Poesia – Poesie – Поезія / Bella Ciao

Goran Bregović śpiewa Bella Ciao upominając się o prawa Cyganów (i niech mnie arcybiskup Michalik wyklnie za używanie słowa Cygan!). Artysta w informacji napisał, że to jego słowa i jego muzyka.

Bardzo lubię Bregovića i jestem bardzo “za” w kwestii cygańskiej, ale Bella Ciao to stara włoska piosenka, śpiewana już w latach 20 przez robotnice, zbierające owoce, które skarżą się na szefa i okropne warunki pracy.

W czasie wojny śpiewali ją partyzanci i oryginalny tekst z tego czasu, już przerobiony na pieśń bojową, brzmi tak:

Una mattina mi sono svegliato,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Una mattina mi sono svegliato,
e ho trovato l’invasor.O partigiano, portami via,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
O partigiano, portami via,
ché mi sento di morir.E se io muoio da partigiano,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E se io muoio da partigiano,
tu mi devi seppellir.E seppellire lassù in montagna,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E seppellire lassù in montagna,
sotto l’ombra di un bel fior.Tutte le genti che passeranno,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Tutte le genti che passeranno,
Mi diranno «Che bel fior!»
«È questo il fiore del partigiano»,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
«È questo il fiore del partigiano, morto per la libertà!»
 Eines Morgens bin ich erwacht
(An diesem Morgen bin ich aufgestanden)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Eines Morgens bin ich erwacht
Und fand den Eindringling vor.Oh Partisan, bring mich fort
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Oh Partisan, bring mich fort
Denn ich fürchte bald zu sterbenUnd falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Dann musst du mich begrabenBegrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Begrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Unter dem Schatten einer schönen BlumeUnd die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Werden mir sagen: „Welch schöne Blume!“
(Und sie werden sagen: „Welch schöne Blume!“)Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Der für die Freiheit starb

Ciekawe, że tekst niemiecki jest prawie dwa razy dłuższy niż włoski. Z dzieciństwa pamiętam, że śpiewaliśmy tę piosenkę na koloniach letnich jako bardzo niewinną historyjkę zbieraniu kwiatów dla mamy. Potem, w miarę jak dorastaliśmy, okazywało się, że jednak “dam ojczyźnie ogromny bukiet, a z nim serce moje dam”.  Refren brzmiał “Bella Ciau” a właściwie nawet “Bella ciał”.

Polska Wikipedia podaje oficjalne tłumaczenie wersji oryginalnej, ale nie potrafię się z nim utożsamić. Dla mnie to jednak piosenka o tym, że poszedłem w góry o świcie i nazbierałem bukiet kwiatów. Ale proszę bardzo, jak ktoś chce, to tłumaczenie jest TU.

Z biegiem czasu ta włoska piosenka ludowa stała się jedną z najsłynniejszych bojowych pieśni antyfaszystowskich, aby jeszcze po kilkudziesięciu latach stać się po prostu wyrazem protestu –  tu Bella Ciao w dziewięciu językach. W tym po chińsku, arabsku i turecku.

A na zakończenie tekst przerobiony na ukraiński i opublikowany na you tubie w grudniu 2013 roku:

Всі кажемо Віті ЧАО (Wszyscy mówimy odejdź Witia)

Прощай, гаранте, Не повертайся!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
І Межигір’я, і Сухолуччя
Музеєм стане завтра все.

Жорстокий беркут, Суди продажні…
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Ні прокурори, ні Вовка Путін,
Не захистять вони тебе!

Вставай Країно! Прокиньтесь люди!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Всім на Майдани виходить треба
Проти свавілля влади стать.

Нам буде важко, Ми всі це знаєм.
А батя чао, батя чао, Батя чао-чао-чао!
Та за свободу рідного краю
Боротись будем до кінця!

***

A tu wersja z Omanu, którą wstawiłam do tego wpisu 27 października 2022 roku, czyli prawie 10 lat później.

https://www.facebook.com/664672729/videos/10156758445437730/

Minne – Poesie – Poezja / Oswald von Wolkenstein

Oswald_von_Wolkenstein_2Er war der letzte Minnesänger. Geboren halbblind um 1377 in Südtirol, gestorben 1445 in Meran. Er dichtete selbst und komponierte Musik zu seinem Werke, war aber auch ein ein Politiker von mehr als nur regionaler Bedeutung und Diplomat in Diensten des deutschen Kaisers Sigismund I. Als er starb, starb die ganze Epoche der Troubaduren und fahrenden Ritter mit. Er führte interessantes Leben, voller Abenteuer, bereiste die ganze damals bekannte Welt, sang darüber und ließ in zwei Prachthandschriften diese Lieder verewigen. Der Portrait nebenan ist dem Liederhandschrift B entnommen. In den beiden Prachthandschriften sowie in vereinzelten Nebenüberlieferungen sind insgesamt 134 Texte überliefert. Er kannte mehrere Sprachen, darunter auch Polnisch und … Wendisch.

Durch Barbarei, Arabia,
durch Hermani in Persia,
durch Tartari in Suria,
durch Romani in Türggia,
Ibernia,
der sprüng han ich vergessen.
Durch Reussen, Preussen, Eiffenlant,
gen Litto, Liffen, übern strant,
gen Tennmarckh, Sweden, in Prabant,
durch Flandern, Franckreich, Engelant
und Schottenland
hab ich lang nicht gemessen,
Durch Arragon, Kastilie,
Granaten und Afferen,
auss Portugal, Ispanie
bis gen dem vinstern steren,
von Profenz gen Marsilie.
In Races vor Saleren,
daselbs belaib ich an der e,
mein ellend da zu meren
vast ungeren.
Auff ainem runden kofel smal,
mit dickem wald umbfangen,
vil hoher berg und tieffe tal,
stain, stauden, stöck, snee stangen,
der sich ich teglich ane zal.
noch aines tüt mich pangen,
das mir der klainen kindlin schal
mein oren dick bedrangen,
hand durchgangen.
Przez Berberię i Arabię
przez Armenię i Persję
kraj Tatarów i Syrię
i Bizancjum i Turcję
i Gruzję
a obym nie zapomniał
o Ruskich, Pruskich i Inflantach,
o Litwie i Łotwie, i Kurlandach,
o Danii, Szwecji i Brabancji
Flandrii, Francji i o Anglii
i też o Szkocji
choć mnie tam dawno nie było,
przez Aragonię i Kastylię,
Maurów Granadę i Nawarrę,
przez Portugalie i Ispanię
aż do Finisterre,
a z Prowansji do Marsylii
aż w końcu dom,
gdzie Dolomity
i gdzie mnie małżeństwo trzyma,
me utrapienie pomnażając,
bom tu niechętnie,
na ciasnym szczycie,
ciemnym lasem otoczony,
co dzień do syta widzę
góry wysokie i doliny niskie,
gdzie głaz, krzew, pień i śnieg
się mnożą
a jeszcze mnie męczą
dziatek krzyki,
uszy mi dręczą
i kłują.
tłum. Ewa Maria Slaska

http://de.wikipedia.org/wiki/Oswald_von_Wolkenstein. Lied gesungen von Andreas Scholl / śpiewa Andreas Scholl


