Wierszom wierszem

Ewa Maria Slaska

Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze

mija nowy rok
mam napisać wiersz i choć wiem
mimo to zapominam że
mową naszą powszednią
rządzi Wielki Korektor który
mi wszystko poprawi
monday na madonnę monady mondaminy
macondo na mannę lub mcdonalda ale
mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a
marihuany nie zamienia w mszę
ma władzę wszystko wie lepiej.

Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała.
Potem już wiedzieli lepiej.

Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.

Człowiek z papierosem na balkonie
widział światło w moim uchylonym oknie
w styczniu o trzeciej nad ranem


To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz
trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem
nie może być ani intuicją ani telepatią.
Nic nie wiem.
Nic nie mogę wiedzieć lepiej.
Ona też nie.
Choć wszystko sprawdza i przymierza.
Może być Hekate albo siostrą Tanatosa.
Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty
Może wybierać jak chce.

Wybiera Niefrasobliwą.

W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu,
uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko,
a kiedyś może jeszcze zacznę od początku
gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.

Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły,
a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie –
on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem,
przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.

Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat
i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi
Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.

Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr
w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi.
A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.

Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły.
Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.

***
Nasza łódź jest z bambusa
będziemy dobrze brzmieć
pośród wód przynoszonych
we wiadrach

jesień okadza nasz dom
zapachem jabłek
świętość na półeczce
obok utartej bazylii

twarda pięta
zna tajemnicę

ze zmarzliny glina
nasze drzewa bujają w doniczce

Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że Wielki Korektor
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę

Wiecie o co chodzi bo
w każdym bądź razie
plany napięte
czy róża w życie upięta
nie jest na żarty?

Mały świat, w którym ktoś
chce dokapać się
własnej kałuży
szczęścia.

Wielki Korektor nie chce
dokapać się
możemy
okapać dokazać okazać dokopać i pokopać
mały świat

Pieta

Tyle lat pięknych i przegadanych
jak przegadane i piękne
są niektóre frazy

Zamiast zbierać kwiaty
pisałam o kwiatach

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że on
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę
a młodą poetkę
na starą kobietę

***

Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa

Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:

Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności

Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.

Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…

Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej


Lucy Wielka Mistrzyni 4

Tibor Jagielski

Lucy i motyl    

– Raz śniło mi się – powiedziała Lucy, piorąc wraz z  gromadką uczennic dywan w strumieniu – że jestem motylem, fruwam sobie z kwiatu na kwiat, zapominam kim byłam poprzednio i w kompletnej szczęśliwości bycia motylem zasypiam.
– I budzę się w mojej sypialni przy palenisku.
– Teraz nie wiem – kontynuowała Lucy. – Czy jestem człowiekiem, któremu się śniło, że jest motylem, czy też motylem, któremu się śni, iż jest człowiekiem.

Lucy i żółw  

Pewnego pięknego, wiosennego dnia, kiedy Lucy stała nad strumieniem i łowiła pstrągi, przybyli nagle dwaj wysłannicy krajowej rady ministrów i oświadczyli, że książę życzy sobie, aby wielka mistrzyni została wielkim kanclerzem księstwa.
Lucy nie przerwała zajęcia i nie odwracając się, powiedziała:
– Słyszałam, że w stolicy zmarł liczący trzy tysiące lat stary święty żółw, a książę pochował go w  świątyni przodków.
– Jak myślicie –rzuciła pytanie Lucy – czy ten żółw chciałby być wielbiony w skrzyni, czy też machać ogonem w błocie?
– Bezsprzecznie wolałby być żywy – odpowiedzieli posłańcy księcia –  i machać w błocie ogonem.
– Widzicie! – zawołała Lucy, łapiąc dorodnego pstrąga – ja też wolę machać ogonem!

Lucy i spokój

Lucy zapytana pewnego zimowego, mroźnego poranka, czy poznania i oświecenia należy szukać w spokoju, odpowiedziała:
– Niewątpliwie, ale weźcie pod uwagę, że zebrane podczas spokoju doświadczenia nie należą często do najprzyjemniejszych –  i wskazała ręką na kaczki baraszkujące na zamarzniętym stawie. – Gdyby moje ptaki zdecydowały się na spokój, zamiast biegać po lodzie, to stwierdziłyby, że przymarzają  do niego stopami.

Zimowe odloty

Teresa Rudolf

Zimowa bajeczka 

Drzewko, ostatnio tak nagie,
dziś nagle w przepięknej
sukni panny młodej.

Śnieżutko-białe, niewinne, 
w białej kuszącej pościeli, 
puszyście wyzywającej. 

Drżenie oczekiwania,
gdzież, ach gdzież,
drży też i wybraniec?

Dzień przedziwnie piękny,
złota lampa na niebie,
fajerki słoneczne…

Ale Pan Młody ciągle nie tu,
jeszcze nie tu, 
a nadzieja topnieje.

