie jednak wciąż jestem w Poznaniu i przyjeżdża Moczulski. W mieście aż huczy. Spotkanie odbędzie się u tej z pań, która ma największe mieszkanie. Trzeba się elegancko ubrać, wkładam czarną spódnicę i bluzkę z resztki materiału, który kupiłam w Londynie na przecenie, a którym w Polsce od kilku lat “zadaję szyku”. Idziemy, a jest to dobrze znana z konspiracji procedura – wyznaczono różne trasy i sposoby dojścia, a i datę wybrano tak, by większe zgromadzenie nie wzbudziło podejrzenia.
Jest Tłusty Czwartek. Wchodzimy, przyciszone głosy, przyciemnione światło, przypudrowane policzki pań i bluzeczki z koronkowymi kołnierzykami. Siadamy. Na stole biała kiełbasa, wódka, kawa zalewajka i pączki. Wszystko razem. Tak jest w Poznaniu. Mięsne i słodkie na jednym stole. Jestem z Gdańska. U nas nigdy nie postawiłoby się mięsnego i słodkiego razem. Ale za to u nas goście palili i popielniczki stały obok bigosu, a w Poznaniu u pań się nie paliło. Zawsze jedna z nich miała astmę.
Tłum ludzi. Czekamy. Przyciszone rozmowy. Wreszcie pojawia się Tuńcio. Szepce coś z panią domu, po czym wychodzą oboje z pokoju.
Jemy pączki. Zresztą co ja mam jeść, skoro w ogóle nie lubię mięsa, a już białej kiełbasy szczególnie – z przyczyn estetycznych. Jest taka szara i blada, jakby było jej słabo, ale to mnie jest słabo.
Tuńcio wraca zaaferowany, niesie magnetofon kasetowy, długo ustawia go na stoliku obok kanapy, trzy razy sprawdza…
Wreszcie jakby zauważa, że jesteśmy, chrząka, wita i mówi, że Moczulskiego zatrzymały sprawy nie cierpiące zwłoki, może to zresztą była po prostu milicja, ale nie trzeba się martwić, mamy bowiem kasetę z nagraniem wystąpienia pana Leszka, a to jest tak samo, jakby i osobiście był z nami.
I Tuńcio z namaszczeniem puszcza kaseciaka. Głos prelegenta lekko chrypi, magnetofon lekko skrzypi. W pokoju nabożna cisza. Czekają nas dwie godziny czczenia magnetofonu. Głos mówi na przemian Polska i Związek Sowiecki.
Jemy pączki.

A to Polska właśnie.
Oczywiście Wyspiański