Für diejenigen die des mittelalterlichen Deutsch nicht mächtig sind, noch eine Übersetzung ins Neutdeutsch von Wernfried Hofmeister (2011) – leider ziemlich humorlos:

Durch das Berberland, Arabien, / durch Armenien nach Persien, / durch Tartarenland nach Syrien/ über Byzanz ins Türkenland,/ dann Georgien: / diese “Sprünge” habe ich verlernt. / Durch Russland, Preußen, Estland,/ nach Litauen, Livland über die Nehrung / Richtung Dänemark, Schweden nach Brabant, / durch Flandern, Frankreich, England/ und Schottland / bin ich lange nicht mehr gezogen;/ durch Aragonien, Kastilien, / Granada und Navarra, / von Portugal, Léon-Galizien / bis zum Kap Finistere,/ von der Provence nach Marseille./ In Ratzes am Schlern, / hier hält es mich im Ehestand, / was meinem Jammer / sehr unwillkommen / auf einem runden, schmalen Kofel anwachsen lässt, / umgeschlossen von dichten Wald. / Tagtäglich sehe ich unzählig viele / hohe Berge und tiefe Täler, / Steine, Stauden, Baumstümpfe und Schneestangen. / Noch etwas bedrückt mich, / nämlich dass der Lärm der kleinen Kinder / heftig an meine Ohren brandet, / sie durchbohrt.

Był ostatnim trubadurem niemieckim. Urodził się półślepy w roku 1377 w Tyrolu, umarł w roku 1445 w Meranie. Tworzył poezję i komponował do niej muzykę.  Był też czynnym uczesnikiem ważnych zdarzeń politycznych swojej epoki i dyplomatą w służbie cesarza niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego. Gdy umarł, odeszła wraz z nim cała epoka średniowiecznych mistreli i błędnych rycerzy. Prowadził ciekawe, pełne przygód życie, zjeździł niemal cały ówcześnie znany świat, opisał swoje przygody w pieśniach i zlecił uwiecznienie ich w dwóch wspaniałych rękopisach, które się do dziś zachowały. Portret powyżej pochodzi z rękopisu B.  Był jeszcze rękopis A, inaczej acz równie bogato ilustrowany. Z obu rękopisów i innych rozproszonych źródeł znamy 134 pieśni Oswalda o życiu, przygodach, miłości i polityce. Znał wiele języków, w tym polski i… wendyjski.

PS. Nie znalazłam tłumaczenia pieśni Oswalda na polski (żadnych tłumaczeń nie znalazłam), przetłumaczyłam ją więc sama, jak umiałam najlepiej.

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Poesie / August von Platen

Weihnachten bei Avantgardisten. 1914

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. 

In der Ausgabe vom Dezember 1914 finden wir unter anderem das Gedicht Christnacht von August von Platen (1796 – 1835),  der in Polen von allen wegen seiner Polenlieder sehr bekannt ist.

1914-3
1914-4
Christnacht

Der Engel der Verkündigung:

Seraphimsche Heere,
Schwingt das Goldgefieder
Gott dem Herrn zur Ehre,
Schwebt vom Himmelsthrone
Durchs Gewölk hernieder,
Süße Wiegenlieder
Singt dem Menschensohne!

Ein Hirte:

Was seh’ ich? Umgaukelt mich Schwindel und Traum?
Ein leuchtender Saum
Durchwebt den azurnen, ewigen Raum,
Es schreiten die Sterne des Himmels entlang,
Mit leisem Gesang,
Der seligen Scharen musikalischer Gang.

Chor der Hirten:

Die Engel schweben singend
Und spielend durch die Lüfte,
Und spenden süße Düfte,
Die Lilienstäbe schwingend.

Chor der Seraphim:

Wohlauf, ihr Hirtenknaben,
Es gilt dem Herrn zu dienen,
Es ist ein Stern erschienen,
Ob aller Welt erhaben.

Chor der Hirten:

Wie aus des Himmels Toren
Sie tief herab sich neigen!

Chor der Seraphim:

Lasst Eigentriebe schweigen,
Die Liebe ward geboren!

Der Engel der Verkündigung:

Fromme Glut entfache
Jedes Herz gelind,
Eilt nach jenem Dache,
Betet an das Kind!

Jener heißerflehte
Hort der Menschen lebt,
Der euch im Gebete
Lange vorgeschwebt.

Traun! Die Macht des Bösen
Sinkt nun fort und fort,
Jener wird erlösen
Durch das Eine Wort.

Chor der Hirten:

Preis dem Geborenen
Bringen wir dar,
Preis der erkorenen
Gläubigen Schar.

Engel mit Lilien
Stehn im Azur,
Fromme Vigilien
Singt die Natur.

Der den kristallenen
Himmel vergaß,
Bringt zu Gefallenen
Ewiges Maß!

Der Engel der Verkündigung:

Schon les’ ich in den Weiten
Des künft’gen Tages bang,
Ich höre Völker schreiten,
Sie atmen Untergang.

Es naht der müden Erde
Ein frischer Morgen sich,
Auf dieses Kindes “Werde”
Erblüht sie jugendlich.

Chor der Seraphim:

Vergesst der Schmerzen jeden,
Vergesst den tiefen Fall,
Und lebt mit uns im Eden,
Und lebt mit uns im All!

Poezja/ Ryszard Krynicki

wolanie-o-pomoc-klein

Ten przepisany na Mamy maszynie tekst znalazłam przeszukując jej papiery. Chodzę po domu i mruczę pod nosem, wołanie o pomoc, Kamiński, wołanie o pomoc… Wiem, że znam, wiem, że była taka piosenka i śpiewał ją mężczyzna. Niemen? Nie! Wodecki? Och, nie? Kto, kto śpiewał “Wołanie pomoc”? Gdyby to było 20 lat temu, ta kartka Mamy wpędziłaby mnie do grobu. Teraz, gdy już wiem, że nie wiem, pytam w internecie. I oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972 (obecnie do dostania w komplecie 40 CD pt. “Świecie Nasz”).