Topnieje, topnieje…
i stopniała… czekać
nie warto, już nie.

Znów stoi nagie drzewko,
“a…może na wiosnę?”
…ale już nie na biało…
bo tak, chcę tylko raz”…

Odloty i odpływy

W ciszy tej wieczornej,
widzę znów odbicie dnia,
rwącego jak rzeka.

Odpłynął już zawirowany, 
topiąc słońce zimowe
w milion-karatowym złocie.

Odleciał kolorowy ptak, 
trzepocząc chwilkami,
ten czasu złodziej, 

Jakaś sroka skrzecząca. 

Więc…
w ciszy tej wieczornej
widzę znów odbicie dnia,
gdy wieczór zamienia 

sztabki złota, 

…na wiszącą nad głową
srebrzystą firanę w gwiazdy
i księżyce…

Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Irysy

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.

Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 )
Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie
Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy

Julian Tuwim
Irysy

Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk,
Nie wiem od kogo.
Ser­ce me drżą­cy ogar­nął lęk,
Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk
I pa­trzę na nie z dzie­cin­ną trwo­gą:
“Co też te kwia­ty mi przy­nieść mogą?”
— Lęk.

I list do­sta­łem. Sło­wa: “Bez słów”
Jeno w nim były.
…Jak tchnie­nie daw­nych naj­droż­szych bzów,
Żal mi przy­nio­sły sło­wa: “Bez słów”…
Śród wspo­mnie­nia słod­kiej bez­si­ły
Znów mi się oczy two­je przy­śni­ły,
Znów…

***

Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.

***
Iris, 1945; Roswell Museum and Art Center, Roswell, New Mexico, United States of America © photo Roswell Museum and Art Center

Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.

***
Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.

Liściaste myśli

Teresa Rudolf

Dobre drzewa

Jesienne liście
szeleszczą jak co roku, 
rudo pod nogami.

I jak co roku,
zataczam w sobie
krąg “od-do” jesienny.

Czuję pokorę 
drzew oddających
siebie, na przemijanie.

Też ich dumę,
bo jeśli odchodzić,
to spektakularnie.

Słonecznikowo-żółto, 
czerwono-ogniście,
pod niebieskim niebem.

Jeśli odchodzić,
obdarować wszystkim, 
co tylko najpiękniejsze.

I nie wstyd im nago
za chwilę tu stanąć,
patrząc na jeża główkę..

…ciekawską spod  ich liści.

Komu…

Komu wiersze, komu?
Kto czyta dziś  wiersze,
zlepki myśli o świecie?
Przecież stoi, aż zniknie.

Komu wiersze, komu?
O miłości, o wierności?
O zazdrości, o zemście?
Uczucia? To zamęt w sercu.

Komu wiersze, komu?
Niepotrzebne, za skromne?
Za głębokie, za płytkie?
Za kolorowe, za szare, za nijakie?

Komu wiersze, komu?
One, jak wierzby płaczące,
smutno opadają im dziś litery,
jak rude liście jesienne…

Jesień

Mieczysław Węglewicz

Złota nitka

W październikowym słońcu
Strunę ciała ogrzewa
Mruga powieką drżącą
długą od płotu do drzewa
po szczytach traw żółknących
po rękach i policzkach
raz nas dzieli, raz łączy
serdeczna, złota nitka

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
Co roku
na tej samej
scenie
Akt pierwszy
mgły,
w drugim
natchnienie,
w trzecim powszechne zaziębienie
Czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
Między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień  krótki
I co? – i…zima
już na scenie
Akt….
Boże Narodzenie

Spacer

On z głową opuszczoną
Jej opadły ramiona
Idą wolno nad rzeką
Raz on milczy,
raz ona
Przed nimi
pies daleko
wypłoszył z trawy ptaka
Dzikie wino
w dyskretnej czerwieni
na krzakach
zaskoczone przedwczesnym
nadejściem jesieni
splątane z żółtym chmielem
wonnym jak melisa
jak nietoperz w kościele,
nad wodą tak zwisa
Przepraszam.
Wybacz…
Wybaczysz ?
Co? Ty płaczesz?
Nie płaczę
Coś mi wpadło do oka
Poczekaj zobaczę…

W jesiennych kolorach

W jesiennych kolorach
wypatrzył ją z daleka…
Była piękna
także z bliska…
Chyba czekał na nią zawsze.
Szła przed siebie spokojna
nie przeczuwając miłości…
Nie słyszała jego ‘ach, ja panią’…
Nie widziała jak leciał na nią…
I że razem byli tak krótko…
I że upadł na ziemię cichutko…
Nie wiedziała,
że chciał z nią iść…
Nie wiedziała,
że to był liść.