Może odnajdziesz w wyludnionym domu
bukiecik włosów na zciętej pościeli
i białą jabłoń kwitnącego szronu
Może usłyszysz wołanie o pomoc
Może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne piękno żelaznego świata
Oświecać będzie naszych snów podziemia
Ziemia zapłonie jak zamierzchła lampa
I nasze ciała będzie w tła przemieniać
Może usłyszysz wołanie o pomoc

Łagodne piękno współczesnego świata
Oświecać będzie nasze jasne czoła
do starej Ziemi wciąż będziemy wracać
jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
może usłyszysz wołanie o pomoc

O, kruche światło przemiennego świata
O, Ziemio nasze wspólne ciężkie serce
Jeżeli nawet zabłądzimy w gwiazdach
Jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
Może usłyszysz wołanie o pomoc

W sieci ten tekst jest nieco inny i ma dodatkową zwrotkę na końcu:

I w dobijaniu śmiertelnie raniony
do gwiazd do których żywi nie słyszeli
i w ocaleniu kruchej łzy z ogromu
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, przepisała ten tekst w dwa lata po ukazaniu się płyty, podejrzewam zresztą, że go nie tyle przepisała, co spisała, stąd błędy.  W tekście też są jakieś nieporozumienia. Co to na przykład jest ta zcięta pościel? Może zmięta? I w co się przemienią nasze ciała? W tła? Szukałam w internecie oryginału wiersza, szukałam też tłumaczeń na inne języki. Nie znalazłam. Jakby ktoś miał… Po bibliotekach szukam w tomikach wiersza Krynickiego, oryginału. Też nie znajduję. Tekst-widmo. Diabeł ogonem nakrył. A może autor widmo? Może to wcale nie Krynicki tylko rzeczywiście Kamiński? Nieprawdopodobne, ale… Więc też szukam. I w końcu znajduję.

Piszę maila do Ryszarda Krynickiego, ale piszę też do Ryszarda Kamińskiego. Proszę o oryginalny tekst wiersza. Za Kamińskiego, dziennikarza “Wprost”, odpowiada pani, która pisze, że przestał pracować w redakcji ponad 10 lat temu. Krynicki nie odpowiada.

majewskiogrechucie

Rozmyślam o tym, dlaczego Mama przepisała ten wiersz? Odpowiedzi na wszystkie pytania udziela mi niestrudzona poszukiwaczka, bibliotekarka i archiwistka, Annekathrin Genst, która odkryła, że wiersz (rzeczywiście autorstwa Krynickiego) został napisany jako piosenka dla Grechuty i dlatego nie został włączony do żadnego tomu. Pisze o tym Wojciech Majewski w biografii Grechuty (Społeczny Instytut Wydawniczy “Znak”, 2006). To wyjaśnia oczywiście również, dlaczego trzeba było wiersz przepisać. Po prostu trzeba było… A nazwisko Kamiński? Krynicki nie był wówczas na indeksie czyli liście autorów zakazanych – sprawdzam, ale takie to tam sprawdzanie w internecie – nie ma go w instrukcji PRL-owskiej cenzury z listopada 1977 roku. Z kolei Mama wcale nie musiała tego wiedzieć. Krynicki był uważany za poetę opozycyjnego, a piosenka “Może usłyszysz wołanie o pomoc” była rodzajem manifestu udręczonych. Trzeba się było kamuflować. Zacierać ślady, jak mówiła Mama.

PS. 10 grudnia, w dniu gdy przygotowywałam ten wpis, była rocznica urodzin Grechuty (10.12.1945).

Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Starość jest wszędzie

Łucja Fice pracuje jako opiekunka ludzi starych i chorych. W Anglii i w Niemczech. Dotychczas publikowałam tu jej wspomnienia i refleksje niemieckie. Dziś – Anglia. Zaczniemy jednak od wierszy napisanych “na saksach” w Saksonii kilka lat temu. Zbliżają się święta, tak jak teraz. Albo już przed chwilą minęły.

SPACER NA EMIGRACJI
xxx
Wspomnienia na smyczy
Leciwa zima
Na twardych grudach zgnuśniałe liście
O tej porze nie mam cienia
Nie istnieję
xxx
Domki blisko siebie
Jakby bały się prześwitów i odstępów
W oknach za szybą jemioły
xxx
Przyjedź do mnie niebieskim tramwajem
Przywieź gesty słowa i dotyk
Zabierz ze sobą kolorowy lampion
Dziś żegnałam Stary Rok
Wyprowadziłam go za próg
Był stary, zmęczony
i niczym stropiony Bóg
Odchodził po kroku krok
xxx
A Nowy Rok jak złodziej
wkradł się po cichu
xxxxxxxxxbez przywitań
choć oczekiwany jak narodziny
nowego losu
xxx
1997

wyspastarcowAnglia. Powieść Łucji Fice nazywa się “WYSPA STARCÓW”, jak trafnie.

Wydawnictwo Warszawska Firma Wydawnicza przygotowało krótki opis powieści wydanej w kategorii “obyczajowa”, choć, jak znam życie, Autorka musiała ten tekścik przygotować sama. Wszystko co się da, wydawnictwo spycha na Autora, bo wtedy to jego czas i jego praca, i jego wysiłek intelektualny.  No ale mniejsza…

Gabryśka Mrozińska wie, co to ciężka „praca na livingu”, czyli całodobowa opieka nad ciężko chorymi ludźmi w ich domach. Myje i karmi swoich podopiecznych, towarzyszy im w cierpieniach i znosi ich humory. Jednak rzadko może liczyć na słowo „dziękuję”, zresztą na porządne pieniądze też. Nie brakuje jej natomiast upokorzeń i rozczarowań. Jeśli serial „Londyńczycy” był portretem młodego pokolenia zaradnej emigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii, to „Wyspa Starców” jest kroniką niewesołych przypadków pięćdziesięcioletniej Polki pracującej nad Tamizą. Mimo wszystko Gabrysia nie poddaje się. Jak mantrę powtarza fraszkę Jana Sztaudyngera: „Wszystko marność i koszmarność, lecz czuję z tym solidarność”.

„Wyspa Starców” to powieść oparta na osobistych przeżyciach autorki, która wyemigrowała z Polski i podjęła pracę opiekunki starszych osób.

Powieść, jak wszystkie zresztą książki Łucji, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Autorka udzieliła wywiadu gazecie “Echo Gorzowa”, który przeczytać można TU. Bardzo interesujący. Na zakończenie rozmowy Łucja mówi:

Moje powieści to krzyk dojrzałej kobiety: Polki, matki, żony, która chciałaby pracować w swoim kraju i w swoim mieście. Bardzo bym sobie życzyła, żeby tę powieść o Polkach na emigracji przeczytali politycy i ci wszyscy, którzy mają wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie chcemy rozbijać rodzin, osieracać dzieci i przyzwyczajać się do innej kultury. Nie chcemy udawać, że jesteśmy Angielkami, Walijkami, Niemkami, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy być Polkami, możemy być na obczyźnie zaakceptowane. Niech wyjeżdżają młodzi, bo to dla nich świat otworem stoi. A my, wszyscy starsi, powinniśmy jeździć poza granice kraju tylko na wycieczki.

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Ktokolwiek będziesz

Roman Brodowski

W Nowogródku

Pogoda tego poranka zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Bezchmurne niebo, lekko szczypiący mróz oraz odbijające się na śniegu poranne promienie słońca, to bardzo dobre warunki na podróż, zwłaszcza autem.

– Sprawdźcie panowie, czy zabraliście wszystkie potrzebne wam rzeczy, bo wracać z powrotem nie będziemy – przestrzegł nas Kazimierz, zeskrobując z szyb warstwę twardego lodu.

Popatrzyłem do torby. To, co przygotowałem na ten wyjątkowy dla mnie dzień, leżało systematycznie poukładane na jej dnie. Świeżo wyprasowana koszula, pachnąca proszkiem do prania wisiała na wieszaku, a ja, przejęty jak podczas pierwszej randki, usadowiłem się wygodnie na przednim siedzeniu. Nic dziwnego, że się trochę boję, przecież dzisiaj spełnia się moje ciche, wieloletnie marzenie, jakim było zobaczenie na własne oczy miejsca związanego z Adamem Mickiewiczem. Mało tego że będę gościł w domu rodzinnym wieszcza, to dane jest mi jeszcze (polskiemu romantykowi), zaprezentować mój skromny dorobek literacki rodakom mieszkającym w Nowogródku.
Stefan jeszcze raz dokładnie obejrzał swój warsztat pracy, czyli sprzęt fotograficzny, a następnie doprowadziwszy do ładu to, co stanowiło dla niego od wielu już lat największy skarb – długi, spływający artystycznym bałaganem po plecach posiwiały warkocz, usiadł tuż za mną.
– Możemy ruszać? – zapytał Kazimierz, wkładając skostniałą od mrozu dłonią, kluczyk do stacyjki.
– Oczywiście – odpowiedzieliśmy niemalże jednocześnie.

Jechaliśmy powoli sennymi jeszcze o tej porze ulicami zimowego Grodna, rozglądając się na boki. Miasto z perspektywy jadącego samochodu wygląda o wiele ciekawiej.
Płynący leniwie wąwozem Niemen, unosił na grzbiecie kawałki przezroczystej kry, a ponad nim szybowały po bezkresie rozkrzyczane stada mew, w poszukiwaniu jakiejś nieostrożnej ryby na śniadanie. Mijaliśmy po kolei najpiękniejsze budowle miasta – Kościół Farny, do którego spieszyli właśnie ludzie na codzienną poranną modlitwę, prawosławny Sobór Pokrowski z przepiękną dzwonnicą na dziedzińcu, zabytkowy drewniany domek Elizy Orzeszkowej skąpany w błękicie, interesujący architektonicznie budynek Teatru Dramatycznego, przypominający koronę Piastów.

Na wzniesieniu górującym nad miastem widniały, niby para kochanków, mury starego i nowego zamków, przeglądające się w lustrze rzeki. Nowy zamek jest tym miejscem, w którym zakończył się ostatni akt najbardziej dramatycznej „sztuki“ z udziałem polskiego narodu, jaką był wieloletni proces rozbioru naszej ojczyzny. To tu właśnie, miesiąc po podpisaniu przez zaborców traktatu rozbiorowego, dwudziestego piątego listopada 1795 roku, nasz ostatni król, Stanisław August, abdykował na rzecz carycy Katarzyny, oddając polską koronę oraz królestwo w jej ręce.

– Dzisiaj twój, a jutro mój dzień pracy – powiedział Stefan. – Od rana będę fotografował zabytki i plenery Grodna.
– Jestem za, a nawet przeciw – zażartowałem, parafrazując znaną myśl „dumy naszego narodu“, Lecha Wałęsy. Od jutra ofiaruję ci cały wolny czas. Mogę nawet zatrudnić się w roli tragarza i nosić twój cały majdan. Zaprowadzimy cię z Kazimierzem do takich miejsc w Grodnie, z którymi będzie się ciężko potem rozstać. Odwiedzimy też galerię prowadzoną przez sympatyczną polską dziewczynę, u której oprócz stałej ekspozycji obrazòw, często odbywają się wernisaże oraz wystawy fotograficzne – dodałem.

Po godzinie na horyzoncie ukazały się zalesione, pokryte śniegiem pagórki, przypominające pejzaże bieszczadzkie, tyle, że zamiast dębów, olch i klonów, tu rosną karłowate świerki i białoszare brzozy.

– Zbliżamy się do wyżyny nowogródzkiej – wskazał przed siebie Kazimierz – te wzgórza są najwyższymi wzniesieniami na Białorusi. Im bardziej się do nich zbliżaliśmy, tym bardziej stawały się dla nas tajemnicze, dziewicze i piękne.
Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu , nieopodal porośniętego karłowatą sosną wzniesienia. Usiedliśmy na drewnianych, zbitych z brzozowych pali ławkach. Wokół panowała całkowita cisza. Wydawało się, że oprócz nas nikt inny nie korzystał dzisiaj z tej drogi.
Pięknie tu, pomyślałem, oddychając głęboko świeżym, rześkim powietrzem. Teraz rozumiem, dlaczego z tak nieudawaną miłością i tęsknotą Adam opisywał te miejsca w „Panu Tadeuszu“ , to są właśnie te „pagórki leśne… “. Poczułem się tak, jakby jakieś niewidzialne siły przeniosły mnie w tamten miniony świat, świat mickiewiczowskiej zadumy.
– No i jak pan Roman – zapytał nieco żartobliwie Kazimierz. Podoba ci się tu, prawda? Spojrzałem roztargnionym wzrokiem, nie wiedząc, gdzie jestem i co odpowiedzieć.
– Dziękuję za zaproszenie mnie w te okolice – powiedziałem, obejmując go przyjacielskim uściskiem. – Tu naprawdę można naładować pozytywną energię.
– Nie ruszajcie się, zrobię wam zdjęcie na tle tych wzgórz – zawołał do nas Stefan. Odwróciliśmy się w jego kierunku, szczerząc zęby do skierowanego na nas niby strzelba, obiektywu.
– Napijecie się czegoś mocniejszego na rozgrzewkę? – zapytał Kazik, wyjmując z kieszeni oprawną w skórę piersiówkę.
– Ładna – powiedziałem, biorąc do ręki ten piękny, inkrustowany przedmiot. Za poczęstunek dziękuję, ale na razie nie mogę pić akoholu, jestem za bardzo zdenerwowany. Może, jak już będziemy po spotkaniu. Stefan także nie skorzystał z zaproszenia. Od wielu lat nie pije alkoholu i to nie dla tego, że ma „kłopot“, ale dla zasady. Kiedyś postanowił, że będzie abstynentem i jak na razie danego sobie słowa dotrzymuje.

Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, spod rosnącego nieopodal krzewu wyszedł, mały wychłodzony kot.
– Jak on się tu znalazł? – pomyślałem. Pewno biedaczysko zgubiło się na tym odludziu. Kot podszedł do Stefana i wyraźnie zaczął prosić o coś do jedzenia. Stefan podniósł to nieszczęsne stworzenie z ziemi i głaszcząc przytulił je mocno do siebie, jakby osłaniając przed zimnym, dokuczliwym wiatrem.
– Takich jak ten, bezpańskich kotów czy psów na Białorusi są tysiące. Ludzie najpierw biorą zwierzęta do siebie, pobawią się nimi, a potem, kiedy im się
znudzą, wywożą gdzieś daleko od domu, choćby tu, do lasu – skomentował sytuację Kazik.
Nakarmiliśmy zwierzaka i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Nowogródka dotarliśmy około południa. Po wąskich uliczkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy miasta w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Większość z nich dawno już przekroczyła wiek aktywności, dźwigając na przygarbionych plecach historię swych doświadczeń. Panowała tu typowa atmosfera wschodniej zaściankowości. Na górującym nad miastem wzgórzu majaczyły resztki zamkowych murów, przypominające czasy świetności tej pierwszej stolicy wielkiego księstwa litewskiego. Obok usypany przez mieszkańców ku czci wielkiego poety w latach 1924-31 Kopiec Adama Mickiewicza, pokryty białym puchem. Niedaleko, w parku – stylowy szlachecki dworek, cel naszej wizyty, miejsce w którym mały Adaś pod okiem swoich rodziców poznawał świat. To przecież tu powstawały jego pierwsze rymowanki.

roman-mickiewicz1Stanęliśmy obok bramy, oddzielającej park od ulicy, przy płycie z płaskorzeźbą poety. Dotkąłem delikatnie chłodnej marmurowej twarzy, patrzącej od ponad wieku na przepływające obłoki i poczułem dziwne ciepło. – Jestem Mistrzu – szepnąłem do milczącego kamienia, w cichej nadziei, że mnie usłyszy.
– Wejdźmy do środka, tam na nas już czekają – powiedział Kazik. W zadbanym parku stał typowo polski, szlachecki dworek, dziś siedziba muzeum naszego wielkiego narodowego twórcy. Na progu, a właściwie w krużganku przywitał nas kustosz muzeum, wyraźnie zaskoczony naszym przyjazdem.
– Panowie już dzisiaj? – zapytał. – Przecież spotkanie ma się odbyć jutro o siedemnastej – dodał niepewny, szukając potwierdzenia w podręcznym notesie. No tak, z grodzieńskiegpo wydziału kultury otrzymałem wiadomość o spotkaniu państwa z mieszkającymi w Nowogródku Polakami, w dniu jutrzejszym – upewnił się, pokazując Kazimierzowi zapisaną odręcznie informację.
Na twarzy mojego przyjaciela pojawiły się widoczne oznaki zdenerwowania. Wyjął telefon komórkowy, zadzwonił do Grodna. Po dosyć długiej, prowadzonej oczywiście w języku rosyjskim, rozmowie, okazało się, że spotkanie miało się odbyć z okazji dnia urodzin Poety, ale nie 24 grudnia, tylko niejako w wigilię Wigilii czyli dzisiaj. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dyrektor poprosił o dwie godziny czasu na przygotowanie spotkania, my zaś mieliśmy w tym czasie zwiedzić muzeum, a potem przyjść na skromny poczęstunek do jego gabinetu.
Weszliśmy do muzeum. Wszystkie przedmioty z tamtego czasu, meble, obrazy, dywany, nawet stojący na sekretarzyku inkaust, pachniały starością, epoką bardzo odległą, a jednocześnie – dla mnie – bardzo bliską. Zwiedzałem kolejne pomieszczenia, mając wrażenie, jakby ktoś stał za moimi plecami, jakby mnie obserwował, zapraszając do nawiązania kontaktu. Przed oczyma miałem wiersze zapisane gęsim piórem na poblakłych kartkach. Prawie wszystkie znałem, niektóre z nich na pamięć. Nie wiem, jak długo przebywałem myślami w tamtej, mickiewiczowskiej epoce, ale wiem, że przez cały ten czas szukałem w rzeczach, którymi na co dzień się posługiwał, jego geniuszu, i wiem, że go czułem, czułem tego, dla kogo tam byłem – Adama.

Tę dziwną, metafizyczną przygodę z przeszłością zakończyła młoda pracownica muzeum, zapraszając do gabinetu dyrektora. W małym przytulnym pokoiku siedzieli już w wygodnych fotelach, popijając aromatyczną kawę i podjadając ciastka, Kazimierz, Stefan oraz pan dyrektor.
– Jak się pan u nas czuje? – zapytał dyrektor po polsku, z litewskim, a właściwie wileńskim akcentem, zapraszając do suto nakrytego stołu.
– Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem – odpowiedziałem przytłumionym ze wzruszenia głosem.
– To bardzo dobrze, bo za pół godziny spotka się pan z zaproszonymi gośćmi – dodał. Wkrótce udaliśmy się do przestronnego, jasnego salonu na poddaszu. Stało kilka rzędów krzeseł. Na ścianie – kamienna płaskorzeźba z popiersiem Adama oraz nieliczne obrazy. W rogu – stary fortepian z epoki, a na nim w wazonie z porcelany bukiet świeżych kwiatów. No i podłoga – lśniący, pachnący pastą, ułożony w mozaikę parkiet.
Ku mojemu zdziwieniu w sali czekało na nas około dwudziestu osób. Jak na reprezentację prawie dwutysięcznej społeczności polskiej w Nowogródku, to niewiele, ale jak na publiczność zorganizowaną w tak krótkim czasie…, no właśnie. Bo nasuwają się dziesiątki pytań. Skąd oni się tu wzięli, kim są, w jakim języku mam do nich mówić? A jeżeli to Białorusini.

Moje obawy rozwiała młoda, może trzydziestoletnia kobieta, która zapytała po polsku, czy rzeczywiście przyjechałem do nich z Berlina? Okazało się, że prawie wszyscy siedzący na sali są Polakami. To kustosz wysłał swoich pracowników do przedstawicieli mniejszości polskiej, mieszkających w pobliżu muzeum z informacją o zmienionym terminie spotkania.

Stefan fotografował z pasją prawdziwego reportera wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego aparatu, począwszy od eksponatów, a na dziewczęco młodych, uśmiechniętych twarzach, skończywszy. Kazimierz z satysfakcją, że jednak się udało, stał obok naszego gospodarza, czekając na rozpoczęcie spotkania.