Czekanie

Noc się kładzie bezsenna
Rosa siada na źdźbła
Pośród nocy i rosy
cicha, jesienna mgła
Noc się snuje po mieście w czarnym płaszczu i spodniach
grzecznie prosi do domu
ostatniego przechodnia
Sprawdza okna, te jasne
Gasi światła stroskana
Prosi: zaśnij,
– Nie zasnę
Będę czekać do rana

Dary

Pełne serca choć jesień
Las, śpiew ptaków
w lesie
Życie
wszelkich stworzeń,
Od Ciebie Panie Boże
Słońce o zachodzie
Morze nasze morze
Muzykę organową na trzcinach w jeziorze
Godziny teraźniejsze
Wieczór, noc, poranek
New York Central Station
i wiejski przystanek
Wszystko od Ciebie mamy
Panie Boże
Wszechmocny
i geniusz największy
i z bramy stróż nocny

Jesiennej zmianie czasu mówimy stanowcze nie

Miłość była
do jesieni
punktualna
Ale w nocy
czas się zmienił
Femme fatalna
nie zdążyła
I tej nocy już nie była
I kolejnej też nie przyszła
wniosek:
czas się zmienił
prysła…

Wycieczka ceprów z Ciechanowa do Zakopanego

Jedźcie w drogę
pokłonić się halom
Złota jesień w górach
jest krótka
Podziękujcie
jesiennym góralom
dobrym słowem i
w złotych dutkach
Za ich ,,łącką”
pod złote grzybki
Za oscypki
Za bundz, za rydze
A rycerzom
co śpią pod krzyżem?
Niech im będzie
do nieba bliżej
A tym cieniom
na Pęksowym Brzysku?
Niech im będzie
ziemia lekka wszystkim
A strumieniom
a potokom bystrym?
Niech się lekko
do morza płynie                       
Niech spotkają
gdzieś w wodach Wisły
czystą, dobrą, łagodną
Łydynię…

Zdjęcie znalezione na Facebooku, które stało się inspiracją wiersza

Caffe Cuba

Wpada tutaj
czasami
liść jesienny
lub wietrzyk
przypadkowy przechodzień
co to chce się przewietrzyć
A dziewczyna
z lokami
zakręcona jak walczyk,
która z liściem
jesiennym
chciała sobie
potańczyć
jeszcze nie
jeszcze nie
niekoniecznie
Ale w końcu
się uda
Będzie cud
w Caffe Cuba
i zatańczy
bo przyjdzie
maj
ciepły, zdrowy, zielony
wyczekany, szczepiony
Boże,
daj,
Boże daj
taki maj

Jesienna dieta

Na sercowe
nostalgie
Noce denne, dni senne
Na samotne wieczory i dnie
Co się je?
Czy ktoś wie?
Na choroby jesienne
Na płakanie
nie sienne
Może płatki owsiane
Może
siemię się
lniane je
Czy ktoś wie?
Bo ja nie…
By jesienią ocaleć
możesz też nie jeść wcale
,,kochaj, rób coś
nie bądź gałganem” *
By
nie szczeznąć jesiennie
tak jak ogień las
kochaj płomiennie
Odpoczywaj i
z sercem rób wszystko
I pamiętaj do wiosny już blisko

  • cyt. T. Kotarbiński

Wiatr się pracy nie boi

Jesienią ma złotą robotę,
pracuje dla jubilera
W parku nad rzeką zbiera
klonowe liście złote
A szef zaciera ręce
Zachęca, więcej więcej
Srebrne topoli liście
Na księżycowe kolczyki
Jarzębinę i oczywiście
kasztany na gniade koniki
Wiatr wieje mocniej jeszcze
i stara się jak może
Żeby zdążyć przed deszczem
bo po deszczu jest gorzej

Polski wrzesień

Jak jest już po wakacjach,
Zaczęła się szkoła
a nieśmiały wrzesień trochę się rumieni
Nitki babiego lata
plączą się dookoła
To Gai pewne znaki początku jesieni
Na polach pod stopami trzeszczą ryże rżyska
W kalendarzu są daty że nikomu nie życzę
Łęty po ziemniakach dymią  się w ogniskach
To jest polskiego września prawdziwe oblicze

Trzech braci

Trzech braci czyni jesień
pierwszy brat cichy Wrzesień,
na polach ,łąkach , w lesie,
zaplata nitki a potem
wymienia klonom w kantorze
sierpniowe zielone na złote

Po nim przychodzi zmiennik
pan poeta Październik ,
Kochany, z wiatrem niesie
tę polską złotą jesień
(tym co chcieliby inną
też złotą ale unijną)
A potem brat Listopad
cmentarze,mgły i słota
i choć byś chciał, nie zmienisz
to już koniec jesieni

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną
…Mgłą

Kto Wam lecieć każe
żeby listopad spędzać
w dusznym Zanzibarze
Wybierzcie listopad w Polsce
Ze wszech miar wybór słuszny
Praktycznie wszystkie dni chłodne
tylko jeden Zaduszny