Zaczęło się. Gospodarz wyszedł na środek sali, przywitał gości, przedstawił mnie i oddał mi głos. Spojrzałem na publiczność, na kamienne oczy Wieszcza i rozpocząłem, z tremą, to, na co przygotowywałem się przez wiele lat. Opowiedziałem więc słuchaczom o silnej, emocjonalnej więzi łączącej mnie z Mickiewiczem, o tym, że wzrastałem na jego romantycznej poezji, na jego miłości do Ojczyzny, że to były wzory, które kształtowały moją osobowość, a w czasie życia na emigracji łagodziły moje zwątpienia. Opowiedziałem im też o podobieństwach, jakie nas łączyły. O jego wielkiej niespełnionej miłości do Marii, i mojej, również wiecznie platonicznej, wiernej miłości do Marii. Marie były różne, ale miłość podobna, boląca, błądząca w sferze marzeń, wierna. Towarzyszyła nam w smutnych i radosnych chwilach, czasami przeszkadzała , ale zawsze pomagała żyć.
Mówiłem o jego tęsknocie za krajem, za domem rodzinnym, który musiał opuścić,
za przyjaciółmi, którzy pozostali tylko w jego wspomnieniach. Przypomniałem
jego los tułacza, szukającego prawdy na obczyźnie, porównując z moim losem emigranta nie z własnej woli. Przyznałem też, że jednak mnie było o tyle lepiej, że po kilku latach zdjęto ze mnie, jak z tysięcy rodaków, tę banicję. Mogę bez lęku wracać, kiedy chcę i na jak długo chcę, do wolnego rodzinnego gniazda, czego niestety nie było dane doczekać Adamowi.
Po tym pełnym zwierzeń początku przeczytałem, niejako zwracając się do ducha poety, wiersz, napisany na jego cześć, wiersz, który powstał przed zaledwie kilkoma dniami, napisany na tę właśnie okazję.

„ A kiedy będziesz w Nowogródzkiej ziemi “
– Pamiętasz ? – to twoje Wieszczu są słowa.
No więc jestem, przybyłem Eraty przestrzenią
By poczuć smak epoki, by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości.
Wolność twoim słowem bliźnim rozdawałeś,
I uczyłeś naród swój prawdziwej miłości
Do ojczyzny, do Matki, którą tak kochałeś…

Wznosiłeś modlitwy do pagórkòw leśnych,
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom, jak majowe słońce…

Przeczytałem te linijki, a w sali zapanowała taka cisza, że mogłem usłyszeć swój własny oddech, bicie własnego serca. Przeczytałem jeszcze kilka innych wierszy, związanych z Grodzieńszczyzną, a na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, bajeczki, napisane dla mojej Kasieńki. Kiedy zamilkłem, słuchający dotąd w skupieniu uczestnicy spotkania, nagrodzili mnie gromkimi brawami. Niektórzy podchodzili do mnie, dziękując po polsku za wrażenia, jakich im dostarczyłem, a ja cieszyłem się, że mogłem im podarować marne ziarno ojczyźnianej ziemi – siebie.
Na zakończenie tej pięknej przygody z Adamem wręczyłem dyrektorowi muzeum rękopis tego wiersza, wiersza od poety – dla poety.

roman-mickiewicz2Fotos: Stefan Dybowski

Poetry – Poezja – Poesie / Edgar Allan Poe

For Begin of December / Dla godnego uczczenia grudnia

nevermore
Nevermore by Alice Vegrova

Edgar Allan Poe
The Raven

Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore,
While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
‘Tis some visitor, I muttered, tapping at my chamber door-
Only this, and nothing more.

Ah, distinctly I remember it was in the bleak December,
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
Eagerly I wished the morrow;- vainly I had sought to borrow
From my books surcease of sorrow- sorrow for the lost Lenore-
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore-
Nameless here for evermore.

And the silken sad uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me- filled me with fantastic terrors never felt before;
So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating,
‘Tis some visitor entreating entrance at my chamber door-
Some late visitor entreating entrance at my chamber door;-
This it is, and nothing more.

Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
Sir, said I, or Madam, truly your forgiveness I implore;
But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you- here I opened wide the door;-
Darkness there, and nothing more.

Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortals ever dared to dream before;
But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
And the only word there spoken was the whispered word, Lenore!
This I whispered, and an echo murmured back the word, Lenore!-
Merely this, and nothing more.

Back into the chamber turning, all my soul within me burning,
Soon again I heard a tapping somewhat louder than before.
Surely, said I, surely that is something at my window lattice:
Let me see, then, what thereat is, and this mystery explore-
Let my heart be still a moment and this mystery explore;-
‘Tis the wind and nothing more.

Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately raven of the saintly days of yore;
Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he;
But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door-
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door-
Perched, and sat, and nothing more.

Then this ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore.
Though thy crest be shorn and shaven, thou, I said, art sure no craven,
Ghastly grim and ancient raven wandering from the Nightly shore-
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning- little relevancy bore;
For we cannot help agreeing that no living human being
Ever yet was blest with seeing bird above his chamber door-
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
With such name as Nevermore.

But the raven, sitting lonely on the placid bust, spoke only
That one word, as if his soul in that one word he did outpour.
Nothing further then he uttered- not a feather then he fluttered-
Till I scarcely more than muttered, other friends have flown before-
On the morrow he will leave me, as my hopes have flown before.
Then the bird said, Nevermore.

Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
Doubtless, said I, what it utters is its only stock and store,
Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
Followed fast and followed faster till his songs one burden bore-
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
Of ‘Never- nevermore’.

But the Raven still beguiling all my fancy into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird, and bust and door;
Then upon the velvet sinking, I betook myself to linking
Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore-
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt and ominous bird of yore
Meant in croaking Nevermore.

This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
This and more I sat divining, with my head at ease reclining
On the cushion’s velvet lining that the lamplight gloated o’er,
But whose velvet violet lining with the lamplight gloating o’er,
She shall press, ah, nevermore!

Then methought the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose footfalls tinkled on the tufted floor.
Wretch, I cried, thy God hath lent thee- by these angels he hath sent thee
Respite- respite and nepenthe, from thy memories of Lenore!
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Prophet! said I, thing of evil!- prophet still, if bird or devil!-
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted-
On this home by horror haunted- tell me truly, I implore-
Is there- is there balm in Gilead?- tell me- tell me, I implore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Prophet! said I, thing of evil- prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us- by that God we both adore-
Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore-
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.
Quoth the Raven, Nevermore.

Be that word our sign in parting, bird or fiend, I shrieked, upstarting-
Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
Leave no black plume as a token of that lie thy soul hath spoken!
Leave my loneliness unbroken!- quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!
Quoth the Raven, Nevermore.

And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming,
And the lamplight o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted- nevermore!

Kruk
tłumaczenie: Zenon Przesmycki

Raz w północnej, głuchej dobie, gdym znużony siedział sobie
Nad księgami dawnej wiedzy, którą wieków pokrył kurz –
Gdym się drzemiąc chylił na nie, usłyszałem niespodzianie
Lekkie, ciche kołatanie, jakby u drzwi moich tuż.
“To gość jakiś – wyszeptałem. – Puka snadź przy drzwiach mych tuż.
Nic innego chyba już”.

Ach – pamiętam, jakby wczoraj – była przykra grudnia pora,
Głownie mrąc to cień rzucały, to blask jakichś krwawych zórz.
Tęsknom czekał, by świat biały błysł, bo księgi nie sprawiały
Ulgi w mej boleści stałej, odkąd znikł mój anioł stróż,
Dziewczę słodkie, które zwie Lenorą anioł stróż…
Tu bez nazwy ona już!

Strach zdejmował mnie nieznany, pełny grozy niezbadanej,
Kiedy u drzwi zaszeleścił purpurowy kotar plusz:
By ukoić serca trwogę, rzekłem sobie: “Pojąć mogę:
To podróżny – zgubił drogę – zbłąkał się wśród śnieżnych wzgórz…
W drzwi me puka, Zabłądziwszy pośród białych śnieżnych wzgórz…
Tak – nikt inny chyba już!”

Więc nabrawszy męstwa wstałem, z ugrzecznieniem mówiąc całem:
“Panie albo pani, błagam, nie obrażaj się ni chmurz,
Bo zasnąłem ze zmęczenia, a twe lekkie uderzenia
W drzwi mojego tu schronienia nie zbudziły mnie. Więc cóż
W tym dziwnego, żem nie słyszał?” Tu otwarłem drzwi – i cóż?
Ciemność w krąg – nic więcej już.

Patrząc w mrok ten na wsze strony, stałem trwożny i zdumiony,
Rojąc mary, jakich dotąd głąb nie znała ludzkich dusz.
Lecz milczenie głuche trwało, ciszy nic nie przerywało,
Tylko lekki szept nieśmiało drgnął: – “Lenora?” – gdzieś tuż, tuż.
Tom ja szepnął – i: “Lenora!” – wyszeptało echo tuż.
Tylko to, nic więcej już.

Powróciwszy do pokoju, w niesłychanym już rozstroju,
Posłyszałem znów stukanie, jakby gdzieś przy ścianie wzdłuż.
“Pewnie – rzekłem – coś kołacze w okno: wiatry snadź tułacze?
Zaraz, co to jest, zobaczę, nie bij, serce, ni się trwóż –
Wnet wyjaśnię tę zagadkę, serce, nie bój się ni trwóż.
Tak, to wiatr – nic więcej już!”

Otworzyłem okno zatem… Szumiąc skrzydły, z majestatem,
Wzleciał ciężko Kruk wspaniały, jakby czarny piekieł stróż.
Nie pozdrowił mnie ukłonem, okiem powiódł w krąg zamglonym
I siadł z pańskim jakimś tonem pośród dwóch kamiennych kruż –
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż.
Usiadł tam – nic więcej już.

Ptak ten sprawił, że przy całym rozsmętnieniu mym musiałem
Rozśmiać się z poważnej nader jego miny: “Tyś nie tchórz,
Widzę, stary, chmurny ptaku, co – choć piór już ani znaku
Na swym czubie – szukasz szlaku wśród posępnych nocy mórz?
Mów, jak zwą cię na plutonskim brzegu czarnych nocy mórz?”
Kruk rzekł na to: “Nigdy już!”

Zadziwiłem się nie lada, że ptak tak wyraźnie gada,
Choć żem jego odpowiedzi nie mógł pojąć ani rusz,
Boć to przyzna nawet dziecię, że nikt z ludzi dotąd w świecie
Nie oglądał chyba przecież ptaka przy drzwiach izby tuż.
Ptaka, co by przed nim usiadł na popiersiu przy drzwiach tuż.
Z takim mianem: “Nigdy już”.

Ale Kruk ten z łysą głową wyrzekł jedno tylko słowo,
Jak ci, którzy w jeden wyraz całą głąb wlewają dusz.
Potem milczał znów nieśmiele, Pióro mu nie drgnęło w ciele,
Aż gdym szepnął: “Przyjaciele opuścili mnie wśród burz.
I on też za dniem mnie rzuci, jak Nadzieje pośród burz”.
Ptak mi odrzekł: “Nigdy już!”

Zadziwiony niewymownie odpowiedzią tak stosownie
Wyrzeczoną: “Widać – rzekłem – umie tylko to. A nuż
Dar to pana, co w niewoli poznał tylko to, co boli,
I swe pieśni jął powoli echa kłaść przeżytych burz,
Aż pieśń każda w smętnej zwrotce brzmiała niby echo burz:
“Nigdy, nigdy, nigdy już!”

Lecz że w rozsmętnieniu całym wciąż się z Kruka śmiać musiałem,
Przysunąłem miękki fotel na wprost ptaka, do drzwi tuż,
I usiadłszy nań co żywo, jąłem myśli snuć przędziwo,
Co te stare, chmurne dziwo, czarne jakby piekieł stróż –
Co ten ptak złowróżbny, groźny, czarny jakby piekieł stróż –
Mniemał, kracząc: “Nigdy już!”

Myśląc, czego to oznaka, nie mówiłem ni do ptaka,
Który swe płonące oczy w serce wbijał mi jak nóż.
Tak siedziałem, wsparłszy głowę o poduszki fioletowe,
A blask lampy światło płowe lał na ich matowy plusz.
Ach, niestety, Ona o ten fioletowy, miękki plusz
Skroni swej nie oprze już!

Wtem powietrze się zamgliło, jakby wkoło się dymiło
Sto anielskich trybularzy, tchnących słodką wonią róż.
“Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły –
Zawołałem – zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz!”
Kruk zakrakał: “Nigdy już!”

“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Czy cię szatan przysłał tutaj, czy pęd wściekły zagnał burz
Na brzeg smutku i boleści, gdzie żal tylko pustka mieści,
Gdzie noc każda zgrozę wieści – powiedz, błagam, wzrusz się, wzrusz!
Jestże, jestże balsam w Gilead? – powiedz, powiedz, wzrusz się, wzrusz!”
Rzekł Kruk na to: “Nigdy już!”

“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Na to niebo, co nad nami, i na Pana ziemi, mórz
Powiedz duszy mej zbolałej, czy w Edenie szczęścia chwały
Znajdzie dziewczę, które biały zwie Lenorą anioł-stróż,
Dziewczę święte, słodkie, które zwie Lenorą anioł-stróż?”
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”

“Niech to będzie pożegnanie – krzyknę – ptaku czy szatanie!
Precz na burzę, na plutońskie brzegi czarnych nocy mórz!
Niech mi żadne czarne pióro nie przypomni, jak ponuro
Mroczysz wszystko kłamstwa chmurą! Ruszże się z popiersia, rusz!
Wyjmij dziób z mojego serca – i rusz się z nade drzwi, rusz!
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”

I kruk wcale nie odlata, jakby myślał siedzieć lata
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż,
Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła spod rzęs chmury
Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż,
A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie – Nigdy już!”

Der Rabe
Übersetzung: Carl Theodor Eben

Mitternacht umgab mich schaurig, als ich einsam, trüb und traurig,
Sinnend saß und las von mancher längstverklung’nen Mähr’ und Lehr’ –
Als ich schon mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Hörte plötzlich ich ein Ticken an die Zimmerthüre her;
„Ein Besuch wohl noch,“ so dacht’ ich, „den der Zufall führet her –
Ein Besuch und sonst Nichts mehr.“

Wohl hab’ ich’s im Sinn behalten, im Dezember war’s, im kalten,
Und gespenstige Gestalten warf des Feuers Schein umher.
Sehnlich wünscht’ ich mir den Morgen, keine Lind’rung war zu borgen
Aus den Büchern für die Sorgen – für die Sorgen tief und schwer
Um die Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer –
Hier, ach, nennt sie Niemand mehr!

Jedes Rauschen der Gardinen, die mir wie Gespenster schienen,
Füllte nun mein Herz mit Schrecken – Schrecken nie gefühlt vorher;
Wie es bebte, wie es zagte, bis ich endlich wieder sagte:
„Ein Besuch wohl, der es wagte, in der Nacht zu kommen her –
Ein Besuch, der spät es wagte, in der Nacht zu kommen her;
Dies allein und sonst Nichts mehr.“

Und ermannt nach diesen Worten öffnete ich stracks die Pforten:
„Dame oder Herr,“ so sprach ich, „bitte um Verzeihung sehr!
Doch ich war mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Und so leis scholl Euer Ticken an die Zimmerthüre her,
Daß ich kaum es recht vernommen; doch nun seid willkommen sehr!“ –
Dunkel da und sonst Nichts mehr.

Düster in das Dunkel schauend stand ich lange starr und grauend,
Träume träumend, die hienieden nie ein Mensch geträumt vorher;
Zweifel schwarz den Sinn bethörte, Nichts die Stille draußen störte,
Nur das eine Wort man hörte, nur „Lenore?“ klang es her;
Selber haucht’ ich’s, und „Lenore!“ trug das Echo trauernd her –
Einzig dies und sonst Nichts mehr.

Als ich nun mit tiefem Bangen wieder in’s Gemach gegangen,
Hört’ ich bald ein neues Pochen, etwas lauter als vorher.
„Sicher,“ sprach ich da mit Beben, „an das Fenster pocht’ es eben,
Nun wohlan, so laß mich streben, daß ich mir das Ding erklär’ –
Still, mein Herz, daß ich mit Ruhe dies Geheimniß mir erklär’
Wohl der Wind und sonst Nichts mehr.“

Riß das Fenster auf jetzunder, und herein stolzirt’ – o Wunder!
Ein gewalt’ger, hochbejahrter Rabe schwirrend zu mir her;
Flog mit mächt’gen Flügelstreichen, ohne Gruß und Dankeszeichen,
Stolz und stattlich sonder Gleichen, nach der Thüre hoch und hehr –
Flog nach einer Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr –
Setzte sich und sonst Nichts mehr.

Und trotz meiner Trauer brachte er dahin mich, daß ich lachte,
So gesetzt und gravitätisch herrscht’ auf meiner Büste er.
„Ob auch alt und nah dem Grabe,“ sprach ich, „bist kein feiger Knabe,
Grimmer, glattgeschor’ner Rabe, der Du kamst vom Schattenheer –
Sprich, welch’ stolzen Namen führst Du in der Nacht pluton’schem Heer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr.“

Ganz erstaunt war ich, zu hören dies Geschöpf mich so belehren,
Schien auch wenig Sinn zu liegen in dem Wort bedeutungsleer;
Denn wohl Keiner könnte sagen, daß ihm je in seinen Tagen
Sonder Zier und sonder Zügen so ein Thier erschienen wär’,
Das auf seiner Marmorbüste ob der Thür gesessen wär’
Mit dem Namen „Nimmermehr.“

Dieses Wort nur sprach der Rabe dumpf und hohl, wie aus dem Grabe,
Als ob seine ganze Seele in dem einen Worte wär’.
Weiter Nichts ward dann gesprochen, nur mein Herz noch hört’ ich pochen,
Bis das Schweigen ich gebrochen: „Andre Freunde floh’n seither –
Morgen wird auch er mich fliehen, wie die Hoffnung floh seither.“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

Immer höher stieg mein Staunen bei des Raben dunklem Raunen,
Doch ich dachte: „Ohne Zweifel weiß er dies und sonst Nichts mehr;
Hat’s von seinem armen Meister, dem des Unglücks finstre Geister
Drohten dreist und drohten dreister, bis er trüb und trauerschwer –
Bis ihm schwand der Hoffnung Schimmer, und er fortan seufzte schwer:
„O nimmer – nimmermehr!“

Trotz der Trauer wieder brachte er dahin mich, daß ich lachte;
Einen Armstuhl endlich rollte ich zu Thür und Vogel her.
In den sammt’nen Kissen liegend, in die Hand die Wange schmiegend,
Sann ich, hin und her mich wiegend, was des Wortes Deutung wär’ –
Was der grimme, finst’re Vogel aus dem nächt’gen Schattenheer
Wollt’ mit seinem „Nimmermehr.“

Dieses saß ich still ermessend, doch des Vogels nicht vergessend,
Dessen Feueraugen jetzo mir das Herz beklemmten sehr;
Und mit schmerzlichen Gefühlen ließ mein Haupt ich lange wühlen
In den veilchenfarb’nen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ach, in diesen sammtnen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ruhet  sie jetzt nimmermehr!

Und ich wähnte, durch die Lüfte wallten süße Weihrauchdüfte,
Ausgestreut durch unsichtbare Seraphshände um mich her.
„Lethe“, rief ich, „süße Spende schickt Dir Gott durch Engelshände,
Daß sich von Lenoren wende Deine Trauer tief und schwer!
Nimm, o nimm die süße Spende und vergiß der Trauer schwer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Ob die Hölle Dich mir sandte, ob der Sturm Dich wehte her!
Du, der von des Orkus Strande – Du, der von dem Schreckenlande
Sich zu mir, dem Trüben, wandte – künde mir mein heiß Begehr:
Find’ ich Balsam noch in Gilead! ist noch Trost im Gnadenmeer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Bei dem ew’gen Himmel droben, bei dem Gott, den ich verehr’ –
Künde mir, ob ich Lenoren, die hienieden ich verloren,
Wieder find’ an Edens Thoren – sie, die throhnt im Engelsheer –
Jene Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Sei dies Wort das Trennungszeichen! Vogel, Dämon, Du mußt weichen!
Fleuch zurück zum Sturmesgrauen, oder zum pluton’schen Heer!
Keine Feder laß zurücke mir als Zeichen Deiner Tücke;
Laß allein mich dem Geschicke – wage nie Dich wieder her!
Fort und laß mein Herz in Frieden, das gepeinigt Du so sehr!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

Und der Rabe weichet nimmer – sitzt noch immer, sitzt noch immer
Auf der blassen Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr;
Sitzt mit geisterhaftem Munkeln, seine Feueraugen funkeln
Gar dämonisch aus dem dunkeln, düstern Schatten um ihn her;
Und mein Geist wird aus dem Schatten, den er breitet um mich her,
Sich erheben – nimmermehr!